Niepłakany/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Czerneda
Tytuł Niepłakany
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Było już koło południa, kiedy Słotwiński otworzył oczy. Nic prawie nie pamiętał, czuł tylko straszny ból głowy. Machinalnie sięgnął: ręka trafiła na chustę. Jęknął.
W tej chwili otwarły się drzwi, i zajrzała przez nie Zagrobina.
— I cóż, panie Słotwiński, jak się czujecie?
— Głowa boli straszliwie...
— A bo też potrzebnie wam było leźć w sam ogień! Nieszczęście...
— Aaa...
Zagrobina krzątała się po izdebce.
— Niech pan pozwoli, okład zmienię — mówiła, maczając szmatę w wodzie.
Słotwiński przysiadł na łóżku.
— Czy już ugasili?
— Niezupełnie... jeszcze gaszą. Taki pożar!
— Spaliło się?...
— Wszystko...
— Wszy...stko... Mój Boże!
Znów opadł na poduszkę. Zagrobina jęła mu odwiązywać chustę, odrzuciła okład — pokazała się na głowie długa, szeroka rana. Tu i owdzie wśród siwych włosów krew skrzepła.
— Wszystko!... — powtórzył.
Zagrobina zmieniła okład, stary chciał wstać.
— A gdzie to pan Słotwiński?
— Chcę iść...
— Gdzie? po co?
— Do... fabryki.
— Co też panu Słotwińskiemu przyszło do głowy?! Ledwieśmy się docucili w nocy, i pan chce iść do fabryki? Toć doktor wyraźnie powiedział, żeby spokojnie leżeć, póki się nie zagoi. Niewielkie rzeczy, kość nienaruszona...
Stary patrzał na nią dużemi oczyma: zdawał się dopiero teraz przypominać przejścia zeszłej nocy. Przed oczyma stanął mu straszny obraz pożaru — przypomniał sobie, że ratował z innymi. Tak, był bardzo blizko... więcej nie pamiętał. Sięgnął ręką do głowy i syknął z bólu.
— Niech się też pan położy — mówiła Zagrobina.
Usłuchał.
— Wszystko... Mój Boże!...
Przez drzwi nawpół otwarte wszedł Ignaś z Franią, trzymając się za ręce. Dzieci stanęły w nogach łóżka, trwożnie spoglądając na »dziadusia«, który leżał teraz z przymkniętemi oczyma. Zagrobina mówiła prawdę: rana nie była ciężka, skóra na głowie aż do kości przecięta, ale kość nie naruszona. Rano opatrywał ją felczer, zwany »doktorem«.
— Jeżeli gorączka się nie wzmoże — mówił — no, to pewnie i nic mu nie będzie; trzeba jednak zawsze głowę okładać zimnym kompresem[1], bo się może wywiązać zapalenie mózgu... Zresztą, może do szpitala?...
Zagrobina aż się żachnęła.
— Ani myśleć o tem! Kiedy może leżeć w domu, niech leży. Toć tu mu każde posłuży...
— No, potrzeby niema...
Słotwiński, prawie nieprzytomny, całej tej rozmowy nie słyszał. Zagrobina zaraz zakrzątnęła się i wysłała dwoje starszych dzieci do znajomych, aby w domu nie hałasowały, zatrzymując przy sobie Ignasia i Franię, które większej potrzebowały opieki. Była niedziela — mogła się cała oddać pielęgnowaniu chorego. Teraz, zobaczywszy dzieci wchodzące, nakazała im palcem milczenie i siadła pod okienkiem, nizając paciorki różańca.
Nie zmówiła dwóch Zdrowaś, kiedy otworzyły się drzwi w pierwszej izbie, i rozległy się kroki kilku mężczyzn. Zerwała się zaraz z siedzenia, Słotwiński od ściany się odwrócił.
Do małej izdebki weszło czterech mężczyzn. Okopcone ich twarze piętnował jeden wyraz smutku i znużenia. Zapach dymu i spaleniznę przynieśli z sobą.
— Jak się macie?... — szepnął Słotwiński.
— Przyszliśmy, Jakóbie — mówił z nich któryś — zobaczyć, co się z wami dzieje. Taki wypadek...
— Nieszczęście, mój Tomaszu, nieszczęście...
— Oj, nieszczęście!... — wtrąciła Zagrobina. — Ale niech panowie siadają.
— Postoimy, proszę pani.
— Ale cóż znowu! toć wracacie pewnie prosto od ognia?
— A juści...
— Franiu! rusz-że się! przynieś stołek i postaw panu Dederce... Panie Ludwinku, niech pan siada... panie Srebrzyński...
— Siadajcie, moi drodzy — prosił stary.
Frania przydźwigała stołek, w końcu jakoś się wszyscy pomieścili, najmłodszy siadł na kuferku.
— Jakże wasza głowa?
— Ot boli... i boleć przestanie, ale...
— Ale was siarczyście ta cegła płatnęła...
— Ta... głupstwo: dziś — jutro się zgoi.
— Dałby Pan Bóg! a byliśmy już o was w strachu, jak poszliście pod sam ogień z tym wężem od sikawki... Jezus Marya!... zaczynają wołać: »Lać go wodą! lać go wodą!«, bo się zdało, ze wszystko się na was zapali...
— Toć tak blizko ognia nie byłem!
— Bogać tam!... Nad wami buzowało, aż strach... Skóra na mnie ścierpła, jakem patrzał, i dygotałem cały. A tu ktoś krzyknie: »Słotwińskiego zabiło!« Jezus Marya! sądny dzień, czy co?! Dyrektor klnie: »Verftuchte Teufel!... «[2], ludzie drą się, potracili głowy... myśleliśmy: już po was... a tu jak się nie ciśnie Ignac z Ludwikiem w ogień, jak dyabły jakie... minuty nie wyszło, już nieśli was na rękach...
— Dobrzy ludziska... niech Bóg im nagrodzi!...
Stary spojrzał dokoła, jakby ich szukając.
— Gdzież oni? — zapytał.
— Mówiłem, żeby zaszli do was, śpieszno im było.
Zagrobina nie pierwszy raz słyszała to opowiadanie, mimo to nie mogła łez powstrzymać, które gwałtem jej się do oczu tłoczyły.
— Jezu, mój Jezuniu!... — i wycierała nos i znowu wzdychała.
Milczenie zaległo w izdebce. Słotwiński leżał nieruchomo, patrząc na towarzyszy, którzy siedzieli teraz z pospuszczanemi głowami pod brzemieniem troski. Słotwiński zgadywał ją, nie potrzebował pytać — i jemu leżała ona na sercu.
— Cóż oni? — zapytał.
— Niby dyrektor i pan Felsenstein? — spytał Dederka.
— A tak.
— Nic. Wczoraj całą noc byli przy ogniu; nad ranem pan poszedł, dyrektor to może dwie godzin temu.
— Nic nie mówili?
— Do nas nic. Szwargotali sami coś po niemiecku i tyla. Strasznie mieli markotne miny. Pan to palił cygaro za cygarem.
— Taka strata!...
— Oj, strata! strata!... Oni stracili, ale co z nami będzie? Fabryka nieprędko stanie, tu zima za pasem, roboty nie będzie, z głodu przyjdzie umierać...
— Toć przecie, jak psom, mrzeć nam nie dadzą...
— Kto ich tam wie! Dobrego nie od nich czekać... Pamiętacie, co było ze Zgagą? Człowiekowi prawą rękę urwało, chłop do niczego się zrobił: dali mu dziesięć rubli, i ruszaj, gdzie oczy poniosą. Żona, dzieci... na dziadów wyszli.
Zagrobina westchnęła, w izdebce znów się zrobiło cicho; każdy zdawał się pytać z przerażeniem w duchu, czy go nie spotka los Zgagi.
— Myśmy właśnie przyszli — począł Ludwinek — do was wedle rady.
— Cóż ja wam poradzę?!
— Zawszeć jesteście najstarszy między nami, to może co i poradzicie... Możeby iść do pana Felsensteina i prosić, żeby nam dał jakie zajęcie. Spaliły się główne warsztaty, ale kuźnie zostały.
— Ha! może i da się co zrobić.
— Spróbować nie zawadzi.
— Juścić, toć my tylko pracować chcemy.
— Nie poszlibyście z nami, Jakóbie?
— Dobrze; kiedy trzeba, to się człek zwlecze....
— Ani myśleć, panie Słotwiński! — zawołała Zagrobina — nic z tego nie będzie... Dzisiaj niech pan leży spokojnie, zaraz okład zmienię. Póki głowa nie zagojona, z łóżka ani krokiem... Jutro...
— To jutro, moi drodzy... dziś bardzom słaby...
Ani przypuszczał Słotwiński, że nazajutrz nie będzie się mógł ruszyć. Gorączka się wzmogła, głowa bolała straszliwie, zimne okłady co chwila trzeba było zmieniać. Zagrobina cały dzień przy nim siedziała. Około południa przyszli towarzysze — nie puściła ich nawet do chorego, bo doktór, którego rano zawezwała, zabronił mu rozmowy, zapisując jakieś lekarstwo. Zagrobina uprosiła Dederkę, aby wstąpił na chwilę, wracając, i powiedział, co odpowiedziano im w »kantorze«.
We dwie godziny wszedł pocichu Dederka i skinął na nią ode drzwi. Zagrobina wyszła na palcach do pierwszej izby, żeby nie budzić starego. Już z twarzy zmiarkowała, że niedobre będą nowiny.
— I cóż? — spytała półgłosem.
— Nic — odparł i umilkł.
— Widzieliście się z nimi?
— A jakże: pan dyrektor do nas wyszedł.
— No i cóż? Mówcież prędzej!
— Cóż będę mówił?.. Powiedział, że fabryka się spaliła, więc jej niema, to i roboty być nie może, bo pan poniósł daleko większe straty, pół miliona rubli, kiedy żaden z nas nic nie stracił, bo każdy może iść do innej fabryki i tam pracować...
— Ciekawam gdzie, jak jedna fabryka w mieście!
— Tak mówił...
— A w kuźniach? Mówił, że są kowale; zresztą gadali, że w kuźniach zostaną się tylko ci, co to ich z zagranicy przywieźli...
— Pan widział się z wami?
— Nie, lokaje puścić nie chcieli. Pan kasyer tylko mówił to samo...
— A on jaki?
— Jak zawsze: polazł do kasy, bo się kantor nie spalił.
Zagrobina milczała. Nagle zagadnęła:
— Więc mówicie, że lokaje nie chcieli wpuścić?
— Juścić, gadali, że pan chory.
— Łżą!...
— Pewnie...
Chwilę porozmawiali jeszcze, w końcu Zagrobina pożegnała Dederkę.
Kiedy obudził się Słotwiński, Zagrobina, ubrana w biały, wykrochmalony czepek i odświętną chustkę, wybierała się gdzieś na miasto. Przy łóżku Jaś siedział.
— Gdzie to... pani... idzie? — pytał Słotwiński powoli.
— Mam interes, niech pan będzie spokojny. Jasiu, pamiętaj, dziecko, dać lekarstwo za pół godziny; ja niedługo wrócę.
Dobrze się już ściemniało, kiedy Zagrobina wróciła do domu; była zamyślona i chmurna. Słotwiński spał znowu.
Następnego dnia gorączka wzmogła się — Słotwiński cały dzień przespał, budził się tylko na krótko, zażywał lekarstwo i znów zasypiał. Mimo całego niepokoju, Zagrobina znowu wyszła gdzieś na miasto, zostawiając starego na opiece Jasia, i znowu powróciła zamyślona i chmurna. Pod wieczór lękano się, że zapalenie mózgu wywiąże się niewątpliwie; szczęściem nazajutrz gorączka zelżała, rana zasklepiła się, a następnego dnia Słotwiński przysiadł po południu na łóżku i bawił się z dziećmi, które obległy dokoła swojego »dziadusia« po dawnemu.
Zagrobiny nie było — od czterech dni stale wychodziła o jednej godzinie. Przez pierwsze trzy dni brała za każdym razem świeży czepek i nową chustkę; dziś wybiegła, jak stała, chustkę tylko zarzuciwszy na ramiona.
Dzieci szczebiotały ze starym, gdy nagle otwarły się drzwi i do izdebki weszła zadyszana Zagrobina. Słotwiński spojrzał na nią z przestrachem.
— Co się stało? — zawołał. — Mówcie! Znowu nieszczęście?
— Wyjechali!
— Kto... kto wyjechał?
— A któżby: p. Felsenstein!
— Toć wróci.
— Skąd!... wyjechał zagranicę, pani pojechała... Cztery dni chodziłam, prosiłam się lokajów, żeby puścili... Co dnia mi »jutro« kazali przychodzić, a dziś pan wyjechał...
— Cóżeście wy od nich chcieli?... — zapytał stary, i krzaczaste brwi zbiegły mu się pod czołem. Zagrobina spojrzała na starego; nie wiedziała, co odpowiedzieć: w tajemnicy przed starym chciała dlań coś zrobić, a teraz...
Ale brwi już się rozsunęły i przygasłe oczy łagodnie na nią patrzały: stary ją odgadł i nie pytał.


Przypisy

  1. Okładem.
  2. Przeklęty dyabeł (niem.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Mieczysław Bierzyński.