Przejdź do zawartości

Niewolnicy paryscy/Część I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Niewolnicy paryscy
Wydawca Kornel Piller
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Rozstawszy się z Mascarotem, odtąd swoim protektorem, Paweł Violaine krokiem niepewnym człowieka podchmielonego i przytrzymując się za poręcz, zstępował po schodach biura stręczeń.
Powodzenie tak nagłe, niespodziewane, które spadło na niego jak dachówka z dachu, zupełnie go upoiło; był jak w szale.
W jednej chwili, bez żadnych przejść, z położenia tak okropnego, iż idąc przez most, obłąkanem okiem spoglądał na Sekwanę, znalazł się w położeniu takiem, iż miał dwanaście tysięcy rocznie.
Bo taką była owa cyfra fantastyczna, niesłychana, którą stręczyciel zabłysnął mu przed oczyma.
Wyraźnie powiedział: dwanaście tysięcy rocznie, tysiąc franków na miesiąc i gotów był wyliczyć pieniądze za pierwszy miesiąc.
Od tego można było oszaleć, i Paweł był prawie szalony.
Myśli miał do takiego stopnia zamącone, iż oprócz cudownego faktu nie widział nic; nie starał się bynajmniej zdać sobie sprawy z rozmaitych wydarzeń.
Nie. Owo dziwne następstwo wydarzeń znajdował on zupełnie naturalnem: I tego starego pisarza od komornika, ukazującego się w sam czas, aby mu pożyczyć pięćset franków, i tego stręczyciela, który tak dobrze jak on sam znał całe jego życie i który tak od razu, nie targując się, zaproponował mu pensję naczelnika sekcji w ministerstwie.
Jednak, znalazłszy się na ulicy, pod wpływem szczególnych wrażeń, Paweł nie pomyślał o tem, by biedz do hotelu Peruwiańskiego z wielką nowiną...
Róża zapewne czekała na niego; ale nie to mu było w głowie. Usprawiedliwiał on przepowiednię doktora Hortebize.
Po tym pierwszym przystępie radości, uczuł nie przepartą ochotę, do ruchu, naglącą potrzebę zrobienia jakiego wydatku, wywnętrzenia się ze swego uniesienia. Zdawało mu się, że radość jego będzie dwa razy większą, gdy będzie mógł opowiedzieć o swem szczęściu.
Ale dokąd iść o tym czasie? A nie miał przyjaciół, którychby mógł zmartwić swem powodzeniem.
Długo rozmyślając nad tem, przypomniał sobie wreszcie, iż w pierwszych dniach swej paryskiej nędzy, pożyczył był cokolwiek pieniędzy — o!.. bardzo nie wiele, — dwadzieścia franków, u pewnego znajomego jednych z nim lat, nazwiskiem Andrzej, który zapewne nie był bogatszym od niego.
Pozostawała mu przeszło połowa z biletu bankowego starego pisarza od komornika; kilkanaście luidorów brzęczało w kieszeni, a czuł że rychło dostanie więcej... czyż nie była to dobra pora do uiszczenia się z długu, a z drugiej strony pyszna sposobność do popisania się ze swą niezmierną wyższością?
Na nieszczęście, ów znajomy mieszkał bardzo daleko, na samym końcu ulicy La Tour d’Auvergne.
Odległość ta cokolwiek przestraszała Pawła i wahał się. Ale wtem dostrzegł przejeżdżający próżny powóz. Wsiadł do niego i powiedział powożącemu adres, tonem człowieka nieprzywykłego do chodzenia piechotą.
Powóz ruszył, a Paweł począł rozmyślać o wspaniałomyślnym wierzycielu, do którego udawał się. Andrzej ten nie był jego przyjacielem, był zaledwie znajomym.
Paweł poznał go w jednej kawiarni przy bulwarze Clichy, gdzie bywał często z Różą, gdy przybywszy do Paryża mieszkał na Montmartre.
Do kawiarni tej uczęszczają najwięcej artyści: malarze, muzycy, aktorowie, dziennikarze, wszyscy wielcy ludzie w zarodku, gwałtownie rozprawiający i wypijający niezmierną ilość piwa.
Kawiarnia ta „pod Szpinetem“ otrzymała nazwę od umieszczonego w jednej sali na piętrze fortepianu, niefortunnego instrumentu, wystawionego na najcięższe próby, zwykle rozstrojonego, a którego jęki słychać było aż na środku ulicy.
Andrzej, według tego co wiedział o nim Paweł, nieznający nawet jego nazwiska, i który nigdy nie był u niego, Andrzej ten był artystą, miał nawet nie jedną cięciwę na swym łuku.
Był to naprzód rzeźbiarz-ornamentysta, to jest taki, który wykonywa za płacę dzienną, albo od sztuki, śmieszne często koncepta właścicieli domów, mających prawo przyozdabiać je, ale robiących źle, gdy każą lokatorom płacić za te ozdoby.
Jest to rzemiosło dość ciężkie. Najczęściej trzeba pracować na niezmiernych wysokościach, na rusztowaniach, drżących przy najmniejszem poruszeniu; trzeba powierzać się deskom wązkim, albo chwiejącym się drabinom. Oprócz tego, z małemi wyjątkami, artysta taki naraża się na wszelkie zmiany powietrza, w zimie marznie, w lecie piecze się; za całą ochronę od deszczu ma tylko lichy dach. Rzemiosło to jest ciężkie — ale też i korzystne.
Andrzej musiał nieźle żyć ze swych figur i girland.
Tylko, że przez długie lata, to, co przybywało z jednej strony od dłuta i młotka, uchodziło drugą stroną na pędzle i farby.
Bo Andrzej był także malarzem; ale to dla swojej przyjemności, dla zadowolenia swej ambicji, aby być powolnym nieprzezwyciężonemu pociągowi.
Wiele studjował, wiele pracował u rozmaitych mistrzów; nakoniec pewnego dnia, czując się dość silnym, by dalej iść samemu, założył pracownię.
Od tej pory malarstwo nic go nie kosztowało. Dwa razy już dawał obrazy swe na wystawę i kupcy poczynali już pamiętać drogę do jego pomieszkania.
W kawiarni „pod Szpinetem“ wysoko poważano Andrzeja. Mówiono, iż w samej rzeczy ma on talent prawdziwy i szczególną oryginalność, i że zajdzie daleko, gdyż przy tem wszystkiem był z niego niezmordowany pracownik.
Paweł zaledwie dwadzieścia razy siedział przy jednym z nim stole, gdy pewnego wieczora, wychodząc razem, przyciśnięty nędzą, pożyczył u niego dwadzieścia franków, przyrzekając, że odda na drugi dzień.
Ale na drugi dzień Paweł i Róża znaleźli się w większej biedzie, aniżeli dniem przedtem; położenie ich coraz pogorszało się, potem przenieśli się na drugi brzeg Sekwany... Koniec końcem, Paweł od ośmiu miesięcy nie widział Andrzeja.
Fiakr zatrzymał się przy ulicy La Tour d’Auvergne przed domem pod nr...
Paweł wyskoczył na chodnik, rzucił dwa franki powożącemu i poszedł szeroką i bardzo czysto utrzymaną aleją ku domowi.
W głębi jej stała kobieta tłusta, świeża, czyściutka, w białym czepku i czyściła miedziany zamek u drzwi. Musiała to być odźwierna.
— Pan Andrzej? zapytał Paweł.
— Jest u siebie, panie, odpowiedziała stara kobieta z niezwykłą uprzejmością i nawet pewną dystynkcją, co rzadko bardzo napotyka się u odźwiernych. Pan Andrzej zawsze prawie siedzi w domu... o bo co do pracy, to niema sobie równego.
— Prosiłbym panią...
— A jaki porządny! mówiła dalej stara kobieta, a jaki oszczędny! Nie słyszałam, by choć jeden sous miał długu. Raz tylko widziałam go podchmielonego. A przytem żadnych znajomości... wyjąwszy pewnej młodej damy, która... od miesiąca... Trudno mi nawet było zobaczyć ją, z powodu woalu... Ale co mi tam do tego?... nieprawdaż?... Ja znajduję, że to dama bardzo przyzwoita, przychodzi zawsze ze służącą i zapewne z czasem...
— Do licha przerwał Paweł zniecierpliwiony, czy pokażesz mi przecież pani, gdzie jest pracownia pana Andrzeja?
Gwałtowne to przerwanie widocznie bardzo obraziło odźwierną.
— Czwarte piętro... drzwi na prawo, odpowiedziała sucho.
A podczas gdy Paweł szedł po schodach, mruczała:
— Człowiek bez wychowania! przerywać tak kobiecie wiekowej!... Ale nic to, mój piękny chłopcze!... jeżeli kiedy jeszcze tu przyjdziesz, poznam cię — i nie znajdziesz pana Andrzeja w domu.
Paweł był już na czwartem piętrze.
Na środku drzwi, po prawej stronie, przybity był bilet wizytowy. Paweł przybliżył się i przeczytał „Andrzej.“
Nie widząc dzwonka, zapukał, a potem nadstawił uszu, jak to się zwykle robi w podobnych razach.
Wkrótce usłyszał kroki, potem szmer jakiegoś sprzętu, który przestawiano, potem skrzyp miedzianych kółek przesuwanych po drucie.
Wreszcie dźwięczny i młody głos odezwał się:
— Proszę wejść!
Protegowany Mascarota otworzył i wszedł.
Znajdował się w pracowni oświetlonej z góry, dość przestronnej, skromnej, ale czystej, aż do przesady prawie.
Szkice, rysunki, niedokończone obrazy zalegały wszystkie ściany. Na prawo stała bardzo niska sofa, przykryta tureckim dywanem. W głębi nad kominkiem wisiało zwierciadło w rzeźbionych ramach, które amator kupiłby nie targując się. Na lewo wznosiła się bardzo wielka sztaluga, ale zielone perkalowe firanki zakrywały obraz znajdujący się na niej; widać było tylko brzegi ramy wielkiej ceny.
Na środku pracowni, z paletrą na palcu i pędzlem w ręku, stał Andrzej.
Był to mężczyzna słuszny, prześlicznie zbudowany, bardzo ciemnej cery, z włosami krótko przystrzyżonemi i brodą arystokratyczną miękką, kędzierzawą, starannie utrzymaną.
W porównaniu z Pawłem, Andrzej był brzydki.
Ale młody malarz miał to, czego właśnie brakowało protegowanemu Mascarota, a mianowicie jedną z tych wyrazistych fizjonomij, które się nie zapominają.
Zresztą, widzieć go, znaczyło tyle co znać. Jego czoło, szerokie i dumne, usta dokładnie zarysowane, uśmiech, czarne oczy pełne ognia, odrazu świadczyły o naturze męskiej i prawej, o inteligencji, dobroci serca i energii woli.
Szczególnie zdziwiło to Pawła, że Andrzej, który widocznie zabierał się do malowania, gdyż miał pędzel i paletrę w ręku, nie był w zwykłym ubiorze do pracy.
Ubrany był nie bardzo według mody, ale nadzwyczaj starannie.
Ujrzawszy Pawła, Andrzej położył paletrę i poszedł ku niemu, szczerze wyciągając rękę.
— Co?... pan tu? zawołał sympatycznym swym głosem, co się z panem dzieje od czasu jak gdzieś zniknąłeś?
To przyjacielskie powitanie zażenowało cokolwiek protegowanego Mascarota.
— Doznałem zawodów, tak zaczął, tysiące miałem kłopotów...
— A Róża? przerwał mu Andrzej; spodziewam się, iż udzielisz mi pan o niej najlepszych wiadomości. Czy zawsze tak piękna?
— Zawsze, odrzekł Paweł nieco dotknięty; potem dodał prędko: pan nie będziesz mi miał za złe, iż zniknąłem na tak długo. Przyszedłem podziękować panu i oddać com dłużny.
Młody malarz obojętnie machnął ręką.
— Eh!... zawołał, z nas dwóch pan jeden tylko pamiętał o tej drobnostce. Pan nie robisz ze mną ceremonij, prawda? gdyby panu choć w najmniejszej rzeczy było trudnem...
Frazes ten nie miło zadźwięczał w uszach próżnego Pawła. Sądził, iż dopatruje w nim, pod udaną wspaniałomyślnością, zamiar upokorzenia go.
Nigdy nie mogła nadarzyć się lepsza sposobność do okazania swej wyższości.
— O! powiedział z miną niezmiernie zarozumiałą, wcale nie jest to trudnem dla mnie. Byłem dawniej, to prawda, w położeniu bardzo przykrem, ale teraz mam posadę, przynoszącą mi dwanaście tysięcy franków.
Sądził, że cyfra ta zdziwi artystę, wyrwie mu okrzyk zazdrości; ale mylił się de takiego stopnia, iż uznał potrzebę dodania:
— W moim wieku to nieźle.
— Przepysznie. A co pan robisz, jeżeli można zapytać?
Zapytanie to wynikło z samych okoliczności. Ale ponieważ Paweł nie mógł odpowiedzieć na nie, sam bowiem nie wiedział jakie ma obowiązki, obraził się więc, jakby za obmyślaną obelgę.
— Pracuje, odrzekł prostując się.
Postawa jego, gdy to mówił, była tak szczególna, że Andrzej wydał się zdziwionym.
— Mnie, odpowiedział, rzadko się zdarza, bym nic nie robił.
— Tak jest, ale ja zmuszony jestem pracować więcej niż kto inny, bo nikt nie myśli o mojej przyszłości, żaden krewny, żaden protektor.
Niewdzięczny zapomniał o Mascarccie.
Nad ty ton jego zabawiał malarza.
— Ba odpowiedział, czy myślisz pan, że zarząd dobroczynności dostarcza protektorów swoim podrzutkom?
Paweł wytrzeszczył oczy.
— Jakto? zapytał, pan byłbyś...
— Jestem właśnie i nie robię z tego tajemnicy, będąc zdania, iż nie ma tu nad czem płakać wprawdzie, ale też nie ma czego rumienić się. Wszyscy moi koledzy wiedzą o tem, i dziwię się, że panu nie było to znanem. Ja jestem po prostu dzieckiem ze szpitalu Vendome, gdzie nawet, mówiąc nawiasem, musiałem pozostawić po sobie pamięć wielkiego urwisa.
— Pan P...
— Ja sam i prawdę powiedziawszy, nie doznaję z tego powodu najmniejszej zgryzoty. Zaraz to panu wytłumaczę. Do lat dwunastu byłem najszczęśliwszym chłopcem, siostra — nauczycielka zachwycała się moją pamięcią. W dzień pracowałem w ogrodzie, ciągnącym się nad brzegiem Loary, wieczorami zabazgrywałem ogromną ilość papieru. Chciałem być malarzem. Niestety nie masz nic trwałego na świecie! Miałem dwanaście lat, gdy przełożona powzięła myśl umieszczenia mię w terminie u powroźnika.
Paweł usiadł na sofie i słuchając, skręcał sobie cygareto.
Już miał je zapalić, gdy Andrzej zatrzymał go, mówiąc:
— Wielką mi pan zrobisz przyjemność, gdy nie będziesz palić.
Nie bardzo zdając sobie sprawę z tego kaprysu, gdyż zwykle malarz sam wiele palił, Paweł rzucił precz zapałkę.
— Jestem posłuszny, odrzekł, ale żądam końca historji.
— O!... z chęcią, tem bardziej że nie długa. Rzemiosło powroźnika od razu mi się nie spodobało. Jak na dobitek, zaraz na drugi dzień, jeden niezgrabny robotnik wylał mi na rękę wiadro wody wrzącej i tak poparzył, że omal nie umarłem — i do tej pory mam ślady oparzenia.
— Mówiąc to, zasunął do góry prawy rękaw, i pokazał szeroką bliznę od łokcia do ramienia.
— Zniechęcony i oparzony, zaklinałem przełożoną, by mię kazała uczyć innego rzemiosła. Próżne błagania! Przełożona postanowiła, że będę powroźnikiem.
— To za surowo.
— Bardziej, aniżeli panu się zdaje. To też od owego dnia zrobiłem postanowienie uciec. A ponieważ aby uciec, trzeba było zebrać cokolwiek pieniędzy, stałem się więc najuleglejszym i najpilniejszym ze wszystkich uczniów. Po upływie roku, dzięki wielkiej wytrwałości i pracy, zaoszczędziłem, grosz po groszu, czterdzieści franków. Powiedziałem sobie, że tego dość, i jednego pięknego poranku kwietniowego, zaopatrzony w koszulę, bluzę i parę trzewików na zmianę, poszedłem piechotą do Paryża.
— I miałeś pan wszystkiego trzynaście lat?
— Nawet mniej nieco. Tylko że mię niebo obdarzyło sporym zasobem tej rozumnej woli, którą głupcy nazywają uporem. Poprzysiągłem sobie, że będę malarzem...
— Jesteś nim pan...
— Ale nie bez trudu. O! widzę, jak gdyby to dziś było, oberżę, w której przespałem pierwszą noc po mojem przybyciu do Paryża; znajdowała się ona na samym końcu przedmieścia Saint-Jacques. Byłem tak zmęczony, iż spałem szesnaście godzin bez przerwy. Przebudziwszy się, naprzód zjadłem z wielkim apetytem śniadanie; potem, przekonawszy się, że fundusze moje strasznie zeszczuplały, powiedziałem sobie: „Trzeba, mój chłopcze, byś sobie znalazł natychmiast robotę.“
Uśmiech zaigrał na ustach Pawła.
Przypomniał on sobie pierwsze swe zawody, gdy przybył do Paryża; a jednak nie miał wówczas trzynastu lat, ale dwadzieścia dwa; nie czterdzieści franków posiadał, ale trzy tysiące.
— I pan spodziewałeś się znaleźć robotę? — zapytał.
— Nie, odpowiedział artysta, miałem więcej rozumu. Powiedziałem sobie, że aby coś umieć, trzeba się nauczyć, a bardzo pragnąłem zarobić cokolwiek, aby być w możności płacenia za naukę.
Paweł dla stu przyczyn nie wymówił, usłyszawszy to, ani słowa.
— Na szczęście, mówił Andrzej dalej, tuż przy mnie, gdym jadł śniadanie, siedział jakiś otyły mężczyzna.
— Panie, powiedziałem do niego, niech pan spojrzy na mnie. Mam trzynaście lat, ale jestem silny jak chłopiec szesnastoletni, umiem czytać i pisać, jestem odważny, mam niezrównaną dobrą wolę co mam począć, by zarobić na życie?“
Człowiek ten przypatrywał mi się z minutę i surowym głosem odpowiedział:
„— Idź jutro rano na Grève, znajdziesz tam może jakiego majstra mularskiego, który cię przyjmie.“
— Nazajutrz, od czwartej godziny rano, przechadzałem się koło Hôtel de Ville. Już dość długo kręciłem się wśród robotników, gdy wtem ujrzałem mego tłustego mężczyznę z dnia wczorajszego. On także mię dostrzegł i poszedł prosto ku mnie...
„— Powiem ci, mój chłopcze, powiedział, że podobasz mi się. Jestem przedsiębiorcą robót rzeźbiarskich — chcesz być u mnie w terminie?... Będziesz dopomagać ornamentystom, a oni nauczą cię rzemiosła...
Uczyć się rzeźbiarstwa! Zdało mi się, iż widzę otwarte niebo...
„— Rozumie się, że chcę,“ odpowiedziałem. Jak się rzekło, tak się stało. Zacny ten człowiek był to Jan Lantier, ojciec mego teraźniejszego majstra.
— Ale malarstwo?
— O!... malarstwo dopiero później nastąpiło. Należało zacząć od pewnego wykształcenia się. Będąc w terminie bardzo pracowałem; uczęszczałem do szkoły wieczornej, uczyłem się rysunku, kupowałem książki, a w niedzielę... opłacałem nauczyciela, który mnie samemu dawał lekcję.
— Opłacałeś pan ze swoich oszczędności?
— Tak jest. Nie mało lat upłynęło, nim sobie pozwoliłem wypić szklankę piwa... Sześć sous?... do licha — to suma! Nakoniec nadszedł czas, gdy już zarabiałem ośmdziesiąt albo i sto franków tygodniowo, tak jak i koledzy; wtedy wziąłem się do malarstwa; złe czasy przeminęły...
— I nigdy nie chciało się panu powrócić do Vendome?
— Owszem ale wrócę tam, gdy będę w możności przeznaczyć dochód pięciuset franków jakiemu dzieciakowi, tak jak ja opuszczonemu.
Gdyby Andrzej, znając Pawła, zechciał umyślnie go urazić i zakrwawić rany jego chorobliwej próżności, nie potrzebowałby wyrażać się inaczej.
Każden jego frazes uderzał w serce protegowanego Mascarota, boleśniej aniżeli dłoń w policzek.
Pojmował jednak Paweł, że najprostsza grzeczność nakazuje mu zdobyć się na jakiś frazes podchlebny.
Zadał sobie gwałt i powiedział:
— Kto ma taki talent jak pan, ten nie potrzebuje nikogo.
I jakby chcąc stwierdzić ta zdanie, wstał i począł oglądać pracownię.
Pozornie, przypatrywał się szkicom.
W rzeczywistości zaś, pociągnął go ku sobie ów obraz, w ramach na sztaludze stojący, tuż naprzeciw i zasłonięty firanką.
Obraz ten wzbudzał w nim ciekawość.
Podczas gdy rozwijało się opowiadanie Andrzeja, tak go drażniące i upokarzające, Paweł nie mógł oderwać wzroku od tego płótna, tak starannie osłoniętego.
Rozmyślał, a mnóstwo szczegółów, zrazu nie dopatrzonych, żywo stanęło mu w myślach; zdawało mu się, iż zachodzi między temi szczegółami bliski stosunek.
Naprzód przypomniał sobie uwagi pani Poileveu, dyskretnej odźwiernej, o owej damie zakwefionej, która w towarzystwie służącej czasami odwidzała malarza.
Powtóre, gdy zapukał do drzwi, czyż nie kazano mu czekać? czyż nie słyszał jak coś porządkowano i przesuwano firanki?
A dalej — do czego ten ubiór staranny?
Nakoniec — z jakiego powodu Andrzej prosił go, by nie palił cygareta?
Ze wszystkiego tego Paweł wywnioskował, że młody malarz dziś właśnie spodziewał się tajemniczych odwiedzin, i że ten obraz był portretem zakwefionej damy.
Od tego, do chęci podniesienia firanki, — czy Andrzej zgodzi się na to, czy nie — był jeden krok tylko.
To też, zatrzymując się i unosząc nad szkicami, powtarzając: „Bardzo pięknie!“ albo: „Ach! jakie to trafne!“ Paweł manewrował w ten sposób, iż powoli przybliżył się do sztalugi.
Gdy już stanął przy niej, nagle wyciągnął rękę i zapytał:
— A to co? Zapewne perła pracowni?
Ale Andrzej, jeżeli nie miał nieufności żadnej, to nie był także pozbawiony i przebiegłości; zauważył on taktykę Pawła i odgadł jego zamiary. Dotknięty w swej delikatności, nie chciał nic mówić, z obawy, iż może mylnie przypuszcza, ale miał się na ostrożności.
A zatem w tej samej chwili, gdy Paweł wyciągał rękę, Andrzej jeszcze szybciej od niego wyciągnął swoją i zatrzymał go, mówiąc:
— Jeżeli zakrywam ten obraz, to znaczy, iż niechcę by go kto widział.
— Ach!... przepraszam! rzekł Paweł.
Starał się w żart obrócić tę niedyskrecję; ale w duszy był bardzo urażony tonem artysty, który wydał się mu śmiesznym.
— A!... to tak!... pomyślał; no, to przedłużę moją wizytę i jeżeli nie udało mi się widzieć portretu, to przynajmniej zobaczę oryginał.
Zrobiwszy to szlachetne postanowienie, rzucił się w wielki fotel skórą wybity, umieszczony koło stołu i rozpoczął długie opowiadanie, postanowiwszy nie zwracać uwagi na niespokojność Andrzeja, który co chwila spoglądał na zegarek i był jak na szpilkach.
Mówił i mówił bez końca, tem bardziej ożywiając się, iż prawie tuż pod ręką dostrzegł fotografie, przedstawiającą młodą kobietę.
Korzystając z roztargnienia Andrzeja, wziął ją, popatrzył czas jakiś, potem powiedział:
— A!... śliczna osoba!
Usłyszawszy to, malarz poczerwieniał jak ogień, usta mu drgnęły i z niesłychaną gwałtownością wyrwawszy fotografię z rąk Pawła, włożył ją w książkę.
Nagły ten ruch tak wymownie zdradzał ogromny gniew, że protegowany Mascarota wstał bardzo wzruszony. Najmniej minutę dwaj młodzi ludzie stali naprzeciw siebie w milczeniu, mierząc się wzrokiem jak dwaj śmiertelni nieprzyjaciele.
Zaledwie byli sobie znani; wypadek, który ich zbliżył, miał teraz rozłączyć; a jednak każden z nich przeczuwał niejasno, że będzie mieć na drugiego wpływ decydujący w życiu.
Andrzej, umiejący lepiej panować nad sobą, pierwszy się opamiętał.
— Przepraszam pana, powiedział, sam źle robię, iż kładę na wierzchu przedmioty, które powinny być starannie przechowane.
Paweł uchylił się, jako człowiek przyjmujący to wyjaśnienie; malarz dodał:
— Ufność ta pochodzi ztąd, iż przywykłem przyjmować u siebie tylko przyjaciół. Dziś zdarzył się wyjątek nieprzewidziany...
Ruchem Paweł przerwał artyście:
— Wierz mi pan, powiedział tonem, który chciał uczynić obrażającym, że bez wielkiej konieczności, wiadomej panu, nie ośmielilbym się przychodzić do pana.
To rzekłszy wykręcił się na piętach i wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Eh!... idź do wszystkich djabłów, niedyskretny głupcze, mruknął Andrzej; bo przecież byłbym sam zmuszony wyrzucić cię za drzwi.
Paweł strasznie zagniewany opuścił pracownię.
Przyszedłszy z pięknym projektem upokorzenia swego znajomego, popisywaniem się ze swą podejrzaną pomyślnością, odchodził sam upokorzony.
Porównywając siebie z tym bohaterem woli, tak potężnym, a tak skromnym, czuł się małym, lichym, śmiesznym, prawie wstrętnym. I nienawidził Andrzeja za wszystkie szlachetne przymioty, które musiał mu przyznać; nienawidził śmiertelnie.
— Nic to, powiedział sam do siebie, postawię na swojem; zobaczę tę niewidzialną nieznajoma.
I nie zastanowiwszy się nad nikczemnością swego postępowania poszedł w poprzek ulicy i stanął naprzeciw domu, w którym mieszkał Andrzej.
Drżał od zimna, ale podobne liche charaktery znajdują szczególną przyjemność w takich drobnostkach, nie umiejąc na nic się zdobyć, gdy idzie o rzeczy ważniejsze.
Czekał już przeszło pół godziny, gdy wtem fiakr zatrzymał się przed domem Nr... Dwie kobiety wysiadły z niego; jedna bardzo młoda i dystyngowana; druga ubrana jak służąca porządnego domu.
Nie żenując się wcale, Paweł podszedł bliżej i pomimo gęstego woala z łatwością poznał tę, której widział fotografię przed chwilą.
— E powiedział sam do siebie, wole Różę, a na dowód tego idę prosto do niej. Zapłacimy panią Loupiasi opuścimy nazawsze ten przebrzydły hotel Peruwiański.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.