Niewolnicy paryscy/Część I/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jeżeli znajduje się w Paryżu jaka dzielnica uprzywilejowana, to niezawodnie będzie nią położona między ulica Faubourg-St-Honoré, a Sekwana, poczynająca się na placu Concorde, a kończąca w alei cesarzowej.
W tej błogosławionej części wielkiego miasta, milionerowie wyrastają naturalnie, jak rododendrony pod pewnemi stopniami szerokości.
To też mnóstwo tam jest wspaniałych gmachów z obszernemi ogrodami, zielonemi trawnikami i drzewami, które oswojone prawie ptastwo obsiada.
Ale pomiędzy wszystkiemi temi ślicznemi budowlami nie masz ponętniejszego nad pałac Mussidan.
Zbudowany przy ulicy Matignon, pomiędzy wielkim dziedzińcem, piaskiem wysypanym, a cienistym ogrodem, pałac Mussidan ma powierzchowność bardzo wspaniałą, nie wyłączającą elegancji.
Dokoła okien i wzdłuż gzymsów nie wiele jest tam rzeźby, front nie jest wcale upstrzony. Marmurowe schody z poręczami, osłonięte lekką markizą, wiodą do głównych drzwi.
Przechodząc rano, koło godziny siódmej przed sztachetami, z ruchu służących w dziedzińcu domyślać się już można, że w domu tym wszystko idzie po pańsku i na wielką skalę.
Zataczają do wozowni to świetną karetę pana hrabiego, to faeton, to skromniejsze nieco coupé, którego używa pani hrabina, gdy wyjeżdża do miasta zwiedzać magazyny.
Ten koń rasowy, którego czyszczą tak starannie, to Miretta, ulubiona klacz, na której wyjeżdża niekiedy rano przed śniadaniem panna Sabina.
O kilka kroków od tego pięknego domu, na rogu ulicy Matignon, stręczyciel wraz ze swym godnym przyjacielem kazali zatrzymać swój powóz. Wysiedli, zapłacili stangretowi i poszli dalej ulicą.
Mascarot przybrał najuroczystszą minę. Sądząc z czarnego jego ubioru, białego krawata i okularów, łatwo można było wziąć go za jakiego wyższego urzędnika.
Doktor po drodze opamiętał się i jeżeli był jeszcze mocno blady, to twarz miał już, jak zwykle, uśmiechnięta.
— Urządźmy się więc ostatecznie, rzekł stręczyciel; ty bywasz w domu państwa Mussidan, jesteś prawie ich przyjacielem.
— O!... przyjacielem!... Prosty lekarz, nie mający zaszczytu posiadania przodka z czasów wojen krzyżowych, nie istnieje dla takich Mussidanów.
— Dość, że hrabina zna ciebie i nie przestraszy się, gdy otworzysz usta, nie będzie krzyczeć: ratujcie! Poprowadziwszy dobrze sprawę, możesz nawet wmówić w nią, żeś uratował jej reputację. Ja podejmuję się rozmowy z hrabią.
— Hm! mruknął doktor, nie bardzo ufaj sobie. Ten kochany hrabia strasznie gwałtowny. Jestto człowiek, który przy pierwszym źle dźwięczącym wyrazie gotów wyrzucić cię za okno.
Mascarot zrobił poruszenie wyzywające i odpowiedział:
— Mam sposoby zmatowania go.
— To nic!... zawsze miej się na ostrożności.
Następnie dwaj przyjaciele przeszli się przed pałacem Mussidan i doktor w krótkości objaśnił jego rozkład wewnętrzny; potem poszli dalej.
— Mnie mąż, mówił dalej Mascarot, a tobie Zona. Wymogę na panu Mussidan, że odbierze słowo, dane panu Breulh-Faverlay, ale nie wymówię nawet nazwiska markiza Croisenois. Ty, przeciwnie, odrazu postawisz jego kandydature, a tylko prześliźniesz się przez pana Breulh-Faverlay.
— Bądź spokojny, już sobie wszystko ułożyłem wiem jak mam rzecz poprowadzić!
— Właśnie w tem, mój kochany, zawiera się spryt nasz cały. Markiz najbardziej będzie się niepokoić zdaniem swojej żony. Zona przedewszystkiem zajęta będzie tem co ma jej myśli. Gdy po naszych odwiedzinach spotkają się, to pierwsze z nich, które dotknie kwestji zerwania, zdziwi się niepomału dostrzegłszy, że i drugie ma ten sam cel...
Rezultat taki wydał się doktorowi wielce komicznym; uśmiechnął się.
— A ponieważ będziemy oddziaływać na każde z nich sposobami różnymi, powiedział, to żadne nie będzie miało podejrzeń. Nie ma co mówić, kochany Baptysto!... tyś bardziej pomysłowy, aniżeli przypuszczałem!...
— Dobrze! dobrze! Będziesz mi prawić komplementa, gdy się sprawa powiedzie.
Weszli w ulicę Faubourg Saint-Honoré; po drugiej jej stronie znajdowała się kawiarnia. Mascarot zatrzymał się.
— Ty zajdziesz, rzekł do doktora, do tej kawiarni, a ja tymczasem udam się gdzie wiesz. Powróciwszy dam ci znać. Jeżeli wszystko pójdzie jak przypuszczam. to ja pierwszy przedstawię się hrabiemu; ty, w kwadrans po mnie, każesz się zaanonsować u hrabiny.
Była czwarta godzina, gdy zacni wspólnicy rozstali się, uścisnąwszy sobie ręce.
Doktor Hortebize wszedł do kawiarni.
Mascarot poszedł dalej. Przy ulicy Colysée zatrzymał się przed handlem win, popatrzył do koła, potem wszedł.
Właściciel tego zakładu, znany, a nawet można powiedzieć słynny w całej dzielnicy, nie uznał za stosowne umieszczać swego nazwiska na szyldzie sklepowym. Nazywano go powszechnie ojcem Canon.
Wino, jakie zwykle sprzedaje, nic nie jest warte, sam to wyznaje bez ogródki; ale trzyma w rezerwie dla licznych swych gości, przede wszystkiem sług z domów sąsiednich, pewnego rodzaju Mâcon, który był przyczyną nie jednego wypędzenia ze służby.
Widząc wchodzącą do handlu osobę powierzchowności poważnej, ojciec Canon raczył podnieść się. We Francji, w kraju żartów, poważna mina jest najlepszym paszportem.
— Co pan rozkaże? zapytał.
— Chciałbym, odpowiedział stręczyciel, rozmówić się z panem Florestanem.
— Zapewne od hrabiego Mussidan? Tak jest; umówiliśmy się, że tu się zajdziemy.
— P. Florestan jest właśnie, odpowiedział ojciec Canon, na dole, w sali koncertowej; pójdę po niego...
— O!... niech się pan nie fatyguje, sam zejdę.
I nie czekając na odpowiedź, Mascarot zszedł po schodach do piwnicy, od której drzwi znajdowały się w głębi sklepu.
Schody te nie były ani bardzo brudne ani strome, a przytem miały poręcze.
Mascarot przeszedł ze dwadzieścia stopni i stanął przed drzwiami osłoniętemi materacem. Otworzył je.
I w tej samej chwili, jak gaz bucha przez szparę balonu, tak doleciały jego ucha dźwięki dziwne, przeraźliwe.
Stręczyciel nie wydał się ani zdumionym, ani przerażonym.
Przestąpił jeszcze trzy stopnie, otworzył drugie drzwi, tak samo wymateracowane jak pierwsze, i znalazł się na progu obszernej izby sklepionej, urządzonej jak kawiarnia i oświetlonej gazem. Mnóstwo konsumentów popijało tam sławne wino Mâcon.
Na środku sali dwóch mężczyzn bez zwierzchniej odzieży, dmuchało aż do zaczerwienienia w ogromne trąby.
Tuż koło nich, jakiś mężczyzna, bardzo stary, w wielkich sztylpach skórzanych, dochodzących mu aż do kolan, w pasie skórzanym z herbami i w czerwonej kamizelce, wygwizdywał arję, którą silili się powtarzać grający na trąbach.
Wszystko ucichło, gdy ukazał się Mascarot, który, trzymając kapelusz w ręku, kłaniał się dokoła uprzejmie.
— A!.. wszak to ojciec Mascarot, zawołał młody człowiek z pięknemi faworytami, w krótkich spodniach i pończochach starannie naciągniętych. Chodźże pan; czekałem na niego, czego dowodem jest, żem kazał przygotować mu szklankę.
Mascarot, nie dając się długo prosić, usiadł za stołem, trącił się szklanką, wypił i klasnął językiem na znak zadowolenia.
— A zatem, zaczął znowu młody człowiek, którym był Florestan, ojciec Canon powiedzieć musiał panu, że jestem w sali muzyki. Co?.. prawda jak tu wygodnie!..
— Doskonale.
— Właśnie braliśmy lekcję. Policja, jak pan wiesz, nie pozwala grać na trąbie w Paryżu. Otóż wiesz pan, jak sobie zaradził ojciec Canon? Ulokował nas w tej piwnicy. Tu można dać w trąbę, ile tchu stanie, a zewnątrz nikt nie słyszy. Powietrze wchodzi tymi oto dwoma kominami.
Ponieważ dwaj uczniowie znowu rozpoczęli swą lekcję, Florestan zmuszony był przyłożyć sobie obie ręce do uszu, i mówiąc krzyczeć co miał siły.
— Ten stary, mówił dalej, to były dojeżdżacz księcia Champedoce. O! co to za profesor! Nie ma sobie równego na trąbie! Ja, jak mię pan widzisz, wziąłem dopiero wszystkiego dwadzieścia lekcyj, a już trąbie wcale nie źle. To prawda, że mam, jak się zdaje, usta niezwykle nadające się do tego. Chcesz pan?.. Zatrąbie panu pobudkę, trop na oko, zmianę, doławianie...
Mascarot z trudnością ukrył swe przerażenie.
— Dziękuję, odpowiedział; kiedyś, jak będę miał czas, bardzo będę rad posłuchać; ale dziś spieszno mi cokolwiek i chciałbym rozmówić się.
— Jestem na pańskie usługi! Ale zdaje mi się, iż tu nie będzie nam dogodnie, wyjdźmy; zażądamy osobnego gabinetu.
— Jeżeli osobne gabinety ojca Canon nie są nader pyszne, to za to mają te nieocenioną wartość, iż są dyskretne.
Chociaż rozdzielone cienkiemi przegrodami ze szkła matowego, rzadko gabinety przepuszczają te zwierzenia, jakie w nich się robią, zwierzenia czasami szczególne, których wiecznym przedmiotem są „panowie.“
— O! ciekawych mogłyby nagadać rzeczy te gabinety, gdyby mówić umiały!...
Tak mówił Florestan, siadając naprzeciw Mascarota przy nie wielkim stole, na którym ojciec Canon postawił butelkę i dwie szklanki.
— Niezawodnie! powiedział godny stręczyciel, ale tu nie chodzi o plotki. Kazałem powiedzieć przez Beaumara, że chcę widzieć się z tobą, gdyż jesteś w możności wyświadczenia mi małej przysługi.
— Jestem na rozkazy.
— W takim razie, zacznijmy od ciebie. Jak że ci jest u hrabiego Mussidan?
Obrażająca poufałość jest jednym z charakterystycznych rysów Mascarota. Nie może on przemódz na sobie, by nie mówił do swych klientów „ty.“ Nie wie zapewne, że z pogardy, jaką człowiek okazuje innym, zawsze prawie wnioskować można jakiej pogardy sam jest godzien.
Ale takie „tykanie“ nie obrażało bynajmniej Florestana.
— Bardzo mi źle, odpowiedział, tak źle, iż już prosiłem Beaumara, by mi wyszukał inną kondycję.
— To do nieuwierzenia. Wszystkie wiadomości przekonywają mnie, że służba u hrabiego jest bardzo dobra, i twój poprzednik...
— Dziękuję!... przerwał służący, znacząco skrzywiwszy się, chciałbym widzieć tam pana. Naprzód hrabia jest sknera!...
Wymownym ruchem szanowny stręczyciel zganił tę brzydką wadę.
— Potem, mówił dalej Florenstan, jest podejrzliwy jak kot. Nigdy nic mu z rąk się nie wyśliźnie, ani list, ani luidor, ani nawet cygaro. Połowę życia spędza na odmykaniu i zamykaniu swych zamków, a śpiz kluczami pod poduszką.
— Przyznam się, że taka nieufność jest szczególnie obrażającą.
— Prawda? Dodaj pan do tego, iż jest niesłychanie gwałtowny. Byle co wnet oczy wyłażą ma na łeb. Rzekłbyś, że zaraz zabije, lub bić pocznie. Mnie nabawia on strachem.
Ten portret, po tem co opowiadał doktor, dał Mascarotowi wiele do myślenia.
— Czy hrabia zawsze taki? zapytał.
— W zwykłych dniach taki. Bywa gorzej, gdy wiele grał, albo wiele pił. A Bogu wiadomo czy zaniedbuje tego. Nigdy nie powraca przed czwartą godziną rano... jeżeli powraca.
— Do licha!... takie postępowanie nie bardzo musi podobać się hrabinie.
Florestan wybuchnął śmiechem, uznając to spostrzeżenie za naiwne.
— Pani!... zawołał. Bardzo pana! Czasami nie widują się całe tygodnie. Ta kobieta, byle miała co wydawać — tego dla niej dość. To też trzeba widzieć, jak do nas zbiegną się do wierzyciele!
— Ale hrabia i hrabina są bogaci.
— Niezmiernie bogaci, papo Mascarot, niesłychanie. Co jednak nie przeszkadza temu, by czasami w całym pałacu nie znajdowało się i stu sous. Wtedy pani jest jak tygrysica; posyła pożyczać do wszystkich swych przyjaciół, mniejsza o to ile sto franków, dwadzieścia franków, dziesięć franków... i odmawiają jej.
— To rzecz upokarzająca.
— Mnie to pan mówi Wszakże gdy potrzeba koniecznie wielkiej sumy, pani zgłasza się do księcia Champdoce. O ten nigdy nie powie „nie dam!“ A ona do niego szeroko się nie rozpisuje.
Mascarot raczył uśmiechnąć się.
— Powiedziałby kto, zauważył, iż wiesz co hrabina pisze.
— Ba!... człowiek lubi wiedzieć co odnosi. Hrabina pisze prosto: „Mój przyjacielu, potrzebuję tyle...“ a książę płaci, nie opierając się. Widzi pan, musi tam coś być między nimi.
— Tak się zdaje, według tego co mówisz.
— Spodziewam się!... A co się potem dzieje! Gdy pan i pani znajdą się razem, to zaraz zaczyna się kłótnia... I to jaka kłótnia!... W rzemieślniczej rodzinie, gdy mąż podpije sobie, to wyszturcha żonę, a ta krzyczy. Ale to nic. Potem, idąc spać, pocałują się i koniec wszystkiemu. Tymczasem ci, papo Mascarot, słyszałem jak mówili sobie z najzimniejszą krwią takie rzeczy, których niepodobna przebaczyć!...
Z roztargnionej miny stręczyciela możnaby wnosić, że szczegóły te są mu znane.
— Widzę z tego, powiedział, że w całym domu tylko służba przy pannie Sabinie jest znośną.
— O! ta!... tej nie masz nic do zarzucenia, dobra, nie bardzo wglądająca, grzeczna.
— Więc takim sposobem narzeczony jej, pan Breubl-Faverlay, będzie bardzo szczęśliwym mężem.
— Szczęśliwym... to zależy. Małżeństwo jeszcze nie zawarte. Zresztą...
Florestan zatrzymał się, jak gdyby go nagle skrupuły opanowały.
Powiódł wzrokiem po gabinecie, by się zapewnić, że nikt nie może podsłuchać, i mówił dalej głosem cichym, tajemniczym:
— Zresztą panna Sabina — to panu wyznać mogę — zawsze pozostawiona była samej sobie; jest wolna jak mężczyzna... zresztą, pan mię pojmujesz?...
Nagle Mascarot stał się bardzo uważnym.
— Co!... powiedział, czyżby panna Sabina miała kochanka?
— Ma.
— To być nie może, mój kochany! I nawet pozwól powiedzieć sobie, iż niesłusznie robisz, powtarzając złośliwe przypuszczenia.
Prosta ta uwaga zdawało się, że obraziła dyskretnego sługę.
— Przypuszczenia! zawołał. Nigdy!... Co wiem to wiem. Jeżeli mówię o kochanku, to dlatego, żem go widział na własne oczy nie raz, ale dwa razy.
Ze sposobu w jaki zacny stręczyciel począł dręczyć swe okulary, Beaumarchef domyślałby się, że był w najwyższym stopniu zaintrygowany.
— Czy tak? zawołał; opowiedz mi to.
— Dobrze!... Pierwszy raz, było to w kościele; pewnego poranku panna sama poszła na nabożeństwo. Wtem począł padać deszcz i Modesta, służąca panny, prosi mię bym zaniósł parasol. Dobrze — idę. Wszedłszy do kościoła — co widzę? Panna stoi koło kropielnicy i rozmawia z młodym mężczyzną. Naturalnie, że nie pokazuję się — uważam.
— I to ty nazywasz pewnością?
— Rozumie się, i pan nie wątpiłbyś także, gdybyś widział jakiemi oczami patrzyli na siebie.
— Jakże wygląda ten młody człowiek?
— Bardzo dobrze; jest prawie mego wzrostu, starannie ubrany, mina swobodna i nawet cokolwiek niepospolita.
— No, a drugi raz?
— O! to cała historja. Drugi raz kazano mi towarzyszyć pannie do jednej z jej przyjaciółek, mieszkającej przy ulicy Marboouf. Bardzo dobrze. W tem, na rogu alei panna każę mi przybliżyć się. Podchodzę, a panna mówi: „Zapomniałamoddać ten list na pocztę, weź i wrzuć go do skrzynki; zaczekam tu na ciebie.“
— I przeczytałeś ten list?
— Ja? nigdy! Powiedziałem sobie: „Mój kochany, chcą byś się oddalił... coś musi w tem być; zostańmy.“ I rzeczywiście, zamiast biec do skrzynki, ukrywam się za drzewami i czekam. Zaledwie znikłem, aż tu widzę, podchodzi... kto? mój młody-człowiek z kościoła. Ale tak zmieniony, iż zaledwie zdołałem go poznać... Ubrany był jak rzemieślnik, w płóciennych spodniach i bluzie, zawalanej gipsem. Rozmawiali z sobą z dziesięć minut. Panna wręczyła mu coś, co mi się zdawało podobnem do fotografii. Ot co jest!...
Butelka wina Macon była wypróżniona. Florestan chciał kazać podać drugą, ale Mascarot zatrzymał go.
— Nie, nie, powiedział, czas uchodzi, a muszę ci powiedzieć, jakiej przysługi żądam od ciebie. Czy hrabia Mussidan jest teraz u siebie?
— Nie mów mi pan o nim!.. już od dwóch dni nie wychodzi; stłukł się odrobinę idąc po schodach.
— Otóż, mój kochany, ja muszę koniecznie widzieć się z twoim panem. Jeżeli każę mu wręczyć mój bilet wizytowy, to mię nie przyjmie; liczę więc na ciebie, że mnie wprowadzisz do niego.
Florestan przez minutę nic nie odpowiadał.
— To rzecz drażliwa, rzekł w końcu. Hrabia nie lubi wizyt improwizowanych, i gotów wyrzucić mię za drzwi. Ale, zresztą, ponieważ zamierzam porzucić go, więc zaryzykuję.
Mascarot już wstał.
— Nie możemy przychodzić razem, powiedział. Idź; ja się tu rozpłacę, a za pięć minut przybędę. Przede wszystkiem nie miej takiej miny, jak gdybyś mię znał.
— Bądź pan spokojny!. Ale... pan mi wyszukasz dobre miejsce?..
Jak było umówiono, zacny stręczyciel rozpłacił się, a potem poszedł do kawiarni uprzedzić doktora Hortebize.
W kilka chwil potem, Florestan, najczystszym swym głosem anonsował hrabiemu:
— Pan Mascarot!