Niewolnicy paryscy/Część I/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Niewolnicy paryscy |
| Wydawca | Kornel Piller |
| Data wyd. | 1872 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dzień 8. lutego 186... roku był jednym z najzimniejszych. O południu termometr inżyniera Chevalier, będącego wyrocznią Paryża, wskazywał 9 stopni i 3 dziesiątych niżej zera. Niebo było pochmurne. W skutek deszczu, który spadł dniem przedtem i zamarzł w nocy, bruk tak był ślizki, że fiakry i omnibusy przestały kursować.
Miasto wyglądało ponuro.
Chociaż w Paryżu tak dobrze można umrzeć z głodu, jak na tratwie zrobionej ze statku Meduzy, nikt tam jednak się niepokoi tymi, którzy nie mają chleba. Zdaje się wszystkim, że z codziennej uczty miliona biesiadników zawsze spadnie dość okruchów dla tych, którzy nie znaleźli miejsca za stołem.
Ale w zimie, gdy Sekwaną płyną lody, mimowolnie przychodzą na myśl biedacy, nie mający drzewa i wszyscy ubolewają nad nimi.
Jestto tak dalece prawdą, że nawet właścicielka „Hotelu peruwiańskiego“, pani Loupias, osoba charakteru cierpkiego i nieużyta, zajmowała się 8. lutego swymi lokatorami nietylko w celu podwyższenia im czynszu i bezustannego dokuczania o zapłacenie rat zalegających.
— Szkaradne zimno! rzekła do swego męża, zajętego dokładaniem węgla do pieca. W takie mrozy zawsze opanowuje mię niespokój od owej zimy, kiedy to jeden z naszych lokatorów powiesił się na strychu. Sprawa ta kosztowała nas przeszło pięćdziesiąt franków, nie licząc obelg sąsiadów. Trzeba byś poszedł zobaczyć, co robią nasi mieszkańcy poddasza.
— Co robią?... odpowiedział mąż, powychodzili, by się zagrzać.
— Tak myślisz?
— Jestem tego pewny. Ojciec Tantaine wysunął się jak tylko rozwidniało; widziałem potem jak wychodził p. Paweł Violain. Na górze została tylko Róża, która, jak sądzę, będzie miała tyle rozsądku, że nie wstanie z łóżka.
— O! tej, rzekła złośliwie pani Loupias, by najmniej nie żałuję. Jeżeli mię oczy nie mylą, to prędzej czy później puści ona z kwitkiem pana Pawła Violain. To zanadto piękna dziewczyna dla naszego domu.
Hotel peruwiański znajduje się przy ulicy Huchette, o dwadzieścia kroków od placu Petit-Pont. Nigdy żaden szyld nie był bardziej ironicznym nad ten, jaki go zdobi.
Jest to dom zewnątrz strasznie brudny. Wazka i błotnista ulica, przy której stoi, jego własne nigdy nie myte okna, wszystko to jakby krzyczy przechodzącym: „Tu mieszka nędza!“ Zrazu sądziłby kto, że to gniazdo wszelkiej rozpusty; bynajmniej, to dom uczciwy.
Jest to jedno z tych schronień, które stają się coraz rzadszemi w Paryżu, gdzie wstydzący się ubodzy, istoty opuszczone, złamane wszelkiego rodzaju walkami, w zamian za ostatnią swą sztukę pięciofrankową znajdują przytułek i łóżko. Czepia się tego domu biedak, jak rozbitek skały, a gdy odetchnie i wypocznie nieco, płynie dalej.
Ale i przy największej biedzie trudno pojąć, jak można na prawdę mieszkać w Hotelu peruwiańskim.
Od dołu do góry wszystkie piętra, poprzedzielane ramami z płótna, lub obić, jakie się nadarzyły, tworzą mnóstwo izdebek, które pani Loupias pompatycznie nazywa pokojami.
Ramy się psują, papier i obicie zwisa po obu stronach obrzydliwie.
Ale to jeszcze jest przepyszne w porównaniu z izbami na poddaszu.
Na szczęście jest ich tylko dwie, oddzielonych od dachu fałszywym sufitem i oświetlanych okienkiem z góry, a tak niskich, iż zaledwie stać można.
Umeblowanie ich składa się z łóżka z materacem z morskiej trawy, z kulawego stołu i dwóch krzeseł.
Takie jakie są, pani Loupias wynajmuje za 22 franków miesięcznie, dla tego, jak utrzymuje, że mają kominki — bezkształtne dziury w ścianie. Izby te są zawsze zajęte.
W jednej z nich, podczas wielkiego zimna, o którem wspomnieliśmy, znajdowała się młoda kobieta, której pani Loupias wymówiła imię.
Nigdy może nie było na świecie istoty, zdolnej bardziej zachwycić oczy.
Skończyła dziewiętnaście lat, była jasnowłosa i biała. Długie rzęsy przyciemniały ostry nieco, jakby stalowy, blask niebieskich oczu. Usta jej, po za któremi ukazywały się białe i drobne ząbki, zdawały się stworzone do uśmiechu. Włosy, złociste, połyskujące, nieco kędzierzawe nad czołem, podtrzymywał z tyłu głowy grzebyk za cztery sous, poniżej spadały one obficie na ramiona wytwornego rysunku.
Nie leżała ona, jak to przypuszczała pani Loupias. Wstała owszem, i zarzuciwszy na lichą perkalikową sukienkę kołdrę, godną lokalu, to jest połataną, podartą i brudną, usiadła przy kominku.
Dlaczego tam, a nie gdzie indziej? Ognisko było zimne. W głębi jego dwa polana wielkości pięści, wydawały razem tyle dymu, co cygareta, ale cieplej od tego nie było.
Mniejsza o to wsparta na lichej szmacie, którą właścicielka hotelu nazywała dywanem, Róża kładła kabałę, usiłując pocieszać się w obecnych cierpieniach obietnicami przyszłości.
Na tę ważną czynność zwrócona była cała jej uwaga; zajmowała się nią z takiem skupieniem ducha, iż zdawała się nie czuć zimna, od którego siniały jej ręce.
Każda karta, na której zatrzymywała palec, miało dla niej znaczenie pomyślne, lub niepomyślne; radowała ją, lub gniewała.
— Raz, dwa, trzy, mówiła, młody chłopiec jasnowłosy... to pewno Paweł. Raz, dwa, trzy... zabiegi. Raz, dwa, trzy... pieniądze dla mnie. Raz, dwa, trzy... jakaś przeszkoda. Raz, dwa, trzy... dziewiątka pikowa! to jest smutek, opuszczenie, rozwiązanie!.. ciągle ta dziewiątka pikowa!
To ją tak zamieszało, jakby była pewną niechybnego nieszczęścia w bliskim czasie.
Ale prędko przyszła do siebie. Zebrała karty, zmieszała je, starannie zdjęła lewą ręką, rozłożyła i znowu poczęła liczyć: raz, dwa, trzy...
Na ten raz karty były przychylniejsze wskazywały przyszłość bardzo ponętną.
— Jesteś kochaną, mówiły jej, bardzo, z całego serca, zdaleka... będziesz bogatą... otrzymasz liścik od młodego bruneta, bardzo bogatego...
Młodego bruneta, przedstawiał walet treflowy.
— Znowu on!.. szepnęła Róża. Wyraźnie tak chce przeznaczenie!..
I ze szpary w kominie, gdzie była jej kryjówka, wyjęła list kilkakrotnie złożony, brudny, pomięty, który już nieraz czytała. Teraz odczytała go po raz dwudziesty powoli i z uwagą.
„Widziałem panią i kocham. Słowo honoru!
„Znaczy to, jakbym powiedział, że miejsce pani nie jest bynajmniej w brudnej dzielnicy, gdzie ukrywasz twą piękność.
„Zachwycający apartament — meble z cytrynowego drzewa i palisandru — oczekują na panią przy ulicy Douai.
„Jestem gładki w interesach; lokal wynajęty będzie na jej imię.
„Zastanów się pani, zasięgnij wiadomości; przedstawiam rękojmie poważne. Nie jestem pełnoletni, ale będę nim za pięć miesięcy i dni trzy wtedy będę miał prawo rozporządzania spadkiem po matce. A przytem ojciec mój jest słabowity, stary, ułomny; być może, iż wziąwszy się należycie do dzieła, można będzie uczynić go bezwłasnowolnym.
„Czy mam uprzedzić szwaczkę?
„Przez pięć dni następnych, poczynając od dziś, od czwartej godziny do szóstej będę czekać w powozie na decyzję pani, na rogu placu Petit-Pont.
List ten, szkaradny, haniebny, śmieszny, zupełnie godny tych młodych łotrów, których pogarda publiczna przezwała zdrobniałymi rozpustnikami, bynajmniej nie zdawał się oburzać Róży. Owszem, głupia ta proza upajała ją i wydawała się najsłodszą muzyką.
— Gdybym tylko śmiała! szeptała do siebie, drżąc od pożądliwości, gdybym śmiała!...
Zamyślała się, wsparłszy czoło na dłoni. Wtem na kruchych schodach dały się słyszeć kroki.
— To on! zawołała przerażona, Paweł!...
I z ruchem gniewnym, szybkim, kocim, wsunęła list do kryjówki.
Był już czas wchodził Pawel Violain.
Był to meżczyzna zaledwie mogący mieć lat dwadzieścia trzy, niepospolicie pięknie zbudowany. Twarz jego, najczystszego owalu, okrywała równa matowa bladość, właściwa rasom południowym. Delikatny i starannie utrzymywany wąsik przysłaniał usta nieco grube, ale tylko tyle, by nad rysom pewien wyraz męzkości. Włosy jasne, naturalnie kędzierzawiące się nad czołem, roztropnem i dumnem, jeszcze bardziej uwydatniały żywość wielkich czarnych oczu.
Piękność jego, więcej uderzająca aniżeli piękność Róży, jeszcze była spotęgowana pewną wrodzoną dystynkcją, która, chociaż nie stanowi przywileju wielkich rodzin, nie może jednak być nabytą.
Pani Loupias zawsze utrzymywała, że ten lokator z poddasza bardzo jej imponował, i robił na niej wrażenie przebranego księcia.
Biednym był książę w tej chwili.
Ubiór jego, pomimo niepospolitej czystości, zdradzał nędzę; nie tę nędzę, która występuje bezwstydnie i żyje z litości ale inną, okrutniejszą, rumieniącą się od litośnego spojrzenia, milczącą i ukrywającą się.
Podczas takiej syberyjskiej temperatury miał on na sobie całkiem czarne sukienne ubranie, wytarte i strasznie cienkie. Miał wprawdzie i okrycie koloru jasnego, ale tak prawie grube jak tkanka wielkiego pająka. Buty były doskonale wyczyszczone, ale zdradzały rozpaczliwą bieganinę za fortuną.
Paweł wchodząc, miał pod pachą zwój papierów, które położył, lub raczej rzucił na łóżko, mówiąc tonem strasznego zniechęcenia:
— Nic! znowu nic!
Młoda kobieta, zapomniawszy o swych kartach na dywanie, podniosła się. Twarz jej, przed chwilą uśmiechnięta, przybrała wyraz ponurego znużenia.
— Jakto? zawołała, udając zdziwienie, którego pewno nie doznawała, jakto? nic?... po tem wszystkiem coś mi mówił rano, wychodząc?
— Rano miałem nadzieję, Różo. Wierzyłem i mówiłem tobie, byś wierzyła. Zawiedziono mnie, lub raczej ja sam zawiodłem się. Zapewnienia, na wiatr wypowiedziane, wziąłem za szczere obietnice. Tu ludzie nie mają tyle nawet litości, by powiedzieć: Nie. Słuchają cię z oznakami zajęcia; oświadczają się z gotowością do usług; a gdy odwrócisz się, nie myślą już więcej o tobie. Nieokreślone oświadczenia! oto jedyna moneta, która w tem przeklętem mieście jest na usługi nieszczęśliwych.
Nastąpiło długie milczenie. Paweł był zanadto głęboko pogrążony w myślach, aby dostrzedz z jaką pogardą Róża spogląda na niego; zdawała się być oburzoną widokiem takiej rezygnacji.
— A to piekne położenie rzekła wreszcie. Cóż teraz poczniemy?
— Czy ja wiem!
— A więc koniec. Wczoraj, gdyś wyszedł — nie powiedziałam ci dotąd tego, by cię nie martwić niepotrzebnie — była tu pani Loupias, żądając jedynastu franków za ubiegłe dwa tygodnie. Jeżeli za trzy dni nie otrzyma pieniędzy, wyrzuci nas; tak mi powiedziała, a wiem że zrobi jak mówiła... O! zrobi, choćby tylko dla tego, by mieć przyjemność widzenia mnie na bruku; bo ta szkaradna baba nienawidzi mnie!
— Być tak, samym w świecie, szeptał Paweł, samotnym, zatraconym!... nie mieć ani rodziny, ani przyjaciół... nikogo!..
— Nie mamy ani centyma, mówiła dalej Róża ze złośliwym uporem; przeszłego tygodnia sprzedałam ostatnie moje gałgany; nie mamy drzewa... wreszcie nie jedliśmy nic od wczorajszego poranku...
Na ta uwagi, wymówione tonem dotkliwego wyrzutu, biedny młody człowiek potarł sobie zaciśniętą ręką czoło, jakby chciał z niego jaką myśl wycisnąć.
— To obraz!... mówiła dalej Róża. Ja powiadam, że trzeba znaleźć jakiś sposób, środek, cośkolwiek, mniejsza o to co.
Wtem Paweł nagle zerwał z siebie okrycie i rzucił na krzesło, mówiąc:
— Masz! zanieś to do banku zastawniczego.
Młoda kobieta nie ruszyła się.
— Czy to wszystko coś znalazł, aby wybawić nas z kłopotu? zapytała.
— Wszak dadzą ci na to trzy franki; zawsze będzie za co kupić drzewa i chleba.
— A co potem?
— Potem?... Zobaczymy, pomyśle, poszukam. O cóż mi idzie? O to, by zyskać na czasie. Przecież przełamię raz fatalne koło, duszące mnie. Przyjdzie powodzenie, a z powodzeniem fortuna. Ale trzeba umieć czekać.
— Trzeba mieć wolę.
— To nic... zrób jak ci mówię, a jutro...
Gdyby Paweł nie był tak wzruszony, to dostrzegłby z zachowania się Róży, iż postanowiła doprowadzić go do ostateczności.
— Jutro!... zawołała z ironią, zawsze jutro!.. Już cale miesiące żyjemy tym wyrazem. Słuchaj, Pawle, tyś dziecko; trzeba raz zdobyć się na tyle odwagi, aby spojrzeć prawdzie w oczy. Cóż mi wypożyczą na to znoszone okrycie? trzy franki... i to jeszcze czy pożyczą.... Ile dni będziemy mogli żyć temi trzema frankami? Przypuśćmy, że trzy dni. A co potem? Czyż nie pojmujesz tego, że,
już jesteś zanadto ubogo ubrany, abyś liczył na dobre przyjęcie. Tylko proszący w eleganckich sukniach są uprzejmie wysłuchiwani. By coś otrzymać, zawsze trzeba mieć taką minę, jakbyśmy nic nie potrzebowali. Dokąd pójdziesz, gdy nie będziesz miał okrycia? Będziesz zanadto śmieszny i nie odważysz się wyjść.
— Milcz, przerwał Paweł, proszę cię, milcz! Niestety! w tej chwili widzę jasno, że jesteś tak jak inni, jak wszyscy: niepowodzenie wydaje ci się zbrodnią. Dawniej miałaś we mnie zaufanie i inaczej przemawiałaś.
— Dawniej nie wiedziałam...
— Nie, Różo, dawniej kochałaś mnie. Boże! czyż nie próbowałem wszystkiego!... Czyż nie chodziłem od drzwi do drzwi, ofiarując moje kompozycje, ta melodje, które ty tak dobrze śpiewasz; szukałem lekcji po całym Paryżu. Cóżbyś ty więcej zrobiła na mojem miejscu? mów!..
Paweł ożywiał się stopniowo. Róża przeciwnie, udawała niczem nie zamąconą zimną krew.
— Nie wiem, odpowiedziała, wszakże zdaje mi się, że gdybym była meżczyzną, nigdy nie dopuściłabym do tego, by kobiecie, którą kocham, brakło rzeczy niezbędnych, nie! nigdy! Pracowałabym!...
— Nie jestem robotnikiem, na nieszczęście nie znam żadnego rzemiosła.
— Jabym się go nauczyła. Ile zarabiają dziennie posługacze mularscy? Może to ciężko, ale nie zdaje mi się by było trudnem. Jak sam utrzymujesz, masz talent rzadki? Nie przeczę temu. Ale gdybym była wielką kompozytorką, a nie miała chleba, to poszłabym, bez wahania, grać na ulicach i w kawiarniach, śpiewać w dziedzińcach. Koniec końcem, miałabym pieniądze, mniejsza o to, jakim sposobem nabyte, ani zkąd, ani od kogo, choćbym miała...
— Różo! zapominasz, że jestem człowiekiem uczciwym!...
— Doprawdy powiedziałby kto, że proponuje ci jaki zły uczynek! Odpowiedź taką, jak twoja, Pawle, dają wszyscy, którzy w braku zręczności i energii siedzą z założonemi rękami. Taki człowiek chodzi ubrany jak żebrak, z pustym żołądkiem, schnie z zazdrości, ale podnosi głowę i mówi! „Jestem uczciwy.“ Jak gdyby stanowczo nie można było być bogatym, albo zrobić majątek, nie będąc ostatnim z łotrów. Doprawdy, że to zanadto głupio!
Mówiła głosem donośnym, a piekielne zuchwalstwo błyszczało w jej oczach. Była to jedna z tych istot niebezpiecznych, energicznych w złem, które słabego człowieka mogą doprowadzić na brzeg przepaści, wepchnąć go tam i zapomnieć o nim pierwej nim do dna doleci.
Pod ciosami tych sarkazmów, ocknęła się gwałtowna natura Pawła; gniew zaczerwienił mu policzki.
— Dlaczegoż sama nie dopomagasz mi? zawołał; dlaczego sama nie pracujesz?
— O! ja, to co innego!.. ja nie jestem stworzona do pracy.
Paweł zerwał się i z podniesioną ręką poszedł prosto ku młodej kobiecie.
— Nędznico! zawołał; jesteś poprostu nędznicą!
— Nie... jestem głodna!
Kłótnia, która doszła do tego punktu, zakończyłaby się bardzo źle, gdyby jakiś turkot dość donośny nie zwrócił uwagi obojga. Odwrócili się.
Drzwi poddasza były otwarte, a na progu stał staruszek, z ojcowskim uśmiechem spoglądający na parę kochanków.
Był słuszny i odziany lekko. Z całej twarzy widać mu było tylko policzki ceglastego koloru i czerwony nos; siwiejąca długa broda, gęsta i źle utrzymana, zasłaniała resztę. Nosił okulary kolorowe i z osłonami.
Wszystko w nim świadczyło o nędzy i niedbalstwie, doprowadzonych do najwyższego stopnia. Okrycie o przestronnych obwisłych kieszeniach, niezgrabne, zatłuszczone, nosiło na sobie ślady wytartych ścian szynkowni. Musiał to być jeden z tych koczujących cyników, którzy, poczytując za rzecz nudną rozbieranie się, gdy idą spać, kładą się całkiem ubrani, na ziemi lub na tapczanie.
Paweł i Róża znali dobrze tego starego. Spotykali go nieraz na schodach, wiedzieli, że mieszkał w sąsiedniej izbie, i że nazywano go ojciec Tantaine.
Widok jego przypomniał Pawłowi, iż w jednej izbie najdokładniej było słychać co mówiono w drugiej i myśl, że mógł być podsłuchany, do rozpaczy go przyprowadzała.
— Co pan sobie życzysz? zawołał po brutalsku, i kto panu pozwolił wchodzić do mnie, nie zapukawszy?
Zapytanie to, uczynione tonem prawie groźnym, zdawało się, że i nie gniewa i nawet nie zbija z tropu starego.
— Skłamałbym, odrzekł, gdybym powiedział, że wypadkiem znalazłem się u siebie, gdyście tu państwo rozmawiali o swoich interesach; owszem, nadstawiałem ucha.
— Panie!
— Zaczekajcie no, młodzi ludzie, gorąco kąpani!... Doszliście do kłótni... to łatwo da się wytłumaczyć. Kiedy nie ma nic w żłobie, konie najpiękniejsze i najlepiej wydresowane biją się... ja to znam!...
Mówił z miną najprostszą w świecie, jak gdyby nie poczuwał się do najmniejszej niedyskrecji.
— A więc, rzekł Paweł, głęboko upokorzony, wiesz pan teraz, do czego bieda może doprowadzić człowieka z sercem. Czyś pan zadowolony?
— No, no, rzekł stary, pan zaczynasz się gniewać. Jeżeli przyszedłem, nie mówiąc na bok! to dla tego, że zdaniem mojem sąsiedzi winni dopomagać sobie, zwłaszcza sąsiedzi, zamieszkali pod naszym szyldem. Gdym się dowiedział o waszych małych kłopotach, powiedziałem sobie: Muszę te śliczne dzieci wyratować.
To oświadczenie, to przyrzeczenie pomocy, w ustach osoby tak lichej powierzchowności, miało w sobie coś tak rzeczywiście komicznego, że Róża nie mogła ukryć uśmiechu.
Przypuszczała, że stary sąsiad wydobędzie ze swej portmonety połowę swego majątku — sztukę jedno lub dwufrankową co najmniej.
Paweł również tak myślał; ale był rozczulony tą życzliwością tak prostą, a tak piękną; wiedział bowiem, że pieniądze w pewnych okolicznościach nabierają wiele wartości, i że jeden frank, zapewniający ubogiemu chleb na dwa dni, jest milion razy cenniejszy aniżeli tysiącfrankowy bilet u bogacza.
— Niestety rzekł łagodnie, cóż pan możesz dla nas uczynić?
— Kto wie! Widzisz pan do jakiej doszliśmy ostateczności. Wszystkiego nam brak. Czyż nie jesteśmy zgubieni?
Ojciec Tantaine podniósł ręce do góry, jakby brał niebo za świadka bluźnierstwa.
— Zgubieni?... zawołał. Ach! perła ukryta w głębi morza i nieznająca swojej wartości jest tak samo zgubiona, jeżeli zręczny rybak nie odkryje jej. Rybacy są to nieszczęśliwi nie noszący pereł; ale znają ich ceną i powierzają jubilerom...
Dokończył swej myśli małym dyskretnym śmiechem, którego znaczenia nie pojęli ani Paweł ani Róża, mający w zarodku wszystkie złe instynkta, ale nieświadomi i niedoświadczeni.
— Zresztą, panie, rzekł Paweł, byłbym nadetym głupcem, gdybym nie przyjął pańskiej wspaniałomyślnej propozycji.
— Doskonale!... Jeżeli tak, to trzeba naprzód zejść na dół po dobrą przekąskę. Trzeba takle sprowadzić drzewa — tu tak zimno!... Stare moje kości na pół przeziębły. Później pomyślimy o odzieży.
— Wszystko to, rzekła Róża wzdychając, wymaga wielkich pieniędzy!
— A któż pani powiedział, że ich niemam?
Ojciec Tantaine rozpiął powoli swój surdut i z wewnętrznej kieszeni wyjął mały brudny papierek, przypięty tam szpilką.
Papierek ten starannie rozprostował i położył otwarty na stole.
— Bilet na pięćset franków! zawoła Róża zdziwiona.
— Tak jest!... śliczna panienko odpowiedział stary z tryumfem.
Paweł milczał. Gdyby dostrzegł, że poręcz krzesła, o które się opierał, nagle puścił pączki i liście, niebyłby więcej zdumiony.
Jak można było przypuszczać, aby tak wielka suma ukrywała się pod łachmanami tego starowiny? Skąd on miał ten bilet?
Myśl o jakim czynie karygodnym, o kradzieży, była tu tak naturalną i tak wyraźnie wynikała z sytuacji, iż oboje młodzi ludzie jednocześnie ją powzięli.
Spojrzeli po sobie znacząco i Paweł, zmięszany, poczerwieniał po same uszy.
Stary domyślał się tych podejrzeń.
— O! zawołał, bynajmniej nie oburzając się, brzydkie przypuszczenia!... To prawda, że bilety pięésetfrankowe nie wyrastają nagle w kieszeniach takich jak moje, ale ten prawnie należy do mnie.
Róża nie słuchała. Co ją obchodziły te wyjasnienia Bilet leżał przed nią — tego było dość. Wzięła go, obracała w ręku, jakby dotknięcie tego papierka sprawiało jej największą rozkosz.
— Trzeba żebyście wiedzieli, mówił dalej ojciec Tantaine, że jestem pisarzem u komornika.
— A! Tak, tak; to powinno wam podchlebiać. Ale to nie wszystko. Rozmaite osoby nieraz powierzają mi odbiór wierzytelności niepewnych. Tym sposobem często znaczne sumy znajdują się w mojem ręku... Więc wypożyczyć wam pięćset franków na pewien czas nie stanowi dla mnie trudności.
Wobec nacisku potrzeby i oporu sumienia, Paweł wahał się i był wzruszony, jak to się zwykle zdarza, przed zrobieniem stanowczego kroku.
— Nie tak zaczął, niemogę przyjąć, mój obowiązek...
— Ach, mój przyjacielu, przerwała mu Róża, niegrzecznie sobie postępujesz. Czyż nie widzisz, że odmawiając martwisz pana?
— Panienka ma słuszność! zawołał ojciec Tantaine. A zatem, rzecz skończona. Idź, moje piękne dziecię i szybko przynoś co zjeść... już minęła czwarta.
Teraz znowu Róża zadrżała i zarumieniła się, jak gdyby uczuła, że stary odgadł jej myśli.
— Czwarta godzina, szepnęła, przypomniawszy sobie list.
Ale była posłuszną. Stanąwszy przed małem zwierciadłem poprawiła na sobie liche ubranie i wyszła zabrawszy bilet bankowy.
— Piękna osoba... zauważył ojciec Tantaine z akcentem znawcy, bardzo piekna... A jaka roztropność! O! gdyby miała dobrych doradców!... dalekoby doszła!...
Paweł nic nie odpowiedział na te uwagi. Zbierał swe poplątane myśli. Teraz, gdy niebył pod natarczywym wzrokiem Róży, znowu opanował go przestrach.
W rysach tego pisarza od komornika dopatrzył on coś szczególnego i niepokojącego.
Gdzież to widziano, aby starzec tego rodzaju rzucał tak ludziom po pięćset franków? Niezawodnie pod tą wspaniałomyślnością ukrywa się jakaś tajemnica, i on, Paweł, może się skompromitować.
— Zastanowiwszy się należycie, powiedział, byłoby z mej strony niedelikatnością, gdybym przyjął od pana taką sumę. Kto wie, czy będę kiedy w stanie zwrócić mu ją.
— Masz tobie! znowu pan coś podejrzywasz! Tym sposobem do niczego się nie dochodzi. Jeżeli dotąd spotykały pana zawody, to dla tego, że brakło mu doświadczenia. Teraz będziesz pan wiedział jak brać się do rzeczy. Nędza, moje dziecię, kształci ludzi. Naprzód ja mam w panu zaufanie. Te pięćset franków oddasz mi kiedy zechcesz; nie ma nic nagłego; tylko zapłacisz mi po sześć od sta i napiszesz rewers.
— Jeżeli tak... wybełkotał Paweł.
— A tak!... to lokacja.
Paweł był jeszcze bardzo naiwny. Rewers uspokoił go, jak gdyby podpis jego na stemplowym papierze mógł służyć do czego innego, jak tylko do odjęcia temu papierowi wartości jaką miał, gdy nie był zapisany.
Ze swojej strony ojciec Tantaine, począwszy znowu szukać po kieszeniach, wydobył z jednej z nich papier stemplowy i rzekł:
— Napisz pan tu: „Za ośm dni od daty zapłacę na rozkaz p. Tantaine i t. d.“
Młody człowiek właśnie kończył pisanie, gdy powróciła Róża z przekąską.
Była rozpromieniona, jak gdyby niespodziewany a szczęśliwy wypadek rozjaśnił jej życie; oczy jej miały wyraz szczególny.
Ale Paweł wcale tego nie zauważył. Przypatrywał się on staremu pisarzowi od komornika, który przeczytawszy rewers, schował go starannie, jakby weksel pierwszorzędny.
— Rozumie się, panie, powiedział, że data to czysta formalność. Nie jest prawdopodobnem, bym za cztery miesiące od dnia dzisiejszego mógł zaoszczędzić tyle ile winienem panu.
Ojciec Tantaine uśmiechnął się słodko.
— A co powiedziałbyś pan na to, gdybym pożyczywszy panu pięćset franków, dał mu możność zwrócenia ich przed upływem miesiąca?
— Jakto?... mógłbyś pan!
— Sam, moje dziecię, nic zrobić nie mogę, to się rozumie. Ale mam przyjaciela, bardzo potężnego. O! gdybym go był dawniej usłuchał!... nie mieszkałbym w hotelu peruwiańskim... Ale co tam!... czy chcesz pan zgłosić się do niego w mojem imieniu?
— Czy chcę?... Ależ byłbym szalony, gdybym nie korzystał z nadarzającej się zręczności.
— Dobrze więc. Dziś wieczorem zobaczę się z moim przyjacielem i pomówię o panu. Bądź pan u niego jutro, punkt o dwunastej. Jeżeli mu się spodobasz, jeżeli zechce zająć się panem — los jego jest zapewniony.
Wyjął z kieszeni bilet i podając go Pawłowi powiedział:
— Przyjaciel mój nazywa się Mascarot.
Tymczasem Róża, ze zręcznością, która jest niejako wrodzonym przywilejem Paryżanek, przywykłych poruszać się w małych przestrzeniach, wytworzyła ład z chaosu i ukończyła swe przygotowania.
Zastawiono stół; dobry ogień buchał w kominie, a dwie świece, osadzone jedna w kulawym lichtarzu, druga w nadtłuczonej butelce, oświetlały scenę.
Ten widok, tak ponętny dla oczu dwudziestoletnich, napełnił Pawła zadowoleniem. Poważne sprawy były ukończone, ponure przeczucia rozleciały się.
— Siadajmy do stołu!... zawołał, do stołu!... Oto nakoniec obiad, który wyręczy śniadanie. No, Różo! ruszaj na swoje stanowisko! A pan, kochany sąsiedzie, spodziewam się, że zrobisz nam tę przyjemność i podzielisz się z nami ucztą, za którą jesteśmy tobie obowiązani.
Ale ojciec Tantaine, chociaż uczta podobna bardzo go wabiła, jak to sam wyznał, wymówił się z wielkiem ubolewaniem.
Nie bardzo był głodny, jak utrzymywał; oprócz tego o godzinie pół do szóstej miał się widzieć, w interesie wielkiej wagi, z pewną osobą, mieszkającą na drugim końcu Paryża.
— A przytem, powiedział Pawłowi, muszę koniecznie widzieć się i z Mascarotem. Muszę go uprzedzić, korzystnie usposobić względem pana.
Róże widocznie nie bardzo obchodziło towarzystwo starego. Brzydki, brudny, nędzny, wzbudzał on w niej odrazę, której wdzięczność nie była w stanie przezwyciężyć.
Chociaż nie było widać jego oczu, odgadywała ona instynktowo, pod ciemnemi szkłami okularów, wzrok ostry i subtelny, bardzo zdolny do czytania w jej duszy.
Ale pomimo to, jak kotka łaszcząc się, przyłączyła swe nalegania do próśb Pawła, by zatrzymać sąsiada.
Ten jednak był niewzruszony i raz jeszcze przypomniawszy Pawłowi, że powinien stawić się punktualnie, na drugi dzień popołudniu, wyszedł mówiąc najsłodszym głosem do młodych ludzi siadających do stołu:
— Do zobaczenia! dobrego apetytu!
Ale wyszedłszy i zamknąwszy drzwi za sobą, ojciec Tantaine zatrzymał się, oparł o poręcz schodów i począł słuchać.
Turkawki, jak ich nazywał, były niesłychanie wesołe; odgłos ich śmiechu, świeżego i donośnego, napełniał całe górne piętro peruwiańskiego hotelu.
Dlaczegoźby nie? Paweł, po okropnym niepokoju, znalazł stosunkowy spokój; miał w kieszeni adres człowieka, który mu dopomoże do zrobienia majątku; wreszcie na gzymsie kominka leżała reszta wydana z biletu pięćsetfrankowego, kupka złota, która w czasach wesołych złudzeń zdaje się być niewyczerpaną.
Co do Róży, to tę niezmiernie zabawiał stary pisarz od komornika, którego w duchu poczytywała za wielkiego głupca, a do tego nadzwyczaj śmiesznego.
— Śmiało, moje dzieci, mruczał ojciec Tantaine, śmiało może już ostatni raz śmiejecie się razem.
To rzekłszy z największą ostrożnością zszedł po nierównych schodach hotelu peruwiańskiego, oświetlanych tylko w niedzielę, bo przecież gaz kosztuje.
Ojciec Tantaine nie poszedł prosto.
Przez małe oszklone drzwi pomieszkania właścicieli hotelu dostrzegł on panią Loupias coś gotującą w piecu. Wszedł trwożliwie zapukawszy i kłaniając się nisko, jako człowiek, którego nędza przyzwyczaiła już do wszelkiego rodzaju przyjęć.
— Przynoszę pani należność za pół miesiąca, powiedział.
I jednocześnie położył na komodzie jedną sztukę dziesięciofrankową i dwadzieścia sous.
Potem, gdy pani Loupias, umiejąca pisać, dawała mu pokwitowanie, począł mówić o interesach, o tem że niespodzianie otrzymał sukcesję, która pozwoli mu mieć niejakie wygody na stare lata.
A dla poparcia tego twierdzenia, z naiwną dumą ubóstwa, obawiającego się, że mu nie powierzą na słowo, pokazał kilkanaście bankowych biletów ukrytych w pugilaresie.
Papierki te takie wywołały wrażenie, iż gdy staro wina odchodził, pan Loupias chciał koniecznie przeprowadzić go z kaszkietem w jednej ręce, a lampą w drugiej.
Ale ojciec Tantaine wcale nie zdawał się być rozczulonym tymi względami. Poszedł z miną mocno zajętą, jak człowiek układający wielki plan.
Stanąwszy na ulicy, ojciec Tantaine obejrzał się, rozglądnął magazyny okoliczne i bez wahania wszedł prosto do sklepiku korzennego znajdującego się prawie na rogu ulic Petit-Pont i Bucherie.
Właściciel tego sklepu, dzięki pewnemu gatunkowi wina, które mu fabrykuje jeden chemik w Bercy, a które sprzedaje po dziewięć sous kwartę, cieszy się w okolicy wielkiem powodzeniem.
Jest mały, tłusty, krepy, draźliwy i przejęty poczuciem własnej godności; nosi angielskie faworyty, jest wdowcem, sierżantem w gwardji narodowej i nazywa się Melusin.
Godzina piąta w ubogich dzielnicach, to chwila roboty dla kupców korzennych.
Robotnicy powracają z warsztatów, a kobiety, które późno w noc pracowały przygotowują wieczerzę.
P. Melusin tak był zajęty kupującymi, to odbierając pieniądze, to wydając resztę, to wołając na chłopców, iż nie zauważył wejścia ojca Tautaine.
A gdyby i zauważył, to nie bardzo by się zajął kupującym tak nędznie ubranym.
Ale stary pisarz od komornika, wyszedłszy z hotelu peruwiańskiego, zarzucił swą minę potulną. Stanął w miejscu najmniej natłoczonem w sklepie i tonem nakazującym zawołał:
— Panie Melusin!
Zdziwiony kupiec rzucił wszystko i pobiegł ku niemu.
— Patrz go, ten człeczyna zna mnie, powiedział sobie w duchu, nie pomyślawszy o tem, że przecież nazwisko jego świetniało w pół łokciowych literach nad drzwiami sklepu.
Ojciec Tantaine nie dał mu czasu do żądania wyjaśnień.
— Czy nie przychodziła tu przed chwilą, zapytał z powagą, młoda kobieta, mieniać bilet pięćsetfrankowy?
— Tak jest, odpowiedział Malusin, ale jak pan mogłeś dowiedzieć się...
Tu przerwał sobie, uderzył się pięścią w głowę i zaczął żywo:
— Rozumiem!... popełniona została kradzież, prawda?... i pan jesteś na tropie złodzieja. Znamy to!... Muszę powiedzieć panu, że gdy ta młoda kobieta, ubrana bardzo ubogo, mieniała bilet, ja już wtedy powziąłem podejrzenie. Z uwagą patrzałem na nią i dostrzegłem, że ręce jej drżały.
— Za pozwoleniem, przerwał ojciec Tantaine, wcale nie powiedziałem, że tu idzie o kradzież. Czy poznałbyś pan tę kobietę?
— Jak siebie samego, gdybym siebie spotkał. Śliczna osoba, włosy przepyszne!... Przychodzi tu czasem i mam wielkie podejrzenie, iż mieszka w jednym hotelu przy ulicy Huchette.
Paryski kupiec korzenny nie bardzo w ogóle lubi ajentów, spisujących z niego protokoły w razie popełnienia kontrawencji. Ale ośmielony myślą, iż wyświadcza usługę społeczności, chętnie dopomaga do poszukiwań. Dla ułatwienia połowu zdolny jest do czynów heroicznych, naprzykład do zaniedbania na chwilę swych kupujących.
— Czy chcesz pan, mówił dalej Melusin, bym rozesłał moich chłopców na zwiady, a może posłać po sierżantów miejskich?
— Nie potrzeba, kochany panie, odrzekł pisarz od komornika, a nawet byłbym panu wdzięczny, gdybyś zachował wszystko w tajemnicy do pewnego czasu.
— A! rozumiem, nieostrożność mogłaby obudzić podejrzenie.
— Tak jest. Tylko prosiłbym pana, jeżeli masz jeszcze ten bilet bankowy, byś mi pozwolił zanotować jego numer. Będę także prosić, byś pan numer ten zapisał w swych księgach, z krótką uwagą, pod datą dzisiejszą. Zawsze należy przewidywać ile tylko można.
— A moje księgi będą stanowić dokument w oczach trybunału, prawda? Tak myślę! księgi handlowe!... Widzisz pan, że znam się na tem. Za chwilę będę panu służyć.
Wszystko tak się stało jak tego sobie życzył starowina. P. Melusin przeprowadził go z wielkiemi oznakami grzeczności aż do progu sklepu, w tem przekonaniu, iż wyświadczył ogromną usługę jakiemuś wyższemu urzędnikowi prefektury, przebranemu za żebraka.
Ale co mogło obchodzić Tantaina zdanie, jakie o nim miano! Poszedł on na plac Petit-Pont i zdawał się szukać tam kogoś. Już przeszedł się po nim kilka razy, zaglądając w ciemne zakątki, wreszcie krzyknął zadowolony znalazł to, czego szukał.
Był to szkaradny ulicznik, lat około dwudziestu, ale który wydawał się nie mieć więcej nad piętnaście, chudy, wymokły, źle zbudowany.
Stał na rogu wybrzeża Saint-Michel i Petit-Pont i bezczelnie prosił o jałmużnę, oglądając się czy nie widać gdzie sierżantów miejskich.
Od pierwszego rzutu oka można było poznać w nim chorobliwy wytwór wielkomiejskiej społeczności, jednego z tych paryzkich uliczników, którzy w ósmym roku palą już kawałki cygar uzbieranych na ulicy, a wieczorami upijają się wódką.
Jego włosy, barwy brudno-żółtej, były już rzadkie, cerę miał wybladłą, ołowianą, ironiczny śmiech błąkał się po jego twarzy o szerokiej gębie, a najbezwstydniejsza śmiałość błyszczała mu z oczu.
Ubrany był w szarą bluzę, której prawy rękaw podsunął do góry, wystawiając ramię nagie, krzywe, skurczone, obrzydliwe, aby tem wzbudzić litość przechodzących.
Wyśpiewywał jednostajnym głosem długą litanię, w której ciągle powtarzały się wyrazy: „Biedny rzemieślnik... stara matka... niezdolny do pracy... skaleczony przez maszynę...“
Ojciec Tantaine poszedł prosto do tego biedaka i potężnie palnął go pięścią w głowę, tak, że kaszkiet odleciał mu na trzy kroki.
Chłopiec odwrócił się gniewny; ale ujrzawszy starowinę, zmieszał się i mruknął:
— A tom się złapał!...
I w tejże chwili wyprostował naprężone prawe ramię, które okazało się tak zdrowem jak i lewe; zsunął rękaw i podniósł kaszkiet.
— Czy to tak, zapytał ojciec Tantaine, wypełniasz dane ci polecenie!
— Co?... polecenie dawno już załatwione!
— To nie jest tłumaczenie. Dzięki mojej rekomendacji p. Mascarot dał ci dobre miejsce, prawda? Ja sam daję ci dość często sposobność zarobienie, więc nie brak ci niczego. Ale ułożyliśmy się, że nie będziesz żebrać.
— Niech się pan nie gniewa; żebranina nie jest już mojem rzemiosłem. Tylko tak.... dla przepędzenia czasu. Nie mogę być długo bez zajęcia. Zebrałem siedm sous... zawsze to coś...
— Toto, rzekł z powagą stary pisarz od komornika. — Toto! źle skończysz — ja ci to przepowiadam... Ale do rzeczy... Coś widział?
Poszli oba powoli po pustem wybrzeżu wzdłuż starych domów.
— Widziałem, coś mi pan zapowiedział. Punkt o czwartej przybył na plac powóz i zatrzymał się, jakby tam chciał zapuścić korzenie, tam oto!... naprzeciw fryzjera. Pyszny ekwipaż, wspaniałe konie, stangret bardzo dobrze odziany...
— Daj temu pokój. Czy siedział kto w powozie?
— Naturalnie. Poznałem tego prywatystę, o którym mówiłeś mi pan. Ślicznie ubrany! kapelusz z szykiem, spodnie jasne, obcisłe, żakieta króciótka... jednem słowem najlepszy gatunek. Dla większej pewności, ponieważ już ciemniało, postanowiłem popatrzeć mu w sam nos. Wysiadł z powozu, rozumiesz pan, i począł dreptać po chodniku z niezapalonem cygarem w zębach. Ja, korzystając z okoliczności, podbiegłem z zapałką. „Oto jest ogień jasny panie“! Dał mi dziesięć sous. Dobrze i to. To ten sam: brzydki, mały, wykrzywiony, wymięty, chudy, ze szkłami na nosie — istna małpa.
Gdy Toto opowiada, najlepiej nie przeszkadzać mu. Jest to najkrótszy sposób otrzymania od niego potrzebnych wyjaśnień.
Ale stary pisarz komornika niecierpliwił się.
— Cóż dalej? zapytał.
— Niewiele. Mój jegomość nie miał wcale miny zadowolonej. Biedny kolega! Chodził tam i nazad po chodniku z laseczką w ręku i zaglądał kobietom pod kapelusze. Boże wielki! jakże mi się nie podobał ten gagatek! Jeżeli panu przyjdzie kiedy ochota dobrze wyłatać mu boki, to niech pan liczy na moją pomoc. Obejrzałem go. Dwa razy mniej odemnie ma siły.
— Ale mów dalej, Toto, mów!
— Mówię właśnie! Otóż był on tam, to jest byliśmy tam już dobre półgodziny; wtem jakaś kobieta ukazuje się na ulicy i idzie prosto do gagatka. O, panie! śliczna dziewczyna! Nie! od czasu jak pan żyjesz, nie widziałeś nic piękniejszego. Ja zdumiałem się. Ale jakież nieszczęście. Poczęli rozmawiać po cichu.
— I nic nie słyszałeś?
— Za kogo pan mię masz?... Piękna dziewczyna powiedziała: „Zgoda — jutro.“ Gagatek zapytał: „Czy na prawdę?“ Ona odpowiedziała: „Tak, słowo honoru, koło południa.“ Potem rozstali się. Ona poszła na ulicę Huchette, a on powrócił do swego powozu i marsz! Oto com spełnił za sto sous!...
Reklamacja ta nie zdawała się dziwić pisarza od komornika.
Wyjął z kieszeni pięć franków i oddał ulicznikowi mówiąc:
— Co się przyrzekło, to należy dotrzymać. Ale pamiętaj o mojej przepowiedni, Toto, — źle skończysz. A teraz bądź zdrów, nie idziemy jedną drogą.
Jeszcze przez pewien czas ojciec Tantaine pozostał na placu, patrząc na Toto, który poszedł w kierunku Jardin des Plantes, i dopiero gdy go stracił z oczu, udał się sam w dalszą drogę.
Szedł bardzo prędko, widocznie wielce zadowolony.
— Dobrze idzie, mruczał, nie straciłem dnia. Wszystko przewidziałem. Flawia będzie zadowolona.