Niewolnicy paryscy/Część II/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dawno już doktor Hortebize zrzekł się występowania przeciw woli Mascarota.
Mascarot rozkazuje — on słucha. To mu zaoszczędza wiele trudu.
Zacny stręczyciel zalecił mu nie spuszczać Pawła z oczu; nie rozstał się więc z nim ani na minutę.
Zaprowadził go do Martin-Rigala, gdzie zostali na obiedzie, chociaż bankiera nie było w domu, potem do siebie, gdzie wymógł na nim, że przyjmie przez noc gościnę.
Czuwając długo w nocy, Hortebize i uczeń jego wstali bardzo późno.
Ale koło jedenastej godziny ukończyli już swoją toaletę i przygotowywali się do doskonałego śniadania. Wtedy służący zaanonsował pana Tantaine.
W tejże chwili człeczyna ukazał się w pokoju jadalnym, ze zgiętym karkiem, uśmiechnięty i słodki.
Ujrzawszy tego fatalnego protektora, Paweł uczuł jak mu zawrzała wszystka krew w żyłach.
Zerwał się nagle, zaczerwieniony, gniewny, i tak groźny, iż można było sądzić, iż się rzuci na starego pisarza od komornika.
— Nakoniec znajduję pana!... zawołał, mamy z sobą rachunek do załatwienia!...
Zdawało się, że poczciwy ojciec Tantaine spadł z obłoków.
— Rachunek?... zapytał.
— Tak jest, panie, rachunek!... Czy zaprzeczysz pan temu, że dzięki jego przewrotnym manewrom byłem obwiniony o kradzież przez panią Loupias?
— Cóż dalej?
— Czy nie pan przychodziłeś do mnie?
Stary pisarz od komornika ruszył ramionami.
— Sądziłem, odrzekł miodowym głosem, że p. Mascarot wyjaśnił panu wszystko; sądziłem, że pan chcesz poślubić pannę Flawię... Mówiono mi, że pan jesteś człowiek młody, pełen inteligencji i przenikliwości...
Doktor począł śmiać się. Paweł zrozumiał że rzeczywiście spóźnione jego oburzenie było śmiesznem. Pochylił głowę i usiadł, upokorzony i zmięszany.
— Jeżeli przeszkodziłem panu doktorowi, zaczął znowu ojciec Tantaine, to dlatego, że wysłany tu jestem przez pryncypała.
— Jest co nowego?
tak, i nie. Naprzód panna Mussidan wyszła z niebezpieczeństwa. Stan zdrowia jej polepszył się wczoraj wieczorem; dziś rano miała się wcale dobrze. Pan Croisenois może stawić już swoją kandydaturę. Zaszła wprawdzie jedna przeszkoda z tej strony; ale się ją usunie.
Doktor przełknął kieliszek doskonałego bordeau, klasnął językiem i powiedział:
— A zatem, co do małżeństwa tego kochanego markiza z panną Sabiną...
— Amen, odrzekł słodki Tantaine. Teraz druga rzecz: Pana Pawła uprasza się, by nie opuszczał pana Hortebize. Zechce pan Paweł posłać po swoje rzeczy do hotelu, w którym zamieszkał, i przeniesie się tu...
Doktor skrzywił się tak wymownie, że Tantaine pospieszył dodać:
— O!... tylko na pewien czas. Polecono mi wynająć panu Pawłowi i umeblować mały apartament. Nie może mieszkać w hotelu, to rzecz kompromitująca.
Paweł nie ukrywał zadowolenia, jakie mu sprawiało to nowe rozporządzenie. Mieć własne meble, to początek fortuny.
— A teraz, mój zacny ojcze Tantaine, zawołał wesoło doktor, gdyś już spełnił swoje zlecenie, siadaj do śniadania...
Ale stary pisarz przecząco potrząsł głową.
— Bardzo dziękuję za honor, odpowiedział, ale już jestem po śniadaniu. A przytem nie mam ani chwili do stracenia. Sprawa księcia Champdoce nagli okropnie; a przed otwarciem ognia muszę jeszcze widzieć się z tym łotrem Perpignanem. Prosto ztąd idę do niego.
Na znak, zrobiony przez Tantaina, a którego Paweł nie zauważył, doktor wstał i odprowadził poczciwego człeczynę aż do przedpokoju. Staną wszy tam Tautaine powiedział półgłosem:
— Nie opuszczaj chłopaka ani na chwile; jutro uwolnię cię od niego... A tymczasem rozgrzewaj go, podgotowuj...
— Spuść się na mnie, odrzekł doktor.
I powróciwszy do stołu zawołał:
— Mój ukłon kochanemu Perpignan’owi!...
Ten kochany Perpignan“, który tak zajmował Mascarota, a do którego udawał się ojciec Tantaine, bardzo jest znany w Paryżu. Niektórzy mówią, że nawet zanadto jest znany.
Według metryki nazywa się on Izydor Crocheteau, ale przybrał nazwisko swego rodzinnego miasta.
Koło roku 1845 Perpignanowi, liczącemu obecnie lat pięćdziesiąt, wydarzyło się wielkie nieszczęście.
Będąc kuchmistrzem w jednej restauracji w Palais-Royal, gdzie stołowano za 32 sous, pochwycony był na gorącym uczynku szacherki z dostawcami, pociągnięty do sądu policji poprawczej i skazany na trzy lata więzienia.
Ale nieszczęście zawsze na coś się przyda.
W ciągu trzech owych lat obmyślał on projekt wielkiego interesu, który, jak sądził, zbogaci go bez niebezpieczeństwa.
„Nie masz nikogo, ktoby w życiu swem, nie doznał potrzeby posiadania ajenta zręcznego i dyskretnego, któremuby mógł powierzyć »pewne poszukiwania, z natury swej delikatne i sekretne.
Wierzyciele, których dłużnicy ukrywają się, ojcowie, których obchodzi postępowanie synów marnotrawnych, rodziny chcące poznać obyczaje jednego ze swych członków, wszyscy ci, jednem słowem, którzy pragnęliby rozciągnąć nad kim czuwanie moralne, lub też którym potrzebne są pewne wiadomości, mogą z zupełnem zaufaniem zgłosić się do p. Perpignan, znanego ze swej zręczności spostrzegawczej, a którego uczciwość stoi wyżej nad wszelkie powątpiewania.
„Opłata według umowy“.
Tym bezwstydnym cyrkularzem Perpignan zapowiedział utworzenie jednego z tych szkaradnych biór policji prywatnej, które zawsze są na usługi brudnych namiętności.
Potrzebował jakiejś specjalności — i znalazł ją. Stał się opatrznością zazdrośnych mężów.
Pomysł ten tak mu się powiódł, że po upływie roku dawał zajęcie ośmiu nikczemnym szpiegom.
To prawda, że nadużywając powodzenia, grał on grę dwoistą.
Nie mając owej uczciwości, która jest właściwą nawet infamii, wyzyskiwał on niegodnie swoich klientów i bez skrupułu dwa razy sprzedawał swój towar.
Zawsze, gdy miał zleconem sobie szpiegowanie jakiej kobiety, zgłaszał się do niej i przemawiał w ten sposób:
— Przyrzeczono mi tyle a tyle, jeżeli wykryję i powiem prawdę; co mi pani dasz za to, że dam tylko takie wyjaśnienia, jakie mi pani podyktuje?
Na tem polu szpiegowania, dwa czy trzy razy ludzie Perpignana spotkali się z ajentami stręczyciela.
Jeżeli nie doszło do starcia, to jedynie dla tego, że obawiali się siebie nawzajem i jakby w skutek milczącego układu, unikali eksploatowania jednych i tych samych miejscowości w wielkim mieście, zwanym Paryż.
Ale podczas gdy eks-kuchmistrz, źle obsługiwany przez nędznych łotrów, nie potrafił nigdy przeniknąć tajemnicy Biura stręczeń, Mascarot, doskonale wspierany przez swych ochotników, wiedział o wszystkiem co się dzieje u Perpignana.
Bo Perpignan żyje szeroko. Jeżeli zakład jego nie bardzo jest pokaźny, to za to ma on w mieście lokal, który go musi kosztować ogromnie drogo i miesięcznie wynajmuje powóz.
Ma także pretensję do „artystycznego gustu“. Gust ten ujawnia się w noszeniu jaskrawych kamizelek i okrywaniu się kosztownościami. Przyznaje się, że ma słabość do wytwornego jadła, nie może jeść obiadu bez dobrego wina i chętnie składa ofiary damie pikowej.
Nakoniec lubi popisywać się, występować. Spotkać go można na wyścigach i w lasku, bywa w wielkich restauracjach i na pierwszych przedstawieniach w teatrze.
Zkąd bierze pieniądze? zapytał sam siebie Mascarot.
I szukał — i znalazł.
— Tem go trzymamy, pomyślał poczciwy Tantaine, i doprawdy, że to wielkie szczęście dla nas. Perpignan jest łotr niebezpieczny, bez czci i wiary, zanadto zaszargany, by miał obawiać się czegokolwiek, ale perspektywa wędrówki do Kajenny zawsze będzie go trzymać w respekcie. W najgorszym razie, jeżeli Catenac miał język zanadto długi, to mu się go utnie kawałek.
Stary pisarz stanął przed drzwiami eks-kuchmistrza, przystrojonemi w najrozmaitsze ogłoszenia i zadzwonił.
Tłusta baba o twarzy strasznie pospolitej, otworzyła mu.
— Pan Perpignan? zapytał dobry Tantaine.
— Wyszedł.
— A kiedy powróci?
— Nie wiem czy powróci przed wieczorem.
— Znamy to. Ale ponieważ muszę widzieć się z nim dziś jeszcze, będę zatem pani bardzo obowiązany, gdy mi powiesz, gdzie go mogę spotkać.
— Nie mówił dokąd odchodzi. Ale, jeżeli pan chce zasięgnąć jakich informacyj...
Zacny człeczyna uśmiechnął się tym śmiechem, który zwykle nadawał jego twarzy wyraz najczystszej głupoty.
— Czy nie ma go też w fabryce? zapytał.
Tłusta baba tak mało przewidywała zapytanie tego rodzaju, że cofnęła się i zadrżała...
— Jakto? wybełkotała, pan wiesz...
— Ba!.. a zatem, nie żenuj się pani zemną Czy jest na dole?
— Taksądzę.
— Dziękuję. Idę tam.
I skłoniwszy się wbrew swemu zwyczajowi nie bardzo grzecznie, dobry ojciec Tantaine zawrócił.
— Niemiła przygoda, mruknął. Kurs milowy... dziękuję!.. Ale z drugiej strony, łotr, podchwycony niespodzianie wśród swych zajęć, gdy się nie ma na ostrożności, łatwiej wygada się. Idźmy więc.
Nie szedł, ale biegł z szybkością, jakiejby nikt nie przypuszczał w jego chudych nogach.
Pędząc dwa razy prędzej, aniżeli fiakr wzięty na godzinę, przebiegłszy ulicę Tournon, wpadł w ulicę Gay Lussac.
Tym samym krokiem przeszedł ulicę Feuillantines, Mouffetard i wpadł w uliczki zbiegające się i krzyżujące między fabryką gobelinów i szpitalem Ourcine.
Jest to dzielnica nieznana, dziwna, której istnienia nie przypuszczają nawet Paryżanie.
— Możnaby sądzić, że się znajdujemy o tysiąc mil od bulwaru Montmartre, gdy się idzie po tych ulicach — raczej ścieżkach, niedostępnych dla powozów, gdzie rzadko wznoszą się lepianki niemożebne, a jednak zamieszkałe, wszystkie prawie otoczone walącemi się murami.
Z wyżyn uliczki Gobelinów widok jest szczególny.
U stóp jej znajduje się dolina, w głębi której płynie, lub raczej stoi czarna i błotnista Bièvre. Ze wszystkich stron, fabryki garbarnie o czerwonych dachach z ogromnemi kupami kory dębowej, suszarniami i innemi budynkami. Dalej, tu i ówdzie, pomiędzy drzewami kupy śmiecia, błoto, czasami jakiś dom nędznego pozoru.
Po lewej stronie budynki ludnej i pracowitej ulicy Mouffetard. Na prawo, wzrok przesuwa się po bulwarach zewnętrznych.
Naprzeciwko, po drugiej stronie placu Włoskiego, szereg topol nad brzegiem Bièvry zamyka horyzont.
Odwróciwszy się widzieć można Paryż.
Ojciec Tantaine mimowolnie zatrzymał się i spojrzał.
Jakaś myśl przyszła mu do głowy i uśmiechnął się grżko.
Ale po chwili ruszył ramionami i poszedł dalej.
Zdawał się być mieszkańcem tej dzielnicy, tak śmiało kroczył po krętych uliczkach.
Wreszcie stanął na ulicy Alouette, odetchnał z zadowoleniem i mruknął:
— To tu.
Znajdował się przed trzypiętrowym domem bardzo obszernym, z dziedzińcem z przodu i otoczonym płotem z desek na pół przegniłych.
Dom był odosobniony, miejscowość ponura. Można było wątpić czy dom ten jest zamieszkały, albo czy nie palił się kiedyś.
Stary pisarz, po minucie namysłu, przeszedł podwórze, gdzie pasła się koza przywiązana do tyczki i śmiało wszedł do domu.
Wnętrze odpowiadało powierzchowności.
Na dole znajdowały się tylko dwa pokoje.
W jednym rozrzucono słomę na ziemi w dość znacznej ilości, a na niej leżały kawałki rozmaitych grubych tkanin i szmaty kołder.
Drugi pokój przerobiono na kuchnię i ustawiono w nim stół, to jest przymocowano dwie deski do dwóch kozłów.
Przed piecem tej kuchni, szkaradna megera, o cerze zaognionej od wódki, oku błyszczącem złośliwością i w brudnej chustce na głowie, uzbrojona długą drewnianą warząchwią pilnowała ogromnego kotła, gdzie warzyły się ingredjencje nie do opisania.
W zagłębieniu koło pieca, na łóżku wysłanem materacem z morskiej trawy, wił się i drżał od zimna chłopiec dziesięcioletni.
Blada jak wosk twarz jego szczególnie odbijała od brudnej poduszki; ręce miał strasznie wychudłe, a gorączka nadawała jego wielkim czarnym oczom połysk złowróżby.
Chwilami ból wyrywał mu z piersi jęk głośniejszy, ale natychmiast stara kobieta odwracała się i groziła mu warząchwią, mówiąc:
— Będziesz ty milczeć, szkaradny mazgaju!
— Ach! boli mnie, wołał nieszczęśliwy chłopak włoskim akcentem, bardzo boli!...
— Trzeba było pracować, niegodziwy próżniaku, odpowiadała stara. Gdybyś przyniósł dobry zarobek niebyłbyś bity; a gdybyś nie był bity, to nie leżałbyś tu!...
— Ach! boli mnie! zimno mi!... chciałbym powrócić do kraju, do mamy!...
Chociaż stary pisarz od komornika bardzo był zahartowany pod względem czułości, gdyż nieraz musiał działać z urzędu wśród najokropniejszej nędzy, scena ta jednak była tak rozdzierająca, że dobry Tantaine wzruszył się.
Kilkakrotnie kaszlnął umyślnie, by oznajmić o swej obecności.
Nakoniec megera odwróciła się, mrucząc jak buldog, obawiający się by mu nie wyrwano kości.
— Czego pan chcesz? zapytała głosem zachrypłym od wódki.
— Gdzie jest pan?
— Nie masz go.
— A czy przyjdzie tu?
— Ba... to zależy. Wprawdzie to jego dzień, ale nie bardzo się pilnuje. Zresztą zgłoś się pan do pana Poluche?
— Któż to jest pan Poluche?
Obrzydliwa stara skrzywiła się pogardliwie. Zdziwiło ją, że ten, o którym mówiła, tak mało był znany.
— Profesor, odpowiedziała.
— Gdzież on jest?
— Eh!... na górze, w konserwatorjum.
I żywo odwróciwszy się, gdyż kocioł kipiał, dodała:
— Dość już tych zapytań. Nie jesteś pan policjantem, by mu odpowiadać. Zrób mi więc tę przyjemność i wynieś się.
Taka nagła odprawa, zdawało się, że bynajmniej nie obraziła starego pisarza.
Spojrzał na schody, którym brakło poręczy i stopni w kilku miejscach. A były tak spadziste i niepewne, że akrobata zażądałby chwili namysłu nimby odważył się iść po nich.
Ale ojciec Tantaine jest odważny. Stąpił ostrożnie, trzymając się jak można najbliżej ściany.
W miarę jak się podnosił, poczęły go dochodzić coraz wyraźniej szczególne dźwięki, które już zwróciły uwagę jego na dziedzińcu. Były to dźwięki ostre, piskliwe, płaczliwe.
Rzekłbyś, że to koncert pił ostrzonych pilnikiem, z akompaniamentem miauczenia kotów.
Chwilami straszliwa ta kakofonia ustawała.
Wtedy słychać było głos poważny, klnący, potem suchy szelest, potem krzyki bolu.
Muzyka ta mogła obrazić słuch ojca Tantaine; ale go nie dziwiła.
Stanąwszy na pierwszem piętrze, znalazł się przed lichemi drzwiami, wiszącemi na jednym zawiasie.
Drzwi te prowadziły do tego, co megera nazywała konserwatorjum.
Była to ogromna sala, utworzona ze wszystkich pokojów pierwszego piętra. Ściany przedziałowe zwalono niezręczną ręką, i ślady ich były widoczne od sufitu do samego dołu.
Pięć okien, w których wszystkich razem nie było całych trzech szyb, oświetlało konserwatorjum.
Czy była tam posadzka, czy podłoga, tego niktby nie odgadł, z powodu niezmiernie grubej warstwy śmiecia i wszelkiego brudu.
Wybielone wapnem ściany szkaradnie były poplamione, okryte napisami i obrzydliwemi rysunkami węglem.
Do ostrego zapachu sąsiednich garbarni, łączyły się szczególne wyziewy, co wszystko razem wytwarzało woń najobrzydliwszą.
Sprzętów nie było żadnych oprócz kulawego krzesła, a na nim pręta.
Ojciec Tantaine wiele widział i wiele zapamiętał od czasu, jak się przesuwa po wszystkich brudnych zakątkach Paryża, jak węgorz w mule.
Zatrzymał się jednak na progu konserwatorjum, milczący i nieruchomy, zadowolony prawie, że go nie dostrzeżono, tak się zdumiał.
Koło stołu do ściany przypartego siedziało około dwudziestu chłopców od siedmiu do dwunastu lat, w szkaradnych łachmanach i odrażająco brudnych.
Łachmany, które ich okrywały, nie były przykrojone według ich wzrostu. Drżeli oni od zimna w paltotach zwieszających się do ziemi, lub spodniach, których pas dochodził aż pod brodę. Bielizny — żadnej.
Jedni trzymali w ręku skrzypce, drudzy stali przy harfach, wyższych niż oni sami. Na gryfach skrzypcowych Tantaine dostrzegł kreski kredą zrobione.
Na środku sali stał mężczyzna trzydziestoletni, słuszny i cienki jak świeca, bardzo brzydki, o twarzy wyżółkłej, nosie przypłaszczonym. Długie czarne włosy spadały mu na ramiona.
Surdut, wątpliwego zielono-oliwkowego koloru, wisiał mu na chudym grzbiecie, jak żagiel na maszcie, gdy nie ma wiatru.
Jak chłopcy tak i on, uzbrojony był w skrzypce, które trzymał nie pod podbródkiem, ale opierał sobie o bok.
Widocznie musiał to być Poluche, profesor i właśnie odbywał lekcję.
— Uwaga!.. wołał; każdy powtórzy z kolei. No, Ascanio, przygrywka do „Zamku Małgorzaty...“ a pilnuj taktu.
I począł śpiewaći grać, podczas, gdy chłopak rozpaczliwie rzępolił i powtarzał głosem ochrypłym i nosowym wieśniaków piemonckich:
„Ach mój Boże! ach mój Boże! jakże piękny
„Zamek...
— Łotrze!.. przerwał Poluche, urwisie!.. Czyż nie powtarzałem ci tysiąc razy, że przy wyrazie „zamek“ trzeba przycisnąć palcem czwartą kreskę i pociągnąć smyczkiem! Zaczynaj z początku!
Chłopak zaczął:
„Ach, mój Boże!... ach, mój Boże!... jakże...
„Ach, mój Boże!...
Niestety Ascanio znowu omylił się.
Profesor z powagą wziął pręt leżący na krześle i z zimną krwią, nie okazując żadnego gniewu, pięć czy sześć razy uderzył nim po nogach biedaka, który począł wyć żałośnie.
— Naucz się na drugi raz, powiedział Poluche, jak trzeba uważać gdy co mówię. Jak przestaniesz beczyć, zaczniemy znowu. A jeżeli znowu tak źle pójdzie, to wiesz: nie dostaniesz wieczerzy; zapowiadam ci to. No, zamiast beczeć jak osioł, nastaw uszy i oczy, a uważaj na innych. Teraz ty, Giuseppe.
Chociaż młodszy o dwa lub trzy lata od Ascania, Giuseppe lepiej grał na skrzypcach i bez omyłki powtórzył całą przygrawkę
„Ach mój Boże! ach mój Boże! jakże piękny
„Zamek Małgorza... a... aty!...
— Nieźle, powiedział Poluche, sam pociągając smyczkiem po strunach, wcale nieźle! Jeszcze dwa, trzy dni dobrej woli — a wyjdziesz. Co? kontent będziesz gdy wyjdziesz!...
— O! kontent, panie odpowiedział chłopak zachwycony, ja także przyniosę pieniądze.
Sumienny profesor nie marnuje czasu na bezużyteczne rozmowy.
Zwrócił się do innego ucznia i zawołał:
— Teraz ty, Fabio... a w takt!...
Fabio, maleńki chłopczyna, najwyżej siedmioletni, sprytnej miny, czarnooki, nie bardzo spieszył.
Dostrzegł on starego pisarza od komornika, stojącego na progu konserwatorjum i wskazał go profesorowi.
— Panie!... zawołał jakiś człowiek!... Poluche nagle odwrócił się i ujrzał ojca Tantaine, który przekonawszy się, że jest dostrzeżony, szedł naprzód.
Nagłe ukazanie się widma nie przestraszyłoby tyle profesora. Są profesje, przy których wykonywaniu nigdy nie można być zupełnie spokojnym, zawsze należy obawiać się nieznajomych, ciekawych i niedyskretnych.
— Czego pan sobie życzy, zapytał zmienionym głosem, kto pan jesteś? Przerażenie profesora zachwyciło Tantaine’a.
Było ono dla niego niejako rękojmią powodzenia jego kroku i wskazywało z jakiego tonu zaczynać miał z Perpignanem, gdy się dostanie aż do tej ważnej osoby.
Dlatego z zadowolnieniem przedłużał trudne położenie i biedny profesor musiał przeszło minutę patrzeć na jego uśmiech drwiący i cichy i coraz więcej mieszał się.
„W końcu litość go wzięła.
— Bądź pan spokojny, powiedział, jestem bliskim przyjacielem pryncypała i jeżeli ośmieliłem się przyjść tu, to dlatego, że mam z nim pomówić o interesach bardzo ważnych dla naszego przemysłu.
Poluche odetchnął długo i głośno, jak człowiek, który się uwolnił od wielkiego ciężaru.
— Jeżeli tak, odpowiedział, podając Tantainowi jedyne krzesło, to racz pan usiąść; pryncypał wkrótce nadejdzie.
Ale ojciec Tantaine grzecznie odmówił, oświadczając, że przykroby mu było przeszkadzać, że bardzo łatwo może czekać stojący i woli raczej odejść, aniżeli przerywać lekcję tak interesującą.
— O!... odpowiedział profesor, lekcja już się kończy. Właśnie o tym czasie gospodyni daje jeść moim urwisom.
I zwracając się do uczniów, z których żaden nie śmiał ani ruszyć się, powiedział:
— Dosyć na dzisiaj! ruszajcie precz!
Chłopaki nie kazali powtarzać sobie tego dwa razy. Położyli instrumenta na ziemi i krzycząc i popychając się rzucili się na schody.
Być może, iż mieli nadzieję, że profesor, zajęty gościem, zapomni o niektórych pogróżkach zrobionych podczas lekcji.
Próina nadzieja!... Surowy, ale sprawiedliwy Poluche obdarzony jest pamięcią nieubłaganą.
Poważnie podszedł on ku drzwiom i nachyliwszy się nad schodami zawołał ogromnym głosem, panującym nad wrzaskiem chłopców.
— Hej! matko Butor!
Megera w kuchni usłyszała.
— Co, panie? zapytała z dołu.
— Niedasz pani ciasta Morelowi, odrzekł profesor, a Ravanillat otrzyma tylko pół porcji.
Wydawszy te ważne rozkazy, powrócił z miną zadowoloną człowieka, który spełnił swoją powinność.
— Już się uporządkowałem, powiedział do ojca Tantaine. Uważaj pan, że nie cudzoziemców karze. Nasi Piemontczycy i Kalabryjczycy idą nieźle. Ale nie mów mi pan o tych Włochach z Batignolles, albo Montrouge, których przyprowadza mi pryncypał od niejakiego czasu. Mówi, że to ekonomiczniej, ale ja zginę od pracy. Małe te urwisy tak są zepsute, bezwstydne i zarozumiałe, że ja, który to panu mówię, rumienię się; głowy mają twarde jak kamień, a przytem żadnego po
wołania, żadnej odpowiedniej organizacji...
Stary pisarz od komornika okrutnie wytrzeszczył oczy pod swemi okularami.
Wszystko co słyszał i widział było dla niego zupełnie nowem; a ponieważ człowiek uczy się całe życie, a on lubił oświecać się, więc był bardzo uważnym.
— Ciężkie rzemiosło, panie, powiedział. Uczyć muzyki tak małe dzieci, musi być bardzo trudno.
Profesor rozpaczliwie podniósł oczy do sufitu.
— Dałby to Bóg, zawołał, bym uczył szczytnego kunsztu. Pierwsze nawet zasady, tak suche, miałyby dla mnie urok. Ale tak nie jest!... pryncypał nie chce tego, wyraźnie mi powiedział. Gdyby zobaczył tu kawałek papieru rozlinjowanego, nie większy jak dłoń, wypędziłby mnie.
— Jednak przed chwilą...
— Ja katarynkowałem panie, odpowiedział Poluche, smutny i upokorzony, katarynkowałem...
— A...
— Tak jest. Sądzę, żeś pan słyszał o tych starych kobietach, właścicielkach małych katarynek, które za dwadzieścia sous dają po domach lekcje kanarkom?
Nie, ojciec Tantaine nie znał tego rodzaju przemysłu, i z całą pokorą przyznał się do tego.
— Otóż, zaczął znowu profesor, gorzko uśmiechając się, taką właśnie jest moja profesja. Zamiast uczyć kanarków, uczę tym samym sposobem chłopców. Smutne to zadanie dla człowieka z wyobraźnią. Bywają dnie, w których zazdroszczę losu ludzi, którzy się poświęcili edukowaniu papug. Ach!... jakiej do tego potrzeba cierpliwości!
Przy tych słowach słodki pisarz komornika nie mógł się powstrzymać, by nie wskazać palcem na pręt, leżący na krześle.
— A to? zapytał.
Poluche ruszył ramionami.
— Chciałbym, kochany panie, odpowiedział, widzieć pana na mojem miejscu. Pryncypał wynajduje chłopca i mnie go przyprowadza. Dziecię jest przestraszone, zahukane tem gorzej! Za piętnaście dni, a najwyżej w ciągu trzech tygodni, muszę go nauczyć rzępolić cośkolwiek. Nie wie on co to są skrzypce i smyczek, to nic! Potrzeba, bym mechanicznie ułożył mu palce do wykonywania najprostszych pozycyj, potrzebnych dla akompaniamentu. Naturalnie łotr opiera mi się, wtedy ja... nalegam. Czyś pan kiedy widział, by gwóźdź wlazł w deskę bez młotka? Prawda że nie? Otóż, mój pręt... to młotek, za pomocą którego wbijam arje w głowy moich uczniów. I nie sądź pan, by się oni obawiali mego karcenia. Ci mali nędznicy oswajają się z rózgą jak zepsute dzieci z konfiturami. Po miesiącu ćwiczeń trzebaby im zedrzeć skórę, by wydobyć nie krzyk — bo jak tylko podniosę rękę to krzyczą — ale łzę prawdziwą... Na szczęście mam inne sposoby. Pokonywam moich łotrów przez żołądek. Odejmuję im czwartą część, połowę, w razie potrzeby nawet całą porcję jadła. Nic tak nie rozwija inteligencji jak post... Na krnąbrnych mam lepsze jeszcze sposoby. Pozbawiam ich snu... Jedna lekcja późno w nocy odbyta, warta więcej aniżeli cztery lekcje dzienne... Nieomylną tę receptę mam od jednego berajtera z cyrku, który używał jej do dresowania koni...
Podczas tego długiego opowiadania, poczciwy Tantaine czuł jak mu kilka razy przebiegało mrowie po grzbiecie.
Nie bardzo powodował się on skrupułami, ale taki system muzykalnej edukacji wydał mu się naprawdę przesadnym.
— Gdybym, zaczął znowu profesor, mógł swobodnie rozrządzać narzędziem popularności, jakie mam w ręku!...
— Przyznam się, że...
— Co?... nie rozumiesz pan?.. Eh, panie! mam tu czterdziestu uczniów, którzy o ósmej rano rozbiegają się po całym Paryżu i nigdy nie powracają przed północą. Niech jutro wyuczę jakiego kawałka...a za tydzień stanie się on popularnym. Patrz pan: od trzech miesięcy wyuczyłem ich „Zamku Małgorzaty“ — i powiedz mi pan, co teraz wygrywa się i rzępoli na najrozmaitszych instrumentach? Zawsze i wszędzie: „Ach mój Boże! ach mój Bole! jaki to piękny...“
Teraz stary pisarz od komornika wytłumaczył sobie dlaczego pewne arje nagle dają się słyszeć od razu we wszystkich dzielnicach i prześladują Paryżanina w każdem miejscu.
Poluche wziąwszy skrzypce pod pachę, wymachiwał smyczkiem.
— Ach!.. gdyby tylko pryncypał zechciał, mówił dalej, jabym wytworzył w Francuzach zamiłowanie do prawdziwej muzyki!.. Ale on nie jest artystą. Czyż omal nie odpędził mnie za to, żem zaczął uczyć arji z jednej mojej opery?..
Czas naglił, ale ojciec Tantaine nie nudził się.
— Jakto? zapytał, z pańskiej opery?..
— Tak jest, odrzekł Poluche, tonem zupełnie różnym od tego, jakim mówił dotąd. Nie masz ani jednego teatru, któryby w swej bibliotece nie posiadał jakiejkolwiek mojej opery. Jeden z moich przyjaciół, wielki poeta, który dostał pomieszania zmysłów, z powodu, że pił zawiele piołunówki, komponował mi libretta przepyszne!.. O! nie śmiej się pan. Tak, jak mię pan widzisz, otrzymałem premium w konserwatorjum. Marzyłem, chciałem zostać sławnym, wielbionym!.. Piłem czystą wodę i pracowałem po nocach!.. Nadszedł jednak dzień, w którym znudziłem się ciągłem tańcowaniem przed bufetem sławy i poczęłem szukać lekcyj... Niestety!.. jestem tak śmieszny i brzydki, że nie chciano mię przyjąć na żadnej pensji. Umierałem z głodu, gdym spotkał pryncypała. Podmówił mię uległem. Mam stałej pensji pięć franków dziennie i dwa sous za każdego ucznia. Prowadzę rzemiosło bezecne, sam sobą gardzę... ale jak....
Tu nagle przerwał sobie i niespokojnie począł przysłuchiwać się.
— Idzie pryncypał, powiedział; poznaję jego chód. Jeżeli pan chcesz z nim rozmówić się, to zejdźmy na dół; tu on nigdy nie przychodzi, bo schodów się obawia.