Niespokojni (Lipski, 2015)/Król Olch

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leon Lipschütz
Tytuł Niespokojni
Rozdział Król Olch
Pochodzenie Powrót
Wydawca Instytut Literacki „Kultura” — Instytut Książki
Data wydania 2015
Miejsce wyd. Paryż — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała powieść jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)

Cała książka
Indeks stron


Król Olch

Ewa czekała kwadrans. To się zdarzało bardzo rzadko i dlatego była niespokojna.
W końcu przyszedł z miną pokorną, zbyt pokorną.
— Dlaczego się spóźniłeś?
— Nie pocałuję cię, mimo że mi się chce okropnie, bo byś to uważała za podejrzane.
— Dowaliłeś się do jakiejś dziewczyny?
— Tak.
— Tego nie można było zrobić kiedy indziej?
— Nie, ona jest rzadko sama na ulicy i trudno ją spotkać.
— Pewno ktoś z mojej szkoły.
— Tak.
— Ala z IV A?
— Tak.
— Słuchaj, to jest głupia historia. Ona jest o trzy klasy niżej i nie jest na tyle inteligentna (on pokręcił głową) — powiedzmy... dorosła, aby to zrozumieć jak należy. Będzie plotkować na całą szkołę. Ona wie, że my chodzimy razem.
— Nie bój się. Już ja jej to wybiję z głowy.
— No, dobrze, na kiedy umówiłeś się?
— Na środę, na czwartą po południu. Wtedy kiedy ty ze Stanisławem.
— Ze Staszkiem.
— Ale należy go odróżnić od mojego brata.
— Jak chcesz. Mnie jest wszystko jedno.
Działo się to w okresie, gdy Emil zaczął wydobywać się ze swojej miłości jak z narkozy, jak półutopiony z wody, i nie można powiedzieć, żeby był bardzo przytomny. Nie znaczy to również, że kochał mniej Ewę.
Ale jego stosunek do niej stracił objawy choroby nerwowej, neurozy przymusu i strachu. Czuł się jak chory, który po rocznym pobycie w łóżku próbuje chodzić. Więc spróbował.
Była pewna czternastoipółletnia smarkula, która nazywała się Ala. Jej koleżanki opowiadały, że jest zarozumiała, że się puszcza, że jest anormalna, że udaje i zmyśla itd. To wystarczyło, aby się Emil nią zainteresował. Była w typie Ewy, ale przesadna w swojej rasowości, w nieludzkiej prawie linii nóg, elastyczności chodu, która byłaby na miejscu u klaczy, w gracji ruchów, które by były normalne u kotki, w typie twarzy, na który mogłyby sobie pozwolić (ostatecznie) królowa Berenike, dwunastoletnia prostytutka z Maroka lub św. Magdalena.
Emil napisał do niej list, możliwie podstępny, składający się z dwóch zdań, który by ją skłonił do przyjścia pewnego dnia o czwartej po południu na róg dwóch ulic.
Gdy przyszedł (16.05), ona oglądała wystawę sklepu, w której było duże lustro, tak że mogła widzieć, co się dzieje za nią. Był jeszcze daleko od niej, gdy obróciła się na pięcie i podeszła do niego krokiem dziewczynki, która nie bardzo chętnie wita się z wujem. Powiedziała:
— Dzień dobry — bardzo grzecznie i w tym samym stylu.
Ubrana w trencz zwisający luźno, bez beretu, włosy nie bardzo uczesane, gołe nogi.
Szli w stronę małego parku, niebo było szare: przygaszona, płaska pogoda wczesnego lata, sprzyjająca rozprzestrzenianiu się zapachów wilgotnych i chłodnych.
Mówili o głupstwach, ale on pomyślał, że będzie z nią bardzo trudna historia. Siedziała doskonale na swoich pozach (jak jeździec na koniu) i żonglowała nimi z przerażającą nieco łatwością; wytrącona z jednej, przeskakiwała natychmiast w drugą, która była tak samo nieprawdziwa lub prawdziwa jak poprzednia. Była w tym jakaś elementarna trudność dotarcia do tego, co można by nazwać „nią”.
Emil czuł się trochę tak jak byk, co z rozpędem uderza w czerwoną chustkę toreadora, za którą jest tylko powietrze. Czuł, że rozmowa półsłówkami, którą prowadzili, rozmowa półtonami, była grą wysokiej klasy. I ciągle trafiał na próżnię tam, gdzie, jak mu się wydawało, przed chwilą było na pewno ciało.
Ona broniła się bardzo swobodnie, wystawiała, jak tarcze, swoje wszystkie pozy, które on przebijał z rozmachem. Wtedy ona mówiła: — To jest, mój drogi, tylko tarcza z papieru, ja jestem zupełnie gdzie indziej. — Wydawało mu się, że dał się nabrać, że wygłupia się. Była w dalszym ciągu bardzo grzeczna, bardzo dziecinna.
Przeszli szybko na „ty”. Powiedział:
— Chodźmy do mnie.
— Chodźmy do ciebie. (Nie powiedziała mu jeszcze „nie”).
Powiesił jej płaszcz w przedpokoju. Ubrana była w prostą suknię dorastającej smarkuli.
Gdy tylko weszli do pokoju, usiadła na tapczanie. Zapalił małą lampkę. Podszedł do niej, chciał na nią popatrzeć z bliska, ale ona wstała i zaczęła obwąchiwać pokój, jak pies, który przychodzi do nowego mieszkania. Ocierała się lekko o ściany (myślał: zupełnie jak ja), potem poszła do łazienki. Słyszał, jak odkręca kurki, zakręca. Wróciła.
— Proszę cię, siedź spokojnie, ja muszę oglądnąć pokój.
— Jak długo to trwa u ciebie?
— Piętnaście minut.
Więc oglądała stosy papierów na stole, maszynę do pisania, przez 5 minut czytała Aretina (Jak Nana córkę swoją Pipę na kurtyzanę kształciła), potem, z powodu Magnusa Hirschfelda, zapytała, co to jest erekcja?, nie czekając na odpowiedź (bełkotał coś), zaczęła bardzo uważnie przeglądać książkę Eddingtona (— co to są neutrony?), odłożyła książki na miejsce, przejechała wierzchem dłoni po klawiaturze fortepianu i wróciła na miejsce.
Leżał na tapczanie. Patrzył na nią, jak się patrzy na zwierzęta w ogrodzie zoologicznym, jak się ruszają? i wydawało mu się, tak jak w ogrodzie zoologicznym, że ruchy jej są dziwnie obce i pociągające, że nie są ruchami człowieka.
Mruknęła długo: — Hmmm...
Wtedy postanowił, że ją weźmie za ramię, pochyli lekko, tak żeby jej twarz znalazła się pod jego twarzą. To był rodzaj ruchów, które są równocześnie postanowieniami, i każdy ruch zawiera w sobie nabój: wykonanie następnego; seria małych skoków i nigdy nie wiadomo, jaki będzie ostatni.
Czuł, że ona poddaje się bez oporu, że pochyla się w tył, tak jakby wszystko było umówione, i gdy zobaczył jej twarz pod swoją twarzą, powiedziała:
— Teraz muszę ci coś zadeklamować.
— Coo musisz?
Powtórzyła:
— Teraz muszę ci coś zadeklamować. Potem mnie pocałujesz.
Przypomniał sobie, że jej koleżanki opowiadały mu o jej pretensjach aktorskich. O to chodzi.
— Jeśli koniecznie chcesz...
— Koniecznie chcę.
Wzruszył ramionami. Opierała się na jego udach. (On leżał, ona siedząc, pochyliła się w tył). Pomyślał, że to będzie nieznośnie patetyczne i sentymentalne. Dodała:
— Tylko jedną rzecz: Króla Olch Goethego po niemiecku.

Rok temu słyszał w Wiedniu, jak to deklamował Werner Kraus; z tego trudno wydobyć coś nowego.
— Czy umiesz dobrze po niemiecku?
— Moja matka jest wiedenką.
— A więc dobrze.
To było powiedziane takim tonem, że powinno jej się było wielu rzeczy odechcieć. Ale ona była uparta. Podeszła do fortepianu. Ręce opuszczone równo wzdłuż tułowia, stopy lekko zwrócone do środka: uczennica na imprezie szkolnej w dniu święta narodowego. Teraz zaczęła się bardzo dziwna rzecz.
Doznał wrażenia, że wrasta w kanapę. Usłyszał pierwsze wiersze, tętniące, sprężyste, napinające się jak łuki, jak grzbiet biegnącego konia. Nie było w tym ani trochę patosu, ani rutyny; była pewność lunatyka chodzącego po rynnie, prostota dziecka, które widzi rzeczy niewidzialne, była zwyczajność i ciężar zdarzeń Starego Testamentu, która jest również wyrafinowaniem. Podczas tych kilku sekund szukał gorączkowo potknięcia się, rysy. Czekał, aż wiersz rozpadnie się i rozmaże, wtedy, gdy woła dziecko, gdy odpowiada ojciec, gdy tak trudno jest utrzymać tętniący rytm. Krzyczało dziecko w gorączce i mówił ojciec, i ich słowa posiekane były brakiem oddechu, zdyszaniem, gorączkowym biegiem przez noc, rytmicznym uginaniem się grzbietu konia, zagłuszone wiatrem w nieustających, sprężystych podrzutach wiersza, w które wplątany był, ciągnący się i długi, jak biały welon, głos Króla.
I wydało mu się, że to nie mówi ona: jak na seansach spirytystycznych z ust medium wydobywa się czasem obcy głos. Odczuwał to tym silniej, że deklamowała w języku, którym nie mówił z nią nigdy.
Przypomniała mu się z siłą i wyrazistością historia pana Peperkorna z Czarodziejskiej góry, który uważał, że jest organem weselnym Pana Boga. I wydawało mu się nagle, że ona jest także organem Pana Boga, nieco innym wprawdzie, ale dziwnym organem.
Gdy powiedziała prosto i nieodwołalnie, i jakże niespodziewanie, że dziecko umarło, „das Kind war tot” — był zupełnie wyczerpany.
Siedziała koło niego na kanapie i mówiła głosem dziewczynki (ostatecznie miała 14 i pół lat):
— Podobało ci się?
Po chwili dopiero odpowiedział:
— Przepraszam cię na chwilę — i wyszedł.
Poszedł do łazienki, gdzie przekonywał siebie przez chwilę, że jest głupi. Potem: — Ostatecznie nic się nie stało. Tam siedzi smarkula i... Mimo wszystko jest to rzecz dostatecznie nadzwyczajna, że gdyby ją opisać, to wyszedłby kicz. To było na pewno lepsze niż Werner Krauss, albo ja jestem wariat. W pokoju wtedy działo się coś. Za długo już siedzę.
Wrócił. Stracił całą ochotę na nią. Bał się jej, mimo że była naprawdę grzeczna.
— Wyjdziemy trochę.
— Wyjdziemy.
W przedpokoju zauważył, że pada deszcz.
— Mam tu kapelusz jednej mojej znajomej. (Był to kapelusz Ewy).
— Weźmiesz go?
— Wezmę.
Przez pięć minut nie mógł znaleźć w szafie kapelusza. Gdy go znalazł w końcu, włożyła go tak, jak gdyby od dwóch miesięcy był jej kapeluszem.
Na ulicy ulewa. Ona wsunęła mu rękę pod ramię ruchem łagodnym i zdecydowanym. Płynęli od latarni do latarni. Na pewnym rogu wiatr wyskoczył na nich jak zły pies.
— Czyja fotografia stoi na fortepianie?
W tej chwili przypomniał sobie, że deklamując (i to jak), zerkała cały czas na fortepian.
— Właścicielki kapelusza, który nosisz.
— Kochasz ją?
— Tak.
Znów wiatr i deszcz prosto w twarz. Zaprowadził ją w okolice starego klasztoru, gdzie huczały w górze stare drzewa jak pociąg przejeżdżający przez most. Olbrzymie, chwiejące się kraty, zielonkawe, odległe światło. Pozwoliła się łaskawie pocałować, patrząc na latarnię. Zrobił to na złość sobie, bez przyjemności, na złość jej; wiedział, że ona czuje i wie, jak dalece nie sprawia mu to przyjemności.
Z rękami w kieszeni, patrząc w górę, ona mówi:
— No, dosyć komedii.
— Wszystko dotychczas było serią komedii.
— Tak, ale komedii dość nudnych. W tym miejscu całuje mnie już ósmy chłopak. Wracamy.
Więc wrócili. Szli obok siebie w milczeniu. To była z jej strony poza może, która się mogła stać decyzją na serio, albo decyzja na serio, która mogła przejść w pozę; to wszystko jedno zresztą. On wiedział o tym i myślał:
— Jednym jedynym słowem mogę zepsuć wszystko. Jeden ruch ręki i przegrałem. Wiem, że ona teraz pójdzie do domu, jeśli ja czegoś nie zrobię. I wtedy to, co jest teraz grą, stanie się nieodwołalnie naprawdę. To będzie pierwsza i ostatnia rzecz, która będzie „nią”. Czuł idealną pustkę w głowie, jak zwykle wtedy gdy zdawał sobie sprawę, że musi coś wymyślić.
W pewnym momencie ona stanęła i zdjęła kapelusz z głowy.
— Masz tu ten twój kapelusz.
Deszcz spływał jej strugami po twarzy.
— Nie musisz mnie odprowadzać...
Wtedy on odpowiedział najlepszym i najswobodniejszym ze swoich głosów:
— Możesz go już włożyć z powrotem. To było dobrze zagrane. Początek, to znaczy scena koło krat, była słabsza.
Błyskawica przeszła przez jej twarz... Wymówiła wolno, głosem uczennicy:
— Naprawdę, było dobrze zagrane?
Całował ją z ulgą w mokre wargi, w mokrą szyję, gdzie parowała skóra, gdzie była cieplejsza i bardziej sobą.
— Pójdziemy do mnie.
Skinęła głową.
Płynęli znów od latarni do latarni. „Nie wymyśliłem tego, co powiedziałem przed chwilą. Wytrysnęło ze mnie samo jak sperma. I to było jedyne zdanie, które należało powiedzieć; było niezamienne”.
W przedpokoju okazało się, że jest zupełnie przemoczona. Zdjęła szybko buty, potem suknię, którą wykręcali w łazience i rozwiesili na jakimś sznurze. Szczękała zębami, prychała, wycierając się ręcznikiem, w jego pantoflach wyglądała jak kot w butach. Była nie bardzo ubrana, i poruszała się tak, jak gdyby była na plaży. Weszła do pokoju i prosto na tapczan. Okazało się, że jej kombinacja jest o wiele bardziej elegancka niż suknia.
— Wyjmij mi grzebień z kieszeni płaszcza. (Nie miała torebki).
Podał jej grzebień. Była stanowczo za ładna i za dobrze deklamowała. To nie były nogi żywej dziewczyny. To ciało było zbyt ładne, aby było prawdziwe. To był zły obraz, kicz. Nie była ani trochę ordynarna, ani trochę nieprzyzwoita. Nie było w niej nic z pornografii, nic z kokoty („Jaka szkoda...”). Była zupełnie nierzeczywista. Niesłychana i nieprawdopodobna. Siedziała półnaga na tapczanie i czesała się. Potem powiedziała:
— Chodź już.
Oglądał jej skórę z bliska, oglądał ją wargami, promieniowało od niej ciepło zwierzęcia, które śpi.
I wtem zauważył, że zachowuje się jak lalka, jakby to jej nie dotyczyło: pani u masażysty. Oczy utkwione w powałę, twarz azjatycka, bez wyrazu, nieludzka.
Powiedziała szeptem:
— Będę udawała trupa.
Wtedy urwało się coś w nim.
— Ala, proszę cię, ubierz się — i pogłaskał ją po włosach.
Pomagał jej zapiąć biustonosz. Dał jej suknię, która nie była jej suknią. (Tamtą zapakował w gazetę). Miała taką minę, jakby jej pożyczał książkę. Wydawało mu się, że jest martwy. Odprowadził ją do drzwi.
Przy drzwiach powiedziała głosem smutnym i łobuzerskim:
— Szkoda, że jesteś cielę.
I wyszła.
Wrócił do pokoju. Usiadł przy fortepianie i popatrzył na fotografię Ewy, którą kochał, i na leżący obok jej mokry kapelusz.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.