Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Wyszedłszy z pałacu Mussidan, po rozmowie z Sabiną, p. Breulh-Faverlay nie wsiadł do powozu, którym przyjechał i który czekał na niego w dziedzińcu.
— Wracajcie powoli do domu, powiedział swoim służącym, ja pójdę piechotą.
Czuł on jak zwykle, po przesileniach potrzebę ruchu. Chciał chodzić, znużyć się, jeżeli można, aby nieco opamiętać się, uporządkować myśli i odzyskać zimną krew.
Jeżeli był głęboko i boleśnie dotknięty, to więcej jeszcze był zdziwiony. Czuł się ogłuszonym jakby po upadku.
Tyle już lat nie wzruszało go żadne uczucie głębsze i trwalsze, że sam siebie nie poznawał.
Przyjaciele takżeby go nie poznali, gdyby widzieli jak szerokimi krokami szedł po Polach Elizejskich.
Co się stało z jego piękną lodowatą obojętnością, przedmiotem uwielbienia wszystkich młodych ludzi jego klubu. Twarz ta, której regularnych linij nigdy nic nie zmieniało, była teraz zmieniona do niepoznania.
Wzruszenie, namiętność, zdumienie, tak go uniosły, iż idąc mówił sam do siebie, głośno wykrzykiwał i wywijał rękami, co jest ogromną pospolitością i przeciw wszelkim przepisom przyzwoitości.
— To życie... mówił. Człowiek myśli, że jest z brązu, zużyty, zestarzały, zawiędły, zdaje mu się, że wszystko w nim wymarło; a dość jednego spojrzenia pięknych oczu, by powróciły wszelkie wrażenia młodzieńcze. Mięsza się jak szkolarz, bełkoce, rumieni się i nawet... do wszystkich djabłów!... czuje jak łza ciśnie mu się do oczu!...
Kochał on Sabinę już w dniu, w którym prosił o jej rękę hrabiego Mussidan... ale nie tak jak teraz.
Od chwili, gdy poznał, że ona jest dla niego straconą, odkrył w niej zalety nadzwyczajne. Wydała mu się piękniejszą, rozsądniejszą, ozdobioną przymiotami zdumiewającemi, jednem słowem, tysiąc razy pożądańszą.
Któż mógł to kiedy przewidzieć, że on, wielki pan, nad którym unoszono się, któremu zazdroszczono, którego wszędzie poszukiwano, on, wielbiony przez wszystkie kobiety, gdy z drugiej strony obawiali się go wszyscy mężczyzni — zostanie odepchnięty właśnie wtedy, gdy przejęty uczuciem poważnem, będzie ofiarował wybranej przez siebie swoją fortunę i imię?
— Ach!... o takiej to towarzyszce życia marzyłem zawsze! Czyż znajdę jeszcze kiedy duszę tak tkliwą, umysł tak silny, tyle niewinności i dziewiczej odwagi, wśród ponętnych lalek, które widzę dokoła siebie uwijające się, ubierające, spacerujące, naśladujące w mowie ekscentryczne kobiety półświata. Czy jest choć jedna Sabina pomiędzy temi dziwaczkami, dla których życie jest jakby nie ustającym kotylionem i które wybierają męża, jak tancerza do walca... bo samej nie można walcować.
W tej chwili wszystkie kobiety były mu nienawistnemi i z góry czuł przesyt, myśląc o znanych sobie pannach na wydaniu.
Jakiż szczytny wyraz miała w oczach, gdy mówiła o tym Andrzeju!... Wierzy, że on ma geniusz i przyswoiła sobie wszystkie jego myśli. Jego dusza drga w jej duszy. Z jaką szlachetną dumą mówiła: My... my jesteśmy ubodzy... nie mamy nazwiska!...
Usiłował otrząść się z okrutnego smutku, który go przytłaczał.
— Basta!... zawołał wreszcie, robiąc szybkiego młynka swą trzciną, po takiem przejściu umrę beziennym. Na starość mój kamerdyner będzie moim najlepszym przyjacielem. Boga sobie utworzę z mego żołądka. Baron Brisse utrzymuje, że można jeść do czterech razy dziennie... to już coś znaczy... A potem, dla rozweselenia mego trawienia, będę miał przy moim fotelu kemedję ze spadkobierców.
Zaśmiał się szyderczo; ale prawie w tejże chwili dodał, nie bez bolesnego westchnienia:
— Ha... w każdym razie, życie moje jest chybione!
Ale chociaż zawód jego był tak okrutny, rana tak paląca, p. Breulh nie miał żalu ani do Sabiny, ani do tego innego, któremu zazdrościł zdumiewającego szczęścia.
Dumny w najwyższym stopniu, stał on wyżej nad głupią próżność ludzi pospolitych. Nie upatrywał nic nadzwyczajnego, nienormalnego, potwornego, w tem że kobieta przeniosła innego nad niego. Cierpiał na tem — ot i wszystko.
Sabina słusznie go osądziła, mówiąc: „Ten także godzien być kochanym“.
P. Breulh zasługiwał na inny piedestał, aniżeli ten, który mu wznieśli przyjaciele i współzawodnicy, zarówno ograniczeni.
Wart był więcej aniżeli jego reputacja, aniżeli życie, aniżeli jego epoka; a przede wszystkiem wart był więcej aniżeli liczni jego przyjaciele.
Po śmierci wuja rzucił się w to, co nazywają „wirem wielkiego świata“; ale prędko znudził się tem istnieniem, próżnem a ruchliwem.
Posiadać stajnię zwyciężającą na wyścigach, czytać jak dzienniki sportu wymieniają każdą w niej zmianę, być oszukiwanym do wysokości dwóchset lub trzech set luidorów miesięcznie przez jaką piękność teatralną, wszystko to nie wystarczało dla szczęścia tego przebierającego śmiertelnika.
Oddawna już, trawiony nudami, szukał on celu dla swej ambicji, zadania, będącego na wysokości energii i inteligencji, jakie czuł w sobie.
Poprzysiągł, że w przeddzień swego małżeństwa posprzedaje wszystkie konie wyścigowe i zerwie ze wszystkiemi dotychczasowemi przyzwyczajeniami. I oto owo małżeństwo’, tak pożądane, stało się niemożebnem!...
Gdy wszedł do swego klubu, wzruszenie jego było tak widoczaem, iż wielu młodych ludzi, grających w karty, okazało wielkie zdziwienie i poczęło pytać czy czasem nie zachorował „Chamboran“, jeden z koni, któremu góry zapowiadano pierwszą nagrodę.
P. Breulh odpowiedział, że „Chamboran“ ma się doskonale i pospieszył przejść do jednego z małych pokoików, przeznaczonych dla prowadzenia korespondencji.
— Na jakież to ziele stąpił Breulh?... zapytał jeden z graczów.
— Kto wie?... poszedł coś pisać.
Rzeczywiście pisał do hrabiego Mussidan z oznajmieniem, iż cofa swe słowo; zadanie to było nie łatwe.
Odczytując swój list, pan Breulh musiał wyznać przed sobą, że w każdym frazesie przebijała ironia, a ogólny ton zdradzał gorycz, której wyjaśnienia pewno będą żądać od niego.
— Nie, powiedział, list ten nie jest mnie godzien.
Zrobiwszy sobie tę uwagę, zaczął pisać na nowo, wyszukując wymówek najnaturalniejszych, mówiąc ogólnikowo o swem życiu, zakorzenionych przyzwyczajeniach, pewnych stosunkach, których nie miał odwagi zerwać.
Po ukończeniu tego małego arcydzieła dyplomacji, wręczył je jednemu ze sług klubowych, z rozkazem bezzwłocznego odniesienia według adresu.
Spełniwszy ten obowiązek honoru, spaliwszy za sobą okręty, sądził, że mu się lżej zrobi na sercu i umyśle. Bynajmniej.
Usiadł do gry, ale w kwandrans miał już jej dość. Chciał jeść obiad, nie miał apetytu. Zaszedł do teatru opery i ziewał tam; muzyka draźniła mu nerwy.
Znużony tą walką powrócił do siebie koło godziny drugiej, co mu się nie zdarzyło od roku.
Nic nie pomagało.
Oderwać myśli swoje od Sabiny, było dla niego tak niemożebnem, jak niedopuścić, by własny jego puls nie bił szybciej niż zwykle.
Cóż to był za człowiek, którego przeniesiono nad niego?
Zanadto szanował charakter panny Mussidan, aby dopuszczać, że zrobiła wybór niegodny jej.
Ale z drugiej strony tyle już widział w życiu swojem namiętności niewyjaśnionych!..
Jeżeli ludzie najdoświadczeńsi dają się nieraz ułowić w sidła najprostsze, to jakże młoda dziewczyna potrafi obronić się przeciw popędom własnego serca?
— Jednak, mówił do siebie, gdyby się myliła... gdyby udało się otworzyć jej oczy?..
Potem, zapewne aby wytłumaczyć się przed samym sobą, z tego że zachowuje podobną nadzieję, dodał:
— A jeżeli, przeciwnie, on jest godny jej?!.. ha! w takim razie dopomogę mu do usunięcia przeszkód.
Podobał sobie w tej myśli, z góry smakując w gorzkiej rozkoszy, jakiej dozna, zapewniając szczęście tej, którą kochał, a która go odrzuciła.
Być może, iż mimo własnej jego woli, do tej pięknej wspaniałomyślności przyłączało się nieokreślone żądanie okazania swej wyższości przed Sabiną.
O czwartej rano siedział jeszcze w fotelu, przed kominkiem, w którym wygasł ogień.
Był prawie zdecydowanym udać się do Andrzeja. Bogaty człowiek ma zawsze w kieszeni pretekst do zwiedzania pracowni malarza.
Co tam będzie robić i mówić, tem nie zajmował się wcale, spuszczając się na wypadek i własne doświadczenie. Zrobiwszy to postanowienie poszedł spać.
Ale nazajutrz wstawszy, zawahał się w tem postanowieniu. Po co ma się wtrącać w tę sprawę?.. Z drugiej strony pobudzała go ciekawość.
Nakoniec, koło drugiej godziny, kazał zaprządz konie i wkrótce potem szybkim kłusem jechał ku ulicy Tour-d’Auvergne.
Pani Poileveu, dyskretna odźwierna Andrzeja, stała we drzwiach, wsparta na swej miotle, gdy wspaniały zaprząg pana Breulh zatrzymał się przed domem.
Szanowna ta osoba omal że nie dostała zawrotu głowy. Przez całe swe życie nie widziała cna tak blisko tak pysznych koni, przybranych w uprząż srebrem nabijaną, z kokardami przy uszach, ani takiego powozu połyskującego, ani tak bogatej liberji.
— Wielki Boże! pomyślała, czy tylko do nas przyjechał ten wielki pan? Czy się nie omylił?...
Ale zdumienie jej przeszło wszelkie granice, gdy p. Breulh, wysiadłszy z coupé, przybliżył się ku niej i zapytał:
— Pan Andrzej, artysta-malarz?
— Tak jest, panie, odrzekła, tu właśnie mieszka... już około dwóch lat jest naszym lokatorem. O... gdyby wszyscy artyści byli do niego podobni Nigdy nie zalega w czynszu!... A jaki porządny, grzeczny, uprzejmy!... Nigdy nie masz u niego ani hulanki, ani hałasów!... Doskonała istota... I gdyby nie owa kobietka z Pól Elizejskich... ale cóż to?... sam pan pojmie, że młodość...
I mówiła dalej a dalej, sama nie mając wielkiego przeświadczenia o swej gadaninie, tak bardzo wytężała swoją uwagę na postawę właściciela pysznego powozu.
— Wskaż mi pani jego pracownię, rzekł pan Breulh zniecierpliwiony.
— Bardzo dobrze!... na czwartem piętrze, na prawo, nazwisko jest na drzwiach, niepodobna omylić się... Ale to nic ja poprowadzę pana.
— Nie potrzeba, moja pani, sam trafię; niech się pani nie trudzi.
Pan Breulh zwrócił się ku schodom, a pani Poileveu pozostała na progu z gębą strasznie otwartą, nieruchoma jak żona Lota po swej krystalizacji.
— A to historja! pomyślała. Do pana Andrzeja przyjeżdżają tacy magnaci i o takiej porze! Co za szyk!... A to chłopiec — at sobie!... mąż mój od czterech już dni nie sprzątał u niego, a on nawet nie poskarżył się!... A!... ale to długo trwać nie może! Artystę, mającego takie znajomości trzeba pielęgnować!... Taki dobry chłopak!... może nam wyjedna patent na trafikę!... Ale kto być może ten wielki pan?...
Po tych uwagach umieściła miotłę za drzwiami, postanowiwszy wyciągnąć na język służących.
Tymczasem p. Breulh kroczył powoli po schodach, jak człowiek nie chcący męczyć się.
Wszedł już na ostatnie piętro i miał zapukać do drzwi, na których wyczytał nazwisko Andrzeja, gdy wtem usłyszał za sobą lekkie kroki i odwrócił się.
Przed nim stał młody człowiek, słuszny, ciemnej cery, ubrany w długą białą bluzę, jaką zwykle noszą ornamentyści przy robocie. W ręku trzymał wielkie blaszane wiadro, które właśnie napełnił wodą w domowym rezerwoarze.
— Pan Andrzej? zapytał p. Breulh.
— Ja nim jestem, panie.
— Chciałbym pomówić z panem...
— W takim razie racz pan wejść do mnie.
To mówiąc, młody człowiek otworzył drzwi swej pracowni i poszedł przed swym gościem.
Pierwsze wrażenie pana Breulh było przychylne Andrzejowi. Uderzył go wyraz tej twarzy otwarty i śmiały, to spojrzenie jasne i szczere, ten głos dźwięczny i miły.
— W każdym razie, pomyślał, to człowiek.
Z drugiej strony, chociaż z powodu doświadczeń własnej swej młodości pozbył się wielu przesądów, zawsze jednak ubiór Andrzeja dziwił go.
Trudno mu jakoś było wystawić sobie człowieka, wybranego przez Sabine Mussidan, w bluzie i który sam sobie przynosił wodę.
Ale zdziwienia tego wcale nie było widać; od wczoraj miał czas przybrać właściwą sobie postawę człowieka, którego nic nie dziwi.
— Muszę pana przeprosić, tak zaczął Andrzej, że go przyjmuję w ten sposób... Ale co pan chcesz! dopóki człowiek nie jest bogaty, najlepiej sam sobie służy, a nawet...
I jednocześnie wskazywał, bez zakłopotania, ale i bez chełpliwości, na swoją bluzę i na wiadro, które postawił w kącie.
Ton ten podobał się panu Breulh, który uśmiechnął się przyjaźnie.
— Ja to właśnie, odrzekł, powinienem przeprosić pana, że mu przeszkadzam. Zalecony jestem panu przez jednego z moich przyjaciół... przez...
I zatrzymał się, szukając w pamięci.
— Może przez księcia Crescenzi? zapytał Andrzej.
P. Breulh zaledwie znał tego znakomitego amatora, ale skwapliwie pochwycił gałązkę podawaną mu.
— Tak właśnie odpowiedział. Książę bardzo wysoko ceni talent pana; mówi o nim z uniesieniem. Znając wytworny jego gust, powiedziałem sobie, że i ja także muszę mieć jeden obraz od pana... Bądź pan spokojny!... będziesz u mnie w dobrem towarzystwie.
Andrzej skłonił się i zarumienił, jak pensjonarka, którą biskup pochwalił.
— Bardzo jestem panu wdzięczny, powiedział, że raczyłeś uwierzyć na słowo księciu Crescenzi; na nieszczęście, sądzę, żeś się pan fatygował niepotrzebnie.
— Dlaczego?
— W ostatnich czasach tyle miałem zajęcia, tyle roboty, że nie mam nic wykończonego, nic takiego, coby...
P. Breulh przerwał mu.
— Cóż to znaczy? Czyż przyszłość nie należy potroszę do nas? Co się nie zrobiło, to jeszcze zrobi...
— Tak jest, jeżeli pan masz we mnie cokolwiek zaufania...
— Jakto, zaufania? Czyż Crescenzi nie jest rękojmią?...
— Więc możemy ułożyć się o przedmiot...
Nie domyślając się tego, Andrzej ostatecznie zawojowywał swego gościa.
— To dziwna, myślał pan Breulh, powinienbym nienawidzieć tego człowieka, mam do tego tysiące powodów; a jednak nigdy nikt nie był dla mnie bardziej sympatycznym.
Gdy milczał, usiłując zdać sobie sprawę ze swych wrażeń, jeszcze niejasnych, Andrzej zaczął znowu.
— Mam tu, powiedział, ze trzydzieści szkiców, które, jak się spodziewam, staną się z czasem znośnemi malowidłami; jeżeli który spodoba się panu...
— Tak, tak!... odrzekł pośpiesznie p. Breulh.
Poznawszy charakter, nie gniewał się o to, że pozna talent, i z największą uwagą zaczął przeglądać malowidła na ścianach.
Andrzej nie mówił ani słowa.
Zamówienie to, myślał sobie, przybywające za pośrednictwem księcia Crescenzi, może być początkiem jego artystycznej karyery. Książę jest z liczby siedmiu lub ośmiu amatorów w Europie, którzy jednem swem słowem mogą podmówić do zapłacenia 10.000 franków za najlichszą bazgraninę.
Ale Andrzej nie był usposobiony do radowania się swemu szczęściu.
Rzadko w jego niespokojnem życiu zdarzało mu się doznawać takiego smutku, jaki w tej chwili ścisnął mu serce.
Bo Sabina, zapowiedziawszy mu, że zrobi krok stanowczy, odchodząc dodała: „Jutro list“.
Owóż owe „jutro“ przeszło; a nie otrzymał ani litery, ani znaku życia... nic.
Od czterdziestu ośmiu godzin był jak na rozżarzonych węglach.
Nie wątpił o Sabinie; prędzej zwątpiłby o sobie. Ale cóż mogło stać się tam, w pałacu Mussidan, którego drzwi były dlań zamknięte?
Czuł on okrutną mękę, jakiej doznaje człowiek energiczny, gdy los jego rozstrzyga się, a który jest zarazem przeświadczony, iż żadną miarą nie może przyśpieszyć rozwiązania.
Tymczasem pan Breulh skończył swój przegląd.
Przekonał się, że Andrzej ma talent niezaprzeczony.
We wszystkich tych szkicach, pośpiesznie robionych, można było dopatrzeć wielkie wady, niedoświadczenie, niefortunne zuchwalstwa; ale każdy z nich cechowała potężna indywidualność.
Andrzej był człowiekiem w ścisłem znaczeniu tego wyrazu; był także „artystą“, godnym tej wspaniałej nazwy.
Trudnoby utrzymywać, że duma p. Breulh-Faverlay nie cierpiała na tem. Ale umiał on poskromić złe podszepty zazdrości. Szczerze i lojalnie podał rękę młodemu malarzowi.
— Gdym tu wchodził, powiedział, życzyłem sobie mieć obraz pańskiej roboty; teraz żądam tego... Już nie na wiarę słów cudzych wierzę w jego talent.
A gdy Andrzej nie odpowiadał, dodał:
— Wybrałem szkic, teraz ułóżmy warunki. Ubogi, bez protektorów, zniewolony do ciężkiej pracy powszedniej, która chleb dawała, Andrzej nie miał ani czasu, ani sposobności studjowania tajników poezji w krajach klasycznych. Poprzestawał na odtwarzaniu tego, co widział i czuł.
Pomiędzy jego szkicami znajdował się jeden, który nazwał „Poniedziałkiem za rogatką.“
Na pierwszym planie dwóch ludzi borykało się, a trzeci usiłował ich rozdzielić. Z za podartego ubrania wyglądały nagie członki. Twarze wyrażały opilstwo, nienawiść i zawziętość.
Nieco wprawo leżała na ziemi kobieta, przyczyna tej bójki, z włosami w nieładzie i szeroką raną na skroni, a tuż obok siedziały dwie jej towarzyszki, usiłujące przywrócić ją do zmysłów.
Kilku próźniaków przypatrywało się temu; dzieci uciekały, a w odległości ukazywał się trójgraniasty kapelusz nadbiegającego sierżanta miejskiego.
Rzecz pospolita — ale prawdziwa.
— W naszych czasach tylko prawda może uratować sztukę... ale prawda, że tak powiemy, prawdziwa, nie konwencjonalna, ta, która powiększa i uogólnia, a nie ta, co partykularyzuje i pomniejsza...
Na ten sam szkic wskazał pan Breulh, mówiąc:
— To chciałbym mieć.
Wtedy Andrzej wszedł w szczegóły wykonania, objaśniając kompozycję, rozmiary, słowem wszystko.
Pan Breulh ruchem i głosem potwierdzał.
— Co pan zrobisz, powiedział, to będzie dobrze zrobione; niech pana nic nie żenuje... słuchaj pan swego natchnienia.
Teraz chciał wszystko ukończyć jak najspieszniej; zanadto był delikatny, by nie doznawać przykrości z powodu swego fałszywego położenia. Zaufanie Andrzeja mocno go zbijało z tropu: tracił pewność siebie.
Gdy wszystko już zostało ułożone, p. Breulh musiał zrobić wysilenie nad sobą, aby przystąpić do kwestji ceny zamówionego malowidła.
Może spodziewał się udawania fałszywej skromności i śmiesznej bezinteresowności... Nic tego nie było.
— Ponieważ wartość malowidła, powiedział Andrzej z godnością, jest rzeczą całkiem warunkową, więc w tym względzie nic powiedzieć nie mogę. Płótno takich rozmiarów, jak umówiliśmy się, kosztuje, białe, osmdziesiąt franków. Pokryte farbami może nie mieć żadnej wartości, albo też być warte...
— Czy sądzisz pan, przerwał mu p. Breulh, że gdybym ofiarował dziesięć tysięcy franków...
Andrzej odpowiedział natychmiast.
— Zawiele, panie zawiele.
— Jednakże.
— W obecnem mojem położeniu, gdy jestem tak mało znany, cztery tysiące franków byłoby ceną przepyszną. Gdyby jednak udało mi się lepiej aniżeli spodziewam się... no!... w takim razie żądałbym sześć tysięcy.
— Dobrze, odrzekł pan Breulh, rzecz skończona.
Wyjął z kieszeni elegancki pugilares z cyfrą, a z niego dwa bilety tysiącfrankowe i położył je na stole, mówiąc:
— W każdym razie, oto połowa z góry.
Młody malarz poczerwieniał jak karmin na jego paletrze.
— Pan żartuje, wybełkotał.
— Bynajmniej, odrzekł z powagą p. Breulh; w interesach mam pewne zasady, od których nigdy nie odstępuję.
Potem tonem nader zachęcającym dodał:
— Któż to panu powiedział, że nie mam zamiaru skrępowania go, kochany mistrzu? Te dwa bilety zastąpią nam kontrakt.
Tym sposobem wyjaśnione postępowanie pana Breulh było bardzo podchlebnem. Ale delikatność Andrzeja, może zbyt wielka, obruszała się tem.
— Bo widzisz pan, tak zaczął, obrazu tego nie będę mógł doręczyć panu prędzej, jak za pięć, albo sześć miesięcy... Zrobiłem układ z bogatym przedsiębiorcą, panem Gaudelu o dostarczenie rzeźb do jego domu.
— To nic, odrzekł p. Breulh, nigdy nie cofam tego com powiedział.
Andrzej byłby szalony, gdyby się jeszcze opierał. Skinął więc głową na znak, że przystaje, nie mogąc nie wyznać przed sobą, że pieniądze te przybywały mu bardzo w porę.
P. Breulh, zabierając się do wyjścia i otwierając drzwi pracowni, dodał:
— A zatem, życzę, panu wszelkiego powodzenia, kochany mistrzu. Spodziewam się, że będziesz pan tak grzeczny i zechcesz kiedy zajść do mnie na śniadanie; pokażę panu Murilla, który sam wart tej podróży.
I dla stwierdzenia swych zaprosin, jako też dla oznajmienia kim jest, podał Andrzejowi swój bilet wizytowy i wyszedł.
Wobec gościa Andrzej nie spojrzał nawet na bilet, gdy ten wyszedł, uczynił to.
Nazwisko Breulh-Faverlay rzuciło mu się w oczy jak błyskawica piorun poprzedzająca.
Chwilę stał w osłupieniu. Potem straszliwy gniew wpędził mu wszystką krew do głowy.
Ujrzał się wyprowadzonym w pole, wydrwionym, upokorzonym...
Nie zdając sobie sprawy z tego co robi, rzucił się na schody i pochyliwszy na poręcz zawołał donośnym głosem:
— Panie!... panie!...
P. Breulh, który już zszedł był na drugie piętro, podniósł głowę.
— Wróć się pan!... wołał Andrzej.
Po chwili wahania p. Breulh powrócił.
Gdy wszedł do pracowni, Andrzej rzekł głosem, od gniewu zaledwie zrozumiałym.
— Weź pan swoje pieniądze!
— Co panu jest?... co się stało?
— Nic, tylko rozmyślałem się; nie moge zrobić, nie zrobię panu tego obrazu!
— A!... dlaczegćΣ to?
Dlaczego?... p. Breulh wiedział dobrze dlaczego. Domyślał się, że Sabina wymieniła jego nazwisko Andrzejowi i mówiła mu o jego zamiarach. Nie bardzo wspaniałomyślny w tej okoliczności, nawet nieroztropny, nadużywał on trudnego i tak delikatnego położenia młodego malarza.
— Ot, tak!... odpowiedział Andrzej.
— Ale to nie racja!
Andrzej tracił głowę. Powiedzieć, jaki jest prawdziwy powód odmowy, było niepodobieństwem. Prędzejby umarł, aniżeli wymówił imię Sabiny. Czuł, że tylko gwałtownością zdoła wyjść z trudnego położenia.
— No, to przypuść pan, rzekł głosem pełnym nienawiści, że mi się nie spodobała twarz pańska... To już racja!...
— Ale to jest wyzwanie, panie Andrzeju!
— Niech będzie co się panu podoba!...
Cierpliwość nie była przeważną cnotą pana Breulh. Zbladł jak chusta i drgnął.
Ale szlachetna natura rychło górę wzięła i wzruszonym głosem powiedział:
— Szczerze proszę pana o przebaczenie, panie Andrzeju. Wyznaję, żem grał rolę, która nie była godną ani pana, ani mnie... Wszedłszy powinien byłem zaraz wymienić moje nazwisko i powiedzieć: wiem wszystko.
— Nie rozumiem pana, odrzekł Andrzej zimno.
— Owszem, pan mię rozumiesz, ale mi nie ufasz... Zasłużyłem na tę obelgę... Jednak przestań pan udawać. Panna Sabina powiedziała mi wszystko... wszystko, rozumiesz pan?... A jeżeli chce pan na to dowodu, to powiem mu, że ten obraz, odwrócony do ściany, to portret panny Mussidan.
Andrzej milczał ciągle; p. Breulh uśmiechnął się smutnie.
— Dodam do tego, mówił dalej, aby rozproszyć wszystkie jego wątpliwości, że wczoraj, na żądanie panny Sabiny, cofnąłem moją prośbę o jej rękę.
Słuchając tego człowieka, tak szlachetnie przyznającego się do swego błędu, Andrzej czuł, jak gniew jego stygnie powoli.
— Nie wiem jak panu dziękować, zaczął.
— O... przerwał mu żywo p. Breulh, nie ma co dziękować temu, kto tylko ściśle spełnia swój obowiązek... Skłamałbym, gdybym powiedział panu, że nie byłem boleśnie zdziwiony... Ale zresztą, to co ja zrobiłem i pan zrobiłbyś na mojem miejscu.
— Tak jest, panie.
— A teraz jesteśmy przyjaciółmi, prawda? rzekł p. Breulh podając rękę.
Nie bez gwałtownego wzruszenia Andrzej uścisnął tę rękę lojalną.
— Tak jest, przyjaciele... szepnął, przyjaciele!...
Pan Breulh musiał uwierzyć, że wszystko zapomniane.
— Jeżeli tak, rzekł z nieco wymuszoną wesołością, to nie mówmy o tym obrazie, który był tylko pretekstem... Będę z panem otwarty, jak z samym sobą. Idąc tu, mówiłem sobie: „Jeżeli człowiek, którego przeniosła nademnie panna Sabina, jest jej godny, to zrobię wszystko co tylko będę mógł, by został przyjęty. Otóż przybyłem tu, poznałem pana i mówię mu: Zrób mi pan te wielką przyjemność i ten wielki zaszczyt i pozwól oddać na usługi swej miłości moją osobę, majątek, stosunki i przyjaciół.
Z najczystszem poświęceniem i w całej szczerości duszy p. Breulh-Faverlay oddawał się w rozporządzenie młodego człowieka, którego szczęścia zazdrościł.
Wspaniałomyślność ma swoje porywy i dobrowolne poświęcenie, choćby najprzykrzejsze, sprawia jakby gorżką przyjemność, która jest jego wynagrodzeniem.
Ale Andrzej smutno wstrząsnął głową.
— Nigdy nie zapomnę ofiary pańskiej, powiedział tylko...
Zawahał się; pan Breulh zapytał:
— Tylko?..
— Tylko nie mogę jej przyjąć.
P. Breulh zdziwił się.
— Dlaczego? zapytał.
— O!.. słuchaj pan, odrzekł Andrzej, ja także będę z panem otwarty, i wypowiem mu całą moją myśl... Może pan znajdziesz w niej co śmiesznego, ale co pan chcesz!.. nieszczęście, jeżeli nie złamie poczucia godności, to egzaltuje dumę. Kocham pannę Mussidan całą siłą mej duszy, w żyłach moich nie masz ani jednej kropli krwi, któraby do niej nie należała, dałbym połowę mego życia, by zapełnić otchłań, która nas rozdziela, a jednak...
Tu przerwał sobie, szukając odpowiednich wyrazów dla tego, co czuł, i dopiero po chwili dodał z powstrzymywaną gwałtownością:
— Zaklinam pana! nie obrażaj się tem, co powiem... Wolałbym raczej zrzec się panny Sabiny, aniżeli przyjąć pańską pomoc.
— Ależ to szaleństwo! zawołał p. Breulh.
— Nie, panie, to nie jest szaleństwo, ale rozsądek. Są poświęcenia, które należy odrzucać, gdyż można zapłacić za nie tylko najczarniejszą niewdzięcznością?.. Jeżelibym się przychylił do żądania pana, to rola jego byłaby zanadto piękną, zanadto szczytną, czułbym się okropnie upokorzonym i doznawałbym zazdrości. Czyż nie dość jeszcze jestem przytłoczony pańską wyższością?.. Podczas, gdy pan jesteś człowiekiem znakomitego rodu i jednym z najbogatszych w Paryżu, ja jestem ubogi i nie mam stanu cywilnego. Jestem tak osamotniony, nieznany, zatracony w tym świecie, iż nawet nie wzywano mię do popisu wojskowego. Pan masz wszystko to, czego mnie brakuje i chciałbyś...
— Ależ i ja także byłem ubogi, zawołał pan Breulh, i tak samo jak pan nieszczęśliwy, a może więcej.
Andrzej, który wcale nie znał przeszłości p. Breulh, a widział tylko świetną jego teraźniejszość, spojrzał zdumiony.
— Czy wiesz pan com robił w jego latach? mówił dalej p. Breulh, umierałem z głodu w Sonorze. Aby żyć, zmuszony byłem przywdziać grubą wełnianą koszulę wyrobnika i wejść do służby jednego spekulanta w Guyamas jako poganiacz wołów... Czy sądzisz pan, że w tych czasach czułem się poniżonym?
— A! zawołał młody malarz, tem lepiej żeś pan cierpiał — tem łatwiej pojmiesz pan mnie. Czyż sadzisz pan, że się nie uznaję za równego mu? Ale przestałbym poczytywać się za takiego, gdybym uciekł się do jego pomocy... Czyż nie mojej energii i odwadze zawdzięczam to, że zostałem wyróżniony przez pannę Mussidan? Ona miała wiarę we mnie w chwili gdy mi powiedziała: Podnieś się aż do mnie!“ To co ona rozkazała, ja spełnię, albo zginę spełniając. Ale w każdym razie zdecydowany jestem zwyciężyć, lub zginąć sam. Nie chcę mieć wyrzutów sumienia po zwycięztwie. Nie chcę, by ktoś mógł powiedzieć o mnie Mojej to rzadkiej wspaniałomyślności, mojej rycerskiej abnegacji zawdzięcza on swoje szczęście!“
— O, panie, protestował pan Breulh, o, panie!...
— Pewno, przerwał mu Andrzej, nie powiedziałbyś pan tego głośno, za wielką jest pańska delikatność. Ale czy nie pomyślałbyś? I ja wiedziałbym o tem, i córka szlachetnego hrabiego Mussidan, zostawszy żoną malarza Andrzeja, wiedziałaby także. To jest pozyskałbym Sabinę ogołocony z jedynego mego szlachectwa, mojej dzikiej dumy. Małżeństwo nasze w takim razie byłoby pierwszem rozczarowaniem. Czy Sabina, mimowolnie nie zaczęłaby znowu porównywać nas? Czemże byłbym wtedy w jej oczach? Przyszłość koniecznie musiałaby zmienić dobrodziejstwo na śmiertelną obrazę. O, panie! życie moje byłoby zatrute. Między mną, a moją żoną ciągle stałoby widmo pana...
Nagle zatrzymał się, jakby przerażony własną gwałtownością. Jeszcze jeden frazes, a począłby już grozić człowiekowi, który postąpił sobie tak szlachetnie.
Energicznie skupił całą swoją wolę i tonem największej grzeczności dodał:
— Ależ doprawdy, sam nie wiem co mówię!... Zanadto już wiele zawdzięczamy panu, abym nie cenił wysoko zaszczytu pozostania jego przyjacielem.
Sprawdzało się to co przepowiedziała panna Mussidan na samą myśl protekcji Andrzej oburzył się.
P. Breulh godzien był zrozumieć uniesienie Andrzeja, które wyśmiałoby wielu ludzi naszego czasu, wyśmiewanie każdego uczucia poważnego i głębokiego poczytujących za dowód dowcipu i dobrego gustu.
Był nawet tak gwałtownie wzruszony, iż nie przychodziło mu na myśl dodać choćby jedno słowo.
Powoli włożył nazad do pugilaresu dwa bilety tysiącfrankowe leżące na stole i głosem stanowczym powiedział:
— Masz pan słuszność. Zawsze jednak pamiętaj pan, że w każdej chwili dnia i nocy, możesz liczyć na Breulh-Faverleya... Zegnam pana!...
Pozostawszy sam Andrzej uczuł się mniej nieszczęśliwym aniżeli był w ciągu dwóch dni.
Dzięki panu Breulh, wiedział teraz, że Sabina nie spotkała przeszkód niespodziewanych, i jeżeli smucił się, że nie ma dotąd od niej wiadomości, to zawsze jednak mniej się niepokoił.
Zanadto wszakże był wzruszony, ażeby w tym dniu ukończyć niektóre ornamenta, przyrzeczone panu Gandelu, ojcu.
Rzucił się na fotel i usiłował zebrać i rozważyć wszystkie szczegóły sceny, która się odbyła.
Pewno zapomniałby o godzinie obiadowej, gdyby w chwili, gdy się najgłębiej pogrążył w rozmyślanie, — nie weszła pani Poileveu nie zapukawszy.
— Przyniesiono list z poczty, powiedziała.
Był to wielki cud, że pani Poileveu sama zanosiła list na czwarte piętro, ale wywiedziawszy się kto był p. Breulh, postanowiła, że „artysta“ będzie odtąd obsługiwany jak książę.
Andrzej był tak zajęty, iż uprzejmość ta wcale go nie zdziwiła. Myślał tylko o Sabinie.
— List!... zawołał, zerwawszy się, daj pani!
Wziął go, lub raczej wyrwał z rąk odźwiernej.
Ale nie Sabina to nakreśliła nieregularne litery na adresie, chociaż łatwo było poznać pismo kobiece...
Z nerwową niecierpliwością zerwał kopertę, spojrzał na podpis: „Modesta“.
Modesta, służąca panny Mussidan? Co to znaczy?
Zadrżał, przeczuwając jakieś okropne nieszczęście i jakby przez mgłę począł czytać:
„Przesyłam panu niniejszy list w tym jedynie celu, aby go uwiadomić, iż pannie Sabinie zupełnie powiodło się, to co pan wiesz.
„Jeżeli pozwalam sobie pisać do pana bez rozkazu, to dla tego, że, niestety! panna jest tak chora, iż sama pisać nie może.“
List ten przeraził Andrzeja. — Sabina chora!... mruknął, nie pomyślawszy o ciekawych uszach Poileveu, tak chora, że ale może pisać do mnie... Ależ, w takim razie... jest w niebezpieczeństwie, może umarła...
Stał nieruchomy, z oczyma w jeden punkt utkwionemi, twarzą strasznie zmienioną i powtarzał bez myśli:
— Umarła!... umarła!...
Ale prawie w tejże chwili nastąpiła reakcja. Zmiął list Modesty, rzucił na ziemię i z nieprzykrytą głową, w roboczej bluzie, wybiegł.
Pani Poileveu była niezmiernie zdumiona.
— A to awantura! zawołała, a to historja!
Zatrzymała się i uśmiechnęła. U nóg swoich ujrzała list. Podniosła go i przeczytała.
— Ta, ta, ta!... mruknęła, panienka ma na imię Sabina. Piękne imię!... a!... chora!... Dla tego to jakby oszalał! To nic, pewna jestem, że ten stary, tak licho ubrany, a taki miły, który dziś rano był tu i wypytywał się o pana Andrzeja, da mi coś za ten list... Ale, nie!... tego nie będzie!... Trzeba być uczciwym!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.