Niewolnicy paryscy/Część II/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Markiz Croisenois zawsze każe czekać na siebie. Jest to jego system, który przerodził się w manię.
Może sądzi, że tym sposobem nada sobie więcej wagi. Ale takie obrachowanie jest fałszywe. Człowieka zręcznego nie wiele obchodzi, czy się spóźni, czy nie; chodzi mu głównie o to, by się stawił w chwili gdy jest najpożądańszy.
Przybyć w samą porę — na tem wszystko zależy. Jestto tajemnica nie jednego powodzenia, którą nie każdy umie sobie wytłumaczyć.
P. Croisenois zawezwany był przez Mascarota na godzinę jedynastą; a było już dobrze popołudniu gdy się zjawił w świeżych rękawiczkach, ze szkiełkiem w oku, prętem w ręku, miną impertynenckiej poufałości, jaką przybierają głupcy, gdy sądzą, iż robią jakieś ustępstwo.
W trzydziestym piątym roku życia, Henryk Croisenois lubi przybierać powierzchowność zużytego dwudziestoletniego chłopca. Owa lekkomyślność, o nic nie dbająca, jest jego zbroją i zawsze gotowem wytłumaczeniem najryzykowniejszych szaleństw.
Jeszcze o nim mówią po każdym większym wybryku:
— To szaleniec, prawdziwy szkolarz, nie można mu mieć za złe, taki dobry chłopiec... ma tak poczciwe serce!...
A on sam śmieje się w duchu z takiej opinii świata.
Zapamiętały kalkulator, miły ten panicz, który w życiu swojem nie miał dobrego popędu, długo ćwiczył się w tem, aby nie ufać pierwszemu swemu natchnieniu.
Pod maską obojętności, zręczny ten człowiek ukrywa znakomitą przebiegłość. Pod względem szykan może stawić czoło adwokatom najprzebieglejszym. Wyprowadził on w pole i nawet oszukał nie jednego z lichwiarzy, z którym miał do czynienia.
Jeżeli był zrujnowany, to dlatego, iż uparł się prowadzić taki sam tryb życia jak jego znajomi, dziesięć razy od niego bogatsi. Znana to historja.
Żyjąc w towarzystwie świetnej młodzieży, Croisenois chciał także mieć swoją stajnię wyścigową. Pomiędzy wszystkiemi sposobami stopienia majątku — ten jest niezaprzeczenie najpewniejszy i najprędszy.
Lekkomyślny markiz wie o tem cośkolwiek. Nadużył on wszystkich sposobów i już miał dać nura, gdy Mascarot podał mu rękę.
Pochwycił ją rozpaczliwie, jak tonący chwyta za rozpaloną sztabę żelaza.
Ale jeżeli dręczyła go największa niespokojność, to tego bynajmniej nie było widać w jego zachowaniu się. I teraz, powitawszy obecnych, najswobodniejszym tonem rzekł do stręczyciela:
— Kazałem cokolwiek czekać na siebie, kochany mistrzu; doprawdy, że to mi bardzo przykro, ale tyle miałem zajęcia... Zresztą — oto jestem i jeżeli pan chcesz pomówić ze mną, to z chęcią zaczekam, aż pan skończysz z tymi panami...
To powiedziawszy pociągnął parę razy dym z cygara, które trzymał w ręku.
Frazes był w wysokim stopniu impertynencki, a jednak nie uraził wcale zacnego Mascarota. Nie odpowiedział on ani słowa, chociaż niecierpiał zapachu tytoniu.
Silni posiadają taką wspaniałomyślność. Można przecież przebaczyć coś podłemu człowiekowi, gdy czujemy, że od nas zależy zgnieść go w ręku..
A przytem Mascarot potrzebował Henryka Croisenois, który był jednym z niezbędnych pionów w jego partji.
— Zaczynaliśmy już rozpaczać, że pana nie ujrzymy, odpowiedział. Mówię my, ponieważ panowie ci przybyli tu dla pana, W naszym interesie...
Markiz nie zadawał sobie trudu, by ukryć swe niezadowolenie.
— Panowie ci, mówił dalej stręczyciel, są moimi wspólnikami. Ten pan, to doktor Hortebize; ten, to adwokat Catenac, nakoniec pan — i wskazał na Pawła jest naszym sekretarzem.
W przedstawieniu tem widoczna była pewna komiczna powaga.
Jeżeli panu Croisenois nie spodobało się, iż znalazł czterech konfidentów zamiast jednego, to Catenac był niesłychanie rozgniewany, widząc, że stowarzyszenie odkryte zostało nieznajomemu.
Tajemnica, to rzecz subtelna, lotna jak eter, który znika, choćby najhermetyczniej zamknąć naczynie.
Hortebize, pomimo ślepego swego zaufania, także niemniej był zdziwiony.
Co do Pawła, to ten nie wierzył ani swoim uszom, ani oczom.
Jeden tylko stręczyciel zachowywał niezamąconą zimną krew człowieka, mającego wytknięty cel i zmierzającego prosto ku niemu, jak kula, której nie zatrzymują ani nie zmylają z drogi krzaki i gałęzie.
— Panie markizie, tak zaczął gdy Croisenois usadowił się, nie pozostawię pana ani jednej chwili w wątpliwości. Wszelkie dyplomatyzowanie byłoby zbytecznem między takimi ludźmi jak my.
Owa liczba mnoga my wydała się tak szczególną panu Croisenois, iż odpowiedział tonem dobitnie drwiącym.
— Podchlebiasz mi pan, kochany panie.
Gdyby lekkomyślny markiz był uważniejszym, to dostrzegłby lekkie poruszenie okularów Mascarota, poruszenie, które wyraźnie znaczyło:
— Litość wzbudzasz we mnie!...
Hortebize utrzymuje, że okulary zacnego stręczyciela są „mówiące“ i ma słuszność.
Napróżno znakomici matacze, w obawie, by wzrok ich nie zdradził, ukrywają oczy za ciemnemi szkłami. Okulary, z czasem, stają się jakby częścią tego kto je nosi; żyją one, że tak powiemy, i w końcu same wyjawiają to co wyjawiłoby oko, ukrywające się za niemi.
— Wyznam panu bez ogródki, panie markizie, zaczął znowu stręczyciel, że jeżeli my, to jest ja i moi wspólnicy, zechcemy, to małżeństwo pana przyjdzie do skutku. Możemy panu zapewnić czynną pomoc hrabiego i hrabiny Mussidan. Pozostanie tylko pozyskać przychylność młodej panny.
Croisenois zrobił ruch wielkiej pewności siebie.
— O! zawołał, pozyskam ją, podejmuję się tego. Każda epoka na właściwe sobie środki uwodzenia; ja studjowalem środki epoki naszej. Przyrzeknę najpiękniejsze konie, lożę w teatrze włoskiej opery, nieograniczony kredyt u Van-Klopena, najzupełniejszą swobodę... Jakaż młoda osoba zdoła ostać się przeciw temu? O! zjednam sobie przychylność... ale pod jednym warunkiem, a mianowicie, że będę protegowany przez kogoś, co ma pewien wpływ w rodzinie...
— Jak pan sądzisz, czy wicehrabina Bois-d’Ardon byłaby przydatną w tym względzie?
— Ba!.... spodziewam się!.... krewna hrabiego!...
— A więc dobrze!... jeżeli zechcemy, to pani Bois-d’Ardon będzie pana popierać i śpiewać jego pochwały.
Markiz tryumfująco wyprostował się.
— W takim razie, powiedział, sprawę można uważać za załatwioną.
Paweł zapytywał sam siebie, czy mu się nie marzy we śnie. Jakto?... niedawno przyrzeczono bogatą żonę jemu, a oto znowu żenią innego.
— Ludzie ci, powiedział sam do siebie, oprócz umieszczania służących obojej płci, jak mi się zdaje, zajmują się także „sprawami matrymonialnemi“.
Markiz tymczasem badał wzrokiem Mascarota, wahając się, czy mu odkryć całą swoją myśl.
— O!... mów pan; rzekł zacny stręczyciel, jesteśmy tu między swoimi.
— A więc pozostaje, zaczął p. Croisenoise ustanowić... jakby to powiedzieć?... wysokość komisowego...
— Właśnie zmierzałem do tej kwestji.
— Bardzo dobrze, kochany mistrzu. Nie cofam mego słowa. Powiedziałem już, że dam czwartą część posagu. Na drugi dzień po ślubie podpiszę panu weksel na tę sumę.
Teraz wydało się Pawłowi, że wszystko należycie zrozumiał.
— Słowo stanowcze wyrzekło się, pomyślał. Więc i ja, gdy się ożenię z Flawią, będę musiał podzielić się posagiem z tymi szanownymi panami. Teraz pojmuję zajęcie, jakie w nich wzbudzam i ich uprzejmość.
Ale propozycja markiza bynajmniej nie zdawała się zadowalniać zacnego stręczyciela.
— Dalecy jeszcze jesteśmy od porozumienia się, odrzekł.
— A więc... zgadzam się, oprócz tego, spłacić gotówką, to, com panu dłużny.
Mascarot potrząsł głową ku wielkiemu zmartwieniu pana Croisenois, który zaczął znowu:
— Chcecie panowie trzeciej części? Niech i tak będzie.
Stręczyciel był jak z lodu.
— Nie o trzecią część tu idzie, odpowiedział, ani nawet nie o połowę. Cały posag nie wystarczyłby nam. Więc go pan sobie zatrzymasz, razem z tem com panu pożyczył.... jeżeli ułożymy się.
— Więc czegoż panowie żądacie?... powiedz pan, powiedz!...
Mascarot starannie poprawił okulary.
— Powiem, odrzekł, ale przede wszystkiem muszę opowiedzieć historję stowarzyszenia, którego jestem naczelnikiem.
Do tej pory Catenac i Hortebize słuchali nieruchomi, milczący i poważni, jak rzymscy senatorowie na swych kurulskich krzesłach.
Sądzili, że są obecni przy jednej z tych komedyj, do jakich przyzwyczaił ich Mascarot, komedyj, których przejścia bywały różne, ale rozwiązanie zawsze jednakie.
Przysłuchując się tej rozprawie markiza z Mascarotem, doznawali złośliwego zadowolenia ludzi przypatrujących się, jak kot igra z biedną myszką nim ją pożrę.
Ale, gdy stręczyciel zapowiedział, iż wyda niebezpieczną ich tajemnicę, oba zerwali się jednocześnie, gniewni, przerażeni.
— Czyś oszalał?.. zawołali razem.
Mascarot ruszył ramionami.
— Jeszcze nie, odrzekł spokojnym tonem, i proszę was byście mi pozwolili mówić dalej.
— Sacrebleu!... zawołał pomimo to Catenac. Przecież i my mamy głos w kapitule!
— Dość tego!.. krzyknął gwałtownie stręczyciel, wszak ja tu jestem panem!
I tonem gorzkiej ironii ciągnął dalej:
— Czyż nie można wszystkiego wyznać panu?
Doktor i adwokat siedli. Corisanois sądził, że będzie bardzo zręcznem i zupełnie zgodnem z jego widokami, gdy ich uspokoi.
— Między uczciwymi ludźmi... tak zaczął.
— My nie jesteśmy uczciwi ludzie, przerwał mu Mascarot.
A potem, odpowiadając na niezmierne zdumienie markiza, dodał tonem ostrym i patrząc mu natarczywie w oczy:
— Zresztą i pan nie należysz do ich liczby.
Wszystka krew zbiegła do głowy markiza, gdy usłyszał tę brutalską deklarację. Bo czyż kodeks dobrego towarzystwa nie zabrania wyraźnie mówić ludziom w oczy, co się o nich myśli?
Miał wielką ochotę rozgniewać się; ale znaczyłoby to zerwać, to jest pozwolić wyśliznąć się zbawczej desce. Uchylił więc głowę przed tą zniewagą i postanowił w żart ją obrócić.
— Do licha!.. zawołał, paradoks za gruby.
Ale zacny stręczyciel nie raczył zwrócić uwagi na tę podłość, która wywołała uśmiech na usta dobrego doktora Hortebize.
— Będę panu bardzo wdzięczny, panie markizie, zaczął znowu Mascarot, jeżeli zechcesz słuchać mię z uwagą.
A zwracając się ku Pawłowi dodał:
— I pan także, kochane dziecię.
Nastąpiła chwila uroczystego prawie milczenia, podczas której słychać było szmer klientów, tłoczących się w pierwszym pokoju dokoła Beaumara.
Jeżeli Hortebize i Catenac zdawali się zmięszani, to Croisenois był tak zdumiony, że zgasło mu cygaro, a Paweł drżał już z góry.
Sam Mascarot wyglądał wcale nie tak jak zwykle. Nie pozostało w nim prawie ani śladu z potulnego stręczyciela; poczucie potęgi zwiększyło jego rozmiary, okulary jego miotały iskry.
— Jak nas pan widzisz, panie markizie, tak zaczął, moi szanowni wspólnicy i ja, nie zawsze byliśmy tem czem dziś jesteśmy.
Przed dwudziestu pięciu laty byliśmy młodzi, byliśmy uczciwi, wtedy uśmiechały się nam jeszcze wszystkie ułudy młodości, mieliśmy wiarę, która podtrzymuje w chwilach prób, mieliśmy tę odwagę, która zapala żołnierza idącego do szturmu.
Mieszkaliśmy wszyscy trzej razem w nędznym hotelu przy ulicy La Harpe i kochaliśmy się jak trzej bracia!...
— Dawne to czasy, mruknął Hortebize, dawne!...
— Tak jest, dawne, ciągnął dalej stręczyciel; a jednak dla mnie czasu tego mgła nie osłania; widzę jeszcze nas takimi jak byliśmy i serce mi się ściska, gdy porównam owoczesne nadzieje z dzisiejszą rzeczywistością...
Zdaje mi się, moi przyjaciele, że wszystko to było nie dalej jak wczoraj.
Wtedy byliśmy ubodzy, panie markizie, strasznie ubodzy, a jednak świat nas kołysał najzłudniejszemi rojeniami. Dyrektorowie wszystkich cieplarni przeznaczonych do wysiadywania talentów, w zarodku jeszcze będących, szeptali do ucha każdemu z nas ponętne słowa Powiedzie ci się. Tu Marcellus eris...
Croisenois starał się ukryć uśmiech. Historja nie bardzo mu się wydała ciekawą.
— Oho! powiedział, pan umiesz po łacinie.
— Przynajmniej umiałem. Otóż muszę panu powiedzieć, że każdy z nas zdawał się być przeznaczonym do świetnej karjery. Catenac, niedawny adwokat, otrzymał nagrodę za rozprawę: „O przekazywaniu własności;“ Hortebize uwieńczony został za „Analizę materyj podejrzanych,“ którą to pracę znakomity Orfila umieścił prawie całkiem w swoim „Traktacie o truciznach.“ Ja sam zwycięzko obroniłem rozprawę na stopień doktora nauk i literatury...
Paweł ogromnie wytrzeszczył oczy. Nigdy nie przychodziło ma do głowy zapytać co się dzieje z dziewięcią z dziesięciu uwieńczonych na konkursie.
— Na nieszczęście, mówił dalej stręczyciel, Hortebize był poróżniony ze swoją rodziną; rodzina Catenac’a sama walczyła z nędzą, a ja nie mam rodziny... Umieraliśmy z głodu.
— Ja jeden tylko z nas trzech zarabiałem nieco, przygotowując uczniów do szkoły Saint-Cyr i politechnicznej.
Za trzydzieści pięć sous dziennie — to jest za połowę tego co zarabia prosty wyrobnik-pakowałem algebrę i jeometrję w głowy chłopców, którzy wyśmiewali moje połatane ubranie.
Trzydzieści pięć sous!... i za to mieliśmy wyżyć we trzech!... a miałem oprócz tego kochankę, którą kochałem do szaleństwa i która umierała na piersiową chorobę!..
Któżby mógł spodziewać się czegoś podobnego po tym sfinksie z kolorowemi okularami, który nazywał się Mascarotem?...
— Skracam, mówił dalej. Nadszedł dzień, w którym we trzech nie mogliśmy znaleźć ani jednego sous. A Hortebize powiedział mi, że z braku pokarmu pożywnego, mięsa, wina, kochanka moja umrze.
— Zaczekajcie, moi przyjaciele, zawołałem, potrafię znaleźć pieniądze!...
Nie wiedząc jeszcze jak sobie pocznę, wybiegłem. Byłem szalony, wściekły. Zapytywałem siebie, czy mam wyciągnąć rękę dla kilku sous, czy też zadusić jakiego przechodzącego, by mu odebrać worek. Zszedłem aż do Sekwany i kroczyłem wzdłuż wybrzeży, wykrzykując bez związku. Wtem błyskawica mignęła w ciemnościach mojej rozpaczy.
Przypomniałem sobie, że to była środa, dzień rekreacji w szkole politechnicznej, więc gdybym udał się do Palais-Royal, do kawiarni Lemblin, niezawodnie znalazłbym tam którego z moich dawnych uczniów, a ten możeby pożyczył mi pięć franków.
Pięć franków, to niewiele, prawda panie markizie?... Otóż w dniu tym pięć franków przedstawiało dla mnie życie moich przyjaciół i ratunek mojej kochanki. Czyś pan był kiedy głodny, panie markizie?
Croisenois zadrżał. Nie, nigdy on nie doznał głodu. Ale czy wiedział co mu gotuje przyszłość, jemu, którego środki były do takiego stopnia wyczerpane, że mógł nie dalej jak jutro spaść ze szczytu swej pozornej świetności na bruk, w błoto!...
W kawiarni Lemblin, mówił dalej Mascarot, nie znalazłem ani jednego ucznia ze szkoły politechnicznej. Garson, ku któremu zwróciłem się naprzód, zmierzył mię pogardliwie wzrokiem; ubior mój rozpadał się w łachmany. Ale gdy się dowiedział, żem był korepetytorem, raczył mi odpowiedzieć, że panowie ci byli już, i że zapewne znowu powrócą. Powiedziałem, że zaczekam. Garson zapytał, czem mi może służyć; odpowiedziałem: niczem — i usiadłem w kącie.
Od czasu wyjścia z domu czułem w mózgu, jakby rozżarzone węgle: ale w tej chwili doznałem stosunkowej ulgi. Miałem nadzieję. Pomiędzy nazwiskami, które mi wymienił garson, znajdowało się dwóch młodych ludzi, bardzo mi niegdyś przychylnych.
Czekałem już około kwadransu, gdy wtem wszedł do kawiarni pewien człowiek, którego twarzy nie zapomnę, choćbym żył lat sto.
Był blady jak chusta, rysy miał zmienione, oko błędne i usta na pół otwarte jak konający.
Cierpienie, tak samo jak moje, straszliwe, dręczyło tego człowieka; zrozumiałem to.
Ale on był bogaty; to było widać.
Gdy się rzucił na kanapę, garsoni nadbiegli z zapytaniem co każe sobie podać.
Głosem chrapliwym, tak niezrozumiałym, iż musiał powtórzyć, rzekł:
— Butelkę wódki i co potrzeba do pisania!
Historja, którą opowiadał Mascarot, była prawdziwą. Tylko prawda może wywołać owo głębokie wzruszenie, owe dźwięki, od których, że tak powiemy, drżą wnętrzności.
Stręczyciel umilki, a nikt ze słuchaczy nie śmiał odezwać się.
Sam słodki i uśmiechnięty zwykle Hortebize miał wyraz ponury.
— Widok tego człowieka, mówił dalej stręczyciel, przyniósł mi ulgę. Już tak jesteśmy stworzeni, że cudze nieszczęście jest dla nas pewną osłodą we własnej naszej biedzie.
Widocznem było dla mnie, że nieznajomy ten cierpiał okropnie; mówiłem sobie z jakiemś chorobliwem zadowoleniem:
„A więc to nietylko nędzarze przeklinają życie; bogacze także mają swoje tortury.“
Garsoni przynieśli wódkę, papier, pióro...
Nieznajomy zaczął od nalania sobie sporej szklanki, którą wypił jak wodę. Skutek był nagły i okropny. Zrobił się karmazynowy, jak gdyby dostał uderzenia krwi i przez minutę prawie pozostawał bez czucia.
Przypatrywałem mu się z niezmierną ciekawością. Wewnętrzny głos mówił mi, że odtąd istnieje między nami jakiś tajemniczy związek, że oddziała on w pewnym względzie na moje istnienie i że wpływ jego będzie fatalny.
Głos ten był tak przerażający, iż przez chwilę miałem zamiar wyjść. Alem pozostał; ciekawość mię zatrzymała.
Tymczasem nieznajomy przychodził do siebie. Pochwycił pióro i szybko nakreślił kilka wierszy na papierze, leżącym przed nim.
Nie zadowolniły go one; gdyż nagle przerwał, wyjął z kieszeni zapałki i spalił tę pierwszą próbę.
Brakowało mu odwagi. Nalał i wypił drugą szklankę wódki.
Nowy list niezadowolnił go, tak jak i pierwszy, bo zmiął go gniewnie i wsunął do kieszeni w kamizelce.
Zaczął po raz trzeci, widocznie zamierzając napisać bruljon; gdyż widziałem, jak pisząc, zastanawiał się i przekreślał.
Dla mnie widocznem było, iż nie miał już należytego przeświadczenia o tem, gdzie się znajdował, ani o sobie samym. Machał rękami, wykrzykiwał głucho, jakby był u siebie, sam w swoim gabinecie.
Po raz ostatni przeczytawszy swój brulion, zdawał się być zadowolonym. Przepisał go, co trwało nie dłużej nad minutę, a potem bruljon ten podarł na drobne kawałki i rzucił pod stół.
Sam list złożył starannie i zawołał garsona.
— Masz tu dwadzieścia franków, powiedział; zanieś sam ten list podług adresu. Odpowiedź bo będzie odpowiedź — przyniesiesz do mnie, do domu. Oto mój adres — spiesz się.
Garson wybiegł i prawie tuż za nim wyszedł nieznajomy rozpłaciwszy się.
Jaki to dramat odegrał się przedemną? Przypuszczałem jakąś ciemną intrygę z życia prywatnego. Człowiek ten mógł być mężem oszukanym graczem zrujnowanym, ojcem, którego imię syn zhańbił.
Starałem się myśleć o czem innem; nie mogłem.
Drobne kawałki papieru, nieroztropnie pod stół rzucone, ciągnęły mię ku sobie. Pałałem chęcią pozbierania ich, złożenia, dowiedzenia się...
Ale, jak już mówiłem, byłem uczciwy, a czyn taki oburzał wszystkie moje instynkta.
Sądzę, że pokonałbym moją pokusę, gdyby nie jedna z tych drobnych okoliczności, które nieraz decydują o całem istnieniu.
Otwarto drzwi i spowodowany tem wiatr zagnał aż pod moje nogi kawałki bruljonu.
W głowie mi się zamąciło. Byłem zwyciężony. Podniosłem kawałek jeden i wyczytałem na nim te wyrazy:
Więc nie myliłem się. Miałem przed sobą straszliwą zagadkę i odemnie tylko zależało wynaleźć jej słowo.
Po raz pierwszy uległszy szkaradnej pokusie, byłem już jak człowiek, którego rękę pochwyciło koło, byłem zgubiony. Już nie opierałem się.
Garsoni przychodzili i odchodzili, nikt nie zwracał na mnie uwagi; powoli podsunąłem się ku miejscu, gdzie niedawno siedział nieznajomy i znowu podniosłem dwa kawałki. Na pierwszym z nich wyczytałem:
a na drugim:
Zdecydowałem się. Chciałem podchwycić tajemnicę i już ją trzymałem. Trzy te urywki frazesów były dla mnie jasne jak dzień.
Zebrałem wszystkie kawałki, ułożyłem je i przeczytałem następujący list straszliwie lakoniczny:
„Karolu! Potrzebuję jeszcze dziś wieczorem mieć stotysięcy franków i od ciebie jednego tylko mogę ich zażądać nie rozgłaszając mojej hańby i nieszczęścia.
„Czy możesz zebrać tę sumę za dwie godziny?
„Stosownie do twojej odpowiedzi będę ocalony, albo zmuszony wypalić sobie w łeb.“
Może zdziwi pana moja pamięć, panie markizie. Trzeba jednak byś pan wiedział, iż są rzeczy, które się nie zapominają.
Teraz jeszcze widzę przed sobą ten bruljon i jestem w stanie wyliczyć wszystkie jego przekreślenia.
Ale dalej!
Pod temi kilku wierszami znajdował się podpis wielkiego przemysłowca, bardzo znanego, prawie sławnego, który jednak, pomimo iż był najzacniejszym człowiekiem, przechdził przez jedno z tych przesileń, w których handlujący może zarazem utopić swój majątek, honor i życie.
Mascarot przerwał sobie na chwilę, jakby upadając pod ciężarem tych wspomnień; ale nikomu ze słuchaczów na myśl nawet nie przyszło robić najmniejszą uwagę.
Świetny Croisenois rzucił cygaro.
— Wyznam panu, zaczął znowu stręczyciel, e odkrycie to wprawiło mnie w osłupienie. Zapomniałem o swoim niepokoju i myślałem tylko o nieznajomym. Bo czyż nie doznawaliśmy jednakiej trwogi, on z braku stutysięcy franków, ja z braku stu sous?...
Ale już wśród ciemni mego nieszczęścia poczęla błyskać myśl piekielna.
Czy nie można też wyciągnąć jakiej korzyści z tego ukradzionego sekretu?
Było to natchnienie. Wstałem, zażądałem opłatków do pieczętowania i spisu adresów paryskich.
Powróciwszy na moje miejsce, szybko nakleiłem kawałki na innym papierze, zanotowałem sobie adres przemysłowca i wyszedłem.
Nieszczęśliwy ten człowiek mieszkał przy ulicy Chaussée-d’Antin.
Przeszło pół godziny przechadzałem się przed jego wspaniałym domem.
Czy żył jeszcze? Ten przyjaciel, ten Karol, czy mu odpowiedział?
Nakoniec zdecydowałem się wejść.
Lokaj w liberji powiedział mi zuchwale, że pan jego nie przyjmie mnie, że zresztą jest teraz przy obiedzie ze swoją rodziną.
Zuchwalstwo oburzyło mnie.
— A więc dobrze!... zawołałem; jeżeli chcesz zapobiedz wielkiemu nieszczęściu, to powiedz swemu panu, że jeden biedak odnosi mu brulion listu, który napisał w kawiarni Lemblin.
Oburzenie nadało mi ton tak imponujący, że lokaj nie wahał się.
Wrażenie sprawione tą zapowiedzią musiało być straszliwe, gdyż natychmiast prawie lokaj wpadł do przedpokoju i powiedział:
— Chodź pan!... proszę!... pan czeka na niego.
I wprowadził mię, lub raczej wepchnął do obszernego gabinetu, pysznie umeblowanego.
Na środku stał przemysłowiec, blady, groźny.
Ja byłem w stanie godnym litości. Dławiłem się.
— Czyś pan zebrał kawałki brulionu, który podarłem, zapytał mię ten uczciwy człowiek.
Głową dałem znak, że tak było i jednocześnie pokazałem pozlepiane kawałki.
— Ile pan chcesz za ten list? zapytał. Dam panu tysiąc franków.
Przysięgam, iż przyszedłem nie po to, by sprzedać tę tajemnicę. Przyszedłem, by powiedzieć temu człowiekowi: kto inny mógłby znaleźć ten list i zrobić z niego użytek; ja odnoszę go panu; wyświadczam mu tem usługę; wiec i pan ze swojej strony wyświadcz mi ją, pożyczając pięćdziesiąt, sto franków...
Tak jest, to chciałem powiedzieć; ale widząc jak mię traktuje, rozjątrzyłem się do wściekłości i odrzekłem:
— Chcę dwa tysiące franków!...
Otworzył szufladę; z ogromnego pęku wyrwał dwa bankowe bilety, zmiął je i rzucił mi w twarz, mówiąc:
— Masz nędzniku! zapłać sobie.
Mascarot wyrażał się z niesłychaną gwałtownością.
Ktoby mógł przy puszczać, że ten człowiek, zwykle zasklepiony w lodowatej apatji, był w stanie tak roznamiętnić się!
Głos jego zwykle łagodny i miodowy, teraz, miał ostry dźwięk miedzianego instrumentu.
Nie historję to on opowiadał.
Czy przytaczał łagodzące okoliczności straconej swojej sprawy? Czy próbował usprawiedliwić się w oczach swoich wspólników, przed trybunałem własnego sumienia?
Paweł i Croisenois drżeli, jak gdyby kto wsunął im w rękę sztylet dla popełnienia morderstwa.
— Com uczuł, mówił dalej stręczyciel, pod wrażeniem tej zniewagi, szkaradnej a niezasłużonej — tego nie potrafię wypowiedzieć. Zdawało mi się, jak gdyby kto szarpał mi wnętrzności. Straciłem możność rozrządzania sobą. Sumiennie zapewniam wobec Boga, iż nie czułbym się odpowiedzialnym za zbrodnię, gdybym ją popełnił w tej chwili.
A tylko com jej nie popełnił.
Nigdy człowiek, o którym mówię, nie był tak bliskim śmierci, jak w owej chwili. Na biurku jego leżał wielki nóż kataloński, jakich używają do rozcinania kartek; schwyciłem go, miałem uderzyć...
Myśl o kochance, która umierała z braku pożywienia, wstrzymała moją rękę...
Gwałtownie rzuciłem nóż na ziemię i wybiegłem jak szalony; w głowie paliło mi się.
Wszedłem do tego przeklętego domu z czołem podniesionem, dumny moją nędzą — uczciwą wychodziłem zhańbiony.
Z wyjątkiem Pawła, wszyscy obecni znali odwrotną stronę życia. Umysł ich już splugawił się wielkim błotem cywilizacji, trwoga przytępiła już ich wrażliwość. A jednak nie mogli nie zadrzeć.
— Ale idźmy dalej, zaczął znowu stręczyciel. Gdym stanął na ulicy, owe dwa bankowe bilety, które podjąłem z ziemi i konwulsyjnie ściskałem, sprawiały mi ból niewysłowiony. Zdawało mię się, że od nich ręka mi się kurczy i pęka, jak od dotknięcia rozpalonego żelaza. Wszedłem, lub raczej wpadłem do wekslarza, który pewno wziął mię za warjata, lub mordercę. Jak się stało, że nie kazał mię aresztować? Nie wiem. W zamian za moje dwa bilety dał mi on, nie złoto — w owym czasie złoto było rzadkością i sprzedawało się — ale dwa ciężkie wory, zawierające po tysiąc franków w sztukach srebrnych. Z tym ciężarem powróciłem do naszego nędznego lokalu przy ulicy La Harpe. Hortebize i Catenac czekali na mnie z największą niecierpliwością. Przypominacie to sobie, przyjaciele? Tak dobrze wiedzieliście, że już wyczerpaliśmy wszystkie środki, widzieliście, jak wychodziłem zrozpaczony, ja, którego energia was dotąd podtrzymywała, widzieliście, iż pewny byłem śmierci kobiety czule kochanej ― i zapytywaliście sami siebie, czy będę miał odwagę oprzeć się chęci samobójstwa, aby raz skończyć... Bo do tego doszliśmy, markizie. Ujrzawszy mię wchodzącego, przyjaciele moi chcieli rzucić mi się na szyję, ale odepchnąłem ich po brutalsku. „Nazad!.. krzyknąłem, nazad! nie jestem już was godzien, ale przynajmniej na niczem nam braknąć nie będzie!..“ To powiedziawszy, rzuciłem worki na ziemię. Jeden z nich pękł i srebrne monety potoczyły się po podłodze. Na ten odgłos, kochanka moja, leżąca na nędznym tapczanie, podniosła się jak widmo. „Pieniądze! zawołała, tyle pieniędzy. Więc będziemy mieli co jeść!.. Jestem uratowana!..“
Przyjaciele moi, markizie, nie byli tem, czem są dziś. Odsunęli się odemnie ze wstrętem, którego nie zdołali ukryć; przypuszczali zbrodnię. „Nie, powiedziałem im, nie masz tu zbrodni, ponieważ prawo nie zdoła mię dosięgnąć. Chociaż te pieniądze są ceną naszego honoru, to jednak nikt tego nie domyśli się.“
Owej nocy, markizie, nie spaliśmy.
Ale, gdy dzień zastał nas za stołem, zastawionym butelkami, my, zwyciężeni przez życie, wypowiedzieliśmy wojnę społeczności, poprzysięgliśmy, że wszelkiemi sposobami dojdziemy do fortuny; plan naszego straszliwego stowarzyszenia był już ułożony.......
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |