Niewolnicy paryscy/Część I/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Zakład pana Mascarota, potężnego przyjaciela ojca Tantaine, znajduje się przy ulicy Montorgueil, o kilka kroków od pasażu Reine-de-Hongrie.
P. Mascarot jest dyrektorem bióra stręczeń oficjalistów i sług obojej płci.
Dwie wielkie tablice, przybite po obu stronach drzwi, oznajmiają interesowanym i przechodzącym, że ajencja ta założona została w roku 1844 i dotąd zarządzana jest przez założyciela.
Zapewne długiej praktyce w profesji, zwykle niewdzięcznej, p. Mascarot zawdzięcza wielką reputację i poważanie, jakiemi cieszy się nie tylko W swojej dzielnicy, ale w całym Paryżu.
Mówią, że panowie nigdy nie uskarżają się na sługi, których zaleci.
Słudzy przekonani są, że miejsca dane przez p. Mascarot, obfitują we wszystkie rozkosze.
Nakoniec oficjaliści bardzo dobrze wiedzą, iż dzięki swym znajomościom i ogromnym stosunkom p. Mascarot zawsze ma dobrą posadę dla każdego, kto mu się podoba.
Pan Mascarot ma wspólnika, niejakiego Beaumarchef. W tym samym domu, gdzie znajduje się ajencja, urządził on hotel, w którym słudzy bez miejsca mają pomieszczenie i stół na kredyt.
P. Mascarot jest współwłaścicielem — podobno w czwartej części — domu w którym mieszka.
Otóż przed tym domem o południu jak, było umówiono, zatrzymał się Paweł Violaine.
Dzięki pożyczce otrzymanej od ojca Tantaine, kupił on już sobie całe gotowe ubranie, dość gustowne. Tak mu nawet było w niem dobrze, iż przechodzące kobiety oglądały się na niego.
Ale on nie zwracał na to uwagi. Od wczorajszego dnia ciągle rozmyślał i teraz począł już powątpiewać o potędze nieznajomego, który, według zdania ojca Tantaine, mógł uszczęśliwić każdego, byle tylko zechciał.
— Stręczyciel! mruknął, pewno zaproponuje mi jaką posadę za sto franków miesięcznie!
Był jednak nieco wzruszony i nim wszedł począł rozglądać dom, jak gdyby tym sposobem mógł dowiedzieć się czegoś o tym kto w nim mieszka.
Ale dom ten podobny był do wszystkich innych domów; miał dwa skrzydła rozdzielone podwórzem źle utrzymywanem; w środkowym zaś korpusie znajdowało się bióro stręczeń i hotel.
Pod bramą mieścił się przekupień z kasztanami; młody jakiś nicpoń o zuchwałej minie.
— Ha! powiedział do siebie Paweł, jak tu będę stać, to niczego się nie dowiem; wejdźmy.
Śmiałoprzeszedł podwórze, wstąpił na schody i ujrzawszy na pierwszem piętrze drzwi z napisem „Bióro,“ zapukał.
— Proszę!... odezwał się gruby głos.
Drzwi nie były zamknięte, Paweł otworzył je.
Pokój, do którego wszedł, podobny był do wszystkich paryskich biór stręczeń.
Pod ścianami stały szerokie dębowe poczerniałe ławki; w głębi znajdowała się loża zakratowana i zasłonięta zieloną firanką; klienci nazywali ją konfesjonałem.
Między dwoma oknami na cynkowej blasze był napis:
W jednym kącie tego pokoju siedział jakiś jegomość za wielkim stołem i pisząc coś w wielkiej księdze, słuchał zarazem kobiety stojącej przed nim.
— Pan Mascarot? zapytał Paweł trwożliwie.
— Co pan sobie życzysz? zapytał jegomość, nie ukłoniwszy się; jeżeli jest jaki interes, to mogę go zastąpić. Czy chcesz pan zapisać się? mamy w tej chwili posady dla trzech buchhalterów, kasjera, korespondenta, sześć posad oficjalistów w mieście. Pan zapewne masz dobre rekomendacje...
— Przepraszam, przerwał Paweł, chciałem osobiście rozmówić się z panem Mascarot; przysłany jestem przez jednego z jego przyjaciół.
To oświadczenie zdawało się, że wywarło pewne wrażenie na jegomości. Zmienił ton i prawie grzecznie powiedział:
— Mój wspólnik jest na konferencji, ale wkrótce będzie wolny; chciej pan usiąść.
Paweł usiadł na ławce i nie mając nic lepszego do roboty, począł przypatrywać się wspólnikowi.
Słuszny, barczysty, zdrowiem promieniejący, wspólnik ten, nosi włosy krótko ostrzyżone, a pod nosem, impertynencko do góry zadartym, potężne wąsiska, długie, wyczernione i ostro zakończone.
Ton, postawa, włosy i wąsy zdradzają człowieka, który chce by każdy wiedział o tem, że służył w wojsku.
I rzeczywiście zapewnia, że służył w kawalerji. W pułku to nawet nazwano go Beaumarchef, co było żołnierskiem skróceniem wyrazów: beau maréchal de-logis-chef. Właściwe zaś jego nazwisko jest Durand.
Teraz ma już czterdzieści pięć lat, co jednak nie przeszkadza mu dotąd uchodzić za bardzo przystojnego mężczyznę.
Praca jego, polegająca na zapisywaniu nazwisk kolejno, nie przeszkadzała mu dawać odpowiedzi kobiecie, stojącej przed nim.
Klientka ta, która, z ubrania wnosząc, trzymała środek między kucharką a przekupką, była z rodzaju tych, których w Paryżu nazywają tęgiemi kumoszkami.
Po każdym frazesie zażywała tabakę. Wyrażała się akcentem alzackim.
— Skończmy już raz, mówił Beaumarchef, czy na prawdę chcesz pani miejsca?
— Naprawdę!
— Tak samo mówiłaś pani ostatnim razem, przed sześcią miesiącami. Znaleźliśmy dobrą kondycję, weszłaś pani, a we trzy dni, paf! oddalasz się.
— Wtedy nie bardzo potrzebowałam służby.
— A teraz?
— Teraz, to co innego. Oszczędności moje wyczerpują się.
Beaumarchef położył pióro i spojrzał na kobietę, jakby chciał sprawdzić swe podejrzenia, potem powiedział powoli:
— Pewno zrobiłaś pani jakie głupstwo.
Kobieta odwróciła głowę i nie odpowiadając wprost, poczęła narzekać na ciężkie czasy, na sknerstwo panów, na wtrącanie się do wszystkiego młodych gospodyń, które chętnie same chodzą z koszykami do miasta.
Beaumarchef potakiwał głową, tak samo, jak przed kwadransem potakiwał jednej pani, uskarżającej się na służących. Jego stanowisko, jako pośrednika, wymaga tej dyplomacji.
Wreszcie kobieta skończyła. Wyjęła z portmonety dobrze zaopatrzonej kwotę wpisową, położyła ją na stole i rzekła:
— No, kochany panie Beaumor, zapisz pan moje nazwisko Karolina Schimel i znajdź mi dobre miejsce. Tylko do kuchni, rozumiesz pan? I żebym sama chodziła do miasta. Nie lubię gdy mi się wtrąca pani domu.
— Dobrze, poszukamy.
— Ach! gdybyś mi pan znalazł jakiego wdowca, albo jaką młodziutką żonę starego męża.... Zresztą, zrób pan tak, jakby dla siebie; zajdę tu pojutrze.
I zażywszy tabaki, odeszła.
Paweł, słuchając tego, był zmieszany i nadzwyczaj upokorzony. Dzięki ojcu Tantaine znalazł się on w takiem miejscu i w takiem towarzystwie. I jeszcze musiał czekać!...
Już szukał pretekstu by wynieść się i nigdy nie powrócić, gdy drzwi w głębi otworzyły się i weszło dwóch mężczyzn, którzy rozstając się kończyli rozmowę.
Jeden z nich młody, elegancko ubrany, miał minę zadowoloną i swobodną, przez niektórych poczytywaną za oznakę najlepszego tonu. Kilka zagranicznych orderów zdobiło mu piersi.
Drugi z powierzchowności podobny był do adwokata małomiasteczkowego. Ubrany był w ciepły kaftanik merynosowy, futrzane buty, na głowie zaś miał aksamitną czapeczkę, wyszywaną niezawodnie bardzo drogą ręką. Broda jego, starannie podstrzyżona, opierała się na biały krawat, a z przyczyny słabego wzroku miał okulary z szafirowemi szkłami.
— A więc, kochany panie, rzekł młody człowiek, mogę liczyć na pana, czy tak? Własny mój interes odpowiada za mnie. Nie zapominaj pan jak wytężona jest sytuacja.
— Już mówiłem panu markizowi, odrzekł, meżczyzna w białym krawacie, że gdyby to było w mojej wyłącznie mocy, to powiedziałbym tak; ale muszę zaradzić się wspólników.
— W każdym razie, kochany panie, dodał elegant, liczę na pana.
— Paweł widząc tak udekorowanego pana, pogodził się z ajencją. Ten drugi, pomyślał, twarzy tak miłej i powierzchowności zdradzającej prawnika, musi być pan Mascarot.
Markiz wyszedł. Paweł chciał już przedstawić się, gdy wyprzedził go Beaumarchef, stając przed mężczyzną w białym krawacie.
— Niech pan zgadnie, rzekł z szacunkiem, kogo tylko com widział?
— Kogo? mów.
— Karolinę Schimel, tę, pan wiesz...
— Byłą służącą u księżnej Champdoce?
— Tę samą.
Pan Mascarot, krzyknął radośnie.
— To prawdziwe szczęście! zawołał. Gdzież ona mieszka?
To zapytanie, tak naturalne, zmieszało Beaumarchefa. On, który zawsze — tak jest, zawsze, gdyż takie było rozporządzenie — żąda adresu klientów, na ten raz nie zapytał Karoliny Schimel, gdzie mieszka.
— Dowiedziawszy się o tem zaniedbaniu p. Mascarot, podskoczył na krześle; zapomniał się nawet do tego stopnia, i zaklął jak furman.
— Sacrebleu! krzyknął, czy też można być do takiego stopnia ciemięgą i głupcem. Kobieta, której szukam od pięciu miesięcy po całym Paryżu, jak sam wiesz!.. Przypadek oddaje ją nam w nasze ręce, a ty ją puszczasz!
— Wróci ona, panie, mówiła, że wróci, nie zechce stracić wpisanego.
— Eh! bardzo ona tam dba o dziesięć sous, lub dziesięć franków. Wróci, jeżeli przyjdzie jej taka fantazja; a jeżeli nie?.. Kobieta, która upija się i jest na pół szalona.
Ale Beaumarchef nagle powziął nadzieję. Pochwycił kapelusz, mówiąc:
— Tylko co wyszła, pobiegnę za nią; jeszcze dopędzę.
Już chciał iść; Mascarot zatrzymał go.
— Zaczekaj, powiedział; nie takiego trzeba tu wyżła. Weź z sobą Tota; niech porzuci kasztany. A gdy dopędzicie tę babę, nie mówić jej nic, ale niech Toto idzie za nią i nie spuszcza z oczu. Chcę wiedzieć, co robi każdej godziny... każdej!... rozumiesz?...
Gdy Beaumarchef wyszedł, Mascarot puścił wodze swemu gniewowi.
— Być tak obsługiwanym, mówił, cóż to za nędza! Ach! wszystko sam powinien bym robić. Ślęczę nad zagadką niewyjaśnioną, a ta pijaczka zna niezawodnie jej słowo!..
Widocznem było dla Pawła, że nie został dostrzeżony. Wstydząc się mimowolnej swej niedyskrecji, postanowił kaszlnąć.
Mascarot odwrócił się — groźny, straszny.
— Przepraszam pana... zaczął Paweł.
Ale już stręczyciel przybrał swoją zwykłą uprzejmą i uczciwą fizjonomię.
— A! pan Paweł Violaine! zawołał, czy tak?
Młody człowiek skłonił się.
— Bardzo dobrze, rzekł Mascarot, za minutę będę służyć panu.
I szybko wyszedł przez drzwi środkowe. Paweł zaledwie miał czas opamiętać się, gdy usłyszał jak go wołano:
— Panie Pawle!... tędy! wejdź pan! przed panem nie mam żadnych tajemnic!
W porównaniu z pierwszym pokojem, czyli z właściwą ajencją, gabinet p. Mascarot był miejscem rozkosznem.
Szyby w oknach były czyste, obicie nie poplamione, na ziemi rozesłany był dywan.
Ale ilu też klientów, najlepszych nawet, może poszczycić się tem, iż przestąpili próg tego przybytku? Bardzo i bardzo nie wielu.
Bieżące codzienne interesa załatwiają się publicznie przy stole p. Beaumarchef. Sprawy wymagające większej ostrożności, traktują się po cichu, wśród zmroku panującego w konfesjonale.“
Ale Paweł, nieznając zwyczajów miejscowych, nie był w stanie należycie ocenić niezmiernego faworu, że był, on, nowo przybyły, dopuszczony do wnętrza laboratorjum.
Gdy wszedł, p. Mascarot wygrzewał się przed dobrym ogniem na kominku, siedząc w wygodnym fotelu z łokciem wspartym na biórku.
A jakie to było biórko! Świat cały. Byłto widocznie sprzęt człowieka mającego tysiące najrozmaitszych zajęć.
Księgi i rejestra leżały tam stosami. Mnóstwo było tabliczek z bardzo grubego kartonu z nazwiskami wypisanemi wielkiemi literami, pod któremi znajdowały się notaty, dodane pismem drobnem i prawie nieczytelnem.
Z ojcowskim ruchem p. Mascarot raczył wskazać Pawłowi krzesło naprzeciw siebie i głosem niezmiernie ujmującym powiedział:
— Pomówmy.
Trudno było mieć powierzchowność bardziej patrjarchalną jak p. Mascarot.
Rysy jego, łagodne, spokojne, zwierciadło czystego sumienia, były z rodzaju właściwych ludziom, o których mówi się: „Takiemu człowiekowi chciałbym powierzyć całe moje mienie.“
Wpatrując się w niego Paweł doznał wrażenia wywieranego przez zacność i uczuł się w takim do stręczyciela stosunku jak słabość do siły.
Teraz wytłumaczył sobie entuzjazm ojca Tantaine i błogosławił wypadek, który przed chwilą przeszkodził mu do ucieczki.
— Więc rzeczy tak stoją, zaczął p. Mascarot, że obecne zasoby pana nie są wystarczające, nawet żadne, i że pan zdecydowany jesteś zrobić wszystko dla utworzenia sobie stanowiska. Powtarzam tu własne wyrazy tego biedaka Tantaine.
— Był on, panie, wiernym tłumaczem moich uczuć.
— Bardzo dobrze. Tylko nim zaczniemy mówić o teraźniejszości i myśleć o przyszłości, zajmijmy się, jeżeli pan pozwoli, przeszłością.
Paweł drgnął lekko, ale widać że stręczyciel zauważył to, gdyż dodał:
— Przebacz mi pan niedyskrecję, ale jest ona niezbędną. Muszę zabezpieczyć moją odpowiedzialność. Tantaine mówi, że pan jesteś bardzo miły młody człowiek, porządny, dobrze wychowany. Patrząc na pana, przypuszczam, iż nie jest w błędzie. Ale potrzeba mi więcej aniżeli przypuszczenia. Pojmiesz pan, że pierwej nim wystąpię jako jego przyjaciel, nim wezmę na siebie odpowiedzialność za niego przed trzeciemi osobami...
— To bardzo słuszna, przerwał Paweł, dla tego też gotów jestem odpowiadać panu; nie mam nic do ukrywania.
Lekki uśmiech, którego Paweł nie dostrzegł, zaigrał na ustach zacnego stręczyciela, który właściwym sobie ruchem poprawił okulary.
— Dziękuję panu za jego dobre usposobienie, powiedział. Co zaś do ukrywania czegokolwiek przede mną... eh! eh!... nie tak to łatwo jak może pan sądzisz...
Wziął z biórka jedną paczkę tabliczek, rozsunął je w ręku jak karty i mówił dalej:
— Nazywasz się pan Marjan Paweł Violaine?
Paweł skinął głową.
— Urodziłeś się pan w Poitiers, przy ulicy Vignes, 5. stycznia 1843 roku; masz zatem teraz rok dwudziesty czwarty.
— Tak jest, panie.
— Pan jesteś dziecięciem naturalnem?
Poprzednie pytania zdziwiły nieco Pawła, ostatnie zaś zdumiało go.
— Tak jest, panie, odpowiedział, nie starając się nawet ukrywać swego zdumienia. Nie przypuszczałem by p. Tantaine był tak dobrze poinformowany. Przekonywam się, że ściana między naszemi stancjami jest cieńsza aniżeli sądziłem.
P. Mascarot zdawał się nie słyszeć przycinka, zrobionego staremu pisarzowi od komornika. Mówił dalej, przerzucając tabliczki i radząc się ich.
Gdyby Paweł był mniej naiwny i nachylił się nieco, toby dostrzegł na każdej tabliczce litery P. V., początkowe swego imienia i nazwiska.
— Matka pana, mówił dalej p. Mascorot, w ostatnich piętnastu latach swego życia, utrzymywała niewielki sklep drobiazgów.
— Tak jest.
— Ile taki sklepik może dawać dochodu w Poitiers? Niewiele, prawda? Na szczęście, miała ona, oprócz tego roczną zapomogę wynoszącą tysiąc franków; tym sposobem sama mogła utrzymać się i dać panu edukację.
Teraz Paweł porwał się z krzesła.
Pewnym był, że tej tajemnicy stary lokator z hotelu peruwiańskiego nie mógł u niego podsłuchać.
— Panie, wybełkotał, zupełnie zbity z tropu, panie!... kto panu mógł wyjawić fakt, o którym nie mówiłem nikomu od czasu jak jestem w Paryżu, o którym nawet Róża nie wie?
Streczyciel ruszył ramionami.
— Pojmujesz pan, powiedział, że człowiek będący w takiem jak ja położeniu musi mieć szczególne środki wywiadywania się. Eh! gdyby było inaczej, czyż nie byłbym codziennie oszukiwany, i co za tem idzie, musiałbym sam oszukiwać innych.
Upłynęło nie więcej jak godzina od czasu jak Paweł przestąpił próg ajencji, ale wiedział już co należy trzymać o owych „szczególnych środkach.“
Przypomniał sobie rozkaz dany p. Beaumarchef.
— Zresztą, mówił dalej stręczyciel, jeżeli jestem ciekawy z profesji, to zarazem jestem i dyskretny. Nie obawiaj się pan zatem odpowiadać mi szczerze. Jakim sposobem pensja ta dochodziła do matki pańskiej?
— Co trzy miesiące, za pośrednictwem jednego paryskiego notarjusza.
— A!... Czy znasz pan osobę, która ją wypłacała?
— Wcale nie.
Ale Pawła poczęło już niepokoić to badanie. Tysiące nieokreślonych domysłów przebudziło się w nim.
Napróżno szukał — nie upatrywał, ani celu, ani doniosłości, ani pożytku tych pytań.
A przytem wyjaśnienie, jakiego mu udzielano, wydawało się niejasnem. Niech kto jakie chce ma potężne środki, zawsze jednak w ciągu jednego poranku nie zbierze tylu szczegółowych faktów o życiu jednego człowieka.
Nic wszakże w zachowaniu się stręczyciela nie usprawiedliwiało obaw młodego człowieka.
Zdawał się on wypytywać go tylko ze zwyczaju, z obojętnością człowieka spełniającego formalności, właściwe swemu powołaniu, nie poczuwając się bynajmniej do popełnienia strasznej niedyskrecji.
Dopiero po długiem milczeniu zaczął znowu:
— Zastanawiam się właśnie nad tem i widzę, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, zapomogę tę płacił ojciec pana.
— Nie, panie, nie!
— Cóżpana o tem przekonywa?
— Matka moja przysięgła mi na swe zbawienie, że tak nie jest; a była to kobieta święta. Biedna matka!.. zanadto kochałem ją i szanowałem, bym miał wypytywać o podobne rzeczy. Raz wszakże, powodowany jakąś nikczemną ciekawością, ośmieliłem się prosić jej, by mi wyjawiła nazwisko naszego protektora. Łzy jej dały mi okropnie uczuć, jak haniebnie postąpiłem sobie. Nazwiska tego nigdy nie znałem, ale wiem, że ojciec mój umarł przed mojem urodzeniem.
P. Mascarot nie chciał zauważyć wzruszenia swego klienta.
— Zapomoga ta, mówił dalej, przestała być nam wypłacaną po śmierci matki?
— Nie była nam płaconą od czasu, jak doszedłem do pełnoletności. Matka moja zawczasu była uprzedzona o tem. Zdaje mi się, jak gdyby wczoraj opowiadała mi o tem. Było to wieczorem w rocznicę moich urodzin; przygotowała obiad lepszy niż zwykle. Bo uroczyście obchodziła ten dzień, zamiast go przeklinać. Biedna matka!.. „Pawle, powiedziała, gdyś się urodził, jeden przyjaciel wspaniałomyślny przyrzekł, iż dopomoże mi wychować ciebie. Dotrzymał słowa; masz dwadzieścia jeden lat dziś już nic od niego spodziewać się nie możemy. Jesteś mężczyzną, mój synu; więc powinieneś liczyć i ja powinnam tylko na ciebie. Pracuj, bądź uczciwy, a jeżeli życie twe wyda ci się za ciężkie, to przypomnij sobie, iż twe urodzenie wkłada na ciebie podwójne obowiązki!..“
Tu Paweł zatrzymał się. Wzruszenie go opanowało i dwie wielkie łzy stoczyły się po policzkach.
— W ośmnaście miesięcy potem matka moja umarła nagle i bezprzytomnie. Od owego czasu pozostałem na świecie sam, bez rodziny, bez przyjaciół. O! strasznie sam byłem. Mogłem umrzeć, a nikt nie poszedłby za moją trumną; mogłem zniknąć, a niktby się tem nie zaniepokoił, bo nikt nie wie że istnieję.
Wyraz twarzy Mascrota spoważniał.
— Otóż sądzę, że pan mylisz się, panie Violaine, sądzę, że masz pan przyjaciela.
Wstał, jakby chciał ukryć wzruszenie, nad którem nie mógł zapanować i począł chodzić po gabinecie, mnąc piękną swą aksamitną czapeczkę, co było oznaką głębokich rozmyślań.
Dopiero po odbyciu przez dość długi czas tych ćwiczeń, powziąwszy nareszcie postanowienie, nagle zatrzymał się z założonemi rękami przed swym młodym klientem.
— Nie będę, mój młody przyjacielu, powiedział, nie będę dalej ciągnął moich wybadywań, które cię ranią...
— Sądziłem, odrzekł Paweł dyplomatycznie, że tylko mój własny interes dyktował panu te pytania.
— Tak jest. Chciałem pan doświadczyć, przekonać się o jego szczerości; to panu wyznać mogę. Dla czego? dowiesz się wkrótce. W tej chwili, bądź pan pewnym, iż wiem wszystko, co go dotyczy. A chcesz pan wiedzieć, jakim sposobem dowiedziałem się? Pozwól, że mu tego nie powiem. Przypuść cudowną interwencję wypadku. Wypadek! zwykle wszystko na niego się składa.
Dotąd Paweł był tylko mocno zaintrygowany. Ostatnie dwuznaczne słowa przeraziły go na prawdę, co zaraz zdradziła jego ruchliwa fizjonomia.
— Masz tobie zawołał zacny stręczyciel, podnosząc okulary, przez które widział wszystko doskonale, teraz pan się przestraszasz.
— To prawda, panie, wybełkotał Paweł.
— Z jakiego powodu? Doprawdy, że na próżno zapytuję sam siebie, czego może obawiać się człowiek w pańskiem położeniu. No! przestań pan sobie łamać głowę; nic nie odgadniesz lepiej spuść się na mnie, który pragnę pańskiego dobra.
Mascarot wymówił poprzednie wyrazy tonem najłagodniejszym i przekonywającym; a potem usiadłszy znów na fotelu mówił dalej:
— Wracajmy do pana. Dzięki poświęceniu matki, która, jak pan słusznie powiedziałeś, była godną i świętą kobietą, dzięki jej bohaterskim prawdziwie wysileniom mogłeś skończyć nauki w liceum w Poitiers, ni mniej ni więcej tylko jak dziecię dostatniej rodziny. W ośmnastym roku otrzymałeś stopień naukowy. Następnie przez cały rok, pod pozorem oczekiwania na natchnienie z nieba, próżnowałeś; potem, zrozpaczony, wszedłeś jako pisarz do adwokata?
— To jest najzupełniejsza prawda.
— Marzeniem matki pańskiej było, byś znalazł sobie posadę gdzie w okolicy, w Loudun na przykład, lub w Civray. Może liczyła na to, iż dopomoże ci w tem dawny jej szlachetny przyjaciel.
— Zawsze tak myślałem.
— Ale, na nieszczęście, papier stemplowy nie podobał się panu.
Przy tem napomknieniu Paweł nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu, co nie spodobało się Mascarotowi, gdyż dodał z pewną surowością:
— Powiedziałem na nieszczęście, a pan zawiele wycierpiałeś, by także nie podzielać tego mojego zdania. Zamiast siedzieć w biórze, coś pan robił? Zajmowałeś się muzyką, komponowałeś śpiewki, a nawet opery; niedalekim byłeś od tego, by się poczytać za geniusza pierwszorzędnego.
Paweł, który dotąd znosił wszystko, nie bardzo oburzając się, ugodzony w same serce tym przycinkiem, starał się protestować, ale napróżno.
— Jednem słowem, mówił dalej stręczyciel, pewnego pięknego dnia porzuciłeś pan bióro, i oświadczyłeś matce, iż mając nadzieję zostania wielkim kompozytorem, chcesz dawać lekcje fortepianu. Nie znalazłeś lekcyj, ale byłeś tyle naiwny, żeś ich szukał. Zrób mi pan tę przyjemność i spojrzyj sam na siebie, a potem powiedz mi, czy z taką twarzą i postawą nadajesz się na nauczyciela panien?
Zapewne z obawy, by go pamięć nie zdradziła, p. Mascarot zatrzymał się i począł przeglądać swe tabliczki.
— Skończmy to, powiedział po chwili. Wyjazd pana z Poitiers był jego ostatniem i największem szaleństwem. Zaraz na drugi dzień po śmierci matki spieniężyłeś pan wszystko co ona posiadała, zebrałeś trzy tysiące franków i śmiało wsiadłeś do wagonu kolei żelaznej.
— Wtedy, panie, miałem nadzieję...
— Co? Dojechać do fortuny koleją sławy. Szalony! Corocznie tysiąc biednych chłopaków, upojonych pochwałami w swej podprefekturze, przybywa do Paryża, rozgorączkowanych taką samą nadzieją. A wiesz pan co się z nimi dzieje? Po upływie dziesięciu lat, najwięcej dziesięciu z nich mniej więcej utoruje sobie drogę, pięciuset umiera z nędzy, wściekłości, głodu; reszta zaciąga się do szeregów ludzi nie mających żadnego stanowiska.
Wszystko to Paweł mówił już nieraz samemu sobie; wymierzył on już, ile to potrzeba energii, ażeby każdego poranku, przebudziwszy się, chcieć tego samego, czego chciało się wczoraj i to przez długie lata. Nie wiedząc co odpowiedzieć, pochylił głowę.
— Gdybyś jeszcze, mówił dalej Mascarot, gdybyś był sam! Ale nie. Zakochałeś się w Poitiers w młodej robotnicy, niejakiej Róży Pigoreau i nie znalazłeś nic mądrzejszego nad uwiezienie jej.
— O! panie!... gdybym wytłumaczył...
— To rzecz zbyteczna. Rezultaty są widoczne. W sześć miesięcy trzy tysiące franków ulotniło się; potem nastąpił niedostatek, potem bieda, potem głód... ostatecznie w hotelu peruwiańskim zamyślałeś pan już o samobójstwie, gdy spotkał go stary Tantaine.
Ciężko było słuchać tych prawd i Paweł miał wielką bardzo ochotę rozgniewania się; ale w takim razie trzeba było pożegnać się nazawsze z protekcją potężnego stręczyciela. Powstrzymał się więc.
— Niech i tak będzie, odpowiedział z goryczą, byłem szalony, nędza nauczyła mię rozumu. Jeżeli jestem tu, to znaczy, żem zrzekł się wszelkich złudzeń.
— Czy zrzekniesz się i panny Pigoreau?
Usłyszawszy to, młody człowiek pobladł od gniewu.
— Kocham Różę, odpowiedział sucho, sądzę żem już to powiedział panu. Zaufała mi, mężnie znosi wraz ze mną ciężką moją dolę, jestem pewny jej przywiązania!... Róża, panie, będzie moją żoną!...
P. Mascarot powoli zdjął swoją aksamitną czapeczkę i tonem najpoważniejszym, bez najmniejszego cienia ironji skłonił się bardzo nisko, mówiąc:
— Przepraszam!...
Ale niebyło jego zamiarem rozszerzać się nad tym przedmiotem.
— I tak, powiedział, bilans pana jest ułożony. Potrzeba panu jakiejkolwiek posady i to prędko. Co pan umie? Niewiele, prawda? Jesteś pan jak wszyscy młodzi ludzie wychowani w liceum: zdolni do wszystkiego, a nie przydatni do niczego. Gdybym miał syna, to ten, choćbym przy tem miał sto tysięcy liwrów dochodu, musiałby uczyć się rzemiosła.
Paweł gryzł sobie usta, zanadto dobrze uznając trafność tego zdania. Czyż sam wczoraj jeszcze nie zazdrościł losu tych, którzy rękami mogą zarobić na życie?
— A jednak, mówił dalej stręczyciel, muszę panu dopomódz. Jesteś pan moim przyjacielem, a przyjaciele moi nie zatrzymują się na pół drogi. No, powiedz mi pan, co powiedziałbyś o stanowisku, zapewniającem mu ze dwanaście tysięcy franków rocznie?
Suma ta, w porównaniu z najśmielszemi marzeniami Pawła, była jeszcze tak bajeczną, iż młody człowiek myślał, że stręczyciel robi sobie igraszkę z jego niedoświadczenia.
— Nie bardzo to wspaniałomyślnie, odpowiedział, drwić sobie tak ze mnie.
Ale p. Mascarot nie drwił.
Pomimo to dobry kwadrans musiał dowodzić swemu klientowi, iż nigdy w życiu nie mówił poważniej o rzeczy poważnej.
Bardzo być może, iż na nic nie zdałaby się jego wymowa, gdyby w końcu nie przyszło mu na myśl powiedzieć:
— Czy chcesz pan dowodów, by mi uwierzyć? Chcesz bym ci wypłacił z góry za pierwszy miesiąc?
I podał bilet tysiąc frankowy, który wyjął z jednej szuflady biórka.
Paweł odrzucił zrazu bilet, ale w końcu uległ wobec tak potężnego argumentu. Wtedy okropnie zaniepokojony, zapytał czy tę wspaniałą posadę, tak niespodziewaną, będzie w stanie zajmować jak należy.
— Eh! czyżbym proponował ją panu gdyby była nad jego siły? odpowiedział zacny stręczyciel. Wszak znam pana, prawda? Gdyby nie było mi śpieszno, zaraz wyjaśniłbym panu naturę jego funkcji... Ale odłóżmy to do jutra. Bądź pan tu, tak jak dziś, między dwunastą a pierwszą.
Chociaż bardzo zaciekawiony, zrozumiał jednak Paweł, iż nie powinien być natrętnym i wstał.
— Słowo jeszcze, rzekł stręczyciel. Nie możesz pan pozostawać w hotelu peruwiańskim. Poszukaj sobie zaraz lokalu w tej tu dzielnicy, a gdy go znajdziesz, daj mi adres. A teraz, do jutra bądźmy silni; umiejmy znosić nasze powodzenie.
Jeszcze z minutę Mascarot stał przed swem biórkiem, nadstawiając ucha i przysłuchując się chwiejnym krokom Pawła, który odchodził przytłoczony ciężarem najrozmaitszych wrażeń.
Gdy się zapewnił, że młody człowiek opuścił już ajencję, podbiegł do szklannych drzwi wiodących do drugiego pokoju, otworzył je, i zawołał:
— Hortebize!.. doktorze!.. możesz wejść, już się oddalił.
Natychmiast wszedł inny mężczyzna i usiadł na fotelu przed ogniem.
— Brr!.. zawołał, nogi mi zdrętwiały. Nie czułbym, gdyby mi je odcięto. Ależ, ten twój pokój, mój przyjacielu Baptysto, to istna lodownia. Na drugi raz każ napalić.
Ale p. Mascarota nic nie zdoła odwrócić od toku jego myśli.
— Wszystko słyszałeś? zapytał.
— Słyszałem i widziałem jak ciebie widzę.
— No, i cóż myślisz o tym przedmiocie?
— Myślę, że Tantaine, to człowiek bardzo dzielny i że w twoich rękach ten chłopiec dojdzie daleko.