Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część I/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.

Van-Klopen, znakomity krawiec damski, zna Paryż na palcach — jego ludzi i sprawy.
Jak wszyscy przemysłowcy, których operacje opierają się na rozległym kredycie, potrzebuje on mieć wiele informacyj, które też czerpie wszędzie potrosze, i których nie zapomina.
Kwadratowa jego głowa jest jakby Przewodnik Bottina, przejrzany i rozszerzony, w którym pozwala wertować swoim przyjaciołom.
To też gdy Mascarot mówił mu o ojcu owej brunetki Flawii, której oczy wywarły tak wielkie wrażenie na Pawła Violaine, wyrocznia elegancji odpowiedział bez wahania:
— Martin-Rigal? znam. To bankier.
Rzeczywiście Martin Rigal jest bankierem i mieszka w jednym z najpiękniejszych domów przy ulicy Montmartre, prawie naprzeciw kościoła św. Eustachego.
Prywatne jego pomieszkanie znajduje się na drugiem piętrze; bióra zajmują całe piętro pierwsze.
Chociaż nazwisko jego nie jest zapisane w złotej księdze arystokracji finansowej, nie mniej przeto p. Martin-Rigal jest bardzo znany, niezmiernie potężny i należycie szanowany.
Ma on przede wszystkiem stosunki z tym drobnym handlem paryskim, który raczej wegetuje a nie żyje, a który poczytałby się za szczęśliwego gdyby nie perjodyczne widmo, nazywane terminem wekslowym.
Wszystkich, którzy do niego zgłaszają się, albo prawie wszystkich p. Martin-Rigal ma w ręku. Coby się z nimi stało, gdyby mu przyszła fantazja zamknąć kasę? Nie spełniliby swych zobowiązań, nastąpiłyby protesty, sądy, potem bankructwo, ruina.
Może więc sobie wszystkiego pozwolić — i pozwala, i używa, i nadużywa.
Despotyzm jego nie przypuszcza uwag. Jeżeli wobec jakiego nowego środka jakikolwiek śmiałek odważy się zapytać: „Dlaczego?“ odpowiada mu wyraźnie.
— Ot, tak...
I nic więcej.
Rozumie się, że to kasjer tak odpowiada, a nie p. Martin-Rigal.
Jego samego rzadko można spotkać. Z rana zawsze jest niewidzialny; pracuje w swoim gabinecie, w samym końcu biór.
I niemasz między jego podwładnymi ani jednego tak śmiałego, by zapukał do jego drzwi.
Zresztą do czego? Nie odpowiedzianoby mu. Już były próby. Pożar w domu nie oderwałby go od rachunków.
Co do strony fizycznej. p. Martin-Rigal jest słuszny i łysy. Koścista twarz jego jest zawsze starannie wygolona, a małe oczka ciągle poruszają się niespokojnie. Gdy mówi, gdy mu się wyrwie jakie słowo, gdy się nad czem zastanawia, palcem prawej ręki gładzi się po nosie; to ruch właściwy mu.
Grzeczności jest wyszukanej. Najokrutniejsze rzeczy wypowiada głosem miodowym. Nie zaniedbuje nigdy odprowadzać aż do drzwi z wielkiemi ukłonami ludzi, którym odmawia pieniędzy.
W ubraniu swem naśladuje młodzieńczą wykwintność, będącą charakterystyczną cechą finansistów nowej szkoły.
Po za obrębem interesów jest miły, usłużny i nawet dowcipny.
Chętnie, jak utrzymują, wyszukuje rozmaitych słodyczy, które dopomagają do kroczenia przez życie, ten padeł płaczu. Nie pogardza dobrym obiadem i nigdy nie dasa się na piękną twarzyczkę.
Jednak, chociaż jest wdowcem, znaną jest jedna tylko jego namiętność: jedynaczka córka, Flawia.
To prawda, że w jego ojcowskiej miłości jest pewien rodzaj głupiego fanatyzmu Indjanina, który rzuca się pod koła wozu swego bóstwa.
Dom p. Martin-Rigal nie jest urządzony na bardzo wielką stopę, ale w dzielnicy, gdzie mieszka, mówią, że panna Flawia ma dość ostre zęby by zgryść miliony.
Bankier chodzi zwykle piechotą; mówi, że to najzdrowiej; ale córka jego ma piękny powóz i dwa cenne konie dla wyjazdów do lasku, pod opieką pewnej kobiety, niby służącej, niby krewnej, którą doprowadziła prawie do ogłupienia.
Pan Martin-Rigal nigdy jeszcze nie odpowiedział nie na żadną zachciankę Flawii.
Czasami przyjaciele próbowali dać mu do zrozumienia, ze taka nieustająca adoracja przygotowywała Flawii przyszłość bardzo smutną; ale co do tego punktu, bankier jest nieprzekonany.
Zawsze odpowiada, że wie co robi i że jeżeli pracuje jak koń, to dla tego jedynie, aby córka jego mogła sobie pozwolić wszystkiego, co tylko przyjdzie jej do głowy.
Przynajmniej tyle jest w tem prawdy, że sam pracuje więcej, aniżeli wszyscy jego podwładni razem.
Przez cały dzień, od samego rana przesiedziawszy nad rachunkami, o czwartej godzinie otwiera on swój gabinet i przyjmuje tych, którzy mają do niego interes.
Tak samo na dwa dni po pierwszem spotkaniu się Pawła Violain z Flawią u słynnego krawca, około godziny pół do szóstej, p. Martin-Rigal dawał posłuchanie jednej ze swych klientek.
Klientka ta była bardzo ładna, młoda i ubrana z wielkim gustem i prostota; ale wydawała się smutną; piękne jej oczy były pełne łez, z trudnością powstrzymywanych.
— Muszę panu, mówiła, wyznać z całą szczerością, że jeżeli nam odmówisz rachunku bieżącego, tak jak w przeszłym miesiącu, to będziemy zmuszeni złożyć nasz bilans. Wszystko spieniężyliśmy dla dotrzymania termieu styczniowego. Wszystkie klejnoty, jakie posiadałam, leżą już w zastawie; cierpimy okrutnie!..
— Biedna kobiecina!... mruknął bankier.
Te wyrazy dodały jej otuchy.
— A jednak, zaczęła znowu, położenie nasze nigdy lepszem nie było; należność za zakład spłaciliśmy całkiem, sprzedaż idzie dobrze.
Mówiła z niejaką pewnością, co zdawało się zachwycać bankiera, wyrażała się jasno, dobitnie.
Paryżanka celuje w takich trudnych okolicznościach. Obrotniejsza od męża, pewna siebie, zachowuje ona swobodę umysłu tam, gdzie ten traci głowę.
To też najczęściej w przesileniach pomniejszego handlu, podczas gdy mąż rozpacza, żona działa.
Słuchając tego przedstawienia sytuacij, którą znał bardzo dobrze, bankier kiwał swoją łysą głową.
— Wszystko to bardzo piękne, powiedział wreszcie, ale zawsze nie czyni to pewniejszym podpisu, jaki mi pani ofiaruje. Jeżelibym miał ufność, to tylko w pani...
— O, panie mamy przeszło za trzydzieści tysięcy franków towarów w magazynie.
— Nie to chciałem powiedzieć...
Tym ostatnim wyrazom towarzyszył uśmiech tak wymowny, że biedna kobieta zarumieniła się do samych białek i prawie zbiła się z tropu.
— Chciej pani zrozumieć, zaczął znowu, że wasze towary nie wzbudzają we mnie więcej ufności, aniżeli wasze weksle. Przypuśćmy jakie nieszczęście, za wiele sprzeda się to wszystko? Nie licząc tego, że ci przeklęci właściciele domów mają swoje przywileje...
Tu się zatrzymał. Służąca Flawii, nadużywając despotyzmu swej pani, weszła nie zapukawszy...
— Panna, powiedziała, prosi byś pan przyszedł zaraz, natychmiast!...
P. Martin Rigal wstał.
— Idę, odpowiedział, idę!...
I biorąc swą klientkę za rękę, aby prędzej pozbyć się jej, dodał:
— No, nie martw się pani... jakoś to ułożymy.
Chciała mu podziękować, ale już był na schodach.
Flawia posłała po ojca, aby zachwycił się jej nowym ubiorem, który tylko co przysłał Van-Klopen, a który przymierzała i znajdowała cudnym.
To pewna, że „krawiec królowych“ nietylko był niezwykle akuratnym, ale jeszcze przeszedł sam siebie.
Ubiór Flawii był jednym z tych arcydzieł złego smaku, które wszystkim kobietom nadają pozór lalek, które możnaby sądzić, że są wynalezione dla odjęcia im wszelkiej dystynkcji i poezji.
Były to same szlarki, falbanki, koronki i spodniczki piętrzące się, barw najdziwaczniej dobranych.
Van-Klopen, wierny był swemu systemowi; bo i on ma system zawierający się w dwóch pewnikach bardzo jasnych:
1° Nadawać sukniom krój taki, aby jak tylko stracą świeżość, nie były już do niczego przydatne.
2° Wyszukiwać materje tanie, co podoba się mężom i powiększać ilość garnirowań.
On to wynalazł, ten Holender przebiegły; teraz nie masz już najpospolitszej szwaczki, któraby nie starała się użytkować tego wynalazku.
Ale Flawię nadzwyczaj mało obchodziła strona ekonomiczna.
Stojąc we środku ojcowskiego salonu, w którym kazała pozapalać wszystkie świece, gdyż już dzień miał się ku schyłkowi, młoda dziewczyna studjowała rozmaite efekta swej toalety.
I rzeczywiście, była z natury, tak miła, zgrabna i pełna gracji, że utwórVan-Klopena prawie nie szpecił jej.
Wtem nagle odwróciła się.
W zwierciedle ujrzała ojca, który ciężko oddychał, gdyż prędko biegł po schodach.
— Jakże się spóźniasz!... powiedziała.
Ojciec nie stracił ani chwili, ale pomimo to począł tłumaczyć się.
— Konferowałem z klientem, powiedział, i dlatego...
— Eh! trzeba go było odprawić.
Począł szukać innego tłumaczenia, ale młoda dziewczyna poprzestała na tem.
— Popatrz no ojcze, mówiła, otwórz dobrze oczy, spojrzyj na mnie i powiedz... ale szczerze: jak mnie znajdujesz?
Nie było potrzeby pytać o to. Najwyższe uwielbienie malowało się na jego twarzy.
— Śliczna zawołał, boska!..
Chociaż przywykła do ojcowskich kadzideł, Flawia była zachwycona.
— A zatem, rzekła, sądzisz, że się jemu spodobam?
Jemu — znaczyło to Pawłowi Violaine; pan Martin-Rigal dobrze o tem wiedział. Westchnął głęboko i odrzekł:
— Jakże możesz nie podobać się?
— Niestety zawołała Flawia w zamyśleniu; gdyby szło o każdego innego, nie wątpiłabym o sobie, niczego nie obawiałabym się, nie czułabym niepewności okrutnie ściskającej mi serce...
P. Martin-Rigal usiadł przy kominku i pociągnął ku sobie córkę, by złożyć na jej czole pocałunek; a ona z ruchem młodej kotki, czekającej na pieszczoty, umieściła się na kolanach ojca.
— Bo widzisz, mówiła dalej, gdyby nie zwrócił na mnie uwagi, gdybym mu się nie podobała... Słuchaj, ojcze — czuję, że umarłabym.
Bankier odwrócił głowę, aby ukryć boleśne wrażenie.
— Więc go tak kochasz? zapytał.
— O!...
— Więcej niż mnie?
— Jakiś ty dziwny, ojczulku! rzekła. Pytam się ciebie, czy możesz porównywać jedno z drugiem? Ciebie kocham, boś ty mój ojciec. Potem kocham ciebie boś dobry, bo wszystkiego co ja chcę i ty chcesz. Kocham ciebie, bo jesteś jak ów czarnoksiężnik w bajce, wiesz taki stary, bardzo stary, brodaty i który spełnia wszelkie zachcianki swych dzieci. Kocham cię za to szczęśliwe życie, którem mię obdarzasz, za mój powóz, piękne konie, świetne stroje, za nowe sztuki złota, któremi napełniasz moją portmonetę, za te perły, która mam na szyi, za tę bransoletkę.. słowem za to wszystko.
Było to zabójcze wyliczanie. Każden wyraz zdradzał drapieżny egoizm w całej jego naiwności. A jednak bankier słuchał z miną uśmiechniętą, zasklepiony w jakiejś błogości bezmyślnej.
— A jego?... zapytał.
— O, jego!... odrzekła Flawia, nagle spoważniawszy, jego kocham na przód dlatego, że to on, powtóre dlatego... dlatego, że go kocham.
Akcent młodej dziewczyny zdradzał taką namiętność, iż biedny ojciec nie zdołał powstrzymać gniewnego ruchu.
Flawia dostrzegła to i wybuchnęła śmiechem.
— Brzydki zazdrośnik! powiedziała tonem, jaki się przybiera, by skarcić dziecko za lekki błąd, fe!... to brzydko, panie! Pokazujesz pięść temu biednemu oknu, bo przez nie ujrzałam Pawła po raz pierwszy. To nie pięknie! to bardzo nie pięknie!...
P. Martin Rigal spuścił głowę, jak karcone dziecko.
— Otóż ja, zaczęła znowu Flawia, ja lubię to okno, które mi przypomina najsilniejsze i najsłodsze wrażenia mego życia. Wszak to już upłynęło cztery miesiące od tego czasu. A wiesz, ojcze, iż zdaje mi się jakby to było wczoraj... Usiadłam w oknie, sama niewiem po co... I mówią tu, że jesteśmy panami naszych losów! Szaleństwo!... Spoglądam obojętnie... Wtem w oknie domu przeciwległego spostrzegam go. Była to jakby błyskawica. Ale dość było tej sakundy, by zdecydować o całem mojem życiu. Ja, która nigdy nie czułam nic tu — i położyła rękę na sercu — znałam okropnego bolu, wrażenia, jak gdybym dotknęła się do gorącego żelaza.
Bankier był jak na mękach, ale córka nie dostrzegła tego.
— Przez cały dzień, mówiła dalej, zdawało mi się, że mi brak powietrza do oddychania, tu w piersi czułam ciężar ogromny, a dokoła głowy, jakby żelazną opaskę. Nie krew krążyła w moich żyłach, ale ogień... W nocy niepodobieństwo zasnąć... drżałam, a cała oblana byłam potem. Niewiedzieć dla czego strach mię przejmował...
Bankier smutno potrząsł głową.
— Flawio, zawołał, drogie, ubóstwiane, biedne, szalone dziecię, dla czego wtedy nie zwierzyłaś mi się?
— Chciałam to zrobić!...
— I cóż P...
— Nie śmiałam.
Pan Martin-Rigal podniósł do góry ręce. Brał niebo za świadka, że jeżeli córka nie śmiała, jak to mówiła, to nie miała w tem żadnej racji, żadnej.
— Ty tego nie rozumiesz, zawołała Flawia. Nie... Pomimo, że jesteś najlepszym ojcem, zawsze jednak jesteś meżczyzną. Gdybym miała matkę, ta zrozumiałaby mnie.
— Eh! i cóżby takiego zrobiła twoja biedna matka, czegobym ja już nie próbował? mruknął p. Martin-Rigal.
— Może nic, masz słuszność. Bo, widzisz, bywają dnie, w których sama siebie nie rozumiem. A jednak, po tej pierwszej przygodzie byłam okrutnie odważna. Poprzysięgłam, że nigdy za nic nie odemknę tego okna. Walczyłam trzy dni, och! walczyłam z sobą niezmiernie. Na czwarty dzień już nie mogłam wytrzymać. Otwieram, patrzę... On także był w oknie; czołem oparł się o szybę, a był smutny... tak smutny, że poczęłam płakać.
Bankier, człowiek tak twardy, iż nigdy nie zdołał go rozczulić najnieszczęśliwszy klient, sam teraz miał pełne łez oczy.
— Od tego czasu, zaczęła znowu Flawia, której głos przybierał słodycz szczególną, od tego czasu nie mogłam już opierać się. Czyż można walczyć przeciw przeznaczeniu?... Codziennie siadałam w oknie. Prędko odgadłam czem się zajmował. Dawał lekcje fortepianu tym dwom długim i chudym pannom, których czasami spotykamy. Biedny chłopiec!... pilnowałam jego wyjścia i powrotu. Gdybyś wiedział ojcze, jaką on miał nieszczęśliwą minę!... Bywały dnie, w których tak był blady, wlókł się z takim trudem, iż zapytywałam sama siebie, czy jadł co. Czy zdołasz wystawić to sobie? On!... cierpi głód, gdy ja jestem bogata! Bo myśmy bogaci, prawda? W końcu znałam już każdy wyraz jego twarzy. Gdy był zadowolony, to ruszał ramionami tak...
I jednocześnie naśladowała ruch Pawła, właściwy mu, gdy się nadarzyło co pomyślnego.
— Ale niestety!... mówiła dalej Flawia, jednego dnia znikł... Przez cały tydzień siedziałam w oknie, wyglądając, oczekując... napróżno. Wtedy to zachorowałam, wszystko wyznałam tobie i powiedziałam: Ten będzie moim mężem, kocham go!...
Z twarzą ponurą i widocznym przymusem p. Martin-Rigal słuchał tego opowiadania, które Flawia powtarzała mu już po raz setny, przynajmniej od trzech miesięcy.
— Tak, mruknął, tak to się wszystko stało. Byłaś chora, miałem cię za umierającą i przyrzekłem, iż ten młody człowiek, ten nieznajomy, którego nie znałaś nawet nazwiska, będzie twoim mężem...
W uniesieniu wdzięczności Flawia objęła ramionami szyję ojca, i okryła mu czoło dzwięcznemi pocałunkami.
— I natychmiast wyzdrowiałam, rzekła. Ale ty dotrzymasz słowa, prawda?... Ach drogi ojcze! kocham cię za to więcej, aniżeli za wszystko. Bo pamiętam dobrze, że tegoż samego dnia, wiedząc tylko tyle, ile ja ci mogłam powiedzieć, tyś począł szukać mego tajemniczego artysty.
— Niestety!... nie mam sił oprzeć ci się!
Flawia podniosła się, grożąc swemu ojcu żartobliwie.
— Co to znaczy, mój panie, zapytała, te „niestety?“ Czybyś przypadkiem nie żałował twej dobroci, twego posłuszeństwa?
Bankier nie odpowiadał. Rzeczywiście żałował.
— Wiesz, mówiła dalej Flawia, iż chętnie dałabym mój naszyjnik za to, by wiedzieć, jak sobie poradziłeś, by go odszukać. Dlaczego nigdy mi nic o tem nie mówiłeś. No, nie ukrywaj nie, jakim sposobem zdołałeś dostać się aż do niego, a następnie sprowadzić go do nas, nie wzbudzając podejrzeń?
P. Martin-Rigal uśmiechnął się dobrotliwie.
— To moja tajemnica, odpowiedział.
— Niech i tak będzie, zachowaj ją sobie. Bo zresztą, co mię mogą obchodzić środki, jeżeli ci się powiodło! Bo powiodło się, prawda? Ja nie marzę, nie tracę zmysłów. Dziś wieczorem, może za kilka chwil, doktor Hortebize przedstawi go nam. I zasiędzie on za naszym stołem, i będę mogła patrzeć na niego dowoli, będę słyszeć dźwięk jego głosu...
— Szalona!.. przerwał bankier, nieszczęśliwe dziecię!..
Nie mogła nie zaprzeczyć temu.
— O! odpowiedziała, szalona?.. być może. Ale nieszczęśliwa?.. dlaczego?
— Zanadto go kochasz, odpowiedział bankier tonem głębokiego przekonania, on nadużyje tego.
— On!.. zawołała młoda dziewczyna z całem przeświadczeniem namiętności, on nigdy!..
— Dałby Bóg, biedne, drogie dziecię, aby mię omyliły moje przeczucia. Ale co chcesz? to nie jest mąż, o jakim marzyłem dla ciebie. Artysta...
Flawia, teraz na serjo rozgniewana, wstała z kolan ojca.
— A więc to, zawołała, znalazłeś przeciw niemu! Artysta! Czyż to zbrodnia? Dlaczego nie wyrzucasz mu takie jego ubóstwa? Tak, on jest artystą, ale ma geniusz, czytam to na jego czole. Tak, jest on bardzo biedny, ale ja jestem bogata za dwoje. Za wszystko mnie będzie obowiązany — tem lepiej! Gdy będzie miał majątek, nie będzie zmuszony nużyć się dawaniem lekcyj fortepianu; wolno mu będzie rozwijać swój talent. Będzie pisał opery jak Felicjan Dawid, piękniejsze aniżeli Gounod. Będą je przedstawiać w teatrach, sala będzie drżeć z oklasków. A ja, sama, w zasłoniętej loży, upajać się będę sławą wybrańca mego serca. Świat będzie miał poezję, — ja poetę... a jak zechcę, to boskie jego melodje śpiewać się będą dla mnie samej!..
— Mówiła z niezwykłem uniesieniem, tak przejęta swemi rojeniami, iż jakby odczuwała je w samej rzeczywistości.
Ale musiała zatrzymać się — kaszel przerwał jej słowa.
Podczas gdy młoda dziewczyna dusiła się, a czerwoność występowała jej na twarz, p. Martin-Rigal patrzal na nią z wyrazem niewysłowionego przerażenia.
Matkę Flawii w dwudziestym czwartym roku życia porwała nieubłagana choroba, zwana suchotami galopującemi, które nigdy nie przebaczają, wobec których nauka jest bezsilną, które w parę tygodni z dziewczyny promieniejącej zdrowiem i życiem robią trupa.
— Ty cierpisz, Flawio? zapytał bankier tonem zdradzającym okropną niespokojność, której ukryć nie mógł.
— Ja? cierpię? odpowiedziała z uniesieniem, chyba z rozkoszy!
Pan Martin-Rigal zrobił gwałtowne poruszenie.
— Do wszystkich piorunów!... zawołał; jeżeli kiedykolwiek przez tego nędznika jedną łzę wylejesz — to śmierć jemu!
Głos bankiera był tak groźny, iż córka jego prawie się przestraszyła.
— Co ci jest, ojcze? zapytała, cóż powiedziałam żeś wpadł w gniew taki? Dlaczego nazywasz Pawła nędznikiem?
— Dlaczego?... odpowiedział p. Martin-Rigal, nie mogąc zapanować nad sobą, dla tego, że drżę o ciebie. On mi ukradł serce mojej córki i nie mogę przebaczyć mu tego, chyba, że znajdziesz z nim więcej szczęścia aniżeli z twoim starym ojcem. Tak, jestem strwożony, gdyż jeżeli ty go nie znasz, to ja znam, ja! od dnia, w którym wskazałaś mi go w tłumie, wszystkich przyjaciół, ludzi, którzy mi są obowiązani, wszystkich użyłem. Od owej chwili był on otoczony szpiegami, pilnowany, śledzony. Nie poprzestałem na poznaniu jego życia teraźniejszego, przetrząsłem całą jego przeszłość. Nie miał on ani jednej myśli, o której niewiedziałbym, nie wymówił ani jednego słowa, o któremby mi nie doniesiono. Studjowałem go... to jest moi przyjaciele studjowali go tak ściśle i wytrwale, iż nie masz w głębi jego sumienia ani jednej tajemnicy, któraby nie została podchwycona.
— Jednak, ojcze, sam mi mówiłeś, że nic nie wykryto przeciw niemu.
— Nic... Tylko jest on słabszy od trzciny, niestalszy od suchego listka, unoszonego najmniejszym powiewem. Nic!... Ale jest to jedna z tych istot nijakich, wahających się między złem a dobrem, które idą tam gdzie się je popycha, bez obmyślanego celu, bez energii, bez woli.
— Tem lepiej! moja wola będzie jego wolą.
P. Martin-Rigal smutnie się uśmiechnął.
— Mylisz się, drogie dziecię, odrzekł; zresztą mylisz się jak wszystkie kobiety. Sądzisz, że najłatwiej kierować istotami słabemi, wahającemi się, chwiejnemi. Nie! Prawdziwie panować można tylko nad silnymi, tak jak oprzeć się bezpiecznie można na tem tylko co samo opór stawi. Sciśnij ręką kawałek marmuru, a nie wyśliznie ci się. Sprobujże zacisnąć garść piasku — wysypie się przez palce.
Flawia milczała.
Ojciec łagodnie ujął ją za kibić i przyciągnął ku sobie.
— Słuchaj twego starego ojca, dziecię najdroższe, mówił dalej, słuchaj najlepszego twego przyjaciela. Czyż nie masz we mnie zaufania? Czyż nie wiesz, że w żyłach moich nie ma jednej kropli krwi, któraby do ciebie nie należała? Czyż wszystkie myśli moje nie należą do ciebie? Paweł przyjdzie tu, bądź uważną. Miej się na baczności przeciw możebnemu rozczarowaniu...
— To niepodobna!
— A więc dobrze! Ale w takim razie, w interesie własnej twojej przyszłości, twego szczęścia, zaklinam cię, nie pozwalaj odgadnąć nic z tego co się dzieje w twej duszy; uważaj, by cię nie zdradził własny twój wzrok. Mężczyźni tak już są stworzeni, iż głupio narzekając na dwulicowość kobiet, nigdy nie przebaczają im szczerości. Wierz doświadczenia starego twego przyjaciela. Pamiętaj, że bezwzględna pewność zabija miłość.
Zatrzymał się, gdyż dzwoniono w przedpokoju.
Na odgłos dzwonka Flawia drgnęła całem ciałem.
— To on!... rzekła stłumionym głosem, on!..
I zrobiwszy nad sobą wysilenie, dodała:
— Jestem ci posłuszną, ojcze, uciekam; chce, zanim pokażę się, stłumić te moją nieszczęśliwą wraźliwość... Powrócę, gdy już inni tu przy będą. Bądź spokojny; dowiodę ci, że gdy tego potrzeba, córka twoja potrafi być komedjantką...
I znikła właśnie gdy się otwierały drzwi salonu.
Ale to nie był Paweł.
Nowoprzybyły był poważnym fabrykantem, jednym z przyjaciół p. Martin-Rigal. Wiódł on pod rękę swoją żonę, wykwintnie ubraną, ale bez żadnej dystynkcji.
Bankier uznał za stosowne zaprosić tego wieczora około dwudziestu osób. Wielki obiad usprawiedliwiał obecność Pawła.
Właśnie w tej chwili protegowany Mascarota wchodził do d która Hortebize, który miał mu otworzyć drzwi wyższego towarzystwa.
Paweł nie był podobny do siebie. Powracał on od sławnego krawca i z tego to powodu spóźnił się nawet.
Dzięki wpływowi zacnego stręczyciela, krawiec ten w ciągu dwudziestu czterech godzin zrobił Pawłowi jeden z tych ubiorów wieczornych, które odrazu decydują o małżeństwie.
Miękkość tkanin, doskonałość kroju, bogactwo dodatków, uwydatniały wszystkie „awantaże“ Pawła i podnosiły jeszcze jego naturalną dobrą minę.
Może był nieco zażenowany tą nową dla niego elegancją, ale w jego wieku zakłopotanie niejakie można było poczytać za trwożliwość, jeszcze więcej wdzięku dodającą.
W każdym razie wyglądał tak dobrze, iż doktor, ujrzawszy go, uśmiechnął się przychylnie.
— Nie ma co mówić, mruknął, Flawia ma dobry gust.
Potem przerywając Pawłowi, który tłumaczył swe opóźnienie, powiedział:
— Nie ma w tem nic złego; siadaj pan; wezmę tylko świeży krawat i zaraz służę.
Pozostawiony sam przez doktora, który odszedł do innego pokoju, Paweł Violaine usiadł, lub raczej ciężko rzucił się na fotel.
Strasznie był zmęczony.
Od pięciu nocy nie spał.
Jak tylko kładł się, wnet opanowywała go okropna gorączko, paliła i spędzała z łóżka.
Bo jeżeli ciało jego było zażenowane w tych pięknych sukniach, to myśli szamotały się wśród udręczeń niemożebnego położenia, zupełnie nieprzewidzianego.
Uczciwość jego, którą chełpił się przed Różą z taką pewnością siebie, została wystawiona na próbę i nie umiała oprzeć się.
Gdy wychodząc od świetnego Van-Klopena, powiedział stręczycielowi: „Należę do pana“, powolny był wtedy natchnieniem urażonej miłości własnej i chęci zemszczenia się.
Zresztą był jeszcze olśniony straszliwą potęgą stręczyciela, spojrzeniami Flawii i fantastycznemi milionami, które zabłysły mu przed oczyma.
Wieczorem dopiero struchlał, gdy sam siebie zapytał, jakich szkaradnych zamiarów stał się narzędziem, gdy pomyślał o zobowiązaniu, którego nie mógł zerwać.
Ale na drugi dzień był na obiedzie wraz ze swoim protektorem u doktora Hortebize, i pewność, że i sam miły ten doktor jest czynnym wspólnikiem w tem przedsiębiorstwie, zdecydowała go do stłumienia ostatnich wstrząśnień jego sumienia.
Tak to się dzieje: według sfery, w której żyjemy, występek — a można powiedzieć, zbrodnia — być może zachętą, lub też zbawienną nauką.
Brzydki, brudny, głupi, pognębiony, występek — wywołuje wstręt i dodaje siły wahającej się cnocie. Bogaty, szczęśliwy, dowcipny, tryumfujący — wzbudza w słabych duszach wściekłą zazdrość, kołysaną nadzieją bezkarności.
Przepych doktora, jego wielko-światowe maniery, powaga, znaczenie, genialne paradoksy co do przesądów kodeksu, uzupełniły dzieło zepsucia, rozpoczęte przez Mascarota.
— Byłbym głupcem — pomyślał Pawel — gdybym się opierał jeszcze, kiedy ten doktor, bogaty, szczęśliwy, poważany, nie ma skrupułów.
Zawahałby się jednak, gdyby wiedział jaka relikwia zawiera się w złotym medalionie, wiszącym na okrągłym brzuszku roztropnego wspólnika zacnego stręczyciela.
Ale Paweł nie mógł wiedzieć o tem, i przypuszczony poraz pierwszy do życia szerokiego a łatwego, zachwycał się wspaniałym apartamentem doktora, który zajmował całe pierwsze piętro starego domu przy ulicy Luxembourg.
Już w przedpokoju można było odgadnąć nałogi samoluba, dowcipnego epikurejczyka, który nie żałuje ani czasu, ani pieniędzy, by wywatować sobie życie.
— Tak chcę mieszkać — powiedział sobie Paweł, ugryziony w samo serce gadziną zazdrości.
Doktor ukazał się, ubrany jak zawsze gdy wyjeżdża robić wizyty, to jest z całem wyszukaniem.
— Jestem na pańskie rozkazy — rzekł do protegowanego Mascarota, który stał się jego protegowanym. — Jedźmy! w samą porę przybędziemy.
Na dziedzińcu stał powóz doktora, zaprzężony w parę silnych koni.
Siadając na miękkich poduszkach, Paweł znowu powiedział sam do siebie.
— Ja takle będę miał taki powóz.
Ale jeżeli młody człowiek zapomniał dla rojeń o rzeczywistości; doktor, który otrzymał instrukcje, czuwał.
— Pomówmy no teraz, tak zaczął, jak tylko powóz potoczył się, pomówmy niewiele, ale dobrze. Nadarza się panu sposobność, jakiej nie jeden młodzieniec dobrze urodzony nie znajdzie przez całe życie trzeba z niej korzystać.
— Postaram się, odpowiedział Paweł, z pewnym odcieniem zarozumiałości.
— Brawo!... lubię tę młodzieńczą pewność siebie. Ale pozwól pan, że ją podszyję mojem starem doświadczeniem. A na początek, zapytam pana, czy też wiesz co to jest dziedziczka?
— Tak mi się zdaje...
— Pozwól mi pan mówić. Dziedziczka, zwłaszcza jedynaczka, jest to zwykle młoda osoba bardzo nieprzyjemna, kapryśna, fantastyczna, wielce przeświadczona o swej wartości i kompletnie popsuta uwielbianiem, jakiego była przedmiotem od dzieciństwa. Pewna, dzięki swemu posagowi, że nie zabraknie jej męża, sądzi, że wszystko jej wolno.
— O!... zawołał Paweł, szczególnie ochłodzony, czy też nie szkicujesz mi pan portretu panny Flawii?
Doktor wybuchnął szczerym śmiechem.
— Nie ze wszystkiem, odpowiedział; tylko muszę pana uprzedzić, że i nasza dziedziczka ma swoją część fantastyczności. Tak, naprzykład, ja poczytuje ją za bardzo usposobioną do zawrócenia głowy wielbicielowi, jedynie dlatego, by go potem osadzić na koszu i zabawić się jego zgłupiałą miną.
Paweł, który do tej pory rozpatrywał tylko świetne strony przedsiębiorstwa, zmieszał się, gdy mu ukazano tę stronę odwrotną, której nie podejrzywał.
— Jeżeli tak, powiedział smutno, to dlaczegoż mnie przedstawiać?
— Ależ dla tego, byś pan doszedł do celu. Czyż nie masz wszystkiego co do tego potrzeba? Być może, iż panna Flawia przyjmie go z podchlebną dystynkcją — ale nie wyprowadzaj pan z tego bynajmniej żadnych bezpośrednich wniosków. Choćby rzuciła się panu na szyję, jeszcze i wtedy powiedziałbym mu: Bądź ostrożny; może to zasadzka. Między nami mówiąc, dziewczyna, posiadająca miljon, zawsze może być wytłumaczoną, gdy chce dokładnie dowiedzieć się, czy do niej zwrócone są zaloty, czy do jej pieniędzy.
Powóz zatrzymał się. Przybyli na ulicę Montmartre.
Dawszy stangretowi rozkaz, by przyjechał zabrać ich o dwunastej w nocy, doktor poprowadził swego protegowanego.
Paweł był tak wzruszony w chwili gdy miał zrobić krok stanowczy, iż nie był w stanie włożyć rękawiczek.
Piętnaście osób znajdowało się w salonie bankiera, gdy lokaj zaanonsował doktora Hortebize i p. Pawła Violaine.
Jeżeli p. Martin-Rigal nie cierpiał człowieka wybranego pomiędzy wszystkimi przez swą córkę, to jednak wcale tego nie okazał, przyjmując go.
Uścisnąwszy rękę swego starego przyjaciela, doktora, podziękował mu z całem wylaniem za przedstawienie młodzieńca, tak dystyngowanego jak p. Violaine.
Przyjęcie to przywróciło Pawłowi część utraconej pewności siebie. Ale na próżno spoglądał na wszystkie strony nigdzie nie dostrzegł panpy Martin-Rigal.
— Obiad zapowiedziany był na godzinę siódmą. Dopiero na pięć minut przed siódmą ukazała się Flawia, którą wnet otoczyli goście.
Młoda dziewczyna umiała zapanować nad sobą. Pomimo wewnętrznego wzruszenia, oczy jej, zatrzymawszy się na Pawle, który oddawał ukłon, wyrażały najzupełniejszą obojętność.
— Pan Martin-Rigal nie spodziewał się takiej energii i takiej ostrożności.
Ale Flawia zastanowiła się nad jego ostatniemi uwagami i zrozumiała ich trafność.
Dopiero po obiedzie, gdy ustawiono stoły do gry, ośmieliła się przybliżyć do Pawła i głosem drżącym poprosiła go, by zagrał na fortepianie którą ze swoich kompozycyj.
Paweł był miernym wykonawcą, muzyka jego nie wiele była warta; a jednak Flawia słuchała go z wielkiem skupieniem ducha, jak gdyby Bóg zesłał anioła aby jej dał wyobrażenie o symfoniach niebiańskich.
Pan Martin-Rigal i doktor Hortebize, siedząc obok siebie, wzrokiem pełnym zajęcia śledzili wzruszenia młodej dziewczyny.
— Jak ona go kocha!... szepnął bankier. I nie módz wiedzieć z pewnością co sobie roi ten błazen, który pewno nie domyśla się swego szczęścia.
— Ba... Mascarot wyspowiada go jutro.
Bankier nic nie odpowiedział.
— Sądzę, że jutro ten kochany Mascarot będzie miał djabelnie wiele do roboty. O godzinie dziesiątej rada jeneralna. Zobaczymy nareszcie dno worka kochanego Catenac’a. Ciekawy jestem jaką minę zrobi markiz Croisenois, gdy dowie się czego się od niego oczekuje.
Tymczasem goście poczęli powoli rozchodzić się.
Doktor dał znak swemu protegowanemu i wyszli razem.
Flawia, zgodnie ze swem przyrzeczeniem, była tak zręczną komedjantką, iż Paweł zapytywał sam siebie, czy ma wierzyć i mieć nadzieję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.