[5]I.
Dzień 8. lutego 186... roku był jednym z najzimniejszych. O południu termometr inżyniera Chevalier, będącego wyrocznią Paryża, wskazywał 9 stopni i 3 dziesiątych niżej zera. Niebo było pochmurne. W skutek deszczu, który spadł dniem przedtem i zamarzł w nocy, bruk tak był ślizki, że fiakry i omnibusy przestały kursować.
Miasto wyglądało ponuro.
Chociaż w Paryżu tak dobrze można umrzeć z głodu, jak na tratwie zrobionej ze statku Meduzy, nikt tam jednak się niepokoi tymi, którzy nie mają chleba. Zdaje się wszystkim, że z codziennej uczty miliona biesiadników zawsze spadnie dość okruchów dla tych, którzy nie znaleźli miejsca za stołem.
Ale w zimie, gdy Sekwaną płyną lody, mimowolnie przychodzą na myśl biedacy, nie mający drzewa i wszyscy ubolewają nad nimi.
Jestto tak dalece prawdą, że nawet właścicielka „Hotelu peruwiańskiego“, pani Loupias, osoba charakteru cierpkiego i nieużyta, zajmowała się 8. lutego swymi lokatorami nietylko w celu podwyższenia im czynszu i bezustannego dokuczania o zapłacenie rat zalegających.
— Szkaradne zimno! rzekła do swego męża, zajętego dokładaniem węgla do pieca. W takie mrozy zawsze opanowuje mię niespokój od owej zimy, kiedy to jeden z naszych lokatorów powie[6]sił się na strychu. Sprawa ta kosztowała nas przeszło pięćdziesiąt franków, nie licząc obelg sąsiadów. Trzeba byś poszedł zobaczyć, co robią nasi mieszkańcy poddasza.
— Co robią?... odpowiedział mąż, powychodzili, by się zagrzać.
— Tak myślisz?
— Jestem tego pewny. Ojciec Tantaine wysunął się jak tylko rozwidniało; widziałem potem jak wychodził p. Paweł Violain. Na górze została tylko Róża, która, jak sądzę, będzie miała tyle rozsądku, że nie wstanie z łóżka.
— O! tej, rzekła złośliwie pani Loupias, by najmniej nie żałuję. Jeżeli mię oczy nie mylą, to prędzej czy później puści ona z kwitkiem pana Pawła Violain. To zanadto piękna dziewczyna dla naszego domu.
Hotel peruwiański znajduje się przy ulicy Huchette, o dwadzieścia kroków od placu Petit-Pont. Nigdy żaden szyld nie był bardziej ironicznym nad ten, jaki go zdobi.
Jest to dom zewnątrz strasznie brudny. Wazka i błotnista ulica, przy której stoi, jego własne nigdy nie myte okna, wszystko to jakby krzyczy przechodzącym: „Tu mieszka nędza!“ Zrazu sądziłby kto, że to gniazdo wszelkiej rozpusty; bynajmniej, to dom uczciwy.
Jest to jedno z tych schronień, które stają się coraz rzadszemi w Paryżu, gdzie wstydzący się ubodzy, istoty opuszczone, złamane wszelkiego rodzaju walkami, w zamian za ostatnią swą sztukę pięciofrankową znajdują przytułek i łóżko. Czepia się tego domu biedak, jak rozbitek skały, a gdy odetchnie i wypocznie nieco, płynie dalej.
Ale i przy największej biedzie trudno pojąć, jak można na prawdę mieszkać w Hotelu peruwiańskim.
Od dołu do góry wszystkie piętra, poprzedzielane ramami z płótna, lub obić, jakie się nadarzyły, [7]tworzą mnóstwo izdebek, które pani Loupias pompatycznie nazywa pokojami.
Ramy się psują, papier i obicie zwisa po obu stronach obrzydliwie.
Ale to jeszcze jest przepyszne w porównaniu z izbami na poddaszu.
Na szczęście jest ich tylko dwie, oddzielonych od dachu fałszywym sufitem i oświetlanych okienkiem z góry, a tak niskich, iż zaledwie stać można.
Umeblowanie ich składa się z łóżka z materacem z morskiej trawy, z kulawego stołu i dwóch krzeseł.
Takie jakie są, pani Loupias wynajmuje za 22 franków miesięcznie, dla tego, jak utrzymuje, że mają kominki — bezkształtne dziury w ścianie. Izby te są zawsze zajęte.
W jednej z nich, podczas wielkiego zimna, o którem wspomnieliśmy, znajdowała się młoda kobieta, której pani Loupias wymówiła imię.
Nigdy może nie było na świecie istoty, zdolnej bardziej zachwycić oczy.
Skończyła dziewiętnaście lat, była jasnowłosa i biała. Długie rzęsy przyciemniały ostry nieco, jakby stalowy, blask niebieskich oczu. Usta jej, po za któremi ukazywały się białe i drobne ząbki, zdawały się stworzone do uśmiechu. Włosy, złociste, połyskujące, nieco kędzierzawe nad czołem, podtrzymywał z tyłu głowy grzebyk za cztery sous, poniżej spadały one obficie na ramiona wytwornego rysunku.
Nie leżała ona, jak to przypuszczała pani Loupias. Wstała owszem, i zarzuciwszy na lichą perkalikową sukienkę kołdrę, godną lokalu, to jest połataną, podartą i brudną, usiadła przy kominku.
Dlaczego tam, a nie gdzie indziej? Ognisko było zimne. W głębi jego dwa polana wielkości pięści, wydawały razem tyle dymu, co cygareta, ale cieplej od tego nie było.
[8] Mniejsza o to wsparta na lichej szmacie, którą właścicielka hotelu nazywała dywanem, Róża kładła kabałę, usiłując pocieszać się w obecnych cierpieniach obietnicami przyszłości.
Na tę ważną czynność zwrócona była cała jej uwaga; zajmowała się nią z takiem skupieniem ducha, iż zdawała się nie czuć zimna, od którego siniały jej ręce.
Każda karta, na której zatrzymywała palec, miało dla niej znaczenie pomyślne, lub niepomyślne; radowała ją, lub gniewała.
— Raz, dwa, trzy, mówiła, młody chłopiec jasnowłosy... to pewno Paweł. Raz, dwa, trzy... zabiegi. Raz, dwa, trzy... pieniądze dla mnie. Raz, dwa, trzy... jakaś przeszkoda. Raz, dwa, trzy... dziewiątka pikowa! to jest smutek, opuszczenie, rozwiązanie!.. ciągle ta dziewiątka pikowa!
To ją tak zamieszało, jakby była pewną niechybnego nieszczęścia w bliskim czasie.
Ale prędko przyszła do siebie. Zebrała karty, zmieszała je, starannie zdjęła lewą ręką, rozłożyła i znowu poczęła liczyć: raz, dwa, trzy...
Na ten raz karty były przychylniejsze wskazywały przyszłość bardzo ponętną.
— Jesteś kochaną, mówiły jej, bardzo, z całego serca, zdaleka... będziesz bogatą... otrzymasz liścik od młodego bruneta, bardzo bogatego...
Młodego bruneta, przedstawiał walet trefowytreflowy.
— Znowu on!.. szepnęła Róża. Wyraźnie tak chce przeznaczenie!..
I ze szpary w kominie, gdzie była jej kryjówka, wyjęła list kilkakrotnie złożony, brudny, pomięty, który już nieraz czytała. Teraz odczytała go po raz dwudziesty powoli i z uwagą.
„Pani!
„Widziałem panią i kocham. Słowo honoru!
„Znaczy to, jakbym powiedział, że miejsce pani nie jest bynajmniej w brudnej dzielnicy, gdzie ukrywasz twą piękność.
[9] „Zachwycający apartament — meble z cytrynowego drzewa i palisandru — oczekują na panią przy ulicy Douai.
„Jestem gładki w interesach; lokal wynajęty będzie na jej imię.
„Zastanów się pani, zasięgnij wiadomości; przedstawiam rękojmie poważne. Nie jestem pełnoletni, ale będę nim za pięć miesięcy i dni trzy wtedy będę miał prawo rozporządzania spadkiem po matce. A przytem ojciec mój jest słabowity, stary, ułomny; być może, iż wziąwszy się należycie do dzieła, można będzie uczynić go bezwłasnowolnym.
„Czy mam uprzedzić szwaczkę?
„Przez pięć dni następnych, poczynając od dziś, od czwartej godziny do szóstej będę czekać w powozie na decyzję pani, na rogu placu Petit-Pont.
„Gaston de Gandelu.“
List ten, szkaradny, haniebny, śmieszny, zupełnie godny tych młodych łotrów, których pogarda publiczna przezwała zdrobniałymi rozpustnikami, bynajmniej nie zdawał się oburzać Róży. Owszem, głupia ta proza upajała ją i wydawała się najsłodszą muzyką.
— Gdybym tylko śmiała! szeptała do siebie, drżąc od pożądliwości, gdybym śmiała!...
Zamyślała się, wsparłszy czoło na dłoni. Wtem na kruchych schodach dały się słyszeć kroki.
— To on! zawołała przerażona, Paweł!...
I z ruchem gniewnym, szybkim, kocim, wsunęła list do kryjówki.
Był już czas wchodził Pawel Violain.
Był to meżczyzna zaledwie mogący mieć lat dwadzieścia trzy, niepospolicie pięknie zbudowany. Twarz jego, najczystszego owalu, okrywała równa matowa bladość, właściwa rasom południowym. Delikatny i starannie utrzymywany wąsik przysła[10]niał usta nieco grube, ale tylko tyle, by nad rysom pewien wyraz męzkości. Włosy jasne, naturalnie kędzierzawiące się nad czołem, roztropnem i dumnem, jeszcze bardziej uwydatniały żywość wielkich czarnych oczu.
Piękność jego, więcej uderzająca aniżeli piękność Róży, jeszcze była spotęgowana pewną wrodzoną dystynkcją, która, chociaż nie stanowi przywileju wielkich rodzin, nie może jednak być nabytą.
Pani Loupias zawsze utrzymywała, że ten lokator z poddasza bardzo jej imponował, i robił na niej wrażenie przebranego księcia.
Biednym był książę w tej chwili.
Ubiór jego, pomimo niepospolitej czystości, zdradzał nędzę; nie tę nędzę, która występuje bezwstydnie i żyje z litości ale inną, okrutniejszą, rumieniącą się od litośnego spojrzenia, milczącą i ukrywającą się.
Podczas takiej syberyjskiej temperatury miał on na sobie całkiem czarne sukienne ubranie, wytarte i strasznie cienkie. Miał wprawdzie i okrycie koloru jasnego, ale tak prawie grube jak tkanka wielkiego pająka. Buty były doskonale wyczyszczone, ale zdradzały rozpaczliwą bieganinę za fortuną.
Paweł wchodząc, miał pod pachą zwój papierów, które położył, lub raczej rzucił na łóżko, mówiąc tonem strasznego zniechęcenia:
— Nic! znowu nic!
Młoda kobieta, zapomniawszy o swych kartach na dywanie, podniosła się. Twarz jej, przed chwilą uśmiechnięta, przybrała wyraz ponurego znużenia.
— Jakto? zawołała, udając zdziwienie, którego pewno nie doznawała, jakto? nic?... po tem wszystkiem coś mi mówił rano, wychodząc?
— Rano miałem nadzieję, Różo. Wierzyłem i mówiłem tobie, byś wierzyła. Zawiedziono mnie, lub raczej ja sam zawiodłem się. Zapewnienia, na wiatr wypowiedziane, wziąłem za szczere obietnice. [11]Tu ludzie nie mają tyle nawet litości, by powiedzieć: Nie. Słuchają cię z oznakami zajęcia; oświadczają się z gotowością do usług; a gdy odwrócisz się, nie myślą już więcej o tobie. Nieokreślone oświadczenia! oto jedyna moneta, która w tem przeklętem mieście jest na usługi nieszczęśliwych.
Nastąpiło długie milczenie. Paweł był zanadto głęboko pogrążony w myślach, aby dostrzedz z jaką pogardą Róża spogląda na niego; zdawała się być oburzoną widokiem takiej rezygnacji.
— A to piekne położenie rzekła wreszcie. Cóż teraz poczniemy?
— Czy ja wiem!
— A więc koniec. Wczoraj, gdyś wyszedł — nie powiedziałam ci dotąd tego, by cię nie martwić niepotrzebnie — była tu pani Loupias, żądając jedynastu franków za ubiegłe dwa tygodnie. Jeżeli za trzy dni nie otrzyma pieniędzy, wyrzuci nas; tak mi powiedziała, a wiem że zrobi jak mówiła... O! zrobi, choćby tylko dla tego, by mieć przyjemność widzenia mnie na bruku; bo ta szkaradna baba nienawidzi mnie!
— Być tak, samym w świecie, szeptał Paweł, samotnym, zatraconym!... nie mieć ani rodziny, ani przyjaciół... nikogo!..
— Nie mamy ani centyma, mówiła dalej Róża ze złośliwym uporem; przeszłego tygodnia sprzedałam ostatnie moje gałgany; nie mamy drzewa... wreszcie nie jedliśmy nic od wczorajszego poranku...
Na ta uwagi, wymówione tonem dotkliwego wyrzutu, biedny młody człowiek potarł sobie zaciśniętą ręką czoło, jakby chciał z niego jaką myśl wycisnąć.
— To obraz!... mówiła dalej Róża. Ja powiadam, że trzeba znaleźć jakiś sposób, środek, cośkolwiek, mniejsza o to co.
Wtem Paweł nagle zerwał z siebie okrycie i rzucił na krzesło, mówiąc:
— Masz! zanieś to do banku zastawniczego.
[12] Młoda kobieta nie ruszyła się.
— Czy to wszystko coś znalazł, aby wybawić nas z kłopotu? zapytała.
— Wszak dadzą ci na to trzy franki; zawsze będzie za co kupić drzewa i chleba.
— A co potem?
— Potem?... Zobaczymy, pomyśle, poszukam. O cóż mi idzie? O to, by zyskać na czasie. Przecież przełamię raz fatalne koło, duszące mnie. Przyjdzie powodzenie, a z powodzeniem fortuna. Ale trzeba umieć czekać.
— Trzeba mieć wolę.
— To nic... zrób jak ci mówię, a jutro...
Gdyby Paweł nie był tak wzruszony, to dostrzegłby z zachowania się Róży, iż postanowiła doprowadzić go do ostateczności.
— Jutro!... zawołała z ironią, zawsze jutro!.. Już cale miesiące żyjemy tym wyrazem. Słuchaj, Pawle, tyś dziecko; trzeba raz zdobyć się na tyle odwagi, aby spojrzeć prawdzie w oczy. Cóż mi wypożyczą na to znoszone okrycie? trzy franki... i to jeszcze czy pożyczą.... Ile dni będziemy mogli żyć temi trzema frankami? Przypuśćmy, że trzy dni. A co potem? Czyż nie pojmujesz tego, że,
już jesteś zanadto ubogo ubrany, abyś liczył na dobre przyjęcie. Tylko proszący w eleganckich sukniach są uprzejmie wysłuchiwani. By coś otrzymać, zawsze trzeba mieć taką minę, jakbyśmy nic nie potrzebowali. Dokąd pójdziesz, gdy nie będziesz miał okrycia? Będziesz zanadto śmieszny i nie odważysz się wyjść.
— Milcz, przerwał Paweł, proszę cię, milcz! Niestety! w tej chwili widzę jasno, że jesteś tak jak inni, jak wszyscy: niepowodzenie wydaje ci się zbrodnią. Dawniej miałaś we mnie zaufanie i inaczej przemawiałaś.
— Dawniej nie wiedziałam...
— Nie, Różo, dawniej kochałaś mnie. Boże! czyż nie próbowałem wszystkiego!... Czyż nie chodziłem od drzwi do drzwi, ofiarując moje kompo[13]zycje, ta melodje, które ty tak dobrze śpiewasz; szukałem lekcji po całym Paryżu. Cóżbyś ty więcej zrobiła na mojem miejscu? mów!..
Paweł ożywiał się stopniowo. Róża przeciwnie, udawała niczem nie zamąconą zimną krew.
— Nie wiem, odpowiedziała, wszakże zdaje mi się, że gdybym była mezczyznąmeżczyzną, nigdy nie dopuściłabym do tego, by kobiecie, którą kocham, brakło rzeczy niezbędnych, nie! nigdy! Pracowałabym!...
— Nie jestem robotnikiem, na nieszczęście nie znam żadnego rzemiosła.
— Jabym się go nauczyła. Ile zarabiają dziennie posługacze mularscy? Może to ciężko, ale nie zdaje mi się by było trudnem. Jak sam utrzymujesz, masz talent rzadki? Nie przeczę temu. Ale gdybym była wielką kompozytorką, a nie miała chleba, to poszłabym, bez wahania, grać na ulicach i w kawiarniach, śpiewać w dziedzińcach. Koniec końcem, miałabym pieniądze, mniejsza o to, jakim sposobem nabyte, ani zkąd, ani od kogo, choćbym miała...
— Różo! zapominasz, że jestem człowiekiem uczciwym!...
— Doprawdy powiedziałby kto, że proponuje ci jaki zły uczynek! Odpowiedź taką, jak twoja, Pawle, dają wszyscy, którzy w braku zręczności i energii siedzą z założonemi rękami. Taki człowiek chodzi ubrany jak żebrak, z pustym żołądkiem, schnie z zazdrości, ale podnosi głowę i mówi! „Jestem uczciwy.“ Jak gdyby stanowczo nie można było być bogatym, albo zrobić majątek, nie będąc ostatnim z łotrów. Doprawdy, że to zanadto głupio!
Mówiła głosem donośnym, a piekielne zuchwalstwo błyszczało w jej oczach. Była to jedna z tych istot niebezpiecznych, energicznych w złem, które słabego człowieka mogą doprowadzić na [14]brzeg przepaści, wepchnąć go tam i zapomnieć o nim pierwej nim do dna doleci.
Pod ciosami tych sarkazmów, ocknęła się gwałtowna natura Pawła; gniew zaczerwienił mu policzki.
— Dlaczegoż sama nie dopomagasz mi? zawołał; dlaczego sama nie pracujesz?
— O! ja, to co innego!.. ja nie jestem stworzona do pracy.
Paweł zerwał się i z podniesioną ręką poszedł prosto ku młodej kobiecie.
— Nędznico! zawołał; jesteś poprostu nędznicą!
— Nie... jestem głodna!
Kłótnia, która doszła do tego punktu, zakończyłaby się bardzo źle, gdyby jakiś turkot dość donośny nie zwrócił uwagi obojga. Odwrócili się.
Drzwi poddasza były otwarte, a na progu stał staruszek, z ojcowskim uśmiechem spoglądający na parę kochanków.
Był słuszny i odziany lekko. Z całej twarzy widać mu było tylko policzki ceglastego koloru i czerwony nos; siwiejąca długa broda, gęsta i źle utrzymana, zasłaniała resztę. Nosił okulary kolorowe i z osłonami.
Wszystko w nim świadczyło o nędzy i niedbalstwie, doprowadzonych do najwyższego stopnia. Okrycie o przestronnych obwisłych kieszeniach, niezgrabne, zatłuszczone, nosiło na sobie ślady wytartych ścian szynkowni. Musiał to być jeden z tych koczujących cyników, którzy, poczytując za rzecz nudną rozbieranie się, gdy idą spać, kładą się całkiem ubrani, na ziemi lub na tapczanie.
Paweł i Róża znali dobrze tego starego. Spotykali go nieraz na schodach, wiedzieli, że mieszkał w sąsiedniej izbie, i że nazywano go ojciec Tantaine.
[15] Widok jego przypomniał Pawłowi, iż w jednej izbie najdokładniej było słychać co mówiono w drugiej i myśl, że mógł być podsłuchany, do rozpaczy go przyprowadzała.
— Co pan sobie życzysz? zawołał po brutalsku, i kto panu pozwolił wchodzić do mnie, nie zapukawszy?
Zapytanie to, uczynione tonem prawie groźnym, zdawało się, że i nie gniewa i nawet nie zbija z tropu starego.
— Skłamałbym, odrzekł, gdybym powiedział, że wypadkiem znalazłem się u siebie, gdyście tu państwo rozmawiali o swoich interesach; owszem, nadstawiałem ucha.
— Panie!
— Zaczekajcie no, młodzi ludzie, gorąco kąpani!... Doszliście do kłótni... to łatwo da się wytłumaczyć. Kiedy nie ma nic w żłobie, konie najpiękniejsze i najlepiej wydresowane biją się... ja to znam!...
Mówił z miną najprostszą w świecie, jak gdyby nie poczuwał się do najmniejszej niedyskrecji.
— A więc, rzekł Paweł, głęboko upokorzony, wiesz pan teraz, do czego bieda może doprowadzić człowieka z sercem. Czyś pan zadowolony?
— No, no, rzekł stary, pan zaczynasz się gniewać. Jeżeli przyszedłem, nie mówiąc na bok! to dla tego, że zdaniem mojem sąsiedzi winni dopomagać sobie, zwłaszcza sąsiedzi, zamieszkali pod naszym szyldem. Gdym się dowiedział o waszych małych kłopotach, powiedziałem sobie: Muszę te śliczne dzieci wyratować.
To oświadczenie, to przyrzeczenie pomocy, w ustach osoby tak lichej powierzchowności, miało w sobie coś tak rzeczywiście komicznego, że Róża nie mogła ukryć uśmiechu.
Przypuszczała, że stary sąsiad wydobędzie ze swej portmonety połowę swego majątku — sztukę jedno lub dwufrankową co najmniej.
[16] Paweł również tak myślał; ale był rozczulony tą życzliwością tak prostą, a tak piękną; wiedział bowiem, że pieniądze w pewnych okolicznościach nabierają wiele wartości, i że jeden frank, zapewniający ubogiemu chleb na dwa dni, jest milion razy cenniejszy aniżeli tysiącfrankowy bilet u bogacza.
— Niestety rzekł łagodnie, cóż pan możesz dla nas uczynić?
— Kto wie! Widzisz pan do jakiej doszliśmy ostateczności. Wszystkiego nam brak. Czyż nie jesteśmy zgubieni?
Ojciec Tantaine podniósł ręce do góry, jakby brał niebo za świadka bluźnierstwa.
— Zgubieni?... zawołał. Ach! perła ukryta w głębi morza i nieznająca swojej wartości jest tak samo zgubiona, jeżeli zręczny rybak nie odkryje jej. Rybacy są to nieszczęśliwi nie noszący pereł; ale znają ich ceną i powierzają jubilerom...
Dokończył swej myśli małym dyskretnym śmiechem, którego znaczenia nie pojęli ani Paweł ani Róża, mający w zarodku wszystkie złe instynkta, ale nieświadomi i niedoświadczeni.
— Zresztą, panie, rzekł Paweł, byłbym nadetym głupcem, gdybym nie przyjął pańskiej wspaniałomyślnej propozycji.
— Doskonale!... Jeżeli tak, to trzeba naprzód zejść na dół po dobrą przekąskę. Trzeba takle sprowadzić drzewa — tu tak zimno!... Stare moje kości na pół przeziębły. Później pomyślimy o odzieży.
— Wszystko to, rzekła Róża wzdychając, wymaga wielkich pieniędzy!
— A któż pani powiedział, że ich niemam?
Ojciec Tantaine rozpiął powoli swój surdut i z wewnętrznej kieszeni wyjął mały brudny papierek, przypięty tam szpilką.
Papierek ten starannie rozprostował i położył otwarty na stole.
[17] — Bilet na pięćset franków! zawoła Róża zdziwiona.
— Tak jest!... śliczna panienko odpowiedział stary z tryumfem.
Paweł milczał. Gdyby dostrzegł, że poręcz krzesła, o które się opierał, nagle puścił pączki i liście, niebyłby więcej zdumiony.
Jak można było przypuszczać, aby tak wielka suma ukrywała się pod łachmanami tego starowiny? Skąd on miał ten bilet?
Myśl o jakim czynie karygodnym, o kradzieży, była tu tak naturalną i tak wyraźnie wynikała z sytuacji, iż oboje młodzi ludzie jednocześnie ją powzięli.
Spojrzeli po sobie znacząco i Paweł, zmięszany, poczerwieniał po same uszy.
Stary domyślał się tych podejrzeń.
— O! zawołał, bynajmniej nie oburzając się, brzydkie przypuszczenia!... To prawda, że bilety pięésetfrankowe nie wyrastają nagle w kieszeniach takich jak moje, ale ten prawnie należy do mnie.
Róża nie słuchała. Co ją obchodziły te wyjasnienia Bilet leżał przed nią — tego było dość. Wzięła go, obracała w ręku, jakby dotknięcie tego papierka sprawiało jej największą rozkosz.
— Trzeba żebyście wiedzieli, mówił dalej ojciec Tantaine, że jestem pisarzem u komornika.
— A! Tak, tak; to powinno wam podchlebiać. Ale to nie wszystko. Rozmaite osoby nieraz powierzają mi odbiór wierzytelności niepewnych. Tym sposobem często znaczne sumy znajdują się w mojem ręku... Więc wypożyczyć wam pięćset franków na pewien czas nie stanowi dla mnie trudności.
Wobec nacisku potrzeby i oporu sumienia, Paweł wahał się i był wzruszony, jak to się zwy[18]kle zdarza, przed zrobieniem stanowczego kroku.
— Nie tak zaczął, niemogę przyjąć, mój obowiązek...
— Ach, mój przyjacielu, przerwała mu Róża, niegrzecznie sobie postępujesz. Czyż nie widzisz, że odmawiając martwisz pana?
— Panienka ma słuszność! zawołał ojciec Tantaine. A zatem, rzecz skończona. Idź, moje piękne dziecię i szybko przynoś co zjeść... już minęła czwarta.
Teraz znowu Róża zadrżała i zarumieniła się, jak gdyby uczuła, że stary odgadł jej myśli.
— Czwarta godzina, szepnęła, przypomniawszy sobie list.
Ale była posłuszną. Stanąwszy przed małem zwierciadłem poprawiła na sobie liche ubranie i wyszła zabrawszy bilet bankowy.
— Piękna osoba... zauważył ojciec Tantaine z akcentem znawcy, bardzo piekna... A jaka roztropność! O! gdyby miała dobrych doradców!... dalekoby doszła!...
Paweł nic nie odpowiedział na te uwagi. Zbierał swe poplątane myśli. Teraz, gdy niebył pod natarczywym wzrokiem Róży, znowu opanował go przestrach.
W rysach tego pisarza od komornika dopatrzył on coś szczególnego i niepokojącego.
Gdzież to widziano, aby starzec tego rodzaju rzucał tak ludziom po pięćset franków? Niezawodnie pod tą wspaniałomyślnością ukrywa się jakaś tajemnica, i on, Paweł, może się skompromitować.
— Zastanowiwszy się należycie, powiedział, byłoby z mej strony niedelikatnością, gdybym przyjął od pana taką sumę. Kto wie, czy będę kiedy w stanie zwrócić mu ją.
— Masz tobie! znowu pan coś podejrzywasz! Tym sposobem do niczego się nie dochodzi. Jeżeli dotąd spotykały pana zawody, to dla tego, że bra[19]kło mu doświadczenia. Teraz będziesz pan wiedział jak brać się do rzeczy. Nędza, moje dziecię, kształci ludzi. Naprzód ja mam w panu zaufanie. Te pięćset franków oddasz mi kiedy zechcesz; nie ma nic nagłego; tylko zapłacisz mi po sześć od sta i napiszesz rewers.
— Jeżeli tak... wybełkotał Paweł.
— A tak!... to lokacja.
Paweł był jeszcze bardzo naiwny. Rewers uspokoił go, jak gdyby podpis jego na stemplowym papierze mógł służyć do czego innego, jak tylko do odjęcia temu papierowi wartości jaką miał, gdy nie był zapisany.
Ze swojej strony ojciec Tantaine, począwszy znowu szukać po kieszeniach, wydobył z jednej z nich papier stemplowy i rzekł:
— Napisz pan tu: „Za ośm dni od daty zapłacę na rozkaz p. Tantaine i t. d.“
Młody człowiek właśnie kończył pisanie, gdy powróciła Róża z przekąską.
Była rozpromieniona, jak gdyby niespodziewany a szczęśliwy wypadek rozjaśnił jej życie; oczy jej miały wyraz szczególny.
Ale Paweł wcale tego nie zauważył. Przypatrywał się on staremu pisarzowi od komornika, który przeczytawszy rewers, schował go starannie, jakby weksel pierwszorzędny.
— Rozumie się, panie, powiedział, że data to czysta formalność. Nie jest prawdopodobnem, bym za cztery miesiące od dnia dzisiejszego mógł zaoszczędzić tyle ile winienem panu.
Ojciec Tantaine uśmiechnął się słodko.
— A co powiedziałbyś pan na to, gdybym pożyczywszy panu pięćset franków, dał mu możność zwrócenia ich przed upływem miesiąca?
— Jakto?... mógłbyś pan!
— Sam, moje dziecię, nic zrobić nie mogę, to się rozumie. Ale mam przyjaciela, bardzo potężnego. O! gdybym go był dawniej usłuchał!... [20]nie mieszkałbym w hotelu peruwiańskim... Ale co tam!... czy chcesz pan zgłosić się do niego w mojem imieniu?
— Czy chcę?... Ależ byłbym szalony, gdybym nie korzystał z nadarzającej się zręczności.
— Dobrze więc. Dziś wieczorem zobaczę się z moim przyjacielem i pomówię o panu. Bądź pan u niego jutro, punkt o dwunastej. Jeżeli mu się spodobasz, jeżeli zechce zająć się panem — los jego jest zapewniony.
Wyjął z kieszeni bilet i podając go Pawłowi powiedział:
— Przyjaciel mój nazywa się Mascarot.
Tymczasem Róża, ze zręcznością, która jest niejako wrodzonym przywilejem Paryżanek, przywykłych poruszać się w małych przestrzeniach, wytworzyła ład z chaosu i ukończyła swe przygotowania.
Zastawiono stół; dobry ogień buchał w kominie, a dwie świece, osadzone jedna w kulawym lichtarzu, druga w nadtłuczonej butelce, oświetlały scenę.
Ten widok, tak ponętny dla oczu dwudziestoletnich, napełnił Pawła zadowoleniem. Poważne sprawy były ukończone, ponure przeczucia rozleciały się.
— Siadajmy do stołu!... zawołał, do stołu!... Oto nakoniec obiad, który wyręczy śniadanie. No, Różo! ruszaj na swoje stanowisko! A pan, kochany sąsiedzie, spodziewam się, że zrobisz nam tę przyjemność i podzielisz się z nami ucztą, za którą jesteśmy tobie obowiązani.
Ale ojciec Tantaine, chociaż uczta podobna bardzo go wabiła, jak to sam wyznał, wymówił się z wielkiem ubolewaniem.
Nie bardzo był głodny, jak utrzymywał; oprócz tego o godzinie pół do szóstej miał się widzieć, w interesie wielkiej wagi, z pewną osobą, mieszkającą na drugim końcu Paryża.
[21] — A przytem, powiedział Pawłowi, muszę koniecznie widzieć się i z Mascarotem. Muszę go uprzedzić, korzystnie usposobić względem pana.
Róże widocznie nie bardzo obchodziło towarzystwo starego. Brzydki, brudny, nędzny, wzbudzał on w niej odrazę, której wdzięczność nie była w stanie przezwyciężyć.
Chociaż nie było widać jego oczu, odgadywała ona instynktowo, pod ciemnemi szkłami okularów, wzrok ostry i subtelny, bardzo zdolny do czytania w jej duszy.
Ale pomimo to, jak kotka łaszcząc się, przyłączyła swe nalegania do próśb Pawła, by zatrzymać sąsiada.
Ten jednak był niewzruszony i raz jeszcze przypomniawszy Pawłowi, że powinien stawić się punktualnie, na drugi dzień popołudniu, wyszedł mówiąc najsłodszym głosem do młodych ludzi siadających do stołu:
— Do zobaczenia! dobrego apetytu!
Ale wyszedłszy i zamknąwszy drzwi za sobą, ojciec Tantaine zatrzymał się, oparł o poręcz schodów i począł słuchać.
Turkawki, jak ich nazywał, były niesłychanie wesołe; odgłos ich śmiechu, świeżego i donośnego, napełniał całe górne piętro peruwiańskiego hotelu.
Dlaczegoźby nie? Paweł, po okropnym niepokoju, znalazł stosunkowy spokój; miał w kieszeni adres człowieka, który mu dopomoże do zrobienia majątku; wreszcie na gzymsie kominka leżała reszta wydana z biletu pięćsetfrankowego, kupka złota, która w czasach wesołych złudzeń zdaje się być niewyczerpaną.
Co do Róży, to tę niezmiernie zabawiał stary pisarz od komornika, którego w duchu poczytywała za wielkiego głupca, a do tego nadzwyczaj śmiesznego.
[22] — SmiałoŚmiało, moje dzieci, mruczał ojciec Tantaine, śmiało może już ostatni raz śmiejecie się razem.
To rzekłszy z największą ostrożnością zszedł po nierównych schodach hotelu peruwiańskiego, oświetlanych tylko w niedzielę, bo przecież gaz kosztuje.
Ojciec Tantaine nie poszedł prosto.
Przez małe oszklone drzwi pomieszkania właścicieli hotelu dostrzegł on panią Loupias coś gotującą w piecu. Wszedł trwożliwie zapukawszy i kłaniając się nisko, jako człowiek, którego nędza przyzwyczaiła już do wszelkiego rodzaju przyjęć.
— Przynoszę pani należność za pół miesiąca, powiedział.
I jednocześnie położył na komodzie jedną sztukę dziesięciofrankową i dwadzieścia sous.
Potem, gdy pani Loupias, umiejąca pisać, dawała mu pokwitowanie, począł mówić o interesach, o tem że niespodzianie otrzymał sukcesję, która pozwoli mu mieć niejakie wygody na stare lata.
A dla poparcia tego twierdzenia, z naiwną dumą ubóstwa, obawiającego się, że mu nie powierzą na słowo, pokazał kilkanaście bankowych biletów ukrytych w pugilaresie.
Papierki te takie wywołały wrażenie, iż gdy staro wina odchodził, pan Loupias chciał koniecznie przeprowadzić go z kaszkietem w jednej ręce, a lampą w drugiej.
Ale ojciec Tantaine wcale nie zdawał się być rozczulonym tymi względami. Poszedł z miną mocno zajętą, jak człowiek układający wielki plan.
Stanąwszy na ulicy, ojciec Tantaine obejrzał się, rozglądnął magazyny okoliczne i bez wahania wszedł prosto do sklepiku korzennego znajdującego się prawie na rogu ulic Petit-Pont i Bucherie.
Właściciel tego sklepu, dzięki pewnemu gatunkowi wina, które mu fabrykuje jeden chemik [23]w Bercy, a które sprzedaje po dziewięć sous kwartę, cieszy się w okolicy wielkiem powodzeniem.
Jest mały, tłusty, krepy, draźliwy i przejęty poczuciem własnej godności; nosi angielskie faworyty, jest wdowcem, sierżantem w gwardji narodowej i nazywa się Melusin.
Godzina piąta w ubogich dzielnicach, to chwila roboty dla kupców korzennych.
Robotnicy powracają z warsztatów, a kobiety, które późno w noc pracowały przygotowują wieczerzę.
P. Melusin tak był zajęty kupującymi, to odbierając pieniądze, to wydając resztę, to wołając na chłopców, iż nie zauważył wejścia ojca Tautaine.
A gdyby i zauważył, to nie bardzo by się zajął kupującym tak nędznie ubranym.
Ale stary pisarz od komornika, wyszedłszy z hotelu peruwiańskiego, zarzucił swą minę potulną. Stanął w miejscu najmniej natłoczonem w sklepie i tonem nakazującym zawołał:
— Panie Melusin!
Zdziwiony kupiec rzucił wszystko i pobiegł ku niemu.
— Patrz go, ten człeczyna zna mnie, powiedział sobie w duchu, nie pomyślawszy o tem, że przecież nazwisko jego świetniało w pół łokciowych literach nad drzwiami sklepu.
Ojciec Tantaine nie dał mu czasu do żądania wyjaśnień.
— Czy nie przychodziła tu przed chwilą, zapytał z powagą, młoda kobieta, mieniać bilet pięćsetfrankowy?
— Tak jest, odpowiedział Malusin, ale jak pan mogłeś dowiedzieć się...
Tu przerwał sobie, uderzył się pięścią w głowę i zaczął żywo:
— Rozumiem!... popełniona została kradzież, prawda?... i pan jesteś na tropie złodzieja. Znamy to!... Muszę powiedzieć panu, że gdy ta młoda [24]kobieta, ubrana bardzo ubogo, mieniała bilet, ja już wtedy powziąłem podejrzenie. Z uwagą patrzałem na nią i dostrzegłem, że ręce jej drżały.
— Za pozwoleniem, przerwał ojciec Tantaine, wcale nie powiedziałem, że tu idzie o kradzież. Czy poznałbyś pan tę kobietę?
— Jak siebie samego, gdybym siebie spotkał. Śliczna osoba, włosy przepyszne!... Przychodzi tu czasem i mam wielkie podejrzenie, iż mieszka w jednym hotelu przy ulicy Huchette.
Paryski kupiec korzenny nie bardzo w ogóle lubi ajentów, spisujących z niego protokoły w razie popełnienia kontrawencji. Ale ośmielony myślą, iż wyświadcza usługę społeczności, chętnie dopomaga do poszukiwań. Dla ułatwienia połowu zdolny jest do czynów heroicznych, naprzykład do zaniedbania na chwilę swych kupujących.
— Czy chcesz pan, mówił dalej Melusin, bym rozesłał moich chłopców na zwiady, a może posłać po sierżantów miejskich?
— Nie potrzeba, kochany panie, odrzekł pisarz od komornika, a nawet byłbym panu wdzięczny, gdybyś zachował wszystko w tajemnicy do pewnego czasu.
— A! rozumiem, nieostrożność mogłaby obudzić podejrzenie.
— Tak jest. Tylko prosiłbym pana, jeżeli masz jeszcze ten bilet bankowy, byś mi pozwolił zanotować jego numer. Będę także prosić, byś pan numer ten zapisał w swych księgach, z krótką uwagą, pod datą dzisiejszą. Zawsze należy przewidywać ile tylko można.
— A moje księgi będą stanowić dokument w oczach trybunału, prawda? Tak myślę! księgi handlowe!... Widzisz pan, że znam się na tem. Za chwilę będę panu służyć.
Wszystko tak się stało jak tego sobie życzył starowina. P. Melusin przeprowadził go z wielkiemi oznakami grzeczności aż do progu sklepu, w tem przekonaniu, iż wyświadczył ogromną usłu[25]gę jakiemuś wyższemu urzędnikowi prefektury, przebranemu za żebraka.
Ale co mogło obchodzić Tantaina zdanie, jakie o nim miano! Poszedł on na plac Petit-Pont i zdawał się szukać tam kogoś. Już przeszedł się po nim kilka razy, zaglądając w ciemne zakątki, wreszcie krzyknął zadowolony znalazł to, czego szukał.
Był to szkaradny ulicznik, lat około dwudziestu, ale który wydawał się nie mieć więcej nad piętnaście, chudy, wymokły, źle zbudowany.
Stał na rogu wybrzeża Saint-Michel i Petit-Pont i bezczelnie prosił o jałmużnę, oglądając się czy nie widać gdzie sierżantów miejskich.
Od pierwszego rzutu oka można było poznać w nim chorobliwy wytwór wielkomiejskiej społeczności, jednego z tych paryzkich uliczników, którzy w ósmym roku palą już kawałki cygar uzbieranych na ulicy, a wieczorami upijają się wódką.
Jego włosy, barwy brudno-żółtej, były już rzadkie, cerę miał wybladłą, ołowianą, ironiczny śmiech błąkał się po jego twarzy o szerokiej gębie, a najbezwstydniejsza śmiałość błyszczała mu z oczu.
Ubrany był w szarą bluzę, której prawy rękaw podsunął do góry, wystawiając ramię nagie, krzywe, skurczone, obrzydliwe, aby tem wzbudzić litość przechodzących.
Wyśpiewywał jednostajnym głosem długą litanię, w której ciągle powtarzały się wyrazy: „Biedny rzemieślnik... stara matka... niezdolny do pracy... skaleczony przez maszynę...“
Ojciec Tantaine poszedł prosto do tego biedaka i potężnie palnął go pięścią w głowę, tak, że kaszkiet odleciał mu na trzy kroki.
Chłopiec odwrócił się gniewny; ale ujrzawszy starowinę, zmieszał się i mruknął:
— A tom się złapał!...
[26] I w tejże chwili wyprostował naprężone prawe ramię, które okazało się tak zdrowem jak i lewe; zsunął rękaw i podniósł kaszkiet.
— Czy to tak, zapytał ojciec Tantaine, wypełniasz dane ci polecenie!
— Co?... polecenie dawno już załatwione!
— To nie jest tłumaczenie. Dzięki mojej rekomendacji p. Mascarot dał ci dobre miejsce, prawda? Ja sam daję ci dość często sposobność zarobienie, więc nie brak ci niczego. Ale ułożyliśmy się, że nie będziesz żebrać.
— Niech się pan nie gniewa; żebranina nie jest już mojem rzemiosłem. Tylko tak.... dla przepędzenia czasu. Nie mogę być długo bez zajęcia. Zebrałem siedm sous... zawsze to coś...
— Toto, rzekł z powagą stary pisarz od komornika. — Toto! źle skończysz — ja ci to przepowiadam... Ale do rzeczy... Coś widział?
Poszli oba powoli po pustem wybrzeżu wzdłuż starych domów.
— Widziałem, coś mi pan zapowiedział. Punkt o czwartej przybył na plac powóz i zatrzymał się, jakby tam chciał zapuścić korzenie, tam oto!... naprzeciw fryzjera. Pyszny ekwipaż, wspaniałe konie, stangret bardzo dobrze odziany...
— Daj temu pokój. Czy siedział kto w powozie?
— Naturalnie. Poznałem tego prywatystę, o którym mówiłeś mi pan. Ślicznie ubrany! kapelusz z szykiem, spodnie jasne, obcisłe, żakieta króciótka... jednem słowem najlepszy gatunek. Dla większej pewności, ponieważ już ciemniało, postanowiłem popatrzeć mu w sam nos. Wysiadł z powozu, rozumiesz pan, i począł dreptać po chodniku z niezapalonem cygarem w zębach. Ja, korzystając z okoliczności, podbiegłem z zapałką. „Oto jest ogień jasny panie“! Dał mi dziesięć sous. Dobrze i to. To ten sam: brzydki, mały, wykrzywiony, wymięty, chudy, ze szkłami na nosie — istna małpa.
[27] Gdy Toto opowiada, najlepiej nie przeszkadzać mu. Jest to najkrótszy sposób otrzymania od niego potrzebnych wyjaśnień.
Ale stary pisarz komornika niecierpliwił się.
— Cóż dalej? zapytał.
— Niewiele. Mój jegomość nie miał wcale miny zadowolonej. Biedny kolega! Chodził tam i nazad po chodniku z laseczką w ręku i zaglądał kobietom pod kapelusze. Boże wielki! jakże mi się nie podobał ten gagatek! Jeżeli panu przyjdzie kiedy ochota dobrze wyłatać mu boki, to niech pan liczy na moją pomoc. Obejrzałem go. Dwa razy mniej odemnie ma siły.
— Ale mów dalej, Toto, mów!
— Mówię właśnie! Otóż był on tam, to jest byliśmy tam już dobre półgodziny; wtem jakaś kobieta ukazuje się na ulicy i idzie prosto do gagatka. O, panie! śliczna dziewczyna! Nie! od czasu jak pan żyjesz, nie widziałeś nic piękniejszego. Ja zdumiałem się. Ale jakież nieszczęście. Poczęli rozmawiać po cichu.
— I nic nie słyszałeś?
— Za kogo pan mię masz?... Piękna dziewczyna powiedziała: „Zgoda — jutro.“ Gagatek zapytał: „Czy na prawdę?“ Ona odpowiedziała: „Tak, słowo honoru, koło południa.“ Potem rozstali się. Ona poszła na ulicę Huchette, a on powrócił do swego powozu i marsz! Oto com spełnił za sto sous!...
Reklamacja ta nie zdawała się dziwić pisarza od komornika.
Wyjął z kieszeni pięć franków i oddał ulicznikowi mówiąc:
— Co się przyrzekło, to należy dotrzymać. Ale pamiętaj o mojej przepowiedni, Toto, — źle skończysz. A teraz bądź zdrów, nie idziemy jedną drogą.
Jeszcze przez pewien czas ojciec Tantaine pozostał na placu, patrząc na Toto, który poszedł w [28]kierunku Jardin des Plantes, i dopiero gdy go stracił z oczu, udał się sam w dalszą drogę.
Szedł bardzo prędko, widocznie wielce zadowolony.
— Dobrze idzie, mruczał, nie straciłem dnia. Wszystko przewidziałem. Flawia będzie zadowolona.
II.
Zakład pana Mascarota, potężnego przyjaciela ojca Tantaine, znajduje się przy ulicy Montorgueil, o kilka kroków od pasażu Reine-de-Hongrie.
P. Mascarot jest dyrektorem bióra stręczeń oficjalistów i sług obojej płci.
Dwie wielkie tablice, przybite po obu stronach drzwi, oznajmiają interesowanym i przechodzącym, że ajencja ta założona została w roku 1844 i dotąd zarządzana jest przez założyciela.
Zapewne długiej praktyce w profesji, zwykle niewdzięcznej, p. Mascarot zawdzięcza wielką reputację i poważanie, jakiemi cieszy się nie tylko W swojej dzielnicy, ale w całym Paryżu.
Mówią, że panowie nigdy nie uskarżają się na sługi, których zaleci.
Słudzy przekonani są, że miejsca dane przez p. Mascarot, obfitują we wszystkie rozkosze.
Nakoniec oficjaliści bardzo dobrze wiedzą, iż dzięki swym znajomościom i ogromnym stosunkom p. Mascarot zawsze ma dobrą posadę dla każdego, kto mu się podoba.
Pan Mascarot ma wspólnika, niejakiego Beaumarchef. W tym samym domu, gdzie znajduje się ajencja, urządził on hotel, w którym słudzy bez miejsca mają pomieszczenie i stół na kredyt.
P. Mascarot jest współwłaścicielem — podobno w czwartej części — domu w którym mieszka.
[29] Otóż przed tym domem o południu jak, było umówiono, zatrzymał się Paweł Violaine.
Dzięki pożyczce otrzymanej od ojca Tantaine, kupił on już sobie całe gotowe ubranie, dość gustowne. Tak mu nawet było w niem dobrze, iż przechodzące kobiety oglądały się na niego.
Ale on nie zwracał na to uwagi. Od wczorajszego dnia ciągle rozmyślał i teraz począł już powątpiewać o potędze nieznajomego, który, według zdania ojca Tantaine, mógł uszczęśliwić każdego, byle tylko zechciał.
— Stręczyciel! mruknął, pewno zaproponuje mi jaką posadę za sto franków miesięcznie!
Był jednak nieco wzruszony i nim wszedł począł rozglądać dom, jak gdyby tym sposobem mógł dowiedzieć się czegoś o tym kto w nim mieszka.
Ale dom ten podobny był do wszystkich innych domów; miał dwa skrzydła rozdzielone podwórzem źle utrzymywanem; w środkowym zaś korpusie znajdowało się bióro stręczeń i hotel.
Pod bramą mieścił się przekupień z kasztanami; młody jakiś nicpoń o zuchwałej minie.
— Ha! powiedział do siebie Paweł, jak tu będę stać, to niczego się nie dowiem; wejdźmy.
SiałoŚmiałoprzeszedł podwórze, wstąpił na schody i ujrzawszy na pierwszem piętrze drzwi z napisem „Bióro,“ zapukał.
— Proszę!... odezwał się gruby głos.
Drzwi nie były zamknięte, Paweł otworzył je.
Pokój, do którego wszedł, podobny był do wszystkich paryskich biór stręczeń.
Pod ścianami stały szerokie dębowe poczerniałe ławki; w głębi znajdowała się loża zakratowana i zasłonięta zieloną firanką; klienci nazywali ją konfesjonałem.
[30] Między dwoma oknami na cynkowej blasze był napis:
Zawiadomienie:
Zapis opłaca się z góry.
W jednym kącie tego pokoju siedział jakiś jegomość za wielkim stołem i pisząc coś w wielkiej księdze, słuchał zarazem kobiety stojącej przed nim.
— Pan Mascarot? zapytał Paweł trwożliwie.
— Co pan sobie życzysz? zapytał jegomość, nie ukłoniwszy się; jeżeli jest jaki interes, to mogę go zastąpić. Czy chcesz pan zapisać się? mamy w tej chwili posady dla trzech buchhalterów, kasjera, korespondenta, sześć posad oficjalistów w mieście. Pan zapewne masz dobre rekomendacje...
— Przepraszam, przerwał Paweł, chciałem osobiście rozmówić się z panem Mascarot; przysłany jestem przez jednego z jego przyjaciół.
To oświadczenie zdawało się, że wywarło pewne wrażenie na jegomości. Zmienił ton i prawie grzecznie powiedział:
— Mój wspólnik jest na konferencji, ale wkrótce będzie wolny; chciej pan usiąść.
Paweł usiadł na ławce i nie mając nic lepszego do roboty, począł przypatrywać się wspólnikowi.
Słuszny, barczysty, zdrowiem promieniejący, wspólnik ten, nosi włosy krótko ostrzyżone, a pod nosem, impertynencko do góry zadartym, potężne wąsiska, długie, wyczernione i ostro zakończone.
Ton, postawa, włosy i wąsy zdradzają człowieka, który chce by każdy wiedział o tem, że służył w wojsku.
I rzeczywiście zapewnia, że służył w kawalerji. W pułku to nawet nazwano go Beaumarchef, co było żołnierskiem skróceniem wyrazów: beau maréchal de-logis-chef. Właściwe zaś jego nazwisko jest Durand.
[31] Teraz ma już czterdzieścieczterdzieści pięć lat, co jednak nie przeszkadza mu dotąd uchodzić za bardzo przystojnego mężczyznę.
Praca jego, polegająca na zapisywaniu nazwisk kolejno, nie przeszkadzała mu dawać odpowiedzi kobiecie, stojącej przed nim.
Klientka ta, która, z ubrania wnosząc, trzymała środek między kucharką a przekupką, była z rodzaju tych, których w Paryżu nazywają tęgiemi kumoszkami.
Po każdym frazesie zażywała tabakę. Wyrażała się akcentem alzackim.
— Skończmy już raz, mówił Beaumarchef, czy na prawdę chcesz pani miejsca?
— Naprawdę!
— Tak samo mówiłaś pani ostatnim razem, przed sześcią miesiącami. Znaleźliśmy dobrą kondycję, weszłaś pani, a we trzy dni, paf! oddalasz się.
— Wtedy nie bardzo potrzebowałam służby.
— A teraz?
— Teraz, to co innego. Oszczędności moje wyczerpują się.
Beaumarchef położył pióro i spojrzał na kobietę, jakby chciał sprawdzić swe podejrzenia, potem powiedział powoli:
— Pewno zrobiłaś pani jakie głupstwo.
Kobieta odwróciła głowę i nie odpowiadając wprost, poczęła narzekać na ciężkie czasy, na sknerstwo panów, na wtrącanie się do wszystkiego młodych gospodyń, które chętnie same chodzą z koszykami do miasta.
Beaumarchef potakiwał głową, tak samo, jak przed kwadransem potakiwał jednej pani, uskarżającej się na służących. Jego stanowisko, jako pośrednika, wymaga tej dyplomacji.
Wreszcie kobieta skończyła. Wyjęła z portmonety dobrze zaopatrzonej kwotę wpisową, położyła ją na stole i rzekła:
[32] — No, kochany panie Beaumor, zapisz pan moje nazwisko Karolina Schimel i znajdź mi dobre miejsce. Tylko do kuchni, rozumiesz pan? I żebym sama chodziła do miasta. Nie lubię gdy mi się wtrąca pani domu.
— Dobrze, poszukamy.
— Ach! gdybyś mi pan znalazł jakiego wdowca, albo jaką młodziutką żonę starego męża.... Zresztą, zrób pan tak, jakby dla siebie; zajdę tu pojutrze.
I zażywszy tabaki, odeszła.
Paweł, słuchając tego, był zmieszany i nadzwyczaj upokorzony. Dzięki ojcu Tantaine znalazł się on w takiem miejscu i w takiem towarzystwie. I jeszcze musiał czekać!...
Już szukał pretekstu by wynieść się i nigdy nie powrócić, gdy drzwi w głębi otworzyły się i weszło dwóch mężczyzn, którzy rozstając się kończyli rozmowę.
Jeden z nich młody, elegancko ubrany, miał minę zadowoloną i swobodną, przez niektórych poczytywaną za oznakę najlepszego tonu. Kilka zagranicznych orderów zdobiło mu piersi.
Drugi z powierzchowności podobny był do adwokata małomiasteczkowego. Ubrany był w ciepły kaftanik merynosowy, futrzane buty, na głowie zaś miał aksamitną czapeczkę, wyszywaną niezawodnie bardzo drogą ręką. Broda jego, starannie podstrzyżona, opierała się na biały krawat, a z przyczyny słabego wzroku miał okulary z szafirowemi szkłami.
— A więc, kochany panie, rzekł młody człowiek, mogę liczyć na pana, czy tak? Własny mój interes odpowiada za mnie. Nie zapominaj pan jak wytężona jest sytuacja.
— Już mówiłem panu markizowi, odrzekł, mezczyznameżczyzna w białym krawacie, że gdyby to było w mojej wyłącznie mocy, to powiedziałbym tak; ale muszę zaradzić się wspólników.
[33] — W każdym razie, kochany panie, dodał elegant, liczę na pana.
— Paweł widząc tak udekorowanego pana, pogodził się z ajencją. Ten drugi, pomyślał, twarzy tak miłej i powierzchowności zdradzającej prawnika, musi być pan Mascarot.
Markiz wyszedł. Paweł chciał już przedstawić się, gdy wyprzedził go Beaumarchef, stając przed mężczyzną w białym krawacie.
— Niech pan zgadnie, rzekł z szacunkiem, kogo tylko com widział?
— Kogo? mów.
— Karolinę Schimel, tę, pan wiesz...
— Byłą służącą u księżnej Champdoce?
— Tę samą.
Pan Mascarot, krzyknął radośnie.
— To prawdziwe szczęście! zawołał. Gdzież ona mieszka?
To zapytanie, tak naturalne, zmieszało Beaumarchefa. On, który zawsze — tak jest, zawsze, gdyż takie było rozporządzenie — żąda adresu klientów, na ten raz nie zapytał Karoliny Schimel, gdzie mieszka.
— Dowiedziawszy się o tem zaniedbaniu p. Mascarot, podskoczył na krześle; zapomniał się nawet do tego stopnia, i zaklął jak furman.
— Sacrebleu! krzyknął, czy też można być do takiego stopnia ciemięgą i głupcem. Kobieta, której szukam od pięciu miesięcy po całym Paryżu, jak sam wiesz!.. Przypadek oddaje ją nam w nasze ręce, a ty ją puszczasz!
— Wróci ona, panie, mówiła, że wróci, nie zechce stracić wpisanego.
— Eh! bardzo ona tam dba o dziesięć sous, lub dziesięć franków. Wróci, jeżeli przyjdzie jej taka fantazja; a jeżeli nie?.. Kobieta, która upija się i jest na pół szalona.
Ale Beaumarchef nagle powziął nadzieję. Pochwycił kapelusz, mówiąc:
[34] — Tylko co wyszła, pobiegnę za nią; jeszcze dopędzę.
Już chciał iść; Mascarot zatrzymał go.
— Zaczekaj, powiedział; nie takiego trzeba tu wyżła. Weź z sobą Tota; niech porzuci kasztany. A gdy dopędzicie tę babę, nie mówić jej nic, ale niech Toto idzie za nią i nie spuszcza z oczu. Chcę wiedzieć, co robi każdej godziny... każdej!... rozumiesz?...
Gdy Beaumarchef wyszedł, Mascarot puścił wodze swemu gniewowi.
— Być tak obsługiwanym, mówił, cóż to za nędza! Ach! wszystko sam powinien bym robić. Ślęczę nad zagadką niewyjaśnioną, a ta pijaczka zna niezawodnie jej słowo!..
Widocznem było dla Pawła, że nie został dostrzeżony. Wstydząc się mimowolnej swej niedyskrecji, postanowił kaszlnąć.
Mascarot odwrócił się — groźny, straszny.
— Przepraszam pana... zaczął Paweł.
Ale już stręczyciel przybrał swoją zwykłą uprzejmą i uczciwą fizjonomię.
— A! pan Paweł Violaine! zawołał, czy tak?
Młody człowiek skłonił się.
— Bardzo dobrze, rzekł Mascarot, za minutę będę służyć panu.
I szybko wyszedł przez drzwi środkowe. Paweł zaledwie miał czas opamiętać się, gdy usłyszał jak go wołano:
— Panie Pawle!... tędy! wejdź pan! przed panem nie mam żadnych tajemnic!
W porównaniu z pierwszym pokojem, czyli z właściwą ajencją, gabinet p. Mascarot był miejscem rozkosznem.
Szyby w oknach były czyste, obicie nie poplamione, na ziemi rozesłany był dywan.
Ale ilu też klientów, najlepszych nawet, może poszczycić się tem, iż przestąpili próg tego przybytku? Bardzo i bardzo nie wielu.
[35] Bieżące codzienne interesa załatwiają się publicznie przy stole p. Beaumarchef. Sprawy wymagające większej ostrożności, traktują się po cichu, wśród zmroku panującego w konfesjonale.“
Ale Paweł, nieznając zwyczajów miejscowych, nie był w stanie należycie ocenić niezmiernego faworu, że był, on, nowo przybyły, dopuszczony do wnętrza laboratorjum.
Gdy wszedł, p. Mascarot wygrzewał się przed dobrym ogniem na kominku, siedząc w wygodnym fotelu z łokciem wspartym na biórku.
A jakie to było biórko! Świat cały. Byłto widocznie sprzęt człowieka mającego tysiące najrozmaitszych zajęć.
Księgi i rejestra leżały tam stosami. Mnóstwo było tabliczek z bardzo grubego kartonu z nazwiskami wypisanemi wielkiemi literami, pod któremi znajdowały się notaty, dodane pismem drobnem i prawie nieczytelnem.
Z ojcowskim ruchem p. Mascarot raczył wskazać Pawłowi krzesło naprzeciw siebie i głosem niezmiernie ujmującym powiedział:
— Pomówmy.
Trudno było mieć powierzchowność bardziej patrjarchalną jak p. Mascarot.
Rysy jego, łagodne, spokojne, zwierciadło czystego sumienia, były z rodzaju właściwych ludziom, o których mówi się: „Takiemu człowiekowi chciałbym powierzyć całe moje mienie.“
Wpatrując się w niego Paweł doznał wrażenia wywieranego przez zacność i uczuł się w takim do stręczyciela stosunku jak słabość do siły.
Teraz wytłumaczył sobie entuzjazm ojca Tantaine i błogosławił wypadek, który przed chwilą przeszkodził mu do ucieczki.
— Więc rzeczy tak stoją, zaczął p. Mascarot, że obecne zasoby pana nie są wystarczające, nawet żadne, i że pan zdecydowany jesteś zrobić wszystko dla utworzenia sobie stanowiska. Powtarzam tu własne wyrazy tego biedaka Tantaine.
[36] — Był on, panie, wiernym tłumaczem moich uczuć.
— Bardzo dobrze. Tylko nim zaczniemy mówić o teraźniejszości i myśleć o przyszłości, zajmijmy się, jeżeli pan pozwoli, przeszłością.
Paweł drgnął lekko, ale widać że stręczyciel zauważył to, gdyż dodał:
— Przebacz mi pan niedyskrecję, ale jest ona niezbędną. Muszę zabezpieczyć moją odpowiedzialność. Tantaine mówi, że pan jesteś bardzo miły młody człowiek, porządny, dobrze wychowany. Patrząc na pana, przypuszczam, iż nie jest w błędzie. Ale potrzeba mi więcej aniżeli przypuszczenia. Pojmiesz pan, że pierwej nim wystąpię jako jego przyjaciel, nim wezmę na siebie odpowiedzialność za niego przed trzeciemi osobami...
— To bardzo słuszna, przerwał Paweł, dla tego też gotów jestem odpowiadać panu; nie mam nic do ukrywania.
Lekki uśmiech, którego Paweł nie dostrzegł, zaigrał na ustach zacnego stręczyciela, który właściwym sobie ruchem poprawił okulary.
— Dziękuję panu za jego dobre usposobienie, powiedział. Co zaś do ukrywania czegokolwiek przede mną... eh! eh!... nie tak to łatwo jak może pan sądzisz...
Wziął z biórka jedną paczkę tabliczek, rozsunął je w ręku jak karty i mówił dalej:
— Nazywasz się pan Marjan Paweł Violaine?
Paweł skinął głową.
— Urodziłeś się pan w Poitiers, przy ulicy Vignes, 5. stycznia 1843 roku; masz zatem teraz rok dwudziesty czwarty.
— Tak jest, panie.
— Pan jesteś dziecięciem naturalnem?
Poprzednie pytania zdziwiły nieco Pawła, ostatnie zaś zdumiało go.
— Tak jest, panie, odpowiedział, nie starając się nawet ukrywać swego zdumienia. Nie przy[37]puszczałem by p. Tantaine był tak dobrze poinformowany. Przekonywam się, że ściana między naszemi stancjami jest cieńsza aniżeli sądziłem.
P. Mascarot zdawał się nie słyszeć przycinka, zrobionego staremu pisarzowi od komornika. Mówił dalej, przerzucając tabliczki i radząc się ich.
Gdyby Paweł był mniej naiwny i nachylił się nieco, toby dostrzegł na każdej tabliczce litery P. V., początkowe swego imienia i nazwiska.
— Matka pana, mówił dalej p. Mascorot, w ostatnich piętnastu latach swego życia, utrzymywała niewielki sklep drobiazgów.
— Tak jest.
— Ile taki sklepik może dawać dochodu w Poitiers? Niewiele, prawda? Na szczęście, miała ona, oprócz tego roczną zapomogę wynoszącą tysiąc franków; tym sposobem sama mogła utrzymać się i dać panu edukację.
Teraz Paweł porwał się z krzesła.
Pewnym był, że tej tajemnicy stary lokator z hotelu peruwiańskiego nie mógł u niego podsłuchać.
— Panie, wybełkotał, zupełnie zbity z tropu, panie!... kto panu mógł wyjawić fakt, o którym nie mówiłem nikomu od czasu jak jestem w Paryżu, o którym nawet Róża nie wie?
Streczyciel ruszył ramionami.
— Pojmujesz pan, powiedział, że człowiek będący w takiem jak ja położeniu musi mieć szczególne środki wywiadywania się. Eh! gdyby było inaczej, czyż nie byłbym codziennie oszukiwany, i co za tem idzie, musiałbym sam oszukiwać innych.
Upłynęło nie więcej jak godzina od czasu jak Paweł przestąpił próg ajencji, ale wiedział już co należy trzymać o owych „szczególnych środkach.“
Przypomniał sobie rozkaz dany p. Beaumarchef.
— Zresztą, mówił dalej stręczyciel, jeżeli jestem ciekawy z profesji, to zarazem jestem i dyskretny. Nie obawiaj się pan zatem odpowiadać [38]mi szczerze. Jakim sposobem pensja ta dochodziła do matki pańskiej?
— Co trzy miesiące, za pośrednictwem jednego paryskiego notarjusza.
— A!... Czy znasz pan osobę, która ją wypłacała?
— Wcale nie.
Ale Pawła poczęło już niepokoić to badanie. Tysiące nieokreślonych domysłów przebudziło się w nim.
Napróżno szukał — nie upatrywał, ani celu, ani doniosłości, ani pożytku tych pytań.
A przytem wyjaśnienie, jakiego mu udzielano, wydawało się niejasnem. Niech kto jakie chce ma potężne środki, zawsze jednak w ciągu jednego poranku nie zbierze tylu szczegółowych faktów o życiu jednego człowieka.
Nic wszakże w zachowaniu się stręczyciela nie usprawiedliwiało obaw młodego człowieka.
Zdawał się on wypytywać go tylko ze zwyczaju, z obojętnością człowieka spełniającego formalności, właściwe swemu powołaniu, nie poczuwając się bynajmniej do popełnienia strasznej niedyskrecji.
Dopiero po długiem milczeniu zaczął znowu:
— Zastanawiam się właśnie nad tem i widzę, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, zapomogę tę płacił ojciec pana.
— Nie, panie, nie!
Cóż— Cóżpana o tem przekonywa?
— Matka moja przysięgła mi na swe zbawienie, że tak nie jest; a była to kobieta święta. Biedna matka!.. zanadto kochałem ją i szanowałem, bym miał wypytywać o podobne rzeczy. Raz wszakże, powodowany jakąś nikczemną ciekawością, ośmieliłem się prosić jej, by mi wyjawiła nazwisko naszego protektora. Łzy jej dały mi okropnie uczuć, jak haniebnie postąpiłem sobie. Nazwiska tego nigdy nie znałem, ale wiem, że ojciec mój umarł przed mojem urodzeniem.
[39] P. Mascarot nie chciał zauważyć wzruszenia swego klienta.
— Zapomoga ta, mówił dalej, przestała być nam wypłacaną po śmierci matki?
— Nie była nam płaconą od czasu, jak doszedłem do pełnoletności. Matka moja zawczasu była uprzedzona o tem. Zdaje mi się, jak gdyby wczoraj opowiadała mi o tem. Było to wieczorem w rocznicę moich urodzin; przygotowała obiad lepszy niż zwykle. Bo uroczyście obchodziła ten dzień, zamiast go przeklinać. Biedna matka!.. „Pawle, powiedziała, gdyś się urodził, jeden przyjaciel wspaniałomyślny przyrzekł, iż dopomoże mi wychować ciebie. Dotrzymał słowa; masz dwadzieścia jeden lat dziś już nic od niego spodziewać się nie możemy. Jesteś mężczyzną, mój synu; więc powinieneś liczyć i ja powinnam tylko na ciebie. Pracuj, bądź uczciwy, a jeżeli życie twe wyda ci się za ciężkie, to przypomnij sobie, iż twe urodzenie wkłada na ciebie podwójne obowiązki!..“
Tu Paweł zatrzymał się. Wzruszenie go opanowało i dwie wielkie łzy stoczyły się po policzkach.
— W ośmnaście miesięcy potem matka moja umarła nagle i bezprzytomnie. Od owego czasu pozostałem na świecie sam, bez rodziny, bez przyjaciół. O! strasznie sam byłem. Mogłem umrzeć, a nikt nie poszedłby za moją trumną; mogłem zniknąć, a niktby się tem nie zaniepokoił, bo nikt nie wie że istnieję.
Wyraz twarzy Mascrota spoważniał.
— Otóż sądzę, że pan mylisz się, panie Violaine, sądzę, że masz pan przyjaciela.
Wstał, jakby chciał ukryć wzruszenie, nad którem nie mógł zapanować i począł chodzić po gabinecie, mnąc piękną swą aksamitną czapeczkę, co było oznaką głębokich rozmyślań.
Dopiero po odbyciu przez dość długi czas tych ćwiczeń, powziąwszy nareszcie postanowienie, [40]nagle zatrzymał się z założonemi rękami przed swym młodym klientem.
— Nie będę, mój młody przyjacielu, powiedział, nie będę dalej ciągnął moich wybadywań, które cię ranią...
— Sądziłem, odrzekł Paweł dyplomatycznie, że tylko mój własny interes dyktował panu te pytania.
— Tak jest. Chciałem pan doświadczyć, przekonać się o jego szczerości; to panu wyznać mogę. Dla czego? dowiesz się wkrótce. W tej chwili, bądź pan pewnym, iż wiem wszystko, co go dotyczy. A cheszchcesz pan wiedzieć, jakim sposobem dowiedziałem się? Pozwól, że mu tego nie powiem. Przypuść cudowną interwencję wypadku. Wypadek! zwykle wszystko na niego się składa.
Dotąd Paweł był tylko mocno zaintrygowany. Ostatnie dwuznaczne słowa przeraziły go na prawdę, co zaraz zdradziła jego ruchliwa fizjonomia.
— Masz tobie zawołał zacny stręczyciel, podnosząc okulary, przez które widział wszystko doskonale, teraz pan się przestraszasz.
— To prawda, panie, wybełkotał Paweł.
— Z jakiego powodu? Doprawdy, że na próżno zapytuję sam siebie, czego może obawiać się człowiek w pańskiem położeniu. No! przestań pan sobie łamać głowę; nic nie odgadniesz lepiej spuść się na mnie, który pragnę pańskiego dobra.
Mascarot wymówił poprzednie wyrazy tonem najłagodniejszym i przekonywającym; a potem usiadłszy znów na fotelu mówił dalej:
— Wracajmy do pana. Dzięki poświęceniu matki, która, jak pan słusznie powiedziałeś, była godną i świętą kobietą, dzięki jej bohaterskim prawdziwie wysileniom mogłeś skończyć nauki w liceum w Poitiers, ni mniej ni więcej tylko jak dziecię dostatniej rodziny. W ośmnastym roku otrzymałeś stopień naukowy. Następnie przez cały rok, pod pozorem oczekiwania na natchnienie z [41]nieba, próżnowałeś; potem, zrozpaczony, wszedłeś jako pisarz do adwokata?
— To jest najzupełniejsza prawda.
— Marzeniem matki pańskiej było, byś znalazł sobie posadę gdzie w okolicy, w Loudun na przykład, lub w Civray. Może liczyła na to, iż dopomoże ci w tem dawny jej szlachetny przyjaciel.
— Zawsze tak myślałem.
— Ale, na nieszczęście, papier stemplowy nie podobał się panu.
Przy tem napomknieniu Paweł nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu, co nie spodobało się Mascarotowi, gdyż dodał z pewną surowością:
— Powiedziałem na nieszczęście, a pan zawiele wycierpiałeś, by także nie podzielać tego mojego zdania. Zamiast siedzieć w biórze, coś pan robił? Zajmowałeś się muzyką, komponowałeś śpiewki, a nawet opery; niedalekim byłeś od tego, by się poczytać za geniusza pierwszorzędnego.
Paweł, który dotąd znosił wszystko, nie bardzo oburzając się, ugodzony w same serce tym przycinkiem, starał się protestować, ale napróżno.
— Jednem słowem, mówił dalej stręczyciel, pewnego pięknego dnia porzuciłeś pan bióro, i oświadczyłeś matce, iż mając nadzieję zostania wielkim kompozytorem, chcesz dawać lekcje fortepianu. Nie znalazłeś lekcyj, ale byłeś tyle naiwny, żeś ich szukał. Zrób mi pan tę przyjemność i spojrzyj sam na siebie, a potem powiedz mi, czy z taką twarzą i postawą nadajesz się na nauczyciela panien?
Zapewne z obawy, by go pamięć nie zdradziła, p. Mascarot zatrzymał się i począł przeglądać swe tabliczki.
— Skończmy to, powiedział po chwili. Wyjazd pana z Poitiers był jego ostatniem i największem szaleństwem. Zaraz na drugi dzień po śmierci matki spieniężyłeś pan wszystko co ona posiadała, [42]zebrałeś trzy tysiące franków i śmiało wsiadłeś do wagonu kolei żelaznej.
— Wtedy, panie, miałem nadzieję...
— Co? Dojechać do fortuny koleją sławy. Szalony! Corocznie tysiąc biednych chłopaków, upojonych pochwałami w swej podprefekturze, przybywa do Paryża, rozgorączkowanych taką samą nadzieją. A wiesz pan co się z nimi dzieje? Po upływie dziesięciu lat, najwięcej dziesięciu z nich mniej więcej utoruje sobie drogę, pięciuset umiera z nędzy, wściekłości, głodu; reszta zaciąga się do szeregów ludzi nie mających żadnego stanowiska.
Wszystko to Paweł mówił już nieraz samemu sobie; wymierzył on już, ile to potrzeba energii, ażeby każdego poranku, przebudziwszy się, chcieć tego samego, czego chciało się wczoraj i to przez długie lata. Nie wiedząc co odpowiedzieć, pochylił głowę.
— Gdybyś jeszcze, mówił dalej Mascarot, gdybyś był sam! Ale nie. Zakochałeś się w Poitiers w młodej robotnicy, niejakiej Róży Pigoreau i nie znalazłeś nic mądrzejszego nad uwiezienie jej.
— O! panie!... gdybym wytłumaczył...
— To rzecz zbyteczna. Rezultaty są widoczne. W sześć miesięcy trzy tysiące franków ulotniło się; potem nastąpił niedostatek, potem bieda, potem głód... ostatecznie w hotelu peruwiańskim zamyślałeś pan już o samobójstwie, gdy spotkał go stary Tantaine.
Ciężko było słuchać tych prawd i Paweł miał wielką bardzo ochotę rozgniewania się; ale w takim razie trzeba było pożegnać się nazawsze z protekcją potężnego stręczyciela. Powstrzymał się więc.
— Niech i tak będzie, odpowiedział z goryczą, byłem szalony, nędza nauczyła mię rozumu. Jeżeli jestem tu, to znaczy, żem zrzekł się wszelkich złudzeń.
— Czy zrzekniesz się i panny Pigoreau?
[43] Usłyszawszy to, młody człowiek pobladł od gniewu.
— Kocham Różę, odpowiedział sucho, sądzę żem już to powiedział panu. Zaufała mi, mężnie znosi wraz ze mną ciężką moją dolę, jestem pewny jej przywiązania!... Róża, panie, będzie moją żoną!...
P. Mascarot powoli zdjął swoją aksamitną czapeczkę i tonem najpoważniejszym, bez najmniejszego cienia ironji skłonił się bardzo nisko, mówiąc:
— Przepraszam!...
Ale niebyło jego zamiarem rozszerzać się nad tym przedmiotem.
— I tak, powiedział, bilans pana jest ułożony. Potrzeba panu jakiejkolwiek posady i to prędko. Co pan umie? Niewiele, prawda? Jesteś pan jak wszyscy młodzi ludzie wychowani w liceum: zdolni do wszystkiego, a nie przydatni do niczego. Gdybym miał syna, to ten, choćbym przy tem miał sto tysięcy liwrów dochodu, musiałby uczyć się rzemiosła.
Paweł gryzł sobie usta, zanadto dobrze uznając trafność tego zdania. Czyż sam wczoraj jeszcze nie zazdrościł losu tych, którzy rękami mogą zarobić na życie?
— A jednak, mówił dalej stręczyciel, muszę panu dopomódz. Jesteś pan moim przyjacielem, a przyjaciele moi nie zatrzymują się na pół drogi. No, powiedz mi pan, co powiedziałbyś o stanowisku, zapewniającem mu ze dwanaście tysięcy franków rocznie?
Suma ta, w porównaniu z najśmielszemi marzeniami Pawła, była jeszcze tak bajeczną, iż młody człowiek myślał, że stręczyciel robi sobie igraszkę z jego niedoświadczenia.
— Nie bardzo to wspaniałomyślnie, odpowiedział, drwić sobie tak ze mnie.
Ale p. Mascarot nie drwił.
Pomimo to dobry kwadrans musiał dowodzić [44] swemu klientowi, iż nigdy w życiu nie mówił poważniej o rzeczy poważnej.
Bardzo być może, iż na nic nie zdałaby się jego wymowa, gdyby w końcu nie przyszło mu na myśl powiedzieć:
— Czy chcesz pan dowodów, by mi uwierzyć? Chcesz bym ci wypłacił z góry za pierwszy miesiąc?
I podał bilet tysiąc frankowy, który wyjął z jednej szuflady biórka.
Paweł odrzucił zrazu bilet, ale w końcu uległ wobec tak potężnego argumentu. Wtedy okropnie zaniepokojony, zapytał czy tę wspaniałą posadę, tak niespodziewaną, będzie w stanie zajmować jak należy.
— Eh! czyżbym proponował ją panu gdyby była nad jego siły? odpowiedział zacny stręczyciel. Wszak znam pana, prawda? Gdyby nie było mi śpieszno, zaraz wyjaśniłbym panu naturę jego funkcji... Ale odłóżmy to do jutra. Bądź pan tu, tak jak dziś, między dwunastą a pierwszą.
Chociaż bardzo zaciekawiony, zrozumiał jednak Paweł, iż nie powinien być natrętnym i wstał.
— Słowo jeszcze, rzekł stręczyciel. Nie możesz pan pozostawać w hotelu peruwiańskim. Poszukaj sobie zaraz lokalu w tej tu dzielnicy, a gdy go znajdziesz, daj mi adres. A teraz, do jutra bądźmy silni; umiejmy znosić nasze powodzenie.
Jeszcze z minutę Mascarot stał przed swem biórkiem, nadstawiając ucha i przysłuchując się chwiejnym krokom Pawła, który odchodził przytłoczony ciężarem najrozmaitszych wrażeń.
Gdy się zapewnił, że młody człowiek opuścił już ajencję, podbiegł do szklannych drzwi wiodących do drugiego pokoju, otworzył je, i zawołał:
— Hortebize!.. doktorze!.. możesz wejść, już się oddalił.
Natychmiast wszedł inny mężczyzna i usiadł na fotelu przed ogniem.
[45] — Brr!.. zawołał, nogi mi zdrętwiały. Nie czułbym, gdyby mi je odcięto. Ależ, ten twój pokój, mój przyjacielu Baptysto, to istna lodownia. Na drugi raz każ napalić.
Ale p. Mascarota nic nie zdoła odwrócić od toku jego myśli.
— Wszystko słyszałeś? zapytał.
— Słyszałem i widziałem jak ciebie widzę.
— No, i cóż myślisz o tym przedmiocie?
— Myślę, że Tantaine, to człowiek bardzo dzielny i że w twoich rękach ten chłopiec dojdzie daleko.
III.
Doktor Hortebize, poufny przyjaciel „ajencji“, nazywający p. Mascarota tak familijarnie po imieniu Baptystą, ma już dobrze skończonych lat pięćdziesiąt sześć.
Ale przyznaje się tylko do czterdziestu dziewięciu i ma słuszność. Zaledwie nawet można przypuszczać, że jest już w tym wieku, tak lekko dźwiga swą kanonicką tuszę, tak świeże są jeszcze jego zmysłowe usta, tak czarne są jego włosy, a okeoczyżywe i zdrowe.
Człowiek światowy, i to z wielkiego świata, giętki, wykwintny, dowcipny, osłaniający ironią najlepszego gustu potworny cynizm, doktor Hortebize jest bardzo poszukiwany, ma licznych podchlebców i wielbicieli.
Pochodzi to ztad, że nie ma żadnych słabostek, a tylko parę potężnych wad, z któremi się popisuje, wcale nie żenując się.
Pod taką powierzchownością epikurejczyka ukrywa się, jak mówią, znakomity lekarz i uczony.
To pewna, że nie będąc z liczby tak zwanych pracowników, zajmuje się praktyką o ile może najmniej.
[46] Nawet przed kilku laty, chcąc, jak sam utrzymywał, zniechęcić swoich klientów, których liczba wzrastała, pewnego poranku oświadczył się za homeopatją i założył dziennik pod tytułem Pigułeczka, którego wyszło pięć numerów.
Nawrócenie to dało powód do żartów; a doktor drwił z niego najpierwszy, dowodząc tym sposobem szczerości zasad, które wyznawał.
Przez całe swoje życie doktor Hortebize nie mógł, czy niechciał, nic brać na serjo.
I w tej nawet chwili Mascarot, który go przecież znał dobrze, zdawał się być urażony jego lekkim tonem.
— Jeżeli pisałem dziś rano do ciebie, byś tu przybył, powiedział z niezadowoleniem, jeżeli prosiłem cię, byś się ukrył w moim pokoju...
— Gdzie tylko co nie zamarzłem.
— ... To dla tego, że chciałem zasięgnąć twego zdania. Rozpoczynamy wielką partje, Hortebize, partję strasznie niebezpieczną; ty należysz w połowie do tej gry.
— Basta!... wiesz, że mam w tobie ślepe zaufanie. Co zrobisz to będzie dobrze zrobione. Nie jesteś człowiekiem, któryby ryzykował się bez atutów.
— To prawda, ale mogę przegrać, a wtedy...
Doktor przerwał swemu przyjacielowi, poruszając dużym medaljonem zawieszonym na łańcuszku od zegarka.
Poruszenie to zdawało się szczególnie nie przypadać do smaku stręczycielowi.
— Do czego pokazujesz mi twoje breloki! zawołał. Znamy je od dwudziestu pięciu lat. Co chcesz tem powiedzieć? że na wszelki wypadek zawiera się w nich trucizna! Jestto bardzo chwalebne przewidywanie, ale lepiej starać się uczynić ją niepotrzebną, dając mi dobrą radę.
Uśmiechnięty doktor przybrał postawę znudzoną wielkiego pana, słuchającego sprawozdania swego intendenta.
[47] — Jeżeli ci tak potrzebną była rada, to trzeba było, zamiast mnie, wezwać naszego przyjaciela Catenac’a; on zna się na interesach, jest adwokatem.
To nazwisko Catenac tak obruszyło Mascarota, iż chociaż był człowiekiem spokojnym i umiejącym panować nad sobą, zerwał swą piękną aksamitną czapeczkę z głowy i gwałtownie cisnął ją na biórko.
— Hortebize! zawołał, czy serjo mówisz to?
— Dlaczegożby nie?
Zacny stręczyciel podniósł swe okulary, jak gdyby gołem okiem pewniej mógł czytać w głębi duszy doktora.
— Dla tego, odpowiedział, kładąc nacisk na każdym wyrazie, dla tego, że ty doktorze, tak samo jak ja, nie ufasz Catenacowi. Jak dawno nie widziałeś go? Oto już blisko dwa miesiące nie ukazuje się u Martin-Rigala.
— To prawda, że postępowanie takie jest co najmniej szczególne ze strony wspólnika i dawnego kolegi.
Mascarot uśmiechnął się tak niemiło, iż Catenac, o którym była mowa, bardzo zastanowiłby się nad tym uśmiechem, gdyby go mógł widzieć.
— Dodaj do tego, mówił dalej, że postępowanie takie jest nie do wytłumaczenia ze strony człowieka, którego zbogaciliśmy. Bo przyjaciel nasz jest bogaty, bardzo bogaty, chociaż utrzymuje przeciwnie.
— Doprawdy? tak sądzisz?
— Gdyby był tu, dowiódłbym mu, że ma przeszło miljon.
Oczy miłego doktora zabłysły.
— Milion... szepnął.
— Tak, co najmniej. Bo widzisz, Hortebize, podczas gdy ty i ja, szalenie, nie licząc się z naszemi kaprysami, przepuszczaliśmy złoto jak piasek przez nasze marnotrawne ręce, przyjaciel nasz oszczędzał i zbierał.
[48] — Co chcesz? On nie ma żołądka, ten biedny Catenac, nie ma temperamentu, nie ma namiętności...
— On!... on ma wszystkie wady i jest hipokrytą. Podczas gdy my zabawialiśmy się, on pożyczał na tygodniowe wypłaty, po piętnaście i dwadzieścia od sta. Słuchaj, doktorze, ile wydajesz rocznie?
— Rocznie? Doprawdy że w kłopot mię wprawiasz. Zresztą, przypuśćmy, że czterdzieści tysięcy franków.
— Wydajesz więcej, ale mniejsza o to. Oblicz teraz ile to uczyni od dwudziestu lat, jak jesteśmy wspólnikami.
Doktor nigdy nie umiał dodawania i nawet chełpi się tem. Jednak, by się przypodobać przyjacielowi, na ten raz spróbował.
— Czterdzieści a czterdzieści... tak zaczął licząc na palcach, czyni ośmdziesiąt... potem jeszcze czterdzieści...
— Razem, przerwał mu Mascarot, wyniesie to ośmkroćstotysięcy franków. Dodaj tyleż na moją część, a wypadnie żeśmy strwonili we dwóch miljon sześćkroćstotysięcy franków.
— To ogromnie wiele.
— Rozumie się. A więc widzisz, że Catenac, który otrzymywał taką samą część jak ty i ja, jest bogaty. Dla tego właśnie obawiam się go; interesa nasze nie są już jednakie. Przychodzi on tu jeszcze co miesiąc, ale tylko dla tegoby wziąć swoją część. Zgadza się na dzielenie zarobkiem, ale nie chce nic ryzykować. Dwa lata już upływa jak nie dostarczył nam żadnej roboty. Niema co liczyć na niego. Możesz mu zaproponować najpiękniejszą i najpewniejszą operację, a on ci odmówi pomocy. Teraz jegomość we wszystkiem upatruje niebezpieczeństwo, a skrupuły jego podobne są do przesytu żarłoka, który zanadto objadł się.
— Ale on nie jest zdolny zdradzić nas.
[49] Mascarot nie odpowiedział od razu; rozmyślał.
— Sądzę, powiedział, że Catenac obawia się nas. Wie, jakie więzy nas łączą. Wie, że zguba jednego z nas może pociągnąć za sobą zgubę dwóch drugich. Oto jest nasza gwarancja i bezpieczeństwo. Ale jeżeli nie ośmiela się zdradzać otwarcie, to zdolny jest do popsucia wszystkich naszych kombinacyj. Stowarzyszenie nasze cięży mu. Czy wiesz co mi powiedział, gdy był tu ostatni raz? Powiedział „Powinnibyśmy zamknąć budę i usunąć się.“ My mamy usuwać się!... A z czego żyć? Bo jeżeli on jest bogaty, to my jesteśmy biedni. Cóż ty masz, Hortebize?
Doktor, ten uczony lekarz, którego odźwierny poczytywał za miljonera, wyjął śmiejąc się swą portmonetę, zliczył co się w niej zawierało i odpowiedział:
— Trzysta dwadzieścia siedm franków, a ty??
Szanowny stręczyciel nie zadawał sobie trudu, by ukryć niezadowolenie.
— Ja, odpowiedział, mieszkam pod tym samym numerem.
Westchnął głęboko, a potem dodał pół głosem, jakby mówił do samego siebie:
— A do tego mam święte obowiązki, których ty nie masz.
Jakaś chmura, pierwsza od początku tej rozmowy, zasępiła czoło doktora.
— Do licha zawołał kwaśno, a ja liczyłem na to, że dostanę od ciebie z parę tysięcy.
Widząc ten niepokój doktora Hortebize, Mascarot uśmiechnął się i powiedział:
— Uspokój się, możesz je mieć; w kasie powinno być siedm do ośmiu tysięcy franków.
Doktor odetchnął.
— Ale to jest wszystko, mówił dalej stręczyczycielstręczyciel, jest to już dno wspólnego worka. I to po latach wysileń, pracy...
— A nie mamy już po dwadzieścia lat.
[50] Stanowczym ruchem Mascarot poprawił sobie okulary.
— Tak jest, odrzekł, starzejemy się; jest to jeden powód więcej, by rozpocząć wielką jaką robotę. Bieżącemi sprawami nie zapewnimy sobie przyszłości. Co nam dają bieżące interesa? Najwięcej cztery do pięciu tysięcy miesięcznie; ajenci nasi rujnują nas. Niech jutro zachoruję, źródło wyschnie.
— Tak to prawda, odpowiedział doktor, drzącdrżąc na tę myśl.
— A zatem wypada koniecznie zaryzykować wielką stawkę. Lata całe powtarzam to już sobie i przygotowuję sieci do cudownego połowu. Poznajesz teraz dlaczego w ostatniej chwili zgłaszam się do ciebie a nie do Catenac’a? Czy rozumiesz dlaczego przez dwie godziny wykładam ci plan dwóch operacyj, które mam na oku?
— O! niech tylko jedna z nich powiedzie się!
— Tak!.. zachodzi teraz pytanie, czy mamy dość pewności, by rozpocząć kampanię... Zastanów się, odpowiadaj.
Doktor Hortebize, jest to spostrzegacz bardzo zręczny, pomimo wszelkich pozorów płochości.
Rozum ma bardzo rozwinięty i obfity w pomysły wszelkiej natury. Jest to doradca tem pewniejszy w okolicznościach ważnych, iż nigdy wśród najgroźniejszego niebezpieczeństwa, nie opuszcza go zimna krew.
Mascarot, nalegający na niego, by wynurzył swe zdanie, dobrze o tem wiedział.
Przyparty do ściany, mając do wyboru między tem, co się zawierało w medaljonie, a dalszym ciągiem takiego wygodnego życia, jakie wiódł dotąd, doktor stracił swą wesołą minę i zdawał się skupiać myśli.
WychilonyWychylony na fotelu, z nogami wspartemi o kominek, rozbierał on przedstawione sobie kombinacje, jak jenerał studjujący plan bitwy, przed[51]stawiony mu przez ministra, od którego jest zależnym.
Rozbiór ten wypadł przychylnie, gdyż Mascarot, który przypatrywał mu się z największą uwagą, dostrzegł, jak uśmiech okazywał się na rumianych ustach.
Wreszcie, po długiem milczeniu, Hortebize powiedział:
— Trzeba rozpocząć atak. Nie łudźmy się: projekta twoje mają strony nadzwyczaj niebezpieczne, a przegrana zaprowadzić nas może daleko. Z drugiej strony, jeżeli będziemy czekać na interes zupełnie pewny, to możemy czekać bardzo długo. Tu mamy wprawdzie ze dwadzieścia szans przeciw nam, ale ośmdziesiąt jest po naszej stronie. W takich warunkach, a zwłaszcza zważywszy, że konieczność nie zna praw, jak to mówią... naprzód!..
Powiedziawszy to, wstał i podając rękę swemu przyjacielowi, dodał:
Możesz— Możesz liczyć na mnie!..
Decyzja ta zdawała się zachwycać Mascarota. Bywają chwile, w których człowiek, chociażby najsilniejszy, powątpiewa o sobie, waha się; wtedy poparcie kompetentnego przyjaciela stanowi pomoc potężną. Jest to ciężarek przechylający wagę przedtem chwiejącą się.
Ale prawy stręczyciel, tak jak wszyscy ludzie skropulatnejskrupulatnej prawości, nie wdawał się w niespodzianki.
— Czyś wszystko rozważył, zapytał, wszystko obmyślał? Wiesz, że jeden z moich dwóch interesów, a mianowicie sprawa markiza Croisenois, już gotów, że wszystkie kombinacje są ułożone...
— Wiem, wiem...
— Podczas, gdy do drugiej sprawy... z księciem Champedoce, muszę jeszcze zebrać niektóre wiadomości, niezbędne dla powodzenia. Że między księciem a księżną istnieje jakaś tajemnica, która może wydać i ją i jego, o tem nie ma co wątpić; [52]ale co to za tajemnica?.. Czy ta, którą przypuszczam?.. Założyłbym się, że ta; ale nam potrzeba więcej aniżeli przypuszczenia, więcej aniżeli prawdopodobieństw, — ja chcę pewności bezwzględnej...
— Mniejsza o to; dotrzymam tego, com powiedział!..
Doktor myślał, że na tem będzie koniec, — przynajmniej na ten raz. Mylił się.
— Ułożywszy to wszystko, zaczął znowu stręczyciel, powracam do mojej kwestji i czekam na stanowczą odpowiedź. Co myślisz o tym chłopcu, który ma być niezbędnem narzędziem naszej fortuny, o tym Pawle Violaine?
Hortebize wstał, przeszedł się kilka razy po gabinecie, potem stanął naprzeciw swego przyjaciela, plecami oparłszy się o kominek.
Jest to ulubiona jego postawa, kiedy w salonie, bardzo upraszany, opowiada jedną ze swych dwuznacznych anegdot, które mają powodzenie tylko wtedy, gdy są opowiadane dowcipnie i zręcznie, a które stanowią jego specjalność.
— Myślę, odpowiedział, że chłopiec ten posiada wiele pożądanych przymiotów i trudno by znaleźć odpowiedniejszego. Zresztą, jest on dzieckiem naturalnem i nie zna swego ojca — są to otwarte drzwi do przypuszczeń; nie masz żadnego nieprawego dziecka, któreby nie miało prawa przypuszczać, że jest synem królewskim. Powtóre, nie ma on ani rodziny, ani protektorów jawnych — co nam zapewnia, że w każdym razie nie będziemy obowiązani nikomu zdawać sprawy. Oprócz tego jest ubogi. Jeżeli nie ma wielkiego rozsądku, to za to ma pewną ogładę i jest próżny. Nakoniec jest niepospolicie piękny, co może usunąć wiele trudności. Tylko...
— A!... jest „tylko“!...
Doktor, wiedząc, że przyjaźń żyje tylko uwzględnieniami i ustępstwami, ukrył swój dyskretny uśmiech.
[53] — I to nie jedno, ale przynajmniej trzy. Naprzód ta młoda kobieta, ta Róża Pigoreau, której piękność tak zdumiała naszego zacnego Tantaine, zdaje mi się wielkiem niebezpieczeństwem na przyszłość.
Mascarot machnął ręką bardzo znacząco.
— Bądź spokojny, odpowiedział, wybawimy Pawła od tej panny.
— Bardzo dobrze! ale nie łudź się, mówił dalej doktor tonem poważnym, który mu nie był właściwy; niebezpieczeństwo nie leży tam, gdzie myślisz, nie tego trzeba unikać. Jesteś przekonany, że ten chłopiec kocha tę dziewczynę, i on sam temu wierzy. Otóż przy najmniejszem zadowoleniu miłości własnej, on zapomni o niej jutro.
— To być może.
— Ale ona, chociaż jej samej wydaje się, iż nie cierpi tego chłopca, myli się także. Jest poprostu znudzona nędzą. Daj jej miesiąc wypoczynku, przepychu, niech zadowolni swoje fantazje, niech tylko ma dobre jadło, a zobaczysz, że przesyci się tem wszystkiem i zapragnie powrócić do swego Pawła. Tak jest, zobaczysz, że będzie łazić zanim, nagabywać go, czepiać się do niego, jak czepiają się tego rodzaju kobiety, niczego nie obawiające się i będzie go reklamować choćby u stóp Flawii.
— Niech tego nigdy nie próbuje! rzekł stręczyciel powoli, ale tonem groźnym.
— Cóż ty na to poradzisz?... Czy przeszkodzisz jej mówić? Zna ona Pawła od dzieciństwa; znała jego matkę, wychowana była prawie z nim razem, może na tej samej ulicy; wierz mojemu staremu doświadczeniu! Miej się z tej strony na baczności.
— Dobrze; przedsięwezmę kroki.
I rzeczywiście dla Mascarota dość jest znać niebezpieczeństwo, by je uprzedzić.
[54] — Moje drugie „tylko“ mówił przewidujący doktor, natchnione mi jest przez owego tajemniczego protektora, o którym ci mówił ten młody człowiek. Utrzymuje on, że jego ojciec umarł, matka mu to poprzysięgała... niech i tak będzie. Ale w takim razie, któż to jest ten nieznajomy, który płacił pensję pani Violain? Ofiara natychmiastowa, choćby największa, nic nie dowodzi; ale poświęcenie tak wytrwałe niepokoi mię.
— Masz słuszność, doktorze, wielką słuszność Tu jest słabe miejsce zbroi. Ale ja, mój przyjacielu, pilnuję, nie zasypiam.
Doktor począł nużyć się; łatwo to było dostrzedz.
— Trzeci mój zarzut, mówił dalej, być może, iż jest najważniejszy. Trzeba będzie zacząć wyzyskiwać tego chłopca zaraz od jutra, nie mając czasu do przysposobienia go do roli, nie przygotowawszy go. A gdyby wypadkiem był uczciwy!.. Jeżeli na twoje najświetniejsze propozycje odpowie odmowa stanowczą, kategoryczną?..
Teraz Mascarot wstał.
— Takie przypuszczenie, oświadczył tonem najswobodniejszym, nie jest przypuszczalne.
— Dlaczego?
— Dlatego, doktorze, że nim Tantaine przyprowadził nam tego chłopca, wybrawszy go między tysiącami, to go pierwej zbadał. Czyś ty nie wpatrywał się w niego, gdy tu pozował przed tobą? Jest on słabszy od kobiety, próżny, pożerany chciwością i wstydzący się swego ubóstwa. O! w moim ręku jak wosk w ręku modelisty, przybierze on kształt jaki mi się spodoba. Będzie tem, czem trzeba by był.
Hortebize nie chciał sprzeczać się.
— Czy jesteś pewnym, zapytał, że panna Flawia nie wpływała na twój wybór?
— Co do tego, odrzekł stręczyciel, pozwolisz mi, że nie będę się tłumaczył.
Tu przerwał i nadstawił ucho.
[55] — Zdaje mi się, że pukano, powiedział.
Gdy pukanie ponowiło się, doktor zabierał się do wyjścia, ale Mascarot zatrzymał go.
— Zostań, powiedział, to Beaumarchef.
I to rzekłszy, nacisnął dzwonek ze sprężyną, znajdujący się na biórku.
W tej chwili ukazał się stary podoficer.
Z miną na pół poważną, a na pół familjarna skłonił się po wojskowemu podniosłszypodniósłszy rękę ku czołu naprzód doktorowi, potem swemu wspólnikowi, którego nazywa pryncypałem.
— No i cóż Beaumar, zapytał go wesoło doktor, zawsze pijamy po kieliszeczku?
Eks-podoficer — fakt szczególny — zarumienił się jak dziewczyna, którą matka złapała z palcami w słoiku konfitur.
— O!.. odrobinę, panie doktorze, odpowiedział skromnie, troszeczka!...
— Jeszcze zawiele, Beaumar, zawiele... czy sądzisz, że nie dostrzegam tego? Ale przypatrz się sam twojej cerze, nieszczęśliwy, twemu nosowi, twym zaognionym powiekom!...
— Ale, panie doktorze, zapewniam pana...
— Gdyby to jeszcze tylko tyle! Ale wiesz com ci powiedział: zagraża ci astma. Nic to nie znaczy, że mówisz „nie!“ Widzisz jak jesteś zadyszany, zastanów się nad ruchem muskułów piersiowych, przekonywającym o zatwardzeniu płuc.
— Biegłem, panie doktorze.
Ale ta lekarska konferencja nie podobała się Mascarotowi.
— Beaumar zadyszał się, przerwał, dlatego, że musiał szybko iść. Miał do naprawienia błąd nie do darowania. No i cóż, Beaumar?
— Mamy ją, odrzekł podoficer z tryumfem.
— To nie źle.
— Kogo macie? zapytał doktor.
Mascarot przyłożył palec do ust, znacząco spojrzawszy na swego przyjaciela, a potem tonem swobodnym powiedział:
[56] — Karolinę Schimel, byłą służącą w pałacu księcia Champedoce, której chciałem się spytać o jedną drobnostkę. Mów dalej Beaumar, jakżeście ją dopędzili?
— Dzięki mojemu pomysłowi.
— Oho! zaczynasz mieć pomysły!...
Beaumarchef poprawił się.
— Tak, mam je, odrzekł. Wychodząc z domu z Totem, powiedziałem sobie: jejmość musiała pójść ulicą, ale niepodobna by doszła do bulwarów nie wstępując do handlu win.
— Trafne rozumowanie! zauważył doktor.
— A zatem, Toto i ja poczęliśmy przeglądać wszystkie szynki po drodze. I dobrze zrobiliśmy. Przybywszy na ulicę Petit-Carreau ujrzeliśmy naszą Karolinę w sklepiku, gdzie sprzedaje się także i wódka.
— A potem Toto poszedł tropem?
— To jest, pryncypale, poprzysiągł, że będzie iść za nią jak cień, dopóki nie powie się mu: dość! Codziennie oprócz tego będzie nam składać raporta.
Mascarot zacierał sobie ręce.
— Dobrześ się spisał, Beaumar, powiedział, jestem kontent z ciebie.
Komplement ten zachwycił podoficera. Obtarł on sobie czoło, ale nie odchodził.
— To jeszcze nie wszystko, powiedział.
— Cóż jeszcze?
— Spotkałem się z La Candèlem, powracającym z placu Petit-Pont, pan wiesz...
— A!... cóż on widział?
— Widział jak młoda osoba odjeżdżała powozem parokonnym. Naturalnie, że poszedł za nią. Zamieszkała teraz przy ulicy Douai, w apartamencie przepysznym, jak utrzymuje odźwierny. O, panie! zdaje się, iż jestto osoba nadzwyczaj piękna! La Candele unosił się, opowiadając o niej... Mówi, że ma oczy!... ale to oczy!... które mogłyby ściągnąć człowieka z wierzchu omnibusu.
[57] Przy tym opisie wzrok doktora zabłyszczał.
— A więc to prawda, zawołał, co nam opowiadał ten stary rozpustnik Tantaine!
Ale poważnego stręczyciela nigdy nie zajmują podobne błahostki.
— Prawda, odpowiedział marszcząc brwi, i to właśnie dowodzi słuszności uwagi, którą zrobiłeś niedawno. Tak jest, kobieta tak niepospolicie piękna, którą każdy zauważa, — to rzecz niebezpieczna. Podmawiany przez nią, ten młody idiota, może łatwo stać się także niebezpiecznym.
Beaumarchef ośmielił się dotknąć ramienia Mascarota. Znowu przyszło mu coś na myśl.
— Jeżeli by szło tylko o pozbycie się tego młodego łotrzyka, powiedział, to rzecz nie trudna.
— Jakto?
Zamiast odpowiedzi, były podoficer stanął w postawie jak do pojedynku i krzyknął głosem pułkowego szermierza:
— Raz, dwa!... tylko zwinnie!... raz, dwa!... w prawo, w lewo!... raz, dwa!... i koniec.
— Zwada niepotrzebna, mruknął stręczyciel, pojedynek!... Zawsze dziewczyna pozostanie nam na karku. Zresztą mam wstręt do środków gwałtownych, to kompromituje.
Pomyślał chwilę, potem zwolna podnosząc okulary, wzrokiem począł szukać oczu doktora. A gdy je spotkał, powiedział, kładąc nacisk szczególny na każdym wyrazie:
— Jaka to szkoda, że nie mamy na nasze zawołanie jakiej porządnej epidemii? Przypuść doktorze, że ta śliczna dziewczyna dostała ospy! zbrzydnie!...
Teraz znowu doktor namyślał się.
— Nauka obecnie, odpowiedział, znajduje się w takim stanie, iż możnaby nieco dopomódz przyjściu epidemii. Ale co potem? Róża, gdy zbrzydnie, jeszcze bardziej trzymać się będzie Pawła. Uporczywość kobiet wzrasta wraz z ich brzydotą.
[58] — To trzeba jeszcze rozważyć, rzeki Mascarot. Tymczasem jest przecie coś jeszcze do zrobienia dla usunięcia bezpośredniego niebezpieczeństwa. Słuchajno, Beaumar, mówiłem ci przed kilku dniami, byś mi uporządkował akta dotyczące tego Gandelu; w jakiem położeniu znajduje się on?
— Strasznie zadłużony; ale wierzyciele oszczędzają go w nadziei przyszłej sukcesji; zresztą więzienie za długi już nie istnieje...
Zacny stręczyciel ruszył ramionami.
— Głupi jesteś, mój Beaumar, powiedział. Taki urwisz jak Gandelu, rozmiłowany w dziewczynie takiej jak Róża, z łatwością puści się na wszelakie sprawki. Niepodobna by między jego wierzycielami nie znalazło się dwóch lub, trzech naszych ludzi, gotowych działać według naszej woli. Wywiedz się o tem — i powiesz mi dziś wieczorem. A teraz... zostaw nas samych.
Pozostawszy we cztery tylko oczy, dwaj przyjaciele długo rozmyślali. Chwila była stanowczą. Byli jeszcze panami swego postanowienia, ale wiedzieli, że pierwszy krok zobowiąże ich nieodwołalnie. Owóż obaj byli dość silnego charakteru, by spojrzeć w oczy niebezpieczeństwu i zmierzyć je.
Wieczny uśmiech doktora Hortebiza rozwiał się, a drżąca ręka ściskała medaljon.
Mascarot pierwszy zapanował nad sobą.
— Dość tych rozmyślań, zawołał, zamknijmy oczy i idźmy naprzód!.. Słyszałaś przyrzeczenie markiza Croisenois? Przystaje na nasze propozycje, ale nie bez pewnych warunków. Dla niego i dla nas potrzebnem jest, by zastał mężem panny Mussidan.
— To trudno.
— Ale się zrobi, ponieważ my tak chcemy. A na dowód tego oświadczam ci, iż nie upłyną dwie godziny, a projekt wydania panny Sabiny za barona Breuhl-Faverlay zostanie zaniechany. Wszak mamy w ręku hrabiego i hrabinę Mussidan!..
Doktor stłumił cieżkie westchnienie.
[59] — Teraz, mruknął, pojmuję skrupuły Catenac’a. Ach gdybym miał milion, tak jak on!..
Podczas tych słów Mascarot przeszedł do swojej sypialni, zmienił ubranie; a powróciwszy, zapytał doktora:
— Czyś gotów?
— Ha! tak trzeba!
— Więc idźmy.
I otworzywszy drzwi gabinetu, zacny stręczyciel zawołał:
— Beaumar! powóz!
IV.
Jeżeli znajduje się w Paryżu jaka dzielnica uprzywilejowana, to niezawodnie będzie nią położona między ulica Faubourg-St-Honoré, a Sekwana, poczynająca się na placu Concorde, a kończąca w alei cesarzowej.
W tej błogosławionej części wielkiego miasta, milionerowie wyrastają naturalnie, jak rododendrony pod pewnemi stopniami szerokości.
To też mnóstwo tam jest wspaniałych gmachów z obszernemi ogrodami, zielonemi trawnikami i drzewami, które oswojone prawie ptastwo obsiada.
Ale pomiędzy wszystkiemi temi ślicznemi budowlami nie masz ponętniejszego nad pałac Mussidan.
Zbudowany przy ulicy Matignon, pomiędzy wielkim dziedzińcem, piaskiem wysypanym, a cienistym ogrodem, pałac Mussidan ma powierzchowność bardzo wspaniałą, nie wyłączającą elegancji.
Dokoła okien i wzdłuż gzymsów nie wiele jest tam rzeźby, front nie jest wcale upstrzony. Marmurowe schody z poręczami, osłonięte lekką markizą, wiodą do głównych drzwi.
[60] Przechodząc rano, koło godziny siódmej przed sztachetami, z ruchu służących w dziedzińcu domyślać się już można, że w domu tym wszystko idzie po pańsku i na wielką skalę.
Zataczają do wozowni to świetną karetę pana hrabiego, to faeton, to skromniejsze nieco coupé, którego używa pani hrabina, gdy wyjeżdża do miasta zwiedzać magazyny.
Ten koń rasowy, którego czyszczą tak starannie, to Miretta, ulubiona klacz, na której wyjeżdża niekiedy rano przed śniadaniem panna Sabina.
O kilka kroków od tego pięknego domu, na rogu ulicy Matignon, stręczyciel wraz ze swym godnym przyjacielem kazali zatrzymać swój powóz. Wysiedli, zapłacili stangretowi i poszli dalej ulicą.
Mascarot przybrał najuroczystszą minę. Sądząc z czarnego jego ubioru, białego krawata i okularów, łatwo można było wziąć go za jakiego wyższego urzędnika.
Doktor po drodze opamiętał się i jeżeli był jeszcze mocno blady, to twarz miał już, jak zwykle, uśmiechnięta.
— Urządźmy się więc ostatecznie, rzekł stręczyciel; ty bywasz w domu państwa Mussidan, jesteś prawie ich przyjacielem.
— O!... przyjacielem!... Prosty lekarz, nie mający zaszczytu posiadania przodka z czasów wojen krzyżowych, nie istnieje dla takich Mussidanów.
— Dość, że hrabina zna ciebie i nie przestraszy się, gdy otworzysz usta, nie będzie krzyczeć: ratujcie! Poprowadziwszy dobrze sprawę, możesz nawet wmówić w nią, żeś uratował jej reputację. Ja podejmuję się rozmowy z hrabią.
— Hm! mruknął doktor, nie bardzo ufaj sobie. Ten kochany hrabia strasznie gwałtowny. Jestto człowiek, który przy pierwszym źle dźwięczącym wyrazie gotów wyrzucić cię za okno.
[61] Mascarot zrobił poruszenie wyzywające i odpowiedział:
— Mam sposoby zmatowania go.
— To nic!... zawsze miej się na ostrożności.
Następnie dwaj przyjaciele przeszli się przed pałacem Mussidan i doktor w krótkości objaśnił jego rozkład wewnętrzny; potem poszli dalej.
— Mnie mąż, mówił dalej Mascarot, a tobie Zona. Wymogę na panu Mussidan, że odbierze słowo, dane panu Breulh-Faverlay, ale nie wymówię nawet nazwiska markiza Croisenois. Ty, przeciwnie, odrazu postawisz jego kandydature, a tylko prześliźniesz się przez pana Breulh-Faverlay.
— Bądź spokojny, już sobie wszystko ułożyłem wiem jak mam rzecz poprowadzić!
— Właśnie w tem, mój kochany, zawiera się spryt nasz cały. Markiz najbardziej będzie się niepokoić zdaniem swojej żony. Zona przedewszystkiem zajęta będzie tem co ma jej myśli. Gdy po naszych odwiedzinach spotkają się, to pierwsze z nich, które dotknie kwestji zerwania, zdziwi się niepomału dostrzegłszy, że i drugie ma ten sam cel...
Rezultat taki wydał się doktorowi wielce komicznym; uśmiechnął się.
— A ponieważ będziemy oddziaływać na każde z nich sposobami różnymi, powiedział, to żadne nie będzie miało podejrzeń. Nie ma co mówić, kochany Baptysto!... tyś bardziej pomysłowy, aniżeli przypuszczałem!...
— Dobrze! dobrze! Będziesz mi prawić komplementa, gdy się sprawa powiedzie.
Weszli w ulicę Faubourg Saint-Honoré; po drugiej jej stronie znajdowała się kawiarnia. Mascarot zatrzymał się.
— Ty zajdziesz, rzekł do doktora, do tej kawiarni, a ja tymczasem udam się gdzie wiesz. Powróciwszy dam ci znać. Jeżeli wszystko pójdzie jak przypuszczam. to ja pierwszy przedstawię się [62]hrabiemu; ty, w kwadrans po mnie, każesz się zaanonsować u hrabiny.
Była czwarta godzina, gdy zacni wspólnicy rozstali się, uścisnąwszy sobie ręce.
Doktor Hortebize wszedł do kawiarni.
Mascarot poszedł dalej. Przy ulicy Colysée zatrzymał się przed handlem win, popatrzył do koła, potem wszedł.
Właściciel tego zakładu, znany, a nawet można powiedzieć słynny w całej dzielnicy, nie uznał za stosowne umieszczać swego nazwiska na szyldzie sklepowym. Nazywano go powszechnie ojcem Canon.
Wino, jakie zwykle sprzedaje, nic nie jest warte, sam to wyznaje bez ogródki; ale trzyma w rezerwie dla licznych swych gości, przede wszystkiem sług z domów sąsiednich, pewnego rodzaju Mâcon, który był przyczyną nie jednego wypędzenia ze służby.
Widząc wchodzącą do handlu osobę powierzchowności poważnej, ojciec Canon raczył podnieść się. We Francji, w kraju żartów, poważna mina jest najlepszym paszportem.
— Co pan rozkaże? zapytał.
— Chciałbym, odpowiedział stręczyciel, rozmówić się z panem Florestanem.
— Zapewne od hrabiego Mussidan? Tak jest; umówiliśmy się, że tu się zajdziemy.
— P. Florestan jest właśnie, odpowiedział ojciec Canon, na dole, w sali koncertowej; pójdę po niego...
— O!... niech się pan nie fatyguje, sam zejdę.
I nie czekając na odpowiedź, Mascarot zszedł po schodach do piwnicy, od której drzwi znajdowały się w głębi sklepu.
Schody te nie były ani bardzo brudne ani strome, a przytem miały poręcze.
[63] Mascarot przeszedł ze dwadzieścia stopni i stanął przed drzwiami osłoniętemi materacem. Otworzył je.
I w tej samej chwili, jak gaz bucha przez szparę balonu, tak doleciały jego ucha dźwięki dziwne, przeraźliwe.
Stręczyciel nie wydał się ani zdumionym, ani przerażonym.
Przestąpił jeszcze trzy stopnie, otworzył drugie drzwi, tak samo wymateracowane jak pierwsze, i znalazł się na progu obszernej izby sklepionej, urządzonej jak kawiarnia i oświetlonej gazem. Mnóstwo konsumentów popijało tam sławne wino Mâcon.
Na środku sali dwóch męzczyznmężczyzn bez zwierzchniej odzieży, dmuchało aż do zaczerwienienia w ogromne trąby.
Tuż koło nich, jakiś męzczyznamężczyzna, bardzo stary, w wielkich sztylpach skórzanych, dochodzących mu aż do kolan, w pasie skórzanym z herbami i w czerwonej kamizelce, wygwizdywał arję, którą silili się powtarzać grający na trąbach.
Wszystko ucichło, gdy ukazał się Mascarot, który, trzymając kapelusz w ręku, kłaniał się dokoła uprzejmie.
— A!.. wszak to ojciec Mascarot, zawołał młody człowiek z pięknemi faworytami, w krótkich spodniach i pończochach starannie naciągniętych. Chodźże pan; czekałem na niego, czego dowodem jest, żem kazał przygotować mu szklankę.
Mascarot, nie dając się długo prosić, usiadł za stołem, trącił się szklanką, wypił i klasnął językiem na znak zadowolenia.
— A zatem, zaczął znowu młody człowiek, którym był Florestan, ojciec Canon powiedzieć musiał panu, że jestem w sali muzyki. Co?.. prawda jak tu wygodnie!..
— Doskonale.
— Właśnie braliśmy lekcję. Policja, jak pan wiesz, nie pozwala grać na trąbie w Paryżu. Otóż [64]wiesz pan, jak sobie zaradził ojciec Canon? Ulokował nas w tej piwnicy. Tu można dać w trąbę, ile tchu stanie, a zewnątrz nikt nie słyszy. Powietrze wchodzi tymi oto dwoma kominami.
Ponieważ dwaj uczniowie znowu rozpoczęli swą lekcję, Florestan zmuszony był przyłożyć sobie obie ręce do uszu, i mówiąc krzyczeć co miał siły.
— Ten stary, mówił dalej, to były dojeżdżacz księcia Champedoce. O! co to za profesor! Nie ma sobie równego na trąbie! Ja, jak mię pan widzisz, wziąłem dopiero wszystkiego dwadzieścia lekcyj, a już trąbie wcale nie źle. To prawda, że mam, jak się zdaje, usta niezwykle nadające się do tego. Chcesz pan?.. Zatrąbie panu pobudkę, trop na oko, zmianę, doławianie...
Mascarot z trudnością ukrył swe przerażenie.
— Dziękuję, odpowiedział; kiedyś, jak będę miał czas, bardzo będę rad posłuchać; ale dziś spieszno mi cokolwiek i chciałbym rozmówić się.
— Jestem na pańskie usługi! Ale zdaje mi się, iż tu nie będzie nam dogodnie, wyjdźmy; zażądamy osobnego gabinetu.
— Jeżeli osobne gabinety ojca Canon nie są nader pyszne, to za to mają te nieocenioną wartość, iż są dyskretne.
Chociaż rozdzielone cienkiemi przegrodami ze szkła matowego, rzadko gabinety przepuszczają te zwierzenia, jakie w nich się robią, zwierzenia czasami szczególne, których wiecznym przedmiotem są „panowie.“
— O! ciekawych mogłyby nagadać rzeczy te gabinety, gdyby mówić umiały!...
Tak mówił Florestan, siadając naprzeciw Mascarota przy nie wielkim stole, na którym ojciec Canon postawił butelkę i dwie szklanki.
— Niezawodnie! powiedział godny stręczyciel, ale tu nie chodzi o plotki. Kazałem powiedzieć przez Beaumara, że chcę widzieć się z tobą, gdyż [65]jesteś w możności wyświadczenia mi małej przysługi.
— Jestem na rozkazy.
— W takim razie, zacznijmy od ciebie. Jak że ci jest u hrabiego Mussidan?
Obrażająca poufałość jest jednym z charakterystycznych rysów Mascarota. Nie może on przemódz na sobie, by nie mówił do swych klientów „ty.“ Nie wie zapewne, że z pogardy, jaką człowiek okazuje innym, zawsze prawie wnioskować można jakiej pogardy sam jest godzien.
Ale takie „tykanie“ nie obrażało bynajmniej Florestana.
— Bardzo mi źle, odpowiedział, tak źle, iż już prosiłem Beaumara, by mi wyszukał inną kondycję.
— To do nieuwierzenia. Wszystkie wiadomości przekonywają mnie, że służba u hrabiego jest bardzo dobra, i twój poprzednik...
— Dziękuję!... przerwał służący, znacząco skrzywiwszy się, chciałbym widzieć tam pana. Naprzód hrabia jest sknera!...
Wymownym ruchem szanowny stręczyciel zganił tę brzydką wadę.
— Potem, mówił dalej Florenstan, jest podejrzliwy jak kot. Nigdy nic mu z rąk się nie wyśliźnie, ani list, ani luidor, ani nawet cygaro. Połowę życia spędza na odmykaniu i zamykaniu swych zamków, a spiśpiz kluczami pod poduszką.
— Przyznam się, że taka nieufność jest szczególnie obrażającą.
— Prawda? Dodaj pan do tego, iż jest niesłychanie gwałtowny. Byle co wnet oczy wyłażą ma na łeb. Rzekłbyś, że zaraz zabije, lub bić pocznie. Mnie nabawia on strachem.
Ten portret, po tem co opowiadał doktor, dał Mascarotowi wiele do myślenia.
— Czy hrabia zawsze taki? zapytał.
— W zwykłych dniach taki. Bywa gorzej, gdy wiele grał, albo wiele pił. A Bogu wiadomo [66]czy zaniedbuje tego. Nigdy nie powraca przed czwartą godziną rano... jeżeli powraca.
— Do licha!... takie postępowanie nie bardzo musi podobać się hrabinie.
Florestan wybuchnął śmiechem, uznając to spostrzeżenie za naiwne.
— Pani!... zawołał. Bardzo pana! Czasami nie widują się całe tygodnie. Ta kobieta, byle miała co wydawać — tego dla niej dość. To też trzeba widzieć, jak do nas zbiegną się do wierzyciele!
— Ale hrabia i hrabina są bogaci.
— Niezmiernie bogaci, papo Mascarot, niesłychanie. Co jednak nie przeszkadza temu, by czasami w całym pałacu nie znajdowało się i stu sous. Wtedy pani jest jak tygrysica; posyła pożyczać do wszystkich swych przyjaciół, mniejsza o to ile sto franków, dwadzieścia franków, dziesięć franków... i odmawiają jej.
— To rzecz upokarzająca.
— Mnie to pan mówi Wszakże gdy potrzeba koniecznie wielkiej sumy, pani zgłasza się do księcia Champdoce. O ten nigdy nie powie „nie dam!“ A ona do niego szeroko się nie rozpisuje.
Mascarot raczył uśmiechnąć się.
— Powiedziałby kto, zauważył, iż wiesz co hrabina pisze.
— Ba!... człowiek lubi wiedzieć co odnosi. Hrabina pisze prosto: „Mój przyjacielu, potrzebuję tyle...“ a książę płaci, nie opierając się. Widzi pan, musi tam coś być między nimi.
— Tak się zdaje, według tego co mówisz.
— Spodziewam się!... A co się potem dzieje! Gdy pan i pani znajdą się razem, to zaraz zaczyna się kłótnia... I to jaka kłótnia!... W rzemieślniczej rodzinie, gdy mąż podpije sobie, to wyszturcha żonę, a ta krzyczy. Ale to nic. Potem, idąc spać, pocałują się i koniec wszystkiemu. Tymczasem ci, papo Mascarot, słyszałem jak mówili [67]sobie z najzimniejszą krwią takie rzeczy, których niepodobna przebaczyć!...
Z roztargnionej miny stręczyciela możnaby wnosić, że szczegóły te są mu znane.
— Widzę z tego, powiedział, że w całym domu tylko służba przy pannie Sabinie jest znośną.
— O! ta!... tej nie masz nic do zarzucenia, dobra, nie bardzo wglądająca, grzeczna.
— Więc takim sposobem narzeczony jej, pan Breubl-Faverlay, będzie bardzo szczęśliwym mężem.
— Szczęśliwym... to zależy. Małżeństwo jeszcze nie zawarte. Zresztą...
Florestan zatrzymał się, jak gdyby go nagle skrupuły opanowały.
Powiódł wzrokiem po gabinecie, by się zapewnić, że nikt nie może podsłuchać, i mówił dalej głosem cichym, tajemniczym:
— Zresztą panna Sabina — to panu wyznać mogę — zawsze pozostawiona była samej sobie; jest wolna jak męzczyznamężczyzna... zresztą, pan mię pojmujesz?...
Nagle Mascarot stał się bardzo uważnym.
— Co!... powiedział, czyżby panna Sabina miała kochanka?
— Ma.
— To być nie może, mój kochany! I nawet pozwól powiedzieć sobie, iż niesłusznie robisz, powtarzając złośliwe przypuszczenia.
Prosta ta uwaga zdawało się, że obraziła dyskretnego sługę.
— Przypuszczenia! zawołał. Nigdy!... Co wiem to wiem. Jeżeli mówię o kochanku, to dlatego, żem go widział na własne oczy nie raz, ale dwa razy.
Ze sposobu w jaki zacny stręczyciel począł dręczyć swe okulary, Beaumarchef domyślałby się, że był w najwyższym stopniu zaintrygowany.
— Czy tak? zawołał; opowiedz mi to.
— Dobrze!... Pierwszy raz, było to w kościele; pewnego poranku panna sama poszła na [68]nabożeństwo. Wtem począł padać deszcz i Modesta, służąca panny, prosi mię bym zaniósł parasol. Dobrze — idę. Wszedłszy do kościoła — co widzę? Panna stoi koło kropielnicy i rozmawia z młodym męzczyznąmężczyzną. Naturalnie, że nie pokazuję się — uważam.
— I to ty nazywasz pewnością?
— Rozumie się, i pan nie wątpiłbyś także, gdybyś widział jakiemi oczami patrzyli na siebie.
— Jakże wygląda ten młody człowiek?
— Bardzo dobrze; jest prawie mego wzrostu, starannie ubrany, mina swobodna i nawet cokolwiek niepospolita.
— No, a drugi raz?
— O! to cała historja. Drugi raz kazano mi towarzyszyć pannie do jednej z jej przyjaciółek, mieszkającej przy ulicy Marboouf. Bardzo dobrze. W tem, na rogu alei panna każę mi przybliżyć się. Podchodzę, a panna mówi: Zapomniałam„Zapomniałamoddać ten list na pocztę, weź i wrzuć go do skrzynki; zaczekam tu na ciebie.“
— I przeczytałeś ten list?
— Ja? nigdy! Powiedziałem sobie: „Mój kochany, chcą byś się oddalił... coś musi w tem być; zostańmy.“ I rzeczywiście, zamiast biec do skrzynki, ukrywam się za drzewami i czekam. Zaledwie znikłem, aż tu widzę, podchodzi... kto? mój młody-człowiek z kościoła. Ale tak zmieniony, iż zaledwie zdołałem go poznać... Ubrany był jak rzemieślnik, w płóciennych spodniach i bluzie, zawalanej gipsem. Rozmawiali z sobą z dziesięć minut. Panna wręczyła mu coś, co mi się zdawało podobnem do fotografii. Ot co jest!...
Butelka wina Macon była wypróżniona. Florestan chciał kazać podać drugą, ale Mascarot zatrzymał go.
— Nie, nie, powiedział, czas uchodzi, a muszę ci powiedzieć, jakiej przysługi żądam od ciebie. Czy hrabia Mussidan jest teraz u siebie?
— Nie mów mi pan o nim!.. już od dwóch [69]dni nie wychodzi; stłukł się odrobinę idąc po schodach.
— Otóż, mój kochany, ja muszę koniecznie widzieć się z twoim panem. Jeżeli każę mu wręczyć mój bilet wizytowy, to mię nie przyjmie; liczę więc na ciebie, że mnie wprowadzisz do niego.
Florestan przez minutę nic nie odpowiadał.
— To rzecz drażliwa, rzekł w końcu. Hrabia nie lubi wizyt improwizowanych, i gotów wyrzucić mię za drzwi. Ale, zresztą, ponieważ zamierzam porzucić go, więc zaryzykuję.
Mascarot już wstał.
— Nie możemy przychodzić razem, powiedział. Idź; ja się tu rozpłacę, a za pięć minut przybędę. Przede wszystkiem nie miej takiej miny, jak gdybyś mię znał.
— Bądź pan spokojny!. Ale... pan mi wyszukasz dobre miejsce?..
Jak było umówiono, zacny stręczyciel rozpłacił się, a potem poszedł do kawiarni uprzedzić doktora Hortebize.
W kilka chwil potem, Florestan, najczystszym swym głosem anonsował hrabiemu:
— Pan Mascarot!
V.
Nie ulega wątpliwości, że pan B. Mascarot, utrzymujący bióro stręczeń przy ulicy Montorgueil, obdarzony jest niepospolitą pewnością siebie.
Śmiały umysł jego tak często przebiegał niezbadane dotąd pola prawdopodobieństw, iż nic nie zdoła zaskoczyć go niespodzianie.
Tyle już razy, w myślach, stawił sam siebie wśród okoliczności najnieprawdopodobniejszych, iż rzeczywistość zdziwić go nie może.
[70] Niech co chce stanie się, on zawsze jest w pogotowiu.
Sam on lubi przyrównywać się do tych zręcznych koniuszych, którzy długo dosiadając koni tak wydresowanych, iż zrzucają jeźdźców, mogą, dosiąść pierwszego lepszego wierzchowca, bez obawy być zrzuconymi.
Duma ta jest słuszną i nawet usprawiedliwiają ją fakta.
— A jednak gdy szedł po wspaniałych schodach pałacu Mussidan, oświetlonych — gdyż już się ściemniło niezmiernie bogatemi latarniami, nieustraszony stręczyciel — jak to sam w kilka godzin potem wyznał doktorowi — czuł, że nogi uginały się i drżały pod nim.
Serce szybciej mu biło i język przylgnął do podniebienia, gdy Florestan, przez przedpokój, wyłożony dywanami, wprowadził go do biblioteki, bardzo wielkiego pokoju, ozdobionego w guście surowym.
Usłyszawszy pospolite nazwisko Mascarot, dźwięczące jak zaklęcie pijaka w pokoju młodej panienki, hrabia Mussidan żywo podniósł głowę.
Siedział on w fotelu, w głębi pokoju i czytał przy świetle czterech świec, osadzonych w kandelabrze prześlicznego wyrobu.
Upuściwszy dziennik swój na kolana, włożył na nos cwikier i z miną wielce zdziwioną począł przypatrywać się stręczycielowi, który z kapeluszem w ręku, słodkim wyrazem twarzy i uchylonym karkiem, podchodził, niewyrozumiale bełkocząc przeproszenie.
Ogólnikowy pogląd nic nie wyjaśnił panu Mussidan; więc podniósł się nieco i zapytał:
— Co pan sobie życzy?
— Pan hrabia przebaczyć mi raczy, rzekł Mascarot, iż nie mając zaszczytu być mu znanym... ośmieliłem się... pozwoliłem sobie...
Nagłe i nakazujące poruszenie hrabiego przerwało mu mowę.
[71] — Zaczekaj pan!
To powiedziawszy, hrabia wstał, gwałtownie pociągnął za sznurek od dzwonka, wiszący tuż przy kominku i znowu usiadł.
Mascarot stał ciągle na środku biblioteki, milczący, nieco zakłopotany, zapytując sam siebie — gdyż i to przewidział — czy go każe hrabia wyprowadzić aż za bramę.
— Tak upłynęła minuta. Wreszcie drzwi się otworzyły i wierny sługa, który wprowadził stręczyciela, ukazał się.
— Florestanie, rzekł do niego hrabia tonem najspokojniejszym, po raz to pierwszy pozwoliłeś sobie wprowadzić, tu kogoś, nie otrzymawszy mego rozkazu. Jeżeli ci się to wydarzy po raz drugi, to opuścisz służbę u mnie.
— Zapewniam pana hrabiego...
— Dość tego; uprzedziłem cię.
Podczas tej minuty oczekiwania i tej szybkiej rozmowy, Mascarot wpatrywał się w hrabiego z całem wytężeniem myśli i wzroku.
Hrabia Oktawian Mussidan w niczem nie był podobny do człowieka, jakiegoby wystawić sobie można, słysząc opowiadanie Florestana.
Nigdy zresztą nie należy wierzyć więcej jak w połowie opisowi pana, robionemu przez sługę.
Hrabia, mający podówczas pięćdziesiąt lat zaledwie, wydawał się sześćdziesięcioletnim. Wzrostu nieco wyższego nad średni, był nie tyle chudy ile wyschły. Włosy na czole miał rzadkie, a bardzo długie faworyty zupełnie białe. Cierpienia, czy namiętności, zorały mu twarz zmarszczkami. Wyraz tej twarzy, raczej gorzki aniżeli wyniosły, zdradzał człowieka, który pił z czary życia aż do mętów i teraz pragnął już tylko rozbić tę czarę.
Takiemi przedstawiamy sobie onych lordów angielskich, żyjących tylko wzruszeniami trybuny, albo gorączką własnej ambicji.
Florestan wyszedł; pan Mussidan zwrócił się [72]ku stręczycielowi i tym samym lodowatym tonem powiedział:
— Teraz mów pan.
Mascarot może już sto razy w życiu narażał się na niemiłe przyjęcia; ale nigdy jeszcze nie przyjmowano go w ten sposób.
Urażony w swej próżności — bo jest próżnym, jak wszyscy posiadający władzę ukrytą — uczuł on ku hrabiemu gniew najgwałtowniejszy.
— Nędzny wielki panie! pomyślał, zobaczymy zaraz czy i dalej będziesz tak dumnym.
Ale twarz jego bynajmniej nie zdradziła tych myśli. Pozostał w postawie służalczej, z nikczemnie pokornym uśmiechem na ustach.
— Pan hrabia, tak zaczął, nie może mię znać, pozwoli zatem, że mu się sam przedstawię. Pan hrabia zapewne słyszał moje nazwisko. Co zaś do profesji, to jestem stręczycielem i zarazem pośrednikiem w interesach, gdy się nadarzy okoliczność.
Wola i praktyka tak wyćwiczyły Mascarota w umiejętności udawania, że ta pokora i ten miodowy głos zupełnie oszukały hrabiego.
P. Mussidan nie miał najmniejszego podejrzenia, najmniejszego przeczucia, nie domyślał się wcale groźnego wzroku pod temi niebieskiemi okularami.
— A! pan jesteś ajentem, rzekł tonem znudzonym. Więc to zapewne przysyłają tu pana nasi wierzyciele panie... panie...
— Mascarot.
— Niech będzie Mascarot. Otóż panie Mascarot ci ludzie są głupcy; nieraz im to mówiłem, Jakże mogą być tak śmieszni i dawać znak życia, jeżeli ja nigdy nie robię im szykan co do ogólnej kwoty rachunku, jeżeli nie marszcząc brwi płacę procenta szalone? Wiedzą oni, że zostaną zapłaceni, prawda? Wiedzą, że jestem bogaty, musieli to panu powiedzieć. To pewna, że posiadam jeden z największych majątków ziemskich. Dotąd [73]nie chciałem ani sprzedawać ani pożyczać, bo mi się tak podobało. Pożyczać, to rzecz śmieszna, kiedy już dochody nie wystarczają. Człowiek obarcza się procentami, a te zwolna doprowadzają do wywłaszczenia, które jest ruiną. Bank hipoteczny dałby mi jutro miljon na jeden mój majątek w Poitoux — ale ja nie chcę.
Dowodem, że Mascarot odzyskał swoję zimną krew, było to, iż zamiast starać się naprowadzić p. Mussidan na przedmiot, dla którego tu przybył, dał mu mówić, słuchając z uwagą i obmyślając jakby skorzystać z tego co słyszał.
— To co panu mówię, zaczął znowu hrabia, powtórz pan dosłownie ludziom których jesteś wysłannikiem.
— Przepraszam pana hrabiego ale...
— Ale co?
— Pozwolę sobie...
— Nic pan sobie nie pozwalaj; to będzie rzecz zbyteczna: co przyrzekłem tego dotrzymam. W dniu, w którym trzeba mi będzie wyposażyć moje córkę, zlikwiduję moje długi, ale nie pierwej. Dodam tylko, iż wkrótce już poślubi ona pana Breulh-Faverlay. Skończyłem.
— To „skończyłem“ najwyraźniej znaczyło: „wynoś się!“
Ale Mascarot nie ruszał się z miejsca. Ruchem szybkim, jak nauczyciel szermierki poprawiający sobie drucianą maskę, poprawił on okulary na nosie i bez żadnego drżenia w głosie, powiedział:
— Otóż, panie hrabio, właśnie to małżeństwo sprowadza mię tu.
Wyraźnie hrabiemu zdało się, iż źle słyszał.
— Mówisz pan? zapytał.
— Mówię, odrzekł stręczyciel, iż przysłany jestem do pana, w kwestji małżeństwa pana Breulh z panna Sabiną.
Ani doktor, ani Florestan nie przesadzali [74]nic, mówiąc o gwałtowności charakteru hrabiego Mussidan.
Usłyszawszy imię swej córki, wymówione przez tego lichego stręczyciela, hrabia poczerwieniał i gniew zabłysnął mu w oczach.
— Wyjdź pan stad! powiedział krótko.
Ale nie taki był zamiar zacnego stręczyciela.
— Idzie o kwestię bardzo ważną, panie hrabio, odrzekł.
Naleganie to uczynione było jakby umyślnie dla doprowadzenia do ostateczności hrabiego Mussidan.
— A pan chcesz zostać koniecznie! krzyknął.
I w tej chwili z niejaką trudnością, gdyż miał skaleczoną nogę, wstał, by dojść do dzwonka.
Mascarot odgadł ten ruch.
— Bądź pan ostrożny! zawołał; jeżeli pan zadzwonisz, to będziesz żałować tego całe życie.
Groźba ta do wściekłości doprowadziła hrabiego Mussidan. Zamiast sznura od dzwonka, pochwycił on laskę stojącą przy kominku i już zamierzał ukarać zuchwalca, gdy ten, nie ruszając się z miejsca, głosem stanowczym powiedział:
— Cóż to? gwałt, panie hrabio?.. przypomnij pan sobie Montlouis!..
Gdy na rozsądne zalecenia doktora Hortebize Mascarot odpowiedział: „Bądź spokojny, wiem jak zamatować hrabiego,“ to i wtedy nawet zaledwie miał przeświadczenie o swej potędze.
Usłyszawszy nazwisko Montlouis, hrabia Mussidan zbladł jak chustka i cofnął się, upuszczając laskę, którą był uzbrojony.
Gdyby nagle stanęło przed nim widmo z ramionami wyciągniętemi dla zasłonięcia stręczyciela, nie doznałby on większego wrażenia.
— Montlouis!.. mruknął, Montlouis!..
Ale już Mascarot, pewny powodzenia swej sprawy przybrał znowu pokorną postawę.
[75] Wierz— Wierz mi pan, panie hrabio, powiedział, iż tylko zagrożony niebezpieczeństwem wymówiłem to imię, wzbudzające w panu tak przykre wspomnienia.
Hrabia Mussidan, zdawało się, iż zaledwie słyszy. Chwiejąc się na nogach, powrócił on do fotelu.
— Nie ja to, bynajmniej, mówił dalej stręczyciel, powziąłem myśl uzbrojenia się przeciw panu przywodzeniem na pamięć wypadku... nieszczęśliwego. Niech pan hrabia widzi we mnie to, czem jestem w rzeczywistości: pośrednika między ludźmi, którymi pogardzam, a panem, dla którego mam najgłębszy szacunek.
Dzięki niezwykłej energii woli, p. Mussidan zdołał wreszcie nadać swym oczom i twarzy zwykły wyraz.
— Doprawdy, mój panie, powiedział tonem, który usiłował uczynić obojętnym, nie pojmuję pana. Wzruszenie moje łatwo bardzo wytłumaczyć. Pewnego dnia, na polowaniu, miałem to okropne nieszczęście, iż zabiłem biednego chłopca, mego sekretarza, noszącego nazwisko, które pan wymówiłeś. Sąd, wezwany do orzeczenia w tym straszliwym wypadku, wysłuchawszy świadków, uznał, iż nie mnie, ale ofierze zarzucić należy nieostrożność.
Uśmiech Mascarota stał się tak ironicznym i wymownym zarazem, iż pan Mussidan zatrzymał się.
— Ci, którzy mię tu wysłali, odpowiedział stręczyciel, wiedzą co było powiedziane wobec sędziów. Ale na nieszczęście znają oni fakt rzeczywisty, o którym trzej honorowi ludzie poprzysięgli, że zamilczą i że go ukryją.
Hrabia drgnął na fotelu; ale Mascarot niechciał tego zauważyć.
— Bądź pan spokojny, panie hrabio, mówił dalej. Świadkowie pana nie z własnej woli zdra[76]dzili jego tajemnicę. Opatrzność ma swoje drogi niedościgłe...
— Do rzeczy, panie!... do rzeczy!... zawołał hrabia drzącymdrżącym głosem.
Do tej chwili Mascarot mówił stojąc.
Widząc, że hrabia wyraźnie nie myśli wezwać go, by wziął krzesło, sam sobie bez ceremonii podsunął je i usiadł.
Widząc to zuchwalstwo, p. Mussidan zadrżał z gniewu; ale nie śmiał nic powiedzieć. Rezygnacja ta usunęła wszystkie wątpliwości, jakie jeszcze miał stręczyciel.
— Właśnie dochodzę do niej, odpowiedział. Wypadek, o którym napomknęliśmy, miał dwóch świadków jednym z nich był przyjaciel pana, baron Clinchan, drugim lokaj pana hrabiego, niejaki Ludwik Trofeu, obecnie strzelec hrabiego Commarin.
— Niewiem co się stało z Ludwikiem.
— Ale moi mocodawcy wiedzą o tem, panie hrabio. Ten Ludwik, poprzysięgając panu wieczne milczenie, był bezżenny. Ożeniwszy się w kilka lat potem, wygadał się ze wszystkiem przed żoną. Ta kobieta, lekkomyślna, miała kochanków i właśnie przez jednego z nich cała prawda doszła do uszu tych, którzy mię tu wysłali.
— Więc na zasadzie słów lokaja, zawołał hrabia, i zeznań takiej kobiety śmianoby oskarżać mnie?... mnie?...
Jeszcze o oskarżeniu nie było najmniejszej wzmianki, a już pan Mussidan bronił się. Zacny stręczyciel dobrze to zauważył.
— Jest coś lepszego niż słowa Ludwika, odrzekł.
— A! zawołał hrabia, który był pewnym swego przyjaciela, czyż śmiałbyś pan twierdzić, że p. Clinchan wygadał się?
Widocznie pomięszanie hrabiego musiało być niezmierne, kiedy on, człowiek światowy, tak zręczny, tak wielki pan, tak przywykły do ukrywania, [77]nie dostrzegł przewrotności zapytał, robionych mu przez przeciwnika, nie dostrzegł, że każda z jego odpowiedzi była nową bronią dla pytającego.
— Nie, odpowiedział stręczyciel, baron nie wygadał się, ale zrobił gorzej — opisał.
— To fałsz!
Mascarota zdawał się nie dziwić ten zarzut.
— Baron Clinchan pisał, powtórzył, ale był pewny, że pisze tylko dla siebie samego. Zapewne wiesz pan o tem, panie hrabio, że baron jestto człowiek niezmiernie metodyczny, porządny i drobiazgowy aż do dzieciństwa.
— Wiem, mów pan dalej.
— W takim razie nie zdziwi to pana, że p. Clinchan od czasu jak doszedł do dojrzałości, prowadzi dziennik swego życia. Co wieczór zapisuje w nim stan swego zdrowia, zmiany powietrza i najmniejszy wypadek dnia.
Hrabia w samej rzeczy wiedział o tym szczególnym zwyczaju swego przyjaciela i nieraz żartował sobie z niego.
Teraz począł domyślać się niebezpieczeństwa.
— Uwiadomieni o tem, że Ludwik wygadał się, mówił dalej stręczyciel, mocodawcy moi wywnioskowali, że jeżeli fakt był prawdziwy, to wzmianka o nim znajdzie się niezawodnie w dzienniku pana Clinchan. Dzięki cudom zręczności i odwagi mieli oni w swym ręku przez cały dzień jeden tom owego dziennika z roku 1842.
— Nikczemność!... mruknął hrabia.
— Szukali i znaleźli w nim nie jedną, ale trzy wzmianki.
— Hrabia Mussidan zerwał się tak gwałtownie, iż przestraszony stręczyciel cofnął nieco swój fotel.
— Dowody! zawołał hrabia, gdzie dowody?
— O wszystkiem pamiętano. Przed odniesieniem dziennika na miejsce, wydarto z niego trzy kartki, dotyczące pana hrabiego. To łatwo sprawdzić...
— Gdzie są te kartki?
[78] Mascarot przybrał minę uczciwego człowieka oburzonego.
— Nie mam ich, odpowiedział, gdyby nie to!... ale kazano je odfotografować i wręczono mi odbitkę, abyś pan hrabia sam mógł rozpatrzeć pismo.
I pokazał trzy odbitki doskonale wykonane.
Hrabia długo rozglądał je bardzo uważnie, a potem głosem zdradzającym upadek na duchu, powiedział:
— Tak, jest to pismo Clinchana.
Ani jeden muskuł matowej twarzy stręczyciela nie zdradził radości, jaką uczuł w tej chwili.
— Przedewszystkiem, powiedział, sądzę, iż niezbędnem jest poznać relację pana Clinchan. Czy pan hrabia życzy sobie sam ją odczytać, czy mnie to powierzy.
— Czytaj pan! odrzekł hr. Mussidan, a potem dodał ciszej wzrok mam słaby.
Stręczyciel przysunął swój fotel do świec.
— Sądząc ze stylu, powiedział, p. Clinchan musiał to zredagować tegoż samego wieczora, w którym zdarzył się wypadek. Zaczynam tedy:
„Rok 1842.- — 6 października. Dziś bardzo rano pojechałem na polowanie z Oktawiuszem Mussidan. Mieliśmy z sobą strzelca Ludwika i jednego dzielnego człowieka, nazwiskiem Montlouis, którego Oktawiusz zamierza zrobić swoim intendentem.
„Pogoda była przepyszna. O południu upolowałem już trzy zające. Oktawiusz był szalenie wesoły.
— Po południu poszliśmy krzakami Bivron. Ja znajdowałem się wraz z Ludwikiem o pięćdziesiąt, kroków na przodzie, gdy wtem odwróciliśmy się obaj, usłyszawszy po za sobą donośne głosy. Oktawiusz i Montlouis spierali się bardzo gwałtownie i widzieliśmy jak hrabia podniósł rękę na swego przyszłego intendenta.
[79] „Właśnie biegłem ku nim, gdym ujrzał, że Montlouis idzie w naszą stronę. Zapytałem co się stało?
„Zamiast odpowiedzi, nieszczęśliwy chłopiec zwrócił się ku swemu panu, odgrażając się i wtedy wymówił wyraz, który dla Oktawiusza, niedawno ożenionego, był szkaradną obelgą.
„Wyraz ten Oktawiusz usłyszał.
— Miał w ręku nabitą strzelbę, zmierzył — strzelił.
„Montlouis upadł. Nadbiegliśmy. Nieszczęśliwy już nie żył.
„Sam byłem przerażony; ale nie widziałem nic okropniejszego nad rozpacz Oktawiusza. Wyrywał sobie włosy, całował trupa!...
„Jeden tylko Ludwik zachował zimną krew.
„— Jestto, powiedział, nie więcej jak wypadek na polowaniu. Miejscowość szczególnie nadaje się do tego. Pan hrabia mierzył zanadto nisko.
„Następnie ułożyliśmy jak mamy rzecz przedstawić i poprzysięgli milczeć.
„Ja złożyłem deklarację sędziemu pokoju w Bivron; moje opowiadanie nie wzbudziło w nim żadnej wątpliwości.
„Ale cóż to za dzień!.. Obawiam się silnego kataru; puls mój bije ośmdziesiąt sześć razy na, minutę; mam gorączkę i przeczuwam, że będę źle spać.
„Oktawiusz jest jak szalony. Boże!... co to z tego będzie?...“
Wychylony w fotelu, hrabia Mussidan słuchał tego czytania; nie ukazując po sobie najmniejszego wrażenia.
Czy był tak przygnębiony, czy też szukał jakiego sposobu, aby znowu pogrążyć w zapomnienia grobie to widmo przeszłości, które tak nagle z groźbą stanęło mu na drodze?
O to zapytywał sam siebie stręczyciel, ciągle badający, jaki sprawił efekt.
[80] Ale przy ostatnich wyrazach, hrabia wstał z miną człowieka, który przebudziwszy się, widzi, że był igraszką snu okropnego.
— To szaleństwo! powiedział z największą zimną krwią.
W takim razie, będzie to szaleństwo bardzo rozsądne, mruknął Mascarot, szaleństwo doskonale naśladujące zdrowy rozum. Trudno być bardziej jasnym, dokładnym i zwięzłym.
— A jeżeli dowiodę, zaczął znowu hrabia, że opowiadanie to, jest błędne, głupie, śmieszne, że tylko warjata może być utworem...
Mascarot smutnie potrząsł głową.
Nie dawajmy się kołysać zwodnym złudzeniom powiedział, wzdychając; przebudzenie będzie tem okropniejsze.
Śmiał mówił „my,“ łącząc tą liczbą mnogą swoją osobę, osobę Mascarota, z osobą hrabiego Mussidan. A hrabia nietylko, że nie oburzył się tem, ale nawet jakby uśmiechnął się.
— Zresztą, mówił dalej stręczyciel, gdyby pan Clinchan ograniczył się na tej tylko relacji, możnaby jeszcze było zrobić mu zarzut fałszu, opierając się na wzruszeniu jego umysłu, spowodowanem przez doznane wrażenia. Ale na nieszczęście, baron nie żałuje atramentu. Niech pan hrabia pozwoli, bym odczytał drugi wyjątek.
— Dobrze, słucham.
— Upłynęło trzy dni, tak zaczął Mascarot, baron Clinchan miał czas opamiętać się, a jednak oto, co pisze:
„Rok 1842. 29. października. — Zdrowie moje niepokoi mię. Czuję ból we wszystkich stawach. Być może, iż pochodzi to z niesłychanej trwogi, jaką mnie nabawia sprawa Oktawiusza.
„Zmuszony byłem stawać przed sędzią śledczym; a ten przeklęty sędzia ma takie oczy, iż prawda porusza się aż we wnętrznościach.
[81] „Z przerażeniem spostrzegam, że zeznanie moje jest nieco poplątane. Trzeba koniecznie spisać, co mam powiedzieć i nauczyć się tego na pamięć. To mi się przyda na uroczystem przesłuchiwaniu.
„Ludwik trzyma się dobrze. To chłopiec bardzo roztropny; bardzobym chciał, by przyjął u mnie służbę.
„Zaledwie śmiem wychodzić, tak mi wszyscy „dokuczają, nalegając, bym opowiedział całe wydarzenie. W domu Sauvebourg musiałem opowiadać ni mniej ni więcej jak siedmnaście razy.
„Strasznie się tu nudzę.“
— Cóż pan hrabia myśli o tych uwagach? zapytał stręczyciel.
Pan Mussidan nie odpowiedział na to pytanie.
— Kończ pan, rzekł krótko.
— Bardzo dobrze. Trzeci ustęp, chociaż krótki, ale jest decydujący. Oto co baron pisał w miesiąc po wypadku:
„Rok 1842. — 23. listopada. Skończyło się przecież. Wracam z trybunału. Oktawiusz uniewinniony.
„Ludwik był doskonały. Opowiedział wypadek tak zręcznie, iż nikt w sali nie powziął najmniejszego podejrzenia. Rozważywszy wszystko, znajduję, że to chłopak zanadto mądry; nie przyjmę go do mojej służby.
„Przyszła kolej na mnie. Musiałem podnieść rękę i poprzysiądz, że powiem prawdę. Nie, mogłem przewidzieć wzruszenia, jakie mię opanowało.
„Nie! trzeba tego doświadczyć, aby pojmować, należycie, co to jest fałszywe świadectwo. Sądziłem, iż nie będę w stanie utrzymać ręki podniesionej; zdawało mi się, że cięży jak ołów.
„Powróciwszy na miejsce, uczułem jakieś ściskanie wewnątrz. Puls mój pewno nie bił więcej jak czterdzieści razy na minutę.
[82] „Oto do czego doprowadzić może gniew!... Postanawiam sobie przez cały rok codziennie wypisywać w moim dzienniku takie prawidło: Nigdy nie iść za pierwszym popędem.“
I rzeczywiście, dodał stręczyciel, przez cały rok p. Clinchan wypisywał na czele każdej kartki te sentencję. Wiem o tem od osób, które miały w ręku jego dziennik.
Już może po raz dziesiąty Mascarot, wspominał o tych „osobach“, a hrabia uporczywie nie zwracał na to uwagi, za nic nie chciał zapytać: Cóż to za osoby? To było dziwne i cokolwiek niepokojące.
P. Mussidan wstał i począł przechadzać się po pokoju, czy zbierając myśli, czy też nie życząc sobie, by stręczyciel w jego oczach dostrzegł jakiego doznawał wzruszenia.
— Czy to już wszystko? zapytał po chwili.
— Wszystko, panie hrabio.
— Jeżeli tak, to wiesz pan co mu na to odpowie sędzia bezstronny?
— Ciekawy jestem...
— Oto co odpowie, przerwał hrabia: Człowiek, posiadający zdrowe zmysły, nie pisze podobnych rzeczy. Są tajemnice, o których staramy się zapomnieć, których nie wyjawiamy nawet poduszce, na której spimyśpimy, tem bardziej nie powierzamy kartce papieru, która może zaginąć, być skradzioną i wpaść w ręce spadkobierców niedyskretnych. Niepodobna by człowiek z sercem, który złożył fałszywe świadectwo, to jest popełnił zbrodnię, pociągającą za sobą karę ciężkich robót, zabawiał się w upamiętnianie szczegółów tego w dzienniku, z dodaniem rozbioru swoich wrażeń.
Zacny stręczyciel nie mógł powstrzymać ruchu współubolewania.
— Zdaniem mojem, odrzekł, źle pan hrabia robi, szukając wyjścia z tej strony. Zasada pańska nie da się utrzymać; żaden adwokat nie podjąłby się tego. Jeżeliby dla dojścia do dowodu [83]pewnego — to jest do dowodu, mającego wartość wobec sądu — zbadano trzydzieści kilka tomów dziennika barona Clinchan, to zdaje mi się, iż znalezionoby w nim nie jedno dziwactwo.
P. Mussidan rozmyślał, ale twarz jego nie zdradzała żadnego wzruszenia. Zdawało się że powziął już postanowienie i spierał się tylko dla formy.
— Niech i tak będzie, powiedział, zaniecham tego systemu.
— I słusznie.
— Ale któż mi dowiedzie, iż nie jest to dzieło fałszerza? Dziś bardzo zręcznie umieją naśladować każde pismo; wszakże sam bank francuski z trudnością odróżnia fałszowane swoje bilety od prawdziwych.
— Ale można sprawdzić, czy brakuje kartek w dzienniku p. Clinchan — czy nie.
— Cóż to dowiedzie?
— Wszystko, panie hrabio. Pozwól mi pan, bym mu wyjaśnił, że ten system nie więcej wart od tamtego. A naprzód usuwam świadectwo p. Clinchan; to pewna, że baron da odpowiedź zgodną z pańskim interesem.
— Dalej, dalej...
— Ale w sprawie obecnej, dziennik p. Clinchan będzie dla nas jakby grzbietem książki, z której wycięto kartki, niby kupony. Jeżeli wycięcia będą gładko przylegać do siebie, czy nie będzie to przekonywającem? Niestety osoby, które mię przysłały do pana hrabiego, są bardzo przebiegłe; nie zapomniały one o niczem.
Hrabia uśmiechnął się ironicznie, uśmiechem człowieka, który trzyma w odwodzie argument niezbity.
— Czy naprawdę takie jest zdanie pana? zapytał.
— Sumiennie to wyznaję! Z takiemi dowodami trudno nie mieć przekonania.
— A zatem, tak jest: Montlouis został zabity, jak to opisuje Clinchan. A Clinchan, cho[84]ciąż dziwak, niemałej jednak jest człowiekiem serca. Wiedział on co mianowicie w kłótni mojej z Montlouis uniosło mię aż do szaleństwa, a powodów tych nie zanotował.
Mascarot odetchnął, chociaż w rzeczy samej, zaniepokoił go zwrot, jaki wzięła rozmowa i swobodny ton hrabiego.
— Ludzie ci, zaczął znowu hrabia, którzy zamyślali ukuć sobie broń przeciw mnie z tego okropnego nieszczęścia — to głupcy.
To rzekłszy wziął jednę książkę z półki, rozłożył i pokazując ją Mascarotowi, rzekł:
— Oto jest kodeks karny. Patrz pan, czytaj: „artykuł 537.“
„Publiczne i cywilne procesa, wynikające ze zbrodni pociągającej za sobą karę śmierci, lub kary dożywotnie... nie mogą być rozpoczynane po upływie dziesięciu lat i t. d., i t. d.“
P. Mussidan był pewnym, że artykuł ten zupełnie zbije z tropu stręczyciela. Bynajmniej.
Zamiast okazać zdziwienie, Mascarot uśmiechnął się szczerze i wyraziście.
— E! panie hrabio! zawołał; ja często bywam pośrednikiem w sprawach; to znaczy, że znam kodeks. W dniu, w którym osoby reprezentowane przezemnie, zgłosiły się do mnie, pierwszą moją rzeczą było wskazać im ten artykuł.
— A!... cóż odpowiedziały one na to?
— Odpowiedziały słowo w słowo: „Ba! wiemy o tem. Gdyby nie zachodziło przedawnienie, nie potrzebowalibyśmy usług pana; poszlibyśmy prosto do hrabiego i zażądali połowy jego majątku, a hrabia z chęcią oddałby nam ją.“
Ton mowy i pewność Mascarota nie pozostawiały żadnej wątpliwości.
P. Mussidan domyślał się, że niezmiernie zuchwali i zręczni nędznicy musieli znaleść jakiś nieomylny środek zużytkowania na swoją korzyść występku jego młodości.
[85] Ale jeżeli, zapewniwszy się o tem, został przejęty tak wielką obawą, iż mu się serce ścisnęło, to miał dość mocy nad sobą, by tego nie okazać.
— No, powiedział, połowa mojego majątku, widocznie wymyka się im. Pretensje jak się spodziewam, będą skromniejsze nieco, gdy kartki, wykradzione memu przyjacielowi, okazały się tylko bezużytecznymi szpargałami!
— O!... bezużytecznymi!...
— Zdaje mi się, że co do tego kodeks wyraża się jasno.
Mascarot poprawił sobie okulary; znaczyło to, iż zamierza powiedzieć coś ważnego.
— Pan hrabia ma słuszność, tak zaczął. Niema co i myśleć o atakowaniu pana ze strony prawnej. Nie możesz pan ani być pociągany do sądu, ani karany za zbrodnię, popełnioną przed dwudziestu trzema laty.
— A więc!...
— Za pozwoleniem!... Nędznicy, w których imieniu przemawiam — i za których rumienię się — wynaleźli pewną małą kombinacje, która może być bardzo niemiłą, powiem nawet zgubną, naprzód dla pana, a potem dla barona Clinchan.
— A czy możnaby dowiedzieć się, co to za kombinacja tak... dowcipna?
— Owszem!... właśnie przysłany jestem do pana, aby mu ją wytłumaczyć i wykazać niezawodną jej skuteczność.
Tu zatrzymał się, rozmyślając zapewne nadtem, jakby najdokładniej wyłożyć hrabiemu cały projekt; po chwili rzekł:
— Przypuśćmy naprzód, panie hrabio, że pan odrzucisz żądanie, jakie mi polecono postawić panu.
— Oho!.. pan nazywasz to żądaniem?..
— Mój Boże! nazwa tu nic nie znaczy. Przypuszczam, że pan hrabia nie zgodzi się na nie. Cóż się wtedy stanie? Zaraz od jutra moi klienci, [86]wstyd mi ich tak nazywać — każą wydrukować w gazetach wzruszające opowiadanie barona Clinchan pod prostym tytułem: „Historja jednego polowania.“ Rozumie się, że będą tam wymienione tylko początkowe litery nazwisk, ale należycie przejrzyste. Oprócz tego dodany będzie szczegół.
— Zapominasz pan, że istnieją sądy i że w potwarzy dowody nie przypuszczają się.
Zacny stręczyciel skrzywił się ironicznie.
— O!.. moi mocodawcy, odrzekł pamiętają o wszystkiem i właśnie na tem, o czem pan napomykasz, oparty jest cały ich plan. Owoż do wersji, udzielonej gazetom, wprowadzą oni osobę piąta, jednego ze swoich, wspólnika, którego nazwisko wypiszą wszystkiemi literami. Człowiek ten zaraz na drugi dzień po ogłoszeniu artykułu wytoczy proces autorom. Podniesie wielki krzyk, będzie wołać, że został spotwarzony i oświadczy, że wobec sądu dowiedzie, iż wcale nie należał do tego złowrogiego polowania.
— Cóż wtedy?
— Wtedy, panie hrabio, człowiek ten, żądający, by uznano, że gazeta była w błędzie, wezwie na świadków, naprzód pana, potem barona Clinchan, potem Ludwika. Ponieważ zadać będzie zwrotu kosztów, wiec znajdzie adwokata, który także należeć będzie do zmowy. Adwokat powie: „Że hrabia Mussidan jest mordercą, o tem niewątpimy, zważywszy na dowody, które mamy w ręku; że baron Clinchan złożył fałszywe świadectwo, to sam napisał; Ludwik, pozyskany, oszukał sąd. Ale mój klient, ten człowiek zacny, nie może być zaliczony do tej spółki i t. d.“ A zwróć pan uwagę na to, że artykuł ten i obronę będą czytać i odczytywać! Nie wiem, czy dość jasno tłumaczę się...
Niestety tak jasno i z taką nieubłaganą logiką, iż nie było co nawet myśleć o wymknięciu się z tej szkaradnej machinacji.
[87] Hrabia bystro zmierzył przyszłość.
Widział rozgłos hańbiący i skandal straszliwy procesu. Widział całą Francję zajętą tą sprawa. Widział siebie i swoich potępionych przez opinię.
A jednak charakter jego tak nie znosił żadnego nacisku, iż był raczej zrozpaczony, a nie zmięszany.
Znał on życie i ludzi. Wiedział, że nędznicy, trzymający go pod nożem i żądający pieniędzy lub honoru, zawsze obawiają się sprawiedliwości. Powiedział sobie, że jeżeli odrzuci ich pretensje to zapewne nie ośmielą się wykonać swych pogróżek.
Gdyby tylko o niego chodziło, to niezawodnie odważyłby się stawić opór, a na początek zrobiłby sobie tę wielką przyjemność, iż obiłby tęgo kijem bezwstydnika, który stał przed nim.
Ale czy mógł narażać barona Clinchan, doświadczonego przyjaciela, który dla niego skompromitował się... Człowieka natury trwożliwej, niezdolnego przeżyć rozgłosu?..
Wszystkie te myśli, i wiele innych wirowały w jego głowie, gdy wielkimi krokami chodził po bibliotece. Wahał się pomiędzy postanowieniami najsprzeczniejszemi. To gotów był znieść obelgę, to rzucić się na stręczyciela.
Ruchy gorączkowe i wykrzykniki bez związku zdradzały gwałtowną walkę wewnętrzną. Aby stawić czoło uniesieniom takiego szaleńca, który, gdy mu krew do mózgu przypłynie, strzela do człowieka jak do królika, na to trzeba było bezczelności doprowadzonej do najwyższego szczytu.
Ale Mascarot nie takie już rzeczy widział.
Podczas gdy z mimowolnem drżeniem wewnętrznem zapytywał sam siebie czy wyjdzie z biblioteki drzwiami, czy też wyleci przez okno — palcami robił młynka z miną najspokojniejszą.
W końcu hrabia, wysiliwszy się niesłychanie, zdecydował się na rzecz rozsądku.
Stanął nagle przed stręczycielem i nie usiłu[88]jąc ukrywać swego wstrętu, powiedział krótko:
— Skończmy to!... Ile pan żądasz za te papiery?
Mascarot zrobił minę zapoznanego uczciwego człowieka.
— O! panie hrabio!... zawołał, czyż możesz pan przypuszczać bym był wspólnikiem...
P. Mussidan ruszył ramionami.
— Przynajmniej, rzekł przerywając, zrób mi pan ten zaszczyt i przypuść, że mam tyle rozsądku co pan... Ile pan żądasz?
Po raz pierwszy, od chwili jak przybył, stręczyciel zdawał się być zakłopotanym i wahał się.
— Mocodawcy moi nie chcą pieniędzy, odrzekł.
— Nie chcą pieniędzy!... zawołał zdziwiony hrabia, czegoż chcą?
— Chcą czegoś, co dla pana hrabiego jest niczem, a dla nich ma wagę niezmierną. Polecono mi powiedzieć, iż możesz pan być najspokojniejszym, jeżeli przystaniesz na to, by zerwać projekt małżeństwa panny Mussidan z panem Breulh-Faverlay. Kartki dziennika barona Clinchan wręczone będą panu w dniu ślubu panny Sabiny z każdym innym, którego pan wybierze.
Żądanie to, co najmniej śmieszne, tak było dalekiem od przewidywań hrabiego, iż stanął jak wryty.
— Ależ to szaleństwo! zawołał.
— Niemasz nad to nic prawdziwszego.
W tem p. Mussidan zadrżał; straszliwe podejrzenie opanowało go.
— Czy chciałbyś pan, zapytał, czy śmiałbyś pan zalecać mi i narzucać zięcia?...
Zacny stręczyciel podniósł się.
— Zanadto mam doświadczenia, odrzekł, aby nie być pewnym, iż nigdy pan hrabia nie zechce poświęcić swej córki swewuswemu wybawieniu.
— Ależ w takim razie...
— Pan hrabia jest w błędzie co do zamia[89]rów moich klientów. Zagrażają oni panu, to prawda; ale nie na niego, tylko na pana Breulh są zawzięci. Poprzysięgli, że nie poślubi on tej młodej osoby, mającej około miliona posagu. Postepowanie ich z panem jest postępowaniem nędzników; ale do celu mogliby prawie przyznać się.
Tak wielkiem było zdumienie p. Mussidan, iż nie zastanowiwszy się, nadał zupełnie nowy zwrot rozmowie.
Opierał się jeszcze, ale już bez uniesień. Odpowiadał raczej na uwagi, jakie mu własne zastanowienie nastręczyło, a nie na słowa Mascarota.
— P. Breulh ma moje słowo, powiedział.
— Pretekst znaleźć nie trudno.
— Hrabina Mussidan bardzo sobie życzy tego małżeństwa. Ciągle o niem mówi. Z tej strony napotkam wiele trudności.
Stręczyciel uznał za właściwe nie odpowiadać na to.
— Nakoniec, mówił dalej hrabia, obawiam się, że córkę moją bardzo zmartwi to zerwanie.
Dzięki Florestanowi, Mascarot wiedział co trzymać o tem.
— O!... powiedział, młoda osoba na stanowisku takiem jak panna Sabina, w jej wieku i przy jej wychowaniu nie miewa głębszych wrażeń.
Jeszcze kwadraus może hrabia opierał się. Znosić nacisk łotrów, nadużywających skradzionej tajemnicy — to go okropnie oburzało.
— Ale nie było rady. Znajdował się na łasce tych ludzi — ustąpił.
— Niech i tak będzie, powiedział, córka moja nie poślubi pana Breulh.
Mascarot tryumfował; ale twarz jego, pomimo to, żadnej zmianie nie uległa. Tyłem wycofał się z pokoju, kłaniając się niżej niż zwykle, z oznakami przesadnego uszanowania.
Ale idąc po schodach zacierał sobie ręce.
— Jeżeli doktorowi powiodło się tak jak mnie, mruknął, to rzecz już jak zrobiona.
[90]VI.
Aby być dopuszczonym do honoru złożenia wizyty hrabinie Mussidan, doktor Hortebize nie potrzebował takich zachodów jak Mascarot, by dostać się do hrabiego.
Jak tylko się ukazał, to jest w pięć minut po przybyciu stręczyciela, dwaj lokaje, poziewający w przedpokoju, poznali w nim człowieka światowego, częstego dość gościa w pałacu.
Jednak ton ich mowy i spojrzenia, które zamienili z sobą gdy odpowiadali: „Tak jest, pani hrabina przyjmuje“, zastanowiłyby każdego, mniej wtajemniczonego aniżeli doktor w tryb życia w pałacu Mussidan.
Wyraz twarzy lokajów zdradzał zdziwienie, jakiego doznali odpowiadając:
— Pani hrabina jest u siebie.
Bo rzeczywiście był to wypadek rzadki, cud prawie.
Nigdy żaden ze znajomych pani Mussidan, chcąc się z nią zobaczyć, nie próbował dzwonić u jej drzwi — do czego?
Hrabinę można było znaleźć na wystawie, na wyścigach, na posiedzeniu akademii, w restauracji, w teatrze, w magazynie, na wykładach publicznych, na próbie opery, w pracowni jakiego znanego artysty, u profesora śpiewu, gdzie popisuje się tenor świeżo odkryty słowem wszędzie, wyjąwszy u siebie w domu.
— Jestto jedna z tych kobiet, których umysł niespokojny, ruchliwy, niezdolny do głębszego zastanowienia, ciekawy wszelkich błahostek, ciągle i ciągle jest czemści zajęty.
Ale mąż, córka, dom nigdy nie zajmowały jej myśli. Ba ma ona co innego na głowie! Kwestuje dla biednych, prezyduje w towarzystwie „żałujących dziewcząt“, dopomaga w zarządzie jednego przytułku dla starców.
[91] W trybie jej życia panuje nieład z rodzaju tych, przeciw którym nie ostoi się największy majątek. Wątpić można czy hrabina ma choćby najmniejsze wyobrażenie o wartości pieniędzy.
Garście luidorów topnieją w jej ręku jak śnieg. Co z niemi robi? — nikt nie wie. Sama nie umiałaby objaśnić tego.
Przyczynę tego upatrują w przykrem pożyciu hrabiego z hrabiną.
Żonaty, hrabia znosi wszystkie ciężary małżeństwa, nie mając żadnych jego przyjemności. Ma dom przepysznie urządzony, a brak mu domowego życia.
Mówią, że przez długie lata hrabia co dzień czekał na hrabinę z obiadem i wieczerza. Hrabina albo przybywała, albo nie.
Znużony tem, postanowił jadać w swoim klubie i prowadzić życie człowieka bezżennego.
O wszystkiem tem doktor wiedział — i o wielu jeszcze innych rzeczach. To też śmiało postępował za lokajem, który miał otworzyć drzwi salonu i zaanonsować go.
Salon to wielce wspaniały, bardzo obszerny, niezwykle wysoki i umeblowany nadzwyczaj bogato.
A jednak jest on zimny i smutny. Już na progu czuć, że nikt w nim nie przebywa.
Na pół leżąc na kozetce przed kominkiem, hrabina czytała.
Ujrzawszy doktora, wstała i krzyknęła radośnie:
— O jakże pan jesteś grzeczny, doktorze, że przychodzisz odwiedzić mię!
To mówiąc, dawała służącemu znak by podsunął krzesło.
Dość słuszna, zgrabna, pani Mussidan, w czterdziestym piątym roku życia zachowała postawę młodej dziewczyny.
Włosy ma jeszcze gęste i obfite, a dzięki ich kolorowi, jasno popielatemu, nie można wyróżnić pomiędzy nimi siwych, których już pełno, a które [92]sprawiają, iż głowa zdaje się zdaleka jakby pudrem przysypana.
Cała jej postać wydaje z siebie jakąś woń niezmiernie arystokratyczną, a jasno-błękitne oczy wyrażają zwykle wielce pańską wyniosłość i najzimniejszą pogardę.
— Tylko pan jeden, doktorze, umiesz tak trafnie wybierać chwile. Umierałam z nudów. Książki mię nie zadowalniają. Wszystko co czytam, zdaje mi się, żem już kiedyś czytała. Aby się zjawić tak w porę, musiałeś pan chyba zrobić układ z trafem.
To prawda, że doktor zrobił układ i przychodząc pewnym był, że znajdzie hrabinę, ale traf ten nazywał się Mascarot.
— Tak mało przyjmuję u siebie, mówiła dalej hrabina, iż już nikt prawie nie raczy mię odwiedzać. Muszę koniecznie wybrać w tygodniu jedno poobiedzie dla moich przyjaciół. Gdy jestem u siebie, samotność cięży mi okrutnie. A oto już dwa dni nie wychodzę z domu. Doglądam pana Mussidan.
Oświadczenie to było zanadto śmiałe i dziwne, by nie zastanowić człowieka dobrze poinformowanego.
Ale doktor ani mrugnął, a nawet ton, jakim wymówił: Doprawdy! znaczył tyle, co powinszowanie.
— Tak, tak, mówiła dalej hrabina, p. Mussidan przedwczoraj pośliznął się na schodach i skaleczył. Lekarz nas zapewnia, że to nic; ale ja wcale nie wierzę temu, co mówią lekarze.
— Wiem o tem z doświadczenia, pani hrabino.
— O!.. panie, doktorze, to co innego. Wierz mi pan, iż dawniej miałam w nim wielkie zaufanie. Przykro mi było rozstawać się z panem. Ale gdyś nagle nawrócił się na homeopatję wyznam panu, żem się przestraszyła.
Hortebize zrobił ruch obojętny i odrzekł:
[93] — Ba.. ta szkoła warta tyle, co i każda inna.
— Tak pan sądzisz?
— Jak to, sądzę? Założyłbym się.
Pani Mussidan raczyła uśmiechnąć się.
— Jeżeli tak, zaczęła znowu, to wielką mam ochotę prosić pana o radę.
— Czy pani hrabina cierpiąca?
— Ja?.. Nie, Bogu dzięki! Tegoby jeszcze brakowało! Ale jestem bardzo niespokojna o zdrowie mojej córki.
— A!..
Macierzyński ten niepokój tyle był wart, co niedawne małżeńskie poświęcenie; to też owo „A!“ doktora znaczyło tyle co poprzednie „Doprawdy?“
— Tak jest, doktorze, rzekła hrabina, trzeba byś pan wiedział, iż od miesiąca już przeszło zaledwie widziałam Sabinę. Tak jestem zajęta! Wczoraj zobaczyłam ją i znalazłam bardzo zmienioną.
— Pytałaś jej pani, czy nie jest chora?
— Rozumie się. Odpowiedziała mi, że nie, że zupełnie jest zdrowa.
— Może ma jaką małą przykrość?
— Ona, doktorze? Czyż nie wiesz pan, że moja ukochana Sabina jest najszczęśliwszem dziewczęciem w Paryżu? Zresztą zobaczysz ją pan. Przyrzekasz mi to prawda?
To powiedziawszy zadzwoniła. Wszedł służący.
— Poproś tu panny Sabiny.
— Panny Sabina nie ma w domu, odrzekł służący.
— A!... dawno?
— Panna wyszła jeszcze przed trzecią.
— Z kim?
— Ze służącą swą, panną Modestą.
— Czy panna Sabina powiedziała dokąd idzie?
— Nie, pani hrabino.
[94] — Możesz odejść.
Służący wyniósł się.
Obojętny na wszystko doktor zdziwił się nieco.
Jakto? hrabianka Sabina Mussidan, panna ośmnastoletnia, mogła wychodzić gdzie się jej podoba!... nikomu nie opowiedziawszy się, tak że nikt nie wiedział dokąd poszła!... a matka znajdowała to zupełnie naturalnem!
Szkoda, że nie ma Sabiny, rzekła hrabina. Zresztą mam nadzieję, że choroba jej nie jest tak zastraszająca, by przeszkodziła weselu, które wkrótce odbędzie się w pałacu Mussidan.
Doktorowi zwrot ten był bardzo na rękę; nie wiedział bowiem jak naprowadzić rozmowę na ten przedmiot.
— Pani hrabina wydaje zamąż pannę Sabinę? zapytał.
Pani Mussidan tajemniczo przyłożyła palec do ust.
— Ts!... powiedziała, to wielki sekret, a przytem nie masz jeszcze nic stanowczego. Ale pan jesteś lekarzem, a zatem z profesji dyskretny, jak spowiednik więc mogę mu się zwierzyć. Bardzo jest prawdopodobnem, że jeszcze przed końcem roku panna Sabina zostanie panią Breulh-Faverlay.
Nie ulega wątpliwości, że doktor Hortebize nie jest tak śmiały jak Mascarot. Często wobec pomysłów swego przyjaciela doktor bladł, cofał się, błagał o łaskę.
Ale gdy raz się zdecydował i powiedział: „Dobrze,“ to już można było liczyć na niego. Wtedy szedł prosto do celu, nie wahając się.
— Muszę wyznać pani, powiedział, iż słyszałem o tym projekcie.
— Doprawdy? więc zajmują się nami?
— Bardzo. Powiem nawet, że właśnie to małżeństwo sprowadza mię do pani.
Pani Mussidan dość lubiła doktora Hortebize i nieraz znajdowała przyjemność w jego dowcipnej [95]rozmowie, w słuchaniu drobnych plotek, których zawsze miał wielki zapas.
Przyjmując go od czasu, do czasu, nie upatrywała w tem żadnej niewłaściwości i chętnie przypuszczała go do pewnego rodzaju nic nieznaczącej poufałości.
Ale aby doktor pozwalał sobie zajmować się jej córką, córką hrabiny Mussidan, z domu Sauvebourg — to wydawało się jej zupełnie nie w miejscu.
— Doprawdy, doktorze, iż robisz pan wielki honor mnie i hrabiemu Mussidan, zajmując się tem małżeństwem, rzekła.
Prostemu temu frazesowi towarzyszył uśmiech, od którego mógł zerwać się, jak od uderzenia biczem, człowiek najmniej wraźliwy pod względem miłości własnej.
Ale doktor przyszedł nie po to, by się gniewać.
Przyszedł by bądź co bądź wypowiedzieć pewnym sposobem pewne rzeczy.
Z góry wystudjował on i przygotował swoją role, i nic nie mogło zwrócić go z drogi, gdyż przygotował się na wszelkie możebne repliki.
Na tym gruncie był on wyższym od Mascarota, który nie potrafiłby tak jak on cieniować, przygotowywać przejścia, naprowadzać, jednem słowem mówić wszystko, nie urażając dziecinnej drażliwości.
Mascarot znał tę wyższość doktora, ale jako szczery przyjaciel nie zazdrościł mu jej.
„— To rzecz urodzenia, zwykł był mawiać o tem. Hortebize jest z porządnej rodziny; otrzymał piękną edukację; już w młodych swych latach bywał w najlepszych towarzystwach. Ja, przeciwnie, wszystkiego co umiem, sam się nauczyłem; jestem synem dzieł swoich.“
Hortebize zatem, usłyszawszy ten afront, uchylił czoło ale tylko chwilowo.
— Niech mi pani wierzy, odrzekł, iż aby podjąć się zlecenia, które spełniam obecnie, na to [96]potrzeba było całego szacunku i przywiązania jakie mam dla państwa.
— A!... zawołała hrabina, przeciągając głos i mrugając oczyma w sposób niezmiernie impertynencki, a!... pan jesteś do nas przywiązany?!..
— Bardzo, pani hrabino. I jestem pewny, i gdy zostanę przez nią wysłuchany, pani sama nie będzie wątpić o tem.
Powiedział to tonem tak suchym, że pani Mussidan zadrżała, jakby od iskry elektrycznej.
— Upływa już dwadzieścia pięć lat jak praktykuje, to jest dwadzieścia pięć lat jestem poufale przyjmowany w rozmaitych domach i obecny przy okropnych dramatach domowych, wtajemniczony z musu w najstraszniejsze sekreta. Często znajdowałem się w położeniu delikatnem i trudnem ― nigdy jednak nie byłem tak zakłopotany jak w tej chwili.
— Więc to tak ważna rzecz? zapytała hrabina, zapominając być niegrzeczną.
— Być może. Gdybym miał do czynienia z szaleńcem, jak tego jeszcze się spodziewam... to prosiłbym panią najpokorniej o przebaczenie tylko. Jeżeli przeciwnie, ten kto się zgłosił do mnie jest przy zdrowych zmysłach, jeżeli prawdą jest to co utrzymuje, jeżeli w ręku ma niezbite dowody...
— W takim razie, doktorze?...
— W takim razie, pani hrabino, powiem: korzystaj pani z mego przywiązania, ponieważ istnieje człowiek mający moralnie prawo życia i śmierci nad panią, człowiek, którego wszelka wola powinna być wolą pani...
Hrabina głośno zaśmiała się, ale śmiechem fałszywym jak łza spadkobiercy.
— Doprawdy, doktorze, rzekła, od pańskiej pogrzebowej miny i ponurego głosu ja umrę... ze śmiechu...
Doktor rozmyślał.
— Za bardzo śmieje się, powiedział sam do siebie. Mascarot mnie nie zwodził. Bądźmy ostrożni.
[97] Potem powiedział głośno:
— O! gdybym i ja mógł tak się śmiać z obaw urojonych. Ale w każdym razie, pozwól pani bym przypomniał jej coś pani sama powiedziała przed chwilą: lekarz to spowiednik. To prawda. Jak ksiądz tak i lekarz umie zapominać o tajemnicach, które mu jego misja wykrywa; umie doradzać i pocieszać. Lepiej nawet niż ksiądz, gdyż będąc bardziej bezpośrednio wmieszany do wypadków, pojmuje i tłumaczy sobie fatalności życia... skłonności...
— Doktorze, przerwała hrabina, zapominasz pan dodać, że tak jak ksiądz miewa kazania...
Aby rzucić ten sarkazm, udało się hrabinie nadać swej fizyonomii niezmiernie komiczny wyraz powagi.
Ale nie zdołała pobudzić do śmiechu doktora, który wydawał się coraz bardziej znękanym.
— Tem lepiej, odrzekł, jeżeli jestem śmieszny, tem lepiej jeżeli nie odżywiam jakich boleśnych ran, o których sądziłaś pani, że się zabliźniły...
— Nie obawiaj się doktorze.
— W takim razie, zacznę od tego, iż zapytam pani, czy też przypominasz pani sobie młodego człowieka z tegoż co i pani towarzystwa, który w pierwszych latach jej małżeństwa miał w Paryżu wielką reputację?... Mówię o markizie Jerzym Croisenois?
Pani Mussidan wychyliła się na kozetce, oczy utkwiła w sufit, czoło zmarszczyła nieco, jak gdyby niezmiernie wytężała swą pamięć.
— Jerzy Croisenois, powtórzyła, zdaje mi się... Czekaj pan!... Nie! napróżno szukam... nic sobie nie przypominam.
Doktor czuł się w obowiązku dopomożenia tej słabej pamięci.
— Croisenois, o którym wspomniałem, mówił dalej, ma brata imieniem Henryk, którego pani [98]zna pewno, gdyż tej zimy widziałem go u księcia Sairmeuse, tańczącego z panną Sabiną.
— Prawda!... Tak jest!... masz słuszność, doktorze, teraz przypominam sobie...
Gdyby mówiono hrabinie o przedmiocie najobojętniejszym i wtedy nie zachowałaby większej zimnej krwi.
— Jeżeli tak, mówił dalej Hortebize, to zapewne przypomina sobie pani, iż jest temu teraz nieco więcej jak dwadzieścia trzy lata, Jerzy Croisenois nagle znikł. Zniknięcie to narobiło wielkiego hałasu, był to fakt, który spowodował interpelowanie ministerstwa...
— Tak jest, w samej rzeczy.
— Ostatni raz widziano Jerzego Croisenois w Kawiarni Paryzkiej. Jadł on tam obiad w towarzystwie kilku przyjaciół. Punkt o dziewiątej godzinie nagle wstał i gotował się do wyjścia. Jeden z bliskich znajomych chciał mu towarzyszyć — odmówił. Zapytywali go przyjaciele, czy się z nim dziś jeszcze zobaczą. Odpowiedział, że być może, w operze; ale nie trzeba na niego liczyć. Sądzono, że się udawał na jaką schadzkę miłośną.
— A!... tak sądzono?
— Tak, z powodu ubrania, staranniejszego niż zwykle, chociaż był elegantem w całem znaczeniu, lwem, jak wówczas mówiono. Koniec końcem, Jerzy Croisenois wyszedł sam i odtąd nikt go nie widział.
— Nikt! powiedziała hrabina może zanadto wesoło.
Doktor ani mrugnął.
— Nikt! odrzekł. Przez dwa czy trzy pierwsze dnie zniknięcie to wydało się nadzwyczajnem; w tydzień zaniepokoiło.
— O! doktorze, co za szczegóły!..
Dawniej— Dawniejbyły mi one wyszły z pamięci, dziś rano znowu. Wraz z wielu innymi dobrze znane, potem przypomniano mi je znajdują się one w [99]protokole śledczym. Bo było śledztwo, i to bardzo drobiazgowe. Przyjaciele Jerzego Croisenois rozpoczęli puszukiwaniaposzukiwania; a gdy te nie doprowadziły do niczego, zgłosili się do prefekta policji. Użyto najzręczniejszych ajentów. Pierwszem przypuszczeniem było samobójstwo. Jerzy mógł sobie strzelić w łeb gdzie w lesie. Jednak stan jego interesów, wcale pomyślny, wielki majątek, wesoły charakter, ciągłe powodzenie, przekonały, iż przypuszczenie takie nie ma podstawy. Wtenczas poczęto przypuszczać zbrodnię — i badania prowadzone były w tym kierunku. Nic a nic nie odkryto.
Hrabina skończyła poziewanie wątpliwej szczerości i jak echo powtórzyła:
— Nic.
— Policja była w najwyższym stopniu zdekoncertowana, gdy we trzy miesiące potem jeden przyjaciel Jerzego otrzymał od niego list.
— A!.. zatem, nie umarł.
Doktor zanotował sobie wyraz twarzy i akcent hrabiny, by nad nimi zastanowić się należycie.
— Kto wio?.. odrzekł. List datowany był z Kairu. Jerzy pisał, iż znudzony życiem paryskiem, zamierza dostać się do środkowej Afryki i prosił, by się nie niepokojono o niego: List ten, jak pani pojmuje, wydał się podejrzanym. Nikt nie udaje się w podróż bez pieniędzy, a były dowody, że markiz nie miał przy sobie nie więcej nad tysiąc franków, połowę z tego w złocie portugalskiem, które wygrał w wista przed obiadem. Podejrzywano fałszerstwo. Bynajmniej. Najdoświadczeńsi biegli uznali, że list pisany był przez Jerzego Croisenois.
Wyprawiono dwóch ajentów do Kairu; ale ani tam, ani po drodze nikt nie widział człowieka, którego szukano. Od owego czasu nie było żadnego śladu...
Doktor mówił powoli i z wyraźnie obliczonym naciskiem; ale hrabina była jak ze spiżu.
[100] — Jak to? zawołała, gdy się zatrzymał, to już koniec?
Hortebize wzrokiem szukał wzroku hrabiny i dopiero spotkawszy się z nim, odpowiedział:
— Może i nie. Wczoraj rano pewien jegomość przyszedł do mnie i powiedział że pani, pani hrabina, wie co się stało z markizem Jerzym Croisenois.
Najsilniejszy mężczyzna, nigdy nie będzie posiadać takiej siły oporu jak kobieta.
Mężczyzna, choćby najmocniej zahartowany, zatwardziały i bezwstydny, zawsze coś ujawni ze swych zamiarów tam, gdzie kobieta, poczytywana za niedoświadczoną, osłoni tajemnicę swych tortur uśmiechniętą twarzą.
W umiejętności udawania młoda dziewczyna pobije najwytrawniejszego dyplomatę, chociażby ten łączył w sobie geniusz i przebiegłość Talleyranda i Fouché.
Gdy męzczyznamężczyzna, przytłoczony niezbitymi dowodami, pada na kolana, kobieta jeszcze rwie się do walki.
Bóg powiedział Kainowi: „Coś zrobił z bratem swym Ablem?“ i Kain osłupiał. Kobieta na jego miejscu jeszczeby rozumowała, zaprzeczała, dowodziła.
Na same nazwisko Montlouis pan Mussidan zbladł, i zachwiał się, jakby od uderzenia maczugi.
A w obec tak formalnego obwinienia doktora, hrabina wybuchła śmiechem donośnym, pełnym, dźwięcznym, który przez całą minutę, zdawało się, że nie dozwala jej odpowiedzieć.
— Ach! doktorze, zawołała wreszcie, opowiadasz mi pan dzieje z tamtego świata. Wyznaję, że doskonała jest ta historia nieznajomego, który chce dowieść, iż ja wiem to, czego nie wie nawet policja, i który sądzi, że jestem w stanie powiedzieć, co się stało z Jerzym Croisenois. To musi być lunatyk, doktorze, trzeba byś mu udzielił rady lekarskiej.
[101] Ale i doktor także, gdy się zaweźmie, potrafi zdobyć się na odpowiedź i wcale nie źle gra swoją rolkę.
Wcale nie okazując zdziwienia, ani tego, by go zbiła z tropu wesołość hrabiny, doktor przybrał minę zachwyconą i odetchnął głośno, jakby się pozbył ogromnego ciężaru.
— Bogu niech będą dzięki! zawołał, oszukano mnie.
Wypowiedział to dziękczynienie tak naturalnie, z wyrazem tak naiwnej dobrej wiary, iż hrabina złapała się na to.
— W każdym razie, rzekła, chciałabym wiedzieć, cóż to za niefortunny żartowniś utrzymuje, iż jestem tak dobrze poinformowaną.
— Do czego? odpowiedział Hortebize; zrobił on sobie ze mnie igraszkę, naraził mię pani, tego dość. Jutro jeżeli się pokaże, służący mój przyjmie go należycie. Nawet, gdybym słuchał głosu mego oburzenia, to zaskarżyłbym go.
— Cóż znowu, doktorze?... skarga!... Znaczyłoby to nadawać błahostce rozgłos na jaki nie zasłużyła. Powiedz mi pan tylko nazwisko twej tajemniczej osoby. Czy ja znam ją?
— Nie możesz jej pani znać, zadaleko stoi ona od pani. Nazwisko nic pani nie wyjaśni. Jestto człeczyna, którego niegdyś leczyłem, zdaje mi się, jeżeli nie myli mię pamięć, pisarz od komornika, powszechnie zwany ojciec Tantaine.
— Tantaine?
— Musi to być przezwisko. Jestto istota najnikczemniejsza, rodzaj filozofa cynika, któremu nie brak inteligencji i to właśnie przestrasza mię. Powiedziałem sobie, że nie przychodzi do mnie z własnego popędu, że musi być narzędziem ludzi tem niebezpieczniejszych, że nie podobna będzie dojść aż do nich.
Hrabina znalazła, że doktor uspakaja się zanadto prędko i zbyt stanowczo.
[102] Mówiłeś mi, doktorze, o pogróżkach, niezbitych dowodach, skrytej jakiejś potędze...
— Tak jest, pani hrabino, według słów Tantaine. Stary ten nikczemnik powiedział mi: „Pani Mussidan wie co się stało z markizem Jerzym, dla mnie rzecz ta wypływa jasno z listów, które otrzymała tak od samego pana Croisenois, jak i od księcia Champdoce.“
Teraz cios dosięgnął hrabiny.
Zerwała się odrazu, jakby poruszona niewidzialną sprężyną, zbladła, oczy jej rozszerzyły się, usta drgały.
— Moje listy!... zawołała dzikim głosem.
Prawdziwą litość mógł wzbudzić w tej chwili Hortebize, tak był wzruszony i przerażony wrażeniem jakie wywołał.
— Tak jest, listy pani, odrzekł z widocznem wahaniem; ten łotr Tantaine utrzymuje, że ma je w ręku.
Pani Mussidan krzyknęła przeraźliwie, krzykiem lwicy, której wydarto lwięta.
— Ach! nędznik!...
I natychmiast, zapominając o swej wyniosłej obojętności, nie myśląc o doktorze, wybiegła z salonu. Na schodach słychać było odgłos jej szybkich kroków i szelest jedwabnej sukni.
Opuszczony doktor wstał.
— Szukaj... szepnął z cynicznym uśmiechem, szukaj!... przekonasz się, że ptaszki odleciały.
Przybliżył się ku okno i machinalnie począł bębnić palcami w szybę.
— Powiedziano jest, pomyślał, że Mascarot nigdy się nie myli. Jak nie uwielbiać jego piekielnej domyślności, jego logiki nieubłaganej! Z najbłahszej okoliczności odgaduje on całą sprawę, wyprowadza z niej wszystkie wyniki, jak uczony, widząc liść zagnany wiatrem pod swe nogi, umie powiedzieć jakie drzewo go wydało, opisać jego ziarno, kwiat i owoc. O! gdyby zdumiewające zdolności swe, swą odwagę nieustraszoną za[103]stosował był do jakiego celu szlachetnego i wielkiego!...
Przy tych myślach zasępiło mu się czoło i wielkiemi krokami począł chodzić po salonie, prowadząc dalej swój monolog.
— Ale nie! w tej chwili Baptysta jest na górze, zajęty dręczeniem hrabiego Mussidan, tak jak ja tu dręczę hrabinę. To rzemiosło!... I trwa to już dwadzieścia pięć lat. O! bywają dnie, w których znajduję, iż za drogo płacę za dobre jadło i wesołe życie!... Nie licząc tego, że...
Począł kręcić medalion w palcach i dodał:
— Nie licząc tego, że możemy znaleźć mistrzów, przegrać sprawę, a wtedy... jaki koniec!
Przerwał sobie, gdyż weszła hrabina.
Włosy roztrzepane, drzeniedrżenie nią wstrząsające, bladość, wzrok nieruchomy, jakby osłupiały, wszystko zdradzało przerażenie i okropny nieład w myślach.
— Okradziono mię!... zawołała na progu.
Pomieszanie jej było tak wielkie, iż mówiła bardzo głośno, zapominając, że salon był otwarty i że lokaje w przedpokoju wszystko mogli słyszeć.
Na szczęście doktor nigdy nie traci głowy. Teraz ze swobodą aktora, poprawiającego zaniedbanie dostarczyciela teatralnych rekwizytów, poszedł i zamknął drzwi.
— Co pani skradziono? zapytał.
— Moje listy.
Padła raczej aniżeli usiadła na kozetce i głosem urywanym, świadczącym o bliskiem wielkiem niebezpieczeństwie, mówiła dalej:
— A jednak listy te znajdowały się w żelaznej skrzynce z sekretnym zamkiem, a skrzynka umieszczona była w szufladzie, od której klucz noszę zawsze przy sobie. I ani śladu złodzieja!..
Hortebize znowu przybrał zmieszaną minę.
— Miałżeby Tantaine powiedzieć prawdę? zapytał.
[104] — Prawdę, odrzekła hrabina. Tak jest, są ludzie, których teraz jestem niewolnicą, którzy mogą giąć moją wolę jak pręt wierzbowy, którzy są panami mego życia, jak gdyby trzymali mi nóż przy gardle.
Zakryła twarz rękami, jakby w poczuciu resztek dumy chciała ukryć widok swej rozpaczy.
— Więc listy te są tak kompromitujące? zapytał doktor.
— Jestem zgubiona.
Widząc doktora, możnaby przypuszczać, iż łamie sobie głowę, szukając wyjścia z trudnego położenia.
— O! bardzo byłam przedtem występną, mówiła dalej hrabina, bardzo byłam nierozsądną. Niestety zupełnie nie znałam życia. Nienawidziłam i — szał mię opanował. Biedna, nieszczęśliwa... Teraz przeciw mnie zwraca się broń, którą przygotowałam dla mojej zemsty. Wykopałam przepaść, w nadziei rzucenia tam moich nieprzyjaciół — i sama w nią się staczam!...
Zacny Hortebize nie przerywał. Hrabina znajdowała się w chwili rozpaczliwego przesilenia, gdy wszystko co się ukrywa w głębi duszy na jaw wychodzi, jak morska trawa podczas burzy.
— Wolałabym umrzeć, mówiła; tak jest, raczej umrzeć, aniżeli widzieć te listy w ręku hrabiego Mussidan. Biedny Oktawiusz! Czyż jeszcze nie dość cierpiał przeze mnie!... O!... za późno poznałam go! A jednak tem właśnie grożą mi! czy tak doktorze? Pokażą mu te fatalne listy, jeżeli nie przystanę na pewne warunki. Chcą pieniędzy, prawda? dużo pieniędzy... ile?...
Doktor potrząsł głową.
— Nie? zapytała hrabina, nie pieniędzy wymagają?... Więc czegoż? O! nie pozostawiaj mię pan w tym śmiertelnym niepokoju, mów czego odemnie żądają?
Hortebize przyznaje, iż gdy jest sam wobec swego sumienia, to przychodzą mu przykre myśli, [105]przyznaje, że gra grubo, a nawet, ponieważ nie jest z natury zły, ubolewa nad swemi ofiarami.
Ale gdy partja już rozpoczęta, zapomina o swym niepokoju; wtedy nic już nie jest w stanie rozczulić go i robi wszystko, co może, aby wygrać.
— To, czego żądają od pani, odpowiedział, jest stosownie do zapatrywania się, albo rzeczą wcale nie wielką, albo ogromną.
— Mów doktorze; mam dość siły.
— Fatalne te listy zwrócone będą pani w dniu, w którym panna Sabina poślubi brata Jerzego... markiza Henryka Croisenois.
Przerażenie hrabiny było tak wielkie, iż stanęła nieruchoma, jakby gromem rażona.
— Polecono mi powiedzieć pani, mówił dale doktor, iż będzie jej udzielony czas, jakiego pani żądać będziesz dla zmienienia projektów istniejących. Ale oto gdzie występuje cała szkarada: Kazano mi uprzedzić panią, iż gdyby panna Sabina poślubiła kogo innego, a nie markiza Croiseenois, listy pani oddane będą hrabiemu Mussidan.
Mówiąc to Hortebize badał, jakie wrażenie wywołają jego słowa.
Wrażenie to przeszło jego oczekiwania.
Hrabina wstała; ale tak się chwiała, iż zmuszoną była oprzeć się o gzyms kominka.
— Skończyło się więc! zawołała. To, czego odemnie żądają, nie jest w mojej mocy. Tem lepiej. Nie będę ani się niepokoić, ani walczyć. Odtąd los mój jest zdecydowany. Powiedz, doktorze, temu nędznikowi, który skradł moje listy, by je zaniósł hrabiemu.
Ton mowy hrabiny świadczył o postanowieniu tak nieodwołalnem, iż Hortebize nie wiedział co myśleć o tem.
— A więc prawdą jest, mówiła dalej hrabina, że istnieją nikczemni zbrodniarze, szkaradniejsi od morderców, prowadzący handel podchwyconą boleścią i żyjący z tego! Mówiono mi o nich, ale [106]nie chciałam temu wierzyć. Sądziłam, że tacy ludzie są niezdrowym porodem romansopisarzy, którym brakuje pomysłów. Myliłam się. Ale niech się przed czasem nie radują nikczemnicy, myślący, iż jestem w ich mocy. Nie odniosą korzyści ze swego bezeceństwa. Jest schronienie, gdzie nie zdołają mię dosięgnąć.
— Pani... błagał doktor, pani hrabino!...
Ale błagał napróżno.
Hrabina nie była w stanie słuchać go, nawet słyszeć.
Mówiła dalej ze wzrastającą gwałtownością, roznamiętniając się przypomnieniem zniesionych cierpień.
— Czy nędznicy ci sądzą, iż obawiam się śmierci? O! wiele już lat błagam Boga karzącego mię, jak o łaskę, o spokój i ciszę grobu. To pana dziwi, nieprawdaż, że mówię to ja, ja, która byłam piękną, uwielbiana Dianą Sauvebourg, hrabiną Mussidan. Oto, jak świat sądzi!.. Dawniej, w chwilach najświetniejszych moich balów, gdy wszyscy zazdrościli memu szczęściu, ja doznawałam najokropniejszych udręczeń, znosiłam wszystkie możebne męczarnie... Teraz najlepsze moje przyjaciółki, zastanawiając się nad mojem postępowaniem, zapytują, czy nie jestem szalona. Szalona!.. Dla czegoż nie jestem nią na prawdę! Nie domyślają się ci, których dziwi mój gorączkowy niepokój, moje życie hałaśliwe, nie poznają oni, że uciekam przed widmem przeszłości, wszędzie mię goniącem. Nie mogą nawet domyśleć się, że samotność mię przeraża, że chciałabym uciec sama przed sobą, że szukam zapomnienia. Nieszczęśliwa!.. powinnabym przecież wiedzieć, że wrzawa całego świata, nie zdoła zagłuszyć głosu sumienia!
Mówiła, jak kobieta gotowa do poświęcenia, która nie ma co już oszczędzać i niczego się już nie boi.
[107] Donośny jej głos rozlegał się po całym salonie.
A doktor drżał, gdyż tuż obok w przedpokoju słyszał kroki służących, nakrywających do stołu.
— Jak mogłam tak żyć? mówiła dalej hrabina. Żyłam, gdyż zawsze w pomroku przyszłości drgało małe światełko nadziei. Szłam ku temu wątłemu światłu, padałam, podnosiłam się rozbita i szłam znowu... Dziś wszakże znikła wszelka nadzieja. Widzę tylko ciemności. O! nie zabraknie mi siły do przerwania wątku nieubłaganych myśli. Dziś po raz pierwszy Diana Musidan spać będzie spokojnie, bez snów!..
Hrabina uniesiona była do tego stopnia, iż doktor z przerażeniem zapytywał sam siebie, jak powstrzymać ten wybuch, którego nie przewidział.
Donośny głos jej, mógł sprowadzić służących, a nawet hrabiego, który w tej chwili był pod nożem Mascarota.
Cóż w tedy będzie? Zmowa zostanie odkryta i wszystko przepadnie.
Widząc, że pani Mussidan zamierza wyjść i że próżne słowa nie zdołają jej powstrzymać, doktor ośmielił się pochwycić ją za ręce i siłą prawie usadowił na kozetce.
— Pani! na miłość boską! powiedział swoim najsłodszym głosem, w imieniu swej córki, racz mię wysłuchać. Niech pani tak się nie unosi! Czyż byłbym tu, czyż podjąłbym się tej roli pośrednika nędzników, którymi brzydzę się, gdybym sądził, że wszystko już stracone? Pozostaje pani moje przywiązanie; a jest to przywiązanie człowieka serca i doświadczonego. Czyż nie moglibyśmy walczyć razem, zakląć burzę?
Doktor mówił długo, przekonywająco, wysilając się teraz na uspokojenie hrabiny, jak przed chwilą wysilał się na wykazanie jej ogromu niebezpieczeństwa.
[108] Hortebize jest lekarzem. Umie on, zdecydowawszy się na nieodzowną operację, łagodzić ból rany zabliźniać ją.
Tu miał przynajmniej tę pociechę, iż szybko przekonał się, że trud jego nie był stracony.
Pod wpływem tej wymowy łagodzącej, która jak krople wody spadała na rozpacz, pani Mussidan uczuła jakby odrętwienie.
Opanowała ją niemoc, następująca zwykle po wielkiem przesileniu, gdy nerwy, dotąd tak naciągnięte, iż omal się nie zerwą, raptem zwolnieją.
Po upływie kwadransa, dzięki cudom zręczności, doktor doprowadził ją do tego, iż poczęła zastanawiać się nad swem położeniem.
Wtedy dopiero odetchnął i obtarł sobie czoło.
— To szkaradne, powtarzała hrabina, ohydne!
— Bez wątpienia. Ale rozpatrzmy sam fakt. Czy masz pani co do zarzucenia markizowi Croisenois osobiście?
— Nic nie mam.
— Jest z dobrego domu, lubiony, szanowany, bardzo przystojny, ma zaledwie trzydzieści cztery lata, gdyż młodszy jest od swego brata o lat piętnaście... czyż nie dobra to partja?
— Tak, ale...
— Szalał? któż z młodych nie szalał? Mówią, że jest zadłużony, zrujnowany. To fałsz; w każdym razie panna Sabina jest bogata za dwoje. (Więcej powieści É. Gaboriau bezpłatnie do pobrania na Wikiźródłach). Zresztą Jerzy Croisenois pozostawił znaczny majątek, podobno dwa miliony; niepodobna, by Henryk, prędzej lub później, nie dostał spadku po bracie.
Pani Mussidan zanadto była jeszcze pod wrażeniem strasznych wzruszeń, by mogła stawić doktorowi zarzuty. Niesłychanie wysiliwszy się zaledwie zdołała zebrać swe pomącone myśli.
— Choćbym powiedziała: tak — to i to na nic nie zda się. Hrabia Mussidan postanowił, że Sabina [109]będzie żoną pana Breulh-Faverlay. Ja nie jestem tu panią.
— Pani wszystko może zrobić ze swym mężem i gdybyś tylko pani chciała..
Hrabina smutno potrząsła głową.
— Dawniej, rzekła, było tak, to prawda; panowałam samowładnie nad sercem i umysłem Oktawiusza, rozrządzałam jego wolą. Wtedy kochał mię. Ale później!... czyż nie powiedziałam panu, żem była szalona. Zaniedbałam miłość potężną, która zdawała się być wieczną. Wszelki powrót zrobiłam niemożebnym, a teraz...
Zatrzymała się, jakby zawstydzona tem co ma powiedzieć, po chwili dodała:
— Teraz jestem zupełnie obcą dla pana Mussidan. I uskarżać się na to nie mogę sama tego chciałam... on jest sprawiedliwy i dobry.
— Zawsze możnaby spróbować, zyskać na czasie...
— SprobujęSpróbuję, doktorze. Ale Sabina!... któż może wiedzieć, czy Sabina nie kocha pana Breulh?
— O, pani!... pani!... matka ma zawsze taki wpływ...
Gwałtownym ruchem hrabina pochwyciła rękę doktora i ściskając ją bardzo silnie, rzekła głuchym głosem:
— Czyż mam panu opisywać całą głębię mojej niedoli? Jestem obcą dla mego męża. Ale moja córka, to co innego: ona pogardza mną, nienawidzi mnie...
| . |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
. |
.
|
Wielu ludzi jest zdania, iż życie można z łatwością podzielić na dwie różne części.
Jedną poświęcić zabawom, zadowoleniu wszystkich fantazyj; a potem, gdy popiół czasu przysypie ogień namiętności, część drugą poświęcić wypoczynkowi, czystym radościom rodzinnym.
To rzecz niemożebna.
Według tego jaką była młodość, starość bywa wynagrodzeniem, lub pokutą.
[110] W życiu nie dostrzega się to z należytą jasnością. Tyle bywa szczęścia kłamliwego!
Hrabina Mussidan pokutowała.
Ale doktor Hortebize nie miał czasu zapuszczać się w takie rozmyślania; czas naglił, lada chwila mógł nadejść hrabia; w każdym razie mógł ukazać się lokaj, z oznajmieniem, iż podano do stołu.
Zaniechał więc na teraz wszelkich wypytywań i zajął się tylko uspokojeniem hrabiny, przedstawianiem, iż przeraża się tylko urojeniami, że nie może być obcą dla męża, że córka nie może jej nienawidzieć.
Był nawet tak wymowny, tak przekonywający, tak zręcznie rozwinął ile to można oczekiwać od jego poświęcenia, że promyk nadziei zabłysnął w duszy biednej kobiety.
— Ach! doktorze, powiedziała wzruszonym głosem, tylko w chwilach nieszczęścia poznać można prawdziwych przyjaciół.
Hrabina złapała się, tak jak i p. Mussidan.
Poddawała się; po długim oporze, to prawda ale poddawała się.
— Przyrzekła, że zaraz od jutra zajmie się zerwaniem zobowiązań, i jak tylko miejsce będzie opróżnione, wysunie naprzód markiza Henryka Croisenois.
Czegóż więcej można było żądać?
W zamian za te obietnice doktor poprzysiągł, iż potrafi powstrzymać tego nędznika Tantaine’a, i wymódz na nim, iż będzie cierpliwy. Przyrzekł także, iż często będzie uwiadamiać jak rzeczy stoją...
Już przeszło dwie godziny znajdował się Hortebize u hrabiny. Wreszcie mógł odejść.
Był złamany. Tryumfy podobne nie odnoszą się bezkarnie. Nawet będąc wspólnikiem Mascarota, nie można przestać być człowiekiem.
Chociaż było bardzo zimno, powietrze jednak na dworze wydało się doktorowi niezmiernie przy[111]jemnem. Oddychał pełnemi piersiami, jak to zwykle bywa po dokonaniu ciężkiej roboty, albo gdy czujemy, iż szczęśliwie wybrnęliśmy z trudnej przeprawy.
Powoli poszedł ulica Matignon, przedmieściem Saint-Honoré i przybył do kawiarni, gdzie już raz czekał na wspólnika swego i gdzie umówili się zejść po wygranej bitwie.
Zacny stręczyciel był już tam.
Siedząc w kącie, przed nietkniętym kuflem, zatopiony w dziennik, którego nie czytał, Mascarot umierał z niecierpliwości, drżał przy każdem odemknięciu drzwi.
Tysiące przychodziło mu na myśl przypuszczeń, dlaczego Hortebize nie przybywa. Czy napotkał jaką nieprzewidzianą przeszkodę, owo niedostrzeżone ziarnko piasku wywracające najpotężniejsze kombinacje?...
Jak tylko doktor ukazał się, zapytał go nie bez pewnego drżenia w głosie:
— No i cóż?
— Zwycięztwo!.. odrzekł Hortebize.
I rzucił się na krzesło dodając:
— Och! twardo szło!...
VII.
Rozstawszy się z Mascarotem, odtąd swoim protektorem, Paweł Violaine krokiem niepewnym człowieka podchmielonego i przytrzymując się za poręcz, zstępował po schodach biura stręczeń.
Powodzenie tak nagłe, niespodziewane, które spadło na niego jak dachówka z dachu, zupełnie go upoiło; był jak w szale.
W jednej chwili, bez żadnych przejść, z położenia tak okropnego, iż idąc przez most, obłąkanem okiem spoglądał na Sekwanę, znalazł się w położeniu takiem, iż miał dwanaście tysięcy rocznie.
[112] Bo taką była owa cyfra fantastyczna, niesłychana, którą stręczyciel zabłysnął mu przed oczyma.
Wyraźnie powiedział: dwanaście tysięcy rocznie, tysiąc franków na miesiąc i gotów był wyliczyć pieniądze za pierwszy miesiąc.
Od tego można było oszaleć, i Paweł był prawie szalony.
Myśli miał do takiego stopnia zamącone, iż oprócz cudownego faktu nie widział nic; nie starał się bynajmniej zdać sobie sprawy z rozmaitych wydarzeń.
Nie. Owo dziwne następstwo wydarzeń znajdował on zupełnie naturalnem: I tego starego pisarza od komornika, ukazującego się w sam czas, aby mu pożyczyć pięćset franków, i tego stręczyciela, który tak dobrze jak on sam znał całe jego życie i który tak od razu, nie targując się, zaproponował mu pensję naczelnika sekcji w ministerstwie.
Jednak, znalazłszy się na ulicy, pod wpływem szczególnych wrażeń, Paweł nie pomyślał o tem, by biedz do hotelu Peruwiańskiego z wielką nowiną...
Róża zapewne czekała na niego; ale nie to mu było w głowie. Usprawiedliwiał on przepowiednię doktora Hortebize.
Po tym pierwszym przystępie radości, uczuł nie przepartą ochotę, do ruchu, naglącą potrzebę zrobienia jakiego wydatku, wywnętrzenia się ze swego uniesienia. Zdawało mu się, że radość jego będzie dwa razy większą, gdy będzie mógł opowiedzieć o swem szczęściu.
Ale dokąd iść o tym czasie? A nie miał przyjaciół, którychby mógł zmartwić swem powodzeniem.
Długo rozmyślając nad tem, przypomniał sobie wreszcie, iż w pierwszych dniach swej paryskiej nędzy, pożyczył był cokolwiek pieniędzy — o!.. bardzo nie wiele, — dwadzieścia franków, u pewnego znajomego jednych z nim lat, nazwiskiem [113]Andrzej, który zapewne nie był bogatszym od niego.
Pozostawała mu przeszło połowa z biletu bankowego starego pisarza od komornika; kilkanaście luidorów brzęczało w kieszeni, a czuł że rychło dostanie więcej... czyż nie była to dobra pora do uiszczenia się z długu, a z drugiej strony pyszna sposobność do popisania się ze swą niezmierną wyższością?
Na nieszczęście, ów znajomy mieszkał bardzo daleko, na samym końcu ulicy La Tour d’Auvergne.
Odległość ta cokolwiek przestraszała Pawła i wahał się. Ale wtem dostrzegł przejeżdżający próżny powóz. Wsiadł do niego i powiedział powożącemu adres, tonem człowieka nieprzywykłego do chodzenia piechotą.
Powóz ruszył, a Paweł począł rozmyślać o wspaniałomyślnym wierzycielu, do którego udawał się. Andrzej ten nie był jego przyjacielem, był zaledwie znajomym.
Paweł poznał go w jednej kawiarni przy bulwarze Clichy, gdzie bywał często z Różą, gdy przybywszy do Paryża mieszkał na Montmartre.
Do kawiarni tej uczęszczają najwięcej artyści: malarze, muzycy, aktorowie, dziennikarze, wszyscy wielcy ludzie w zarodku, gwałtownie rozprawiający i wypijający niezmierną ilość piwa.
Kawiarnia ta „pod Szpinetem“ otrzymała nazwę od umieszczonego w jednej sali na piętrze fortepianu, niefortunnego instrumentu, wystawionego na najcięższe próby, zwykle rozstrojonego, a którego jęki słychać było aż na środku ulicy.
Andrzej, według tego co wiedział o nim Paweł, nieznający nawet jego nazwiska, i który nigdy nie był u niego, Andrzej ten był artystą, miał nawet nie jedną cięciwę na swym łuku.
Był to naprzód rzeźbiarz-ornamentysta, to jest taki, który wykonywa za płacę dzienną, albo od sztuki, śmieszne często koncepta właścicieli do[114]mów, mających prawo przyozdabiać je, ale robiących źle, gdy każą lokatorom płacić za te ozdoby.
Jest to rzemiosło dość ciężkie. Najczęściej trzeba pracować na niezmiernych wysokościach, na rusztowaniach, drzącychdrżących przy najmniejszem poruszeniu; trzeba powierzać się deskom wązkim, albo chwiejącym się drabinom. Oprócz tego, z małemi wyjątkami, artysta taki naraża się na wszelkie zmiany powietrza, w zimie marznie, w lecie piecze się; za całą ochronę od deszczu ma tylko lichy dach. Rzemiosło to jest ciężkie — ale też i korzystne.
Andrzej musiał nieźle żyć ze swych figur i girland.
Tylko, że przez długie lata, to, co przybywało z jednej strony od dłuta i młotka, uchodziło drugą stroną na pędzle i farby.
Bo Andrzej był także malarzem; ale to dla swojej przyjemności, dla zadowolenia swej ambicji, aby być powolnym nieprzezwyciężonemu pociągowi.
Wiele studjował, wiele pracował u rozmaitych mistrzów; nakoniec pewnego dnia, czując się dość silnym, by dalej iść samemu, założył pracownię.
Od tej pory malarstwo nic go nie kosztowało. Dwa razy już dawał obrazy swe na wystawę i kupcy poczynali już pamiętać drogę do jego pomieszkania.
W kawiarni „pod Szpinetem“ wysoko poważano Andrzeja. Mówiono, iż w samej rzeczy ma on talent prawdziwy i szczególną oryginalność, i że zajdzie daleko, gdyż przy tem wszystkiem był z niego niezmordowany pracownik.
Paweł zaledwie dwadzieścia razy siedział przy jednym z nim stole, gdy pewnego wieczora, wychodząc razem, przyciśnięty nędzą, pożyczył u niego dwadzieścia franków, przyrzekając, że odda na drugi dzień.
[115] Ale na drugi dzień Paweł i Róża znaleźli się w większej biedzie, aniżeli dniem przedtem; położenie ich coraz pogorszało się, potem przenieśli się na drugi brzeg Sekwany... Koniec końcem, Paweł od ośmiu miesięcy nie widział Andrzeja.
Fiakr zatrzymał się przy ulicy La Tour d’Auvergne przed domem pod nr...
Paweł wyskoczył na chodnik, rzucił dwa franki powożącemu i poszedł szeroką i bardzo czysto utrzymaną aleją ku domowi.
W głębi jej stała kobieta tłusta, świeża, czyściutka, w białym czepku i czyściła miedziany zamek u drzwi. Musiała to być odźwierna.
— Pan Andrzej? zapytał Paweł.
— Jest u siebie, panie, odpowiedziała stara kobieta z niezwykłą uprzejmością i nawet pewną dystynkcją, co rzadko bardzo napotyka się u odźwiernych. Pan Andrzej zawsze prawie siedzi w domu... o bo co do pracy, to niema sobie równego.
— Prosiłbym panią...
— A jaki porządny! mówiła dalej stara kobieta, a jaki oszczędny! Nie słyszałam, by choć jeden sous miał długu. Raz tylko widziałam go podchmielonego. A przytem żadnych znajomości... wyjąwszy pewnej młodej damy, która... od miesiąca... Trudno mi nawet było zobaczyć ją, z powodu woalu... Ale co mi tam do tego?... nieprawdaż?... Ja znajduję, że to dama bardzo przyzwoita, przychodzi zawsze ze służącą i zapewne z czasem...
— Do licha przerwał Paweł zniecierpliwiony, czy pokażesz mi przecież pani, gdzie jest pracownia pana Andrzeja?
Gwałtowne to przerwanie widocznie bardzo obraziło odźwierną.
— Czwarte piętro... drzwi na prawo, odpowiedziała sucho.
A podczas gdy Paweł szedł po schodach, mruczała:
[116] — Człowiek bez wychowania! przerywać tak kobiecie wiekowej!... Ale nic to, mój piękny chłopcze!... jeżeli kiedy jeszcze tu przyjdziesz, poznam cię — i nie znajdziesz pana Andrzeja w domu.
Paweł był już na czwartem piętrze.
Na środku drzwi, po prawej stronie, przybity był bilet wizytowy. Paweł przybliżył się i przeczytał „Andrzej.“
Nie widząc dzwonka, zapukał, a potem nadstawił uszu, jak to się zwykle robi w podobnych razach.
Wkrótce usłyszał kroki, potem szmer jakiegoś sprzętu, który przestawiano, potem skrzyp miedzianych kółek przesuwanych po drucie.
Wreszcie dźwięczny i młody głos odezwał się:
— Proszę wejść!
Protegowany Mascarota otworzył i wszedł.
Znajdował się w pracowni oświetlonej z góry, dość przestronnej, skromnej, ale czystej, aż do przesady prawie.
Szkice, rysunki, niedokończone obrazy zalegały wszystkie ściany. Na prawo stała bardzo niska sofa, przykryta tureckim dywanem. W głębi nad kominkiem wisiało zwierciadło w rzeźbionych ramach, które amator kupiłby nie targując się. Na lewo wznosiła się bardzo wielka sztaluga, ale zielone perkalowe firanki zakrywały obraz znajdujący się na niej; widać było tylko brzegi ramy wielkiej ceny.
Na środku pracowni, z paletrą na palcu i pędzlem w ręku, stał Andrzej.
Był to mezczyznamężczyzna słuszny, prześlicznie zbudowany, bardzo ciemnej cery, z włosami krótko przystrzyżonemi i brodą arystokratyczną miękką, kędzierzawą, starannie utrzymaną.
W porównaniu z Pawłem, Andrzej był brzydki.
Ale młody malarz miał to, czego właśnie brakowało protegowanemu Mascarota, a mianowicie jedną z tych wyrazistych fizjonomij, które się nie zapominają.
[117] Zresztą, widzieć go, znaczyło tyle co znać. Jego czoło, szerokie i dumne, usta dokładnie zarysowane, uśmiech, czarne oczy pełne ognia, odrazu świadczyły o naturze męskiej i prawej, o inteligencji, dobroci serca i energii woli.
Szczególnie zdziwiło to Pawła, że Andrzej, który widocznie zabierał się do malowania, gdyż miał pędzel i paletrę w ręku, nie był w zwykłym ubiorze do pracy.
Ubrany był nie bardzo według mody, ale nadzwyczaj starannie.
Ujrzawszy Pawła, Andrzej położył paletrę i poszedł ku niemu, szczerze wyciągając rękę.
— Co?... pan tu? zawołał sympatycznym swym głosem, co się z panem dzieje od czasu jak gdzieś zniknąłeś?
To przyjacielskie powitanie zażenowało cokolwiek protegowanego Mascarota.
— Doznałem zawodów, tak zaczął, tysiące miałem kłopotów...
— A Róża? przerwał mu Andrzej; spodziewam się, iż udzielisz mi pan o niej najlepszych wiadomości. Czy zawsze tak piękna?
— Zawsze, odrzekł Paweł nieco dotknięty; potem dodał prędko: pan nie będziesz mi miał za złe, iż zniknąłem na tak długo. Przyszedłem podziękować panu i oddać com dłużny.
Młody malarz obojętnie machnął ręką.
— Eh!... zawołał, z nas dwóch pan jeden tylko pamiętał o tej drobnostce. Pan nie robisz ze mną ceremonij, prawda? gdyby panu choć w najmniejszej rzeczy było trudnem...
Frazes ten nie miło zadźwięczał w uszach próżnego Pawła. Sądził, iż dopatruje w nim, pod udaną wspaniałomyślnością, zamiar upokorzenia go.
Nigdy nie mogła nadarzyć się lepsza sposobność do okazania swej wyższości.
— O! powiedział z miną niezmiernie zarozumiałą, wcale nie jest to trudnem dla mnie. Byłem dawniej, to prawda, w położeniu bardzo przy[118]krem, ale teraz mam posadę, przynoszącą mi dwanaście tysięcy franków.
Sądził, że cyfra ta zdziwi artystę, wyrwie mu okrzyk zazdrości; ale mylił się de takiego stopnia, iż uznał potrzebę dodania:
— W moim wieku to nieźle.
— Przepysznie. A co pan robisz, jeżeli można zapytać?
Zapytanie to wynikło z samych okoliczności. Ale ponieważ Paweł nie mógł odpowiedzieć na nie, sam bowiem nie wiedział jakie ma obowiązki, obraził się więc, jakby za obmyślaną obelgę.
— Pracuje, odrzekł prostując się.
Postawa jego, gdy to mówił, była tak szczególna, że Andrzej wydał się zdziwionym.
— Mnie, odpowiedział, rzadko się zdarza, bym nic nie robił.
— Tak jest, ale ja zmuszony jestem pracować więcej niż kto inny, bo nikt nie myśli o mojej przyszłości, żaden krewny, żaden protektor.
Niewdzięczny zapomniał o Mascarccie.
Nad ty ton jego zabawiał malarza.
— Ba odpowiedział, czy myślisz pan, że zarząd dobroczynności dostarcza protektorów swoim podrzutkom?
Paweł wytrzeszczył oczy.
— Jakto? zapytał, pan byłbyś...
— Jestem właśnie i nie robię z tego tajemnicy, będąc zdania, iż nie ma tu nad czem płakać wprawdzie, ale też nie ma czego rumienić się. Wszyscy moi koledzy wiedzą o tem, i dziwię się, że panu nie było to znanem. Ja jestem po prostu dzieckiem ze szpitalu Vendome, gdzie nawet, mówiąc nawiasem, musiałem pozostawić po sobie pamięć wielkiego urwisa.
— Pan P...
— Ja sam i prawdę powiedziawszy, nie doznaję z tego powodu najmniejszej zgryzoty. Zaraz to panu wytłumaczę. Do lat dwunastu byłem najszczęśliwszym chłopcem, siostra — nauczycielka [119]zachwycała się moją pamięcią. W dzień pracowałem w ogrodzie, ciągnącym się nad brzegiem Loary, wieczorami zabazgrywałem ogromną ilość papieru. Chciałem być malarzem. Niestety nie masz nic trwałego na świecie! Miałem dwanaście lat, gdy przełożona powzięła myśl umieszczenia mię w terminie u powroźnika.
Paweł usiadł na sofie i słuchając, skręcał sobie cygareto.
Już miał je zapalić, gdy Andrzej zatrzymał go, mówiąc:
— Wielką mi pan zrobisz przyjemność, gdy nie będziesz palić.
Nie bardzo zdając sobie sprawę z tego kaprysu, gdyż zwykle malarz sam wiele palił, Paweł rzucił precz zapałkę.
— Jestem posłuszny, odrzekł, ale żądam końca historji.
— O!... z chęcią, tem bardziej że nie długa. Rzemiosło powroźnika od razu mi się nie spodobało. Jak na dobitek, zaraz na drugi dzień, jeden niezgrabny robotnik wylał mi na rękę wiadro wody wrzącej i tak poparzył, że omal nie umarłem — i do tej pory mam ślady oparzenia.
— Mówiąc to, zasunął do góry prawy rękaw, i pokazał szeroką bliznę od łokcia do ramienia.
— Zniechęcony i oparzony, zaklinałem przełożoną, by mię kazała uczyć innego rzemiosła. Próżne błagania! Przełożona postanowiła, że będę powroźnikiem.
— To za surowo.
— Bardziej, aniżeli panu się zdaje. To też od owego dnia zrobiłem postanowienie uciec. A ponieważ aby uciec, trzeba było zebrać cokolwiek pieniędzy, stałem się więc najuleglejszym i najpilniejszym ze wszystkich uczniów. Po upływie roku, dzięki wielkiej wytrwałości i pracy, zaoszczędziłem, grosz po groszu, czterdzieści franków. Powiedziałem sobie, że tego dość, i jednego pięknego poranku kwietniowego, zaopatrzony w koszulę, [120]bluzę i parę trzewików na zmianę, poszedłem piechotą do Paryża.
— I miałeś pan wszystkiego trzynaście lat?
— Nawet mniej nieco. Tylko że mię niebo obdarzyło sporym zasobem tej rozumnej woli, którą głupcy nazywają uporem. Poprzysiągłem sobie, że będę malarzem...
— Jesteś nim pan...
— Ale nie bez trudu. O! widzę, jak gdyby to dziś było, oberżę, w której przespałem pierwszą noc po mojem przybyciu do Paryża; znajdowała się ona na samym końcu przedmieścia Saint-Jacques. Byłem tak zmęczony, iż spałem szesnaście godzin bez przerwy. Przebudziwszy się, naprzód zjadłem z wielkim apetytem śniadanie; potem, przekonawszy się, że fundusze moje strasznie zeszczuplały, powiedziałem sobie: „Trzeba, mój chłopcze, byś sobie znalazł natychmiast robotę.“
Uśmiech zaigrał na ustach Pawła.
Przypomniał on sobie pierwsze swe zawody, gdy przybył do Paryża; a jednak nie miał wówczas trzynastu lat, ale dwadzieścia dwa; nie czterdzieści franków posiadał, ale trzy tysiące.
— I pan spodziewałeś się znaleźć robotę? — zapytał.
— Nie, odpowiedział artysta, miałem więcej rozumu. Powiedziałem sobie, że aby coś umieć, trzeba się nauczyć, a bardzo pragnąłem zarobić cokolwiek, aby być w możności płacenia za naukę.
Paweł dla stu przyczyn nie wymówił, usłyszawszy to, ani słowa.
— Na szczęście, mówił Andrzej dalej, tuż przy mnie, gdym jadł śniadanie, siedział jakiś otyły męzczyznamężczyzna.
— Panie, powiedziałem do niego, niech pan spojrzy na mnie. Mam trzynaście lat, ale jestem silny jak chłopiec szesnastoletni, umiem czytać i pisać, jestem odważny, mam niezrównaną dobrą wolę co mam począć, by zarobić na życie?“
[121] Człowiek ten przypatrywał mi się z minutę i surowym głosem odpowiedział:
„— Idź jutro rano na Grève, znajdziesz tam może jakiego majstra mularskiego, który cię przyjmie.“
— Nazajutrz, od czwartej godziny rano, przechadzałem się koło Hôtel de Ville. Już dość długo kręciłem się wśród robotników, gdy wtem ujrzałem mego tłustego męzczyznęmężczyznę z dnia wczorajszego. On także mię dostrzegł i poszedł prosto ku mnie...
„— Powiem ci, mój chłopcze, powiedział, że podobasz mi się. Jestem przedsiębiorcą robót rzeźbiarskich — chcesz być u mnie w terminie?... Będziesz dopomagać ornamentystom, a oni nauczą cię rzemiosła...
Uczyć się rzeźbiarstwa! Zdało mi się, iż widzę otwarte niebo...
„— Rozumie się, że chcę,“ odpowiedziałem. Jak się rzekło, tak się stało. Zacny ten człowiek był to Jan Lantier, ojciec mego teraźniejszego majstra.
— Ale malarstwo?
— O!... malarstwo dopiero później nastąpiło. Należało zacząć od pewnego wykształcenia się. Będąc w terminie bardzo pracowałem; uczęszczałem do szkoły wieczornej, uczyłem się rysunku, kupowałem książki, a w niedzielę... opłacałem nauczyciela, który mnie samemu dawał lekcję.
— Opłacałeś pan ze swoich oszczędności?
— Tak jest. Nie mało lat upłynęło, nim sobie pozwoliłem wypić szklankę piwa... Sześć sous?... do licha — to suma! Nakoniec nadszedł czas, gdy już zarabiałem ośmdziesiąt albo i sto franków tygodniowo, tak jak i koledzy; wtedy wziąłem się do malarstwa; złe czasy przeminęły...
— I nigdy nie chciało się panu powrócić do Vendome?
— Owszem ale wrócę tam, gdy będę w [122]możności przeznaczyć dochód pięciuset franków jakiemu dzieciakowi, tak jak ja opuszczonemu.
Gdyby Andrzej, znając Pawła, zechciał umyślnie go urazić i zakrwawić rany jego chorobliwej próżności, nie potrzebowałby wyrażać się inaczej.
Każden jego frazes uderzał w serce protegowanego Mascarota, boleśniej aniżeli dłoń w policzek.
PojwowałPojmował jednak Paweł, że najprostsza grzeczność nakazuje mu zdobyć się na jakiś frazes podchlebny.
Zadał sobie gwałt i powiedział:
— Kto ma taki talent jak pan, ten nie potrzebuje nikogo.
I jakby chcąc stwierdzić ta zdanie, wstał i począł oglądać pracownię.
Pozornie, przypatrywał się szkicom.
W rzeczywistości zaś, pociągnął go ku sobie ów obraz, w ramach na sztaludze stojący, tuż naprzeciw i zasłonięty firanką.
Obraz ten wzbudzał w nim ciekawość.
Podczas gdy rozwijało się opowiadanie Andrzeja, tak go drażniące i upokarzające, Paweł nie mógł oderwać wzroku od tego płótna, tak starannie osłoniętego.
Rozmyślał, a mnóstwo szczegółów, zrazu nie dopatrzonych, żywo stanęło mu w myślach; zdawało mu się, iż zachodzi między temi szczegółami bliski stosunek.
Naprzód przypomniał sobie uwagi pani Poileveu, dyskretnej odźwiernej, o owej damie zakwefionej, która w towarzystwie służącej czasami odwidzała malarza.
Powtóre, gdy zapukał do drzwi, czyż nie kazano mu czekać? czyż nie słyszał jak coś porządkowano i przesuwano firanki?
A dalej — do czego ten ubiór staranny?
Nakoniec — z jakiego powodu Andrzej prosił go, by nie palił cygareta?
[123] Ze wszystkiego tego Paweł wywnioskował, że młody malarz dziś właśnie spodziewał się tajemniczych odwiedzin, i że ten obraz był portretem zakwefionej damy.
Od tego, do chęci podniesienia firanki, — czy Andrzej zgodzi się na to, czy nie — był jeden krok tylko.
To też, zatrzymując się i unosząc nad szkicami, powtarzając: „Bardzo pięknie!“ albo: „Ach! jakie to trafne!“ Paweł manewrował w ten sposób, iż powoli przybliżył się do sztalugi.
Gdy już stanął przy niej, nagle wyciągnął rękę i zapytał:
— A to co? Zapewne perła pracowni?
Ale Andrzej, jeżeli nie miał nieufności żadnej, to nie był także pozbawiony i przebiegłości; zauważył on taktykę Pawła i odgadł jego zamiary. Dotknięty w swej delikatności, nie chciał nic mówić, z obawy, iż może mylnie przypuszcza, ale miał się na ostrożności.
A zatem w tej samej chwili, gdy Paweł wyciągał rękę, Andrzej jeszcze szybciej od niego wyciągnął swoją i zatrzymał go, mówiąc:
— Jeżeli zakrywam ten obraz, to znaczy, iż niechcę by go kto widział.
— Ach!... przepraszam! rzekł Paweł.
Starał się w żart obrócić tę niedyskrecję; ale w duszy był bardzo urażony tonem artysty, który wydał się mu śmiesznym.
— A!... to tak!... pomyślał; no, to przedłużę moją wizytę i jeżeli nie udało mi się widzieć portretu, to przynajmniej zobaczę oryginał.
Zrobiwszy to szlachetne postanowienie, rzucił się w wielki fotel skórą wybity, umieszczony koło stołu i rozpoczął długie opowiadanie, postanowiwszy nie zwracać uwagi na niespokojność Andrzeja, który co chwila spoglądał na zegarek i był jak na szpilkach.
[124] Mówił i mówił bez końca, tem bardziej ożywiając się, iż prawie tuż pod ręką dostrzegł fotografie, przedstawiającą młodą kobietę.
Korzystając z roztargnienia Andrzeja, wziął ją, popatrzył czas jakiś, potem powiedział:
— A!... śliczna osoba!
Usłyszawszy to, malarz poczerwieniał jak ogień, usta mu drgnęły i z niesłychaną gwałtownością wyrwawszy fotografię z rąk Pawła, włożył ją w książkę.
Nagły ten ruch tak wymownie zdradzał ogromny gniew, że protegowany Mascarota wstał bardzo wzruszony. Najmniej minutę dwaj młodzi ludzie stali naprzeciw siebie w milczeniu, mierząc się wzrokiem jak dwaj śmiertelni nieprzyjaciele.
Zaledwie byli sobie znani; wypadek, który ich zbliżył, miał teraz rozłączyć; a jednak każden z nich przeczuwał niejasno, że będzie mieć na drugiego wpływ decydujący w życiu.
Andrzej, umiejący lepiej panować nad sobą, pierwszy się opamiętał.
— Przepraszam pana, powiedział, sam źle robię, iż kładę na wierzchu przedmioty, które powinny być starannie przechowane.
Paweł uchylił się, jako człowiek przyjmujący to wyjaśnienie; malarz dodał:
— Ufność ta pochodzi ztąd, iż przywykłem przyjmować u siebie tylko przyjaciół. Dziś zdarzył się wyjątek nieprzewidziany...
Ruchem Paweł przerwał artyście:
— Wierz mi pan, powiedział tonem, który chciał uczynić obrażającym, że bez wielkiej konieczności, wiadomej panu, nie ośmielilbym się przychodzić do pana.
To rzekłszy wykręcił się na piętach i wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Eh!... idź do wszystkich djabłów, niedyskretny głupcze, mruknął Andrzej; bo przecież byłbym sam zmuszony wyrzucić cię za drzwi.
Paweł strasznie zagniewany opuścił pracownię.
[125] Przyszedłszy z pięknym projektem upokorzenia swego znajomego, popisywaniem się ze swą podejrzaną pomyślnością, odchodził sam upokorzony.
Porównywając siebie z tym bohaterem woli, tak potężnym, a tak skromnym, czuł się małym, lichym, śmiesznym, prawie wstrętnym. I nienawidził Andrzeja za wszystkie szlachetne przymioty, które musiał mu przyznać; nienawidził śmiertelnie.
— Nic to, powiedział sam do siebie, postawię na swojem; zobaczę tę niewidzialną nieznajoma.
I nie zastanowiwszy się nad nikczemnością swego postępowania poszedł w poprzek ulicy i stanął naprzeciw domu, w którym mieszkał Andrzej.
Drżał od zimna, ale podobne liche charaktery znajdują szczególną przyjemność w takich drobnostkach, nie umiejąc na nic się zdobyć, gdy idzie o rzeczy ważniejsze.
Czekał już przeszło pół godziny, gdy wtem fiakr zatrzymał się przed domem Nr... Dwie kobiety wysiadły z niego; jedna bardzo młoda i dystyngowana; druga ubrana jak służąca porządnego domu.
Nie żenując się wcale, Paweł podszedł bliżej i pomimo gęstego woala z łatwością poznał tę, której widział fotografię przed chwilą.
— E powiedział sam do siebie, wole Różę, a na dowód tego idę prosto do niej. Zapłacimy panią Loupiasi opuścimy nazawsze ten przebrzydły hotel Peruwiański.
VIII.
Nie tylko sam protegowany Mascarota podpatrywał kobietę, która przyjechała do młodego malarza.
Usłyszawszy turkot powozu, pani Poileveu, najdyskretniejsza z odźwiernych, umieściła się we drzwiach na progu i utkwiła wzrok w młodą damę.
[126] Gdy obie kobiety weszły, zamiast usunąć się, by je przepuścić, pani Poileveu wyszła. Miała ona swój zamiar.
— Brzydka pogoda, prawda? powiedziała powożącemu. W zimie nie bardzo wygodnie siedzieć na koźle.
— Nie mów mi pani o tem, odpowiedział zapytany, nóg nie czuję od zimna.
— Pewno dwie te damy przyjechały zdaleka?
— Okropnie wziąłem je na Polach Elizejskich, koło alei Matignon.
— Tęgi kurs!
— A tęgi i cztery sous na piwo. To prawdziwe nieszczęście!... Nie mów mi pani o uczciwych kobietach!
— O!... uczciwych!...
— Za to ręczę. Inne dają więcej — znam się na tem.
I jednocześnie zadowolony tem, że przekonał o swej domyślności, zaciął konie i odjechał.
Pani Poileveu powróciła do swego pokoiku na pół zadowolona.
— Przynajmniej wiem, mruknęła, w jakiej dzielnicy mieszka księżniczka. Nie na wiele to się przyda, ale zawsze!... następny raz, zaofiaruję cokolwiek służącej, tak, coś z łakociów i wygada mi wszystko.
Złudną nadzieją pocieszała się pani Poileveu.
Służąca ta, całkiem oddana swej pani, była oburzona uporczywem wpatrywaniem się odźwiernej; poczytywała to za straszne zuchwastwozuchwasltwo.
Zagniewana odgrażała się, iż opowie wszystko panu Andrzejowi, który megerę tę nauczy respektu.
Ale na jedną myśl skargi, młoda dama tak się przeraziła, że stanęła i zwróciwszy się do służącej rzekła:
— Zabraniam ci to, Modesto, nie pozwalam ci mówić o tem ani słowa panu Andrzejowi.
[127] — Ależ, pani...
— Ts!.. Chcesz mi zrobić przykrość? No, idźmy, czeka na mnie.
Tak jest, była oczekiwana z rozkoszną niespokojnością, z niebiańską trwogą dwudziestoletnią.
Od samego wyjścia Pawła, Andrzej nie mógł usiedzieć na jednem miejscu: w każdej sekundzie widział całą wieczność. Drzwi od pracowni pozostawił otworem i każden raz, usłyszawszy szmer, wybiegł na schody.
Nakoniec rzeczywiście usłyszał szmer harmonijny jak niebiańska muzyka — szelest sukni ukochanej kobiety.
Pochyliwszy się na poręcz spojrzał na dół; to ona... tak jest... idzie na drugie piętro... nakoniec wchodzi do niego, do jego pracowni, od której zamknął za nią drzwi.
— Dzień dobry, Andrzeju, rzekła, podając mu rękę; widzisz pan jak jestem punktualna.
Blady ze wzruszenia, drżąc jak listek, Andrzej ze czcią przycisnął do ust podaną sobie rękę mówiąc:
— Panno Sabino!... O! jak pani dobra!... dziękuję!
Była to rzeczywiście Sabina, jedyna dziedziczka starożytnego i dumnego rodu Mussidauów. Ona to znajdowała się u Andrzeja, podrzutka ze szpitala Vendome.
Ta sama Sabina, młoda dziewczyna z natury trwożliwa, wychowana w całym szacunku towarzyskiej konwencjonalności. Ona to narażała obecnie to, co poczytywała za rzeczy najdroższe w świecie: swój honor i reputację.
Ona to, przezwyciężając przesądy wychowania swego i rodu, ośmielała się przekroczyć straszliwą przepaść, oddzielającą salon przy ulicy Matignon od pracowni przy ulicy La Tours d’Auvergne.
Zdarzają się takie zuchwalstwa, które rozum [128]zaledwie przypuszcza, a które serce może wytłumaczyć z łatwością.
Sabina i Andrzej kochali się od dwóch lat.
Po raz pierwszy spotkali się w zamku Mussidan, znajdującym się w Poitou; tam złączył ich zbieg drobnych wypadków, które zawsze plątały i plątać będą wszystkie kombinacje ludzkiego rozumu.
— Człowiek obmyśla i układa projekta; ale ponad nim unosi się Opatrzność — głupcy nazywają to trafem — której przewidująca ręka układa i przysposabia wszystko dla spełnienia swych niedościgłych rozumowi zamiarów.
W końcu 1863 roku, Andrzej, którego zdrowie nadwerężył nieco nadmiar pracy, zamyślił trochę podróżować. Wtem Jan Lantier, jego pryncypał, zawezwał go jednego wieczora do siebie.
— Jeżeli pan chcesz, powiedział mu, wypocząć i zarazem zarobić trzysta lub czterysta frauków, to zdaje mi się, iż potrafię ułożyć to. Jeden z budowniczych żąda odemnie rzeźbiarza na prowincję, w okolicę przepyszną — czy chciałbyś pan podjąć się tam roboty?
— Propozycja ta była na rękę Andrzejowi, więc w końcu tygodnia puścił się w drogę, przyrzekając sobie, że dobrze się zabawi.
Wszystko poszło jak z płatka. W sam dzień przybycia do Mussidan, rozpatrzywszy się w robocie, dla której go wezwano, przekonał się, że ta będzie dla niego igraszką. Chodziło o wykonanie niektórych ozdób wzdłuż balkonu tylko co odrestaurowanego. Wszystko można było skończyć za kilkanaście dni.
Ale Andrzej nie spieszył. Okolica podobała mu się, znajdował wiele motywów do studjów, a zdrowie poprawiało się z każdym dniem.
A przytem, głównym powodem że się nie spieszył, do czego w połowie tylko przyznawał się przed sobą, było to, że dostrzegł w parku, jak cień między drzewami, przesuwającą się młodą [129]dziewczynę, której jedno spojrzenie sprawiło na niem wrażenie cudne, dotąd zupełnie mu nie znane.
Młodą tą dziewczyną była Sabina.
Z nadejściem upałów hrabia Mussidan wyjechał do Niemiec, hrabina przeniosła się do Luchon i znalazła najrozsądniejszem córkę swą wyprawić na kilka miesięcy do starego rodzinnego zamku, pod opiekę bardzo podeszłej krewnej, pani Chevauché, wdowy.
Historja dwojga młodych ludzi, prosta i naiwna, była zupełnie taka sama jak wszystkich, którzy byli młodzi i kochali.
Drobnostka dała pretekst do przemówienia kilku słów, które wymówili do siebie rumieniąc się.
Raz Sabina wyszła na balkon i z dziecinną radością poczęła przypatrywać się obrabianiu twardego kamienia przez Andrzeja.
Gdyby jej kto powiedział, że zajmuje ją więcej rzeźbiarz aniżeli rzeźba, to pewnoby zdziwił się tem głęboko. A jednak tak było.
Andrzej, chociaż nigdy w życiu swem nie był tak zmieszany, ośmielił się przemówić pierwszy. Rozmawiali długo i Sabina była zdziwiona podniosłością myśli tego młodego człowieka, który w przestronnej bluzie i miękkim pilśniowym kapeluszu wydał się jej zrazu nie więcej jak prostym rzemieślnikiem.
W nieświadomości swej i niedoświadczeniu Sabina nie była w stanie należycie określić uczucia, które w niej się przebudziło.
Andrzej nie łudził się.
Pewnego wieczora, po ścisłem zbadaniu swego sumienia, zmuszony był uchylić czoło przed rzeczywistością.
— Nie ma co mówić, mruknął, zakochałem się.
Potem promień rozumu oświetlił jego szaleństwo: zmierzył on nieprzebyte przeszkody oddzie[130]lające go od tej młodej dziewczyny z tak wielkiego domu i tak bogatej — i przeraził się.
— Trzeba uciekać! zawołał, uciekać prędko, bez dalszego namysłu, nie oglądając się; tu mi nie dobrze.
Mówi się to z najlepszą w świecie wiarą, robi się postanowienie, a potem... pozostaje się w miejscu. Tak też zrobił i Andrzej.
To prawda, że, jak wszędzie, tak i tu, traf zdawał się wmięszać.
Zamek Mussidan leży w dość znacznej odległości od ludniejszych punktów. By dojść do najbliższej wioski, przechodzić trzeba część lasu Bivron. Gdy Andrzej przybył do Mussidan, postanowiono zatem, że będzie się stołował w zamku.
Jadał sam, w godzinach, które sam sobie wybrał, w wielkiej sali; posługiwał zaś mu służący pani Chevauché.
Wkrótce odosobnienie takie Sabina znalazła w najwyższym stopniu niewłaściwem, poczytywała je za upokorzenie najniesłuszniejsze.
— Dia czego pan Andrzej nie jada z nami? zapytała ciotki. Wszak bezwątpienia ma on nierównie więcej ogłady, aniżeli wiele osób, które przyjmujemy.
Stara dama zgodziła się na to. Dziwnem się jej jednak wydawało przypuszczanie do swego stołu młodego człowieka, który wylazłszy na drabinę obrabiał kamienie za dzienną płacę; ale sama tak się nudziła!...
Bezzwłocznie zaproszony, Andrzej przyjął zaproszenie, a starej damie zdawało się, że spada ze swej wysokości, gdy w obiadową godzinę ujrzała wchodzącego gościa, który z obejścia się i zachowania poczytany być mógł za jakiegoś gentlemana, bawiącego na wsi.
— To nie do uwierzenia, mówiła idąc spać, do swej siostrzenicy, ten kamieniarz ma minę jakby jaki wielki pan. Wyraźnie nadchodzi koniec świata: nie masz żadnych przedziałów społecznych; [131]wszystko się pomięszało. Dążymy do chaosu; czas mi już umrzeć.
Pomimo to Andrzej umiał zjednać sobie względy wdowy, a ponieważ nie brakło mu sprytu, uzupełnił swe zwycięstwo, wymalowawszy jej portret, który jeżeli był podobny, to niemniej przeto był strasznie podchlebiony.
Od tej chwili, przypuszczony do poufałości, nie obawiając się już być urażonym, on, dotąd tak ostrożny, stał się wynurzającym i rozmownym.
Nawet jednego razu, namówiony przez panią Chevauché, opowiedział swoja historje, po prostu, tak jak opowiadał ją Pawłowi, tylko z większemi szczegółami.
Opowiadanie to rozpłomieniło wyobraźnię młodej dziewczyny, nie powiemy romansowej, gdyż byłoby to przesadą, ale pełnej rycerskości.
Sabinę zachwyciło to ciche i niewidzialne bohaterstwo, jedyne możebne i prawdziwe w naszych czasach. Zdumiała ją energia tego człowieka, który dziecięciem rzucony w straszliwy wir świata, umiał zająć w nim pewne stanowisko. Uwielbiała tę wielkość, geniusz, ambicję. Widziała w nim, i słusznie, ową istotę wyższą, o jakiej marzą młode dziewczęta.
Jednem słowem kochała go i ośmieliła się przyznać do tego przed sobą.
Czyż losy ich, pozornie tak różne, nie były w rzeczy samej jednakie?
Między ojcem i matką, którzy oboje z jednakowym wstrętem uciekali przed domowem ogniskiem, Sabina czuła się tak samo jak i Andrzej opuszczona.
W takiem położeniu dnie upływały im szybciej aniżeli sekundy.
Zapomnieni, że tak powiemy, przez cały świat, w głębi tego samotnego zamku byli wolni jak powietrze.
[132] Bo pani Chevauché bynajmniej im nie zawadzała.
Regularnie po obiedzie stara dama prosiła zawsze Andrzeja, by jej czytał gazetę i również regularnie przy dwudziestym lub trzydziestym wierszu, według tego jaka była pogoda, zasypiała głębokim snem, którego pod surową karą nie wolno była nikomu przerywać.
Wtedy Andrzej i Sabina wysuwali się na palcach, weseli i uśmiechnięci jak szkolarze, którzy zmylili czujność nauczyciela.
I szli na chybi-trafi. To wolnym krokiem przechadzali się po ogromnej alei pod cieniem stoletnich dębów, to biegali po słońcu pomiędzy skałami pod lasem Bivron.
To znowu, wsiadłszy do starej spróchniałej łodzi, którą Andrzej naprawił jak umiał, wypływali na nie wielką rzeczułkę, o brzegach umajonych liliami i sitowiem.
Tak upłynęły dwa miesiące, zachwycające, pełne uroku.
Dwa miesiące najczystszej i najwznioślejszej miłości, podczas kórych wszakże wyraz miłość nie przeszedł z serca do ust.
Walcząc długo przeciw namiętności, która, jak to czuł dotąd, była jego życiem, a która jednak nie miała wyjścia, Andrzej skończył na tem, iż nie chciał już zastanawiać się.
Zabronił sobie myśleć o przyszłości, jak suchotnik zabrania sobie myśleć o swej niemocy.
Przeczuwał uderzenie piorunu... ale czekając nań, co wieczór dziękował Bogu, iż mu jeszcze jeden dzień użyczył.
Nie, mówił sobie czasami, to za wielkie szczęście aby mogło być trwałem.
Nie było niem.
Zajęty myślami jak tu usprawiedliwić dłuższy swój pobyt w Mussidan, Andrzej, ukończywszy robotę, zamierzył obdarzyć stare zamczysko arcydziełem współczesnej sztuki.
[133] Postanowił starożytny balkon otoczyć kamienną girlandą powoju i dzikiego wina. Codziennie, gdy wszyscy jeszcze spali, pracował nad tem.
Pewnego poranku, gdy już miał udać się na robotę, stary sługa, który był przy nim od samego początku, oznajmił mu, że pani Chevauché prosi go do siebie.
— Pani kazała mi bym pana przyprowadził natychmiast, tak jak pan jesteś.
Złowrogie przeczucie, ostre jak sztylet, przeszyło serce artysty. Odgadł on, zrozumiał, że marzenia jego skończyły się i krokiem skazanego na śmierć poszedł za służącym.
W chwili gdy otwierał drzwi do salonu, w którym znajdowała się ciotka Sabiny, poczciwy sługa powiedział mu:
— Miej się pan na ostrożności... pani jest w takiem usposobieniu!... Nigdy nie widziałem jej taką od dnia w którym nieboszczyk mój pan... Zresztą, dość tego.
Rzeczywiście, stara dama była w strasznym gniewie i niezważając na swój reumatyzm szybko przechadzała się po salonie. Wysoki jej czepek zsunął się na jeden bok, a chodząc wymachiwała rękami i stukała w posadzkę laską z kruczym dziobem.
Ujrzawszy Andrzeja, nagle stanęła; głowę w tył wychyliła, wybierając postawę jak można najbardziej imponującą.
— Cóż to, mój kochany? zawołała głosem na pół męzkim, który mają zawsze w rezerwie dla wielkich okazyj kobiety ze starej arystokracji, jak mi donoszą, pozwalasz sobie kochać moją siostrzenicę? umizgać się do niej?...
Mówiła do niego „ty“... Ni mniej, ni więcej jak do parobka, sądząc, że tym sposobem lepiej mu da pojąć nikczemność jego stanowiska i swoją odwagę.
Andrzej, zrazu blady, poczerwieniał po same białka oczu.
[134] — Pani!... wybełkotał...
— Na cnotę mojej matki!... przerwała mu wdowa, czy nie myślisz zaprzeczać, gdy ci na twarz wystąpiła taka czerwoność, sama za ciebie świadcząca! Musisz być niezmiernie zuchwałym, aby śmieć podnieść oczy aż na pannę Sabinę Mussidan. Zkąd ci się wzięła ta impertynencja? Zapewne jest to skutek mojej wielkiej pobłażliwości! Czy miałeś zamiar uwieść ją, czy też zamyślałeś prosić o rękę?...
— Przysięgam pani, na mój honor!...
— Na twój honor!... Sądziłby kto, że to szlachcic!.... Boże święty!... gdyby nieboszczyk hrabia Chevauché żył jeszcze!... ostatnie tchnienie wydusiłby z ciebie pod kijami. Ja poprzestaje na tem, że cię wypędzam. Zabierz swoje narzędzia i wynoś się ztąd mój kochany — idź sobie gdzieindziej obciosywać kamienie.
Andrzej nie ruszał się, sam był jak kamienny; on, zwykle tak drażliwy, teraz zdawał się nie uważać w jak krzywdzący sposób postępowano z nim.
Widział tylko jedno — że go wypędzano, że nie zobaczy więcej Sabiny.
Mązka jego energia nie mogła ostać się przeciw takiemu ciosowi, najokropniejszemu, jaki mógł sobie wyobrazić i wybuchnął głośnem tkaniem jak dziecko.
Objaw tej boleści ogromnej był tak niespodziewany, tak okropny w tym męzczyzniemężczyznie, iż stara dama osłupiała.
Odwróciła się nagle i upłynęła przeszło minuta, nim była w stanie przemówić znowu.
— Byłam z panem surową, panie Andrzeju, powiedziała wreszcie. Mam na nieszczęście zanadto żywy charakter. To, co się stało, to z mojej winy, jak dał mi to poznać proboszcz z Bivron, który uprzedził mię niedawno, za co mu jestem wdzięczna. Ja tylko jedna niczego nie do[135]myślałam się, gdy wszyscy gadali już o panu i mojej siostrzenicy.
Andrzej zrobił poruszenie tak strasznej pogróżki, iż gdyby go widziało sześciuset mieszkańców Bivronu, to wszyscy by uciekli.
— O! zawołał, gdyby mi wpadł do rąk którykolwiek z tych nędzników!...
— No, no!... przerwała mu pani Chevauché, której to energiczne oburzenie spodobało się, czy nie myślisz pan uciąć wszystkie złe języki? Nic jeszcze złego nie stało się, a to rzecz główna; odjedź pan, zapomnij o mojej siostrzenicy.
Idź, zapomnij!... znaczyło to dla Andrzeja tyleż co „umrzyj!“
— Pani, tak zaczął tonem rozpaczy, wysłuchaj mię pani!... Jestem młody, mam odwagę!...
Rozpacz jego była tak wymowną, wzrok tak błagający, głos tak wzruszony, że stara dama, rozczulona, uczuła jak gorąca łza stoczyła się jej po pomarszczonej twarzy.
— Do czego mówisz mi pan to wszystko? zapytała. Czy Sabina jest moją córką? Wszystko co mogę uczynić, to że nie powiem nic ojcu mojej siostrzenicy o tej przygodzie. Boże wszechmocny! Gdyby Mussidan o tem wiedział! No, dość tego!... jestem tak wzruszona iż mogę stracić apetyt na dwa dni.
Andrzej wyszedł przytrzymując się ściany; zdawało mu się, że posadzka drży pod jego nogami jak pomost okrętowy. Myśli wirowały mu w głowie, jak suche liście podczas huraganu, w oczach ciemniało.
Ale w wielkim przedpokoju, przed salonem, uczuł, iż ktoś go bierze za rękę. Zrobił wysilenie, by zebrać myśli i spojrzał.
Nieruchoma i blada jak posąg marmurowy, stała przed nim Sabina.
— Wszystko słyszałam, panie Andrzeju, rzekła.
[136] — Wszystko się skończyło, odpowiedział Andrzej, wypędzają mię, odjeżdżam.
— Dokąd?...
— Sam nie wiem, odpowiedział z rozpaczliwą rezygnacją, będę posłuszny, oddalę się ztąd, a potem... pójdę, pójdę...
Czuł, że szał go opanowuje, chciał odejść; Sabina zatrzymała go.
— Więc pan rozpaczasz? zapytała.
Andrzej spojrzał na nią takim wzrokiem, iż przeraziła się i głuchym głosem odrzekł:
— Tak.
Nigdy Sabina nie była tak piękną. Oczy jej błyszczały ogniem najszlachetniejszej stanowczości, twarz miała wyraz szczytny.
— Gdyby jednak, tak zaczęła, gdybym wskazała panu, daleko... w przyszłości, nadzieję... cobyś pan zrobił wtedy?
— Co zrobiłbym zawołał Andrzej w uniesieniu — wszystko!... tak! wszystko co jest po ludzku możebnem dla człowieka uczciwego. Niech dokoła pani mnożą się przeszkody-ja je wywrócę, niech mi stawią najtrudniejsze warunki — ja je spełnię. Czy trzeba majątku? Ja go zarobię!... talentu?... świetnego nazwiska?... będę je mieć.
— Trzeba jeszcze czegoś innego, panie Andrzeju, o czem pan zapominasz — cierpliwości.
— Mam ją, pani; będę ją mieć! Czyż nie pojmujesz pani, że od jednego jej słowa mogę żyć trojakiem życiem szczęścia, oczekiwania i nadziei P...
Przy tych słowach panna Mussidan położyła rękę na ramieniu Andrzeja, a drugą podniosła do góry, biorąc niebo za świadka.
— W takim razie, rzekła, pracuj i miej nadzieję Andrzeju!... Gdyż przysięgam wobec Boga, iż będę twoją żoną, lub umrę. Jeżeli trzeba walki, to będę walczyć, bo ja cię...
Straszliwy łoskot w głębi przedpokoju przerwał jej mowę.
[137] Była to stara wdowa Chevauché, która laską swą z kruczym dziobem stukała wo drzwi z całej siły.
— Jeszcze tu!... krzyczała głosem donośnym jak trąba.
Andrzej uciekł, szczęściem upojony, unosząc w głębi duszy nadzieję, która sprawia, że cierpliwie znosimy wszelkie krzywdy rzeczywistości.
Co zaszło po jego odjeździe między panią Chevauché i jej siostrzenicą? Słudzy zauważyli, że po bardzo długiej rozmowie jedna i druga miała zaczerwienione oczy.
Być może, iż Sabinie udało się przejednać sobie starą wdowę. To pewna, że po śmierci, która nastąpiła w parę miesięcy po tej rozmowie, pani Chevauché zapisała cały swój majątek, wynoszący dwakroć stotysięcy liwrów, Sabinie.
Testamentem, bardzo dobrze ułożonym i nie ulegającym żadnemu zaprzeczeniu, zapewniła naprzód dochody z tej kwoty swojej siostrzenicy, a następnie cały kapitał, po dojściu do pełnoletności lub małżeństwie „zawartem za zgodą rodziców, lub też bez niej.“
Z powodu ostatniego tego zastrzeżenia powiedział p. Mussidan:
— Biedna nasza ciotka! w końcu życia straciła nieco głowę.
Nie, nie straciła. Sabina i Andrzej rozumieli to dobrze, opłakując śmierć zacnej kobiety, która ostatniem swem rozporządzeniem chciała przyjść im w pomoc.
Oboje byli wtedy w Paryżu; Andrzej podwajał swą energię, a Sabina dotrzymywała obietnic.
W Paryżu panna Mussidan była jeszcze swobodniejszą, aniżeli w głębi Poitou.
Dla doglądania swego postępowania miała tylko wierną swoją Modestę, oddaną jej, aż do zbrodni, gdyby tego było potrzeba.
[138] Sabina po powrocie, pozwoliła Andrzejowi pisywać do siebie i odpowiadała mu bardzo punktualnie.
Później przystała na to, że się widzieli parę razy. W końcu, ustępując żywym naleganiom, zgodziła się przyjść do pracowni, zawsze w towarzystwie Modesty.
Należy jednak dodać do tego, że nigdy monarchini, odwiedzająca swoich wiernych poddanych, nie była przedmiotem takiego pełnego szacunku uwielbienia, jakie otaczało Sabinę w skromnej pracowni artysty.
IX.
Potrzeba było aby panna Mussidan miała najzupełniejszą i bezwzględną pewność, że będzie szanowaną nieograniczenie, ażeby zdecydować się przyjść do Andrzeja.
Pewna swej potęgi, nikogo się nie obawiała.
Wchodząc do tej pracowni, musiała czuć się jakby u siebie, jak dziewica w swej świątyni, jeszcze pachnącej wczorajszem kadzidłem.
To też widząc tę jej prostotę, spokój, naturalność, nikt nie przypuszczałby, że naraża się na krok najniebezpieczniejszy dla młodej dziewczyny.
Podawszy rękę Andrzejowi, rozwiązała powoli wstążki swego kapelusza, oddała go Modeście i zapytała:
— Czy mi tak do twarzy, mój przyjacielu?
Namiętny wykrzyknik, którym artysta odpowiedział na to zapytanie, wywołał uśmiech na jej usta i dodała wesoło:
— To jest, chcę powiedzieć: czy wyglądam tak jak należy dla portretu?
Sabina Mussidan była piękną; ale porównywać jej piękność z pięknością Róży, jak to uczynił Paweł, byłoby niedorzecznością i obelgą.
[139] Zmysłowa piękność Róży mogła co najwięcej zachwycić zmysły tylko i rozniecić zachcianki libertyna.
Piękność Sabiny była z rodzaju tych, które po ciągają ku sobie idealnością i napawają rozkoszą, prawie niematerjalną tak głęboką.
Róża przykuwała ciało do ziemskiego błota; Sabina unosiła duszę do nieba.
Aby wydać zdanie o pannie Mussidan potrzeba było znać ją i poniekąd być jej godnym.
Dziewicza jej piękność nie była ani promienistą, ani oślepiającą. Wyraz łagodnej rezygnacji i powaga nieco wyniosła przycimniały jej blask. Mogła ona przejść niepostrzeżona, jak obraz Rafaela, kurzem pokryty w głębi jakiego wiejskiego kościoła.
Ale gdy się ją spostrzegło, nie można było nie zachwycić się tem dumnem czołem, uwieńczonem koroną włosów czarnych, miękkich i falistych, wielkiemi oczami łagodnemi, ustami cudnego rysunku, cerą tak przejrzystą, iż widać było żyłki pod skórą.
Dla swego portretu wybrała Sabina układ włosów, który oddawna już wyszedł z mody, ale w którym było jej nadzwyczaj pięknie i właśnie z powodu tego zaczesania, zapytała: „Czy mi tak do twarzy?“
— Niestety odpowiedział Andrzej, patrząc na panią uznaję moją bezsilność. Przed godziną, przypatrując się memu malowaniu, mówiłem sobie: Już wykończone. Teraz widzę, żem nic nie zrobił.
Odsunął firankę i portret Sabiny ukazał się w całem świetle.
Nie było to arcydzieło. Andrzej nie miał jeszcze dwudziestu czterech lat, a nim oddał się studjom, musiał zarabiać na chleb codzienny. Ale była to jedna z tych kompozycyj, nacechowanych potężną indywidualnością, których same błędy mają pewny wdzięk oryginalności, pociągający i uroczy.
[140] Sabina przez minutę stała nieruchoma przed obrazem, a potem tonem najszczerszego przekonania powiedziała:
— To piękne!
Młody malarz był zanadto zniechęcony, by uczuć tę pochwałę.
— Podobne, odpowiedział; ale fotografia, którą mi pani dałaś, także podobna. Nie byłem w stanie przelać na płótno odblasku duszy pani. To pospolita próba; zacznę na nowo, a wtedy...
Sabina przerwała mu ruchem.
— Nie zaczniesz pan na nowo, rzekła głosem łagodnym, ale stanowczym.
— Dla czego? zapytał zdziwiony malarz.
— Dla tego, mój przyjacialuprzyjacielu, że wyjąwszy, gdyby zaszło coś bardzo ważnego, dzisiejsza moja wizyta jest ostatnią.
Odpowiedź ta przeraziła Andrzeja.
— Ostatnią!... wybełkotał, cóżem pani zrobił, mój Boże! by mię karać tak okrutnie?
— Ja pana nie karzę, Andrzeju, odrzekła Sabina. Chciałeś mieć mój portret, uległam proźbom — nie żałuję tego. Ale teraz posłuchajmy głosu rozumu. Czyż nie pojmujesz pan, iż nie mogę ciągle narażać mego honoru, który jest twoją własnością? Czyś pomyślał o tem co świat powie, gdy dowie się, że przychodzę do ciebie, że przepędzam tu popołudnie?... odpowiadaj!
Nie odpowiedział nic, przytłoczony okropnym ciosem.
— A przytem, mówiła dalej panna Mussidan, cóż nam po tym portrecie, który trzeba ukrywać jak zły uczynek? Czy zapominasz pan, że od twego prędkiego powodzenia zależy nasza przyszłość, nasze... małżeństwo?
— O! nie!... pamiętam o tem!
— Więc pracuj dalej. Nie dość na tem, że ja powiem: „Nie zrobiłam pospolitego wyboru“, trzeba byś pan dowiódł tego swemi dziełami.
— Dowiodę!
[141] — Wierzę temu, mój najlepszy przyjacielu! jestem tego pewną. Ale przypomnij sobie nasz układ przed rokiem. Powiedziałam ci: Zostań sławnym, a wtedy proś śmiało o moją rękę pana Mussidan, mego ojca. Jeżeli ci odmówi, jeżeli moje prośby nie wzrusza go... ha! wtedy, wśród białego dnia wyjdę z pałacu Mussidan pod rękę z tobą. A po takim czynie...
— Masz pani słuszność, zawołał Andrzej. byłbym szalonym, gdybym poświęcał całą przyszłość za kilkodniowe szczęście, chociażby największe. Zresztą słyszeć panią, znaczy to, być jej powolnym.
Panna Mussidan usiadła w wielkim fotelu. Andrzej zajął miejsce koło niej na małym taborecie z rzeźbionego dębu.
— A więc zgoda, powiedziała ze słodkim uśmiechem, który napełnił nadzieją malarza, korzystajmy z czasu, by pomówić o naszych interesach, które zaniedbujemy, jak mi się zdaje, okropnie.
Ich interesa!... znaczyło to powodzenie Andrzeja.
Wszystko, co obchodziło młodego artystę, ze wszystkich propozycyj, jakie mu robiono, zwierzał się on swej przyjaciółce i potem poważnie naradzali się oboje.
— Otóż, tak zaczął Andrzej, jestem w niezmiernym kłopocie. Przedwczoraj ksieżęksiążę Crescenzi, znakomity amator, zwiedzał moją pracownię. Jeden z moich szkiców spodobał się mu i zamówił u mnie obraz, za który zapłaci sześć tysięcy franków.
— Ależ to bardzo pięknie!
— Tak jest. Na nieszczęście, książę chce mieć ten obraz jak najprędzej. Z drugiej znowu strony, Jan Lantier, przeciążony pracą, chce mi polecić wykonanie wszystkich ozdób ogromnego domu, który wybudował na Polach Elizejskich, bogaty przedsiębiorca, pan Gandelu; dobrałbym so[142]bie robotników i mógłbym zarobić siedm do ośm tysięcy franków.
— Więc o co idzie? Zaraz. Już dwa razy widziałem pana Gandelu wybrał rysunki i chce, bym się zabierał do roboty w przyszłym tygodniu. Dwóch rzeczy na raz podjąć się nie mogę. Trzeba zrobić wybór.
Sabina pomyślała chwilę, potem rzekła:
— Ja wybrałabym obraz.
— O!.. i ja także!.. tylko...
Panna Mussidan znała dokładnie stan interesów swego przyjaciela, by odgadnąć, zkąd pochodzi jego wahanie się.
— Ach! szepnęła, nie dość mię kochasz, jeżeli pamiętasz o tem, żem bogata? Czyż nasze zamiary nie ziściłyby się prędzej, gdybyś zechciał...
Andrzej zbladł.
— Czy chcesz pani, zapytał, zatruć mi myśl o naszej miłości?
Sabina westchnęła, ale już nie nalegała.
— A więc wybierzmy, odrzekła, budynek pana Gandelu.
Piąta godzina wybiła na zegarze znajdującym się w pracowni.
— Nim odejdę, dodała, muszę cię mój przyjacielu uwiadomić o tem co mi zagraża. Chcą wydać mię zamąż za pana Breulh-Faverlay.
— Tego miljonowego pana, co trzyma wyścigowe konie?
— Tego samego. Gdy się sprzeciwię żądaniu mego ojca, to wywoła wyjaśnienia, a ja tego nie chcę. Postanowiłam zatem wyznać całą prawdę panu Breulh. Znam go; to człowiek zacny — usunie się. Co myślisz o tym moim zamiarze?
— Niestety zawołał Andrzej zadumany, myślę, że jeżeli ten się usunie, to przybędzie drugi.
[143] — Być może!... i temu damy tak samo odprawę. Czyż nie powinnam i ja mieć także mój udział w trudnościach.
Ale trudności te przerażały artystę.
— Jakież to będzie życie pani, odrzekł, gdy zmuszoną będziesz opierać się naleganiom rodziny?
Sabina uważnie spojrzała na niego i powiedziała:
— Czyż ja o panu wątpię, Andrzeju?
Panna Mussidan była gotowa do wyjścia. Andrzej chciał sprowadzić jej powóz, ale nie przystała na to, mówiąc, że ona i Modesta umieją dobrze chodzić, i że zapewne po drodze spotkają jakiego fiakra.
Jak przy wejściu tak i teraz podała rękę Andrzejowi i wyszła mówiąc:
— Jutro zobaczę się z panem Breulh. Więc jutro, otrzymasz pan list.
Andrzej pozostał sam. Gdy panna Mussidan oddaliła się, zdało mu się, że jego życie razem z nią uchodzi.
Ale wrażenie to trwało niedługo. Nagłe przyszło mu natchnienie.
— Sabina, powiedział sam do siebie, poszła piechotą. Odemnie więc tylko zależy widzieć ją jeszcze kilka chwil. Wszak nie narażając jej mogę pójść za nią zdaleka.
W dziesięć sekund potem był już na ulicy.
Już się ściemniało; ale przy końcu ulicy La Tour d’Auvergne poznał, lub raczej odgadł, Sabinę i jej służącą.
— Zawsze to choć cokolwiek szczęścia, pomyślał i poszedł za niemi.
Szły prędko, ale rychło dopędził je, trzymając się w odległości dziesięciu kroków. Widział jak zwróciły w ulicę Douai.
Cały zajęty był uwielbianiem ruchów Sabiny jej dystynkcji, wdzięku z jakim idąc poprawiała sobie suknię.
[144] — I pomyśleć tylko, powiedział sobie w duchu, iż być może, przyjdzie czas, gdy będę miał prawo wychodzić z nią razem. Będę czuć jak cudna jej ręka opierać się będzie o moją...
Na samą tę myśl zadrżał jakby dotknął baterji elektrycznej.
Sabina i Modesta przybyły na ulicę Blanche, wzięły tam fiakra i pojechały dalej. Zjawisko znikło.
Już powóz był daleko, a Andrzej stał joszczejeszcze na rogu chodnika, nieruchomy i wpatrując się ciągle.
Nie mógł tak jednak stać wiecznie.
Postanowił powrócić powoli do swej pracowni, gdy w tem na ulicy Douai, przechodząc przed jednym oświetlonym sklepem usłyszał głos młody i wesoły, wymawiający jego imię.
— Panie Andrzeju! panie Andrzeju!
Podniósł szybko głowę, jak człowiek, którego budzą i spojrzał.
Przed nim, stojąc tuż koło zupełnie nowego coupé, zaprzężonego w parę pięknych koni, jakaś młoda kobieta, krzycząco wystrojona, przyjaźnie nań kiwała.
Musiał nieco wytężyć swą pamięć, by ją poznać.
— Nie mylę się, powiedział wreszcie... panna Róża, prawda?
Ale tuż za nim, prawie nad uchem, piskliwy głos odezwał się:
— Racz pan mówić panna Zora Chantemille.
Andrzej odwrócił się i spotkał oko w oko z młodym męzczyznąmężczyzną, który wydawał rozkazy stangretowi:
— A!... zawołał Andrzej, nieco zdziwiony i cofając się.
— Tak, tak mówił dalej młody człowiek. Chantemille, jest to nazwa majątku, który dam tej pani na drugi dzień po śmierci papy.
[145] Malarz z widoczną ciekawością przypatrywał się takiemu hojnemu panu.
Krótka żakieta, szeroka kamizelka, nizki kapelusz, krzywe nogi, ogromny medalion, zawieszony na złotym łańcuchu, cwikier, czerwone rękawiczki... wszystko to było nader śmieszne.
Co do twarzy, to mówiąc o niej „małpa!...“ Toto nie bardzo przesadził.
— E!... zawołała Róża, mniejsza o nazwisko!.. Najważniejszą rzeczą jest to, że pan, będący z liczby moich przyjaciół, będzie u nas na obiedzie.
I nie czekając na odpowiedź, pochwyciła Andrzeja i wciągnęła do rzęsiście oświetlonego podsienia.
— A!... zawołał młody człowiek, doskonale!... tak jest! ja to znajduje doskonałem!... Bo przecież... przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi.
Zdziwiony tym nieprzewidzianym napadem, Andrzej jak mógł opierał się, ale bez skutku. Róża, chcąc popisać się przed nim ze swoją potęga, stanęła we drzwiach i rzekła:
— Pan będziesz u nas na obiedzie — ja tak chcę!... chcę!...
Potem, jako znająca się na przyzwoitem obejściu, wzięła jednocześnie za rękę Andrzeja i młodego jegomości, mówiąc:
— Panie Andrzeju, przedstawiam panu pana Gastona Gandelu!... panie Gandelu!... pan Andrzej, artysta malarz.
Dwaj młodzi ludzie skłonili się sobie.
— Andrzej!... rzekł p. Gaston, słyszałem gdzieś to nazwisko... widziałem nawet twarz... A! wiem teraz — a papy. Czy nie pan to masz ozdabiać rzeźbami jego dom?
— Tak jest, panie.
— A zatem pan jesteś z naszych. Dziś wieczorem obchodzimy przenosiny... A!... prawda, że to doskonale?... Pan wiesz, że im więcej się szaleje, tem więcej śmiechu.
[146] Andrzej jeszcze się opierał.
— Nie mogę, mówił, mam ważne interesa...
— Interesa!... A! daj pan pokój!... znam ja te wybiegi ze mną to się nie uda!
Andrzej milczał niezdecydowany. Był on w takiem usposobieniu, kiedy czujemy jakąś tajemną potrzebę roztargnieniaroztargniania, uniknienia samotności.
— Zresztą, pomyślał, dlaczegożbym nie miał przyjąć zaproszenia? Jeżeli przyjaciele tego młodego człowieka podobni są do niego — to będzie ciekawa rzecz.
— No, zawołała Róża, idąc ku schodom, to już rzecz postanowiona.
Andrzej chciał już iść za nią, ale p. Gandelu przytrzymał go z miną tajemniczą za połę surduta, mówiąc w zachwyceniu:
— Co za kobieta?... he?.. A to jeszcze nic! Poczekajno pan, niech ja ją uformuję!... Bo trzeba wiedzieć, że dla wykształcenia kobiety ja nie mam równego sobie. Spytaj się pan Augusty od Riche’a.
— Ja to uważam, odrzekł Andrzej najpoważniej.
— Prawda? Już ja taki jestem! Zora... co? tęgie imię? ja go wybrałem. Otóż Zora nie ma jeszcze dziś takiego szyku jak należy — ale poczekaj pan. Już zamówiłem jej sześć sukień u Van-Klopena... ale to suknie!... Pan znasz Van-Klopena?
— Wcale nie.
— A!... to dziwna! Gdybym powiedział to Julkowi, toby mię nazwał blagierem. Van-Klopen, kochany panie, to krawiec damski, Alzatczyk, przewyższający wszystkie szwaczki. Ten ma gust! pomysły... szyk!... On tylko jeden może ubrać kobietę jak należy...
Przybywszy do pokoju Róża niecierpliwiła się.
— A chodźcież panowie! wołała.
— Chodźmy! rzekł Gandelu, pociągając za sobą Andrzeja. Zora, gdy ją kto rozgniewa, do[147]staje okropnych paroksyzmów nerwowych. Nie chciała przyznać mi się do tego, ale ze mną takie rzeczy nie udają się — znam kobiety...
Róża i Paweł nie byli stworzeni na to, by się pojmować. Zanadto byli podobni do siebie.
Nowa pani Chantemille tak nalegała na Andrzeja, by był na obiedzie, dlatego iż spodziewała się olśnić go swoim przepychem.
Naprzód pokazała mu swoją kucharkę i młodszą, potem Andrzej musiał obejrzeć cały apartament, nie przepuszczono mu ani jednego pokoju, ani jednego sprzętu.
Musiał się zachwycać wiecznym niebieskim salonem, pełnym złocenia; musiał dotykać materyj i sprawdzać elastyczność krzeseł.
Gandelu z tryumfem otwierał pochód, uzbrojony kandelabrem ośmioramiennym, z którego świec stearyna spadała mu kroplami na ubranie. Zwracał uwagę na wytworność każdej rzeczy.
Do takich oględzin domu dodawał od czasu do czasu uwagi filozoficzne.
— Ten zegar, mówił, kosztuje sto luidorów; to na pół darmo. Jak to się śmiesznie składa? że pan znasz papę. Prawda, jaka to tęga głowa? Ta żardinierka trzysta franków!.. Ale nie bardzo pan mu ufaj, bo sknera. Czyż nie chciał zmusić mię, bym pracował? A to przedziwne! Ja mam pracować!.. Ten gierydon, dwadzieścia luidorów prawda, że to nie drogo?.. Ja, mój panie, kiedy mi, kto prawi morały, to go nie słucham!.. Człeczyna, któremu zaledwie sześć miesięcy życia pozostało!.. mówią lekarze, iż lepiejby zrobił...
Tu się zatrzymał. W przedpokoju dał się słyszeć wielki hałas.
— A otóż i moi goście! zawołał.
I postawiwszy kandelabr na stole, wyszedł prędko.
[148] Andrzej był zdziwiony. Słyszał on o tych paniczach, których rozkoszą są wyścigi w Vincennes, ale nie miał z nimi styczności.
Zdziwiona mina jego musiała pochlebiać Róży.
— Jak pan widzisz, rzekła, porzuciłam Pawła. Bo naprzód, nudził mię, a potem, nie miał mi nawet za co kupić chleba.
— On?.. pani żartuje. Dziś właśnie był u mnie i mówił, że zarabia dwanaście tysięcy franków rocznie.
— Powiedz pan, dwanaście tysięcy kłamstw. Chybaby... kto wie, do czego zdolny jest człowiek, przyjmujący pięćset franków od ludzi, których nie zna...
Umilkła, ale zrobiła znak, iż mogłaby wiele o tem powiedzieć.
Młody Gandelu wprowadzał i przedstawiał swoich przyjaciół.
— Moje dzieci, mówił, wszystko jest od Potela. Pośmiejemy się nieco, a potem, wiadomo... mały banczek dla strawności...
Goście godni byli gospodarza i Andrzej cieszył się, że przyjął zaproszenie, gdy wtem służący w białym krawacie otworzył drzwi salonu i powiedział:
— Pani wice-hrabino! dano do stołu!!!..
X.
Gdy kto zapytuje Mascarota co jest najpotrzebniejszem dla osiągnięcia zamierzonego celu, ten zawsze i niezmiennie odpowiada:
— Naprzód potrzeba być czynnym, powtóre czynnym i jeszcze raz czynnym.
Nad ogółem ludzi z zasadami ma on ogromną przewagę, która stanowi jego siłę; a mianowicie, [149]że zasady, które wyznaje, ciągle przeprowadza w praktykę.
Dlatego też zaraz na drugi dzień po swej wyprawie do pałacu Mussidan, od siódmej godziny rano siedział już przy biórku i pracował.
Chociaż, w skutek gęstej mgły, zaledwie było widno, już klienci poczynali zapełniać pierwszy pokój ajencji stręczeń.
Ta poranna klientela nie bardzo obchodzi Mascarota.
Składa się ona głównie z posługaczek w sklepach nabiału i kucharek stołujących subjektów z większych magazynów i mających tę korzyść, iż zaopatrują się w wiktuały na głównym rynku.
Takiego rodzaju słudzy w ogóle nie wiedzą nic o domach, gdzie służą i to co się w nich dzieje nie przedstawia żadnego zajęcia.
Mascarot zatem całkiem powierza tego rodzaju klientów opiece Beaumarchefa; sam się wdaje wtedy tylko, gdy się ukaże jaki maitre d’hotel, albo kucharz z wielkiego domu, co także zdarza się czasami.
To też szanownego stręczyciela tyle obchodził hałas w sąsiedniej sali, co wielkiego pana gwar w jego przedpokoju. Zajęty on był wyłącznie czytaniem i robieniem notat, tudzież układaniem w pewnym porządku małych czworokątnych tabliczek z grubego papieru, które tak zaintrygowały Pawła.
A tak był tem zajęty, iż jak naczynie zbyt pełne, wylewał swe wrażenia w następującym monologu:
— Co za praca szeptał, ale też jaka nagroda! A jednak sam, zupełnie sam, muszę znosić cały ciężar tego ogromnego zadania. Nikt nie zna ostatniego mego słowa. Ja sam trzymam w moich potężnych rękach wszystkie końce nici, które od lat dwudziestu z cierpliwością pająka snującego swą przędzę, przywiązuję do moich marjonetek. Ruszę się — i wszystko się rusza. Ktoby temu [150]uwierzył, patrząc na mnie? Gdy przechodzę ulicą Montrgueil, mówią: „To Mascarot, stręczyciel sług i tym podobnych rzeczy.“ I śmieją się!... Niech się śmieją!... Prawdziwą potęgą, jest tylko potęga ukryta. Na potęgę znaną, napadają i wywracają ja. Mnie nikt nie zna!
Jakaś ważniejsza tabliczka ukazała się.
Mascarot szybko napisał na niej kilka wierszy i po krótkiem milczeniu mówił dalej:
— Mogę przegrać, to nie ulega wątpliwości. Może się znaleźć jaki śmiałek, który rozerwie jedno oko w mojej sieci... przez ten otwór wymkną się wszyscy tchórze, a wtedy... Czyż ten niedołęga hrabia Mussidan nie zapytywał mię czy znam kodeks karny. O! studjowałem ja ten kodeks i wiem, że w księdze 3, rozdziale II. znajduje się pewien artykuł 400, jakby umyślnie zredagowany w przewidywaniu moich operacyj. Ciężkie roboty... nie licząc, że jaki wytrawny urzędnik dołączyć może do tego artykuł 305 — wtedy będą ciężkie roboty dożywotne!..
Przy tych słowach, wymówionych zwolna, jakby dla zmierzenia całej ich doniosłości, dreszcz mu przebiegł po ciele; ale była to tylko błyskawica, gdyż potem z tryumfalnym uśmiechem mówił dalej:
— Tak... ale aby wyprawić Mascarota na Świeże powietrze do Tulonu, trzeba pierwej podłapać Mascarota — a to rzecz wcale nie łatwa. Nadejdzie niebezpieczna chwila i... dobranoc!... nie masz Mascarota, znikł, roztopił się, rozwiał!..
Czy dobiorą się do tych trwożliwych graczów, moich wspólników, — do tego skąpca Catenac’a, do tego epikurejczyka Hortebize? Nie! postawiłem ich po za obrębem strzałów. Czy zaczepionoby Croisenois? Nigdy. Zresztą onby raczej zginął, aniżeli wygadał się. W ostatku znalezionoby Beaumarchef’a, La Candele, Tota i jeszcze może dwóch lub trzech takich. Piękna zdobycz! Tacy nic nie [151]powiedzą dla stu przyczyn, z których pierwszą jest ta, iż sami nic nie wiedzą.
Rozumowanie to wydało mu się tak ścisłem, iż zapomniał się do tego stopnia, że się zaśmiał.
Potem z dumnym ruchem, poprawiając sobie okulary, dodał:
— Pójdę prosto do celu, jak kula działowa. Co chcę, to się stanie. Za pomocą Croisenois pochwycę odrazu cztery miliony... już się obrachowałem. Paweł ożeni się z Flawią... poprzysiągłem to, a potem, by Flawia była szczęśliwa i by jej zazdroszczono, zostanie księżną z trzemakroćstutysięcami liwrów dochodu...
Tabliczki były już uporządkowane.
Z jednej skrytki swego biórka wyjął coś w rodzaju rejestru, z alfabetem na boku.
Otworzył go, dodał kilka nazwisk do tych, które się tam już znajdowały i znowu schował, mówiąc groźnym tonem:
— Wszyscy tam jesteście, drodzy przyjaciele, wszyscy, a nawet nie domyślacie się tego. Wszyscy jesteście bogaci i poważani, macie się za wolnych... Oho! Jest człowiek, do którego należycie z duszą, ciałem i mieniem, a człowiekiem, który was tak trzyma jest stręczyciel z ulicy Montorgueil. Wszyscyście bardzo dumni, a jednak, gdy on zechce, będziecie u nóg jego, spierając się o to, kto mu trzewik rozwiąże. O! moi drodzy przyjaciele! zechce on tego, ten ojciec Mascarot... znajduje on, że dość się napracował, znużyła go robota, chce się usunąć i potrzebuje zapewnić sobie niejaki fundusik.
Umilkł, gdyż zapukano do drzwi.
Palcem dotknął do dzwonka ze sprężyną i jeszcze dźwięk nie ucichł, a już ukazał się Beaumarchef.
— To nie do uwierzenia, pryncypale, zawołał już na progu były podoficer. Kazałeś mi pan ukompletować dokumenta, dotyczące młodego Gandelu...
[152] — Więc cóż?
— Otóż, pryncypale, kucharka, którą on wynajął dla tej panienki, została przez nas ulokowana. To dawna nasza klientka; nawet była nam dłużna jedynaście franków i teraz je odniosła. Jest tam w pierwszym pokoju; ma imię Marja... To szczególny traf!
Mascarot ruszył ramionami.
— Głupiś poprostu, mój Beaumar, powiedział, że się tak zachwycasz. Przecież tłumaczyłem ci już co to właściwie jest traf. Jestto pole jak każde inne, tylko żyźniejsze i rozleglejsze, a którego posiadaczami są tylko ludzie zręczni. Otóż od dwudziestu pięciu lat zasiewam to pole i dziwnemby było, gdyby w końcu nie wydało mi zbioru.
Były podoficer ze skupieniem ducha słuchał tych słów swego pryncypała, otworzywszy usta, jak gdyby przez ten otwór nauki jego łatwiej mogły mu wcisnąć się do mózgownicy.
— Co to za kucharka? zapytał stręczyciel.
— O!... pryncypale! dość, byś pan popatrzył na nią, a odgadłbyś od razu. To stara klientka, oddawna już zapisana w kategorji D., to jest tam gdzie się zapisują kucharki do umieszczenia przy młodych domach, będących w modzie.
Stręczyciel nie słuchał już, ale rozmyślał.
— Przyprowadź mi tu tę kobietę, powiedział.
A gdy Beaumarchef odchodził, dodał, jakby odpowiadając na jakiś zarzut, który sam sobie postawił:
— Nie należy zaniedbywać najmniejszej wiadomostki, doświadczenie przekonało mnie o tem.
Ale już kucharka z kategorji D. stała przed nim, bardzo dumna z tego, iż została wprowadzona do samego przybytku ajencji.
To pewna, że dość było rzucić okiem, aby pojąć co zniewoliło Beaumarchefa do kwalifikacji wymienionej wyżej.
[153] Mascarot przyjął ją z tą poważną słodyczą, która wyrobiła mu reputację w Paryżu.
— No i cóż, moja kochana, powiedział, znalazłaś miejsce, jakiegoś pragnęła, gdzie będziesz mogła zjednać sobie uznanie swej wartości?
— Sądzę, że tak jest, panie. Znam pannę Zorę Chantemille dopiero od kilku godzin.
— A nazywa się Zora Chantemille?
— To jest, pojmujesz pan, takie przybrała nazwisko. Ale długo spierała się o to z panem. Sama chciała mieć imię Rafaeli, ale pan uparł się przy Zorze, tak że...
— Zora, to bardzo piękne imię, rzekł z powagą stręczyciel.
— Właśnie toż samo mówiliśmy pani, ja i garderobiana. Zresztą piękna osoba, nie bardzo wymagająca i umiejąca należycie puszczać pieniądze. Mogę panu zaręczyć, iż według tego, com sama słyszała i widziała, pan wydał już na nią przeszło trzydzieści tysięcy.
— Oho!
— O! pani zna się na tem. A wszystko na kredyt. Pan Gandelu nie ma ani jednego sous, jak mi mówił garson od Potela; ale zdaje się, że jego ojciec jest tak bogaty, i sam nawet nie wie, ile ma pieniędzy. To też wczoraj, na przenosinach, jak to oni nazywają, był obiad, ale to obiad!.. Dość powiedzićpowiedzieć, że kosztował wraz z winem przeszło tysiąc franków.
Do tej pory stręczyciel nie dopatrzył nawet cienia przydatnej jakiej wiadomości i zamierzał już dać klientce odprawę, gdy ta, odgadując ten zamiar, rzekła żywo:
— Za pozwoleniem, nie wszystko jeszcze powiedziałam.
Mascarot nie spodziewał się wprawdzie niczego od kucharki, ale jest cierpliwy, umie zadawać sobie gwałt; wie, że człowiek ambitny, chociażby stał najwyżej, nigdy nie powinien odpy[154]chać współpracownika, choćby najlichszego i najnieprzydatniejszego pozornie.
Wychylił się więc na fotelu i z miną zadowoloną, jak gdyby był niezmiernie zainteresowany, powiedział:
— Zobaczymy, co tam jest jeszcze.
— Otóż, zaczęła znowu kucharka Róży-Zory, wczoraj mieliśmy wielki obiad: ośm osób; z kobiet była tylko pani. O! panie cóż to za dystyngowani ludzie, a jak uprzejmi, jak dowcipni, jak wystrojeni!.. Ale zawsze sam pan najlepiej wyglądał.
— Proszę!...
— Tak jest! O dziesiątej godzinie wszyscy mocno sobie podchmielili. I wiesz pan co im wtedy przyszło do głowy? Kazali odźwiernemu pilnować, by nikt nie przechodził dziedzińcem, bo chcą wyrzucać przez okno stołowe naczynie. I powyrzucali Półmiski, talerze, szklanki, butelki wszystko poleciało za okno. Garsoni od Potela mówili mi, że taką modę zaprowadzili w Paryżu moskiewscy kniaziowie.
Stręczyciel okrutnie mordował swe okulary. Największa rezygnacja ma przecież granice!
— Cóż wreszcie dostrzegłaś godnego uwagi?
— A oto co... W liczbie tych panów był jeden, tworzący jakby plamę w towarzystwie, słuszny brunet, o twarzy nieprzyjemnej, źle ubrany i milczący; można było przysiądz, że naśmiewa się ze wszystkich!... at! człowiek do niczego.
— Więc cóż?
— Otóż pani była dla niego szczególnie grzeczną. Podawała mu ciągle najlepsze przysmaki. „Czy nie chcesz pan tego? Bierz pan to! Pan nic nie pijesz“ i t. d., i t. d. Po obiedzie, gdy inni zaczęli grać, ten jegomość, pewno nie mający ani jednego sous, pozostał z panią.
— I wiesz o czem mówili?
— Naturalnie. Siedzieli przy drzwiach do sypialni, podsunęłam się tam i słuchałam.
[155] — Może to nie bardzo pięknie...
— Tem gorzej dla nich. Ja lubię znać położenie ludzi, u których służę. Otóż rozmawiali o jednym panu, którego pani znała dawniej, a który jest przyjacielem słusznego bruneta. Nazywa się... poczekaj pan... nazywa...
Beaumarchef uznał, że teraz właśnie jest pora do popisania się pamięcią.
— Paweł Violaine... powiedział.
— Tak, tak, odrzekła kucharka zdziwiona.
Mascarot podniósł okulary, by rzucić piorunujący wzrok na swego wspólnika.
— Beaumar wie wszystko, odpowiedział obojętnie, to jego obowiązek.
Wyjaśnienie to być może, iż nie zupełnie zadowolniło kucharkę, ale ponieważ potrzebowała wygadać się, więc ciągnęła dalej:
— Otoż pani mówiła, że ten Paweł to człowiek tak sobie, że zdolny jest do wszystkiego, że ukradł dwanaście tysięcy franków...
Stręczyciel wyprostował się, widocznie mocno zajęty, cierpliwość jego była wynagrodzona.
— Czyś zapamiętała nazwisko tego słusznego bruneta? zapytał.
— Nie!... Inni nazywali go artystą.
Ogólnikowe takie wyjaśnienie nie wystarczało dla metodycznego stręczyciela.
— Słuchaj, moja kochana, powiedział miodowym głosem, czy chcesz wyświadczyć mi bardzo wielką usługę?
— Panu? królowi wszystkich służących? Czy trzeba rzucić się w ogień?
— Nie. Trzeba tylko poprostu dowiedzieć się o nazwisku i pomieszkaniu tego słusznego bruneta. Według tego co mówisz, bardzo on jest podobny do pewnego artysty, który jest moim dłużnikiem.
— Dość tego! niech pan liczy na mnie.
Głęboko odetchnęła i dodała:
— Dziś muszę zająć się śniadaniem; jutro, al[156]bo po jutrze, będziesz pan miał żądany adres. Do zobaczenia!...
Gdy kucharka wyszła i drzwi zamknęły się za nią, Mascarot straszliwie uderzył pięścią w swe biórko, mówiąc:
— Hortebize jest niezrównany, gdy idzie o zwietrzenie niebezpieczeństwa. Na szczęście mam sposób usunięcia tej dziewczyny i młodego niedołęgi, który się dla niej rujnuje.
Były podoficer, usłyszawszy wyraz usunięcie, stanął w postawie szermierskiej. Stręczyciel, ujrzawszy to, ruszył ramionami!
— Boże! zawołał, jakieś ty śmieszny Beaumar z twojemi ruchami!.. Nie bój się! mam ja coś lepszego nad to. Róża mówi, że ma dziewiętnaście lat, ale kłamie; ma już dwadzieścia jeden skończonych. Zatem jest pełnoletnia. Ten młody cymbał jest małoletni. A zatem, byle tylko papa Gandelu miał cokolwiek energii... W każdym razie dziwna to będzie moralna nauka... artykuły kodeksu są elastyczne...
— Co pan mówi? zapytał Beaumarchef, nic wcale nie rozumiejący.
— Mówię, że nim upłynie czterdzieści ośm godzin, potrzebuję mieć dokładne szczegóły o charakterze p. Gandelu, ojca. Chcę także wiedzieć jakie są stosunki jego z synem.
— Dobrze, wyprawię na zwiady La Candelle’a.
— A przytem, ponieważ młody p. Gaston szuka wszędzie pieniędzy, więc trzeba go poznajomić z naszym szanownym przyjacielem Verminet, dyrektorem, „Towarzystwa wzajemnych zaliczek“.
— Ale to, patronie, należy do p. Tantaine.
Mascarot zanadto był zajęty, by słyszeć to.
— Co do tego drugiego, mówił dalej odpowiadając swoim tajemnym myślom, co do tego słusznego bruneta, tego artysty, który zdaje mi się być nierównie wyższym od innych pod względem inteligencji, — to biada mu jeżeli go spotkam na mej drodze! Gdy mi kto zawadza...
[157] Straszliwe poruszenie uzupełniło te wyrazy. Po chwili milczenia dodał:
— Wróć do swojej roboty, Beaumar; ja tu czekam na parę osób.
Stary podoficer nie ruszał się, pomimo tak wyraźnego rozkazu.
— Za pozwoleniem, pryncypale, powiedział, tam La Candelle przyjmuje klientów. Mam panu złożyć mój raport.
— A prawda. Bierz krzesło i mów.
Ta wielka łaska, nie często spadająca na Beaumarchefa, zachwyciła go.
— Wczoraj, tak zaczął, nie zaszło nic nowego. Dziś rano, gdy jeszcze spałem, zabębniono do moich drzwi. Wstaję, odmykam, to był Toto.
— Spodziewam się, że nie spuścił z oka Karoliny Schimel?
— Ani na jedną minutę, pryncypale. Nawet udało mu się zawiązać z nią rozmowę, i już razem pili kawę.
— To nie źle.
— O! ten urwis Toto, bardzo jest sprytny, gdyby tylko był uczciwszy... Jednem słowem, sądzi on, że jeżeli ta kobieta upija się, to jedynie dla tego, by się zapomnieć, gdyż uroiła sobie, iż bezustannie grozi jej ktoś straszliwie. Tak się obawia być zamordowaną, iż nie śmie mieszkać sama. Ulokowała się więc przy jednej uczciwej rodzinie rzemieślniczej, u której sypia i jada; rodzinie z tem dobrze, gdyż Karolina ma pieniądze.
Stręczyciel wydał się mocno niezadowolonym.
— To rzecz bardzo niedogodna, mruknął, nie można zatem odwiedzić jej incognito... Ale gdzież mieszkają ci ludzie, którzy przyjęli ją do siebie?
— Daleko na Montmare, Chateau Rouge, przy ulicy Mercadet.
— Dobrze Tantaine zajmie się tem. Niech tylko Toto pilnuje, by ta warjatka nie wyśliznęła mu się.
[158] — Tego nie ma co obawiać się; Toto przyrzekł mi, iż zasiągnie wiadomości o jej trybie życia, stosunkach i źródle, zkąd otrzymuje pieniądze.
Tu były podoficer zatrzymał się, gwałtownie targając sobie wąsy.
Ruch taki znaczy, iż jakaś myśl mu zaświtała więc stręczyciel zapytał:
— Cóż tam jeszcze?
— Jeszcze to, pryncypale, iż gdybym śmiał, to radziłbym panu nie bardzo ufać temu Toto. Wykryłem, że nicpoń ten robi interesa na swój rachunek. Okrada nas i sprzedaje nasz towar z rabatem.
— Czyś oszalał?
— Bynajmniej. Zasiągnąłem tych wiadomości od jednego łotra bardzo podejrzanej miny, który przychodził pytać się o Tota, utrzymując, iż jest jego przyjacielem.
Ludzie tęgiego charakteru umieją szybko powziąć postanowienie.
— Dobrze, powiedział stręczyciel. Sprawdzę fakt, i jeżeli tak jest istotnie, to na Tota zastawię łapkę, która poprowadzi go prosto do policji poprawczej.
Teraz, na dany znak, Beaumarchef oddalił się; ale wnet znowu powrócił.
— Pryncypale, powiedział, przyszedł służący pana Croisenois z listem.
Mascarot nie zadał sobie trudu, by ukryć niezadowolenie.
— Markizowi szalennieszalenie pilno, mruknął. Mniejsza o to; zawołaj tu służącego.
Od nowoprzybyłego na milę pachniało pańskim domem. Ubiór, ruchy, postawa, trzymanie głowy, wszystko dowodziło, iż ma sam siebie w wielkiem poszanowaniu.
A przytem naśladował i widocznie przesadzał maniery angielskie.
Wysoki stojący kołnierzyk, mocno nakrochmalony, podcinał mu uszy. Krawat zacisnął tak [159]mocno, iż twarz jego, starannie wygolona, całkiem krwią zapłynęła.
Niezawodnie jakiś londyński krawiec wyrąbał mu siekierą niezgrabny ubiór.
Przy każdym jego ruchu można było dziwić się, iż nie słychać skrzypienia maszynerji.
Sam wydawał się jak z drzewa i ruszał się jakby za pomocą jakiegoś mechanizmu, zręcznie ukrytego pod czerwoną kamizelką.
— Oto, powiedział podając list Mascarotowi, co pan markiz kazał wręczyć panu.
Biorąc list, stręczyciel przez wierzch okularów rozglądał tego wzorowego lokaja.
Nie znał go.
Nie wdzięczny Croisenois nigdy nie chciał przyjąć służącego z jego poręki, choćby ten wybrany był z tysiąca.
— Zdaje mi się, mój kochany, powiedział, iż pan twój, wbrew swoim zwyczajom, dziś wstał równo ze dniem.
Lokaj angielskiego pokroju nie tylko nie zaśmiał się usłyszawszy ten docinek, ale wydał się być nim żywo dotknięty.
— Pan markiz, odrzekł, daje mi piętnaście luidorów więcej rocznie za to, że pozwala sobie „tykać“ mię. On jeden ma do tego prawo.
— A!... powiedział stręczyciel trzema różnemi tonami, a! a!...
Ruch jego przy tem był bardzo wyrazisty.
— No, proszę, pomyślał, gdzie się też to zagnieździła godność osobista i miłość własna. Jego pan, gdyby mi przyszło do głowy „tykać“ go, nie robiłby takich ceremonij!
Zrobiwszy tę uwagę służący markiza Croisenois powrócił do swej misji.
— Sądzę, powiedział, że pan markiz śpi w tej chwili. Napisał ten list, powróciwszy ze swego klubu.
— I żąda odpowiedzi?
— Yes, sir.
[160] — W takim razie proszę poczekać.
Mascarot zręcznie zerwał pieczątkę i począł czytać:
—Kochany mistrzu!
„Gra ma swoje zobowiązania... resztę pan odgadniesz, prawda? Dzisiejszej nocy szło mi tak nieszczęśliwie, że przegrałem, oprócz wszystkiej gotówki jeszcze trzy tysiące franków na słowo honoru. Suma ta powinna być w ręku mego wierzyciela przed południem. Honor mój wymaga tego...“
Zacny stręczyciel, nie żenując się ruszył ramionami.
Potem na pół głośno, tak aby służący z boku nań spoglądający, mógł słyszeć, mruknął:
— Jego honor!... a! to można umrzeć ze śmiechu!... jego honor!...
Ani jeden muskuł nie drgnął na wygolonej twarzy lokaja.
Był sztywny jak pruski żołnierz na paradzie; zdawał się nic nie słyszeć, nic nie widzieć.
Mascarot znowu począł czytać:
„... Czy źle robię, licząc na pana w tej drobnostce? Sądzę, że nie. Jestem nawet pewny, i przyszlesz mi pan sto pięćdziesiąt lub dwieście luidorów więcej; bo nie mogę zostawać bez pieniędzy.
„A co tam słychać o wielkim interesie? Z największą, niecierpliwością czekam na decyzję.
„Życzliwy „Henryk markiz Croisenois.“
— Ot co jest!... mruknął stręczyciel; pięć tysięcy franków! hic et nunce! Płać poczciwy Mascarocie, wydobywaj pieniądze z kasy. O! minęły już czasy rejencji, mój ty mizerny panku!... Gdyby mi nie było nieodzownie potrzebnem twoje piękne imię, przekazane ci przez przodków, a które ty szargasz po błocie — poszukałbyś tych pięciu tysięcy!
[161] Na nieszczęście Croisenois był jedną z bardzo ważnych kart w partji, rozpoczętej przez awanturniczego stręczyciela.
Powoli i z widoczną niechęcią wyjął on z kasy, zkąd wczoraj czerpał dla doktora Hortebize, pięć biletów tysiącfrankowych i podał je lokajowi markiza.
— Czy żąda pan potwierdzenia? zapytał lokaj.
— Nie potrzeba list mi wystarczy. Ale proszę poczekać.
Mascarot, ten roztropny poniter w grze hazardowej, szukał w kieszeni swej kamizelki sztuki dwudziestofrankowej.
Znalazłszy ją, posunął z najuprzejmiejszą miną po swem biórku mówiąc:
— Weź to, mój przyjacielu, za fatygę.
Ale lokaj zamiast wziąć ją, odsunął.
— Pan mi wybaczy, że odmawiam, powiedział wyraźnie. Gdy przyjmuję służbę w jakim domu, zawsze wymagam płacy dość wysokiej, aby nie potrzebować potem brać na piwo.
Po tej stoicznej odpowiedzi skłonił się z powagą jak kwakier i odszedł mierzonym krokiem.
Stręczyciel był zbity z tropu.
Dwadzieścia lat doświadczenia nie przedstawiły mu drugiego podobnego egzemplarza.
— To nie do uwierzenia! mruknął. Gdzież u licha Croisenois rekrutuje takich ludzi? Czyżby, co być nie może — był zręczniejszym aniżeli dotychczas przypuszczałem?
Nieokreślona niespokojność, jakby jakieś przeczucie, zamąciła jego zwykłą pewność siebie.
— Albo może, mówił dalej, ten lokaj, tak wierny, jest lokajem przebranym. Tylu w ciągu życia uzbierałem sobie nieprzyjaciół, i to różnego rodzaju, iż dziś muszą oni tworzyć lawinę. Chociaż tak umiejętnie trzymam karty, może też kto w nie zajrzał?
Zadrżał na samą tę myśl.
[162] Zdarzają się partję tak niebezpieczne, iż w stanowczej chwili wszystko wzbudza nieufność i obawę.
Mascarot był w takiem położeniu, iż obawiał się własnego cienia.
Wtedy zwłaszcza, gdy się znajdujemy od celu na długość ręki, niepokój nasz bywa największy.
— Nie, odpowiedział sam sobie, jestem szalony, biję się młotem we własną głowę z powodu dziwacznych przypuszczeń. Gdyby się znalazł jaki człowiek do takiego stopnia zręczny, by przeniknął moje zamiary, tak cierpliwy, by się aż przebierał w liberję markiza Croisenois dla doglądania mię bliżej, to człowiek taki nie byłby do tyła prostym, by się przedzierżgnąć w oryginalność tak uderzającą.
Mówił to do siebie, ale tylko dodawał sobie rezonu, jak tchórz, który świszczę podczas ciemności.
Pomiędzy wszystkiemi sposobami wywiadywania się, jakie miał pod ręką, musiał też przecie znaleźć się choć jeden, który pozwoli mu zajrzeć w przeszłość tego podejrzanego sługi.
Łamał sobie nad tem głowę, gdy znowu ukazał się Beaumarchef przerażony.
— Znowu! powiedział surowo stręczyciel, któż cię woła? Czyż nie będę miał dziś ani jednej minuty spokojnej?
— Bo to, pryncypale...
— Wynoś się!
Ale powolny zwykle podoficer nie ruszył się.
— Mały jest tam, powiedział.
— Paweł?
— On sam, pryncypale.
— Jakto? o tej porze?... Mówiłem mu, by przyszedł po obiedzie. Czyżby zdarzył mu się jaki wypadek?
Przerwał sobie.
Drzwi, które Beaumarchef przymknął tylko, otworzyły się i wszedł Paweł.
[163] Widocznie musiało mu się wydarzyć coś nadzwyczajnego.
Był blady, w oczach miał wyraz niepokoju i szału, jak zwierz przez długi czas przez psiarnię ścigany.
UbiorUbiór w nieładzie i pomięta bielizna zdradzały noc przepędzoną na błąkaniu się bez celu.
— Ach, panie tak zaczął.
Nakazującym ruchem stręczyciel zalecił mu, by milczał.
— Zostaw nas samych, Beaumar, powiedział potem, a pan, moje dziecię, usiądź!
Paweł usiadł, albo raczej padł na fotel.
— Skończyło się!... zawołał, jestem zhańbiony!... zgubiony!...
Zacny stręczyciel zrobił minę jakby spadł z obłoków.
Ale wielkie to zdziwienie było udaniem; każdy bliżej z Mascarotem znajomy, poznałby to po ruchu okularów, które stanowiły jakby nieoddzielną część jego osobistości i jakby same odczuwały jego wrażenia.
Przyczyna stanu w jakim znajdował się Paweł była mu znaną, gdyż sam ją podgotował starannie, jak dramatyczny autor, który już w pierwszym akcie obmyśla scenę rozwiązania.
Jeżeli był zdziwiony, to chyba zbyt pospiesznym i gwałtownym rezultatem swych kombinacyj. Człowiek najdoświadczeńszy, gdy podkłada minę, nie potrafi obliczyć dokładnie jej skutków.
Jednak z naturalnością uprzejmego słuchacza, oczekującego wrażeń, rozparł się w fotelu i powiedział:
— Ależ, kochany panie, uspokój się, zaufaj mi, otwórz swe serce. Co ci się stało?
Paweł wstał i z najtragiczniejszym tonem i z rozpaczliwym ruchem, odpowiedział:
— Róża mię porzuciła.
[164] Maskarot podniósł ręce do nieba, jakby brał je za świadka niesłychanego szaleństwa swego protegowanego.
— I to dla tego mówisz pan, żeś zgubiony!.. w jego wieku, kiedy nie możesz nawet domyślać się, jaki odwet gotuje ci przyszłość!..
— Kocham Różę!..
Wykrzyknik ten, był tak komiczny, iż uśmiech, choć strzeżony, przebiegł po ustach stręczyciela.
— Do licha!.. powiedział.
— Ale to nie wszystko jeszcze! zaczął znowu biedny chłopiec, czyniąc bohatarskiebohaterskie wysilenia, ale bezskuteczne, by powstrzymać swe łzy, jestem obwiniony o haniebną kradzież.
— Pan? zawołał stręczyciel, jednocześnie mówiąc sobie w duchu: A! ot co jest!..
— Ja, — i tylko pan jeden w całym świecie możesz dowieść mojej niewinności, gdyż tylko pan znasz prawdę.
— Prawdę?
— Tak jest; pan mię uratowałeś. Wczoraj raczyłeś mi okazać tyle życzliwości, iż dziś zaraz przyszedłeś mi na myśli dla tego, uprzedzając godzinę wyznaczoną mi, przychodzę prosić pana o pomoc i opiekę.
— Ale cóż ja mogę zrobić?
— Wszystko, panie. Pozwól pan, niech mu opowiem, jakiej fatalności jestem ofiarą.
Twarz Mascarota wyraziła najżywsze zajęcie.
— Słucham pana, powiedział.
Wczoraj— Wczoraj, tak zaczął Paweł, wkrótce po rozstaniu się z panem, powróciłem do hotelu Peruwiańskiego. Przybywam, wchodzę na moje poddasze i na widocznem miejscu, na kominku, spostrzegam ten oto list Róży.
Podawał list, ale stręczyciel nie raczył wziąć go.
— Róża, mówił dalej Paweł, oświadczyła mi w nim, że już mię nie kocha i prosi bym nigdy [165]nie starał się zobaczyć jej. Mówi, iż znudzona znoszeniem naszej nędzy, przyjmuje ofiarowaną sobie fortunę, diamenty, powóz...
— I to pana dziwi?
— Ach! panie!... czyż mogłem spodziewać się tak szkaradnej zdrady, gdy jeszcze dniem przedtem nie znajdowała dość przysiąg, by mię zapewnić o swej miłości! Na co kłamała! Czy chciała bym tem okrutniej uczuł jej stratę? Odjechała!...
Upadłem pod tym ciosem. Ja, który idąc wystawiałem sobie jak się uraduje, gdy jej opowiem coś mi pan przyrzekł!... Przeszło godzinę pozostawałem w moim pokoju, jak by bez pamięci, płacząc jak dziecko na tę myśl okrutną, iż nigdy już jej nie zobaczę...
Mascarot z właściwą sobie uwagą i przenikliwością studjował Pawła.
— Za wiele tracisz słów, mój chłopcze, pomyślał, aby twoja boleść była tak szczerą, zwłaszcza tak głęboką jak mówisz.
Potem zapytał głośno:
— Ależ ta kradzież, to oskarżenie?...
— Właśnie chcę o tem mówić. Gdy pierwszy szał przeminął, postanowiłem być panu posłusznym i opuścić hotel Peruwiański, do którego doznawałem większego wstrętu niż kiedykolwiek.
— Bardzo dobrze!
— Zszedłem więc, by wymówić pani Loupias pomieszkanie i zapłacić. Ach panie!... co za wstyd! Gdym jej podał należność za cztery tygodnie, to jest dwadzieścia dwa franki, zmierzyła mię pogardliwym wzrokiem i zapytała zkąd dostałem pieniędzy.
Mascarot z trudnością ukrywał swe zadowolenie. Paweł bowiem uwiadamiał go o powodzeniu małej machinacji, którą ułożył.
— Cóż pan odpowiedziałeś na to? zapytał.
— Nic, panie; byłem jak skamieniały; słowa zamarły mi w gardle. Mąż pani Loupias przybliżył się do niej i oboje drwiąco poczęli mi się [166]przypatrywać. Nacieszy wszy się mojem pomięszaniem, oświadczyli, iż są pewni, że w porozumieniu z Różą okradłem pana Tantaine.
— I nie broniłeś się pan?
— Straciłem głowę. Widziałem, iż wszystko zdawało się przekonywać tych ludzi, i przekonanie to dręczyło mię. Dniem przedtem pani Loupias żądała od Róży zapłaty, a ta odpowiedziała jej, iż ja pieniędzy nie mam i nawet nie wiem zkąd ich dostać. A tymczasem zaraz na drugi dzień ujrzano mię w nowem ubraniu, płaciłem długi, Róża znikła, ja sam zapowiedziałem, że się wynoszę...
— Nic dziwnego, że wszystko to musiało zastanowić gospodarzy pana...
— Jak na dobitek Róża zmieniała bilet pięćsetfrankowy, który nam pożyczył p. Tantaine u jednego znajomego kupca korzennego. Ten to właśnie nędznik podburzył przeciw nam wszystkich. Ośmielił się nawet powiedzieć, iż był u niego ajent policyjny, mający polecenie aresztowania nas.
Mascarot lepiej od Pawła znał całą tę historje i dokładnie wiedział co mógł powiedzieć kupiec Mélusin; przerwał jednak swemu protegowanemu:
— Zastanówmy no się, powiedział; gwałtowność zmartwienia mąci panu myśli; nie rozumiem pana należycie. Czy była popełniona kradzież tak, czy nie?
— Ach, panie!... jak to panu powiedzieć?... Nie widziałem od tego czasu pana Tantaine, nie pokazał się on już w hotelu Peruwiańskim. Mówią nie wiem czy to prawda że skradziono mu znaczne wartości i że w skutek tego nieszczęścia znajduje się w więzieniu.
— Dla czegóż nie powiedziałeś pan prawdy?
— Do czego? Wiadomo, iż nie znałem pana Tantaine, żem nigdy nie mówił z nim. Zaśmianoby się mi w oczy, gdybym powiedział, że wczoraj wieczorem, zupełnie niespodziewanie p. Tantaine [167]wszedł do mnie i — ni z tego ni z owego, ofiarował mi pięćset franków, które przyjąłem.
Zacny stręczyciel miał w twarzy taki wyraz, jakby z wielką powagą namyślał się nad rozwiązaniem trudnego zadania.
— Zdaje mi się, powiedział po chwili, że już zrozumiałem o co rzecz idzie, gdyż najdokładniej znam charakter Tantaine’a.
Paweł słuchał z taką uwagą jak gdyby całe jego życie zawisło od jednego słowa.
— Tantaine, mówił dalej Mascarot, jest najuczciwszym z ludzi, jakich znam i ma najlepsze w świecie serce; ale brak mu czegoś w mózgu. Niegdyś był bogaty i własna wspaniałomyślność zrujnowała go. Teraz jest ubogi jak Hiob, a miewa jeszcze czasami zachcianki wyświadczania usług jak dawniej.
— Jednak, panie...
— Pozwól mi pan skończyć. Na nieszczęście na skromnem stanowisku, jakie zajmuje, a które mnie zawdzięcza, miewa czasami znaczne pieniądze w ręku. Zdjęty litością na widok waszej nędzy, rozporządził się cudzem dobrem jak swojem własnem. Zniewolony do zdania rachunku tego jeszcze wieczora, znalazłszy się w deficycie, stracił głowę i powiedział, że został okradziony. Zaczęto poszukiwać, pan jesteś jego sąsiadem, widziano u pana pieniądze, których nie umiano wyjaśnić sobie pochodzenia i podejrzenie padło na pana.
Wyjaśnienie to było jasne, ścisłe, dokładne. Paweł zadrżał, zimny pot wystąpił mu na skronie; widział się już aresztowanym, sądzonym, skazanym.
— Jednak, dodał, p. Tantaine ma mój rewers, dowodzący mojej dobrej wiary.
— Biedne dziecię!... czyż sądzisz pan, że jeżeli Tantaine ma nadzieję uratować się obwiniając pana, to pokaże ten rewers?
— Ale na szczęście, pan znasz całą prawdę!...
Zacny stręczyciel smutno wstrząsnął głową.
— Alboż mnie uwierzą? zapytał. Sprawie [168]dliwość, to instytucja ludzka, mój przyjacielu, a zatem podlega błędom. Mając do wyboru między prawdą a fałszem, przechyla się na stronę prawdopodobieństw. Owóż powiedz pan sam, czy wszystkie prawdopodobieństwa nie są przeciw niemu?
Nieubłagana ta logika ostatecznie przytłoczyła Pawła.
— Nie pozostaje mi zatem, szepnął, jak tylko umrzeć, jeżeli mam uniknąć hańby.
Kombinacja wynaleziona przez samego stręczyciela dla opanowania Pawła YViolaine była prawdziwie dziecięcej prostoty; ale uznał on ją za wystarczającą i miał słuszność.
Paweł tak stracił głowę, iż pomiędzy szczególną pożyczką pięciuset franków i oskarżeniem o kradzież, opartem na zmianie biletu na tę sumę, nie dostrzegał żadnego związku; co jednak uderzało w oczy.
Łatwy do zastraszenia, jak wszyscy nie bardzo pewni swego sumienia, zaczął był uciekać, a teraz oddawał się ze związanemi rękami i nogami.
Tego właśnie chciał, to przewidział i podgotował Mascarot.
Chirurg, zamierzający zrobić operację, zaczyna od osłabienia swego pacjenta. Przed poważnem rozpoczęciem jakiej sprawy, przyjaciel doktora Hortebize stara się złamać ostatnie sprężyny woli swego subjekta. Owóż Paweł w tej chwili nie należał już do siebie. Był bezwładny, znękany, i nie widział innego wyjścia nad samobójstwo.
Nadeszła chwila zadania ostatniego ciosu.
— Ależ, kochany panie, zaczął znowu stręczyciel, nie należy tak się oddawać rozpaczy.
Żadnej odpowiedzi. Czy Paweł słyszał, czy nie? W każdym razie zdawał się nie być w stanie zrozumienia tego.
Ale zacny stręczyciel, chciał, by słyszał. Wyciągnął więc rękę i mocno go wstrząsnął, mówiąc:
[169] — Do licha!... gdzież się podziała pańska odwaga? Wszak to właśnie w trudnych okolicznościach człowiek składa jej dowody.
— Na co to się przyda?... jęknął Paweł Czyż sam pan nie dowiodłeś mi, iż nigdy nie zdołam przekonać o mojej niewinności?...
Ta słabość charakteru okropnie zniecierpliwiła Mascarota, ale nie okazał tego.
— Nie, odpowiedział, nie. Chodziło mi tylko o wykazanie panu złych stron tej sprawy.
— Nie ma ona dobrych.
— Owszem!... tylko nie dałeś mi pan dokończyć. Wszystko brałem z najgorszej strony, ale mogę mylić się. Naprzód, czy na prawdę istnieje oskarżenie? Przypuszczamy, że Tantaine rozporządził się pieniędzmi, które mu były powierzone. Ale czy to dowiedzione? Sądzimy, że jest aresztowany. A czy jest? Przypuszczamy, że zwalił winę na pana. Czy to prawda? Przecież pierwej należy odmierzyć, a potem dopiero odcinać, do licha! Należy sprawdzić.
W miarę jak zacny stręczyciel mówił, Paweł przychodził do siebie.
— To prawda, powtórzył, należy sprawdzić.
— Rozumie się. Nie licząc tego, iż jak sądzę, mam dość wpływu na Tantaine’a, aby go zniewolić do wyjaśnienia mi prawdy.
Natury, tak jak Pawła, nerwowe, mają tę wielką zaletę, iż jeżeli gną się przy lada podmuchu nieszczęścia, to znowu przy lada nadziei podnoszą się.
Paweł, który przed minutą widział się zgubionym, teraz miał się już za uratowanego.
— O, panie! zawołał, kiedyż będę w stanie przekonać go o mojej wdzięczności!
Mascarot uśmiechał się po ojcowsku.
— Zobaczymy, odpowiedział, zobaczymy. Ana początek potrzeba, byś pan zupełnie zapomniał o przeszłości. Gdy dzień nadejdzie, odpędzamy [170]wspomnienia o przykrych snach, wszak tak? Ja budzę pana do nowego życia; bądź więc męzczyznąmężczyzną.
Paweł westchnął głęboko.
— Zapomnieć Różę!.. szepnął.
Zacny stręczyciel, usłyszawszy to imię, zmarszczył brwi.
— Jak to? zawołał, to pan jeszcze myślisz o tej kreaturze? Wiem, że są ludzie, z łatwością pocieszający się, nawet przy każdej nowej zdradzie. Jeżeli i pan jesteś z takiego samego mięsa, to najniższy sługa!.. nigdy nie zrozumiemy się.
Biegnij pan za swoją niewierną, rzuć się jej do nóg, błagaj, by ci przebaczyła twoje ubóstwo.
Pod biczem tej ironii Paweł ofuknął się.
— Przeciwnie myślę zemścić się nad nią! zawołał w uniesieniu.
— To bardzo łatwo — zapomnij o niej.
Pomimo stanowczego tonu Pawła, w oczach jego można było widzieć pewne wahanie, które nie spodobało się Mascarotowi.
— Słuchaj pan tak zaczął, jesteś ambitny, czy chcesz dójść do czego?
— O!.. panie!.. chcę!
I— Imyślisz przysparzać sobie kłopotu z taką kobietą jak Róża!.. Trzeba mieć obie ręce wolne, mój kochany, jeżeli kto chce przepchać się łokciami w tłumie. Co powiedziałbyś pan o człowieku biegnącym na wyścigi o nagrodę, któryby przywiązał sobie kulę do nóg? Powiedziałbyś, że jest szalony — i słusznie... Otóż pan jesteś tym ścigającym się.
— Pójdę za radą pana, odpowiedział Paweł, bez długiego namysłu.
— To co innego. Wierz mi pan, prędko przyjdzie czas, w którym błogosławić będziesz niebo, iż Róży przyszło na myśl porzucić cię. Sam będziesz mógł dojść daleko!..
Od trzydziestu już lat Mascarot systematy[171]cznie wyzyskuje namiętności i słabości ludzkie. Zna on ludzi.
Dziesięcią frazesami potrafił zapewnić sobie stanowczy wpływ na Pawła.
— A więc, panie, zaczął znowu młody człowiek, ta posada na dwanaście tysięcy...
— Eh, mój przyjacielu! posada taka nigdy nie istniała.
Paweł zbladł okropnie.
Znowu ujrzał siebie bez jednego sous, w jakiej norze podobnej do hotelu Peruwiańskiege, i to jeszcze samotnym.
— Ależ, wybełkotał, pan zrobiłeś mi nadzieję...
— Co? Na dwanaście tysięcy franków? Bądź pan spokojny, będziesz je miał, a nawet więcej; ale nie opuścisz mnie... starzeję, nie mam rodziny, będziesz moim synem...
Przy tych słowach czoło Pawła zachmurzyło się.
Myśl, że także zostanie stręczycielem, że będzie musiał zamykać się w „konfesjonale“ w pierwszym pokoju i zapisywać starających się i szukających miejsca, oburzała jego próżność.
Mascarot, przypatrujący się mu i śledzący każde jego wzruszenie, łatwo poznał co się w jego duszy dzieje.
— Alboż to nie chleb? pomyślał. Głupiec nadęty!... O gdyby tu nie szło o Flawię, o sprawę Champdoce!
Potem odpowiedział głośno:
— Nie myśl pan, drogie dziecię, iż chcę go skazać na ciężkie rzemiosło stręczyciela. Nie. Mam dla pana inne widoki, bardziej odpowiednie jego zaletom.
Paweł odetchnął.
— Dlaczegoż nie miałbym powiedzieć prawdy? mówił dalej Mascarot. Spodobałeś mi się pan i postanowiłem sobie ziścić wszystkie marzenia jego ambicji. Aby dojść do czegoś, posiadasz pan wszystko... wyjąwszy to, czego zawsze braknąć bę[172]dzie młodym ludziom roztropności i wytrwałości. No!... to ja będę pańską roztropnością i wytrwałością.
Zatrzymał się na chwilę, jakby chciał nadać większą wagę swym słowom; po chwili zaczął:
— Wczoraj właśnie myślałem o panu i w głowie mej budowałem całą jego przyszłość. Jest on ubogi, mówiłem sobie, a w jego wieku, i z jego poglądami, to rzecz okrutna. Ale dlaczegoźby nie miał ożenić się z jedną z tych dziedziczek, które temu, kto umiał ująć ich serce, przynoszą w fartuszku miljon posagu?
— Niestety!...
— Jakto — niestety?... Czyż myślałbyś pan jeszcze o Róży?
— O! nie!... bez wątpienia!... chciałem tylko powiedzieć...
— Jeżeli mówię o takiej dziedziczce, to dla tego, że znam ja... i gdybym zechciał, gdyby mój przyjaciel, doktor Hortebize, zechciał także... Róża piękna; ale ta, o której myślę, jest prawie tak piękna jak Róża, a przytem dobrze urodzona, rozsądna, dowcipna... ma wielkie stosunki, a gdyby mąż jej był artystą z talentem, poetą, albo kompozytorem — to mógłby dojść daleko...
Paweł poczerwieniał jak ogień, o wszystkiem tem marzył niegdyś.
— Więcej jeszcze, mówił dalej stręczyciel; zastanawiając się nad nieprawem urodzeniem pana, usnułem cały wspaniały romans. Przed rokiem 1793 jak panu wiadomo, każde nieprawe dziecię poczytywane było za szlachcica. Czy znasz pan swego ojca? Nie. Któż panu zaręczy, że nie nosi on jakiego świetnego nazwiska i dla zwiększenia jego blasku, nie posiada pół miljona liwrów dochodu? Może w tej właśnie chwili każe on szukać pana, by nadać mu swe imię i przekazać majątek? czy miłoby było panu zostać księciem?
— Panie, bełkotał Paweł, panie!...
[173] Mascarot wybuchnął śmiechem.
— Wszystko to są tylko przypuszczenia, powiedział.
Młody człowiek nie wiedział co o tem myśleć.
— Nakoniec, zapytał czego pan żądasz odemnie?
Stręczyciel spoważniał.
— Żądam posłuszeństwa, odrzekł. Posłuszeństwa biernego, bezwzględnego, bez namysłu.
— Będę posłusznym, panie; ale na miłość boska nie igraj pan sobie ze mną.
Zamiast odpowiedzi Mascarot zadzwonił na Beaumara, który wszedł natychmiast.
— Sam tu zostaniesz, powiedział; ja idę do Van-Klopena.
Potem zwróciwszy się do Pawła, dodał:
— Nie żartuję nigdy — dziś jeszcze przekonasz się pan o tem. Pójdziemy razem na śniadanie do restauracji; mam z panem do pomówienia, a potem...
Zatrzymał się, bo go bawiło zdziwienie Pawła, po chwili dodał:
— Potem pokażę panu młodą osobę, którą mu wybrałem: muszę wiedzieć czy spodoba się panu.
XI.
Nie bez tysiąca słusznych powodów młody Gaston Gandelu, ten typ współczesnego paryskiego rycerza, wykrzyknął, przekonawszy się, że Andrzej, malarz rodzajowy, nie wiedział nawet o istnieniu Van-Klopena.
Niepospolity ten przemysłowiec posiada — można powiedzieć — sławę europejską.
By się przekonać o ten, dość rzucić okiem na blankiety jego rachunków, ozdobione medalami, zdobytemi na wszystkich wystawach.
Z jednej strony czytamy: „Uprzywilejowany przez J. k. M. królowę hiszpańską“, z drugiej: „Dostawca dworów północnych“.
[174] Ale Van-Klopen nie jest Alzatczykiem, jak to utrzymywał inteligentny Gandelu, sądzący zapewne, że Niemcy są częścią Alzacji. Van-Klopen jest Holendrem.
Koło roku 1850 obrotny ten człowiek, który był dotąd krawcem w swem mieście rodzinnem, z sukna, wziętego na kredyt, wykrawywał przestronne surduty, nadające rotterdamskim burmistrzom szczególnie poważną postawę.
Rzemiosło nie wiodło mu się.
Ogłoszony bankrutem wskutek rozmaitych mętnych operacyj, zmuszony był zamknąć swój sklep i zmykać przed wierzycielami.
W Paryżu, tym środkowym punkcie wszelakich konkurencyj, zdawało się, iż czeka go śmierć głodowa. Wcale nie.
Pewnego poranku wynajął on przy ulicy Grammont apartament za 26.000 franków rocznie i po obu stronach drzwi wywiesił dwie marmurowe tablice z napisem
VAN KLOPEN
krawiec damski.
Potem w reklamach obficie rozrzuconych zapowiedział, że jest „reformatorem mód“ i nadał sobie tytuł najwyższej wyroczni w sprawach kobiecej elegancji“ i „krawca królowych“.
Jaki śmiałek rzucił pierwszy zaród tych myśli w mózg opasłego Holendra? jaki kapitalista dostarczył funduszów? Nigdy tego nie powiedział nikomu.
Faktem jest, że w początkach próba nie bardzo się wiodła.
Przez cały miesiąc Paryż trzymał się za boki, myśląc o błazeńskich pretensjach „rotterdamskiego reformatora“.
Ten pozwolił śmiać się, uchylając czoło pod nawałnicą dwuznaczników.
Miał wielką słuszność.
[175] Prospekta jego, hojnie sypane, zjednały mu dwie klientki, które pierwsze roztrąbiły jego sławę.
Jedną z nich, bardzo wielką damą, ale bardziej jeszcze awanturniczą i ekscentryczną, aniżeli wielką, była księżna Sairmeuse.
Drugą była ni mniej ni więcej, jak gwiazda pół-świata, piękna Jenny Fancy, protegowana podówczas przez hrabiego Tremorel.
To pewna, iż dla obu tworzył on stroje stanowczo odróżniające się od wszystkiego co robiono i wymyślano dotąd w tym rodzaju.
Od tej pory drogę miał przed sobą utorowaną. Powodzenie spadło na niego, jak to bywa w Paryżu, piorunem. A na uzupełnienie tego ogromny chór garderobianych, jak gdyby się zmówił wyśpiewywać jego pochwały...
Dziś reputacja Van-Klopena może stawić czoło wszelkiej konkurencji.
Doszło do tego, iż nieraz nie przyjmuje zamówień.
— Lubię wybierać sobie klientki, tak zwykł mawiać, lubię przebierać pomiędzy memi praktykami.
I wybiera, i przebiera! Pan ma swoje kaprysy.
Dla tego też najszlachetniejsze i najbogatsze damy ubiegają się o zaszczyt być przezeń ubieranemi.
Najdumniejsze nie rumienią się, gdy bada sekreta ich kibici. Zwierzają mu się z tajemnic, których nie wyznają własnym mężom. Znoszą bardzo spokojnie, gdy szerokie jego łapy suwają się po ich ramionach, gdy zdejmuje miarę.
Bo taka moda!
Salony jego są jakby neutralnym gruntem, na którym spotykają się kobiety wszelkich towarzystw.
Być może, iż jestto jedną z przyczyn jego wziętości.
[176] Księżna R* nie gniewa się, widząc tuż przy sobie sławną Bichy, z powodu której baron N* wystrzelił sobie resztę mózgu jaki miał. Być może, iż używając tego zacnego krawca spodziewa się nabrać tyle co i Bichy wdzięku.
Ze swojej strony panna Diamant, która, jak wiadomo, pobiera trzysta franków rocznie w teatrze Delassement, doznaje delikatnej rozkoszy, gdy przepychem swych toalet przygnębia wielkie damy podczas przejażdżki w Bulońskim lasku.
Zręczny Van-Klopen umie doskonale utrzymać równowagę swych względów pomiędzy tak różnemi klientkami. To też jest to człowiek, któremu najwięcej się nadskakuje i pochlebia.
Ile to razy słyszano piękne a dumne usta mówiące:
— Uprzedzam cię, mój Klopenku, że jeżeli nie będę miała mojej sukni na wtorek to umrę!..
W zimie, w dniach wielkich balów, ekwipaże długim szeregiem stoją na ulicy przed magazynem Van-Klopena.
Między godziną dziewiątą a dwunastą w nocy, dwieście kobiet szturmem bierze ten zakład, gorąco pragnąc, by mistrz przyłożył ostatnią rękę do ich toalety, i pyszniąc się jego przychylnym uśmiechem.
A on, poważny, zimny, beznamiętny, czasami z cygarem w rękach — bo jemu wszystko wolno — spogląda, jak przed nim defiluje ten świetny szwadron. Skąpy jest na pochwały. Wie on, że jedno „bardzo dobrze z ust jego upaja rozkoszą jednę wybraną i martwi dwadzieścia rywalek...
Ale umiał on przytem przywiązać swą klientelę więzami mocniejszemi nad próżność.
Gdy zasięgnął wiadomości i ma poważne rękojmie, Van-Klopen daje na kredyt.
Tak jest, daje na kredyt nietylko swój krój, ale i materje. Wrazie potrzeby zjednywa opornych dostawców, a nawet pożycza pieniędzy.
[177] To też w dniach obrachunków małżeńskich, damski krawiec jest postrachem mężów.
Poczciwi mężowie! SpiąŚpiąnajspokojniej, uwielbiają ład, oszczędność i rządność swoich żon, a w tem — okrutne przebudzenie!.. ukazuje się flegmatyczny Holender z rachunkiem na dwadzieścia tysięcy franków.
Co począć? Zapłacić.
Tak jest zaplacić, albo procesować się; bo Van-Klopen i to robi.
Prosta kupcowa strojów, sprzedająca swe wyroby biednym dziewczętom, cofnęłaby się przed sposobami, jakich używa ten lichwiarz od jedwabiu i aksamitu.
Biada kobiecie dającej się ułowić na zasadzkę kredytu, którą jej pan Klopen zastawił! Kobieta, która mu się zadłużyła trzy tysiące franków jest zgubiona, gdyż nie może wiedzieć, jak daleko zajdzie, starając się o pieniądze, gdy ich od niej zażąda.
A jednak w księgach jego znajduje się wiele zacnych nazwisk!..
Czyż dziwnem się wyda, że takie powodzenie zawróciło głowę Van-Klopenowi?
Jest on za to pulchny, rumiany, bezwstydny, próżny, cyniczny!.. Pochlebnisie jego dochodzą aż do tego, iż mówią, że ma dowcip.
Takim jest człowiek, do którego udał się Mascarot wraz ze swym protegowanym Pawłem Violaine, po długiem śniadaniu u Philippe.
Lokal Vau-Klopena zasługuje także na wzmiankę. Pyszny dywan zdobi jego schody, wiodące na pierwsze piętro, które zajmuje.
W bardzo obszernym przedpokoju dwóch strzelców w połyskującej złotem liberji siedziało przy kaloryferze.
Ujrzawszy Mascarota wstali z uszanowaniem i jeden z nich, uprzedzając zapytanie stręczyciela, powiedział:
[178] — Pan Van-Klopen pracuje w tej chwili z księżną Korazow; ale przerwie naradę jak tylko się dowie, i pan tu jest. Czy raczy pan przejść do prywatnych apartamentów pana Van-Klopena?
I wspaniały strzelec już chciał iść; ale Mascarot zatrzymał go.
— Nie bardzo nam spieszno, powiedział, zaczekamy z innymi klientami w wielkim salonie. Jest tam wiele osób?
— Kilkanaście dam, bo to teraz bale...
— Bardzo dobrze, to mię rozerwie.
I nie czekając na odpowiedź strzelca, Mascarot pocisnął kryształową gałkę, drzwi otworzyły się na rozcież, i przez nie wprowadził Pawła do salonu.
Salon ten, wspaniale przyozdobiony, wyzłocony i wymalowany, jest gustu najnędzniejszego; dziwi w niem przytem jeden śmieszny szczegół.
Obicie ścian znika całkiem pod mnóstwem małych akwarel, przedstawiających kobiety w najrozmaitszych ubiorach.
Pod każdem malowidłem znajduje się podpis; przybliżywszy się można wyzcytaćwyczytać.
Suknia pani C... na obiad w ambasadzie moskiewskiej.
Garnitur markizy V.., na bal w Hotel-de Ville.
Kostium kąpielowy pani H... R...
Peplum panny S...
Sam krawiec wynalazł ten sposób przekazywania swych pomysłów potomności.
Salon ten tak zadziwił przepychem swym Pawła, iż zbity z tropu, olśniony, stanął na progu, nie śmiejąc iść naprzód, nie widząc krzesła, na któremby mógł usiąść.
Ale Mascarot ma zimnej krwi za dwóch.
Ująwszy swego protegowanego za rękę, posadził go koło siebie na kanapie, szepcząc:
[179] — Trzymaj się, do pioruna! dziedziczka jest tu!
Wejście Mascarota i Pawła do salonu Van-Klopena skandal prawie wywołało.
Rzadko mężczyzna dostaje się do tego przybytku elegancji; to też wszystkie damy, które cierpliwie czekały na łaskawe ukazanie się króla wszystkich krawców, zdumione zostały zuchwalstwem tego intruza.
Wrażenie to jeszcze zwiększyła niepospolita piękność Pawła, tego młodzieńca o drżącem oku, trwożliwego i rumieniącego się jak dziewczę.
Rozmowy ustały i pod ogniem kilkunastu par oczu, czując jak mu pałają policzki, Paweł tracił pewność siebie, dręczył swój kapelusz jak wieśniak wobec sądu i nie śmiał podnieść głowy.
— Pomieszanie to nie mogło podobać się zacnemu stręczycielowi.
Sprowadził on tu swego protegowanego, by kogoś zobaczył; chciał więc by patrzał.
Bo jego wcale nie zatrwożyło to imponujące zebranie.
Wchodząc zaraz powitał wszystkich dokoła z zastarzałą gracją eleganta z roku 1820, a potem usiadłszy na kanapie, zdawał się być tak swobodnym, jak we własnej ajencji, wśród swoich klientek.
Niczem nie zamącona pewność Mascarota jest wynikiem pogardy ludzkości i szkieł jego okularów.
Gdyby wiadomem było: ile usług mogą wyświadczyć te szkła kolorowe, po za któremi kryją się wszelkie wrażenia — to cały świat nosiłby niebieskie okulary.
Zacny stręczyciel raczył udzielić swemu protegowanemu kilka minut dla opamiętania się i oswojenia z atmosferą salonu, zanadto ciepłą i przeciążoną pachnidłami.
Ale po upływie pewnego czasu, widząc, że [180]Paweł ciągle trzyma nos w kamizelce, trącił go lekko łokciem, mówiąc:
— Więc to po raz pierwszy widzisz pan damy w wielkiej toalecie? Czy się boisz?
Paweł zrobił wysilenie by się wyprostować.
— Patrz pan na prawo, szeptał dalej Mascarot, między fortepianem a oknem... to ona!
Przy oknie, obok swej służącej, siedziała młodziutka panienka, najwięcej ośmnastoletnia.
Nie była ona tak piękną jak zapowiedział stręczyciel, ale piękność jej miała w sobie coś żywego, szczególnego i niespokojnego.
Była mała, drobna, wątła pozornie i bardzo mocno brunetka.
Rysom jej brakło regularności, ale czarne i połyskujące włosy zdawało się, iż rzucały snopy światła; ciemno-szafirowe jej oczy miały pociąg nieprzezwyciężony. Purpurowe usta, nieco za grube, zdradzały gorącą krew w nich krążącą, czoło wypukłe świadczyło o uporze aż do bezsensu.
Wszystko w niej oddychało namiętnością, lub raczej cała ona zdawała się być uosobieniem namiętności.
Paweł musiał odwołać się do całej swojej energii, by zdobyć się na to by spojrzeć na nią.
Jednak ośmielił się oczy ich spotkały się i oboje zadrżeli jednocześnie, jakby od dotknięcia baterji elektrycznej.
Paweł był osłupiały, olśniony. Co do młodej dziewczyny, to wzruszenie jej było tak gwałtowne, iż musiała nagle odwrócić się, z obawy, by tego nie dostrzeżono.
Ale nikt nie zwracał na nią uwagi.
Rozmowy znowu poszły swoim torem; wszystkie klientki znakomitego Van-Klopena z największem skupieniem ducha słuchały jednej młodej damy, opisującej ostatni swój strój balowy.
— To zdumiewające, mówiła dama; tylko jeden Van-Klopen zdolny jest do takich kreacyj. Wszystkie te panny w karetach o ośmiu resorach [181]nie posiadały się ze złości. Wiem od markiza Croisenois, że Jenny Fancy płakała ze wściekłości. Wystawcie sobie tylko trzy zielone spodniczki, każda innego odcienia, podpięte...
Mascarota bynajmniej nie zajmował ten opis.
Przypatrywał się on i uważał.
Drżenie dwojga młodych ludzi wywołało uśmiech na jego zwiędłe usta.
— No i cóż? zapytał swego protegowanego.
Paweł z trudnością stłumił wykrzyknik uwielbienia.
— Cudna! szepnął.
— I ma miljon!... dodał stręczyciel.
— Choćby nie miała ani jednego sous, jeszcze możnaby było oszaleć dla niej.
Mascarot kaszlnął i uczuł potrzebę poprawienia sobie okularów.
— Teraz, pomyślał, mam cię już, mój chłopcze! Czy wzruszenie twoje jest udane, czy rzeczywiste, czy uwielbiasz, posag czy kobietę — mniejsza o to; zrobisz jak chcę.
Po tej ojcowskiej uwadze nachylił się znowu ku swemu protegowanemu.
— Chcesz pan wiedzieć jej nazwisko? zapytał.
— O! powiedz pan! proszę!
— Flawia.
Paweł był zachwycony. Teraz ośmielił się spojrzeć na młodą dziewczynę, która nieco odwróciła się. Zapominając o zwierciadłach sądził, że go nie dostrzeże.
Tymczasem młoda dama rozpowiadała dalej:
— To strach co się stało tej biednej hrabinie Luxé, temu prawdziwemu aniołowi. Tak, tak, moje panie!... kazała sobie farbować suknie. Robi oszczędności!... Jaka naiwność!... Tymczasem hrabia Luxé szaleje z jedną aktorką z teatru Bouffes. Dowiedziawszy się o tem omal nie umarła z żalu; a ja poprzysięgłam sobie, że jeżeli mój mąż zrujnuje się kiedy, to pewno przezemnie, a nie przez inną...
[182] Przerwała sobie.
Drzwi w głębi otworzyły się z łoskotem i Van-Klopen we własnej osobie ukazał się w całej okazałości.
Jest on na pięć i pół stóp wysoki i barczysty nieproporcjonalnie; na czerwonej jego twarzy można zliczyć kieliszki, które wypija; oko ma zuchwałe, głos słodziutki i mówi czystym rotterdamskim akcentem.
Jak zawsze tak i teraz był w szafirowej aksamitnej czapeczce, koronkowych żabotach i mankietach. Ogromny dyament błyszczał mu na palcu.
— Na którą z pań kolej? zapytał.
Kolej była na damę, która właśnie opowiadała. Ta wstała już; ale wielki krawiec zatrzymał ją ruchem.
Dostrzegł Mascarota i z widocznym pośpiechem poszedł ku niemu.
— Jakto? zawołał, pan tu?... i musiałeś czekać!... O!... jakże mam przeprosić!...
Lekki szmer przeszedł po zgromadzeniu.
— Proszę bardzo, mówił dalej Van-Klopen, chciej pan wejść do mego gabinetu!... pan, dodał wskazując na Pawła, zapewne przyszedł razem z nim?... niech panowie raczą...
I to mówiąc ciągnął za sobą Pawła i Mascarota.
Sam miał także pójść za nimi, nie przeprosiwszy innych obecnych, gdy wtem jedna z klientek poskoczyła aż ku niemu i siłą prawie wciągnęła go w korytarz, zemknąwszy za sobą drzwi.
— Panie! zawołała, na miłość boską — jedno słowo!
Van-Klopen zmierzył ją znudzonym wzrokiem.
— Co tam jeszcze? zapytał.
— Panie jutro przypada termin wekslu na 3000 franków, który panu podpisałam.
— Bardzo być może.
— Otóż, panie, nie mam pieniędzy.
— I ja także.
[183] — Zaklinam pana, chciej mi go przedłużyć na dwa miesiące, nawet na miesiąc, na jakich chcesz warunkach...
Damski krawiec ruszył ramionami.
— Za dwa miesiące, powiedział, będzie pani jeszcze trudniej zapłacić aniżeli dziś. Jeżeli weksel nie będzie zapłacony jutro... to nastąpi pozew...
— Boże! Ale w takim razie mój mąż dowie się.
— Niezawodnie i wiem z pewnością że zapłaci.
Nieszczęśliwa kobieta struchlała.
— Tak, rzekła, mąż mój zapłaci, ale ja będę zgubiona.
.
— Nic na to poradzić nie mogę; mam wspólników
— O! nie mów mi pan tego!... błagam!... ratuj mnie! Mąż mój trzy razy już płacił za mnie długi i poprzysiągł... że gdyby chodziło o mnie tylko!... Ale mam dzieci!... mąż w gniewie gotów mi je zabrać... Przez litość!... panie! dobry panie Van-Klopen...
Załamywała ręce, Ikala, omal że nie padła na kolana.
Znakomity krawiec był jak z lodu.
— Kiedy kto jest matką dzieci, powiedział, to bierze szwaczkę dziennie... są szwaczki doskonale robiące suknie.
Jeszcze próbowała rozczulić go, wzięła za ręce, chwila — a ucałowałaby je.
— Panie gdybyś pan wiedział!.. za nic nie odważę się powrócić do siebie... nie będę miała śmiałości przyznać się mężowi.
Van-Klopen zachychotał ze straszliwym cynizmem.
— No i cóż? odrzekł, jeżeli pani tak się obawia męża, to zgłoś się do kogo innego!...
I wyrwawszy się po brutalsku, porzucił biedną kobietę w korytarzu i wszedł do gabinetu, gdzie nań czekali Paweł i Mascarot.
[184] Naprawdę był niezadowolony; dowodziło to, że zatrzasnął za sobą drzwi z gwałtownością niezwykłą.
— Czyś pan słyszał, rzekł do Mascarota, tę żałośną scenę? Zdarzają mi się podobne od czasu do czasu — to nie wesoło.
Przerwał sobie, gdyż uczuł lekkie łechtanie w ręku; popatrzył ciekawie, obtarł i rzekł śmiejąc się donośnie:
— Co widzę!... spłakała mi się na rękę!...
Paweł był naprawdę oburzony.
Pierwszy popęd jego serca był jeszcze dobry. Gdyby miał trzy tysiące franków, zaniósłby je tej biednej kobiecie, której stłumione jęki słychać było jeszcze w korytarzu.
— To okropność!... powiedział.
Wykrzyknik ten zdawał się urażać Van-Klopena.
— A!... zawołał z niewysłowionym cynizmem w głosie, pan miewa przypadłości nerwowe. Gdyby pan był na mojem miejscu, to prędko dowiedziałby się, co to wszystko właściwie znaczy. Zresztą bronię tu pieniędzy moich i moich wspólników. Więc pan nie wiesz, że wszystkie te płoche kobietki, które ubieram, są pełne próżności i szaleją za strojami. Ojca, matkę, męża oddadzą one, z dziećmi na dokładkę, byle otworzyć sobie rachunek. Pan nie możesz wiedzieć do czego są zdolne kobiety, by tylko mieć suknię, na której widok rywalka pęknie ze złości... Dopiero przy obrachunku przypominają sobie o rodzinie.
— Jednak, pan wiesz dobrze, że na tej damie nic się nie straci; jej mąż...
— A, tak! mąż zawołał Van-Klopen, roznamiętniając się w toku dyskusji, gadajmy o tem. O! ci mężowie! to można umrzeć od śmiechu. Przynoszę suknie, przyjmują mię ze wszystkiemi oznakami grzeczności; bo i oni lubią piękne materje, ale gdy przedstawiam rachunek — to inna [185]rzecz. Straszliwie wytrzeszczają oczy i grożą wyrzuceniem za okno...
Z najlepszą wiarą w świecie, Paweł bronił dalej sprawy biednej dłużniczki.
— Mężowie, powiedział, bywają często oszukiwani...
— Dajże pan pokój!... wiedzą oni o wszystkiem, a w każdym razie ich rzeczą jest wiedzieć. Ale nie!... udają nieświadomych to dogodniej. Gdy dadzą sto luidorów na miesiąc, sądzą, że już są pokwitowani i spokojnie przyglądają się tuzinom strojów, od których dęba stanęłyby konie fiakra. Jeżeli nie mówią sobie, że żony ich biorą to wszystko na kredyt, to — jak im się zdaje — skąd one to mają?... Ale nie! porozumiewają się. Pani zaczyna od otwarcia sobie rachunku, a pan potem spiera się o całą kwotę i żąda redukcji. Znam ja tę grę!...
Wielki krawiec wydawał się tak zagniewanym, iż Mascarot uznał potrzebę interwencji.
— Może pan byłeś zanadto surowym, powiedział.
Van-Klopen spojrzał na niego znacząco.
— Ba! powiedział, jutro będę zapłacony, wiem przez kogo i jak i dostanę drugie zamówienie; jeżelim tak postąpił, to miałem do tego powody.
Być może, iż powody te nie były bardzo uczciwe, gdyż nie ośmielił się ich wypowiedzieć.
Zaciągnął zacnego stręczyciela w zagłębienie okna i tam we dwóch poczęli mówić z sobą bardzo cicho, śmiejąc się szczerze, jakby sobie opowiadali doskonały figiel.
Nie mogąc usłyszeć ani jednego wyrazu, Paweł począł rozglądać to, co Van-Klopen nazywał swoim „gabinetem konsultacji.“
Nie znajdowało się tam nic z rzeczy potrzebnych do pisania, ale było mnóstwo miar, nożyczek, linij, a przytem pełno próbek i szkiców ubiorów. [186]W głębi sześć manekenówmanekinów podtrzymywało papierowe formy nowych kreacyj damskiego krawca.
Zaledwie Paweł miał czas obejrzeć wszystko, a już dwaj przyjaciele bo poczytywał ich za takich powrócili przed kominek.
— Tracimy czas, powiedział Mascarot; a chciałbym rzucić okiem na nasze księgi... ale tyle jest osób w salonie.
— I to pana zatrzymuje! powiedział obojętnie krawiec; proszę zaczekać chwilę.
To powiedziawszy wyszedł i prawie w tejże chwili dał się słyszeć jego głos słodkawy.
— Przykro mi bardzo, szanowne panie; jestem w rozpaczy, słowo honoru; ale mam konferencje z kupcem materyj... panie pojmują... to dla pan... ale to może potrwać długo...
— Zaczekamy, — odpowiedział nieustraszony chór klientek.
Van-Klopen powrócił, dumą promieniejąc.
— Ot i cała sztuka! powiedział; będą tu do nocy czekać na swego Klopenka. Biedne koteczki!... Otóż to paryskie klientki. Biegaj za niemi, wyczerpuj się w grzecznościach uciekają jak zające. Przeciwnie — drwij sobie z nich, przyjmuj niegrzecznie — płyną jak woda. Jeżeli kiedy opuści mię powodzenie, zamknę sklep i napiszę na drzwiach: „Publiczności wchodzić nie wolno!“... Na drugi dzień tłum wyłamie mi drzwi.
Mascarot raczył kiwać głową, podczas gdy krawiec damski wyjmował z szafy gruby rejestr.
— Nigdy interesa nie szły pomyślniej, powiedział; to prawda, że jesteśmy w pełni sezonu. Od dziewięciu dni, jak pan tu byłeś, otrzymaliśmy na 87.000 franków zamówień.
— Doskonale! Ale dajmy pokój sprawom bieżącym, a zajmijmy się wątpliwemi... pilno mi.
Wyrocznia elegancji, Van-Klopen, przerzucał kartki swego rejestru.
— Oto, naprzykład, powiedział. Panna Wirginia Cluche żąda pięciu toalet do teatru i na [187]wieczór, dwóch domin, trzech sukień wizytowych.
— To za wiele.
— Dla tego właśnie chciałem naradzić się. Dłużna błahostkę — tysiąc ośmset franków.
— I to już nie mało, jeżeli, jak słyszałem, protektor jej jest zrujnowany. Nie odmawiaj pan, ale nie rób nic do dalszego rozkazu.
Za całą odpowiedź Van-Klopen nakreślił z boku swego rejestru jakiś znak kabalistyczny tajemnicze objaśnienie woli stręczyciela.
— Tego miesiąca, 6go6-go, ważne zamówienie dla hrabiny Mussidan. Suknia bez garnirowania dla córki. Rachunek jej jest jednym z najwyższych; hrabia nie płaci, zapowiedział mi to.
— Nic nie szkodzi! rób pan, a nawet podmawiaj.
— Nowy znak na rejestrze.
— Tegoż miesiąca, dnia 7go7-go. Zada otwarcia rachunku panna Flawia Martin-Rigal; nowa klientka, pewno córka bankiera.
Usłyszawszy to nazwisko Paweł drgnął; ale zacny stręczyciel zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.
— Mój kumie, rzekł tonem najpoważniejszym, zapamiętaj pan sobie dobrze to nazwisko. Co tylko zażąda ta młoda panna, choćby całego pańskiego magazynu — z góry na wszystko przystań. A głównie — największe względy. Najmniejsze nieuszanowanie przyprawiłoby pana o nieprzyjemności... Ta dama znajduje się obecnie w pańskim salonie pan ją przyjmiesz natychmiast jak tylko wyjdę ztąd.
— Łatwo było poznać ze zdumienia krawca, iż Mascarot nie nadużywa takiego rodzaju rekomendacyj. Paweł był nie mniej zdziwiony, ale z innych powodów.
— Stanie się, jak pan każesz, odrzekł Van-Klopen. Dnia 8. bieżącego miesiąca niejaki pan Gaston Gandelu przedstawiony mi był przez swego jubilera, p. Liper. Ojciec jego jest bardzo bo[188]gaty, jak mówią, a sam p. Gaston, przy dojściu do pełnoletności, która jest niedaleką, ma otrzymać znaczny spadek. Młody ten człowiek żąda kredytu od piętnastu do dwudziestu tysięcy franków dla jednej młodej damy.
Stręczyciel ukrył uśmiech i z góry przez okulary spojrzał na swego protegowanego. Paweł ani się ruszył. Nazwisko Gandelu nie wywarło na nim żadnego wrażenia.
Mascarot zastanowił się.
Kumie, powiedział wreszcie, nie uwierzysz jak mi zawadza ten młody człowiek. Na Clichy[1] nie ma już co liczyć... Coby też wymyśleć, by w danej chwili oddalić go z Paryża?
Twarz Van-Klopena przybrała barwę szkarłatną. Najmniejsze wysilenie rozumowania, pędząc mu krew do głowy, sprawia ten efekt.
— Ba!... powiedział, uderzając się w czoło, jest na to sposób. Ten Gandelu, mający minę próżnego głupca, gotów na wszystko, i na wiele innych jeszcze rzeczy dla tej pięknej blondynki.
— I ja tak myślę.
— A zatem rzecz tak się ma. Otworzę mu mały rachunek, tak, by mu ślina przyszła do gęby; dobrze! Nadchodzi ważniejsze zamówienie — ja kraję, przymierzam; ale w chwili oddania udaję, że się obawiam i żądam kilku nie wielkich wekslów, poprzysięgając, że ich nie będę eskontować... rozumie się z dwoma podpisami. Wtedy naszego panicza zaznajamiamy z „Towarzystwem wzajemnych zaliczek“, a nasz kochany Verminet łatwo go namówi do napisania własnoręcznie jakiego znanego nazwiska na dole papieru. Gandelu przynosi mi takie weksle, ja je przyjmuję już go trzymamy.
— Maleńkie fałszerstwo!...
— Ba!.. nie widzę innego sposobu, chybaby...
[189] Tu przerwał sobie. W przedpokoju dał się słyszeć niezwykły hałas, jakby dwóch spierających się osób.
Beznamiętny Van-Klopen wstał, nieco wzruszony i nadstawił uszu, słuchając z wytężeniem.
— Chciałbym wiedzieć, mruknął, co to za impertynent pozwala sobie robić u mnie taki harmider. Zobaczycie, że będzie to znowu jaki śmieszny mąż.
Jeżeli mężowie nienawidzą i obawiają się krawca królowych, to łatwo pojąć, że ten oddaje im piękne za nadobne, i że są oni rodzajem widma dla niego.
Gdyby go słuchać, to instytucję małżeństwa należałoby skasować od jutra.
— Zobacz pan co to jest, radził Mascarot.
— Ja?!... ja mam się kompromitować niewiadomo przed kim, narażać się na całą lawinę obelg?... nie głupim. Płacę służbie, by mi zaoszczędziła tych nudów.
Było to bardzo rozsądnie.
Zresztą hałas przycichał, głosy słabły. Słychać jeszcze było jak otwierały się i zamykały drzwi salonu, potem nic. Wszystko ucichło.
— Wracajmy do rzeczy, zaczął znowu zacny stręczyciel. Propozycję pana przyjmuję. Miałem wprawdzie inny sposób; ale ten może chybić. Piękne małe fałszerstwo to broń zawsze nabita.
Wstał z fotelu i poszedł z krawcem w kąt pokoju.
Po tem, z czem już się sobie zwierzyli — cóż jeszcze okropniejszego i niegodziwszego mieli do uradzenia?
Od samego początku tej szkaradnej rozmowy Paweł był blady jak śmierć.
Paweł, jako nieświadomy życia — nie mógł nic zrozumieć.
Już u Philippe, podczas śniadania, Mascarot wykazał mu zdaleka dziwne rzeczy; to, co słyszał teraz oświecało go ostatecznie.
[190] Widocznem było dla niego, że człowiek ten, którego przyjął dziwną protekcję, układał jakąś ciemną i ohydną intrygę.
Jego postępowanie, wyrazy, wszystko miało pewne znaczenie, rację jakąś i zmierzało ku jakiemuś tajemniczemu celowi.
Rozbierając i porównywając to, co widział, słyszał, lub zauważył, Paweł odgadywał, lub raczej czuł jakąś zasadzkę, cierpliwie urządzaną.
Upatrywał jakiś nie wyjaśniony stosunek między tą Karolina Schimel, którą szpiegowano i tym markizem, Croisenois, tak dumnym a tak uległym, i ta hrabiną Mussidan, którą wpędzano w ruinę, i Flawią, tą bogatą dziedziczką, której przyrzeczono mu rękę, i tym Gastonem Gandelu, u którego namiętności miano wyrwać fałszerstwo, to jest zbrodnię prowadzącą na galery.
A on, Paweł, czyż nie był narzędziem, które także zmuszano do uległości? Ku jakiej przepaści przez jakie błota miano go prowadzić?
Ten tajemniczy stręczyciel, ten świetny krawiec, nie byli to dwaj przyjaciele, jak zrazu przypuszczał, ale dwaj wspólnicy.
Widział, z jakiego nieczystego źródła Mascarot czerpał swą władzę, straszliwą i bez granic. Wiedział, że był on jakby żywym wyrzutem sumienia, nieustającą groźbą, prześladującą swe drżące ofiary z biczem w ręku.
I Paweł czuł, że znajduje się w ręku tego słodziutkiego despoty. W oczy uderzała widoczność zmowy jego z Tantainem. Za późno!
On, niewinny, znalazł się pod ciężkim zarzutem kradzieży.
Gdy nie miał żadnej nieufności, Mascarot związał go, skrępował ze straszliwą zręcznością owych nocnych pająków podrównikowych, które osnuwają ptaszka swą pajęczyną, nie przebudziwszy go.
Czy mógł walczyć z jakąkolwiek nadzieją na powodzenie?. Nie. Przy najmniejszem usiłowaniu zerwania podobnych sieci zostałby zgruchotany.
[191] Zadrżał na tę pewność, ale nie uczuł szlachetnego wstrętu, jakiego doznaje człowiek uczciwy wobec zbrodni.
Trzeba przyznać, że wszystkie złe instynkta, jakie miał w zarodku, fermentowały w nim jak zgnilizna na słońcu.
Jeszcze był olśniony pysznym widokiem, jaki mu stręczyciel roztoczył przed oczyma. Przypomniał sobie, iż powiedziano mu, że ojciec jego był wielkim panem, pomyślał o tej młodej pannie milionowej, od której jednego spojrzenia zadrżały w nim nie znane dotąd struny.
Powiedział sobie, że człowiek taki, jak Mascarot, gardzący prawami i przesądami, silny, cierpliwy, musi w końcu pomimo wszystkiego dojść do celu.
I na cóż się narażał, oddając się na wolę nurtu, który go unosił? Na nic. Mascarot jest dość potężnym pływakiem by mu utrzymać głowę nad wodą...
Paweł nigdy nie ćwiczył się w przymuszaniu siebie, nie mógł wierzyć by był pilnie strzeżony; to też łatwo było poznać w jego ruchliwych rysach całe odbicie jego uczuć.
Tem właśnie zajęty był zacny stręczyciel.
Jeżeli ta bezecna rozmowa odbyła się w obecności jego protegowanego, to dlatego, że sam tak chciał.
Nim mu wyjawi słowo zagadki, nim wykryje czego od niego spodziewa się, chciał on przyzwyczaić jego trwożliwy umysł do zapatrywania się z najzimniejszą krwią na najszkaradniejsze kombinacje.
Zauważył, że fakt nagi, niespodziewany, demoralizuje i przyspiesza zepsucie tysiąc razy prędzej, aniżeli najsubtelniejsze teorje.
Wyczytał w oczach Pawła postanowienie opuszczenia go i z najzupełniejszą pewnością swej siły na nowo rozpoczął głośną rozmowę.
— Przejdźmy, powiedział, do kwestji poważ[192]nej, która jest jakby post-scriptum mojej wizyty. Jak stoimy z wice-hrabiną Bois-d’Ardon?
Damski krawiec zrobił ruch uspakajający, jak to zwykł był czynić mówiąc o swych najlepszych klientkach.
— Tam dobrze idzie, odpowiedział. Właśnie wykończyłem jej całą serję najświetniejszych strojów.
— Ile jest dłużna.
— Najwięcej 25.000 franków; nie tyle już należało się od niej!
Mascarot okrutnie mordował swe okulary.
— Jestto, powiedział, kobieta prawdziwie spotwarzana. Jest ona lekkomyślna, zalotna, próżna, rozrzutna ale nic więcej. Od piętnastu dni badam całą jej przeszłość, a nie znajduję najmniejszego grzeszku, któryby mógł oddać ją w nasze ręce..:ręce...Na szczęście ten dług wyda nam ją. Czy mąż jej wie, że ona ma tu rachunek?
— Mąż?... rozumie się, że nie. On daje żonie swej szalone pieniądze, i gdyby tylko podejrzywał.
— Doskonale Trzeba mu przedstawić jej rachunek.
— Ależ panie zawołał zdziwiony Van-Klopen, przeszłego tygodnia dała grubo na konto.
— Tem lepiej pewno teraz nie jest przy pieniądzach.
Wyrocznia elegancji, Van-Klopen, pałał chęcią przedstawienia tysiąca uwag; ale nakazujący ruch stręczyciela zamknął mu usta.
— Chcę pana prosić, zaczął znowu Mascarot, byś mię wysłuchał i dobrze zapamiętał to co powiem; a przedewszystkiem zrób mi pan tę łaskę i zaoszczędź swych uwag.
Van-Klopen stracił bezwstydną pewność siebie, którą tak imponował swym klientkom.
— Czy znają pana u wice-hrabiny Bois-d’Ardon? zapytał.
— O!... jak zły szeląg.
— Bardzo dobrze. A zatem, pojutrze, punkt o godzinie trzeciej — ani wcześniej, ani później — [193]przedstawisz się wice-hrabinie. Odpowiedzą panu, że pani ma gości.
— Więc zaczekam.
— Wcale nie. Będziesz pan nalegać by się widzieć z nią natychmiast. Gdyby lokaje byli zanadto uparci, pogróźpogroź im mną.
— Tego nie trzeba potrafię sobie poradzić.
— Wejdziesz zatem do salonu i znajdziesz tam wicehrabinę rozmawiającą z markizem Croisenois. Sądzę, że go pan znasz?...
— Tylko z widzenia.
— Tego dość. Obecność jego nic pana nie obejdzie. Wyjmiesz z kieszeni rachunek i po brutalsku będziesz żądał pieniędzy.
— O, panie!... pomyśl pan tylko! Wice-hrabina zagrozi mi wyrzuceniem za drzwi.
— To bardzo być może. A pan zagrozisz jej, że zaniesiesz rachunek do męża. Każe ci wyjść; ale zamiast być posłusznym, pan zuchwale uplacujesz się na fotelu, oświadczając, że nie wyjdziesz bez pieniędzy.
— Ale to okropność.
— Bez wątpienia. Ale markiz Croisenois położy koniec tej scenie. Rzuci ci w oczy pugilares i powie: „Zapłać sobie gałganie!“
— I wyniosę się.
— Tak jest; ale przedtem jeszcze, ponieważ będziesz miał w kieszeni ołówek należycie zatemperowany, napiszesz pokwitowanie na imię markiza Croisenois, który zapłacił za wicehrabinę Bois’d’ArdonBois-d’Ardon.
Nigdy żaden człowiek nie widział się tak upokorzonym jak w tej chwili wyrocznia elegancji.
— Nie rozumiem ani odrobiny mruknął.
— To rzecz zbyteczna. Słyszałeś com powiedział.
— Będę posłuszny, ale stracimy klientelę wicehrabiny.
— Więc cóż?...
[194] Być może, iż Van-Klopen chciał próbować zasłaniać się swoją godnością, gdy wtem jakiś krzykliwy głos, który przed chwilą słychać było w przedpokoju, zapiszczał znowu; ale teraz tuż blisko w korytarzu.
— A to mi się podoba! krzyczał ów głos. Ze mną tak nie uchodzi!... Czekać całą godzinę!.. Co nie — to nie! Gdzie jest mój miecz! mój miecz! mój miecz!... Van-Klopen zajęty!... Znamy to. Zobaczycie, że dla mnie pofatyguje się cokolwiek.
Wynikiem tych wykrzykników było przynajmniej to, że zasępione czoła dwóch wspólników wypogodziły się.
Zamienili z sobą spojrzenia, jak gdyby poznali ów ostry głos, rażący uszy.
— To on, mruknął Mascarot.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi i do gabinetu damskiego krawca wpadł młody Gaston Gandelu.
W dniu tym miał on na sobie żakietę jeszcze krótszą niż zwykle, spodnie jeszcze jaśniejsze i obciślejsze, kołnierzyk jeszcze wyższy, a krawat zdumiewający.
Płaska twarz jego była zaczerwieniona od gniewu.
— To ja, zawołał, stanąwszy na progu... Co?.. znajdujesz pan to grackiem? Już ja taki jestem: dobry chłopiec, ale stanowczy. Czekać przeszło dwadzieścia minut!... ja!?... O! co nie, to nie!
Nie ulega wątpliwości, że takie naruszenie prawideł domowych, taka pogarda etykiety uświęconej, w najwyższym stopniu oburzały krawca królowych.
Ale znajdował się pod okiem stręczyciela, otrzymał rozkaz zawładnięcia Gastonem Gandelu, wiedział, że muchy nie łapią się na ocet — więc zrezygnował się przełknąć to wszystko.
— Wierz mi pan, tak zaczął, z trudnością usiłując ochłonąć; wierz mi pan, że gdybym wiedział...
[195] Zwykłe te wyrazy zachwyciły dowcipnego młodego człowieka.
— Wyjaśnienia zawołał, przyjmuję je. Niech odniosą miecze!... A! żartowniś!... Ale zawsze nie należało tak sobie ze mną postępować. Tam na dole stoją moje konie, które mogą dostać kataru. Pan znasz moje konie? To mi bydlęta — co? I powiedzieć tu sobie, że Zora chciała czekać dłużej!... Jeszcze tak młoda... Ale ja ją uformuję, zobaczysz pan!... Biegnę po nią.
To powiedziawszy, znikł w korytarzu, wołając:
— Zora!... Pani Chantemille!... kochana wicehrabino!...
Wielki krawiec czuł się w położeniu człowieka siedzącego na węglach rozżarzonych. Jaki to afront dla jego domu!... Rzucał rozpaczliwe spojrzenia na stręczyciela, który umieściwszy się przy drzwiach, wychodzących na schody, zachowywał postawę augura.
Co do Pawła, to ten nie był dalekim od tego, by poczytać młodego Gandelu, którego powóz czekał na dole, za wzór skończonej wykwintności i najlepszych manier.
Ściskało mu się nawet serce na myśl o szkaradnej zasadzce, w którą miał być schwytany ten interesujący młodzieniec.
To ostatnie wrażenie było tak żywe, iż podszedł do stręczyciela, by mu się z niego zwierzyć.
— Czy też nie ma jakiego sposobu, zapytał cicho, zaoszczędzenia tego nieszczęśliwego młodego człowieka?
Mascarot uśmiechnął się tym bladym uśmiechem, od którego drzelidrżeli wszyscy, gdy mu się pojawił na ustach.
Nim upłynie kwadrans, odpowiedział, ja sam zadam panu toż pytanie, pozostawiając mu wolność rozwiązania go według upodobania.
— O! w takim razie...
— Ts!... Oto pierwsza pańska próba. Jeżeli [196]pan nie jesteś tak silnym jak sądziłem — dobranoc. Trzymaj się pan ostro!... Komin spada mu na głowę.
Wyrażenia były pospolite, ale ton tak wyrazisty, że Paweł, przerażony, upatrywał już najfantastyczniejsze niebezpieczeństwa i skupił całą swoją energię.
Dobrze zrobił, gdyż i tak zaledwie mógł powstrzymać wykrzyknik zdumienia i gniewu na widok kobiety, która weszła.
— Owa wicebrabina, owa Zora, młodego Gastona Gandelu była to jego Róża, w ubraniu kupionem w magazynie gotowych strojów, nie mniej jednak bardzo świetnem.
Widocznie miała piękne skłonności, a pod kierunkiem takiego Gandelu mogła dojść daleko... Przekonywał o tem cwikier, który zaledwie mogła utrzymać na nosie, i który zdawał się robić jdj wiele ambarasu.
Była nieco zastraszona i p. Gandelu prawie ciągnął ją za sobą.
— Czybyś się pani obawiała? mówił; toby było śmiesznem. Chodź pani; wszak powiadam; okropnie jest rozgniewany, iż kazano nam czekać. Pewno rozpędzi swoich lokajów.
Gdy Zora-Róża usiadła w fotelu, ujmujący młody człowiek zwrócił się ku znakomitemu dostawcy dworów północnych.
— No, i cóż, zapytał, czyś pomyślał pan o nas? czyś wynalazł i utworzył strój właściwy rodzajowi piękności tej pani?
Van-Klepen nic nie odpowiedział. Brwi miał zasępione i twarz pomarszczoną, jak wieszcz, który siedząc na trójnogu czeka na natchnienie.
— Mam już!... zawołał wreszcie ze wspaniałym ruchem, mam, znalazłem!...
— A!... powiedział Gaston zachwycony, co za człowiek!
— Słuchaj pan, mówił dalej krawiec — a oko jego błyszczało natchnieniem wielkich wyna[197]lazców naprzód suknia do miasta: polonezka z wolnym stanikiem, obszycie atłasem a la pensionaire, pas, rękawy i spódniczka ciemno-orzechowe, zwierzchnia spodniczka koloru włosów królowej z wycięciami podłużno-okrągłemi, z tyłu szeroka szarfa w kształcie muszli.
Mógł i dalej tak mówić — Zora-Róża nie słuchała go wcale.
Ujrzała Pawła i pomimo całej swej śmiałości, przestrach jej był tak wielki, iż omal nie zrobiło się jej słabo.
Czem się skończy to szczególne spotkanie?
Jak Paweł mógł pozostawać pozornie spokojnym, kiedy w oczach jego mogła wyczytać najokropniejsze pogróżki?
Przerażenie jej było tak widocznem, iż w końcu młody Gandelu zauważył to.
Ale nie znając Pawła, na którego zaledwie spojrzał wchodząc, obdarzony domyślnością bardzo ograniczoną, zupełnie, nie zrozumiał powodów zmięszania się Zory-Róży.
— Stój pan! stój! zawołał na Van-Klopena, czyż nie widzisz skutków radości. Ja znam się na tem! Stawię dziesięć luidorów, że dostanie nerwowego paroksyzmu! Ależ nie! nie trzeba!
Podczas tej sceny Mascarot nie spuszczał oka ze swego protegowanego. Sadząc, że gotów jest wybuchnąć, uznał, że przedłużenie próby byłoby nieroztropnem i bez sensu.
— Odchodzę, powiedział Van-Klopenowi; nie zapominaj pan o naszej umowie. Moje uszanowanie panu i pani.
To rzekłszy wziął Pawła pod rękę i wyniósł się. Wielki czas był po temu.
Odetchnął dopiero gdy się znaleźli na schodach.
— Co pan myślisz o tej przygodzie? zapytał.
Paweł taki gwałt sobie zadał, wściekłość pokrzywdzonej miłości własnej tak mu zacisnęła zęby, iż mógł tylko odpowiedzieć głuchym jękiem.
[198] — Do licha pomyślał ajent z ulicy Montorgueil, ostro go dotknęło. Zresztą mniejsza o to, jeżeli umiał powstrzymać się — świeże powietrze oprzytomni go.
Wcale nie. Znalazłszy się na ulicy, Paweł zmuszony był zatrzymać się, tak nogi chwiały się pod nim. Potrzebował punktu oparcia.
Zacny protektor nie mógł wlec go za sobą w takim stanie. Odetchnął więc z zadowoleniem, ujrzawszy niedaleko kawiarnię.
— Wejdźmy tu, powiedział, napijesz się pan czegokolwiek — to zaraz poprawi moralność.
Zaszli do ciasnej sali, gdzie dwóch ich tylko znalazło się. Po upływie dziesięciu minut i wypiciu dwóch kieliszków araku, Paweł przybrał znowu twarz ludzką; krew poczęła krążyć mu w policzkach.
— Lepiej panu? zapytał stręczyciel.
— Lepiej.
Żelazo kuje się dopóki gorące. Gdy Mascarot obałamuci człowieka, to już nie daje mu czasu do opamiętania się.
— Przed kwandransem, tak zaczął, przyrzekłem, iż przypomnę panu jego dobre usposobienie względem pana Gandelu.
— Dosyć tego przerwał gwałtownie Paweł, dosyć!
Zacny stręczyciel uśmiechnął się po ojcowsku.
— W każdym razie, powiedział, widzisz pan jak to widoki zmieniają się, stosownie do punktu zapatrywania. Oto naprzykład, jaż i pan zaczynasz być rozsądnym.
— Tak!.. jestem rozsądny, to jest chcę być bogatym, chcę... O! nie masz pan potrzeby naglić mnie. Ja to, owszem, wezwę pana, byś urzeczywistnił swe obietnice. Nie chcę po raz drugi znosić takiego jak dzisiejsze upokorzenia!
Mascarot ruszył ramionami; ale jego protegowany nie dostrzegł tego.
— Pan gniewa się, powiedział.
[199] — Gniew przejdzie, ale usposobienie pozostanie też same.
Teraz, kiedy Paweł posuwał się naprzód, stręczyciel rejterował się. To zwykła jego taktyka.
— Niech pan nie bierze się do niczego, nie zastanowiwszy się, powiedział. W tej chwili jeszcze jesteś panem siebie; jutro, jeżeli mnie się oddasz, potrzeba będzie zrzec się własnej woli.
— Pójdę aż do ostateczności.
Nakoniec stręczyciel tryumfował.
— Dobrze!.. powiedział zimno. Doktor Hortebize przedstawi go panu Martin-Rigal, ojcu panny Flawii, a ja w ośm dni po ślubie dam panu koronę książęcą, którą każesz sobie wymalować na drzwiczkach powozu.
XII.
Zapowiedziawszy Andrzejowi, że odwoła się do prawości pana Breulh-Faverlay, panna Mussidan radziła się raczej swojej miłości, a nie sił.
Przekonała się o tem, zostawszy sam na sam, i stawiąc sobie pytanie: jak dotrzymać przyrzeczenia?
Cała jej istność oburzała się na myśl, iż będzie zmuszoną prosić męzczyznęmężczyznę, by ją wysłuchał, i że koniecznie trzeba będzie odkryć mu całą głębię duszy.
Obcy człowiek mniejby ją przestraszał, aniżeli p. Breulh-Faverlay.
Zdawało się jej i słusznie — iż tym jednym czynem, że starał się o jej rękę, to jest pragnął jej osoby, zjednał już sobie ku niej pewne prawa.
Przez całą drogę, siedząc w powozie z Modesta, Sabina nie wymówiła ani jednego słowa.
Miano siadać do stołu, gdy przybyła do pałacu Mussidan.
Obiad był smutny.
Najokropniejsza niepewność dręczyła młodą dziewczynę; hrabia zaś i hrabina milczeli, za[200]straszeni pogróżkami doktora Hortebize i Mascarota.
We wspaniałej sali jadalnej uwijała się służba, pełniąc swą czynność ze wszelkiemi pozorami gorliwości.
Co tych ludzi mógł obchodzić smutek państwa? Czyż nie byli dobrze karmieni i akuratnie płatni? Czyż nie potrafią sobie we właściwem miejscu wynagrodzić przymusu?
Powróciwszy o dziewiątej godzinie do swego pokoju, Sabina pracowała nad przygotowaniem swego umysłu do stanowczego kroku, starając się zawczasu oswoić z cierpieniami, na jakie się narazi, znalazłszy się w obecności p. Breulh-Faverlay.
Nie spała całą noc.
Z rana czuła się osłabioną. Ale nie przeszło jej nawet przez myśl uchylenie się od przyrzeczenia, ani nawet zyskanie na czasie.
Bo naprzód poprzysięgła, a Andrzej musiał czekać na list ze śmiertelną niespokojnością. A potem, w miarę jak się zastanawiała nad swem położeniem, coraz bardziej uczuwała naglącą potrzebę stanowczego rozwiązania.
Pozostawiać rzeczy tak jak są, znaczyłoby to narażać się na spotkanie przeszkód nieprzezwyciężonych.
Mówią, że nie wydaje się zamąż młodych dziewcząt wbrew ich woli. Jestto twierdzenie mylne. Sabina wiedziała o tem.
A nie mogła zwierzyć się ojcu, a tem mniej matce.
Nigdy nie była dopuszczona do serdecznej otwartości z nimi; ale czuła, że jakieś nieszczęście wisiało nad ich rodziną.
Gdy wyszedłszy z klasztoru znalazła się wśród swoich, zrozumiała, iż była zbyteczną, to żenowała ich.
Była pewna, że hrabia i hrabina całem sercem pragnęli, by nadszedł dzień, w którym wyswobodzą się od niej w skutek zamąż pójścia. Wte[201]dy wolno im będzie rozstać się; każde będzie mogło uciec w swoją stronę, poprzysiągłszy sobie nigdy nie widzieć się.
Była ona łącznikiem dwóch nienawiści.
Wszystkie te okoliczności, przyszedłszy jej na myśl, zwiększały trwogę.
W takiem usposobieniu umysłu młode dziewczęta zdobywają się zwykle na postanowienia rozpaczliwe.
Mniejby jej było przykrem, mniej okropnem, opuszczenie nazawsze rodzicielskiego domu, aniżeli wytrzymanie spojrzenia pana Breulh, gdy wyzna mu całą prawdę.
Na szczęście przywykła żyć skupiona w sobie; posiadała męzką energię.
Dla Andrzeja, więcej jeszcze aniżeli dla samej siebie, życzyła sobie tego, by pozostać w ciasnem kole towarzyskiej konwencjonalności. Cierpiałaby wśród szczęścia, któreby trzeba było ukrywać jak wstyd, a za które świat, przewrotny i złośliwy, mści się prędzej lub później. Dla niej potrzeba było szczęścia dozwolonego, zgodnego i z towarzyskiemi przesądami i własną jej namiętnością, szczęścia, które śmiało staje wobec Boga i ludzi.
O południu, jeszcze nie zdecydowana, pochylona nad klęcznikiem, modliła się i płakała.
Niestety dla czegóż nie miała matki?
Przez chwilę miała zamiar pisać. Ale zrozumiała, że byłoby szaleństwem powierzać papierowi wyrażenia, których nie ma śmiałości wypowiedzieć.
Czas uchodził, a Sabina gorzko sobie wyrzucała to, co nazywała swoją małodusznością, gdy wtem usłyszała skrzypnięcie bramy.
Powóz wjechał w dziedziniec pałacowy.
Młoda dziewczyna machinalnie przybliżyła się ku oknu i krzyknęła radośnie.
[202] Zobaczyła pana Breulh-Faverlay wysiadającego z parokonnego faetonu, którym, pomimo zimna, sam powoził.
— Bóg mię wysłuchał, szepnęła; zaoszczędził mi najprzykrzejszej części mego przedsięwzięcia.
— Jakto? zapytała wierna Modesta, pani chce mówić z p. Breulb, tu?
— Tak jest. Matka moja jeszcze nie ubrana, ojciec zamknął się w bibliotece; zatrzymawszy p. Breulh w korytarzu i zaprosiwszy go do salonu, będę miała kwadrans czasu, — więcej mi nie trzeba.
Zebrawszy więc całą swoją odwagę i pokonawszy resztę wahania, wyszła.
Andrzej miał wszelkie prawo pysznić się tem, że został przeniesiony, on, biedny malarz, podrzutek, nad człowieka, którego hrabia Mussidan wybrał na męża jedynej swej córki.
P. Breulh-Faverlay jest poza obrębem świata urzędowego jednym z dziesięciu może takich którymi zajmuje się Paryż.
Zdaje się, iż fortuna szczególnie sobie upodobała, zlewać na niego wszystkie swe dary.
Nie ma jeszcze czterdziestu lat; jest bardzo przystojny, obdarzony wyższą inteligencją, a dowcipu jego obawiają się; jest przytem jednym z najbogatszych właścicieli ziemskich we Francji.
Zkąd pochodzi, że pozornie zdaje się być obcym sprawom swego kraju i czasu? dla czego trzyma się na uboczu? Często zapytywano go o to.
— Mam ja dość roboty, odpowiadał, z wydatkowaniem moich dochodów, tak by się nie bardzo narażać na śmieszność.
Czy jest to skromność rzeczywista, czy też udawanie? Niewiadomo.
To jednak pewna, i pan Breulh jest jakby ostatnim wyrazem wszystkiego, co arystokracja francuska miała w sobie pięknego, świetnego, poetycznego. Jest to człowiek wysokiej prawości, [203]umysłu rycerskiego i szlachetnej gotowości do ujmowania się za sprawami straconemi.
Mówią, że miał wielkie powodzenie u kobiet. Jeżeli to co mówią, jest prawdą, to umiał zarazem być dość dyskretnym i zręcznym, by nigdy nikogo nie skompromitować.
Pewien rodzaj tajemniczej a romansowej mgły otaczającej jego młodość, powiększa jeszcze urok.
Nie zawsze był tak bogaty.
Sierotą, z małym funduszem, p. Breulh, mając wszystkiego dwadzieścia lat, popłynął do Ameryki południowej. Bawił tam dwanaście lat, to przyjmując udział w wojnie partyzanckiej, to poświęcając się najrozmaitszym zajęciom dla zarobienia na życie.
Po powrocie do Francji nie był bogatszy jak kiedy odjeżdżał; ale wkrótce umarł wuj jego, stary markiz Faverlay i zapisał mu swój ogromny majątek, z warunkiem, iż do nazwiska Breulh, doda nazwisko Faverlay, które miało już wygasnąć.
Znaną jest jedna tylko jego namiętność, konie. Ale jeżeli bierze udział w wyścigach, to jak wielki pan, a nie jak masztalerz.
Oto, co wiedziano w świecie o człowieku, który trzymał w swoim ręku losy Andrzeja i panny Mussidan.
Wszedł do przedpokoju i chciał już przemówić do lokaja, który wstał na jego spotkanie, gdy na ostatnich schodach ujrzał Sabinę. Oddał głęboki ukłon.
Młoda dziewczyna prosto poszła ku niemu.
— Panie, rzekła głosem wzruszonym i zaledwie dosłyszanym, chcę prosić, byś mi pan udzielił parę chwil rozmowy... Potrzebuję rozmówić się z panem... sam na sam.... i to zaraz.
P. Breulh skłonił się z szacunkiem, nie okazując bynajmniej zdziwienia.
— Jest to dla mnie wielki zaszczyt, odpowiedział. Stawię się na rozkazy pani.
Na znak Sabiny jeden z lokajów otworzył [204]drzwi tego samego salonu, gdzie dr. Hortebiza widział niedawno na kolanach prawie przed sobą dumną hrabinę Mussidan.
Młoda dziewczyna weszła pierwsza, nie wiele dbając o domysły i przypuszczenia służących.
Nie wezwała pana Breuhl by usiadł.
Stanąwszy przy kominku, wsparła się o gzyms, jakby w obawie, by siły jej nie zawiodły.
Dopiero po długiem milczeniu, podczas którego oboje byli okropnie zakłopotani, zdołała wreszcie przezwyciężyć się.
— Moje niezwykłe postępowanie, tak zaczęła, przekona pana, lepiej aniżeli długie wyjaśnienia, o szczerości mojej i szacunku, jaki mam dla charakteru pana, i o wielkiem zaufaniu, jakie w nim pokładam.
P. Breuhl ani drgnął.
Dokąd zmierzała Sabina? Myśl jego błąkała się wśród tysiąca sprzecznych przypuszczeń.
— Pan jesteś przyjacielem naszej rodziny, mówiła dalej, mogłeś pan zmierzyć tajne troski naszego domu. Musiałeś pan poznać, że między moim ojcem a matką stoję opuszczona jak sierota.
Zatrzymała się, zmieszana i za wstydzona.
Myśl, iż pan Breulh może przypuścić, iż chce tłumaczyć się mu z jakiego niewłaściwego kroku, obruszyła jej dumę.
Więc z pewną wyniosłością, która mogła wydać się dziwną w jej położeniu, dodała:
— Ale, czy mam usprawiedliwiać się?.. Jeżeli ośmieliłam się prosić pana o rozmowę, to dla tego, iż chcę błagać go, byś się zrzekł... projektu, o którym była mowa, i wziął na siebie odpowiedzialność za zerwanie.
Oświadczenie to było tak niespodziewane, że pan Breulh, przy całej umiejętności udawania, jaka się pozyskuje w życiu światowem, okazał wielkie zdziwienie, osłonięte pewnem niezadowoleniem.
[205] — Pani... zaczął.
Sabina przerwała mu.
— Jest to wielka usługa, o którą błagam pańskiej wspaniałomyślności. Od pana zależy zaoszczędzić mi wielkich zmartwień...
Smutno uśmiechnęła się i dodała:
— Jestem przekonana, że wymagam od pana usługi niewielkiej. Zaledwie mam zaszczyt być panu znaną; mogę być dla niego tylko obojętną.
Rysy twarzy pana Breulh zdradzały głębokie cierpienie.
— Mylisz się pani, odpowiedział głosem poważnym, i sądzisz mię niesprawiedliwie. Już przebyłem lata lekkomyślnych postanowień. Jeżeli starałem się o rękę pani, to dla tego, żem umiał należycie ocenić wysokie przymioty jej serca i umysłu. Sądzę, że ten, którego pani raczysz przyjąć imię, będzie najszczęśliwszym z ludzi.
Panna Mussidan, już otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale pan Breulh mówił dalej:
— Z czego mogłem tak niespodobać się pani, by być w ten sposób odrzuconym? Nie wiem tego. Tylko wiedz pani, że jest to dla mnie nieszczęściem, po którem nie pocieszę się przez całe życie.
Szczerość smutku pana Breulh była tak widoczną, iż Sabinę wzruszyło to.
— Wierz mi pan, rzekła, iż jestem więcej tem dotknięta, aniżeli mogę wyrazić. Nie powiem, byś mi się pan nie spodobał, a staranie się pana o moją rękę, zaszczyt mi przynosi. Byłabym szczęśliwą i dumną zostawszy jego żoną, gdyby...
Musiała zatrzymać się, gdyż wszystka krew uderzyła jej do głowy.
Ale p. Breulh był okrutny; nalegał:
— Gdyby co?.. zapytał.
Panna Mussidan odwróciła głowę, aby ukryć swoje pomieszanie i zaledwie miała siłę odpowiedzieć:
[206] — Gdybym nie oddała mego serca i nie przyrzekła mojej ręki innemu...
Pan Breulh nie mógł powstrzymać się od wykrzyknika:
— A!..
Czy umyślnie, czy przypadkowe, czy też z zazdrości, wykrzyknik ten miał w sobie coś ironicznego, co obraziło i oburzyło Sabinę.
Odwróciła się wzruszona i z podniesioną głową, oczami szukając oczu pana Breulh, rzekła:
— Tak jest, panie, innemu, którego wybrałam z pomiędzy wszystkich, własnowolnie, bez wiedzy mojej rodziny. Innemu, dla którego jestem wszystkiem, tak jak on jest wszystkiem dla mnie.
Pan Breulh nic nie odpowiadał.
— Wybór ten nie może pana obrażać, mówiła dalej młoda dziewczyna. Pan nie wiedziałeś nawet o mojem istnieniu, gdym spotkała tego innego. Zresztą czyż można pod jakimkolwiek względem porównywać pana z nim? Nie. Pan stoisz na najwyższym szczeblu towarzystwa; on na najniższym. O ile pan jesteś szlachetnie urodzonym, o tyle on jest z ludu. Pan jesteś dumny z tego, że nie nosisz żadnego tytułu: mówią sires de Breulh, jak mówią sires de Couçy; on nie ma nawet nazwiska. Majątek pana przenosi pańskie fantazje, on walczy o chleb codzienny. Takim on jest panie! Być może, iż to człowiek genialny, ale najlichsze przeszkody codzienne hamują jego popędy. Aby zdobyć sobie prawo zostania wielkim artystą, został on rzemieślnikiem.. I jeżeli kiedy uściśniesz pan jego uczciwą rękę, to uczujesz na niej odciski od pracy.
Gdyby panna Mussidan zamierzyła z umysłu martwić tego zacnego człowieka, od którego oczekiwała wielkiej usługi i większej jeszcze ofiary, to i wtedy nie mogłaby mówić inaczej.
W niedoświadczeniu swem robiła wszystko co migla dla rozjątrzenia rany, którą mu zadawała.
[207] A nigdy nie była tak piękną jak w tej chwili, gdy drżała pod tchnieniem namiętności. Głos jej miał dźwięk szczególny. Dusza patrzyła jej z oczu.
— Teraz, mówiła dalej, pojmujesz pan dlaczego przeniosłam tamtego nad innych. Im szerszą, głębszą, im bardziej nieprzebytą pozornie jest przepaść oddzielająca go odemnie, tem wierniejszą powinnam być wymienionym przysięgom. Znam moją powinność. Kobieta, godna tego nazwiska, powinna być dla tego kogo kocha nadzieją i wiarą, bo te tworzą cuda. Niech mówią żem szalona — zgadzam się na to. Wiem na jakie niebezpieczeństwa naraża się ten, kto dotyka przesądów. Być może, iż przyszłość zachowuje dla mnie karę okrutna... ale nikt nie usłyszy skarg moich. Zresztą ten inny...
Zawahała się przez chwilę, a potem głosem spokojnym, ale stanowczym, dodała:
— Ten inny... ja go kocham.
P. Breulh słuchał, pozornie nieruchomy i zimny jak marmur. W rzeczywistości zaś, najstraszliwsza z namiętności, zazdrość, wrzała mu w głębi serca.
Bo kochał Sabinę i kochał od dawna. Nie wiedząc o tem, nie dostrzegając tego, panna Mussidan wywracała całą jego przyszłość. Tak jest; był on szlachetnie urodzony, był bogaty, ale tytuły i majątek — wszystkoby oddał, by być na miejscu tego innego, który zarabiał na życie, był podrzutkiem, ale był kochanym.
Wielu na jego miejscu ruszyłoby ramionami i wytłumaczyło Sabinę jednym wyrazem: rozromansowana.
On — nie. On godzien był pojmować ją.
Co najbardziej uwielbiał w niej, to ową piękną szczerość, idącą prosto do celu, bez wykrętów i ogródek. tę śmiałość stawiącą czoło niebezpieczeństwu, po jego rozpoznaniu i po namyśle.
To prawda, że Sabina była niezręczna i nieo[208]ględna; ale to samo już podnosiło ją w jego oczach.
W tych czasach czczej galanterji, miłośnych intryg, głupich i płaskich jak książka nieprzyzwoita, w czasach kiedy notarjusz spisujący kontrakt ślubny przedstawia najpoetyczniejszą stronę połowy małżeństw, p. Breulh znajdował się wobec kobiety zdolnej do głębokiej i potężnej namiętności.
Spodziewał się, że ta kobieta będzie należeć do niego — i oto uchodzi przed nim.
Pałał chęcią wypytania się jej; czy to że jeszcze miał jaki cień nadziei, czy też że znajdował jakąś gorzką rozkosz w przeświadczeniu się o swem nieszczęściu.
— Ależ ten inny, zapytał Sabiny, jakże pani mogła zejść się z nim.
Sabina zrozumiała, iż nie ma co ukrywać się.
— Spotkałam go na przechadzce, odrzekła; a potem byłam u niego...
— U niego?!...
— Tak jest piętnaście razy przychodziłam do niego, gdy malował mój portret.
Potem dodała dumnie:
— Taka jak ja dziewczyna, może bezpiecznie chodzić do człowieka, którego sobie wybrała: nic tam nie dzieje się takiego z czego miałaby rumienić się.
— P. Breulh milczał; był zmieszany, znękany.
— Teraz wiesz już pan wszystko. Zadałam sobie gwałt, by powiedzieć panu to czego nie śmiałabym wyznać mojej matce. Czegoż teraz mogę spodziewać się?
Tylko ci, którzy, namiętnie rozkochani, spotkali się z kobietą dość prawą, by ta im powiedziała:
„— Nie kocham cię, oddałam moje życie innemu, nigdy cię kochać nie będę, wyrzecz się wszelkiej nadziei“.
Tylko ci mogą powziąć dokładne wyobrażenie o stanie umysłu p. Breulh i mękach, jakie cierpiał.
[209] Bo gdyby jakim sposobem z boku dowiedział się był o miłości Sabiny, toby się nie cofnął. Przyjąłby walkę, w nadziei zatryumfowania nad tym szczęśliwym śmiertelnikiem, którego przenoszą nad niego.
Ale teraz, gdy panna Mussidan oddawała się na jego łaskę, niepodobna było nadużywać jej zaufania.
— Stanie się według żądania pani, odpowiedział, nie bez pewnej goryczy. Dziś jeszcze napiszę do ojca pani, zwracając mu jego słowo. Po raz to pierwszy nie dotrzymam mojego. Sam siebie zapytuje, jak mam upozorować moje cofnięcie się; w każdym razie p. Mussidan będzie miał wielki żal do mnie. Ale pani tak chcesz...
Po wielkiej egzaltacji Sabiny nastąpiło ogromne osłabienie fizyczne i moralne, jak to zawsze bywa po niezwykłem wytężeniu energii.
— Wdzięczna jestem panu, szepnęła, z całej duszy. Dzięki panu uniknę walki, na której myśl samą drżałam, gdyż zdecydowaną byłam oprzeć się życzeniu moich rodziców. Tymczasem teraz...
Zdawało się, że p. Breulh wcale nie podzielał spokojności młodej dziewczyny.
— Na nieszczęście, powiedział, obawiam się, iż poświęcenie moje będzie bezużytecznem... Pozwól mi pani wytłumaczyć się. Do tej pory pani bywałaś bardzo mało w świecie, a gdyś się pani tam pojawiła, już wiedziano o projekcie związku, jaki istniał między mną a jej rodzicami. Ztąd pochodziło, że nie bardzo pani nadskakiwano. Niech jutro będzie wiadomo że się cofnął, a zaraz wystąpi dwudziestu pretendentów.
Panna Mussidan westchnęła. Tę samą uwagę zrobił jej i Andrzej.
— Zgódź się pani na to, mówił dalej pan Breulh, że położenie jej będzie nadzwyczaj trudnem. Jeżeli szlachetne przymioty pani zdolne są roznamiętnić uczucia najszczytniejsze, to wielki [210]jej majątek może stać się celem zabiegów najbrudniejszych.
— To prawda, odrzekła Sabina smutno, mam wielki posag.
— Cóż pani odpowiesz tym, którzy się przedstawią?
— Nie wiem — zapewne znajdę jaki pretekst do odmowy. Zresztą słucham głosu mego serca i sumienia, więc źle postąpić nie mogę, Bóg będzie miał litość nademną.
Ten ostatni frazes oznaczał pożegnanie. Pan Breulb, jako człowiek światowy, zrozumiał to, jednak nie ruszał się.
— Jeżeli ośmielę się przypuszczać, powiedział, że jestem przyjacielem pani, to czy pozwoli mi pani dać sobie jedną radę?
— Mów pan, słucham.
— Otóż, dlaczego nie mielibyśmy pozostać nadal w takich samych stosunkach, jak obecnie? Dopóki zerwanie nasze nie rozgłosi się, spokojność pani będzie zapewniona. Łatwo mi będzie opóźnić nawet o cały rok kroki stanowcze, a będę zawsze gotów do usunięcia się za najmniejszym znakiem.
Czy w propozycji tej ukrywała się jaka myśl tajemna? Nie. Ale zawsze Sabina zaniepokoiła się.
— Nie, panie, odpowiedziała żywo, nie! Byłoby to nadużyciem życzliwości pańskiej i narzucaniem mu roli ubliżającej. A przytem, pomyśl pan, czy taki podstęp byłby godnym pana, mnie... i jego.
P. Breulh nie nalegał więcej. Po pierwszem wrażeniu przykrego zawodu, opanowało go nieprzezwyciężone rozczulenie.
Pewien projekt, godny jego rycerskiego charakteru, opanował mu umysł, a wahał się z wypowiedzeniem go; do takiego stopnia ta piękna młoda dziewczyna, tak trwozliwatrwożliwa, a zarazem tak mężna, tak czysta i tak nieroztropna przejmowała go szacunkiem. [211] Zdołał jednak pokonać obawę, tak dla siebie nową.
— Czy byłoby to, powiedział z młodzieńczem wahaniem, czy byłoby to nadużyciem ufności, jaką mi pani okazać raczyłaś, gdybym oświadczył... gdybym wyznał pani, że byłbym... szczęśliwym, gdybym mógł poznać człowieka, którego pani wybrałaś?...
Sabina mocno poczerwieniała.
— Nie chcę nic ukrywać przed panem, odrzekła. Nazywa się Andrzej, jest malarzem, mieszka przy ulicy La Tour-d’Auvergne pod N*...
P. Breulh zapamiętał i nazwisko i adres.
— Zaklinam panią, rzekł, byś nie przypuszczała w tem próżnej ciekawości. Zdecydowałem się na to zapytanie jedynie w chęci być pani pożytecznym. Tak mi będzie błogo zostać sprzymierzeńcem pani, być jej przydatnym na cokolwiek. Mam potężnych przyjaciół, stosunki, wynikające z wielkiego majątku...
Wszelka namiętność jest niezręczna. Jest to jeden z głównych rysów zdradzających ją.
Przy całej swej delikatności, pan Breulh, ten ukończony typ ugrzecznienia, każdem wypowiedzianem słowem urażał Sabinę.
Proponował teraz swoją protekcję Andrzejowi! To jest zdawał się chcieć okazać swą wyższość nad człowiekiem ukochanym. Tego nigdy kobieta nie zniesie.
— I za to dziękuję panu, odrzekła Sabina. Ale znam Andrzeja. Ofiarowanie usług upokorzyłoby go okropnie. To śmieszne? Wiem o tem. Ale nasze wyłączne położenie nakazuje nam największe skropuły. Biedny chłopiec!.. Duma jest całem jego szlachectwem.
To powiedziawszy i chcąc odrazu zakończyć rozmowę, która była dla niej męczarnią, panna Mussidan zadzwoniła. Wszedł lokaj.
— Czyś uprzedził moją matkę o wizycie pana? zapytała.
[212] — Nie, pani pan hrabia i pani hrabina kazali nam powiedzieć, że nikogo nie przyjmują.
— Dlaczegoż nic nie powiedzieliście mi o tem? zapytał surowo pan Breulh.
I nie słuchając usprawiedliwień się lokaja skłonił się ceremonialnie Sabinie, przeprosił, że mimowolnie stał się jej natrętnym i wyszedł, ukazując niezadowolenie, aby to zostało dostrzeżonem.
— Ten także, powiedziała Sabina, wart być kochanym.
Już miała powrócić do siebie, gdy zatrzymał ją odgłos jakiegoś sporu w przedpokoju.
Drzwi do salonu były otwarte i Sabina usłyszała jak ktoś nalegał, chcąc koniecznie widzieć się z hrabią Mussidan natychmiast, pomimo uwag lokajów, którzy opierali się temu z uszanowaniem, ale stanowczo.
— Trédame!... mówił gość uparty, co wy mi tam śpiewacie o waszych rozkazach!... czy one do mnie stosują się? Czy nie znacie mnie? Czy jestem bliskim przyjacielem waszego pana, czy nie? Jestem. Powiedzcież mu natychmiast żem przybył, że czekam.... Jeżeli nie — to sam pójdę.
Upor przybyłego pokonał wreszcie opór slużących. Gość wszedł do salonu.
Był nim we własnej osobie p. Clinchan, towarzysz młodości hrabiego Mussidan, jedyny wraz z Ludwikiem świadek śmierci nieszczęśliwego Montlouis; ten sam p. Clinchan, który powierzył papiero wi swe wrażenia w chwili skladania fałszywego świadectwa.
P. Clinchan nie był ani słuszny ani mały, ani tłusty ani chudy, ani ładny ani brzydki. Osobistości jego brak wszelkich cech charakterystycznych, tak jak jego umysłowi i ubraniu. Owszem ma on jedną cechę wyróżniającą: przy brelokach jego wisi ogromna koralowa ręka; gdyż pan Clinchau boi się złego oka.
W młodości był on systematykiem; zestarza[213]wszy został maniakiem. W dwudziestym roku codziennie zapisywał ile razy puls mu uderza na minutę. W czterdziestym roku prowadzi dziennik swego trawienia.
Jeżeli raj ma być urzeczywistnieniem wszelkich naszych niemożebnych na tym świecie żądań, tatop. Clinchan na tamtym świecie będzie wahadłem od zegara.
W obecnej chwili był tak zirytowany, i nie powitał nawet Sabiny.
— Co za wzruszenie! mówił sam do siebie, a tu, jak na dobitek, jadłem dziś więcej niż zwykle. Jeżeli nie umrę, to najmniej sześć miesięcy doznawać będę skutków tego.
Ujrzawszy hrabiego Mussidan wchodzącego, przerwał sobie. Pobiegł ku niemu, lub raczej rzucił się na niego, krzycząc:
— Oktawiuszu, ratuj nas! Przepadliśmy, jeżeli nie zerwiesz małżeństwo swej córki z...
Żylasta ręka hrabiego Mussidan zasłoniła mu usta.
— Czyś oszalał, powiedział, czy nie widzisz Sabiny?
Posłuszna nakazującemu wzrokowi ojca, panna Mussidan wybiegła.
Ale p. Clinchan dość powiedział, by napełnić jej serce niepokojem i trwogatrwogą.
Cóż to za zerwanie? z kim? dlaczego? Zkad że to ratunek ojca i p. Clinchan mógł zależeć od jej małżeństwa?
Było w tem coś niezawodnie, jakaś zagadka; hrabia z takim pospiechem zasłonił mu usta...
Nazwisko, którego nie zdołał wymówić pan Clinchan, ona odgadła. Było to nazwisko Breulh-Faverlay.
Złowrogie jakieś przeczucie mówiło jej, że w przerwanym tym frazesie zawierała się cała jej przyszłość.
Była pewną, że jej życie, przyszłość, sama [214]osoba, postawione będą na kartę w grze, która rozpoczynała się w tej chwili.
Ale jak tu dowiedzieć się co ojciec i p. Clinchan będą mówić z sobą? Bo chciała koniecznie wiedzieć o tem, choćby to ją najwięcej kosztować miało. Nie tyle ciekawość, ile niepokój miotał nią.
Szukała sposobu i przyszło jej na myśl, iż obszedłszy salę jadalną, będzie mogła ukryć się w małym pokoju, oddzielonym portierą tylko od salonu.
Pobiegła i słyszała ztamtąd całą rozmowę.
P. Clinchan jeszcze narzekał.
Ruch hrabiego Mussidan był tak szybki i nawet tak brutalski, iż przyjaciel jego uczuł ból i omal że się nie wywrócił.
— Trédame... jęczał p. Clinchan, jaki z ciebie impetyk!... Ach cóż to za dzień nieszczęśliwy! Pomyśl tylko... śniadanie zanadto sute, gwałtowne wzruszenie, szybka jazda, gniew, spowodowany przez twych służących, radość gdy cię ujrzałem, potem uderzenie i przerwa w funkcjonowaniu organów oddechowych... Jest to dziesięć razy więcej, aniżeli trzeba, aby nabawić się choroby w naszych latach!...
Ale hrabia, zwykle wielce uwzględniający dziwactwa swego przyjaciela, teraz nie był usposobiony do słuchania go.
— Do rzeczy... powiedział krótko i ostro, co się stało?
— Stało się, jęknął p. Clinchan, że znaną jest historja z lasku Bivron. Bezimienny list, który otrzymałem przed godziną, przepowiada mi straszliwe nieszczęścia, jeżeli nie przeszkodzę oddaniu ręki twej córki panu Breulh... Ach!... łotry, piszący do mnie, znają prawdę i mają dowody.
— Gdzie jest ten list?
P. Clinchan wyjął go z kieszeni. List był dobitny i nadzwyczaj groźny; ale nie zawierał w sobie nic nowego dla p. Mussidan.
[215] — Czyś sprawdzał twój dziennik? zapytał swego przyjaciela. Czy rzeczywiście brakuje w nim trzech kartek?
— Tak jest.
— Jakim sposobem zdołano je pochwycić?
— A jakim sposobem?... Tego sam sobie objaśnić nie mogę i jeżeli możesz mi powiedzieć...
— Czyś pewny swoich służących?
— Eh! czy nie wiesz, że Lorin, mój kamerdyner, jest już u mnie od szesnastu lat, że wychowany był u mego ojca i że uformowałem go na moje podobieństwo? Nigdy noga żadnego innego z moich służących nie postała w moim gabinecie. Tomy mego dziennika zamknięte są w dębowej szafie, od której klucz mam zawsze przy sobie.
— A jednak musiano dostać się do ciebie!
Pan Clinchan pomyślał chwilę, potem nagle uderzył się w czoło, jakby sobie coś przypomniał.
— Trédame!... krzyknął, wiem już...
— Co?
— Słuchaj. Już temu jest kilka miesięcy, jednej niedzieli Lorin poszedł na zabawę gdzieś w okolicy Paryża, podpił sobie trochę z jakiemiś nieznajomymi, jadącymi koleją żelazną. Potem wszczął z nimi kłótnię i tak został utraktowany, że sześć tygodni leżał w łóżku. Dostał nożem w bok.
— Któż ci usługiwał przez ten czas?
— Jakiś młody człowiek, którego mi sprowadził mój stangret z bióra stręczeń.
P. Mussidan sądził, że już ma wskazówkę. Pamiętał, że człowiek, który do niego przychodził i który ośmielił się zostawić mu swój bilet wizytowy, słowem Mascarot, był stręczycielem sług obojej płci z ulicy Mont-orgueil.
— Wiesz, zapytał, gdzie się znajduje to bióro?
— Doskonale: przy ulicy Dauphin, prawie naprzeciw mnie.
[216] Hrabia krzyknął gniewnie.
— O! zawołał, ci nędznicy są zręczni, bardzo zręczni. Trzeba uledz. A jednak, gdybyś podzielał moje zdanie, gdybyś czuł w sobie dość energii, by nie dbać o skandal, jeszcze moglibyśmy stawić czoło burzy...
Dość było tej propozycji, by p. Clinchan zadrżał całem ciałem.
— Nigdy zawołał, nigdy! Już zrobiłem postanowienie. Jeżeli ty zamyślasz opierać się, to powiedz mi otwarcie — ja wrócę do siebie i strzelę sobie w łeb.
I zrobiłby jak mówił. Bo pominą wszy dziwactwa znany był z odwagi; był przytem takiego temperamentu, iż uciekłby się raczej do ostateczności, aniżeli się narażał na szykany, mogące popsuć mu trawienie.
— Więc ulegne! rzekł p. Mussidan ze wściekłą rezygnacją bezsilności.
Wtedy dopiero p. Clinchan odetchnął całemi piersiami. Nie wiedząc jaki szturm wytrzymał jego przyjaciel, sądził, że był on tak skłonnym do porozumienia się.
— Przecież, powiedział, raz w życiu jesteś rozsądny.
— To jest, wydaję się tobie takim, dla tego że słucham rad twego przestrachu!... Ach! przeklęte kartki... I przeklęta ta twoja niepojęta mania powierzania papierowi tajemnic życia własnego i życia innych!
Ale pod względem swego dziennika, p. Clinchan jest nieugięty.
— Trédame!.. zawołał czy nie przyczepisz się jeszcze do mnie? Gdybyś nie popełnił zbrodni, to i ja nie popełniłbym jej, by ci przysłużyć się... a potem zapisać...
Dość długie milczenie nastąpiło po tej okrutnej odpowiedzi.
Zlodowaciała z przerażenia, drzącadrżąca jak liść, Sabina wszystko słyszała. Najstraszliwsze przeczu[217]cia przewyższyła rzeczywistość... Zbrodnia!.. zbrodnia była w życiu jej ojca!..
Hrabia Mussidan zaczął znowu:
— Do czego te wyrzuty?.. ustąpmy. Dziś jeszcze napiszę do p. Breulh z oznajmieniem, że cofam moje słowo.
Dla p. Clinchan znaczyło to wybawienie. Ale po takiej trwodze, radość taka wywarła na nim niezmierne wrażenie.
— Był czerwony — teraz posiniał, zachwiał się, wykręcił i padł na kanapę, szepcząc:
— Zanadto sute śniadanie!.. gwałtowne wzruszenia!.. to było do przewidzenia!..
I źle mu się zrobiło.
Przestraszony p. Mussidan schwycił za sznurek.
Nadbiegli słudzy z całego prawie pałacu, a za nimi sama hrabina.
Potrzeba było dziesięciu minut czasu i całego flakona wody kolońskiej, by przywrócić pana Clinchana przytomność.
Nakoniec poruszył się, otworzył oczy, potem podniósł się na łokciach.
— Jeszcze poradzę sobie na to, powiedział, blado uśmiechając się. Osłabienie, zawrót głowy — wiem co to jest; mam na to lekarstwo: eliksyr karmelicki, dwie łyżki, w szklance wody z cukrem, wypoczynek...
To mówiąc, podniósł się całkiem.
— Pojadę do siebie, mówił dalej, mam tu mój powóz, na szczęście; a ty, Oktawiuszu, bądź roztropny.
I wsparłszy się na ramieniu lokaja, wyszedł, pozostawiając hrabiego z hrabiną.
W małym salonie Sabina słuchała ciągle.
XIII.
Od dnia wczorajszego, to jest od chwili, gdy pochwycił laskę z zamiarem należytego skarcenia Mascarota, hrabia Mussidan był w położeniu mogącem litość wzbudzić.
[218] Zapomniawszy o swej chorej nodze, całą noc spędził na chodzeniu po bibliotece, napróżno szukając sposobu wyswobodzenia się z najszkaradniejszej i najbardziej upokarzającej tyranii.
Czuł, że należy radzić sobie szybko, gdyż dość miał doświadczenia aby zrozumieć, iż pomimo zaręczeń słodkiego stręczyciela, pierwsze to usiłowanie było tylko przedmową do wymagań, które staną się coraz natarczywszemi.
Tysiące roiło mu się projektów, które odrzucał kolejno.
To zamierzał opowiedzieć wszystko prefektowi policji; to znowu chciał wezwać jakiego policjanta in partibus, jednego z takich, którzy operują na rachunek osób prywatnych po za obrębem prefektury i często wbrew jej.
Ale im więcej zastanawiał się, tem bardziej tylko uczuwał węzły, któremi był skrępowany.
W każdym razie musiałby nastąpić skandal. Mascarot z żadnej strony nie był dostępny.
Ale dwadzieścia godzin gniewu osłabiły sprężyny jego gwałtownego charakteru. Wtedy właśnie przybył p. Clinchan i hrabia mógł go przyjąć ze stosunkową spokojnością.
Bezimienny list nie zdziwił go. Spodziewał się czegoś podobnego. Wyprawienie do niego p. Clinchan było krokiem zręcznym i dowodziło głębokiej znajomości człowieka.
Dręczony wszystkiemi temi myślami p. Mussidan chodził wielkiemi krokami po pokoju, nie wiele zwracając uwagi na obecność swej żony i od czasu do czasu wykrzykując, lub wymawiając oderwane słowa bez związku.
Zachowanie się takie zirytowało w końcu hrabinę, której ciekawość wzbudziły ostatnie wyrazy p. Clinchan.
— Co cię tak wzruszyło, Oktawiuszu? zapytała. Czy cię tak niepokoi niestrawność p. Clinchan?
[219] Hrabia znał swoją żonę, gdyż znosił ją długie już lata.
Powinien był zatem być przyzwyczajonym do tego cierpkiego głosu i sardonicznego uśmiechu, który jakby przyschnął do jej ust.
Ale teraz takie drwiny oburzyły go.
— Nie wyrażaj się pani tak, rzekł drżącym głosem.
— Boże! jak ty to mówisz!... Co ci jest, mój przyjacielu? Czyś także chory?
— Pani!...
— Nakoniec, czy też raczysz mi powiedzieć co zaszło tak nadzwyczajnego?
Twarz hrabiego poczerwieniała. Gniew opanował go, tem większy, iż długo był powstrzymywany.
— Stało się to, powiedział, że nasza córka nie może być żoną pana Breulh-Faverlay.
Niespodziewane te oświadczenie powinno by było napełnić radością panią Mussidan. Połowa roboty, narzuconej jej przez doktora Hortebize, dokonana była bez trudu.
Ale pierwszym popędem hrabiny była chęć sprzeciwienia się.
Kobiety zwykle zaczynają od instynktowego sprzeciwiania się temu, czego w duszy pragną najwięcej. To ich sposób.
— Zartujesz chyba! odrzekła. Odrzucać pana Breulh! Czyż znajdzie się inna partja tak świetna, mogę nawet powiedzieć, tak niespodziewana?
— O!... nie obawiaj się pani, odrzekł hrabia z gorzką ironią, znajdą się tacy, którzy podejmą się wyszukania pretendenta.
Usłyszawszy te słowa, hrabina uczula jak się jej serce ściska.
Co to znaczy? Czy jest to napomnienie? Czy hrabia chciał jej wskazać markiza Croisenois? Czy wiedział pod jak straszliwym naciskiem zmuszoną została do działania?
Ale była odważna. Była jedną z tych kobiet, które najokropniejsze nieszczęście przenoszą nad trwogę niepewności. Chciała wiedzieć wszystko. [220] — O jakim pretendencie pan mówisz? zapytała z udaną obojętnością. Kto go ma przedstawić? jak? kto ośmielił się rozrządzać przyszłością mojej córki bez mojej wiedzy?
— Ja!...
Hrabina uśmiechnęła się drwiąco, a uśmiech ten był dla hrabiego, jakby uderzeniem prętem po twarzy. Stracił głowę, zapomniał się.
— Czyż nie jestem panem! krzyknął straszliwym głosem. I przekonam o tem, gdyż taka jest, wola nędzników, którzy podchwycili tajemnicę mojego życia, mojej zbrodni, i którzy mają w ręku dość dowodów, by zhańbić moje imię.
Pani Mussidan zerwała się, zapytując sama siebie, czy mąż jej nie stracił rozumu.
— Zbrodni!... powtórzyła, pan?...
— Tak. A to panią dziwi! nie podejrzywałaś tego! Jednak tak jest. Może też przypominasz sobie pani wypadek na polowaniu, który smutkiem napełnił pierwsze dni naszego małżeństwa. Pamiętasz pani... ten młody człowiek... w lesie Bivron... Otóż — nie był to przypadek. Z przeświadczeniem mierzyłem do niego i strzeliłem. Jednem słowem, zamordowałem go!... I są ludzie, którzy o tem wiedzą, którzy mogą to zeznać, dowieść.
Hrabina struchlała i cofnęła się.
— A! przerażasz się pani! zawołał hrabia ze złowrogim uśmiechem. Może przestraszam ją? Nie drżyj pani... nie mam krwi na ręku, bądź spokojna...
Przycisnął obie ręce do serca, jak gdyby tchu mu brakło, i mówił dalej:
— Tu jest krew — i dusi mnie! Już upłynęło dwadzieścia trzy lata, a jednak jeszcze czasami, w nocy, budzę się potem oblany, gdyż we śnie słyszałem ostatnie chrapanie nieszczęśliwego.
Pani Mussidan zsunęła się na fotel.
— Okropność!... jękła.
[221] — Prawda?... A jednak pani jeszcze nie wiesz dla czego zabiłem. Wiesz pani, co mi się ośmielił powiedzieć ten nieszczęśliwy?... Powiedział mi, że moja młoda żona, którą ubóstwiałem, miała kochanka...
Hrabina Mussidan zerwała sie z zaprzeczeniem na ustach, ale gdy hrabia dodał zimno:
— I to było prawdą; przekonałem się o tem później.
Padła, jakby gromem rażona, zakrywając sobie twarz rękami.
— Biedny Montlouis, mówił dalej hrabia, on także był kochany. Miał kochankę, gryzetke, dziennie zarabiającą na życie. Ale ta nieszczęśliwa dziewczyna była pod względem serca stokroć szlachetniejszą, aniżeli dumna dziedziczka, którą poślubiłem, aniżeli panna Sauvebourg!
— Oktawiuszu!... panie!..
— A tak! dowiodła tego. Oddała się biednemu Montlouis, który miał się z nią ożenić. W skutek śmierci kochanka okryła się hańbą. W małych miasteczkach ludzie są bez litości. Gdy po raz pierwszy wyszła ze szpitala z dziecięciem swem na ręku, stare baby obrzuciły ją błotem. Musiała uciekać... Umarłaby z głodu, gdyby nie ja. Biedna dziewczyna! Niewiele jej dawałem; ale z tą odrobiną, wyrzekając się sama wszystkiego, wychowała przyzwoicie swego syna. Dziś jest on już człowiekiem — i w każdym razie przyszłość ma zapewnioną...
Przy wielkich wytężeniach duszy, postronne okoliczności nie istnieją. Gdyby pan Mussidan i jego żona nie byli tak wzruszeni, to usłyszeliby tłumione tkania, które przerywały ciszę, gdy przestali mówić.
Często pani Mussidan — jak sama utrzymywała — musiała znosić gwałtowność swego męża. Ale nigdy jeszcze hrabia tak się nie uniósł. Zawsze zachowywał pewne granice, jakby mówił swemu gniewowi: „Dotąd, ale nie dalej!“
[222] W tej chwili jakiś niesłychany wypadek zerwał wszystkie więzy przez wolę nałożone.
A trzeba przyznać, iż hrabia doznawał pewnego rodzaju cierpkiej rozkoszy, niezmiernej ulgi, puściwszy wodze wszelkim goryczom, które od wielu już lat po kropli nagromadziły mu się w duszy.
— Powiedz mi pani teraz, mówił dalej, czy słusznem byłoby przyrównywać panią do tej biednej dziewczyny, kochanki Montlouis! Czyż pani nigdy nie zstepowałaś do głębi własnego sumienia? nigdy nie zadrżałaś na myśl o Bogu, który ukarze ją kiedyś niezawodnie? pani, która byłaś dziewczyną występną, żoną zbrodniczą i matką niegodną?...
Zwykle brabina śmiało stawiła czoło swemu mężowi, oburzała się na słuszne jego wyrzuty; — dziś nie śmiała.
— Wraz z panią, mówił dalej hrabia, hańba i nieszczęście weszły w mój dom. Ale któż to mógł przewidzieć, widząc ją wesołą i uśmiechniętą pod wielkiemi drzewami w Sauvebourg? Ilet to razy w owym czasie, gdy jedynem mojem marzeniem było połączenie jej losu z moim przypatrywałem się pani, nie domyślając się nawet, żem był ofiarą szkaradnej komedji! Jeszcze będąc młodą dziewczyną doszłaś pani do szczytu w sztuce udawania. Nigdy ohydne myśli, które karmiłaś w swem łonie, nie rzuciły cienia na twoje czoło. Nigdy najszkaradniejsze twe zamiary nie zamąciły czystości twego wzroku. O! któżby się nie oszukał, tak jak ja! Wchodząc do małego kościółka, w którym pobłogosławiono nasz przeklęty związek, w duchu przepraszałem się, żem był tak mało godny ciebie. Nieszczęśliwy szaleniec!.. Byłem w pierwszem upojeniu posiadania, a pani już wprowadzałaś cudzołostwo do mego domu!
Hrabina ruchem zaprzeczyła.
— To fałsz!... zawołała, skłamano panu!..
[223] Hrabia zaśmiał się lodowatym śmiechem, który jest najwymowniejszym wyrazem rozpaczy.
— Nie, powiedział, mam dowody. A! to się pani wydaje dziwnem! Pani poczytywałaś mię zawsze za jednego z takich mężów ciemięgów, którym można przywodzić bezkarnie. Sądziłaś, że nałożyłaś mi na oczy gęstą przepaskę. Nieprawda! Widziałem dobrze! A dla czego nie powiedziałem jej tego nigdy? A!... dla czego!... Bo nie mogłem przestać kochać pani. Było to silniejszem nad moją wolę, nad moją dumę, nad mój rozum. Niema co śmiać się z przerażających nikczemności, z nędznych ugód namiętności. Śmiać się z tego mogą tylko ci, którzy nigdy nie kochali całą potęgą duszy i ciała.
Hrabia mówił z niesłychaną gwałtownością, a hrabina, zmieszana, słuchała go, zaledwie śmiejąc odetchnąć.
— Milczałem, mówił dalej p. Mussidan, gdyż czułem, iż w chwili, gdy powiem jedno słowo, pani będziesz stracona dla mnie. Owóż, mogłem panią zabić, ale żyć bez niej — to było nad moje siły. O! nie wystawisz sobie pani, ile razy byłaś o dwa cale od śmierci. W chwili, gdym cię całował, zdawało mi się, iż czuję na twej twarzy pocałunki innego i potrzebowałem bohaterskich wysileń, by cię nie zdusić w moich objęciach. W końcu już nie wiedziałem czy cię kocham, czy nienawidzę...
— Oktawiuszu zlituj się! szeptała hrabina załamując ręce.
Hrabia ruszył ramionami.
— Mogłem panią złapać na uczynku, gdybym chciał, rzekł na to, — ale... nie chciałem!...
Hrabina drżała. Czy mąż jej wiedział o listach, czy nie? Dla niej wszystko się w tem zawierało. Ale pomyślawszy, przekonała się, że hrabia ich nie czytał. W takim bowiem razie inaczej wyrażałby się.
— Pozwól mi pan powiedzieć, tak zaczęła.
[224] — Nie pozwalam! odpowiedział surowo pan Mussidan.
— Przysięgam panu!..
— O! to rzecz zbyteczna! Słuchaj pani! powiem jej co mi się roiło, gdym był młody. Pani będziesz śmiać się z tego!... Mniejsza o to! Kołysałem się nadzieją, że z czasem zwrócisz się do mnie. Podłość ma także swój heroizm. Mówiłem sobie, że prędzej lub później wzruszy cię ta miłość wielka, głęboka, tkliwa, jaką czułem ku niej. Co za urojenie! Jak gdyby kiedykolwiek serce twoje zadrgało nieco prędzej z uczucia!
— Ach! pan jesteś nielitościwy!
Hrabia spojrzał na nią oczami, z których tryskała nienawiść dwudziestoletnia i zapytał zimno:
— A pani jaką byłaś?
— Gdybyś pan wiedział...
— Wiem do czego doprowadziły wszystkie moje usiłowania. A do samych mętów wypiłem kielich trucizny, jaki ubóstwiana kobieta podaje oszukiwanemu mężowi. Każden dzień rozszerzał otchłań nas rozdzielającą; doszliśmy do tego, iż zmuszeni jesteśmy żyć piekielnem życiem, które mnie zabija.
— Gdybyś pan tylko chciał...
— Co? Powstrzymać panią siłą? zrobić się jej stróżem więziennym? Do czego?.. Ja chciałem duszy pani!.. Uwięziłbym ciało, a kto wie, na jaką schadzkę wybiegałaby myśl? Zkąd brałem siłę, by żyć z panią? Bo należało ratować, nie honor — ten już przepadł — ale pozory honoru. Dopóki ja byłem przy pani, dopóty imię moje nie szargało się błotem.
Raz jeszcze pani Mussidan próbowała protestować; ale mą, zdawało się, iż nie słyszał nawet, że mu przerywa.
— Chciałem także ratować majątek, mówił dalej, bo rozrzutność pani, to otchłań, w której przepadają miliony. Przy jakim też ogniu fantastycznym palisz pani bilety tysiącfrankowe, tak, że [225]nawet popiołu ich odszukać nie można? Odmawiają pani kredytu. Dostawcy jej sądzą, żem zrujnowany i to właśnie nie dopuszcza mnie do ruiny. Dlaczego nie zlikwiduję naszego położenia? Dlatego, że nie chcę, byśmy kończyli w szpitalu.
Trzeba przytem wyposażyć Sabinę; wyposażę ją sowicie... a jednak...
Zawahał się. Zkad mogło pochodzić to wahanie, po tem wszystkiem, co powiedział?..
Pani Mussidan zapytała.
— Jednak?..
— A jednak, odpowiedział hrabia, ze straszliwym wybuchem wściekłości, nigdy nie mogłem pocałować jej, bez tego, bym nie uczuł okropnego bolu. Czy Sabina jest moją córką!..
Hrabina zerwała się drżąca. Tego już znieść nie mogła.
— Dosyć już, zawołała, dosyć. Tak jest, Oktawiuszu, byłam występną, bardzo występną; ale nie tyle, jak sądzisz.
— Do czego pani bronisz się?
— Przynajmniej Sabinę bronić będę.
Pan Mussidan pogardliwie ruszył ramionami.
— Lepiej byłoby kochać ją, odpowiedział, pilnować rozwoju pierwszych jej pojęć, wtajemniczać w to, co jest dobre i piękne, nauczyć się czytać, jak w księdze, w tem młodocianem sercu, jednem słowem, być jej matką.
Hrabina była tak wzruszona, i mąż jej niezawodnie zdziwiłby się, gdyby tylko to dostrzegł.
— Ach, Oktawiuszu! zawołała, dlaczego nie przemówiłeś pierwej?.. gdybyś wiedział!. Ale powiem ci wszystko!.. tak jest!.. wszystko!..
Na nieszczęście hrabia ją zatrzymał.
— Zaoszczędźmy sobie tych wyjaśnień, powiedział. Jeżelim przerwał milczenie, które sobie nakazałem, to dla tego, że już nic z tego, co pani możesz powiedzieć, nie dotknie mię i nie wzruszy...
[226] Pani Mussidan padła na kanapę. Zrozumiała, że znikła już wszelka nadzieja.
W małym pobocznym salonie tkania umilkły. Sabina miała siłę dowlec się do swego pokoju.
Hrabia zamierzał już odejść do biblioteki, gdy wtem jeden ze służących zapukał do drzwi. Przynosił list.
Pan Mussidan złamał pieczęć. Był to list od p. Breulh, który zwracał dane słowo.
Po tylu wrażeniach, cios ten dobił hrabiego. Poznał on w tem rękę człowieka, który przychodził do niego z pogróżkami i przeraził się straszliwą a tajemniczą potęgą tych, których sam był niewolnikiem.
Ale nie miał czasu zastanawiać się. Służąca Sabiny, Modesta, blada i wystraszona, wpadła do salonu, wołając:
— Panie!.. pani!.. ratunku! panna umiera!..
XIV.
Van-Klopen, znakomity krawiec damski, zna Paryż na palcach — jego ludzi i sprawy.
Jak wszyscy przemysłowcy, których operacje opierają się na rozległym kredycie, potrzebuje on mieć wiele informacyj, które też czerpie wszędzie potrosze, i których nie zapomina.
Kwadratowa jego głowa jest jakby Przewodnik Bottina, przejrzany i rozszerzony, w którym pozwala wertować swoim przyjaciołom.
To też gdy Mascarot mówił mu o ojcu owej brunetki Flawii, której oczy wywarły tak wielkie wrażenie na Pawła Violaine, wyrocznia elegancji odpowiedział bez wahania:
— Martin-Rigal? znam. To bankier.
Rzeczywiście Martin Rigal jest bankierem i mieszka w jednym z najpiękniejszych domów przy ulicy Montmartre, prawie naprzeciw kościoła św. Eustachego.
[227] Prywatne jego pomieszkanie znajduje się na drugiem piętrze; bióra zajmują całe piętro pierwsze.
Chociaż nazwisko jego nie jest zapisane w złotej księdze arystokracji finansowej, nie mniej przeto p. Martin-Rigal jest bardzo znany, niezmiernie potężny i należycie szanowany.
Ma on przede wszystkiem stosunki z tym drobnym handlem paryskim, który raczej wegetuje a nie żyje, a który poczytałby się za szczęśliwego gdyby nie perjodyczne widmo, nazywane terminem wekslowym.
Wszystkich, którzy do niego zgłaszają się, albo prawie wszystkich p. Martin-Rigal ma w ręku. Coby się z nimi stało, gdyby mu przyszła fantazja zamknąć kasę? Nie spełniliby swych zobowiązań, nastąpiłyby protesty, sądy, potem bankructwo, ruina.
Może więc sobie wszystkiego pozwolić — i pozwala, i używa, i nadużywa.
Despotyzm jego nie przypuszcza uwag. Jeżeli wobec jakiego nowego środka jakikolwiek śmiałek odważy się zapytać: „Dlaczego?“ odpowiada mu wyraźnie.
— Ot, tak...
I nic więcej.
Rozumie się, że to kasjer tak odpowiada, a nie p. Martin-Rigal.
Jego samego rzadko można spotkać. Z rana zawsze jest niewidzialny; pracuje w swoim gabinecie, w samym końcu biór.
I niemasz między jego podwładnymi ani jednego tak śmiałego, by zapukał do jego drzwi.
Zresztą do czego? Nie odpowiedzianoby mu. Już były próby. Pożar w domu nie oderwałby go od rachunków.
Co do strony fizycznej. p. Martin-Rigal jest słuszny i łysy. Koścista twarz jego jest zawsze starannie wygolona, a małe oczka ciągle poruszają się niespokojnie. Gdy mówi, gdy mu się wyrwie [228]jakie słowo, gdy się nad czem zastanawia, palcem prawej ręki gładzi się po nosie; to ruch właściwy mu.
Grzeczności jest wyszukanej. Najokrutniejsze rzeczy wypowiada głosem miodowym. Nie zaniedbuje nigdy odprowadzać aż do drzwi z wielkiemi ukłonami ludzi, którym odmawia pieniędzy.
W ubraniu swem naśladuje młodzieńczą wykwintność, będącą charakterystyczną cechą finansistów nowej szkoły.
Po za obrębem interesów jest miły, usłużny i nawet dowcipny.
Chętnie, jak utrzymują, wyszukuje rozmaitych słodyczy, które dopomagają do kroczenia przez życie, ten padeł płaczu. Nie pogardza dobrym obiadem i nigdy nie dasa się na piękną twarzyczkę.
Jednak, chociaż jest wdowcem, znaną jest jedna tylko jego namiętność: jedynaczka córka, Flawia.
To prawda, że w jego ojcowskiej miłości jest pewien rodzaj głupiego fanatyzmu Indjanina, który rzuca się pod koła wozu swego bóstwa.
Dom p. Martin-Rigal nie jest urządzony na bardzo wielką stopę, ale w dzielnicy, gdzie mieszka, mówią, że panna Flawia ma dość ostre zęby by zgryść miliony.
Bankier chodzi zwykle piechotą; mówi, że to najzdrowiej; ale córka jego ma piękny powóz i dwa cenne konie dla wyjazdów do lasku, pod opieką pewnej kobiety, niby służącej, niby krewnej, którą doprowadziła prawie do ogłupienia.
Pan Martin-Rigal nigdy jeszcze nie odpowiedział nie na żadną zachciankę Flawii.
Czasami przyjaciele próbowali dać mu do zrozumienia, ze taka nieustająca adoracja przygotowywała Flawii przyszłość bardzo smutną; ale co do tego punktu, bankier jest nieprzekonany.
Zawsze odpowiada, że wie co robi i że jeżeli pracuje jak koń, to dla tego jedynie, aby córka [229]jego mogła sobie pozwolić wszystkiego, co tylko przyjdzie jej do głowy.
Przynajmniej tyle jest w tem prawdy, że sam pracuje więcej, aniżeli wszyscy jego podwładni razem.
Przez cały dzień, od samego rana przesiedziawszy nad rachunkami, o czwartej godzinie otwiera on swój gabinet i przyjmuje tych, którzy mają do niego interes.
Tak samo na dwa dni po pierwszem spotkaniu się Pawła Violain z Flawią u słynnego krawca, około godziny pół do szóstej, p. Martin-Rigal dawał posłuchanie jednej ze swych klientek.
Klientka ta była bardzo ładna, młoda i ubrana z wielkim gustem i prostota; ale wydawała się smutną; piękne jej oczy były pełne łez, z trudnością powstrzymywanych.
— Muszę panu, mówiła, wyznać z całą szczerością, że jeżeli nam odmówisz rachunku bieżącego, tak jak w przeszłym miesiącu, to będziemy zmuszeni złożyć nasz bilans. Wszystko spieniężyliśmy dla dotrzymania termieu styczniowego. Wszystkie klejnoty, jakie posiadałam, leżą już w zastawie; cierpimy okrutnie!..
— Biedna kobiecina!... mruknął bankier.
Te wyrazy dodały jej otuchy.
— A jednak, zaczęła znowu, położenie nasze nigdy lepszem nie było; należność za zakład spłaciliśmy całkiem, sprzedaż idzie dobrze.
Mówiła z niejaką pewnością, co zdawało się zachwycać bankiera, wyrażała się jasno, dobitnie.
Paryżanka celuje w takich trudnych okolicznościach. Obrotniejsza od męża, pewna siebie, zachowuje ona swobodę umysłu tam, gdzie ten traci głowę.
To też najczęściej w przesileniach pomniejszego handlu, podczas gdy mąż rozpacza, żona działa.
Słuchając tego przedstawienia sytuacij, którą znał bardzo dobrze, bankier kiwał swoją łysą głową.
[230] — Wszystko to bardzo piękne, powiedział wreszcie, ale zawsze nie czyni to pewniejszym podpisu, jaki mi pani ofiaruje. Jeżelibym miał ufność, to tylko w pani...
— O, panie mamy przeszło za trzydzieści tysięcy franków towarów w magazynie.
— Nie to chciałem powiedzieć...
Tym ostatnim wyrazom towarzyszył uśmiech tak wymowny, że biedna kobieta zarumieniła się do samych białek i prawie zbiła się z tropu.
— Chciej pani zrozumieć, zaczął znowu, że wasze towary nie wzbudzają we mnie więcej ufności, aniżeli wasze weksle. Przypuśćmy jakie nieszczęście, za wiele sprzeda się to wszystko? Nie licząc tego, że ci przeklęci właściciele domów mają swoje przywileje...
Tu się zatrzymał. Służąca Flawii, nadużywając despotyzmu swej pani, weszła nie zapukawszy...
— Panna, powiedziała, prosi byś pan przyszedł zaraz, natychmiast!...
P. Martin Rigal wstał.
— Idę, odpowiedział, idę!...
I biorąc swą klientkę za rękę, aby prędzej pozbyć się jej, dodał:
— No, nie martw się pani... jakoś to ułożymy.
Chciała mu podziękować, ale już był na schodach.
Flawia posłała po ojca, aby zachwycił się jej nowym ubiorem, który tylko co przysłał Van-Klopen, a który przymierzała i znajdowała cudnym.
To pewna, że „krawiec królowych“ nietylko był niezwykle akuratnym, ale jeszcze przeszedł sam siebie.
UbiorUbiór Flawii był jednym z tych arcydzieł złego smaku, które wszystkim kobietom nadają pozór lalek, które możnaby sądzić, że są wynalezione dla odjęcia im wszelkiej dystynkcji i poezji.
Były to same szlarki, falbanki, koronki [231]i spodniczki piętrzące się, barw najdziwaczniej dobranych.
Van-Klopen, wierny był swemu systemowi; bo i on ma system zawierający się w dwóch pewnikach bardzo jasnych:
1° Nadawać sukniom krój taki, aby jak tylko stracą świeżość, nie były już do niczego przydatne.
2° Wyszukiwać materje tanie, co podoba się mężom i powiększać ilość garnirowań.
On to wynalazł, ten Holender przebiegły; teraz nie masz już najpospolitszej szwaczki, któraby nie starała się użytkować tego wynalazku.
Ale Flawię nadzwyczaj mało obchodziła strona ekonomiczna.
Stojąc we środku ojcowskiego salonu, w którym kazała pozapalać wszystkie świece, gdyż już dzień miał się ku schyłkowi, młoda dziewczyna studjowała rozmaite efekta swej toalety.
I rzeczywiście, była z natury, tak miła, zgrabna i pełna gracji, że utworutwórVan-Klopena prawie nie szpecił jej.
Wtem nagle odwróciła się.
W zwierciedle ujrzała ojca, który ciężko oddychał, gdyż prędko biegł po schodach.
— Jakże się spóźniasz!... powiedziała.
Ojciec nie stracił ani chwili, ale pomimo to począł tłumaczyć się.
— Konferowałem z klientem, powiedział, i dlatego...
— Eh! trzeba go było odprawić.
Począł szukać innego tłumaczenia, ale młoda dziewczyna poprzestała na tem.
— Popatrz no ojcze, mówiła, otwórz dobrze oczy, spojrzyj na mnie i powiedz... ale szczerze: jak mnie znajdujesz?
Nie było potrzeby pytać o to. Najwyższe uwielbienie malowało się na jego twarzy.
— Śliczna zawołał, boska!..
[232] Chociaż przywykła do ojcowskich kadzideł, Flawia była zachwycona.
— A zatem, rzekła, sądzisz, że się jemu spodobam?
Jemu — znaczyło to Pawłowi Violaine; pan Martin-Rigal dobrze o tem wiedział. Westchnął głęboko i odrzekł:
— Jakże możesz nie podobać się?
— Niestety zawołała Flawia w zamyśleniu; gdyby szło o każdego innego, nie wątpiłabym o sobie, niczego nie obawiałabym się, nie czułabym niepewności okrutnie ściskającej mi serce...
P. Martin-Rigal usiadł przy kominku i pociągnął ku sobie córkę, by złożyć na jej czole pocałunek; a ona z ruchem młodej kotki, czekającej na pieszczoty, umieściła się na kolanach ojca.
— Bo widzisz, mówiła dalej, gdyby nie zwrócił na mnie uwagi, gdybym mu się nie podobała... Słuchaj, ojcze — czuję, że umarłabym.
Bankier odwrócił głowę, aby ukryć boleśne wrażenie.
— Więc go tak kochasz? zapytał.
— O!...
— Więcej niż mnie?
— Jakiś ty dziwny, ojczulku! rzekła. Pytam się ciebie, czy możesz porównywać jedno z drugiem? Ciebie kocham, boś ty mój ojciec. Potem kocham ciebie boś dobry, bo wszystkiego co ja chcę i ty chcesz. Kocham ciebie, bo jesteś jak ów czarnoksiężnik w bajce, wiesz taki stary, bardzo stary, brodaty i który spełnia wszelkie zachcianki swych dzieci. Kocham cię za to szczęśliwe życie, którem mię obdarzasz, za mój powóz, piękne konie, świetne stroje, za nowe sztuki złota, któremi napełniasz moją portmonetę, za te perły, która mam na szyi, za tę bransoletkę.. słowem za to wszystko.
Było to zabójcze wyliczanie. Każden wyraz zdradzał drapieżny egoizm w całej jego naiwności. [233]A jednak bankier słuchał z miną uśmiechniętą, zasklepiony w jakiejś błogości bezmyślnej.
— A jego?... zapytał.
— O, jego!... odrzekła Flawia, nagle spoważniawszy, jego kocham na przód dlatego, że to on, powtóre dlatego... dlatego, że go kocham.
Akcent młodej dziewczyny zdradzał taką namiętność, iż biedny ojciec nie zdołał powstrzymać gniewnego ruchu.
Flawia dostrzegła to i wybuchnęła śmiechem.
— Brzydki zazdrośnik! powiedziała tonem, jaki się przybiera, by skarcić dziecko za lekki błąd, fe!... to brzydko, panie! Pokazujesz pięść temu biednemu oknu, bo przez nie ujrzałam Pawła po raz pierwszy. To nie pięknie! to bardzo nie pięknie!...
P. Martin Rigal spuścił głowę, jak karcone dziecko.
— Otóż ja, zaczęła znowu Flawia, ja lubię to okno, które mi przypomina najsilniejsze i najsłodsze wrażenia mego życia. Wszak to już upłynęło cztery miesiące od tego czasu. A wiesz, ojcze, iż zdaje mi się jakby to było wczoraj... Usiadłam w oknie, sama niewiem po co... I mówią tu, że jesteśmy panami naszych losów! Szaleństwo!... Spoglądam obojętnie... Wtem w oknie domu przeciwległego spostrzegam go. Była to jakby błyskawica. Ale dość było tej sakundy, by zdecydować o całem mojem życiu. Ja, która nigdy nie czułam nic tu — i położyła rękę na sercu — znałam okropnego bolu, wrażenia, jak gdybym dotknęła się do gorącego żelaza.
Bankier był jak na mękach, ale córka nie dostrzegła tego.
— Przez cały dzień, mówiła dalej, zdawało mi się, że mi brak powietrza do oddychania, tu w piersi czułam ciężar ogromny, a dokoła głowy, jakby żelazną opaskę. Nie krew krążyła w moich żyłach, ale ogień... W nocy niepodobieństwo za[234]snąć... drżałam, a cała oblana byłam potem. Niewiedzieć dla czego strach mię przejmował...
Bankier smutno potrząsł głową.
— Flawio, zawołał, drogie, ubóstwiane, biedne, szalone dziecię, dla czego wtedy nie zwierzyłaś mi się?
— Chciałam to zrobić!...
— I cóż P...
— Nie śmiałam.
Pan Martin-Rigal podniósł do góry ręce. Brał niebo za świadka, że jeżeli córka nie śmiała, jak to mówiła, to nie miała w tem żadnej racji, żadnej.
— Ty tego nie rozumiesz, zawołała Flawia. Nie... Pomimo, że jesteś najlepszym ojcem, zawsze jednak jesteś mezczyznąmeżczyzną. Gdybym miała matkę, ta zrozumiałaby mnie.
— Eh! i cóżby takiego zrobiła twoja biedna matka, czegobym ja już nie próbował? mruknął p. Martin-Rigal.
— Może nic, masz słuszność. Bo, widzisz, bywają dnie, w których sama siebie nie rozumiem. A jednak, po tej pierwszej przygodzie byłam okrutnie odważna. Poprzysięgłam, że nigdy za nic nie odemknę tego okna. Walczyłam trzy dni, och! walczyłam z sobą niezmiernie. Na czwarty dzień już nie mogłam wytrzymać. Otwieram, patrzę... On także był w oknie; czołem oparł się o szybę, a był smutny... tak smutny, że poczęłam płakać.
Bankier, człowiek tak twardy, iż nigdy nie zdołał go rozczulić najnieszczęśliwszy klient, sam teraz miał pełne łez oczy.
— Od tego czasu, zaczęła znowu Flawia, której głos przybierał słodycz szczególną, od tego czasu nie mogłam już opierać się. Czyż można walczyć przeciw przeznaczeniu?... Codziennie siadałam w oknie. Prędko odgadłam czem się zajmował. Dawał lekcje fortepianu tym dwom długim i chudym pannom, których czasami spotykamy. Biedny chłopiec!... pilnowałam jego wyjścia [235]i powrotu. Gdybyś wiedział ojcze, jaką on miał nieszczęśliwą minę!... Bywały dnie, w których tak był blady, wlókł się z takim trudem, iż zapytywałam sama siebie, czy jadł co. Czy zdołasz wystawić to sobie? On!... cierpi głód, gdy ja jestem bogata! Bo myśmy bogaci, prawda? W końcu znałam już każdy wyraz jego twarzy. Gdy był zadowolony, to ruszał ramionami tak...
I jednocześnie naśladowała ruch Pawła, właściwy mu, gdy się nadarzyło co pomyślnego.
— Ale niestety!... mówiła dalej Flawia, jednego dnia znikł... Przez cały tydzień siedziałam w oknie, wyglądając, oczekując... napróżno. Wtedy to zachorowałam, wszystko wyznałam tobie i powiedziałam: Ten będzie moim mężem, kocham go!...
Z twarzą ponurą i widocznym przymusem p. Martin-Rigal słuchał tego opowiadania, które Flawia powtarzała mu już po raz setny, przynajmniej od trzech miesięcy.
— Tak, mruknął, tak to się wszystko stało. Byłaś chora, miałem cię za umierającą i przyrzekłem, iż ten młody człowiek, ten nieznajomy, którego nie znałaś nawet nazwiska, będzie twoim mężem...
W uniesieniu wdzięczności Flawia objęła ramionami szyję ojca, i okryła mu czoło dzwięcznemi pocałunkami.
— I natychmiast wyzdrowiałam, rzekła. Ale ty dotrzymasz słowa, prawda?... Ach drogi ojcze! kocham cię za to więcej, aniżeli za wszystko. Bo pamiętam dobrze, że tegoż samego dnia, wiedząc tylko tyle, ile ja ci mogłam powiedzieć, tyś począł szukać mego tajemniczego artysty.
— Niestety!... nie mam sił oprzeć ci się!
Flawia podniosła się, grożąc swemu ojcu żartobliwie.
— Co to znaczy, mój panie, zapytała, te „niestety?“ Czybyś przypadkiem nie żałował twej dobroci, twego posłuszeństwa?
[236] Bankier nie odpowiadał. Rzeczywiście żałował.
— Wiesz, mówiła dalej Flawia, iż chętnie dałabym mój naszyjnik za to, by wiedzieć, jak sobie poradziłeś, by go odszukać. Dlaczego nigdy mi nic o tem nie mówiłeś. No, nie ukrywaj nie, jakim sposobem zdołałeś dostać się aż do niego, a następnie sprowadzić go do nas, nie wzbudzając podejrzeń?
P. Martin-Rigal uśmiechnął się dobrotliwie.
— To moja tajemnica, odpowiedział.
— Niech i tak będzie, zachowaj ją sobie. Bo zresztą, co mię mogą obchodzić środki, jeżeli ci się powiodło! Bo powiodło się, prawda? Ja nie marzę, nie tracę zmysłów. Dziś wieczorem, może za kilka chwil, doktor Hortebize przedstawi go nam. I zasiędzie on za naszym stołem, i będę mogła patrzeć na niego dowoli, będę słyszeć dźwięk jego głosu...
— Szalona!.. przerwał bankier, nieszczęśliwe dziecię!..
Nie mogła nie zaprzeczyć temu.
— O! odpowiedziała, szalona?.. być może. Ale nieszczęśliwa?.. dlaczego?
— Zanadto go kochasz, odpowiedział bankier tonem głębokiego przekonania, on nadużyje tego.
— On!.. zawołała młoda dziewczyna z całem przeświadczeniem namiętności, on nigdy!..
— Dałby Bóg, biedne, drogie dziecię, aby mię omyliły moje przeczucia. Ale co chcesz? to nie jest mąż, o jakim marzyłem dla ciebie. Artysta...
Flawia, teraz na serjo rozgniewana, wstała z kolan ojca.
— A więc to, zawołała, znalazłeś przeciw niemu! Artysta! Czyż to zbrodnia? Dlaczego nie wyrzucasz mu takie jego ubóstwa? Tak, on jest artystą, ale ma geniusz, czytam to na jego czole. Tak, jest on bardzo biedny, ale ja jestem bogata za dwoje. Za wszystko mnie będzie obowiązany — [237]tem lepiej! Gdy będzie miał majątek, nie będzie zmuszony nużyć się dawaniem lekcyj fortepianu; wolno mu będzie rozwijać swój talent. Będzie pisał opery jak Felicjan Dawid, piękniejsze aniżeli Gounod. Będą je przedstawiać w teatrach, sala będzie drżeć z oklasków. A ja, sama, w zasłoniętej loży, upajać się będę sławą wybrańca mego serca. Świat będzie miał poezję, — ja poetę... a jak zechcę, to boskie jego melodje śpiewać się będą dla mnie samej!..
— Mówiła z niezwykłem uniesieniem, tak przejęta swemi rojeniami, iż jakby odczuwała je w samej rzeczywistości.
Ale musiała zatrzymać się — kaszel przerwał jej słowa.
Podczas gdy młoda dziewczyna dusiła się, a czerwoność występowała jej na twarz, p. Martin-Rigal patrzal na nią z wyrazem niewysłowionego przerażenia.
Matkę Flawii w dwudziestym czwartym roku życia porwała nieubłagana choroba, zwana suchotami galopującemi, które nigdy nie przebaczają, wobec których nauka jest bezsilną, które w parę tygodni z dziewczyny promieniejącej zdrowiem i życiem robią trupa.
— Ty cierpisz, Flawio? zapytał bankier tonem zdradzającym okropną niespokojność, której ukryć nie mógł.
— Ja? cierpię? odpowiedziała z uniesieniem, chyba z rozkoszy!
Pan Martin-Rigal zrobił gwałtowne poruszenie.
— Do wszystkich piorunów!... zawołał; jeżeli kiedykolwiek przez tego nędznika jedną łzę wylejesz — to śmierć jemu!
Głos bankiera był tak groźny, iż córka jego prawie się przestraszyła.
— Co ci jest, ojcze? zapytała, cóż powiedziałam żeś wpadł w gniew taki? Dlaczego nazywasz Pawła nędznikiem?
[238] — Dlaczego?... odpowiedział p. Martin-Rigal, nie mogąc zapanować nad sobą, dla tego, że drżę o ciebie. On mi ukradł serce mojej córki i nie mogę przebaczyć mu tego, chyba, że znajdziesz z nim więcej szczęścia aniżeli z twoim starym ojcem. Tak, jestem strwożony, gdyż jeżeli ty go nie znasz, to ja znam, ja! od dnia, w którym wskazałaś mi go w tłumie, wszystkich przyjaciół, ludzi, którzy mi są obowiązani, wszystkich użyłem. Od owej chwili był on otoczony szpiegami, pilnowany, śledzony. Nie poprzestałem na poznaniu jego życia teraźniejszego, przetrząsłem całą jego przeszłość. Nie miał on ani jednej myśli, o której niewiedziałbym, nie wymówił ani jednego słowa, o któremby mi nie doniesiono. Studjowałem go... to jest moi przyjaciele studjowali go tak ściśle i wytrwale, iż nie masz w głębi jego sumienia ani jednej tajemnicy, któraby nie została podchwycona.
— Jednak, ojcze, sam mi mówiłeś, że nic nie wykryto przeciw niemu.
— Nic... Tylko jest on słabszy od trzciny, niestalszy od suchego listka, unoszonego najmniejszym powiewem. Nic!... Ale jest to jedna z tych istot nijakich, wahających się między złem a dobrem, które idą tam gdzie się je popycha, bez obmyślanego celu, bez energii, bez woli.
— Tem lepiej! moja wola będzie jego wolą.
P. Martin-Rigal smutnie się uśmiechnął.
— Mylisz się, drogie dziecię, odrzekł; zresztą mylisz się jak wszystkie kobiety. Sądzisz, że najłatwiej kierować istotami słabemi, wahającemi się, chwiejnemi. Nie! Prawdziwie panować można tylko nad silnymi, tak jak oprzeć się bezpiecznie można na tem tylko co samo opór stawi. Sciśnij ręką kawałek marmuru, a nie wyśliznie ci się. Sprobujże zacisnąć garść piasku — wysypie się przez palce.
Flawia milczała.
Ojciec łagodnie ujął ją za kibić i przyciągnął ku sobie.
[239] — Słuchaj twego starego ojca, dziecię najdroższe, mówił dalej, słuchaj najlepszego twego przyjaciela. Czyż nie masz we mnie zaufania? Czyż nie wiesz, że w żyłach moich nie ma jednej kropli krwi, któraby do ciebie nie należała? Czyż wszystkie myśli moje nie należą do ciebie? Paweł przyjdzie tu, bądź uważną. Miej się na baczności przeciw możebnemu rozczarowaniu...
— To niepodobna!
— A więc dobrze! Ale w takim razie, w interesie własnej twojej przyszłości, twego szczęścia, zaklinam cię, nie pozwalaj odgadnąć nic z tego co się dzieje w twej duszy; uważaj, by cię nie zdradził własny twój wzrok. MęzczyźniMężczyźni tak już są stworzeni, iż głupio narzekając na dwulicowość kobiet, nigdy nie przebaczają im szczerości. Wierz doświadczenia starego twego przyjaciela. Pamiętaj, że bezwzględna pewność zabija miłość.
Zatrzymał się, gdyż dzwoniono w przedpokoju.
Na odgłos dzwonka Flawia drgnęła całem ciałem.
— To on!... rzekła stłumionym głosem, on!..
I zrobiwszy nad sobą wysilenie, dodała:
— Jestem ci posłuszną, ojcze, uciekam; chce, zanim pokażę się, stłumić te moją nieszczęśliwą wraźliwość... Powrócę, gdy już inni tu przy będą. Bądź spokojny; dowiodę ci, że gdy tego potrzeba, córka twoja potrafi być komedjantką...
I znikła właśnie gdy się otwierały drzwi salonu.
Ale to nie był Paweł.
Nowoprzybyły był poważnym fabrykantem, jednym z przyjaciół p. Martin-Rigal. Wiódł on pod rękę swoją żonę, wykwintnie ubraną, ale bez żadnej dystynkcji.
Bankier uznał za stosowne zaprosić tego wieczora około dwudziestu osób. Wielki obiad usprawiedliwiał obecność Pawła.
[240] Właśnie w tej chwili protegowany Mascarota wchodził do d która Hortebize, który miał mu otworzyć drzwi wyższego towarzystwa.
Paweł nie był podobny do siebie. Powracał on od sławnego krawca i z tego to powodu spóźnił się nawet.
Dzięki wpływowi zacnego stręczyciela, krawiec ten w ciągu dwudziestu czterech godzin zrobił Pawłowi jeden z tych ubiorów wieczornych, które odrazu decydują o małżeństwie.
Miękkość tkanin, doskonałość kroju, bogactwo dodatków, uwydatniały wszystkie „awantaże“ Pawła i podnosiły jeszcze jego naturalną dobrą minę.
Może był nieco zażenowany tą nową dla niego elegancją, ale w jego wieku zakłopotanie niejakie można było poczytać za trwożliwość, jeszcze więcej wdzięku dodającą.
W każdym razie wyglądał tak dobrze, iż doktor, ujrzawszy go, uśmiechnął się przychylnie.
— Nie ma co mówić, mruknął, Flawia ma dobry gust.
Potem przerywając Pawłowi, który tłumaczył swe opóźnienie, powiedział:
— Nie ma w tem nic złego; siadaj pan; wezmę tylko świeży krawat i zaraz służę.
Pozostawiony sam przez doktora, który odszedł do innego pokoju, Paweł Violaine usiadł, lub raczej ciężko rzucił się na fotel.
Strasznie był zmęczony.
Od pięciu nocy nie spał.
Jak tylko kładł się, wnet opanowywała go okropna gorączko, paliła i spędzała z łóżka.
Bo jeżeli ciało jego było zażenowane w tych pięknych sukniach, to myśli szamotały się wśród udręczeń niemożebnego położenia, zupełnie nieprzewidzianego.
Uczciwość jego, którą chełpił się przed Różą z taką pewnością siebie, została wystawiona na próbę i nie umiała oprzeć się.
[241] Gdy wychodząc od świetnego Van-Klopena, powiedział stręczycielowi: „Należę do pana“, powolny był wtedy natchnieniem urażonej miłości własnej i chęci zemszczenia się.
Zresztą był jeszcze olśniony straszliwą potęgą stręczyciela, spojrzeniami Flawii i fantastycznemi milionami, które zabłysły mu przed oczyma.
Wieczorem dopiero struchlał, gdy sam siebie zapytał, jakich szkaradnych zamiarów stał się narzędziem, gdy pomyślał o zobowiązaniu, którego nie mógł zerwać.
Ale na drugi dzień był na obiedzie wraz ze swoim protektorem u doktora Hortebize, i pewność, że i sam miły ten doktor jest czynnym wspólnikiem w tem przedsiębiorstwie, zdecydowała go do stłumienia ostatnich wstrząśnień jego sumienia.
Tak to się dzieje: według sfery, w której żyjemy, występek — a można powiedzieć, zbrodnia — być może zachętą, lub też zbawienną nauką.
Brzydki, brudny, głupi, pognębiony, występek — wywołuje wstręt i dodaje siły wahającej się cnocie. Bogaty, szczęśliwy, dowcipny, tryumfujący — wzbudza w słabych duszach wściekłą zazdrość, kołysaną nadzieją bezkarności.
Przepych doktora, jego wielko-światowe maniery, powaga, znaczenie, genialne paradoksy co do przesądów kodeksu, uzupełniły dzieło zepsucia, rozpoczęte przez Mascarota.
— Byłbym głupcem — pomyślał Pawel — gdybym się opierał jeszcze, kiedy ten doktor, bogaty, szczęśliwy, poważany, nie ma skrupułów.
Zawahałby się jednak, gdyby wiedział jaka relikwia zawiera się w złotym medalionie, wiszącym na okrągłym brzuszku rozstropnegoroztropnego wspólnika zacnego stręczyciela.
Ale Paweł nie mógł wiedzieć o tem, i przypuszczony poraz pierwszy do życia szerokiego a łatwego, zachwycał się wspaniałym apartamentem [242]doktora, który zajmował całe pierwsze piętro starego domu przy ulicy Luxembourg.
Już w przedpokoju można było odgadnąć nałogi samoluba, dowcipnego epikurejczyka, który nie żałuje ani czasu, ani pieniędzy, by wywatować sobie życie.
— Tak chcę mieszkać — powiedział sobie Paweł, ugryziony w samo serce gadziną zazdrości.
Doktor ukazał się, ubrany jak zawsze gdy wyjeżdża robić wizyty, to jest z całem wyszukaniem.
— Jestem na pańskie rozkazy — rzekł do protegowanego Mascarota, który stał się jego protegowanym. — Jedźmy! w samą porę przybędziemy.
Na dziedzińcu stał powóz doktora, zaprzężony w parę silnych koni.
Siadając na miękkich poduszkach, Paweł znowu powiedział sam do siebie.
— Ja takle będę miał taki powóz.
Ale jeżeli młody człowiek zapomniał dla rojeń o rzeczywistości; doktor, który otrzymał instrukcje, czuwał.
— Pomówmy no teraz, tak zaczął, jak tylko powóz potoczył się, pomówmy niewiele, ale dobrze. Nadarza się panu sposobność, jakiej nie jeden młodzieniec dobrze urodzony nie znajdzie przez całe życie trzeba z niej korzystać.
— Postaram się, odpowiedział Paweł, z pewnym odcieniem zarozumiałości.
— Brawo!... lubię tę młodzieńczą pewność siebie. Ale pozwól pan, że ją podszyję mojem starem doświadczeniem. A na początek, zapytam pana, czy też wiesz co to jest dziedziczka?
— Tak mi się zdaje...
— Pozwól mi pan mówić. Dziedziczka, zwłaszcza jedynaczka, jest to zwykle młoda osoba bardzo nieprzyjemna, kapryśna, fantastyczna, wielce przeświadczona o swej wartości i kompletnie popsuta uwielbianiem, jakiego była przedmiotem od dzieciństwa. Pewna, dzięki swemu posagowi, że nie zabraknie jej męża, sądzi, że wszystko jej wolno.
[243] — O!... zawołał Paweł, szczególnie ochłodzony, czy też nie szkicujesz mi pan portretu panny Flawii?
Doktor wybuchnął szczerym śmiechem.
— Nie zewszystkiemze wszystkiem, odpowiedział; tylko muszę pana uprzedzić, że i nasza dziedziczka ma swoją część fantastyczności. Tak, naprzykład, ja poczytuje ją za bardzo usposobioną do zawrócenia głowy wielbicielowi, jedynie dlatego, by go potem osadzić na koszu i zabawić się jego zgłupiałą miną.
Paweł, który do tej pory rozpatrywał tylko świetne strony przedsiębiorstwa, zmieszał się, gdy mu ukazano tę stronę odwrotną, której nie podejrzywał.
— Jeżeli tak, powiedział smutno, to dlaczegoż mnie przedstawiać?
— Ależ dla tego, byś pan doszedł do celu. Czyż nie masz wszystkiego co do tego potrzeba? Być może, iż panna Flawia przyjmie go z podchlebną dystynkcją — ale nie wyprowadzaj pan z tego bynajmniej żadnych bezpośrednich wniosków. Choćby rzuciła się panu na szyję, jeszcze i wtedy powiedziałbym mu: Bądź ostrożny; może to zasadzka. Między nami mówiąc, dziewczyna, posiadająca miljon, zawsze może być wytłumaczoną, gdy chce dokładnie dowiedzieć się, czy do niej zwrócone są zaloty, czy do jej pieniędzy.
Powóz zatrzymał się. Przybyli na ulicę Montmartre.
Dawszy stangretowi rozkaz, by przyjechał zabrać ich o dwunastej w nocy, doktor poprowdziłpoprowadził swego protegowanego.
Paweł był tak wzruszony w chwili gdy miał zrobić krok stanowczy, iż nie był w stanie włożyć rękawiczek.
Piętnaście osób znajdowało się w salonie bankiera, gdy lokaj zaanonsował doktora Hortebize i p. Pawła Violaine.
[244] Jeżeli p. Martin-Rigal nie cierpiał człowieka wybranego pomiędzy wszystkimi przez swą córkę, to jednak wcale tego nie okazał, przyjmując go.
Uścisnąwszy rękę swego starego przyjaciela, doktora, podziękował mu z całem wylaniem za przedstawienie młodzieńca, tak dystyngowanego jak p. Violaine.
Przyjęcie to przywróciło Pawłowi część utraconej pewności siebie. Ale na próżno spoglądał na wszystkie strony nigdzie nie dostrzegł panpy Martin-Rigal.
— Obiad zapowiedziany był na godzinę siódmą. Dopiero na pięć minut przed siódmą ukazała się Flawia, którą wnet otoczyli goście.
Młoda dziewczyna umiała zapanować nad sobą. Pomimo wewnętrznego wzruszenia, oczy jej, zatrzymawszy się na Pawle, który oddawał ukłon, wyrażały najzupełniejszą obojętność.
— Pan Martin-Rigal nie spodziewał się takiej energii i takiej ostrożności.
Ale Flawia zastanowiła się nad jego ostatniemi uwagami i zrozumiała ich trafność.
Dopiero po obiedzie, gdy ustawiono stoły do gry, ośmieliła się przybliżyć do Pawła i głosem drżącym poprosiła go, by zagrał na fortepianie którą ze swoich kompozycyj.
Paweł był miernym wykonawcą, muzyka jego nie wiele była warta; a jednak Flawia słuchała go z wielkiem skupieniem ducha, jak gdyby Bóg zesłał anioła aby jej dał wyobrażenie o symfoniach niebiańskich.
Pan Martin-Rigal i doktor Hortebize, siedząc obok siebie, wzrokiem pełnym zajęcia śledzili wzruszenia młodej dziewczyny.
— Jak ona go kocha!... szepnął bankier. I nie módz wiedzieć z pewnością co sobie roi ten błazen, który pewno nie domyśla się swego szczęścia.
— Ba... Mascarot wyspowiada go jutro.
Bankier nic nie odpowiedział.
— Sądzę, że jutro ten kochany Mascarot bę[245]dzie miał djabelnie wiele do roboty. O godzinie dziesiątej rada jeneralna. Zobaczymy nareszcie dno worka kochanego Catenac’a. Ciekawy jestem jaką minę zrobi markiz Croisenois, gdy dowie się czego się od niego oczekuje.
Tymczasem goście poczęli powoli rozchodzić się.
Doktor dał znak swemu protegowanemu i wyszli razem.
Flawia, zgodnie ze swem przyrzeczeniem, była tak zręczną komedjantką, iż Paweł zapytywał sam siebie, czy ma wierzyć i mieć nadzieję.
XV.
Gdy Mascarot zbiera na naradę swych szanownych wspólników, Beaumarchef zwykł przywdziewać swój galowy uniform.
Oprócz, że często bywa przywoływany dla udzielenia wyjaśnień i lubi ukazywać się w korzystnem świetle, ma on wrodzone uszanowanie dla hierarchii i wie co się należy starszym.
Na takie uroczyste wypadki zachował on najpiękniejsze swe huzarskie spodnie, czarny surdut, pięknie uwydatniający talję i wyniosłe piersi, buty uzbrojone w olbrzymie ostrogi.
Przede wszystkiem zaś nadzwyczaj starannie podkręca wąsy, których ostre końce przeszyły tyle serc.
Dziś jednak, chociaż zapowiedziano mu przed dwoma dniami, że odbędzie się narada, były podoficer o godzinie dziewiątej rano miał na sobie zwykłe ubranie.
Mocno go to martwiło i tem tylko się pocieszał, że taki akt nie uszanowania był całkiem mimowolny.
Równo z dniem wyciągnięto go z łóżka, dla obrachowania dwóch kucharek, które znalazłszy miejsca opuszczały zakład, gdzie Mascarot umieszcza służących bez posad.
[246] Po dokonaniu tej czynności, spodziewał się mieć tyle czasu, by powrócić do siebie; ale właśnie w chwili, gdy przechodził dziedziniec, spostrzegł Tota, przybywającego ze swym dziennym raportem; kazał mu więc wejść do pierwszego pokoju ajencji.
Beaumarchet spodziewał się, że raport ten potrwa kilka tylko minut, mylił się.
Jeżeli Toto nie zmienił się powierzchownie, jeżeli zachował swoją szarą bluzę, bezkształtny kaszkiet i cyniczny wyraz twarzy, to jednak myśli jego ogromnej zmianie uległy.
Gdy były podoficer wezwał go, by mu w krótkości zdał sprawę — ponieważ spieszył się — z dnia wczorajszego, młody urwisz, ku wielkiemu jego zdziwieniu, przerwał mu ruchem drwiącym i bardzo znaczącem wykrzywieniem się.
— Nie straciłem czasu, odpowiedział, i nawet odkryłem coś nowego; ale nim zacznę mówić... nim coś powiem...
— Co?
— Chcę postawić moje warunki — ot tak!
Oświadczenie to, któremu towarzyszyło wymowne poruszenie rąk, tak zbiło z tropu byłego podoficera, iż nie wiedział co odpowiedzieć.
— Warunki powtórzył, wytrzeszczywszy zdumione oczy.
— Tak właśnie, odrzekł Toto; można je przyjąć albo odrzucić. Czy myślisz pan, że będę mordować mój temperament do ostateczności, tak, za nic, za „bardzo dziękuję?“ To się nie da zrobić. Wiemy cośmy warci, nieprawdaż?
Beaumarchef był zrozpaczony.
— Wiem żeś nie wart psiej podkowy, odrzekł.
— Być może, odrzekł Toto.
— I że jesteś nędznikiem, jeżeli ośmielasz się przemawiać w ten sposób po tylu dobrodziejstwach pryncypała dla ciebie.
Toto wybuchnął śmiechem.
[247] — Dobrodziejstwach!... powtórzył głosem okropnie drwiącym; ohoho!... Powiedziałby kto, że pryncypał zrujnował się dla mnie! Biedaczysko! Bardzobym chciał poznać te dobrodziejstwa!
— Wziął cię na ulicy, w nocy, podczas gdy śnieg padał i od tego czasu masz pokoik w zakładzie.
— Norę.
— Codzień daje ci śniadanie i objad.
— Tak, tak i do tego pół butelki lichego czerwonego wina, które nawet nie plami należycie obrusu, tyle w niem wody.
Oto jak Toto odwdzięcza się.
— To jeszcze nie wszystko, mówił dalej Beaumarchef, urządzono ci kuchnię z kasztanami.
— Tak, w bramie. Od rana do wieczora trzeba być na nogach, marznąć z jednej strony, piec się z drugiej, aby zarobić dwadzieścia sous. Dość już mam tego. Zresztą na tej profesji często traci się!...
— Wiesz dobrze, że na lato urządzi się ci piecyk dla smażenia ziemniaków.
— Dziękuję zapach tłustości szkodzi mi.
— Cóż chcesz robić?
— Nic. Czuję żem zrodzony na kapitalistę.
Były podoficer wyczerpał już wszystkie swe argumenta.
— Opowiem to wszystko pryncypałowi, odrzekł i zobaczymy wtedy.
Ale pogróżka ta bynajmniej nie wywarła wrażenia na Tota.
— Bardzo ja tam dbam o pryncypała! odpowiedział. Odpędzi mnie? Wielka rzecz!
— Ty, niegodziwcze!...
— A to zkąd? Czyż nie jadałem i przed poznaniem pryncypała? Żyłem lepiej — i byłem wolny. Żebrząc tylko, śpiewając w dziedzińcach i otwierając drzwiczki od powozów, miewałem po trzy franki na dzień. Przepijało się je z przyjaciołmi, potem szło się spać do Ivry, do fabryki [248]wichówek, gdzie nigdy nie postała noga policji. Tamto dobrze, zimą, koło pieca!... Wówczas badałem się, a tymczasem teraz...
— Niemasz co uskarżać się!... Teraz, jeżeli śledzisz kogo, daję ci co rana pięć franków.
— Tak jest. A ja znajduję, że to mało.
— Proszę!...
— O! nie warto byś się pan gniewał. Żądam podwyżki, pan mówisz: Nie. Bardzo dobrze ja robię strike.
Beaumarchef chętnie dałby dziesięć sous ze swej własnej kieszeni, byle Mascarot słyszał Tota.
— Jesteś łotr zawołał. Uczęszczasz do towarzystw, które cię daleko wciągną. Nie zaprzeczaj temu. Przychodził tu pytać się o ciebie niejaki Polyte, w lakierowanym kaszkiecie, z włosami przyklejonemi na skroniach, w pięknej krawatce wełnianej jestem pewny, że ten urwis...
— Naprzód panu nic do mojego towarzystwa.
— Mówię ci, że będziesz miał nieprzyjemności, zobaczysz.
Przepowiednia taka oburzyła Tota; pojmował że pod nią ukrywa się pogróżka bardzo poważna.
— Co? co?... zawołał poczerwieniawszy od gniewu. Któż to mi narobi nieprzyjemności? Pryncypał?... Ja mu radzę, by cicho siedział.
— Toto!...
— Eh! bo koniec końcem nudzisz mię pan straszliwie. To łotr, to urwis!... A któż to panowie jesteście — i pan i pryncypal?... Wyraźnie bierzecie mię za kogo innego. Czy sądzicie, że nie pojmuję waszych obrotów i biorę za dobrą monetę to co mi prawicie!... Dajcie pokój... Widzę ja jasno, Bogu dzięki! Gdy mi każecie śledzić te, albo tego przez całe tygodnie, to pewno nie w tym celu, by takiej osobie udzielić wsparcie we własnym jej mieszkaniu, prawda? Niech mi się zdarzy jakie nieszczęście — wiem co powiem komi[249]sarzowi. Wtedy przekonacie się, że dobry robotnik wart więcej niż pięć franków dziennie.
Beaumar jest bez wątpienia byłym wojskowym, męztwo jego nie ulega wątpliwości; fechtuje się znakomicie ale bardzo łatwo zbija się z tropu.
Zdumiewający bez wstyd Tota wzbudził w nim podejrzenie, że uparty urwis ma jakiegoś doświadczonego doradcę. W takim razie nie podobna było obliczyć donośności jego pogróżek.
Nie wiedząc jak postąpić w tym trudnym razie, nie mając żadnego zlecenia, były podoficer uznał, że należy działać łagodnie.
— Koniec końcem, zapytał, czego żądasz?
Naprzód żądam siedmiu franków dziennie.
— Oho!... aż tyle! Ale mniejsza o to, przedstawię żądanie twoje pryncypałowi, a tym czasem dziś dam ci ile zadasz. Teraz możesz mówić...
Ale młody łotr z najwyższą pogardą przyjął tę ugodową propozycję.
— O tak zaraz!... powiedział.
— Co?
— Pan liczysz na to, że wygadam się za czterdzieści sous? Nic z tego! Przysięgam, że nie otworzę ust, jeżeli pan nie dasz mi zaraz stu franków.
— Sto franków! powtórzył Beaumarchef zdziwiony.
— Ni mniej, ni więcej.
— A z jakiegoż tytułu mam ci dać tę sumę?
— Bom ją zarobił.
Beaumarchef ruszył ramionami.
— Oszalałeś, powiedział. C6% ty zrobisz ze stu frankami? na co je wydasz?
— Bądź pan spokojny, pewno nie na taką pomadę, jakiej pan używasz do wąsów.
Nierozsądny Toto!... Jak można było obrażać wąsy Beaumarchefa
Miał już otrzymać za to nogą, gdy wtem lekki szmer za pozostały otwarte, zmusił obu potężne uderzenie drzwiami, które do obejrzenia się.
[250] Wszedł ojciec Tantaine we własnej osobie.
Zacny, czcigodny ojciec Tantaine!
Takim ukazał się on Pawłowi w izdebce pod strychem, takim samym był teraz w długim swym czarnym surducie, wylakierowanym pokładami tłustości i pyłu, w jakiejś czarnej, połyskującej płachcie, którą nazywał swoim kapeluszem.
Wieczny uśmiech igrał na jego zawiędłych ustach.
— A to co? a to co? zawołał, co to znaczy? Jak widzę gniewamy się i to przy drzwiach, otwartych!...
Beaumarchef w duchu błogosławił Opatrzność opiekującą się słusznemi sprawami, która przysłała mu ten posiłek.
— Panie, powiedział, Toto ma pretensję...
— Słyszałem wszystko, odpowiedział łagodnie ojciec Tantaine.
Przy tych słowach Toto uznał za pożyteczne cofnąć się na odległość ręki.
Zapamiętały ten urwis jest głębokim spostrzegaczem. Od wielu lat żyjąc na bruku paryskim, z konieczności zaostrzył swą wrodzoną domyślność.
Wypatrując codziennie w tłumie tę lub ową osobę, stał się on fizjonomistą jak wszyscy ci, których istnienie zawisło od kaprysu tych, którzy ich wyzyskują.
Toto zaledwie znał Mascarota, ale nie dowierzał mu.
Beaumarchefa miał w wielkiej pogardzie, gdyż poznał jego głupotę, osłoniętą wielką miną.
Ale bał się jak ognia słodkiego Tantaina; upatrywał w nim bowiem mistrza, z którym nie można żartować bezkarnie.
To też pospieszył wytłumaczyć się.
— Niech mi pan pozwoli powiedzieć, tak zaczął.
— Co? przerwał mu zacny człeczyna, że je[251]steś chłopak roztropny? Wiemy o tem; co jednak nie przeszkadza temu, że źle skończysz.
— Bo to, panie, ja chciałem...
— Pieniędzy? to rzecz bardzo naturalna. Ba!... jesteś zanadto cennym pomocnikiem, aby się pozbawiać twoich usług. Beaumar! prędko! daj bilet stufrankowy temu pięknemu chłopcu!
Były podoficer, zdziwiony tą wspaniałomyślnością, pewno miał zamiar opierać się; ale na znak Tantaina, którego Toto nie zauważył, wyjął z kasy pięć sztuk dwudziesto-frankowych i podał młodemu urwisowi.
Ale teraz stało się, że Toto nie śmiał wziąć pieniędzy, tak natarczywie żądanych.
Czy przypuszczał że chcą drwić sobie z niego? Czy też zwąchał jaką zasadzkę pod tą zdumiewającą wspaniałomyślnością?
— Weź, nalegał Tantaine, jeżeli wiadomości twoje nie są warte tyle ile żądasz, ja cię jeszcze podłapię. Spodziewam się, że teraz będziesz mówić...
— O, panie najchętniej!... odrzekł Toto tryumfująco.
— Jeżeli tak, to chodź ze mną do konfesjonału, tam nie przeszkodzą nam klienci.
Nie bardzo widno w tym konfesjonale ajencji Mascarota; zielone firanki nie przepuszczają światła. Zresztą nie źle tam jest.
Znajduje się tam fotel z poduszkami, dwa krzesła i stolik.
Tantaine, jako domowy, usiadł w fotelu i zwracając się do Tota, który trzymał w ręku kaszkiet, powiedział z wielką prostotą:
— Słucham cię.
Ulicznik odzyskał wrodzony swój bezwstyd. Przez płótno swej kieszeni czuł pięć luidorów, danych przez Beaumarchefa.
— Od pięciu dni, tak zaczął, śledzę Karolinę Schimel, teraz znam już ją jak moją ciotkę. Ta [252]kobieta, to zegarek pod względem regularności,;regularności; kieliszki, które wypija, oznaczają godziny.
Stary pisarz od komornika raczył się uśmiechnąć, usłyszawszy to porównanie.
— Wstaje o dziesiątej godzinie, mówił dalej Toto, pije kieliszek piołunówki, je śniadanie w pierwszym lepszym handlu win, potem pije kawę i gra w bezika z kim się trafi. Tak przechodzi dzień. Punkt o szóstej godzinie idzie pod „Turka“ i wychodzi ztamtąd dopiero po północy.... spać...
— Pod Turka“? zapytał ojciec Tantaine.
— To jest do wspólnego stołu przy ulicy Poissoniers... To mi panie, zakład! Tam to można i najeść się, i napić, i wytańczyć... słowem, wszystkie przyjemności życia! Zdaje się, że tam wewnątrz musi być przepysznie.
— Jakto, zdaje się? Więc nie byłeś tam?
Żałosnym ruchem Toto wskazał na swe liche ubranie.
— Nie puściliby mnie, powiedział. Ale niechno tylko!... mam mój plan!
Rozmawiając bez przerwy ojciec Tantaine, notował sobie adres tego przybytku rozkoszy. Gdy skończył, powiedział surowo:
— I za to liczysz sobie sto franków, mości Toto?
Ulicznik wykrzywił się jak małpa, obmyślająca psotę.
— Zaczekaj pan, odrzekł. Aby wieść takie życie, jak Karolina, na to trzeba mieć pieniądze, prawda? Kobieta ta nie ma nieruchomej własności... ale ja wiem zkąd dostaje monetę.
Słabe światło, panujące w konfesjonale, pozwoliło staremu pisarzowi od komornika ukryć zadowolenie, jakiego doznał, dowiedziawszy się o tem...
— A!... powiedział na dwa różne tony, a!... więc wiesz to?...
[253] — Cokolwiek, panie... i jeszcze coś więcej. Słuchaj pan historji: Wczoraj po śniadaniu, moja Karolina zasiadła do kart z dwoma jegomościami, którzy zjedli coś przy sąsiednim stole. Byli to mistrze, panie, i doskonali. Dość było popatrzeć na ich ręce, jak suwali kartami. Powiedziałem też sobie: „Zobaczysz, moja kobiecino, jak oni cię oporządzą!“ I to nie chybiło. Nie upłynęła godzina, a była już tak na sucho, że nie mając ani sous dla zapłacenia za jadło. dała kupcowi w zastaw swój pierścionek. Kupiec nie przyjął go, mówiąc, że i bez tego pokredytuje jej. Wtedy powiedziała: „Dobrze, zajdę do siebie i zaraz wrócę.“ Widziałem to i słyszałem, gdyż stałem wtedy przy bufecie i piłem kieliszeczek.
— I nie do siebie poszła?
— Nie, panie, nie. Wynosi się, przechodzi cały Paryż krokiem pieszego strzelca i dzwoni wprost do najpiękniejszego domu przy ulicy Varennes... prawdziwy pałac. Otwierają, wchodzi, ja czekam.
— Czy wiesz przynajmniej kto mieszka w tym pałacu?
— Rozumie się. Kupiec korzenny z przeciwka powiedział mi, że pałac ten należy... zaczekaj pan... należy do księcia... Champdoce... tak jest do księcia Champdoce, wielkiego pana, który jak się zdaje ma piwnice pełne złota, jak bank.
Nigdy ojciec Tantaine nie wydaje się tak obojętnym, jak kiedy jest na serjo zainteresowany.
— Skracaj, Toto, powiedział, skracaj, mój chłopcze.
Toto, który liczył na wielki efekt, zdawał się być urażony nieco.
— Trzeba mi dać czas na to, odpowiedział. Otóż w pół godziny potem ukazuje się moja Karolina, wesoła jak ptaszek. Przejeżdża fiakr, siada i ruszaj!.. Dzielny fiakr!.. tak pędził!.. Na szczęście mam nogi... Przybywam więc do Palais-Royal właśnie w chwili, gdy Karolina wysiadła [254]przed wekslarzem, i rozmieniała dwa bilety stufrankowe.
— Jakieś to odgadł?
— Ba! zdaje się, że mam oczy. Papierki były żółte.
Poczciwy Tantaine uśmiechnął się po ojcowsku.
— Więc znasz się na biletach bankowych? zapytał.
— Dlaczego by nie? Odbywało się studja wzdłuż sklepów. Ale nigdy nie miałem ich w ręku. Mówią, że to miękkie jak atłas. Raz, chciałem przekonać się o tem i wszedłszy do wekslarza prosiłem go, by mi pozwolił pomacać bilet tysiącfrankowy... O! tylko pomacać!.. A on palnał mię w kark i powiedział: „Masz łotrze!“ Ale ja jemu odpowiedziałem: „A na co pan wystawiasz takie fortuny w oknie?“
Ale ojciec Tantaine już nie słuchał.
— To już wszystko? zapytał.
— Zaraz!.. odpowiedział Toto; najciekawszą rzecz zachowałem na koniec. Muszę panu powiedzieć, że nie my jedni podpatrujemy Karolinę.
Teraz Toto musiał być zadowolony z efektu. Stary pisarz tak podskoczył na fotelu, że aż spadł mu kapelusz.
— Nie sami zawołał, cóż to mi spiewaszśpiewasz?
— SpiewamŚpiewam to, com widział. Od trzech dni zauważyłem, że koło naszej zwierzyny uwija się wielki drab z harf4 na grzbiecie i powziąłem podejrzenie. A miałem słuszność. On także zrobił kurs z przedmieścia Saint-Germain...
Ojciec Tantaine rozmyślał.
— Wielki drab... mruczał, muzykant... hm!.. W tem jest Perpignan, albo bardzo się mylę... Zobaczymy.
I zwracając się do Tota powiedział:
— Trzeba dać spokój Karolinie i śledzić tego draba z harfą... A przed wszystkiem bądź ostro[255]źny!.. No, teraz ruszaj sobie. Zarobiłeś sto franków.
Toto wyszedł, a stary pisarz smutnie pochylił głowę.
— To chłopak zanadto mądry, mruknął, zanadto, zanadto... nie zestarzeje się..
Beaumarchef już otworzył usta, chcąc prosić ojca Tantaine, by popilnował ajencji, podczas gdy sam pójdzie przebrać się, ale staro wina zatrzymał go.
— Chociaż wiem, że pryncypał nie lubi, by mu przeszkadzano, powiedział, pójdę jednak do niego. A gdy ci panowie przybędą, wprowadź ich natychmiast, bo widzisz, panie Beaumar, owoc już tak dojrzał, że może upaść, jeżeli się go nie zerwie.
Koniec tomu pierwszego.