Niewolnicy paryscy/Część I/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nie tylko sam protegowany Mascarota podpatrywał kobietę, która przyjechała do młodego malarza.
Usłyszawszy turkot powozu, pani Poileveu, najdyskretniejsza z odźwiernych, umieściła się we drzwiach na progu i utkwiła wzrok w młodą damę.
Gdy obie kobiety weszły, zamiast usunąć się, by je przepuścić, pani Poileveu wyszła. Miała ona swój zamiar.
— Brzydka pogoda, prawda? powiedziała powożącemu. W zimie nie bardzo wygodnie siedzieć na koźle.
— Nie mów mi pani o tem, odpowiedział zapytany, nóg nie czuję od zimna.
— Pewno dwie te damy przyjechały zdaleka?
— Okropnie wziąłem je na Polach Elizejskich, koło alei Matignon.
— Tęgi kurs!
— A tęgi i cztery sous na piwo. To prawdziwe nieszczęście!... Nie mów mi pani o uczciwych kobietach!
— O!... uczciwych!...
— Za to ręczę. Inne dają więcej — znam się na tem.
I jednocześnie zadowolony tem, że przekonał o swej domyślności, zaciął konie i odjechał.
Pani Poileveu powróciła do swego pokoiku na pół zadowolona.
— Przynajmniej wiem, mruknęła, w jakiej dzielnicy mieszka księżniczka. Nie na wiele to się przyda, ale zawsze!... następny raz, zaofiaruję cokolwiek służącej, tak, coś z łakociów i wygada mi wszystko.
Złudną nadzieją pocieszała się pani Poileveu.
Służąca ta, całkiem oddana swej pani, była oburzona uporczywem wpatrywaniem się odźwiernej; poczytywała to za straszne zuchwasltwo.
Zagniewana odgrażała się, iż opowie wszystko panu Andrzejowi, który megerę tę nauczy respektu.
Ale na jedną myśl skargi, młoda dama tak się przeraziła, że stanęła i zwróciwszy się do służącej rzekła:
— Zabraniam ci to, Modesto, nie pozwalam ci mówić o tem ani słowa panu Andrzejowi.
— Ależ, pani...
— Ts!.. Chcesz mi zrobić przykrość? No, idźmy, czeka na mnie.
Tak jest, była oczekiwana z rozkoszną niespokojnością, z niebiańską trwogą dwudziestoletnią.
Od samego wyjścia Pawła, Andrzej nie mógł usiedzieć na jednem miejscu: w każdej sekundzie widział całą wieczność. Drzwi od pracowni pozostawił otworem i każden raz, usłyszawszy szmer, wybiegł na schody.
Nakoniec rzeczywiście usłyszał szmer harmonijny jak niebiańska muzyka — szelest sukni ukochanej kobiety.
Pochyliwszy się na poręcz spojrzał na dół; to ona... tak jest... idzie na drugie piętro... nakoniec wchodzi do niego, do jego pracowni, od której zamknął za nią drzwi.
— Dzień dobry, Andrzeju, rzekła, podając mu rękę; widzisz pan jak jestem punktualna.
Blady ze wzruszenia, drżąc jak listek, Andrzej ze czcią przycisnął do ust podaną sobie rękę mówiąc:
— Panno Sabino!... O! jak pani dobra!... dziękuję!
Była to rzeczywiście Sabina, jedyna dziedziczka starożytnego i dumnego rodu Mussidauów. Ona to znajdowała się u Andrzeja, podrzutka ze szpitala Vendome.
Ta sama Sabina, młoda dziewczyna z natury trwożliwa, wychowana w całym szacunku towarzyskiej konwencjonalności. Ona to narażała obecnie to, co poczytywała za rzeczy najdroższe w świecie: swój honor i reputację.
Ona to, przezwyciężając przesądy wychowania swego i rodu, ośmielała się przekroczyć straszliwą przepaść, oddzielającą salon przy ulicy Matignon od pracowni przy ulicy La Tours d’Auvergne.
Zdarzają się takie zuchwalstwa, które rozum zaledwie przypuszcza, a które serce może wytłumaczyć z łatwością.
Sabina i Andrzej kochali się od dwóch lat.
Po raz pierwszy spotkali się w zamku Mussidan, znajdującym się w Poitou; tam złączył ich zbieg drobnych wypadków, które zawsze plątały i plątać będą wszystkie kombinacje ludzkiego rozumu.
— Człowiek obmyśla i układa projekta; ale ponad nim unosi się Opatrzność — głupcy nazywają to trafem — której przewidująca ręka układa i przysposabia wszystko dla spełnienia swych niedościgłych rozumowi zamiarów.
W końcu 1863 roku, Andrzej, którego zdrowie nadwerężył nieco nadmiar pracy, zamyślił trochę podróżować. Wtem Jan Lantier, jego pryncypał, zawezwał go jednego wieczora do siebie.
— Jeżeli pan chcesz, powiedział mu, wypocząć i zarazem zarobić trzysta lub czterysta frauków, to zdaje mi się, iż potrafię ułożyć to. Jeden z budowniczych żąda odemnie rzeźbiarza na prowincję, w okolicę przepyszną — czy chciałbyś pan podjąć się tam roboty?
— Propozycja ta była na rękę Andrzejowi, więc w końcu tygodnia puścił się w drogę, przyrzekając sobie, że dobrze się zabawi.
Wszystko poszło jak z płatka. W sam dzień przybycia do Mussidan, rozpatrzywszy się w robocie, dla której go wezwano, przekonał się, że ta będzie dla niego igraszką. Chodziło o wykonanie niektórych ozdób wzdłuż balkonu tylko co odrestaurowanego. Wszystko można było skończyć za kilkanaście dni.
Ale Andrzej nie spieszył. Okolica podobała mu się, znajdował wiele motywów do studjów, a zdrowie poprawiało się z każdym dniem.
A przytem, głównym powodem że się nie spieszył, do czego w połowie tylko przyznawał się przed sobą, było to, że dostrzegł w parku, jak cień między drzewami, przesuwającą się młodą dziewczynę, której jedno spojrzenie sprawiło na niem wrażenie cudne, dotąd zupełnie mu nie znane.
Młodą tą dziewczyną była Sabina.
Z nadejściem upałów hrabia Mussidan wyjechał do Niemiec, hrabina przeniosła się do Luchon i znalazła najrozsądniejszem córkę swą wyprawić na kilka miesięcy do starego rodzinnego zamku, pod opiekę bardzo podeszłej krewnej, pani Chevauché, wdowy.
Historja dwojga młodych ludzi, prosta i naiwna, była zupełnie taka sama jak wszystkich, którzy byli młodzi i kochali.
Drobnostka dała pretekst do przemówienia kilku słów, które wymówili do siebie rumieniąc się.
Raz Sabina wyszła na balkon i z dziecinną radością poczęła przypatrywać się obrabianiu twardego kamienia przez Andrzeja.
Gdyby jej kto powiedział, że zajmuje ją więcej rzeźbiarz aniżeli rzeźba, to pewnoby zdziwił się tem głęboko. A jednak tak było.
Andrzej, chociaż nigdy w życiu swem nie był tak zmieszany, ośmielił się przemówić pierwszy. Rozmawiali długo i Sabina była zdziwiona podniosłością myśli tego młodego człowieka, który w przestronnej bluzie i miękkim pilśniowym kapeluszu wydał się jej zrazu nie więcej jak prostym rzemieślnikiem.
W nieświadomości swej i niedoświadczeniu Sabina nie była w stanie należycie określić uczucia, które w niej się przebudziło.
Andrzej nie łudził się.
Pewnego wieczora, po ścisłem zbadaniu swego sumienia, zmuszony był uchylić czoło przed rzeczywistością.
— Nie ma co mówić, mruknął, zakochałem się.
Potem promień rozumu oświetlił jego szaleństwo: zmierzył on nieprzebyte przeszkody oddzielające go od tej młodej dziewczyny z tak wielkiego domu i tak bogatej — i przeraził się.
— Trzeba uciekać! zawołał, uciekać prędko, bez dalszego namysłu, nie oglądając się; tu mi nie dobrze.
Mówi się to z najlepszą w świecie wiarą, robi się postanowienie, a potem... pozostaje się w miejscu. Tak też zrobił i Andrzej.
To prawda, że, jak wszędzie, tak i tu, traf zdawał się wmięszać.
Zamek Mussidan leży w dość znacznej odległości od ludniejszych punktów. By dojść do najbliższej wioski, przechodzić trzeba część lasu Bivron. Gdy Andrzej przybył do Mussidan, postanowiono zatem, że będzie się stołował w zamku.
Jadał sam, w godzinach, które sam sobie wybrał, w wielkiej sali; posługiwał zaś mu służący pani Chevauché.
Wkrótce odosobnienie takie Sabina znalazła w najwyższym stopniu niewłaściwem, poczytywała je za upokorzenie najniesłuszniejsze.
— Dia czego pan Andrzej nie jada z nami? zapytała ciotki. Wszak bezwątpienia ma on nierównie więcej ogłady, aniżeli wiele osób, które przyjmujemy.
Stara dama zgodziła się na to. Dziwnem się jej jednak wydawało przypuszczanie do swego stołu młodego człowieka, który wylazłszy na drabinę obrabiał kamienie za dzienną płacę; ale sama tak się nudziła!...
Bezzwłocznie zaproszony, Andrzej przyjął zaproszenie, a starej damie zdawało się, że spada ze swej wysokości, gdy w obiadową godzinę ujrzała wchodzącego gościa, który z obejścia się i zachowania poczytany być mógł za jakiegoś gentlemana, bawiącego na wsi.
— To nie do uwierzenia, mówiła idąc spać, do swej siostrzenicy, ten kamieniarz ma minę jakby jaki wielki pan. Wyraźnie nadchodzi koniec świata: nie masz żadnych przedziałów społecznych; wszystko się pomięszało. Dążymy do chaosu; czas mi już umrzeć.
Pomimo to Andrzej umiał zjednać sobie względy wdowy, a ponieważ nie brakło mu sprytu, uzupełnił swe zwycięstwo, wymalowawszy jej portret, który jeżeli był podobny, to niemniej przeto był strasznie podchlebiony.
Od tej chwili, przypuszczony do poufałości, nie obawiając się już być urażonym, on, dotąd tak ostrożny, stał się wynurzającym i rozmownym.
Nawet jednego razu, namówiony przez panią Chevauché, opowiedział swoja historje, po prostu, tak jak opowiadał ją Pawłowi, tylko z większemi szczegółami.
Opowiadanie to rozpłomieniło wyobraźnię młodej dziewczyny, nie powiemy romansowej, gdyż byłoby to przesadą, ale pełnej rycerskości.
Sabinę zachwyciło to ciche i niewidzialne bohaterstwo, jedyne możebne i prawdziwe w naszych czasach. Zdumiała ją energia tego człowieka, który dziecięciem rzucony w straszliwy wir świata, umiał zająć w nim pewne stanowisko. Uwielbiała tę wielkość, geniusz, ambicję. Widziała w nim, i słusznie, ową istotę wyższą, o jakiej marzą młode dziewczęta.
Jednem słowem kochała go i ośmieliła się przyznać do tego przed sobą.
Czyż losy ich, pozornie tak różne, nie były w rzeczy samej jednakie?
Między ojcem i matką, którzy oboje z jednakowym wstrętem uciekali przed domowem ogniskiem, Sabina czuła się tak samo jak i Andrzej opuszczona.
W takiem położeniu dnie upływały im szybciej aniżeli sekundy.
Zapomnieni, że tak powiemy, przez cały świat, w głębi tego samotnego zamku byli wolni jak powietrze.
Bo pani Chevauché bynajmniej im nie zawadzała.
Regularnie po obiedzie stara dama prosiła zawsze Andrzeja, by jej czytał gazetę i również regularnie przy dwudziestym lub trzydziestym wierszu, według tego jaka była pogoda, zasypiała głębokim snem, którego pod surową karą nie wolno była nikomu przerywać.
Wtedy Andrzej i Sabina wysuwali się na palcach, weseli i uśmiechnięci jak szkolarze, którzy zmylili czujność nauczyciela.
I szli na chybi-trafi. To wolnym krokiem przechadzali się po ogromnej alei pod cieniem stoletnich dębów, to biegali po słońcu pomiędzy skałami pod lasem Bivron.
To znowu, wsiadłszy do starej spróchniałej łodzi, którą Andrzej naprawił jak umiał, wypływali na nie wielką rzeczułkę, o brzegach umajonych liliami i sitowiem.
Tak upłynęły dwa miesiące, zachwycające, pełne uroku.
Dwa miesiące najczystszej i najwznioślejszej miłości, podczas kórych wszakże wyraz miłość nie przeszedł z serca do ust.
Walcząc długo przeciw namiętności, która, jak to czuł dotąd, była jego życiem, a która jednak nie miała wyjścia, Andrzej skończył na tem, iż nie chciał już zastanawiać się.
Zabronił sobie myśleć o przyszłości, jak suchotnik zabrania sobie myśleć o swej niemocy.
Przeczuwał uderzenie piorunu... ale czekając nań, co wieczór dziękował Bogu, iż mu jeszcze jeden dzień użyczył.
Nie, mówił sobie czasami, to za wielkie szczęście aby mogło być trwałem.
Nie było niem.
Zajęty myślami jak tu usprawiedliwić dłuższy swój pobyt w Mussidan, Andrzej, ukończywszy robotę, zamierzył obdarzyć stare zamczysko arcydziełem współczesnej sztuki.
Postanowił starożytny balkon otoczyć kamienną girlandą powoju i dzikiego wina. Codziennie, gdy wszyscy jeszcze spali, pracował nad tem.
Pewnego poranku, gdy już miał udać się na robotę, stary sługa, który był przy nim od samego początku, oznajmił mu, że pani Chevauché prosi go do siebie.
— Pani kazała mi bym pana przyprowadził natychmiast, tak jak pan jesteś.
Złowrogie przeczucie, ostre jak sztylet, przeszyło serce artysty. Odgadł on, zrozumiał, że marzenia jego skończyły się i krokiem skazanego na śmierć poszedł za służącym.
W chwili gdy otwierał drzwi do salonu, w którym znajdowała się ciotka Sabiny, poczciwy sługa powiedział mu:
— Miej się pan na ostrożności... pani jest w takiem usposobieniu!... Nigdy nie widziałem jej taką od dnia w którym nieboszczyk mój pan... Zresztą, dość tego.
Rzeczywiście, stara dama była w strasznym gniewie i niezważając na swój reumatyzm szybko przechadzała się po salonie. Wysoki jej czepek zsunął się na jeden bok, a chodząc wymachiwała rękami i stukała w posadzkę laską z kruczym dziobem.
Ujrzawszy Andrzeja, nagle stanęła; głowę w tył wychyliła, wybierając postawę jak można najbardziej imponującą.
— Cóż to, mój kochany? zawołała głosem na pół męzkim, który mają zawsze w rezerwie dla wielkich okazyj kobiety ze starej arystokracji, jak mi donoszą, pozwalasz sobie kochać moją siostrzenicę? umizgać się do niej?...
Mówiła do niego „ty“... Ni mniej, ni więcej jak do parobka, sądząc, że tym sposobem lepiej mu da pojąć nikczemność jego stanowiska i swoją odwagę.
Andrzej, zrazu blady, poczerwieniał po same białka oczu.
— Pani!... wybełkotał...
— Na cnotę mojej matki!... przerwała mu wdowa, czy nie myślisz zaprzeczać, gdy ci na twarz wystąpiła taka czerwoność, sama za ciebie świadcząca! Musisz być niezmiernie zuchwałym, aby śmieć podnieść oczy aż na pannę Sabinę Mussidan. Zkąd ci się wzięła ta impertynencja? Zapewne jest to skutek mojej wielkiej pobłażliwości! Czy miałeś zamiar uwieść ją, czy też zamyślałeś prosić o rękę?...
— Przysięgam pani, na mój honor!...
— Na twój honor!... Sądziłby kto, że to szlachcic!.... Boże święty!... gdyby nieboszczyk hrabia Chevauché żył jeszcze!... ostatnie tchnienie wydusiłby z ciebie pod kijami. Ja poprzestaje na tem, że cię wypędzam. Zabierz swoje narzędzia i wynoś się ztąd mój kochany — idź sobie gdzieindziej obciosywać kamienie.
Andrzej nie ruszał się, sam był jak kamienny; on, zwykle tak drażliwy, teraz zdawał się nie uważać w jak krzywdzący sposób postępowano z nim.
Widział tylko jedno — że go wypędzano, że nie zobaczy więcej Sabiny.
Mązka jego energia nie mogła ostać się przeciw takiemu ciosowi, najokropniejszemu, jaki mógł sobie wyobrazić i wybuchnął głośnem tkaniem jak dziecko.
Objaw tej boleści ogromnej był tak niespodziewany, tak okropny w tym mężczyznie, iż stara dama osłupiała.
Odwróciła się nagle i upłynęła przeszło minuta, nim była w stanie przemówić znowu.
— Byłam z panem surową, panie Andrzeju, powiedziała wreszcie. Mam na nieszczęście zanadto żywy charakter. To, co się stało, to z mojej winy, jak dał mi to poznać proboszcz z Bivron, który uprzedził mię niedawno, za co mu jestem wdzięczna. Ja tylko jedna niczego nie domyślałam się, gdy wszyscy gadali już o panu i mojej siostrzenicy.
Andrzej zrobił poruszenie tak strasznej pogróżki, iż gdyby go widziało sześciuset mieszkańców Bivronu, to wszyscy by uciekli.
— O! zawołał, gdyby mi wpadł do rąk którykolwiek z tych nędzników!...
— No, no!... przerwała mu pani Chevauché, której to energiczne oburzenie spodobało się, czy nie myślisz pan uciąć wszystkie złe języki? Nic jeszcze złego nie stało się, a to rzecz główna; odjedź pan, zapomnij o mojej siostrzenicy.
Idź, zapomnij!... znaczyło to dla Andrzeja tyleż co „umrzyj!“
— Pani, tak zaczął tonem rozpaczy, wysłuchaj mię pani!... Jestem młody, mam odwagę!...
Rozpacz jego była tak wymowną, wzrok tak błagający, głos tak wzruszony, że stara dama, rozczulona, uczuła jak gorąca łza stoczyła się jej po pomarszczonej twarzy.
— Do czego mówisz mi pan to wszystko? zapytała. Czy Sabina jest moją córką? Wszystko co mogę uczynić, to że nie powiem nic ojcu mojej siostrzenicy o tej przygodzie. Boże wszechmocny! Gdyby Mussidan o tem wiedział! No, dość tego!... jestem tak wzruszona iż mogę stracić apetyt na dwa dni.
Andrzej wyszedł przytrzymując się ściany; zdawało mu się, że posadzka drży pod jego nogami jak pomost okrętowy. Myśli wirowały mu w głowie, jak suche liście podczas huraganu, w oczach ciemniało.
Ale w wielkim przedpokoju, przed salonem, uczuł, iż ktoś go bierze za rękę. Zrobił wysilenie, by zebrać myśli i spojrzał.
Nieruchoma i blada jak posąg marmurowy, stała przed nim Sabina.
— Wszystko słyszałam, panie Andrzeju, rzekła.
— Wszystko się skończyło, odpowiedział Andrzej, wypędzają mię, odjeżdżam.
— Dokąd?...
— Sam nie wiem, odpowiedział z rozpaczliwą rezygnacją, będę posłuszny, oddalę się ztąd, a potem... pójdę, pójdę...
Czuł, że szał go opanowuje, chciał odejść; Sabina zatrzymała go.
— Więc pan rozpaczasz? zapytała.
Andrzej spojrzał na nią takim wzrokiem, iż przeraziła się i głuchym głosem odrzekł:
— Tak.
Nigdy Sabina nie była tak piękną. Oczy jej błyszczały ogniem najszlachetniejszej stanowczości, twarz miała wyraz szczytny.
— Gdyby jednak, tak zaczęła, gdybym wskazała panu, daleko... w przyszłości, nadzieję... cobyś pan zrobił wtedy?
— Co zrobiłbym zawołał Andrzej w uniesieniu — wszystko!... tak! wszystko co jest po ludzku możebnem dla człowieka uczciwego. Niech dokoła pani mnożą się przeszkody-ja je wywrócę, niech mi stawią najtrudniejsze warunki — ja je spełnię. Czy trzeba majątku? Ja go zarobię!... talentu?... świetnego nazwiska?... będę je mieć.
— Trzeba jeszcze czegoś innego, panie Andrzeju, o czem pan zapominasz — cierpliwości.
— Mam ją, pani; będę ją mieć! Czyż nie pojmujesz pani, że od jednego jej słowa mogę żyć trojakiem życiem szczęścia, oczekiwania i nadziei P...
Przy tych słowach panna Mussidan położyła rękę na ramieniu Andrzeja, a drugą podniosła do góry, biorąc niebo za świadka.
— W takim razie, rzekła, pracuj i miej nadzieję Andrzeju!... Gdyż przysięgam wobec Boga, iż będę twoją żoną, lub umrę. Jeżeli trzeba walki, to będę walczyć, bo ja cię...
Straszliwy łoskot w głębi przedpokoju przerwał jej mowę.
Była to stara wdowa Chevauché, która laską swą z kruczym dziobem stukała wo drzwi z całej siły.
— Jeszcze tu!... krzyczała głosem donośnym jak trąba.
Andrzej uciekł, szczęściem upojony, unosząc w głębi duszy nadzieję, która sprawia, że cierpliwie znosimy wszelkie krzywdy rzeczywistości.
Co zaszło po jego odjeździe między panią Chevauché i jej siostrzenicą? Słudzy zauważyli, że po bardzo długiej rozmowie jedna i druga miała zaczerwienione oczy.
Być może, iż Sabinie udało się przejednać sobie starą wdowę. To pewna, że po śmierci, która nastąpiła w parę miesięcy po tej rozmowie, pani Chevauché zapisała cały swój majątek, wynoszący dwakroć stotysięcy liwrów, Sabinie.
Testamentem, bardzo dobrze ułożonym i nie ulegającym żadnemu zaprzeczeniu, zapewniła naprzód dochody z tej kwoty swojej siostrzenicy, a następnie cały kapitał, po dojściu do pełnoletności lub małżeństwie „zawartem za zgodą rodziców, lub też bez niej.“
Z powodu ostatniego tego zastrzeżenia powiedział p. Mussidan:
— Biedna nasza ciotka! w końcu życia straciła nieco głowę.
Nie, nie straciła. Sabina i Andrzej rozumieli to dobrze, opłakując śmierć zacnej kobiety, która ostatniem swem rozporządzeniem chciała przyjść im w pomoc.
Oboje byli wtedy w Paryżu; Andrzej podwajał swą energię, a Sabina dotrzymywała obietnic.
W Paryżu panna Mussidan była jeszcze swobodniejszą, aniżeli w głębi Poitou.
Dla doglądania swego postępowania miała tylko wierną swoją Modestę, oddaną jej, aż do zbrodni, gdyby tego było potrzeba.
Sabina po powrocie, pozwoliła Andrzejowi pisywać do siebie i odpowiadała mu bardzo punktualnie.
Później przystała na to, że się widzieli parę razy. W końcu, ustępując żywym naleganiom, zgodziła się przyjść do pracowni, zawsze w towarzystwie Modesty.
Należy jednak dodać do tego, że nigdy monarchini, odwiedzająca swoich wiernych poddanych, nie była przedmiotem takiego pełnego szacunku uwielbienia, jakie otaczało Sabinę w skromnej pracowni artysty.