Nienawiść i miłość/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Nienawiść i miłość | |
| Wydawca | Feliks Fryze | |
| Data wyd. | 1892 | |
| Druk | Feliks Burzyński | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | Haine et amour | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
Nienawiść i Miłość
przez
KAROLA MEROUVEL’A,
tłomaczona z francuskiego przez L. J.
|
Jak drzewo ma korzenie, rzeka źródła, tak każdy wypadek ma swój początek.
Opowiadanie nasze nie będzie dramatem, lecz raczej niejako wstępem do niego.
Powód do nienawiści, mający wydać haniebne następstwa, był wielki, jak nam to wykaże treść niniejszej powieści.
Chcąc ją wyjaśnić, należy się cofnąć do najświetniejszych czasów ostatniego cesarstwa.
Zamek de Blangy-les-Vignes, położony na zachód, w okolicy lesistej, ciągnącej się siedem mil ku wi, około Beaume, należał podówczas do markiza Rolanda de Blangy-Cussey wielkiego ekscentryka i uczonego, o którym dziś jeszcze wspominają.
Rezydencyja to prawdziwie książęca.
Markiz wydawał świetny objad dla swych sąsiadów, a było to w dniu 10 sierpnia 1862 r.
Liczne i ożywione towarzystwo zabawiało się rozmową, grało w wista, uprzyjemniało sobie czas muzyką lub flirtowało w salonie.
Burgundyja to kraj szczęścia.
Pan de Blangy urodził się w niej i kochał ją tak jak wszystko co było dobrem, delikatnem i smacznem.
Lubił ogólnie to, co dogadzało zmysłom skończonego egoisty i filozofa sławnej sekty epikurejczyków: dobre urzędy, synekury z intratnymi dochodami, piękne kobiety, uczty, a przedewszystkiem pieniądze, które dopełniały, czego tylko zapragnął. Średniego wzrostu, otyły, rumiany, wesoły, a jako człowiek, któremu się dobrze wiodło, pomimo siwych lecz gęstych włosów, cerę miał świeżą, usta wypukłe, twarz uśmiechniętą. Szyja zbyt krótka, twarz mocno zaczerwieniona, znamionowały skłonność do apopleksyi.
Lecz markiz nie myślał o tem, odsuwając wszelkie trwożliwe przypuszczenia.
W sześćdziesiątym siódmym roku życia uważał się jeszcze za młodego, przepędzając czas na bezustannych rozrywkach.
Zbytecznem dodawać, że był bezżennym.
Filozofowie tego rodzaju potępiają małżeństwo i jego kajdany.
A jednak, pomimo to, markiz de Blangy był obarczony dziećmi, na co się często użalał.
Pan de Blangy miał młodszą siostrę; ta znudzona panieństwem, poślubiła w trzydziestym roku życia szlachcica, ziemianina z okolic Conlanges-la-Vineuse, nazwiskiem rodzinnem Boutrais, zwanego pospolicie panem Valencourt od dóbr jakie posiadał.
Ów pan Valencourt dążący za prądem czasu, zastosował postępową uprawę ziemi w swoim majątku tak nieszczęśliwie, iż ta go doprowadziła do ruiny, następstwem czego troski i zgryzoty otworzyły mu grób przedwcześnie.
Żona nie o wiele dłużej przeżyła męża, osierociwszy dwóch synów, poleconych opiece brata.
Wskutek nieświetnych interesów ojca, synowie otrzymali resztki mienia, przynoszące po dziesięć tysięcy franków renty dla każdego.
Markizowi przeciwnie dziwnie się we wszystkiem szczęściło. Senator, dobrze widziany na dworze, poważany przez wybitniejsze osobistości, szybko powiększał swoją ojcowiznę.
Pozostawszy na czele rodziny, chciał zostać srogim, nie będąc w gruncie tak złym, jakim się chciał okazać.
Jeżeli więc jego siostrzeńcy, których w przystępie dobrego humoru nazywał Butrynami albo panami Valencourt, nie znaleźli w nim troskliwego ojca, zdolnego im poświęcać wiele czasu i starań, to przynajmniej, nie opuszczał ich.
W r. 1862 Franciszek i Filip Valencourt, jak zwykle ich nazywano, byli dorosłymi mężczyznami. Jeden 27 lat, drugi 24 — niepodobnymi do siebie, ani pod względem fizycznym, a tem więcej moralnym.
Filip, młodszy, był to piękny brunet, silnej budowy, tryskający zdrowiem, żywy i niepowściągliwy. Jego włos obfity i ciemny zawstydzał niejako rzadkie i żółte włosy starszego; jego cera gorąca i krwista, czyniła, bez porównania bledszą cerę drugiego, bladego z odcieniem żółci, zebranej na powłoce skóry; jego oblicze szczere i serdeczne z nosem prostym, ustami szkarłatnemi, pięknymi zębami, z rękoma wyciągniętemi zarówno do wieśniaka, jak i ludzi odpowiednich swej pozycyi towarzyskiej, zjednywało mu tyle sympatyi, ile przeciwnie usta zaciśnięte, czoło zmarszczone, nos spiczasty, spojrzenie ponure i unikające Franciszka, wzbudzały nieufność, wprost odpychały od niego. Wytworny w obejściu, wysoce grzeczny lecz chłodny, Franciszek Valencourt nie dawał powodu do krytyki, ale też i nikt by się przed nim nie użalił, w obawie, aby nie był zgromionym.
W zebraniu, nadto owego wieczora spostrzegamy wiotką, młodą dziewczynę, o włosach kasztanowatych, cerze brunetki, oczach błyszczących pod gęstemi brwiami, ładną, czyli raczej pociągającą, pomimo niezbyt regularnych rysów z noskiem zadartym, ustami trochę może za szerokiemi — przechodzącą z jednej grupy do drugiej ze śmiałością i pewnością znamionującemi osobę mającą uznanie w domu, wyróżnianą przez gości, niespuszczaną z oka przez markiza, którego zdawała się być dzieckiem rozpieszczonem.
Jego córka? Nie... Tylko jego wychowanica. Panna Ludwika de Chambeyre była sierotą, córką vice hrabiego de Chambeyre, serdecznego przyjaciela senatora.
Ludzie wtajemniczeni utrzymywali, że jej majątek dochodził do dwóch milijonów...
O majątku markiza de Blangy, mówiono, że renta roczna wynosi więcej niż trzy milijony franków.
Markiz przecież był bogatszym niż przypuszczano... Siostrzeńcy też jego, powinniby byli, podług wszelkiego prawdopodobieństwa, odziedziczyć wielki majątek, lecz wujowi podobnego charakteru rozsądniej było, niedowierzać.
Nie było tygodnia, w którymby nie powtarzał obudwom młodym ludziom, żeby liczyli tylko na siebie samych, gdyż on rozporządzi swem mieniem podług własnej chęci.
Kiedy markiz czynił te napomnienia, Filip Valencourt, śmiał się szczerze, bezinteresowny w kwestyjach pieniężnych.
Franciszek naśladował go, lecz uśmiech jego był fałszywy, żółciowy, jak jego cera.
Majątek wuja leżał mu na sercu.
Pieniądz to jego bożyszcze...
W interesach też przeważnie poznajemy charakter... Markiz de Blangy, siedząc w dużym fotelu przed stołem gry, od którego dopiero co się oddalili jego partnerzy, przywołał swą wychowanicę.
— A więc? zapytał tonem ojcowskim. Twoja odpowiedź?
— Jeszcze nie...
— Czegóż więc chcesz?
— Namyślić się...
W tejże samej chwili, wysoki, młody człowiek zbliżył się do kółka utworzonego przez senatora i jego wychowanicę, mówiąc pół głosem do starca:
— Proszę wuja o pozwolenia oddalenia się.
— Już?
— Jedenasta godzina!
Był to Filip Valencourt. Wuj spojrzał srogo, źle pokrywając skrytą czułość i odpowiedział:
— Możesz nas pan opuścić. Nie dopytując się o życie, jakie prowadzisz, ale jeżeli się zdarzają niedorzeczności, na które zamykam oczy, to są głupstwa, których nie będę tolerować... Uważasz, com powiedział?
— Jakto mój wuju?
Markiz pociągnął go silniej ku sobie i rzekł cicho:
— Naprzykład, głupie ożenienie się.
Potem, odsunąwszy się powiedział ostro:
— Dobrej głowie dość na słowie. Idź!
Filip Valencourt pokraśniał jak wiśnia, a opuściwszy głowę, oddalił się. Nagle jednak poczuł maleńką rączkę na swem ramieniu, i wypowiedziane ozięble:
— Potrzebuję pomówić.... natychmiast.
Ton był rozkazujący. Filip podniósł głowę. Twarz Ludwiki de Chambeyre bardzo blada ze wzruszenia, którego nie mogła pokonać, sprawiła na nim silne wrażenie, połączone z pewną obawą.
Widocznie przeczuwał jakieś zwierzenie i lękał się go. Poprowadziła go do fortepianu okrytego w większej połowie, grubą japońską materyją, a siadając na taborecie zaczęła przygrywać pół głosem, podczas gdy Filip z miną znudzonego i niezadowolonego, oparł się o poręcz fotela o dwa kroki od niej.
Nie przestając grać, jak gdyby w melodramacie, akompaniując sobie zaledwie, rzekła:
— Czy wiesz, proponują mi zamążpójście.
— Już!
— Mój opiekun mówi, że mam lat 20 i że czas o tem pomyśleć.
— Jeżeli tak mówi, on, który ma tyle doświadczenia, musi mieć racyją. Usłuchaj go. Jesteś bogata, kochana Ludwiko. Panny, takie jak ty, nie dojrzewają w panieństwie.
— To właśnie o czem myślał twój brat...
— Franciszek!
— On. O czem myślisz?
— Ja? spytał młody człowiek.
— Może marzysz o wycieczkach nocnych jakie odbywasz...
— O wycieczkach? wymówił niewyraźnie zmięszany.
Dokończyła ozięble.
— Od niejakiego czasu...
— Jesteś tego pewną?
— Zupełnie.
Po tej zaczepce, Filip Valeucourt okazał zdziwienie, lecz prędko przyszedł do siebie i tonem najspokojniejszym, odpowiedział dobitnie:
— A więc bezwiednie staję się lunatykiem.
— Bez głupich żartów... sprawa jest poważną.
Filip ustąpił i rzekł:
— Jesteś bardzo zdenerwowaną dzisiejszego wieczora..
Mów. Słucham cię... Powiadasz...
— Że twój brat umizga się do mojego posagu.
— O! odpowiedział Filip zgorszony, chciałaś powiedzieć, do twojej młodości Ludwiko, do twych wdzięków, ogólnie do twej osoby.
Wzruszyła ramionami i uderzyła kilka akordów z taką siłą że aż brzękły struny fortepianu.
— Znam Franciszka, powiedziała. Jest to serce obojętne, oschłe jak zarośla z Motte-Rouge.
Była to miejscowość najnieurodzajniejsza i najniewdzięczniejsza z całego kantonu, istny lodowiec...
— Franciszek przysięga na swych wielkich bogów, że mnie uwielbia, ale czyż on jest zdolnym kochać co innego nad pieniądz, który jest jego bóstwem...
— Oczerniasz go.
— Niechaj i tak będzie!
— Zapewniam cię, że go źle sądzisz...
— Bronić go, to jest być dobrym bratem, ale...
— Bądź szlachetniejszą... Lituj się nad tym biednym Franciszkiem... Zgódź się na to, czego on tak pragnie, oczekuje z niecierpliwością...
Palce młodej dziewczyny pozostawały nieruchome na klawiszach.
— Ty mi to radzisz, ty! zawołała.
— Bez wątpienia.
— Ty! ty! ty! powtarzała z wzrastającym niepokojem.
— Cóż to tak nadzwyczajnego! Czyż nie jestem bratem Franciszka, prawie i twoim? Czyż niepowinienem pragnąć jego szczęścia!
— A z mojego nic sobie nie robisz?
— Jesteś srogą, ale niesprawiedliwą.
— Sądzę, że przymiotom serca i rozumu Franciszka, dajesz pierwszeństwo nad innemi, trochę więc rozsądku z twej strony, a będziesz zupełnie szczęśliwą, zostając jego żoną.
Potrząsnęła głową kilka razy, zacisnęła usta, pierś jej podnosiła się pod wpływem wzruszenia.
— Co ci jest? zapytał młody człowiek z niezmienną cierpliwością. Nigdy cię jeszcze takiej nie widziałem.
— Dosyć, odpowiedziała głosem stłumionym, ranisz mię do głębi duszy, radząc mi poślubić Franciszka, którego nienawidzę... Nigdy ci nie zapomnę tej przykrości, którąś mi wyrządził w tej chwili.
— Ludwiko... mówił, próbując powstrzymać ją.
— Słuchaj uważnie! nie mogę kochać twojego brata, najpierw, że mi jest wstrętnym, a w rzeczywistości...
— Ludwiko... przerwał.
— Nie mogę go kochać przedewszystkiem dla tego, bo kocham innego.
Oczekiwała zapytania... lecz napróżno.
— Ten jednak jest zajęty kim innym. Nie wiem. Jego serce oddane drugiej, dla mnie jest zamkniętem. To jeden jedyny, który zwrócił moją uwagę, jeden któregobym pragnęła posiąść. Dziś rano, miałam jeszcze nadzieję... słabą... lecz jeszcze nie rozpaczałam. Teraz wszystko skończone. Tyle bym go była kochała, gdyby chciał, ile...
Nie dokończyła. Usta jej drżały.
Filip wstał.
— Uważaj... zwrócono na nas uwagę.
— Wszystko mi jedno, czyż nie dosyć powiedziałam?... Do jutra, Filipie.
Wziął jej rękę i przycisnął do ust.
— Jutro! odpowiedział.
W pięć minut potem wychodził z zamku, oddalając wspomnienia jak przykre mary, a zapalając cygaro nucił zwrotkę śpiewki francuskiej:
Przestajesz mnie kochać, jam znów przy tobie.
Doszedłszy do stajni, uderzył po ramieniu służącego, krępego, o rudych włosach, który nań czekał, wyciągnięty na wiązce słomy, przy latarni, pod daszkiem.
— To pan, panie Filipie? — zapytał służący.
— Ja. Koń, czy gotów?
— Osiodłany. Gdybym śmiał...
— No co?
— Powiedziałbym...
— Powiedziałbyś mi, Josonie?...
— ...Że lepiej by pan zrobił, gdyby wybrał inne godziny dla obiegania lasu...
— Dlaczegóż to?
— Widzieli pana jadącego ze strony Bellemaru.
— Kto taki?
— Ten i ów... Paplą już o tem. Udaję, że nie uważam, co mówią... Ale słucham... Pułkownik rozgniewany i z bronią nabitą na ludzi de Blangy... Gdyby się czegoś domyślili.
— To nic, Josonie, mój przyjaciela, to nic. Nie obawiaj się. Ty tu zostaniesz.
— Spać będę do pana powrotu.
— Dobrze.
Służący Filipa Valencourt’a dobrze mu radził.
Służący ten, byłto waleczny żołnierz, przywieziony z Dijon‘u, gdy skończył służbę u znajomego mu kapitana, przyjaciela Filipa Valacourt’a, który mu powiedział:
— Jeżeli potrzebujesz służącego, weź go. Nigdy nie znajdziesz lepszego...
I w istocie tak było. Wojsko – to rodzina, w którem się wzajem poznają. Joson Kerhoël był podrzutkiem z Morbihan’u.
Bretończyk, milczący jak kamień, waleczny jak lew i wierny, jak pies.
Od dwóch lat pozostawszy jedynym służącym młodego pana, Joson Kerhoël przywiązał się namiętnie do niego. Filip Valencourt, nie zwracając uwagi na jego rady, pojechał, ścieżkami lasu, zalegającego okolicę.
Duży kuc szedł kłusem przez dobrą godzinę.
Był z tych, co się oszczędzał, by dłużej wytrwać.
O północy sam zatrzymał się przy skraju gęstych krzaków bukowych, zdobiących pagórek, zwany w kantonie Butte-aux-laies, pewnie na pamiątkę rodziny dzików, która się tam osiedliła.
Tam jeździec zsiadł z konia.
Wdali wszystko było ciemne.
Małe tylko światełko błyszczało w głębi doliny, pomiędzy dwoma zarosłymi pagórkami.
Serce młodego człowieka silniej zabiło.
Oczekiwano go. To światło było celem jego wycieczki.
Przywiązał spokojne zwierzę do pnia zrąbanego drzewa i w kwadrans później przybył do małego parku, otoczonego ze wszystkich stron płotem z cierni i grabiny.
W środku stał skromny domek, którego białość odbijała na ciemnem tle gęstych krzaków i ulicy sadu winem i drzewami wiśniowemi wysadzonej.
Światło przewodniczące nocnemu podróżnikowi, nie ukrywało się w tym domu, lecz w pawilonie, odosobnionym, zbudowanym przy skraju posiadłości otoczonej murem.
Miejsce to zwano Bellemare.
Właściciel tej posiadłości, podobnej więcej do plebanii wiejskiej był to pułkownik pochodzenia korsykańskiego, pobierający pensyją za nieskończoną służbę bo miał dopiero pięćdziesiąt pięć lat lecz chwalebny dokument swych zasług.
Słowa markiza de Blangy, wypowiedziane siostrzeńcowi: „Te niedorzeczności, których nie będę tolerował, n p. to głupie małżeństwo!“ — mogły się zdawać niezrozumiałe. Lecz wuj miał powód ich wypowiedzenia, z powodu ludzkich gawęd, dochodzących uszu bogatego starca.
Jeżeli Joson Kerhoël przestrzegał swego pana, że już mówią o tem w zamku, nie było to bez powodu.
Stróże spotkali go błądzącego o koło około Bellemar’u, zamieszczonego w regestrze kasztelana de Blangy, a będącego własnością pana Stefani.
Pułkownik Stefani i markiz przedstawiali dwa przeciwne żywioły: ogień i wodę.
Nienawidzili się na zabój. Nienawiść ta datowała się oddawna.
W czem leżał jej początek nikt nie umiał wytłomaczyć.
Otrzymawszy nędzną ojcowiznę około Sarten’u, pułkownik Stefani podczas.
swego pobytu w Dijon’ie, ożenił się z miłości.
Żona jego, Burgundka, wniosła mu w posagu mały folwarczek, otoczony, gruntami markıza i domek, w którym się osiedlił.
Wkrótce wszczęły się sprzeczki i procesy między dwoma sąsiadami. Kłótnie o granice powtarzały się często. Nakoniec wskutek wielkich kosztów i krzywd, jakie na pułkownika spadały, zrujnowany prawie do ostatka, został zmuszony sprzedać za niską cenę folwark, stanowiący jedyny dochód przy niewielkiej pensyjce.
Bolesna to była rana dla pułkownika.
Charakter jego, i tak już zgryźliwy i dziki, zgorzkniał jeszcze, gdy za lat kilka spadło nań nowe nieszczęście. Stracił ukochaną żonę.
Od tego czasu przy każdej sposobności żalił się na swego przeciwnika, uważając go za sprawcę swoich nieszczęść.
Markiz też powodowany nieprzyjaźnią, pochodzącą z różnicy charakterów mając wielkie wpływy w Paryżu przedstawił pułkownika jako partyzanta, wywołanego z kraju — w czem nie było może i fałszu, doprowadził do tego, że pułkownik rozjątrzony niesprawiedliwością swoich zwierzchników i nadużyciem prawa, którego się czuł ofiarą, prosił o uwolnienie wtedy, kiedy mógł jeszcze liczyć na długie lata zasług i legalnego awansu.
W 52 roku życia wdowiec, mając tylko córkę w wieku, odpowiednim do zamążpójścia, a nie mogąc jej dać nawet najskromniejszej wyprawy, odpowiedniej swemu stanowisku rozgoryczony nieszczęściami, przepełniony żółcią, znękany daremną żądzą pomszczenia się na swym zaciętym nieprzyjacielu, usunął się od ludzi oczekując godziny odwetu.
Lecz ta nie nadchodziła.
Nawet byłby mógł żyć spokojnie w swej szczupłej własności, z pól í ogrodów, ze swej własnej emerytury, z córką i dwoma służącymi wieśniakami, gdyby nie nienawiść, tłocząca serce z powodu kłótni i żal za straconem stanowiskiem
Żal ten przechodził w stan monomanii, skoncentrował się na śmiertelnej odrazie do markiza i wszystkiego, co go tyczyło zdaleka lub zbliska, Był to jad, który coraz bardziej wpijał się w żyły nieszczęśliwego, i truł go ciągle.
Pułkownik rzucał się w swojej siedzibie, jak lew w klatce, ze wzrokiem utkwionym na pagórki, zakrywające zamek markiza.
Nic nie mogło go oderwać od tej nienawiści.
Jedyna córka jego, Magdalena, napróżno próbowała zagoić nieuleczalną ranę.
Jeżeli kto mógłby tego dokazać, to bezwątpienia tylko to piękne dwudziestoletnie dziewczę, świeże jak róża. Wysoka i zwinna, zdawała się wyrzeźbiona z najczystszego marmuru, zawsze uśmiechnięta i pociągająca, jak gracyja wcielona.
Była prześliczną blondynką; a cudowne promienie włosów, spadały na czoło niskie, jak u greckich posągów; — lśniącej białości zęby odkrywały usta, trochę za grube, ale czerwone, jak wino z pagórków okolicy.
Usuwając się do Bellemare, w otoczeniu tylko lasów, pułkownik Stefani skazywał swą córkę na niebezpieczne zamknięcie u dziecka żadnego rozrywki i nieznanej roskoszy, do której dusza ognista rwała się siłą młodości i gorącego temperamentu. Niespodzianka ta miała się zjawić ze strony, skąd ojciec jej najmniej się spodziewał.
W przepysznym zamku de Blangy, istota również młoda, i namiętna nudziła się w przepychu bogactwa, tak jak córka oficera w pustelniczej samotności.
Byłto Filip Valencourt.
Senator żądał posłuszeństwa, a uległość ta stawała się ciężarem.
Nie to jednak przestraszało Filipa, ale młody człowiek, wbrew swej wrodzonej odwadze i szczerości charakteru, obawiał się zbytecznej obrazy dumy tego starca, dla którego żywił prawdziwe uczucie.
Szukał zadowolenia naturalnej potrzeby swobody, nie opuszczał też najmniejszej sposobności, aby pobujać bez przeszkody po polach i lasach okolicznych, na swym karym kucu darowanym mu przez woja.
Co się stać miało, stało się podczas jednej z takich wycieczek.
W piękny wieczór wiosenny Filip Valencourt spostrzegł, w pewnej odległości od Bellemare, młodą dziewczynę, marzącą w cieniu, z główką, okrytą szerokim słomianym kapeluszem. Zbliżył się. Na szczęk podków kuca po kamykach ścieżynki, wyprostowała się spojrzała i zdała mu się być zachwycającą. Często cała przyszłość zależy od jednego spojrzenia. Jedno spojrzenie Magdaleny stanowiło o losach ich obojga.
Na wsi znajdzie się zawsze pozór do rozpoczęcia rozmowy, choćby tylko zapytaniem o drogę.
Dwoje młodych ludzi zaczęło rozmowę. Ptaszyny krzewin burgundzkich, przysłuchiwały się dźwięcznym ich głosom, świeżym i harmonijnym.
Dowiedziawszy się, że miała przed sobą siostrzeńca markiza de Blangy, Magdalena wydała okrzyk obawy.
— Przestraszam panią? — zapytał łagodnie.
— O! nie panie, lecz gdyby mój ojciec wiedział...
— Mówią, że nienawidzi mego wuja.
— Musi mieć do tego powody...
— Czyżby miały być i między nami?
Nie, nie istniały. Magdalena i Filip powiedzieli sobie spojrzeniem, że były między nimi, młodymi i pięknymi tylko powody do przyjaźni, do miłości.
Wkrótce starali się przekonać o tem.
W kilka dni znów się spotkali i niedługo potem zauważyli, że słowa niedostatecznemi były dla wyrażenia wspólnych, ich uczuć.
Zaczęli pisywać do siebie.
Spróchniały dąb służył im za skrzynkę do listów, jeżeli przypadkiem jakaś niespodziewana okoliczność niepozwalała im się zobaczyć.
Magnes jakiś ciągnął ich do miejsca, gdzie się poraz pierwszy poznali.
Magdalena spędzała tam całe godziny.
Czarny kuc sam już szedł tą drogą.
Nakoniec pewnego dnia pułkownik został wezwany w ważnych interesach do Dijou’n, gdzie zabawił dni kilka.
W piękną pogodną letnią noc, jedną z tych ciepłych nocy, skąpanych w bladym świetle księżyca, które są przeznaczone dla miłości chyba. Filip przesadził po raz pierwszy płotek, wiodący do domku białego i wszedł do pawilonu Magdaleny, niewinnej jeszcze, oczekującej go z bijącem sercom.
Pozostali tak do rana.
Gdy wyszedł wraz z jutrzenką, była już jego kochanką, ale jej przysiągł, że zostanie jego żoną i jedyną jego miłością.
Filip uśpił ją swemi obietnicami upoił przysięgami, zwyciężył proźbami. W chwilę później wychodziła sama z pustego pawilonu, z rumieńcem na czole, z trwogą w duszy.
Dla pułkownika dostatecznym był powód do gniewu! gdyby nawet śmiała ukłonić się komukolwiek, pochodzącemu z przeklętego domu de Blangy.
A teraz...
Dwoje kochanków cieszyło się nadzieją pogodzenia zaprzysiężonej nieprzyjaźni i połączenia dwóch zaciętych przeciwników.
Lecz gdy po długich wahaniach, Magdalena odważyła się wymówić w obecności ojca imię Filipa Valencourt’a ten posiniał na twarzy.
— Gdybym przeczuł, że przemówisz choćby jedno słowo do tych bandytów, wypędziłbym cię stąd i nie pragnąłbym więcej w życiu zobaczyć!..
Nieszczęśliwe dziecko ukryło tajemnice w głębi duszy.
Tegoż samego dnia przy objedzie w Blangy na którym było kilka sąsiadów Filip w zapale swej bezgranicznej namiętności powiedział do wuja:
— Zgadnij wuju, kogo dopiero co spotkałem?
— Gdzież to?
— W lesie, ze strony Bellemare.
— Kogóżby tam można spotkać?
— Kobietę...
— Pewno strzegącą kóz?
— Prześliczną młodą dziewczynę.
— Jak się nazywa?
— Panna Stefani.
Markiz zmierzył śmiałka jednym rzutem oka, zdolnym do zagrzebania go w ziemię.
— Jestto nazwisko, którego ci zakazuję wymawiać kiedykolwiek — zawołał wzburzony wspomnieniami obelg, któremi go pojono.
A tracąc swój takt naturalny, dodał:
— To ostatni hultaj, ten pułkownik Stefani.
Tak się rzecz miała.
W cztery miesiące później, wiosna przeszła, lato ustępowało jesieni. Magdalena i Filip znów podczas nocy zaszli się w tej niebezpiecznej kryjówce, gdzie młoda dziewczyna po raz pierwszy oddała się mu w zachwycie miłości, temu, którego kochała nad życie, nad honor nawet.
W wigiliją Filip nie mógł się z nią zobaczyć, lecz znalazł w wydrążeniu dębu karteczkę o czterech wierszach pisanych drżącą ręką:
„Przyjdź jutro w nocy. Pragnę cię zobaczyć i oznajmić nowinę, która jest zarazem moją rozpaczą i radością:
Twoja biedna Magdalena.
Kiedy młody człowiek, przybył do progu małego pawilonu, Magdalena już go oczekiwała.
Wąskie okienko, obrosłe hordoniem i polną różą, otworzyło się, a blada twarz dziewczyny wychyliła się na ścieżkę.
— Filipie — mówiła drżącym głosem.
— Magdaleno.
Okno było niskie.
W zapale miłości, młody człowiek byłby przeskoczył wieżę.
W dwie sekundy a kochankowie byli już w swych objęciach.
Nie będziemy ich potępiać.
Cóż na to za rada! Był to szal młodości, namiętność nie rezonująca, ale przeparty pociąg dwóch dusz, dążących do siebie, smutny wynik nieprzyjaźni, której nie byli przyczyną, a na nich spadła wina.
Świeca, przyćmiona abażurem słabo przyświecała tej scenie.
Skrytka, w której się znajdowali zakochani była oddalona od domu zaledwie na setkę metrów. Dochodzono do niej przez aleję z leszczyny i innych krzewów.
W ogrodzie panowała zupełna ciemność.
Jedyne światło gwiazd rozsiewało wątpliwą jasność chociaż z poza drzew najbystrzejsze oko nicby nie mogło dostrzec.
W tejże chwili czyjeś kroki skryte dały się słyszeć na opadniętych zeschłych liściach.
Myśliwy na czatach byłby je zalewie dosłyszał.
Filip jeszcze trzymał głowę kochanki w swych objęciach, zdziwiony łzami, spływającemi z jej ócz, nie zdając sobie sprawy z jej zmieszania.
Nic nie słyszał.
Zresztą ten odgłos niepojęty ustal natychmiast.
Dla lepszego zrozumienia sceny, która miala nastąpić, trzeba poznać miejsce, gdzie się odbywała. Pawilon, w którym znajdowało się dwoje młodych ludzi było jedno z tych schronień wiejskich, jakie budują sobie czynszownicy, aby wypocząć w chwilach zmęczenia.
Pułkownik Stefani, ponury, prawie dziki spędzał prawie cały swój czas w tym kiosku pierwotnej konstrukcyi.
Umeblowanie było skromne.
Dwa krzesła trzcinowe, szeroka kanapa, na której kładł się po objedzie i stół na drobne rzeczy, jako to: gazety, książki, broń, i pudełko z cygarami.
Nie było okiennic.
To, co ta chatka zawierała, nie kusiło złodziei. Zresztą nie nawiedzają oni okolic spokojnych, gdzie wino i las stanowią bogactwo tych, co uprawiają ziemię, dającą im jakie takie utrzymanie. Zmięszanie młodej dziewczyny było tak widocznem, że to uderzyło jej kochanka.
— Co ci jest? — zapytał, trzymając jej ręce w swoich i patrząc jej w oczy, pełne czułości.
Uśmiech smutny i łagodny przeszedł po zmienionych rysach kochanki.
— Czyż potrzebuję ci to mówić? — wyszeptała.
Zrozumiał, a jedno słowo wyrwało się z ust jego:
— Matka!
Magdalena schyliła głowę i gwałtowny rumieniec okrył jej twarz.
Jednocześnie strumień łez popłynął z jej oczu.
Filip wziął ją w swe objęcia i w uniesieniu miłości przycisnął do siebie.
— A więc — szeptał — dziś podwójnie do mnie należysz. Nic nas nie może rozłączyć. Czego płaczesz?... Uwielbiam cię!
— Zastanów się!
— Nad czem?
— Jesteśmy zgubieni. To dziecię — to miłość, ale także i hańba! Wstyd dla mnie... dla mojego ojca.
— Powiem mu wszystko... Wyznam mu naszą miłość, nasze projekty, nasze przyrzeczenia...
— Czyżeś ty nie moją żoną przed Bogiem? Czyż powątpiewasz o mnie?
— Nie, ja także kocham cię, Filipie, jak nie można więcej, ale ty nie znasz mojego ojca.. Co chcesz? To szaleństwo. Próbowałam rozpocząć rozmowę w tej kwestyi. Sama nazwa de Blangy oburza go i wprowadza w wściekłość. On, tak łagodny w każdem zdarzeniu, tak dobry, bezinteresowny, zapomina, o wszystkiem, gdy jest wzmianka nawet tycząca się markiza... A przecież musi nadejść dzień, w którym nie będziemy mogli nic ukryć...
— Cóż to szkodzi! Abym cię tylko posiadał, a przyszłość będzie powabną. Nie jestem bogatym lecz wystarczy nam, aby żyć niezależnie i swobodnie, szczęśliwi jedno z drugiego gdzie w głębi kraju, w Bretanii n p.... Uciekniemy...
— Niepodobieństwo... Ty zależysz od markiza. On się tobą zaopiekował. Wychował cię... Ma prawo do twej wdzięczności. A gdybyś nawet zapomniał o nim pomyśl jeszcze o mym ojcu o mnie; mój ojciec już i tak nieszczęśliwy, tak zrospaczony zgryziony... Byłby to cios, straszniejszy od innych. Obowiązek wzbrania mi opuścić go o ile będę mogła mieszkać przy nim... tem zniosę błąd mej słabości...
— Lecz w tedy co zrobić?..
— Nic... czekać... Chciałam, żebyś o tem wiedział... Teraz namyśl się... Poszukamy sposobu... Może jest jaki. Mamy czas jeszcze...
Zadrżała.
— To straszne — wyszeptała. Odkąd przekonałam się o rzeczywistości, jestem cała wzburzona. Zapomniałam o wszystkiem myśląc tylko o tobie... Łudziłam się zwodniczą nadzieją. Mówiłam sobie, że przyszłość jest długa i obdarzy nas dniami spokoju... że zwalczemy przeszkody... A później, prawda nie myślałam o niczem... bo byłam szaloną, odrętwiałą w upojeniu... dzisiaj obawiam się.
Filip chciał ją uspokoić.
Pocieszał wyrazami najpieszczotliwszymi, jakie kochanek znajduje dla ukojenia ukochanej kobiety.
— Boję się — powtarzała. Mój ojciec domyśla się, jestem pewną. Zmienił się do niepoznania. Zaledwie się do mnie odzywa. Błądzi, przechadza się całemi godzinami po ogrodzie, siada na ławce, z głową wspartą na rękach, ponury, smutny. A przecież nie miałby innego powodu do smutku, o którymbym nie wiedziała. Oprócz Wincentego Arbaud, krewnego mej matki, który mieszka dwadzieścia mil stąd z drugiej strony Dijon’u, nie mamy więcej krewnych, a więc żadnej nadziei.
Smutny nastrój może tylko pochodzić z przypuszczeń. Mam do ciebie jedną proźbę..
— Mów. Jaką?
— Dla mnie, dla niego, Filipie musimy zaprzestać się widywać.
— Niepodobieństwo.
— Kilka dni... może kilka tygodni.
— Nie!
— Trzeba, mówię ci. Teraz wszystko wiesz, zobaczysz... Poszukasz sposobu ocalenia.
— Jest tylko jeden.
— Jaki?
— Poślubię cię.
Przysunął ją ruchem gwałtownym, ujmując w pół, zaczął głosem drżącym, przenikającym do serca młodej dziewczyny:
— Co mówisz o hańbie? Gdyby miłość była występkiem, czyżby ją Bóg wszechmocny wlał w nasze serca. Czy myśmy przyczyną nienawiści tamtych? Odmówić widzenia się, byłoby wyrzec się roskoszy, miłości, na koniec życia. Czyż mógłbym się obejść bez ciebie? Od pierwszego twego spojrzenia, od chwili, gdym usłyszał pierwsze twoje słowa, miłość zawitała do serca mojego, jak śpiew ptaszyny, życie moje oświeciło nowe słońce. Tyś stała się moim celem, a dopiąwszy go nie mogę się od niego oddalić. O naszem połączeniu będę wszędzie głosił, przed nikim go nie skryję. Należysz do mnie i będziesz moją, żeby nie wiem co stać się miało.
— Czyś ty oszalał?
— Niechaj i tak będzie, oszalałem ale z miłości dla ciebie, z pragnienia i radości. Jesteś mą duszą, moim majątkiem, życiem mojem. Co mnie reszta obchodzi.
— Zastanów się.
— Nad czem?
— Dziecię, które się narodzi, chcesz wskazać na wzgardę ojca mego, pozbawić je opieki twego wuja? Markiz nigdyby ci nie przebaczył nieposłuszeństwa swym rozkazom. On, milijoner de Blangy jest również hardy, jak biedny samotnik, któremu zamknięto karjerę, zraniono serce, obrażono dumę.
Filip przerwał żywo:
— Pozostaw innych. O tobie teraz trzeba myślić; o twym honorze, spokoju i wypoczynku.
Magdalena położyła mu rękę na ustach.
— Słuchaj jeszcze, błagała. O
wszystko się pokuszę, co będzie można zrobić z mym ojcem... potrosze, wolno... Ty, z twej strony, postarasz się to samo uczynić z markizem... Jeżeli nam się nie uda, nie będziemy sobie mieli nic do wyrzucenia.
— A wtedy?
— Wtedy, będę ci posłuszną... Co mi rozkażesz, zrobię... Uciekniemy, jeżeli będziesz chciał, odmówiemy sobie wszystkiego... ale jeszcze nie teraz... wierz mi!... Kto wie czy nasze usiłowania nie będą uwieńczone pomyślnym skutkiem!
Patrzyła na niego załzawionemi oczami.
— Chcesz? — zapytała.
— Czy masz nadzieję?
Powtarzał, lecz bez przekonania.
— Kto wie?
— Kiedy sobie tego życzysz, będę czekał, pamiętaj tylko, że jeżeli cię wszyscy opuszczą, ja ci zostaję, jeżeli oni tobą pogardzą, ja cię szanuję, jeżeli cię znienawidzą, ja cię uwielbiam.
I jakby na potwierdzenie słów swoich uścisnął ją serdecznie.
— Rozejdźmy się, Filipie — błagała.
— Jeszcze nie.
— Drżę.
— Dlaczego?
— Nie umiem ci powiedzieć.
— Dziecko!
— Czy nie wierzysz w przeczucia?
Potrząsnął głową przecząc i zawołał:
— Przywidzenia!
— Ja pewną jestem, że nam grozi nieszczęście.
Wyrwała się szybko z jego objęcia i odwróciła do okna, wychodzącego na ogród.
— Co ci jest? spytał.
Wskazała palcem na aleję, prowadzącą do domu.
— Tam — rzekła, zdawało mi się, że go słyszę...
— Złudzenie!
— Czyżby to on był?
— Pułkownik?
— Tak, co za wstyd. Odejdź, błagam cię.
Pobiegł na ścieżkę, z za krzaków winnej latorośli i powoi, podsłuchiwał, co się działo w mieszkaniu, otoczonem murem.
Dom zdawał się być w uśpieniu.
Okiennice opuszczone nie przepuszczały żadnego światła.
Bystry wzrok zakochanego nic nie dostrzegł.
— Próżna obawa! wyrzekł do swej kochanki, bladej ze wzruszenia.
— Przecież przypuszczałam...
— Omyłka.
Noc była spokojna. Na pogodnem niebie, świeciły gwiazdy. Miła woń powietrza owiewała dwoje kochających się, zachwyconych sobą.
Powoli Magdalena przestała się trwożyć.
Dała się przekonać temu, którego kochała bez granic. Minuty upływały niepostrzeżenie jedne za drugiemi w upojenia dwóch istot, stworzonych do miłości i wyznających ją sobie wzajemnie.
Godzina przeszła, jak sen.
Młoda dziewczyna zasnęła w tem uniesieniu, pod wpływem którego zapomina się o całym świecie.
Nagle zerwała się, zelektryzowana jakimś odgłosem. Hałas, który się dał słyszeć, doszedł i jego uszu, oddalał się, potem słychać było, jakby zamykające się drzwi z wielką ostrożnością.
Magdalena podbiegła do okna, przy którym usiadł jej kochanek, Z sercem ściśniętem, zobaczyła światło w ojca pokoju.
— Ah! jęknęła, jestem zgubiona! On wie wszystko. Jak złagodzić gniew jego?
Niebyło już wątpliwości.
— Co robić?
Trwoga ich niedługo trwała.
Filip postąpił, jak wypadało na człowieka honoru! Napisał dwa wiersze, w których prosił pułkownika o rękę córki.
Szczera miłość jest naszą wymówką — pisał.
Jeżeliśmy popełnili błąd, pozwól nam go naprawić...
W chwili, gdy kreślił tę proźbę, pióro wypadło ma z ręki.
Dał się słyszeć wystrzał.
Magdalena wydała okrzyk rozpaczliwy.
— Zabił się!
Rzuciła się do domu, odpychając kochanka, który biegł za nią.
— Uciekaj — nakazała, gubisz mnie!
Straszny widok ją czekał.
Nim służący, przebudzeni z głębokiego snu, mogli spostrzec jej nieobecność i wejść do pokoju ojca, ona już tam była.
Pułkownik leżał na łóżka w ubraniu, przy świetle lampy, postawionej na stole, z piersią, przeszytą kulą, ręką skurczoną na cynglu pistoletu, którym się zabił.
Jeszcze oddychał.
Jego oczy na wpół rozwarte zwrócone były na córkę jakby z wyrazem niemego wyrzutu.
Chciała mu się rzucić w objęcia lecz wyraz twarzy umierającego stał się tak dziki, że się odsunęła, a padłszy z jękiem na kolana, wyrzekła:
— Przebacz!
Za całą odpowiedź wskazał jej papier, leżący na stole. Ruch był tak nakazujący, że usłuchała i podniosła się.
Papier zawierał, co następuje:
Domyślałem się największego i ostatniego nieszczęścia, jakie mnie spotkać mogło.
Lecz nie mogłem uwierzyć, aby córka moja była tak podłą i nikczemną, dając się uwieść tym, którzy mnie ograbili i zbezcześcili.
Po przekonaniu się o jej hańbie, nie pozostaje mi już nic więcej na świecie; straciwszy honor i nadzieję, zabijam się bez żalu, pozostawiając winnej ostatnie słowa zrospaczonego ojca:
Kiedy podniosła oczy na umierającego, jego palce, wyciągnięte ku niej, groziły jej jeszcze.
— Łaski! wołała zrozpaczona,
Nie odpowiedział. Umarł.
W pół godziny później weszła służąca, Magdalena zerwała się i pobiegła do pawilonu.
Filip oczekiwał na nią z rysami zmienionymi.
— Mój ojciec zabił się — powiedziała stłumionym głosem, pogrążona w rozpaczy. — Jam przyczyną jego śmierci. Czytaj!
Gdy skończył czytać, Magdalena rzekła z bojaźnią i niedowierzaniem:
— Teraz nie mam nikogo, prócz ciebie!
Zmieniona, zwalczona strasznym wypadkiem powątpiewała o wszystkiem, o sobie samej, o swym kochanku, o całym świecie.
Wziął ją w objęcia, dotknął jej czoła swami ustami, powtarzając z nieskończoną czułością:
— Dla ciebie zawsze, dla ciebie na całe życie! Ale dla twego honoru, dla naszej przyszłości, dla szczęścia naszego dziecka — milczenie!
Znikł w nocnej ciszy tak jak przybył.
Nikt w domu, do którego sprowadził żałobę, nie domyślał się jego obecności.
O 4-ej rano kary kuc powrócił do Blangy, a młody pan porywczo pociągnął za rękę i obudził swego wiernego Bretończyka.
Josou Kerhoël zerwał się.
Z pierwszego rzutu oka, spostrzegł po rysach zmienionych swego pana, że stało się jakieś nieszczęście.
Zapytał go tylko spojrzeniem.
— Miałeś racyją — smutnie powiedział Filip Valencourt, byłbym lepiej zrobił, pozostając tutaj. Ale pamiętaj, — milczenie!
Nazajutrz koło 10 godziny markiz de Blangy siedział przed biurkiem w obszernym salonie, przeznaczonym na gabinet do pracy.
Biurko było zarzucone papierami, listami, dopiero co odebranymi, książkami świeżo nadesłanemi.
Przez otwarte okno dochodziło słońce palące i jasne, z zapachem kwiatów z parku, osrebrzonych rosą po pięknej sierpniowej nocy.
Stary sługa, ubrany we frak i biały krawat, czekał rozkazu swego pana.
Wyraz twarzy wydawał się łagodny poczciwy, lecz oczom przenikliwym nie brakowało odwagi.
— Lachaume, czyś widział dzisiaj pannę de Chambeyre.
— Panna Ludwika przechadza się po parku w alei akacjowej.
— Widzisz ją stąd?
— Doskonale, panie markizie.
— Czy jest sama?
— Przed chwilą panna Ludwika była w towarzystwie pana Franciszka.
— A teraz?
— Pan Franciszek jest nad brzegiem karpiego stawu.
— Proszę cię, idź i poproś mej wychowanicy.
Lachaume nie dał sobie dwa razy rozkaz powtórzyć.
Wyszedł i skierował się do alei akacyjowej, gdzie panna Ludwika przechadzała się jeszcze.
Pewno rozmyślała przez noc całą ale myśli te nie przyniosły pożądanego spokoju jej miotającej się duszy, brwi zmarszczone, usta blade, oczy błyszczące znamionowały wewnętrzną walkę.
Markiz pocierał czoło z pewnym niepokojem.
— Gdyby poślubiła Franciszka myślał, pozbyłbym się dwóch trosk... Ale to trudne do przeprowadzenia. Ona kocha Filipa, biedne dziecko, a Filip jej nie kocha... Tak to bywa na świecie...
Przebiegł dwa czy trzy listy małej wagi i rzucił je do kosza.
Ludwika Chambeyre weszła w towarzystwie Lachaume’a.
— Zostaw nas samych, powiedział łagodnie markiz do swego sługi i zobacz, gdzie są moi siostrzeńcy. Niechaj się nie oddalają.
— A więc? spytał potem młodej dziewczyny.
— Wszystko skończone.
— Twój wybór?
— Zrobiony.
— I poślubiasz?
— Tego z dwóch, który mnie chce.
— Filipa?
Usta dziedziczki wyrażały niesmak, jakby chorego, któremu dają wstrętne lekarstwo.
— Filip Valencourt nie myśli o mnie powiedziała. Ma on inne widoki.
— Jakie?
— Zachowuje je w sekrecie... Zresztą nie starałam się ich poznać.
— A więc Franciszka?
— Tak, Franciszka, drugiego, dodała z taką wybitną pogardą, aż się markiz przestraszył, tak sprzecznym był wyraz jej twarzy z danem zezwoleniem. Lecz senator nie należał do ludzi, dających się opanować wrażeniom, nigdy nie cofnął się od projektu postanowionego.
Myślał:
Czysty zysk! Franciszek Valencourt był trudnym w prowadzeniu, z Filipem nie było kłopotu. Żeniąc bogato starszego, markiz pozbywał się obowiązku rodzinnego, nie nadwerężając swej kiesy.
— Czy mogę mu oznajmić tę szczęśliwą nowinę?
— Franciszek już wie o niej — odpowiedziała dziedziczka, oto nadchodzi.
Rzeczywiście wszedł starszy Valencourt.
— Franciszku — powiedział markiz, podziękuj pannie Ludwice, która się przyczynia do twego szczęścia i majątku.
Dwóch milijonów posagu w onym czasie tak samo, jak i dziś nieznajdowano na bruku.
Wyraz tryumfu opromienił chudą i bladą twarz starszego Valencourt’a.
Schwycił rękę narzeczonej, jak zdobycz jaką, podniósł ją do ast, starannie wygolonych, wedle mody prokuratorów, do których był podobny. Młoda dziewczyna nie odsunęła jej, ale śmiertelna bladość pokryła jej lica.
Franciszek szeptał do ucha banalne słowa:
— „Nie chcę być mężem ale niewolnikiem“.
Na to też odpowiedziała śmiało nawet z naciskiem znaczącym.
— Liczę na to, mój panie, liczę napewno.
Filip, który także nadszedł, zbliżył się do wuja.
Markiz odezwał się półgłosem:
— Niedołęgo! ta dziewczyna ma, słabość do ciebie, a ty jej ustępujesz drugiemu.
— Ten drugi, to mój brat — odpowiedział młody człowiek ze znaczącą obojętnością.
— Pamiętaj, że odtąd jest twoją nieprzyjaciółką.
— Mój wuju!
W kilka minut później Filip Valencourt pod wrażeniem, jakie nań sprawiły słowa starca w gruncie tak prawdziwe spotkał się oko w oko z panną Chambeyre.
Czyż to istotnie było przypadkiem?
Utkwiła swoje czarne spojrzenie w oczach młodego człowieka, raniąc jakby zatrutą szpadą.
— Widzisz — rzekła z gorzką, ironiją — stało się.
— I jestem zdziwiony.
— Dlaczego?
— Jeżeli nienawidzisz Franciszka, jak mi to wczoraj powiedziałaś, dlaczego zaślubiasz go?
Położyła swą długą i wychudłą ręką na ramienia młodego człowieka:
— Zapamiętaj dobrze, — powiedziała, robiąc nacisk na słowa, zaślubiam Franciszka, aby zostać przy tobie, mieszać się w twoje życie, dokuczać ci, ile będę mogła.
— Ależ! Nie wierzę ci!
— Ręczę ci.
— No to odpowiem ci: rób sobie, jak chcesz, Ludwiko, będę cię kochał zawsze szczerą i serdeczną przyjaźnią.
Zbliżyła się jeszcze bliżej, pierś do piersi, aż jej stanik dotykał się Filipa.
— Jak siostrę? powiedziała wolno.
— Bazwątpienia — dodał, przerywając — jak siostrę. Czyż nią nie jesteś?
— Dla tego właśnie nienawidzę się.
Odsunął się, jak gdyby ukąszony przez żmiję. Twarz młodej dziewczyny wyrażała nienawiść. Przecież młodego Valencourt’a nie tak łatwo było przestraszyć. Popatrzył na nią z litością, prawie z współczuciem, wziął jej rękę i przycisnął do ust, nie wymówiwszy ani słowa.
W tejże chwili wszedł służący i powiedział coś na ucho swemu panu, który skoczył na krześle, wykrzyknąwszy.
— A — a...
— Jeden z gajowych przyniósł tę nowinę.
— Jakto ten biedny dyjabeł miałżeby się zastrzelić?
— Zabił się, panie markizie, to jest pewnem.
— Kto taki? — zapytała panna Chambeyre.
— Pułkownik Stefani, ten wściekły Korsykanin, który nie mógł usiedzieć spokojnie.
— Kiedy?
— Tej nocy — odpowiedział Lachaume.
— Czy to tylko pewne?
— Zupełnie pewne, panienko.
Młoda dziewczyna długo patrzyła na Filipa, lecz ten, wytrzymał jej wzrok bez zmięszania się.
— Czy pułkownik Stefani nie pozostawił córki? zapytała.
— Tak jest.
— Wysoką blondynkę, bardzo ładną, którą podziwiano na ludowych zebraniach. Co się z nią stanie?
— Rzeczywiście — rzekł markiz, położenie jej musi być nader przykre. Bez emerytury, bez majątku... Dyjabelne położenie dla młodej dziewczyny.
Markiz de Blangy bystro przyglądał się siostrzeńcowi.
Lecz i ten egzamin wytrzymał Filip równie zwycięsko, jak poprzedni.
— Czy nie wiesz, Filipie, co o tem samobójstwie? — spytała powtórnie młoda dziewczyna.
— Nic zgoła.
— To zadziwiające.
— Dlaczego?
— Mówią, że twój kuc doskonale zna drogę do Bellemare.
— Tak, jak zna inne w lasach mojego wuja. Lubię przejażdżki po lesie.
— To chłopiec bardzo zdolny — pomyślał markiz, trzeba go pchnąć na dyplomatę.
W kilka minut później, w chwili, gdy młody człowiek sądził że jest sam pogrążony w bolesnych marzeniach w cieniu lip stuletnich, czyjaś ręka dotknęła jego ramienia, a głos, podobny do świstu węża, zabrzmiał:
— Z ręką na sumienia, przysięgnij mi, że nie należysz do taj tragedyi.
Był to głos panny Chambeyre.
Zadrżał, wzruszył ramionami, uśmiechnął się z politowaniem i nic nie odpowiedział.
Pięknym jest departament Côte-do’ra piękniejszą w nim jeszcze wioska de Pugny.
Pugny położone jest o siedem mil od Dijon’u, na wschodzie, z drugiej strony Savolles de Magny.
Pugny ma tylko 300 mieszkańców, zamieszkałych około kościoła, pomimo że to punkt główny gminy z sędzią pokoju, notaryjuszem, nauczycielem i wszystkiem, co za tem następuje.
Nie ma w całej Francyi miejsca spokojniejszego, powiem nawet szczęśliwszego.
Nie ma tam wysokich kominów, rzucających kłęby dymu czarnego, ani zakładów hutniczych, w których skazańcy przemysłu chudzi i zakurzeni, męczą się, jak w więzieniach. Kilka domków z różowymi dachami, cienistymi ogrodami, kuchniami, spiżarniami i spichlerzami obficie napełnionymi wznosi się tu i tam pośród pastwisk oblanych potokami; pola przepysznie uprawione, winnice, których filoksera niszczycielka nie śmiała nawiedzić i pagórki, ukoronowane zieleniejącymi krzakami.
Istny raj ziemski!
Oprócz tego raj ten był zamieszkany przez najuczciwszych ludzi na świecie.
Pomiędzy tymi uczciwymi ludźmi było dwóch, którzy chociaż również tyle byli warci, co inni, lecz ich imiona najczęściej wymawiano.
Pierwszy nazywał się podług ksiąg stanu cywilnego gminy Jérome-Anaclet Bouraille.
Bouraille zajmował skromne stanowisko pisarza sędziego pokoju w Pugny ale byłto pisarz, jako człowiek niezwyczajny.
Mały gruby, otyły, z włosami, wpadającemi w odcień czerwony, twarz szeroka i uśmiechnięta, różowa, nos lekko przypłaszczony z ustami szerokiemi bez wąsów.
Bouraille był kawalerem. Dochodził do czterdziestki a został pisarzem, aby tylko mieć zajęcie, być czemś, mieć jakąś rozrywkę po za uprawą pola składającego się z dwunastu morgów roli i winnicy, uchodzących za najlepiej utrzymywane i przynoszących odpowiedni dochód.
Bouraille był bogatym, bo oprócz swej nieruchomości, posiadał renty 5 do 6 tysięcy franków.
Z dochodem z gruntów i z procentem od pieniędzy, pisarz miał się lepiej w Pugny niż milijoner z bulwarów włoskich.
Wydawał niewiele, zarządzał swem gospodarstwem wspólnie z jedną służącą i starym parobkiem, który mu doglądał i robił w polu.
Pieniędzy zaoszczędzonych nie realizował.
Kiedy przypadkiem biedny dłużnik miał sprawę przed sędzią pokoju, regulował jego interes z własnej kieszeni.
W rzeczywistości Bouraille był święty, ale święty w wybornym humorze, zawsze mający do powiedzenia coś wesołego, dobrze jedzący u siebie, lub u swoich przyjaciół, znakomicie pijący i lubiący wszystkie dobre rzeczy, które Bóg nam dał, aby uczynić życie nasze milszem.
Zbyteczna dodawać, że nie miał nieprzyjaciół.
Pomiędzy jego sąsiadami był jeden, z którym przestawał zażyłej niż z innymi.
Ów sąsiad nazywał się Wincenty Arbaud’a mieszkał o półtora kilometra od Pugny w prześlicznym folwarku, le Jonceray.
Jonceray było więcej, niż osada, był to wprost folwark, o 150 morgach łąki, winnicy, roli i lasu.
Dom był obszerny; zabudowania wygodne.
Winceaty Arbaud umiał cenić wszystko, co przynosiło korzyść.
Po zaszłym wypadku w Bellemare, umyślny wysłany z Dijon’u, przybył do Jonceray i oddał panu domu następującą depeszę:
„Kuzynie, wielkie nieszczęście mnie nawiedziło. Ojciec mój umarł. Przybywaj.
Była szósta wieczorem.
Najpierwszym czynem Wincentego Arbaud było wysłać parobka do przyjaciela Bouraille z wyrazem:
„Przybywaj.“
Wincenty Arbaud, był to wysoki mężczyzna, lat 35, silny jak tragarz, z grubym karkiem, twarzą łagodną i przyjemną bez brody, z rumieńcami na twarzy, niebieskiemi oczyma i ciemno blond włosami.
Matka wcześnie mu umarła, ojciec spadł z wozu siana i zabił się na miejscu.
Pozostał sam z ładnym majątkiem i melancholijnem usposobieniem.
Rodzinne nieszczęścia wyryły na twarzy smutek, łatwy do wytłumacznia.
Miał nadto i inną ku temu przyczynę.
Wincenty Arbaud był spowinowacony z rodziną Stefanich przez matkę Magdaleny, jedną z jego dalekich kuzynek.
Pułkownik często przyjeżdżał przepędzać kilka dni w Jouceray, a piękność jego córki uderzyła Wincentego, nie mającego odwagi oświadczyć się z powodu wrodzonej mu nadzwyczajnej nieśmiałości.
Zajęty kuzynką, zwierzał się ze swych uczuć przyjacielowi swemu Bouraille’owi, oczekując szczęśliwej sposobności starania się o rękę Magdaleny.
Prawdę powiedziawszy, żywił w sercu ukrytą nadzieję i pewność dobrego przyjęcia, tak przez ojca, jak i córkę.
Najpierw z przyczyny swojej pozycyi materyjalnej. Przy tem miał dwie osoby za sobą: pułkownika, który życzył sobie zapewnić przyszłość córce, a jeszcze więcej służącą, starą Marion zwaną, chociaż jeszcze nie miała lat 40. Marion oceniała Wincentego Arbaud’a według jego zasług, a miała wielki wpływ na swoją panienką.
Pan z Jonceray liczył wiele na jej poparcie.
Na proźby służącej też tylko wysłała depeszę do kuzyna.
Bouraille nie mógł opuścić przyjaciela w tak ważnej chwili.
Dwaj towarzysze wyruszyli też nazajutrz o dziewiątej rano w najętym powozie do domku pułkownika.
Niewypowiedziany smutek tam panował.
Proboszcz z parafii, uczciwy i szanowany, zezwolił na pochowanie zwłok w ziemi poświęcanej, wbrew przepisom dla samobójców. Mała garstka osób towarzyszyła orszakowi żałobnemu oficera.
Wsie są nieliczne koło Bellemare.
Przy tem nieprzyjaźń markiza de Blangy, którego posiadłości dochodziły do domku pułkownika, przejęta była przez kilku sąsiadów i dzierżawców zamku.
Zresztą ponure usposobienie Korsykanina nie zjednywało mu wiele sympatyi.
Pogrzeb był wzruszający.
Osamotnienie ciężyło na tej nieszczęśliwej córce.
Trzydzieści do czterdziestu osób, postępujących za trumną, nie będąc wtajemniczonemi w interesy wiedziało przecież o tem, że jeżeli szczątki właściciela Bellemare wychodziły jednemi drzwiami, to nędza, lub wstyd i troski wchodziły drugiemi.
Wincenty Arbaud lepiej to jeszcze rozumiał od innych.
Ta okoliczność nie tylko nie zmniejszyła jego chęci posiadania Magdaleny, lecz ją podwoiła nawet, powiększała nawet jego nadzieje, oswabadzając, go od rywali, których się mógł obawiać. Uczciwy człowiek, widząc Magdalenę tak smutną i piękną w sukni żałobnej, skromnej i ubogiej, zrobionej naprędce z materyjału, wziętego w sąsiedniem miasteczku, zaręczał, sobie, że szczęście jego życia, to ona, że użyje wszystkich usiłowań, aby zapomniała o nieszczęściu, że czem mniej będzie posiadała środków do życia, tem większemi otoczy ją wygodami i pocieszy w osamotnieniu.
Wkrótce po skończonej ostatniej posłudze, powrócił na śniadanie do Bellemare wraz z swym przyjacielem Bouraille, z sercem silniej, niż zwykle bijącem Podczas gdy młoda dziewczyna wyszła do swego pokoju dla przytłumienia łkań i osuszenia łez, dwaj przyjaciele otoczyli Marion, weszli z nią do jadalni, pustej jeszcze i zarzucili pytaniami.
Najpierw, jaka przyczyna katastrofy? Z jakiego powodu? Przecież nikt nie pakuje sobie kuli w piersi, nie mając do tego słusznej przyczyny. Marion nie mogła wiele wyjaśnić.
Nic stanowczego nie wiedziała.
Oddawna pułkownik był smutny i w złym humorze. Wincenty Arbaud dobrze o tem wiedział, widując go lat poprzednich w Jonceray. Był to charakter zgryźliwy, niezadowolony, obojętny, którego już nic nie obchodziło. Nie domagał też od kilku miesięcy, nie wyrzekając przecież, lecz ból był wewnętrzny, tem więc przykrzejszy.
Marion utrzymywała, że to był wrzód wewnątrz i ten pękł, zabijając chorego.
Markiz de Blangy był po części przyczyną śmierci pułkownika a potem, czy dymisyja, czy osamotnienie Marion nie wiedziała napewno.
Tylko to było pewnem, że z chwilą, gdy się pułkownik przeniósł do Bellemare, trudno się było do niego przywyknąć. Magdalena nawet złagodzić go nie mogła.
Marion poczęła tyradę na cześć swojej pani. Tak piękna, tak ładna, godząca się ze wszystkiem, zawsze jednakowego humoru.
Niepodobną była do swego ojca.
W jej żyłach nie płynie krew korsykańska, krew burzliwa, zawistna, ale krew dobra, krew burgundzka, jak jej zmarłej matki. W toku rozpraw nad tym przedmiotem Marion była niewyczerpaną.
Bez wad, same przymioty, to anioł boży.
Służąca widocznie nic nie wiedziała o miłości pomiędzy panienką a siostrzeńcem markiza de Blangy.
Wincenty Arbaud byłby ją uściskał za pochwały, udzielane jego ubóstwianej.
Doszli wreszcie do głównego punktu:
— Musi być bardzo biedną teraz, Marion?
— Rzeczywiście tak jak pan myślisz. Czyż nie będzie pobierać pensyi?
— Albo to jest sprawiedliwość! Choć to córka pułkownika!
— I niewielką rentę?
— Kilkaset franków, resztki z małego folwarku.
— A ten domek w Bellemare?
— Przynosi tyle tylko, ile potrzeba na utrzymanie.
— A więc z czego tu żyć? — dodał podchwytując Wincenty Arbaud.
Marion głęboko westchnęła.
— Tak, panie, jak tu żyć?
Zanosiła się od płaczu.
— Gdyby ludzie byli mniej głupi, dwudziestuby było gotowych wziąć skarb taki, ale w dzisiejszych czasach chcą posagu, pełnych sakiew pieniędzy.
— A więc trzeba tylko kogoś dobrego? powiedział Arbaud rozweselony.
— Bezwątpienia!
— Marion zawahała się. Wiedziała dobrze o zamiarach kuzyna z Jonceray, ale jeżeli, jak i inni, usunie się w tem nieszczęściu...
— Gdybym śmiał — wyjąkał.
— Śmieć... ale pewno, mógłby pan. Byłbyś przyjęty z otwartemi rękami.
To byłoby zbawienne dla małej.
Magdalena była zawsze małą dla swej piastunki.
Przecież nie wypowiedział jasno... słyszał... schwycił kilka słów. Ale trzeba, żeby się mężczyzna pierwszy odezwał. Przecież dziewczętom oświadczać się nie przystoi.
Marion, poprostu się wyrażając, prowadziła do celu z odwagą i śmiałością nadspodziewaną.
I byłaby dowodziła pół godziny, gdyby się były drzwi nie otwarty, a w nich nie ukazała się Magdalena, z oczami czerwonemi od łez, wylewanych od dwóch długich dni i straszliwych nocy.
Jej biała, jak mleko płeć, szyja o przepysznych kształtach, odbijająca od czarnej sukni, śliczne włosy i wielkie czułe niebieskie oczy, sprawiały, że Wincenty Arbaud wstrząsnął się cały.
Bouraille nie mógł też zapanować, by nie pomyśleć:
— Do licha, co za piękna dziewczyna!
— Kuzynie, dziękuję ci bardzo, żeś przybył w tej smutnej chwili. Jestem ci wdzięczną z głębi serca.
Nigdy słowa nie zdały mu się tak dźwięcznemi, nigdy muzyka bardziej harmonijna nie doszła jego uszu.
Podczas śniadania zostawał w odurzeniu pod wpływem Magdaleny, na widok której przechodziły go dreszcze żądzy i roskoszy.
Zachwycenie uczyniło go niemym.
Bouraille podtrzymywał rozmowę.
Znał młodą dziewczynę z czasów jej pobytu w Jonceray.
Mówił jej o tamtejszych przyjaciołach, szczęściu, jakiegoby doznali, gdyby jakiś niespodziewany wypadek zaprowadził ją w okolice sędziego pokoju Cavagnela, że czułaby się dobrze wpośród tych zacnych ludzi, którzyby ją przyjęli, jak królowę.
Bezwątpienia, Pougny nie jest to co Paryż, ale można w niem żyć z lepszem wyrachowaniem.
Bouraille przygotował grunt dla swego przyjaciela, który go uderzał nogą pod stołem na znak podziękowania.
Marion, wnosząc półmiski i zmieniając talerze, dopomagała pisarzowi.
— Było to wielkie życzenie pułkownika, aby jego córka mieszkała w Jonceray. Pewno jej o tem mówił setki razy.
Nie wymieniała przecież, pod jakim pozorem mogłaby młoda dziewczyna zamieszkać w domu Arbaud’a, ale łatwo było odgadnąć.
Magdalena, pomimo żalu, który ją pochłaniał, czerwieniła się bezustannie, przeczuwając do czego prowadzi.
Kiedy nakoniec śniadanie zostało skończone, a kawa była już na stole z butelką likieru, Bouraille zachęcał znakami, dawanemi oczami, swego przyjaciela Arbaud’a.
Nadchodziła chwila bezwarunkowego zakończenia.
Pan z Jonceray zrobił wysiłek.
— Moja kuzynko — powiedział — przyszła mi myśl... Nie wiem, czy ona jest dobrą, ale... z twoją zgodą, przedstawię ci ją.
Robił przerwy dla nabrania oddechu.
Magdalena patrzyła z niepokojem.
— Mów, kiedy chcesz, Wincenty — wyrzekła.
— Nie chciałbym być niedyskretnym, ale, zdaje mi się, że będąc twoim jedynym kuzynem, a przytem że jesteś młodą i nie spodziewasz się wielkich rzeczy z pozostałego majątku...
— Wszystko prawda, mój kuzynie.
— Interesy, ja w nich nie celuję, ale je znam trochę, a przytem mam Bouraille’a, który będzie ze mną wspólnie radził. Gdy więc i on jest tutaj, możnaby uregulować, twoje interesy pomiędzy nami, jako rodziną.
Młoda dziewczyna patrzyła na niego dużemi oczyma, jakby pytając.
— No, bądź szczerą. Co ci pozostanie?
— Bardzo mało.
— Co zrobisz więc
— Albo ja wiem?
— Masz kilka tysięcy franków?
— Pięć do sześciu.
— A Bellemare?
— Tak, ale cóż on wart?
Bouraille przyszedł na pomoc przyjacielowi.
— Nie jestto majątek — oznajmił, ale może być wyprawa.
Droga była prostą. Wincenty Arbaud prowadził dalej.
— Nie śmiałbym w tej chwili o wiele prosić — powiedział z uśmiechem. Mam dosyć majątku dla dwojga, aby tylko młoda osoba nie była wymagającą.
A wstając z nadzwyczajnem wzruszeniem dodał:
— Magdaleno, jesteś sama, jesteś biedną, ale ja cię oddawna kocham. Nie proszę cię, abyś mnie poślubiła; bo w chwili, gdy się zamyka grób ojca nie mówi się o małżeństwie. Później, zobaczymy. Proszę cię tylko uważać mój majątek, jako swój i przyjąć mieszkanie u nas. Urządzimy mieszkanie w miasteczku dla ciebie i Marion’y. A gdy zechcesz, Jonceray będzie twojem.
Magdalena spuściła głowę na piersi i zakryła twarz rękami.
— Przyjmij, błagał Wincenty Arbaud. Uczynisz mnie szczęśliwym.
— Chciałabym, Wincenty, lecz nie mogę.
— Ty nie możesz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie pytaj o przyczynę.
Marion zbliżyła się.
— Magdaleno, moje dziecię — zawołała, odmawiasz szczęścia.
— Wiem. Ale... tu Magdalena wstała blada, jak chusta:
— Jesteście moimi przyjaciółmi — mówiła głosem zmieszanym — jestem za dumna, bym kłamała. Jeżeli ci odmawiam, mój kuzynie, to nie dla tego, abym cię nie kochała, lecz dla tego, że nie jestem uczciwą dziewczyną.
Marion rzuciła się:
— Co mówisz? — zawołała.
— Prawdę.
— Ona oszalała, panowie. Ona kłamie!
Magdalena poruszyła głową.
— Nie, powiedziała — nie kłamię. Dlaczegóż miałabym kłamać? Chcecie wiedzieć, dlaczego się mój ojciec zabił? Zabił się, bo mnie zszedł, gdym odzierała z czci jego nazwisko.
Wincenty Arbaud zagłębił się w krześle, jak gdyby piorunem rażony. Bouraille zawołał.
— Pani — błagamy cię opamiętaj się!
— Jestem zupełnie przytomna. Jeżeli się oskarżam, bo was szanuję, nie chcę przed wami nic ukrywać. Moje życie zwichnięte przez mój błąd. Zapomnij o mnie. Do widzenia Wincenty!
Wstała sztywna i blada jak posąg. Pochwycił jej rękę. Ich oczy spotkały się a obojga były łez pełne.
W dziesięć minut wsiadał do powozu ze swym przyjacielem zmieszanym, jak i on, Bouraille przed odjazdem powiedział do osłupiałej Marion’y:
— Wiesz, moja dobra, jak będzie potrzeba, myśl o nas.
Wypadki tej strasznej nocy, przerażająca scena, której był przyczyną i świadkiem, a nakoniec zwierzenie kochanki sprawiły gwałtowną zmianę w charakterze Filipa Valencourt’à.
Do tej pory był zapalony do zabaw, dogadzający swym fantazyjom i chwiejny w zachciankach, jak liść na wietrze.
Zrozumiał, że jako człowiek uczciwy, powinien dotrzymać obietnicy i zostać opieką ofiary, której odtąd zostawał jedyną nadzieją.
Niewiele go kosztowało dotrzymanie dawnych przyrzeczeń.
Magdalena Stefani nie należała do rzędu tych kobiet, którą można się zająć jednego dnia, a zapomnieć nazajutrz.
Smutnego owego wieczoru myślał o swej kochance będąc pod wrażeniem, które się nie miało nigdy zatrzeć. Słyszał zawsze głos z duszy, jej wyrywający się:
— „A teraz mam tylko ciebie.“
Jeżeli miał serce, straszne to wypadki przykuły go na całe życie do ukochanej.
Natura ludzka ma swoje wady, słabostki i występki. Któż może się pochwalić, że jest doskonałym.
Filip Valencourt, był szlachetnym i opłakiwał samobójstwo pułkownika, a przecież samobójstwo to wybawiało go z kłopotu.
Gdyby było potrzeba jednego czynu jego woli dla wskrzeszenia nieszczęśliwego, byłby się zgodził bez namysłu i bez chwili wahania.
A jednak teraz Magdalena pozostała sama. Będzie matką, to było dla niej przyczyną wstydu i radości; ale też będzie wolna. Ojciec jej nie żyje, stawała się panią swoich czynności. Nikomu nie potrzebowała zdawać rachunku nikt nie mógł jej narzucać swej woli.
Oprócz tego należała do niego sercem i duszą. Zanadto go kochała, aby czegokolwiek odmówić mogła. Wiedział, że ślepo pójdzie za jego wolą i życzeniami.
Odtąd Filip Valencourt stawiał sobie pytanie:
Na cóż poświęcać zyski i kompromitować przyszłość? Czyż wszystko nie mogłoby się pogodzić? Tajemnica ich miłości była dobrze ukrytą, przynajmniej tak sądził; jeżeli nawet domyślano się, nikt nie miał pewności o ich stosunkach.
Bellemare niema sąsiadów, chyba kilku ubogich wyrobników, a ci nie mieszali się w ich interesy.
Markiz de Blangy pewien władzy nad siostrzeńcami sądził, że jednem słowem wpłynie na zmianę postanowień i na związek swego faworyta z córką pułkownika.
Zresztą z początku widział w tem tylko miłostkę bez następstwa w swej wysokiej moralności chętnie powtarzał trywialne słowa jednego ze swych kolegów gdy wilk w bliskości, niechaj strzegą stada. Zresztą w gruncie rzeczy kto wie, czy nie byłby zadowolony, mając pretekst do wytoczenia awantury zaciętemu przeciwnikowi z Bellemare.
Niewiele też myślał o tej sprawie, będąc zajętym interesami i przyjemnościami.
Tylko oko zazdrosne jego wychowanicy przenikało tajemnicę samotnego domku.
Śmierć powinnaby była zakończyć niesnaski. Jednakże koniec tragiczny pułkownika nie rozbroił senatora. Nikt z jego domu nie należał do orszaku żałobnego tego, którego prześladował nienawiścią obraził srogą dumą, pognębiał sarkazmami.
Filip Valencourt nie bez trudu musiał się starać o łaskę wuja, dzierżącego jego losy w swem ręku. Poddał się gryząc gniewnie nałożone wędzidło. Jeżeli się ukrywał, to dla tego, aby uniknąć złośliwości i ludzi co do przypuszczań o powodach samobójstwa.
Musiał przejść pewien czas, zanim mógł dojechać do Bellemare.
Rozumiał to dobrze, że ciekawość Ludwiki de Chambeyre ciężyła nad nim, że jest szpiegowanym na każdym kroku.
Przeczuwał instynktownie większy wstręt do jego kochanki aniżeli do niego samego.
Nie mógł przewidzieć, jak okrutnie głucha i cierpliwa uraza panny de Chambeyre pomści się później za jego wzgardę, czyli raczej jego obojętność.
Nakoniec spróbował oszukać tę czujność.
Zbliżała się chwila małżeństwa Ludwiki z Franciszkiem.
Młoda dziewczyna zdawała się być bardzo zajętą przygotowaniami do tej uroczystości, która ją jednak przestraszała jak zmora.
Miała się odbyć nazajutrz.
Wieczorem, gdy zamek pogrążony był w ciemnościach, Filip wyrwał się i pobiegł do małego domku pułkownika.
Sierota uwiadomiona bilecikiem, czuwała przy oknie pawilonu, gdzie się spotykali tyle razy przed straszną katastrofą.
Przez wiele nocy oczekiwała kochanka, lecz napróżno.
Kiedy ją Filip zobaczył, zdała mu się jeszcze piękniejszą w żałobnej sukni, podwyższającej przepyszną białość jej twarz.
Blada, z oczami pełnemi łez, przyjęła go z niekłamaną czułością.
Śmiertelna obawa cisnęła serce biednej dziewczyny.
Co usłyszy?
Co jej powie dwudziesto-czteroletni kochanek, na łasce którego pozostawała.
Czy dotrzyma przysięgi i czynionych obietnic, tak często gwałconych, wyrywanych uniesieniami namiętności, by zgasnąć często bez śladu.
Szybko się upewniła.
Miłość Filipa nie wygasła, namiętność nie zmniejszyła się, przeciwnie więcej jeszcze uwielbiał Magdalenę.
Kochanek opowiedział jej własne cierpienia, trwogę, którą musiał ukrywać, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi.
Opowiadał jej, jak całemi dniami myślał o niej, o jej zmartwieniu, jak długiemi zdawały mu się godziny rozłączenia, jak chciał być przy niej, podtrzymać ją i pocieszyć.
Wśród łez uśmiechała się do niego.
O drugiej w nocy jeszcze był przy niej, Magdalena nawzajem opowiadała mu też, co się działo podczas jego nieobecności.
Dom był smutny, jak grób.
Zatrzymała tylko jedną służącą, wieśniaczkę i starą Marion’ę, którą kochała jak matkę.
Należało sprzedać Bellemare, za któreby się wzięło kilka tysięcy franków.
— A później? Gdzie pójdziesz? zapytał łagodnie Filip.
— Nie wiem.
— To ja wiem — odpowiedział z żywością. Podczas tych kilku dni rozłączenia naszego myślałem tylko o tobie. Możemy ocalić teraźniejszość i przyszłość.
— Ach! powiedziała, powątpiewając.
— Teraźniejszość — to jest miłość, przyszłość znaczy majątek.
— Jakto?
— Radość i szczęście na dzisiaj, nadzieje na później.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Siedzieli na szerokiej kanapie koło siebie, czoła ich stykały się prawie, Filip podniósł do ust rękę młodej dziewczyny i okrył ją pocałunkami.
— Chcę cię prosić o jednę ofiarę.
— Proś!
— Wielką.
— Mów.
— Życie dla biednych jest gorzkiem. Trzeba się ugiąć pod jego jarzmem, poddać się i znosić rozkazy władzcy bo ten od którego się zależy, jest władzcą jakkolwiek by się nazywał. Nie chcę tego poddaństwa dla ciebie, ani dla tego dziecka, które się ma narodzić, jako zadatek naszej miłości. Powiedziałaś mi jednego wieczoru:.. Poszukam... zastanowią się, pomyśl także... szukaj sposobu, zbawienia!.. Otóż szukałem...
— I?.. dodała.
— Znalazłem.
Oczekiwała, strapiona, co miał wyrzec dla jej dobra. Nieokreślony lecz bolesny niepokój szarpał jej duszę. Filip przecież przysiągł że zostanie jej mężem: na cóż mu wybiegi i wykręty?
Uprzedził, jej myśl udając błaganie, nadając swemu głosowi czułość przekonywającą.
— Mój wuj jest również upartym w swej nienawiści, jakim był i pułkownik. Niemożebna sprowadzić go na drogę wyrozumiałej sprawiedliwości. Zbadałem gruntownie, dokąd dojść mogę. Wszystko uczyniłem dla dowiedzenia się co myśli. Nie ma sposobu. To sfinks. Cierpieć nie może wspomnień o twym nieszczęśliwym ojcu tak jak i nienawidził pułkownika za życia. Jesteśmy więc skazani na milczenie... pod karą stracenia jego łaski... Przytem, zrozum mnie dobrze. Chcę cię widzieć bogatą szczęśliwą chcę cię mieć promieniejącą wobec nędzy tego świata, chcę, aby twoje dzieci były wolne od nędzy. Co mamy robić? Ukryć naszę miłość otoczyć ją tajemnicą. Nie będzie ona ani mniej serdeczną, ani mniej trwałą. Nic łatwiejszego. Dzięki majątkowi, którego używam, oczekując dziedzictwa po moim wuju, dzięki jego szczodrobliwości nawet, bo jest bardzo dobrym dla mnie, przygotowałem ci prześliczne gniazdeczko, w odosobnieniu, przy sobie w Paryżu, w miejsca najdogodniejszym w świecie dla okrycia się tajemnicą.
Tam, codzień przychodzić będę do ciebie i tam będziesz nietylko moją kochanką, moją miłością, mem życiem, wszystkiem nakoniec, lecz żoną tylko przed Bogiem do chwili, aż ci dam nazwisko moje przed ludźmi...
— Twoją żoną przed Bogiem — wymówiła.
— Tak. Szanuję twoją skrupulatność... Chcę, abyś była spokojną, ksiądz proboszcz nas połączy, w jednej wsi, znanej jednemu z moich przyjaciół, tam za granicą. Jest on z narodowości Hiszpanem. W jego kraju niema odpowiedzialności za nasze przepisy kościelne.
Magdalena nie znała praw tak, jak adwokat, lecz wyrzekła nieśmiało:
— Małżeństwo to nie będzie prawne. Nasze dzieci...
Przerwał uśmiechając się:
— Mówię ci, że będziemy złączeni przed Bogiem, reszty dopełnimy później.
— Kiedy?
— Gdy tylko będę wolny... tak, jak ty nią jesteś dziś! Cóż nas obchodzi czekać lat kilka, może kilka miesięcy. Jesteśmy młodzi!...
Sierota spuściła oczy i nic nie odpowiedziała.
Jej duma oburzała się na tryumf, który kochanek przedstawiał jej z taką swobodaą, zadowolony i dumny z wynalezienia podejścia, aby się wycofać ze złego położenia, w jakie się wmieszał.
— Ale co z sobą zrobić?
Niewinna, byłaby odrzuciła propozycyję nadającą jej w oczach świata i prawa pozycyją kochanki, a nie legalnej żony.
Winna nie wiedziała co robić?
Zanadto była delikatną i wyniosłego serca, aby bronić praw swoich przed tym, któremu się dobrowolnie oddała, którego kochała z całej swej duszy.
Filip zrozumiał jej wahanie.
On także kochał szczerze i z zapałem młodości. Był jednak synem swego wieku. Dzisiejsza uczciwość, schyliwszy czoło, przyznać należy, nie jest tak prawą i tak nieugiętą, jak była u naszych ojców. Gnie się i lawiruje.
Filip chciał wszystko ocalić: miłość i kiesę. Bronił swej sprawy wyrozumiale.
Odmalował Magdalenie przepyszny horyzont, jaki się przed nimi odkrywał, majątek ich dzieci w ręku kapryśnego i samowolnego starca; zapewnił ją o tajemnicy w wielkim i ładnym Paryżu. Kto się będzie nią zajmował? Przed kim będzie się rumieniła? Kto będzie wiedział o jej pochodzeniu, jej przeszłości i nazwisku?
Pieszczoty dokończyły, co słowa rozpoczęły.
Zanim przecież odpowiedziała, wpatrywała się długo w oblicze ukochanego, badała je.
Filip nie kłamał. Był szczerym, broniąc tego co zwał nadzieją i szczęściem kobiety, którą tyle kochał, iż chciał jej poświęcić swe żądze, ambicyją i majątek, gdyby ich była zażądała...
Ona to się dla niego poświęci.
Po długiem i wymownem spojrzenia była przekonaną i zwalczoną.
Przestała się też i opierać.
Rzuciła się na szyję kochankowi i powiedziała:
— Niechaj tak będzie. Wszystko co chcesz, wypełnię. Nasz los jest w twem ręku...
Usta ich złączyły się, ich dusze spoczęły w długim uścisku, a wzruszenie rozsadzało jej pierś radosnem uczuciem, gdy jej powiedział:
— Magdaleno moja ukochana! Razem na śmierć i życie!
Kontrakt szczerze był zawarty.
Gdy Filip powrócił do gminy de Blangy już pierwsze promienie jaśniejącej jutrzenki przebijały na horyzoncie szerokim pasem.
Przez otwór uchylonej okiennicy kobieta zaledwie okryta, gołemi rękoma, włosami w nieładzie spadającemi na chude ramiona, oparta o framugę okna pierwszego piętra, obojętna na wilgoć porannej rosy, przeglądała swemi czarnemi oczami krzaki parku, wężykowato niknące w alei, na którą zaczęły opadać poczerwienione liście.
Była to panna de Chambeyre.
Spostrzegła Filipa Valencourt, który się prześlizgnął pod cieniem stajen i kładł rękę na serca dla przytłumienia jego bicia.
Jej rysy drobne i nieruchome ściągnęły się pod zjadliwym ciosem zazdrości.
— Nie omyliłam się — pomyślała. — Kocha inną, ale kogo? Ją zapewne.
Zagłębiła paznogcie swej lewej ręki w czarnych warkoczach.
— Ją, bezwątpienia — zawołała — Magdalenę!
— Muszę się upewnić.. To niedołęga! Odpycha kobietę taką — jak ja dla dziewczyny — jak ona!
Filip przechodził pod jej oknem.
Przystanął dla zbadania ruchu w zamku.
— A więc — pomyślał — wszystko śpi jeszcze, nikt nie czuwa. Wejdźmy.
Otworzył pocichu niskie drzwi, prowadzące na schody, i znikł.
Panna de Chambeyre powróciła też do swego pokoju, drżąc z zimna, a poprawiając ogień na kominku, rzekła:
— Piąta godzina, słyszę bijący zegar.
Wpatrzyła się w fotografiją swego przyszłego, umieszczoną przed nią w aksamitnych ramkach.
Widok tej maski, bladej i zimnej, z rysami niewdzięcznymi, uśmiechem fałszywym i wymuszonym, przejął ją dreszczem.
— Spaść z marzenia w taką rzeczywistość — pomyślała, odwracając oczy, co za straszne nieszczęście!
W kilka godzin później wychodziła z małego kościółka de Blangy pod rękę ze swym mężem. Weszła wprowadzona przez opiekuna.
Wszystko było skończone.
Markiz z rozgłosem zakończył sprawę, winszując sobie pozbycie się dwóch ciężarów.
Jednego — swej wychowanicy, drugiego — siostrzeńca. Pozostawał mu do ustalenia teraz tylko jeden, ale ten z łaski Boga, nie niepokoił go.
Odtąd mógł się wyłącznie zająć swoją osobą, oddawszy się lubym i miłym rozkoszom wyrafinowanego egoisty.
W powozie z kościoła, do zamku, Franciszek Valencourt, był rozpromieniony. Różowe marzenia przebijały na jego bladej twarzy. Świadków swej pomyślności przyjmował w wybornym humorze, jakiego, dotychczas u niego nie widziano.
Na jedną chwilę znalazła się młoda pani ze swym szwagrem w dużym salonie.
Filip uścisnął jej rękę z współczuciem, jak gdyby chciał błagać jej o przebaczenie. Doświadczyła tak silnego wzruszenia przy dotknięciu, jego ręki, że niepodobna było tego nie zauważyć.
Zęby młodej kobiety dzwoniły; zbladła, i o mało co nie zemdlała.
— Cierpisz? — spytał zcicha.
Zapanowała nad sobą i odpowiedziała głosem oschłym:
— Bardzo.
— W taki dzień?
— Szydzisz.
— Ludwiko, proszę cię...
— Jestto piękny dzień dla tych, które wychodzą za mąż z miłości...
— A dla ciebie?
— Jest małżeństwem konwenansowem, najwyżej małżeństwem z interesu...
Zrobiła nacisk na tem słowie.
— Z interesu? — zawołał. Ty, tak bogata, Ludwiko gdy Franciszek jest biedny?
— Tak — odpowiedziała stłumionym głosem — jestem bogata, chcę być jeszcze bogatszą, dla tego nie wzięłam męża, lecz, wspólnika, sprzymierzeńca raczej...
— Sprzymierzeńca... Względem kogo?
— Dowiesz się kiedyś.
— Czy to groźbą?
— Może.
— Nienawidzisz mnie może?
— O tak.
— Pięknie tak postępować. Ja przecież żywię dla ciebie prawdziwą przyjaźń.
Wyraz wzgardy osiadł na czole młodej mężatki.
— Czy mi potrzeba tej przyjaźni? — zapytała.
On zaś dodał:
— Wierzaj, że ci życzę tyle szczęścia, ilebym go pragnął dla siebie samego. Spodziewam się, że będziesz szczęśliwą...
Zbliżyła się do niego z oczami zaiskrzonemi.
— Szczęśliwą, tak, będę nią, — powiedziała — chcę tego, jeżeli nie przez miłość, to chociaż dla zadowolenia ambicyi. Dopięcie tego celu niewiele mnie będzie kosztować. Nie takiego szczęścia żądałam, ale wypadki nami rządzą. Za ciebie, Filipie, Bóg winien mi nagrodę. Spodziewam się, że mi jej udzieli. Dzisiaj zapytałeś czy cierpię. Bardzo cierpię....
Oddaliła się szybko, gryząc chusteczkę blademi ustami.
— Adieu, Filipie, — powiedziała jeszcze.
Pozostał przez chwilę, jakby przykuty do ziemi, nieruchomy i zamyślony.
Taka była gorycz w słowach młodej kobiety, taka tęsknota w jej rysach, że został głęboko wzruszonym.
— Czyżby istotnie mnie kochała? — pomyślał.
Lecz obraz Magdaleny ukazał mu się natychmiast.
Jakież myśli nie pierzchną przed wspomnieniami o ukochanej.
— Bah! — powiedział — zapomni. Wszystko się zapomina.
Mylił się.
Są natury, które nie zapominają.
Ludwika de Chambeyre umiała pamiętać.
Milczenie jest siłą. Wszyscy o tem wiedzą.
A wszyscy mówią, aby później żałować.
Małomówni są wyjątkiem.
Markiz de Blangy do nich należał.
Mówił mało i rozumnie, dowiadywał się bez wrzawy i wiedział zawsze to, o czem chciał wiedzieć.
Wszystko, począwszy od wzgardy, przywiązanej do jego osoby, chciwość i wzbogacenie się, chęć wyniesienia się najwyżej, wszystko było budowane na ruinach innych, lecz nie można mu było odmówić jednego przymiotu.
Był o tyle inteligentnym, o ile był sceptykiem, tak silnym, jak egoistą, przenikał myśl innych, umiejąc ukryć swoją.
Bogaty, zaszczycany honorami, poważany przez wszystkich, którzy w departamencie potrzebowali jego pomocy, posady lub protekcyi, mało przywiązywał wagi do nieprzyjaźni jednego usuniętego oficera, zapomnianego w swej pustce, nie obawiając się jej więcej od złośliwej żmii, która czołgając się w krzakach, pragnie przestraszyć ptaka, ginącego w chmurach.
Przypuszczać nawet należy, że byłby zapomniał o swym nieprzyjacielu, gdyby pułkownik nie starał się przypominać sarkazmami przy każdej sposobności o swej egzystencyi, opowiadając wiele o nieuczciwem postępowaniu markiza na zgromadzeniach rolnych, jarmarkach i uroczystościach ludowych.
Rozjątrzony Korsykanin kręcił się około markiza ze złośliwem natręctwem bąka około podróżnego, przechodzącego las w czasie burzy.
Zresztą ten nieszczęśliwy leżał już w ziemi, pozostawił przecież kogoś po sobie.
Spotykając się ze swym bezsilnym nieprzyjacielem, markiz widywał piękną panienkę z Bellemare.
Dla znawcy, jakim był stary dworak, Magdalena nie mogła ujść niepostrzeżona.
Śledził ją więc.
Młoda dziewczyna, towarzysząca ojcu, gdy dowodził garnizonem, była przez parę lat w Saint-Denis.
Pan de Blangy zauważył, że uroda i elegancyja młodej dziewczyny stanowiły niebezpieczne sąsiedztwo zamku.
Rozmaite okoliczności potwierdziły jego mniemanie.
Doszły uszu jego pogłoski, już to przez służbę, lub ogrodników, z któremi chętnie rozmawiał, już to przez jego wychowanicę, Ludwikę Chambeyre.
Wiedział, że Filip błądził niekiedy w strony Bellemare. Zresztą czegoż tam mógł szukać w tej stronie? Jakiż inny magnes pociągał go w te pustelnicze lasy, jeżeli nie piękna buzia dawnej uczennicy z Saint Denis?
Po śmierci oficera, markiz zaczął śledzić, lecz nie mógł dojść prawdy, wiedział przecie, że jego siostrzeniec pozwala sobie od pewnego czasu wycieczek nocnych.
Pan de Blangy miał zasadę postępować wolno, zastanowić się, zanim co powie i nie dowierzać pierwszemu wrażeniu.
Dopiero w sześć tygodni po zaszłej katastrofie, zaczął dochodzić prawdy.
Nie tracił czasu.
Zwolna, badał fizyjognomiją delikwenta i jego postępowanie.
Wuj i siostrzeniec rządzili się wzajemną przebiegłością.
Filip był smutny, unikał rozmowy i rzadko opuszczał zamek.
Pewnego poranku gdy się przechadzał w oddalonej alei, marząc o swej miłości i planach, Lachaume, służący, a raczej poufny markiza, przybliżył się do niego i z szacunkiem, lecz protekcyjonalnym tonom rzekł:
— Panie Filipie, pan markiz chce z panem pomówić.
Lachaume podobny był do rozdawcy wody święconej.
Nawet nie brakło mu płaskiej czapeczki na obnażonej głowie.
Filip spojrzał na niego z pewną obawą; ale łagodny wyraz twarzy służącego uspokoił go.
— Ach! — powiedział machinalnie, wuj mnie prosi.
— Tak panie. Szukam pana od dziesięciu minut... z rozkazu...
— Gdzie jest wuj?
— Znajdzie pan pana markiza w jego gabinecie.
Było to w pierwszych dniach listopada. Starzec nie cierpiący zimna, okryty w szeroki szlafrok, wyciągnięty na wygodnem krześle z poręczami przed kominkiem, oczekiwał młodego człowieka.
Gdy go spostrzegł zbliżającego się krokiem żwawym, głową podniesiona do góry, twarzą wesołą i zadowoloną, poruszył się.
Uśmiech rozjaśnił twarz jego, jak amatora badającego dzieło sztuki i pomyślał:
— Ten przynajmniej, pomimo pochodzenia mieszczańskiego Butryn’ów, jest prawdziwym szlachcicem. Płynie w nim krew Blangi’ch. Tamten — to kucharzysko.
Tamtym — był Franciszek Valencourt, mąż jego wychowanki, Ludwiki de Chambeyre.
To mu przecież nie przeszkadzało z chwilą, gdy się drzwi roztworzyły, przybrać minę ostrą, prawie srogą, marszcząc brwi.
— Kazał mnie wuj poszukać — zapytał Filip.
— Tak, panie. Posłałem w pogoń mego nieocenionego Lachaume’a widzę, że cię odszukał.
— Chcesz ze mną mówić wuju?
— Chcę ci zadać kilka poważnych i interesujących pytań, tyczących się twej przyszłości.
— Jestem na wuja rozkazy.
— Weź krzesło. To, co ci mam powiedzieć, potrwa dosyć długo.
Młody człowiek był posłusznym. Twarz jego nie wyrażała ani bojaźni, ani też niechęci.
— Wyraźnie, ten chłopiec silniejszy odemnie? pomyślał senator — byłbym zachwycony.
Głośno dodał:
— Czy myślisz kiedykolwiek o ustaleniu się, o przyjęciu jakiego urzędowania Filipie?
— Bez wątpienia, wuju.
— Cóż ty umiesz?
— To co umieją młodzi ludzie w moim wieku.
— Dosiadać konia, polować, ubiegać o piękne...
— Jestem doktorem prawa, wuju.
— Dobra rekomendacyja! Doktór prawa! Na Boga! znam ich tuzinami, otaczających przedpokoje ministrów, nie opływają w złoto z ich dyplomami w kieszeni, dopókąd nie obronią wdowy, lub sieroty i nie wzbogacą się jej kosztem. Gdyby to przynajmniej było dosyć wdów lub sierot dla wyżywienia tej zgłodniałej rzeszy. Mogłeś się był ożenić, nie szukając daleko, ale pewno ci co innego bruździ po głowie, oddałeś więc żonę i posag Franciszkowi, który nie był tak głupim, jak ty...
— A czy wuj jest pewnym, że żona i posag dałyby mi pierwszeństwo?
Wuj podrapał się w podbródek.
— To ci mogę powtórzyć, to, że masz wielką nieprzyjaciółkę w naszem otoczenia.
— Oh! wuju.
— Jesteś dyskretnym, i nie obliczasz swoich korzyści, to doskonale, ale nie unikniesz losu. Ależ, zachowaj rozumny spokój. Ludwika cię nienawidzi, do czego i ma prawo, nawiasem mówiąc, daję ci radę do niedowierzania jej na przyszłość, również i komuś jeszcze drugiemu, który ci jest bliskim, ten niepodobny do ciebie.
— Co wuj chce przez to powiedzieć?
— Nic więcej nadto, co powiedziałem. Wracam do cela naszej rozmowy. Co myślisz robić na przyszłość?
— Ale.....
— Rozumiem to, jak urządzisz twoje życie?
Wuj bystro spojrzał w oczy siostrzeńca tak jak żmija.
Filip wytrzymał to spojrzenie bez drgnięcia.
— Nie jestem jeszcze zdecydowanym wuju, — odpowiedział.
— Trzeba już nim być.
Markiz ponowił pytanie — robiąc nacisk na słowa:
— Słowem, jakie stanowisko myślisz obrać... jaką karyjerę?
Siostrzeniec nie wahał się dłużej.
— Taką, jaką zechcesz, wuju.
Markiz otworzył tabakierkę, zapchał nos tabaką, wziął nawet niuch z ukrytem zadowoleniem i pomyślał:
— Tak samo bym odpowiedział, będąc na jego miejscu.
To mu nie przeszkodziło do przybrania uroczystej miny i powiedział:
— Może się łudzisz nadzieją, że kiedy ja zajmuję niezłą pozycyją, i że jesteś moim siostrzeńcem, rodzonym synem mej siostry, że to co posiadam, po mojej śmierci pójdzie prosto na...
— O mój wuju!
— Przyznaj się, że to twoja myśl.
— Przysięgam ci, że mi nigdy na myśl nawet to nie przyszło.
— Tem lepiej. Znasz przysłowie:„ Nie należy liczyć na mających umrzeć“... Dobrze się czuję... Spodziewam się żyć jeszcze długo i nie mam zamiaru robić żadnego zobowiązania na przyszłość. Wychowałem was. Starszy twój brat, który mówiąc między nami, trudnym był do umieszczenia, już mnie nie kłopocze... Nie mogę ukryć, przed tobą że jestem zadowolony pozbywszy się go... Mam tylko ciebie na karku i nie gniewałbym się, gdybym...
— Gdybyś mnie się pozbył, wuju.
— Znakomicie rozumiesz myśli moje. Lecz nie należy przesadzać. Przyjąłem zobowiązanie względem ciebie, chcę się z niego wywiązać honorowo, doprowadzając wszystko do końca. Nie poskąpię ci mojej protekcyi, jeżeli na nią zasłużysz. Jesteś moim siostrzeńcem... Nie mam dzieci... Nazywam się markizem de Blangy-Cussey. Jestem senatorem, komandorem legii honorowej i mnóstwa innych orderów. Mają mnie za bogatego i nie mylą się. Dobrze, że się nazywasz zwyczajnie Boutrain albo Valencourt, to się ceni, lecz wiadomo, że mogę zlać mój tytuł i moje dobra z pewnym wpływem wyższości, a to otwiera wiele drzwi. Z drugiej strony mogę rozwiązać sznurki mego woreczka i dorzucić dziesięć tysięcy liwrów do renty, którą twój ojciec pozostawił, nadwerężonej przez twoje figle, jeżeli mogę wierzyć mej tajnej policyi. Czy to prawda?
— Prawda, mój wuju — odpowiedział Filip.
— Ile ci pozostaje?
— Trzecia część zaledwie.
— Dobrze... Jaką karyjerę wybierasz?...
Filip chciał zostać w Paryżu, tam tylko mógł ukryć swoją miłość.
— Gdybym był adwokatem... zaryzykował.
— Czy tylko będziesz zdolnym bronić sprawy z musu?
— Postaram się... pracując.
Markiz zrobił giest najwyższej wzgardy.
— Pracować... dodał z niesmakiem. Czyż nie wiesz, że konie, pracujące przy owsie, najmniej go jedzą. Prawdziwie, sądziłem cię silniejszym. Czego tobie potrzeba, gdy się ma głowę i rodzinę, mogącą cię wprowadzić w świat, oto dobrej synekury, aby się było dobrze płatnym, a nic nie robiło, jednego z tych miejsc, zachowywanych dla faworytów, a które dopomagają do dobrego ożenienia się... dyplomacyja naprzykład.
— Trzebaby podróżować, opuścić ojczyznę.
Filip zaczął się zdradzać. Markiz znów wpił swój badawczy wzrok.
Siostrzeńca jakby coś natchnęło, zrozumiał swój błąd.
— Opuścić cię wuju — dodał żywo.
— Nie tak żle, nie tak źle — oznajmił markiz. Jesteś dosyć przebiegły, zajdziesz daleko, jeżeli się nie mylę. Dyplomacyja będzie dla ciebie najodpowiedniejszą.
— Wątpię.
— Czyżby dlatego, że trzeba podróżować, jak mówisz?
— Nie to.
— Czy masz jaką miłostkę, która cię utrzymuje.
— Przysięgam ci...
— Może związek?
— Mój wuju!...
— Kochankę zapewne?
Kochanek Magdaleny Stefani był bliskim wyjawienia tajemnicy. Widoczne zmarszczenie brwi markiza wstrzymało go.
Przewidział przepadający spadek, Magdalenę, skazaną na biedę, struchlał wobec tego wuja, od którego doświadczał tyle łask, a przeczuwał serdeczną czułość rozgniewanego i zranionego.
— Zrobię, co rozkażesz, mój wuju — powiedział z wysileniem, które nie uszło uwagi starca.
— Bez żalu?
— Bez talu.
— Donoszą mi, że robisz wycieczki w okolice, że to przejażdżki mają cel...
— Cel czystej rozrywki, mój wuju.
— Że cię często spotykają ze strony Etang-Vergy, w zaroślach Messanges, nawet koło Bellemare.
— O tak! niedaleko, wuju.
— Że ci się nawet zdarza wybiegać podczas nocy, nie chcę wiedzieć w jakim celu...
Filip poczerwieniał po uszy.
Markiz oszczędził mu przykrego kłamstwa.
Zmienił nagle ton i mówił dalej po ojcowsku:
— Byłem i ja młodym, Filipie, odpowiedział — i nie pytam o tajemnice. Więcej jeszcze dodam: „Nie chcę o nich wiedzieć i zabraniam ci o nich mówić dzisiaj lub kiedykolwiek“. Mam moje ideje i nie zniósłbym, aby mi je zniweczono. Szaleństwa młodości, zabawy światowe, figle zamożnych chłopców, wszystko mogę wybaczyć. Czegobym nie przebaczył, to upadku, błędu, jak ten twej nieszczęśliwej matki, głupiego połączenia, jednej z tych słabostek, która prędko niweczy przyszłość i zniewala człowieka, do nierozumnego małżeństwa nakoniec. Małżeństwo jest wielkim czynem młodego człowieka, czy rozumiesz to, Filipie?
— A gdybym został kawalerem?
— Czyżbyś miał tyle rozsądku?
— Czy nie mam z ciebie dodatniego przykładu?
— Pochlebca i skryty. Ten chłopiec, to istny mój portret — pomyślał starzec z zachwytem.
A głośno zakończył:
— Zrozumiałeś mnie. Decyduj. Twój majątek jest w mojem ręku... A więc zgadzasz się być w służbie rządowej?
— Z oczami zamkniętemi, mój wuju.
— Pójdziesz na koniec świata?...
— Jeżeli, potrzeba, wuju — westchnął Filip z sercem zbolałem.
— Niedołęgo! W Paryża trzeba pozostać, przy słońcu, a ja będę czuwać nad tobą.
Nieopisana radość przepełniła pierś młodego człowieka, lecz skorzystał z poprzedniej lekcyi senatora; powstrzymał się i czekał dalszego ciągu.
— Jedziemy za dwa dni — odpowiedział starzec.
Za przybyciem do Paryża, zobaczę się z ministrem i ułożę sprawę. Wejdziesz do jego gabinetu, tam rozpoczniesz karjerę, jeżeli nie jesteś głupcem.
— O jak wuj jest dobrym!
— Nie, spełniam tylko powinność ojca dla spokoju sumienia, ale liczę, że mi przyniesiesz chlubę.
— Będę się starał wuju.
— Bez śmiesznych szaleństw.
— Nie, mój wuju.
— Abyś był w możności przedstawić się właściwie, przeznaczam ci dwadzieścia pięć tysięcy franków.
Markiz jeszcze dodał:
— Jeżelibyś się przypadkiem znalazł w kłopocie udaj się do mnie.
Filip był wzruszony do łez.
Wszystkie przeszkody usuwały się przed nim.
Chciał ucałować rękę swego wuja.
Starzec ją usunął.
— Z obowiązku daję ci tę małą sumę powiedział. Żadnych podziękowań, jedna rada tylko: „Milczenie o tem, co zaszło między nami!“ Jeżeli masz tajemnicę, zachowaj ją dla siebie. Na tym świecie nikomu nie należy dowierzać, nawet swym bliskim i przyjaciołom. Idź!
Wuj nie chciał upewnień.
Filip wyszedł dziękując spojrzeniem w którym przebijała się wdzięczność.
Taka propozycyja sprzyjała doskonale jego zamiarom. Po dniu, który mu się zdawał nieskończenie długim nastała noc.
O wpół do jedenastej, gdy mieszkańcy de Blangy porozchodzili się do swych pokoi, pobiegł do stajni, wziął konia i puścił się galopem.
Trzy lata przeszło, jak sen.
Dnie są za krótkie dla szczęśliwych ludzi.
Było to w połowie marca 1866 roku.
Wieczorem w czasie strasznej zimowej zadymki wjeżdżał powóz, ciągniony przez dwa chude konie, których kości przebijały przez skórę, lecz szybkie podobne do wychudłych górali którzy pomimo to dążą do celu zwinni, jak jaguary, odważni jak lwy. Powóz ten wlókł się po pagórku w odległości piętnastu kilometrów od Echaller.
Echaler jestto małe miasteczko w Nawarze, odległe o dziesięć mil od Bajonny, na drugiej stronie granicy, położone w ostatniem pasmie Pirenejów, tworzących tam jeszcze nagromadzenie prostopadłych gór, wąwozów, potoków i przepaści.
Czas był okropny, wiatr świszczał, zdolny wywrócić pojazd, a śnieg zasypałby oczy pieszym, gdyby się znaleźli na drodze tak pustej, i tak stromej.
Woźnica wynajęty w Bajonnie, okryty zielonym płaszczem przeklinał i klął bezustannie.
— Abyśmy tylko przybyli przed nocą do tej dyjabelnej wsi, mruczał pod nosem, uderzając batem w zwierzęta, których skóra potniała, sprawiając lekką mgłę w mroźnem powietrzu.
Roztworzyły się drzwiczki starej karocy, a w nich ukazała się głowa.
Była to głowa człowieka młodego, i sympatycznego.
— Czy się zbliżamy? zapytał.
— Doprawdy, że nie wiem. Jeżeli jeszcze nie przybędziemy za pół godziny, trzeba będzie zdechnąć na tej drodze.
Powóz doszedł do szczytu górki, woźnica nawoływał na konie, a biedne szkapy pędziły kłusem nieprawdopodobnym na tak zbiedzone zwierzęta. W krótkim też czasie ukazało się podróżnym światło.
Szare sklepienie chmur, wiszące nad niemi, przetarło się.
Była przed nimi nieskończona płaszczyzna, rozciągająca się pod ich stopami.
Woźnica wychylił się, pokazując mały kościółek ukryty w zagłębieniu.
— Nareszcie! wyrwało się z piersi młodego człowieka.
Zwrócił się do towarzyszki podróży, okrytej płaszczem futrzanym, na wpół-śpiącej, skostniałej ze zmęczenia i zimna.
— Dojeżdżamy do celu, moja kochana Magdaleno. Jeszcze kilka minut i będzie koniec naszych trudów.
Kobieta ta była młodą, jak jej towarzysz, bardzo piękną, bardzo bladą i zdawała się być cierpiącą.
Nazywała się Magdalena Stefani.
Poznajemy Filipa Valencourt‘a.
Markiz de Blangy dotrzymał słowa swemu siostrzeńcowi. Od trzech lat Filip był attaché w ministeryjum spraw zagranicznych, z dochodem mało znacznym na początek, ale senator podług obietnicy dokładał dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznie.
Było to drobnostką dla wuja, stanowiło bardzo wiele dla siostrzeńca.
Filip opływał w dobrobyt i życie zdało mu się usiane kwiatami. Markiz dawał mu pieniądze, Magdalena szczęście i niezakłócony spokój. Żadna chmurka nie zaciemniła ich horyzontu najmniejszy cień nieporozumienia nie zawitał do ich mieszkania.
W tej też błogosławionej i przepysznej atmosferze czuli się prawdziwie szczęśliwymi.
Posiadali młodość, piękność, siłę, przyszłość, wszystko nakoniec.
Dnie, miesiące, lata upływały szybko, jak błyskawice.
Tajemnica, którą byli zmuszeni otaczać się przed zazdrosnem okiem ludzi, podwajała urok życia.
Wobec tego spokoju, jaki ich otaczał, młody człowiek nie pomyślał prawie o spełnieniu swych przyrzeczeń.
Magdalena bardzo cierpiała z tego powodu: lecz jej kochanek był tak czułym, dobrym, przywiązanym, że przestała powątpiewać.
Zresztą nie brakło mu też pretekstu opóźniania.
Przybyła na świat prześliczna córeczka z imieniem Magdaleny, z takiemi samemi cudownemi niebieskiemi oczyma, pięknymi włosami i niebiańskim uśmiechem.
Później narodził się synek, brunet, jak jego ojciec z temże samem Filipa imieniem, a mając zaledwie trzy lata zapowiadał że będzie również pięknym i silnym.
Możnaż więc było puścić się w drogę, mając tyle obowiązków i zajęcia w Paryżu?
A zobowiązania Filipa dla rodziny!
Zajęcia w ministeryjum, powinności światowe... trzeba je było wszystkie pogodzić Rzeczywiście dnie zdawały się za krótkie. Mijały lotem ptaka, gdyby dzień miał czterdzieści osiem godzin, kochanek Magdaleny umiałby go jeszcze użyć.
Wiek, w którym żyjemy, zdolny jest wszystko wyszydzić, wszystko zniweczyć.
Filip Valencourt nie był niedowiarkiem, był obojętnym.
Kochał Magdalenę, Magdalena byłą jego ciałem i duszą.
Reszta go nie obchodziła.
Kiedy wchodził szczęśliwy kochanek do małego domku w Passy, gdzie zamieszkiwała, otoczona wygodami, elegancyją nawet, znajdował ją często smutną, ubolewającą nad swym stanowiskiem kochanki, zmuszonej ukrywać swą miłość. Tając ukryte cierpienie, przyjmowała z uśmiechem swego wybranego, który przecież dbał tak samo, jak wuj jego, o swe osobiste przyjemności, o swe niezakłócone szczęście przy tej idealnej kobiecie i kolebce dwojga dzieci, łagodnych, jak ich matka, różowych jak aniołki.
Dla świata zamieszkiwał przy ulicy Université jako kawaler ze swym wiernym służącym, Jesonem Kerhoël’em. Bywał w operze w Theâtre Français, nie opuścił ani jednego zebrania, którego wymagało jego stanowisko.
Spotykał też swego wuja, swego brata Franciszka, który mieszkał przy ulicy Saint Germain w pałacu należacym do jego żony.
Mieszkanie to z podwórzem znajdowało się między ogrodami, dość licznie spotykanymi na przedmieścia Saint-Germain.
Wartość jego główną stanowił obszar grantu, na jakim się znajdował.
Gdyby go było sprzedać, możnaby zrobić dobry interes.
Franciszek myślał już o tem.
Z obliczem pargaminowem, zimną krwią jak u gadów, spojrzeniem nikłem lecz pewnem, zapowiadał człowieka przedsiębiorczego, jakim się też stał z czasem.
Markiz de Blangy gładząc podbródek swej wychowanicy mówił ze spokojem.
— Hm! co za nabytek! Ten chłopiec mógłby złoto robić w banku. Będziesz kiedyś wielką milijonerką! Ja ci to przepowiadam. Obecnie należy go zostawić swobodnym niechaj robi fortunę.
Ludwika potwierdziła słowa starca.
Nie potrzebujemy nadmieniać, że mu schlebiała z wielką zręcznością, wobec której reszta zdała się być fałszem. Sądzić nawet wypadało, że należała do spółki w doprowadzeniu małżeństwa, nad którem strasznie cierpiała. Filip nie potrzebował się żalić na nikogo.
Otaczano go uprzejmością ze wszystkich stron. Franciszek okazywał się względem brata jeżeli nie serdecznym to przynajmniej przymuszał się nim być pozornie. Ludwika po kilku miesiącach dziwaczenia się i docinkach jadem zatrutych za to, co zaszło między niemi pogodziła się na pozór z losem.
Względem Filipa, udawała zadowolenie ze swego położenia, pozorną wesołością przynoszącą zaszczyt wytrawnej komedyjantce.
— Śniłam, mówiła raz z udanem wzruszeniem żem była twą żoną, złudzenie to wzbudziło we mnie żal za tem, co już powrócić nie może. Czegóż w istocie żądałam? Żebyśmy byli szczęśliwi! Rządzę się jednak rozumem, jestem zadowolona bez ciebie nawet, życzę abyś i ty był nim także.
Pewnego wieczoru w otwartem oknie wyższego piętra w pałacu de Blangy, oparła się na ramienia Filipa z przymileniem braterskiem zapytując go:
— Ta którą kochasz, czy kocha cię przynajmniej?
Innego dnia powiedziała mu znów, nie bez złośliwości:
— Jest jedna młoda dziewczyna o której chciałabym coś wiedzieć.
Filip zapytał tonem najnaturalniejszym:
— Jak się nazywa?...
— Magdalena Stefani.
— Córka pułkownika?
— Ta sama.
— Ona cię obchodzi?
— Nieskończenie...
— A ciebie?
— Dlaczego mnie o to pytasz?
— Tak sobie... aby się o niej dowiedzieć tak młoda a nieszczęśliwa dziewczyna znajdująca się w bardzo przykrem położeniu obchodzi mnie, dowiadywałam się... wiesz... w Bellemare?
— Miejscowość gdzie mieszkał jej ojciec?
— Tak.
— A więc?
— Sprzedany na kawałek chleba. Miała go opuścić już oddawna.
— Aby iść gdzie? — zapytał kolejno Filip.
— A otóż nikt nie wie w okolicy.
— Znikła?
— Tak też mówią kochany Filipie, znikła.
— To dziwne zakończył młody człowiek.
— W istocie że dziwne.
Tegoż dnia jeszcze żegnając się ze szwagrom, jakby na zakończenie, szturmu, rzuciła mu pocisk ostatni:
— Wuj miał wielką racyją nakłaniając cię do dyplomacyi.
— Tak sądzisz?
— Bez wątpienia. Masz wiele danych do zrobienia karyjery na tej drodze. Zajdziesz daleko jeżeli ci Bóg udzieli życia.
Za całą odpowiedź Filip uścisnął przyjaźnie jej rękę.
Pomimo to, prawie codzień były nowe potyczki.
Stosownie do wyrażenia Filipa Valencourt’a, prawdą było iż panna Stefani dla tych co się nią interesowali, znikła. W trzy miesiące po tragicznej śmierci pułkownika, uregulowała rachunki, sprzedała ruchomości z Bellamare i opuściła dom — pozostawiając okrutne wspomnienia: występku i katastrofy jaki ten błąd pociągnął za sobą.
Opowiadała swoim przyjaciołom jakich miała w okolicy, że jest zmuszoną wyjechać dla znalezienia jakiego zajęcia.
Zabrawszy swą starą służącą, wyjechała. Odtąd nikt nie wiedział co się z nią stało.
Jeden tylko Filip Valencourt mógł był coś o niej powiedzieć.
Droga do jej schronienia była mu najmilszą i zawsze ją odbywał z nową radością.
W każdą wolną chwilę wyrywał się do tej tajemnej siedziby, którą tylko Paryż ukryć potrafił. Prowincyja jest okrutną dla nieprawej miłości, mury w niej są szklane. Próżnowanie i plotkarstwo podniecają ciekawość, złośliwość kumoszek żywi się najdrobniejszymi szczegółami życia drugich i staje się prawie niepodobnem uczynić choćby krok jeden, aby nie był wiadomy publiczności.
Paryż przeciwnie jest rojem miłostek, i jedynym lasem, gdzie te trwożliwe ptaszyny mogą ukryć swoje tajemnicze gniazdeczka.
Bezwątpienia Filip był odpowiedzialnym za opieszałość, powinien był pomyśleć o ustaleniu tych, których kochał; należało mu spojrzeć w zaczerwieniona oczy kochanki, aby w nich wyczytał iż jest matką w niepokoju i wątpliwości.
Lecz był on w wieku zapału, uniesień serdecznych i marzeń.
To złe miało się wyleczyć podróżą od tak dawna spóźnioną. Z łatwością znalazł pretekst do oddalenia się na dni kilka, i udał się też w drogę.
Odbyli podróż z Paryża do Bajonny przytuleni do siebie jak kochanek i kochanka. Ona zachwycająca i ściągająca samochcąc pożądliwe spojrzenia innych podróżnych pobladła i tęskna po odbytej dopiero słabości, on zdobny młodością, elegancyją i urodą stałby się przyczyną szalonej zazdrości bratewej, gdyby go mogła zobaczyć uwijającego się i tkliwego jak narzeczony przy swej towarzyszce podróży.
W Bajonnie wynajęli powóz i przejechali granicę Hiszpanii. Ostatnie promienie dnia zachodziły na ciemnym horyzoncie gdy powóz zatrzymał się przed rogatką.
Filip wydobył zegarek.
— Piąta godzina, powiedział.
San Julija, zawołał chrapliwy głos woźnicy.
Miejsce w którem wysiedli, o ile można było wnosić, było opuszczone i prawie dzikie. Nad brzegiem drogi widziano tylko niskie parterowe domki pokryte dachówką.
Dom ten wznosił się w pewnej odległości od płotu z wawrzynu i bukszpanu, dwa w nim okna rzęsiście oświecone, wskazywały że były zamieszkane i jakby kogoś oczekiwano (widać bowiem było stół okrągły okryty białym obrusem) a na nim nakrycia do posiłku.
— Hola! jest tam kto? zawołał woźnica. Niepotrzebował ponawiać wołania. Wieśniak ubrany w czerwoną kamizelę, wyszedł z budynku, umieszczonego pod gąszczem świerków, któremi okolica jest prawie zasłaną i zbliżył się do powozu.
— To wy, podróżni z Paryża których oczekujemy? zapytał dyjalektem Nawarczyka, jakim mówią mieszkańcy nad granicą od Orthez’u do Barcelony.
— Tak, odrzekł woźnica.
— Proszę wejść, ksiądz proboszcz oczekuje.
— A konie gdzie umieścić? zapytał człowiek z Bajonny, nie widać nawet wozowni, w tej przeklętej wsi.
— Sto kroków dalej, z drugiej strony, mostu jest wioska, tutaj tylko kościół i plebanija; pierwszy dom na prawo, to oberża. Zobaczysz najpierw latarnią, tobie i twoim zwierzętom dobrze tam będzie, dodał pod nosem: Jeżeli nie jesteś wybrednym. A jakby na pożegnanie dorzucił:
— Noc wkrótce przejdzie, dobrej nocy!
Podczas tych objaśnień, dwoje podróżnych wysiadało z pudła wehikułu, zmęczeni długą podróżą i ostrem powietrzem.
Woźnica zaciął konie a powóz potoczył się drogą.
— Proszę wejść, powtórzył Nawarczyk, w czerwonej kamizeli, spełniający u proboszcza obowiązki służącego, ogrodnika, grabarza, i zakrystyjana zarazem.
Mimo tyle zajęcia cierpiał niedostatek proboszcz bowiem kościół i wioska były również biedne. Nareszcie ukazał się i proboszcz na progu domu dla przyjęcia gości.
Przy świetle pochodni ze starego domu wyszedł starzec, którego czoło odsłonięte, rzadkie włosy i pozostały kosmyk na czaszce przypominał zakonnika; lecz twarz sucha jak stara ircha wyrażała szczerość i dobry humor.
Rysy jego więcej zapowiadały zapalonego franta, wytrawnego pijaka, awanturnika, niżeli księdza surowych zasad.
Oczy maleńkie błyszczące, ocienione gęstemi brwiami, usta z wyrazem szczerym znamionowały żądze lub żal za roskoszami świata, całość robiła miłe wrażenie wyrazem dobrotliwym i szlachetnym.
Po kilka serdecznych słowach powitania wprowadził dwoje młodych ludzi do pokoju jadalnego i usadowił ich przed dużym ogniem z drzewa sosnowego, rzucającego blask na podłogę.
Prosił, by się rozgościli.
— Marznie, aż dachówki trzaskają a wy mieliście odwagę opuszczać Paryż w tej porze?
Na wspomnienie Paryża westchnął, a nozdrza jego rozdęły się jakby chciał przyciągnąć zapach stolicy.
— Proboszcz był w Paryżu?... zapytał Filip.
— Pan de Cayrol, nasz wspólny przyjaciel, mówił wam pewno?
— Prawda.
— Mieszkałem tam kończąc nauki. Chmura osiadła na jego łysem czole, poruszywszy ręką jakby dla odpędzenia mar natrętnych, zmienił przedmiot rozmowy i zaczął z miną wesołą:
— Wybaczcie! że was tak źle przyjmuję, robię co mogę: zapewne Cayrol wam opowiadał. Nasi ojcowie żyli w wielkiej przyjaźni, on utrzymał swoją ojcowiznę, ja roztrwoniłem moją, lesz osiągnąłem przynajmniej tę korzyść, że jestem wyrozumiałym dla innych.
Wymawiając te słowa zmierzył okiem znawcy młodą kobietę od stóp do głowy.
Zdjęła salopę, okazując się w pełnej gracyi, w sukni koloru malwy a przepysznie skrojonej.
Spojrzenie było tak wymowne, że młoda kobieta poczerwieniała nie mogąc wymówić ani słowa, ksiądz uspokoił ją natychmiast, bo rozpoczął rozmowę z nadzwyczajną serdecznością.
— Łaska boża spłynęła na mnie. Biskup, hrabia Urgel jest moim kuzynom, jemu zawdzięczam, żem został księdzem. Lubię żyć wspomnieniami, życie jest tak krótkie, nie chciałem przyjąć innego probostwa jak tylko w tej wiosce.
Człowiek umiejący się ograniczać może być szczęśliwym, zresztą nie jestem sam, myślę o tych, którzy, nie żyją a których widzę bezustannie.
Łza, szybko spływająca, sprawiła iż oczy jego stały się jeszcze więcej błyszczącemi. Napomknął też zaraz o celu podróży dwojga młodych ludzi.
— Cayrol opowiedział mi wszystko.
— Gdzie go poznaliście?
— U mego wuja w Burgundyi.
— Był to rozsądny lecz wesoły hulaka.
— Dzięki Bogu, jest nim i długo jeszcze nim będzie, odrzekł Filip.
Hiszpan potrząsł głową.
— Co? Proboszcz powątpiewa? zapytał młody człowiek.
— Pan de Coyrol jest tak jak proboszcz, w sile wieku i szydzi z lat swoich, sądziłem, że go tu znajdę.
— Nie przyjdzie już tutaj więcej, odrzekł proboszcz widocznie zasmucony.
— Co proboszcz mówi?
— Coyrol wziął was w szczególną opiekę, podobał mu się prawy i szczery charakter pana i polecił mi też was w najgorętszych słowach, cieszył się, że będzie waszym świadkiem...
— Jakaż więc przeszkoda?
— Najważniejsza ze wszystkich.
— Proboszcz mnie przestrasza!
— Pan de Coyrol umarł.
— Czyż być może?
— Pan de Coyrol zabił się, przed dwoma dniami, w swoim majątku Puymorons pad Canterets.
— Co proboszcz mówi?
— Pan de Coyrol polował jak zazwyczaj, była to jedyna namiętność jego, kochanka. W pogoni za niedźwiedziem wpadł w przepaść i rozbił czaszkę o skalę.
Magdalena siedząca w kąciku przy ogniu podniosła wzrok przerażony na księdza. Podróż wśród prawdziwego uraganu, wiadomość o strasznej śmierci, to miejsce osamotnione, robiły wrażenie smutnych przepowiedni.
Proboszcz pokazał młodemu człowiekowi list z czarnemi obwódkami.
— Dziś dopiero dowiedziałem się. Matka mi o tem doniosła. Jest zdesperowaną.
Załamał ręce jakby na dowód potwierdzenia.
— Życie jest znikomem zakończył. Mówmy o was.
— Proboszcz jest wtajemniczony w nasze życie? zapytał młody człowiek.
— Tak.
— I zgadza się przyjść nam w pomoc?
— Z całego serca.
— Jakże zdołamy się wywdzięczyć?
— Nie mogę was pogodzić z ludźmi, nie znam praw waszego kraju, lecz mogę was pobłogosławić przed Bogiem.
— O to właśnie prosimy, — reszta zrobi się z czasem. Czy pan odebrał nasze papiery?
— Pan de Coyrol doręczył mi je.
— Czy zapowiedzie już wyszły?
— Wyszły.
Niezbędnem jest, aby do pewnego czasu nie wiedziano o naszem połączeniu się.
— Moi parafijanie, znaleźliby się w prawdziwym kłopocie przy powtórzeniu nazwisk które ich uszy nie należycie słyszały.
— Czy będą świadkowie?
— Perez mój zakrystyjan i sąsiedzi, którzy podpiszą na niewidzialne, nie kłopocząc się o ceremoniją i osoby do do niej należące. Ze wstydem wyznaję, że wieś moja ma zaledwie trzy osoby umiejące pisać.
Moi parafianie wolą raczej łowić pstrągi, zastawiać sidła, lub wabić na lep gołębie, niż do szkoły chodzić.
Utrzymują, że nauka nie warta trudu jakiego wymaga a rezultaty jej są żadne. Czy mają racyją lub nie? nie wiem. Proboszcz zwrócił się do Filipa.
— Czy pan ma jeszcze rodziców?
— Oddawna już nie żyją.
— A narzeczona jest sierotą?
— Tak panie.
— W naszym kraju zainteresowanoby się podobnem małżeństwem.
— A w waszym?
— To zależne, odpowiedział młody człowiek, ale zdaje mi się, że tak. Jak tylko okoliczności pozwolą, pójdziemy do mera.
— Amen, zakończył Hiszpan, a teraz pójdziemy do stołu.
Wiadomość o niespodziewanej śmierci przyjaciela odebrała apetyt zgłodniałemu podróżnemu.
Filip zasmucony bardzo, tym wypadkiem, wyczytał przecież w oczach Magdaleny, tyle radości z urzeczywistnienia jej najpożądańszego życzenia, tyle wdzięczności za spełnienie obietnicy, że i chmaurka zasłaniająca jego oblicze, wkrótce się rozeszła.
Podany posiłek ze szczerą gościnnością, był mile przyjęty.
Nazajutrz o wschodzie słońca proboszcz był już na nogach.
Filip i Magdalena wstali przed innemi.
Ku północy Pireneje zdają się dosięgać stopniowo nieba, na południu przeciwnie grunt zniża się do zupełnej płaszczyzny, którą po części zasłaniała nieprzejrzana mgła.
Dzwon kościelny oznajmił ranne pozdrowienie anielskie.
Proboszcz przechodząc pozdrowił przyjaźnie dwoje przypadkowych parafijan i rzekł:
— Żwawo... śpieszmy się!...
W kilka chwil później, podróżni wchodzili do biednego kościołka ubogiej wioseczki.
Nigdy nie odbywał się ślub z mniejszą okazałością.
Narzeczeni tylko i ksiądz, który ich miał pobłogosławić. Perez zakrystyjan przygotował wszystko do obrządku.
Świeci na ołtarzach byli jedynymi świadkami nowożeńców.
Bez rodziców, bez przyjaciół którzyby jej towarzyszyli do ołtarza, Magdalena pomimo szczęścia jakiego pragnęła, zalewała się łzami.
Przyszły jej na pamięć straszne nieszczęścia poprzedzające ten związek, uczuła się przyciśniętą przeczuciom zgryzot, jakie miały nastąpić.
Kiedy ksiądz zapytał ze słodyczą, prawie z współczuciem narzeczonej,
niedoznającej w tej chwili radości jaka towarzyszy ślubom zawieranym publicznie i uznaniu legalnej małżonki wychodzącej z kościoła przy odgłosie organów, wobec tłumów zachwycających się nią.
— Magdaleno Stefani, czy masz nieprzymuszoną wolą pojąć za małżonka Filipa Valencourt’a tutaj obecnego?
— Tak!... I jakby pod wrażeniem halucynacyi samotna i opuszczona widziała swego ojca zabijającego się powodu jej występku, zdawało się jej, że słyszy głos powtarzający straszne słowa:
„Magdaleno bądź przeklętą “!!
Z rękoma złożonemi, upadła na kolana jak gdyby błagała o łaskę i miłosierdzie tego zjawiska.
Ksiądz wzruszony, zatrzymał się.
Filip ją podniósł a w uniesieniu miłości i litości utulił w swych ramionach.
Hiszpan zaczął wtedy:
— Filipie Valencourt, czy bierzesz za małżonkę Magdalenę Stefani, tutaj obecną?
Zapytany odpowiedział głosem stanowczym i dobitnym.
— Tak!
A podczas gdy ksiądz odmawiał wzniosłą formułę z rytuału:
— Niechaj Bóg którego uwielbiamy otoczy was swą łaską, niechaj użycza wam długich lat szczęścia i dozwoli wam widzieć wasze dzieci i dzieci waszych dzieci do trzeciego i czwartego pokolenia...
Filip szeptał jej namiętnie do ucha:
— Czegóż się obawiasz?
— Drżę.
— Czyż nie jestem przy tobie?
— Boję się.
Przycisnął jej rękę a zagłębiając swój wzrok w niebieskich pomięszanych oczach żony, zawołał.
— Jesteś więc teraz moją i nic świecie nas nie rozłączy!
Akt ślubu został podpisany na wytartym i zakurzonym stole.
Proboszcz i zakrystyjan należeli do tego podpisu, mającego być dopełnionym przez krzyżyki ludzi ze wsi, poświadczających ceremonije, przy których nie asystowali.
O ósmej, małżonkowie wsiedli do starej karocy, udając się drogą do Bajonny, uścisnąwszy zacną rękę biednego proboszcza z San-Julii, pozostawiwszy mu pamiątkę swej wdzięczności i przyjaźni.
We dwoje w powozie, podczas gdy woźnica zachęcał konie których dzwonki odzywały się wesoło. Filip okrywał pocałunkami swoją żonę, powtarzając:
— Jesteś moją i nic, nic w świecie nas nie rozłączy!
Nie liczył na śmierć.
Wspomniała znienacka towarzysza jego młodości, przyjaciela Coyrola. Miały też być i inne jeszcze.
Jest to dworska zasada aby, o szczęściu nie opowiadać.
Ludy szczęśliwe nie mają historyi.
Wyjątkowi jeszcze mniej jej mają.
Rzućmy więc tylko okiem na dwa ubiegłe lata, nieprzynoszące żadnej nadzwyczajnej zmiany, zresztą powiedzieliśmy przecie, że w opowiadaniu naszem nie ma dramatu.
Wypadki zaszłe są tylko wstępem do niego.
W pałacu przy ulicy Saint-Guillaume, w tej szanownej rezydencyi spokojnej, łagodnej, prawie uroczystej o wielkich schodach, wysokich sufitach, z meblami pokrytymi starym adamaszkiem, mającym na ścianach portrety przodków i jaśnie panów z domu Chambeyre; w tej to rezydencyi siedziała jak pająk w pajęczynie, młoda kobieta przemyśliwając bezustannie o nienasyconej zemście ku człowiekowi, który jej zrobił obelgę jakiej córy Ewy nie przebaczają.
Ona się ofiarowywała, a on odmówił.
O tyle więcej Ludwika de Chambeyre, nienawidziła Filipa, o ile brat jego Franciszek, zdawał się mniej godnym posiadania jej za żonę.
Ta istota zimna, niespokojna, chciwa, skąpa, której jedynem zajęciem, jedyną przyjemnością było obliczać ile posiadał przygotowywać regestry, dorzucać nowe do zrealizowanych oszczędności, obrachowywać korzyści jakie mógł osiągnąć. Ten biblijny Harpagon robił wrażenie ohydne i obrzydliwe.
Obejście brata jego grzeczne i wyniosłe, powab, przytem elegancyja i siła wrodzona wprawiały ją w zazdrość i gniew.
Łudziła się nadzieją pozostania jego żoną.
Pieściła się temi marzeniami przez lat kilka. Wierzyła nawet w możebność dojścia do celu by być kochaną.
Przyjaźń Filipa oszukała ją, tak była serdeczną i gorącą. Zresztą miała w swem ręku wszystkie dane do podobania się: młodość, majątek, godnego opiekuna, a przecież nie dostała tego, czego żądała.
Dla czego?
To pytanie nasuwało się jej bezustanku, zajmowało ją, nie dając odpoczynku, tak, jak zajmowały jej męża rachunki i pieniądze.
Oczywiście, że jakaś kobieta opanowała to serce, które ona starała się pozyskać, bo inna piękniejsza może, stanęła między niemi i odebrała szczęście którego pragnęła.
Filip kochał kogo innego.
Ale kogo?
Z jakiego powodu?
Nikt nie znał jego kochanki. A przecież w swej porażce, młoda kobieta przeczuwała rywalkę.
Magdalenę Stefani zapewne!
Ale gdzie ona jest?
Co robi?
Czem mogła być dla Filipa tak nadskakującego, zręcznego, lekkiego, niedbałego o powierzchowność, a który się do nikogo nie przywiązywał.
Ludwika, w swej dzikiej zazdrości dokładała wszelkich starań, aby zbadać tajemnicę, lecz bezskutecznie. Wszystko było pozostawione tylko domysłom.
Joson Kerhoël jedyny służący młodego pana, dogadzał doskonale planom jego a z ukrytą finezyją, zwodniczą potulnością, śledził wszystko, nie zwracając na siebie uwagi. Ludwika miała w usługach młoda dziewczyną dosyć ładną imieniem Zuzannę.
Podsycana przez swą panią, Zuzanna próbowała, dowiedzieć się czego od Bretończyka. Joson zdobył przyjaźń subretki, a niezdradził się z niczem.
Pani Franciszkowa Valencourt przekupywała ludzi nawet dla wyśledzenia szwagra.
Filip ukrył się i nikt nie wiedział o jego związku.
Tak przechodziły dnie, miesiące, i lata, nie zaspokoiwszy ciekawości pożerającej ją, aż nakoniec wyjawiła się sama.
Na wiosnę roku 1868 ulica Saint-Guillaumo, jakoteż domek w Passy powiększyły liczbę mieszkańców. Oprócz bowiem Franciszka i żony jego, biegało dziecko, synek pięcioletni będący rozpaczą matki przez podobieństwo, tak fizyczne jakoteż i moralne, do tego, który mu dał życie.
W trzy lata później Ludwika de Chambeyre miała córeczkę.
W Passy takież same było położenie.
Magdalena miała dwoje prześlicznych dzieciaczków, córeczkę pięcioletnią i trzechletniego synka, przypominającego pierwszą miłość w jej życiu.
Kochała szalenie, poświęcała im dnie całe i nie powierzała nigdy w obce ręce.
Stara Marion tylko cieszyła się zaufaniem swej pani i zastępowała ją podczas krótkiej nieobecności.
Ludwika przeciwnie, powierzała syna służącym, przepędzając czas przy swym dawnym opiekunie którego przyjaźni strzegła z zazdrością godną Holendra, amatora tulipanów dla drogocennych cebulek.
Magdalena była dla swoich dzieci najlepszą matką, jak była dla męża najwdzięczniejszą i najlepszą żoną.
Czy była szczęśliwą?
Niezawodnie, była szczęśliwą, ze swych dzieci, będących jej dumą i radością, była również szczęśliwą przez męża, który całemi siłami starał się, aby zapomniała o tem, co czyniło przykrem położenie kobiety niemogącej się nigdzie pokazać pod rękę z tym, którego kochała, a będąc już jego legalna małżonką, nie mogła się poszczycić jego tytułem, nosić jego nazwisko, potrzeba bowiem było zachować tajemnicę.
A przecież w pewnych godzinach, W głębi duszy, patrząc na główki cherubinków uśmiechających się do niej, obsypujących ja całusami, uczuwała niepokój.
Bezwątpienią wierzyła w miłość Filipa.
Jakże mogło być inaczej?
Leżał u jej kolan, żył tylko dla niej.
Wiedziała o tem, była tego pewną.
Jego wierność miłość bezustannie się potęgująca, dla której piękność Magdaleny była żywiołem niewyczerpanym rozpromieniając wzrok jego, jak ognie przemagające burzę i noc.
Lecz nie umiała panować nad sobą będąc samą, nieokreślony jakiś strach rozsadzał jej pierś i zakuwał umysł.
Przeczuwała niebezpieczeństwo.
Imaginacyja jej rozpalała się.
Zdawało się jej że słyszy jakiś głos wewnętrzny, trwożący ją.
Umysł w bezustannej ekscytacyi przypominał jej przedśmiertne wyrazy, ojca.
„Magdaleno, bądź przeklętą!!!“
Lękała się tej klątwy i wierzyła w spełnienie się jej.
Również jak jej bratowa, trwożyła się, aby nie być zwyciężoną przez rywalkę niedocieczoną i tajemniczą, czuła jakby krążące nad swą głową, i przyszłością jej dzieci niebezpieczeństwo milczące i ciemne, podobne do ptaków ciemności, które spostrzegamy lecz ich nie rozpoznajemy. Gdy tylko Filip wracał do niej, jak widmo jej trwogi pierzchały.
Patrzyła wtedy w te czarne oczy, które ją mierzyły, usta które ją przywoływały, uśmiech szczery i łagodny, dowodzący do jakiego stopnia ją uwielbiał.
Przeczuwane niebezpieczeństwo bliskiem było.
Dziesiątego kwietnia 1868 roku, jedenasta godzina biła na zegarze, w sypialni małego pałacyku w Passy.
Filipa oczekiwano z niecierpliwością a on nie zjawiał się.
Dorożka zatrzymała się przed domem, Magdalena wybiegła na balkon.
Kilka razy biegała do okna, skąd dostrzegała zarysy lasku bulońskiego, zatopionego w jasnym blasku księżyca, kryjącego się za pagórki.
Tym razem niezawiodło jej przeczucie.
On to przybywał.
Weszła szybko do swego pokoju, poprawiła włosy, peniuar z cienkiej wełny obciśnięty na niej, roztworzyła drzwi, stanęła na progu z głową wzniesioną, z wzrokiem zatopionym we wschody.
Filip przeskakiwał stopnie krokiem szybkim, jak człowiek śpieszący po ukończeniu pracy dziennej na pożądany spoczynek.
Schwycił żonę w objęcia, nerwowo, przycisnął do serca, w uniesieniu miłosnem, utkwił w jej oczy swój wzrok a ochłonąwszy z pierwszej pieszczoty rzekł:
— Dałem dziś na siebie czekać!
— Niestety!
— To nie z mojej winy.
— Skąd przybywasz?
— Powiem ci... Co u was słychać?
— Wszystko dobrze!
— Dzieci?
— Śpią. Chodź.
Poprowadziła go za rękę do pokoju za gabinetem toaletowym.
W dwóch kołyskach spały spokojnie, Magdalena i Flip, dzieci miłości, młodej i pełnej życia pary, córka i syn świeże jak kwiaty, promieniujące jak miłość z obrazu Boncher’a z włoskami kręcącemi się w loki, małemi ramionkami rozciągnięte na prześcieradełkach lśniącej białości.
Wszystko było świeże i czyste w tem gniazdku: kreton na ścianach, firanki muszlinowe, związane niebieskjemi kokardami, dywan na podłodze w blade róże i dzieciątka śpiące jedno przy drugiem, śniące o aniołkach.
— Uściskaj je, ale ich nie obudź, powiedziała Magdalena.
Nachylił się nad niemi, końce jego jedwabistych wąsów dotknęły czoła dwojga dzieciątek.
Ta młoda i piękna kobieta, ten mężczyzna elegancki i silny, ci aniołkowie uśpieni w marzeniu — był to obraz prawdziwego szczęścia niezakłóconego, które jeżeli mogło gdzie się znajdować, to tu było niezawodnie.
Zapuścili po cichu firanki i wyszli z pokoju.
— Ach! zawołał Filip, rzucając się na fotel z westchnieniem zadowolenia, jak mi tu jest dobrze!
Bo gdzież nareszcie mogło mu być lepiej, jak nie w tem schronieniu, obszernem jak pudełko do rękawiczek, pachnącem gdzie niczego nie można było porównać z tą anielską i zachwycającą kobietą, przed którą amatorowie arcydzieł dopuszczaliby się szaleństw, gdyby widzieli chociaż jej rysy oddane przez artystę.
— A więc! skąd przybywasz? powtórzyła zbliżając się do niego.
— Skąd? domyślasz się trochę.
— Mów przecież! Z pałacu de Blangy?
— Stamtąd!
— W rodzinnem kółku?
— Tak i nie, byli goście.
— Dużo?
— Szesnaście czy ośmnaście osób.
— I twój brat i bratowa?
— Naturalnie, ci nie opuszczają senatora! Ludwika dogląda go bezustannie, Franciszek chodzi przed nim na palcach. Biedny stary lubi swobodę nie znosi aby go dręczono. Franciszek tego nie nie rozumie.
— Któż był z gości?
— Sama arystokracyja. Hrabia Adriani. Les Parcy... prezes... doktór Chambay....
— A czy były ładne kobiety?
— Doprawdy, że nie zwróciłem uwagi.
— Mówisz tak aby mi pochlebić?
Westchnął głęboko.
— Napewno, miałabyś powodzenie!
— Żartujesz sobie!
— Mówię to, co myślę.
— Niebyło ani jednej.
— A młode panienki były?
— Dwie czy trzy. Mała Galages, bogaczka Vernesse....
Zaczął się śmiać serdecznie.
— Śmieszne, dodał, Ludwika jest przebiegła do ostateczności, udaje, że mnie chce żenić ze wszystkiemi pannami, poszukującemi mężów. Powiedziałem jej: nie będąc moją żoną zostajesz agentką!... Ach gdyby wiedziała...
— Lecz nigdy się nie dowie, powiedziała smutnie Magdalena, nigdy nie będzie wiedziała...
— Kiedyż?
— Kiedyś.
— Nazajutrz, gdy mój biedny wuj odda Stwórcy swą duszę.
— Jak się miewa?
— Nie życzę mu nic złego, jest dobry dla mnie.
— To prawda.
— Niedawno, ujął się za mną w kwestyi żeniaczki.
— Jak?
— Powiedział jej: moja kochana Ludwiko, zostaw Filipa w spokoju. On chce zostać kawalerem. Nie ganię mu tego. Chce iść za moim przykładem.
— Ach!
— Ale wiesz, zdaje mi się, że...
— Proszę, mów.
— Musiał się czegoś domyślać!
— Czy sądzisz?
— Nie zadziwiałoby mnie to, miał minę dziwnie filuterną, przypatrując mi się w ten sposób, z góry — ot — tak wiele to mówiło.
— Byłoby to dla nas nieszczęściem!
— Kto wie? Takim jest fantastykiem. A potem, między nami mówiąc, w miarę jak się starzeje, zdaje się okazywać mi więcej przywiązania, tak jakby się pozbywał egoizmu, który był może tylko formą... udawaniem...
— Gdyby to było możebnem!
— Na tej zasadzie o mało, że się nie zdradziłem.
Wziął rękę Magdaleny i podniósł ją do ust.
— Jakże czułbym się szczęśliwym, powiedział z nadzwyczajną czułością, gdybym mógł ogłosić wszystkim, to jesteś moją!
— Wtedy? zapytała...
— Przyszła mi, myśl...
— Jaka?
— Po spojrzeniu ironicznem lecz łagodnem zarazem, trzeba mi było wszystko wyznać.
— I śmiałbyś?
— Czyżby mógł cię nie kochać, poznawszy cię?
— Strzeż się!
— Tem gorzej. Żegnając się z nim dziś wieczór, powiedziałem: mój wuju, nam ci coś powierzyć.
— Cóż ci powiedział?
— Dobrze mój przyjaciela, ale innego dnia, dziś czuję się zmęczonym.
— Jak wuj zechce. Potem powiedział z pewnym zainteresowaniem się: Czy to co pilnego? Nie mój wuju. Oczy mu się kleiły. Wyprzedzę gości i odjadę, powiedziałem mu. — Dobrze, odrzekł i skinieniem ręki podziękował mi — rzeczywiście zasypiał. Skorzystałem ze sposobności aby wyprowadzić kilku znajomych a inni też niepozostaną dłużej. Śpieszyłem aby cię zobaczyć, wsiadłem w pierwszą lepszą dorożkę jaka mi się nadarzyła. Woźnica skrzywił się jak inni, Passy przestrasza ich, lecz wsunąłem mu w rękę sto su i poleciał jak szalony! A ty? Coś robiła?
Opowiedziała mu zajęcia dnia całego zawsze jednakowe, pielęgnowanie dzieci, słowa wypowiedziane przez maleńką, która szczebiotała jak sroczka, a była tak pocieszną. Spacer do lasku pieszo dla odetchnienia świeżem powietrzem, skorzystania ze słońca dla nabrania sił... a potem nic... Myślała o nim.
Całe jej zwykłe zajęcie.
Słuchał, upajając się jej głosem z oczami zwróconemi ku niej, zachwycając się jej aksamitną płcią śnieżnej białości oczami przezroczystemi usteczkami jak wisienki, roztwierającemi się dla pokazania ząbków czystych jak dyjamenty, jej pierś wyniosła i zdrowa z żyłkami niebieskiemi i przepysznemi rękoma, które peniuar z otwartymi rękawami pokazywał śliczne i świeże.
— Tak, tak stanowczo, dodał, będzie cię uwielbiał, mój wuj. Opowiem mu wszystko... wszystko... jutro!
— W tej chwili, usłyszeli szybko zatrzymujący się pojazd na ulicy, i natychmiast dało się słyszeć gwałtowne poruszenie dzwonka, które ich niepomiernie zadziwiło.
— Czyżby to do nas? rzekł Filip.
— Napewno.
— O tej godzinie?
Wychyliła się z okna.
Joson Kerhoël był już na schodach zdyszany.
— Proszę pana natychmiast, wyjąkał.
— Cóż takiego?
— Pan markiz...
— Czy chory?
— Dostał silnego ataku, kończy...
Filip porwał za palto, włożył na frak i zbiegł ze schodów pędem, by wskoczyć w dorożkę.
Jest siła z którą należy się obliczać.
Ojciec rodziny z wydatkami, kupiec z interesami, doktór z chorymi, ambitny z rachunkami, wszyscy winni jej przeznaczyć oddzielny rozdział. Jest nieprzewidzialną.
Ci, którzy zapominają o tem lub zaniedbają, wystawiają się na krytyczne niespodzianki.
Gdy tylko Filip Valencourt wsiadł do powozu zadawał służącemu tysiączne pytania. Co się stało? kto go przysłał. Jak go zawiadomiono?
Bretończyk nie umiał ma więcej powiedzieć jak to co wyraził w dwóch słowach; mówiono mu, że to atak apoplektyczny.
Lachaume zaufany służący markiza przybiegł na ulicę Universite zdążywszy tylko powiedzieć:
— Markiz prosi pana Filipa. Niechaj się spieszy jeśli nie chce być za późno.
Lachaume był w rozpaczy. Natychmiast odjechał. Pomięszanie jego dowodziło, że niebezpieczeństwo było wielkie. Filip wychylił się z powozu zachęcając woźnicę:
— Sto franków za kurs, pędź tylko!
Koń dał ognia z czterech nóg. Wkrótce po wyjściu siostrzeńca, markiz otoczony kilkoma opóźniającymi się z pożegnaniem, nagle padł na fotel unosząc rękę do głowy, i wydając okrzyk zdradzający uczucie dawno tłumione w sekrecie: Filipie! zawołał.
Stary birbant, sybaryta, który sobie nie odmawiał żadne roskoszy, intrygant przesycony zbytkiem, dworak możny, nasycony honorami został powalony przez tę, która ścina w nadeszłej godzinie wielkich i małych, silnych i słabych.
Senator rozpoczął taniec pozagrobowy, z którym wszystko mija i kręci się w równości wyższej, jedynej która obraca światem.
Doktór Chambay i jego towarzysz sławny chirurg Duparc, serdeczny przyjaciel markiza przybiegli pośpiesznie, lecz poruszyli tylko głową z miną smutnej przepowiedni. Usiłowania ich dla przerwania złego zdziałały tyle tylko, iż konający odzyskał trochę przytomności.
Franciszek Valencourt w niepokoju o zdobycz łupu dla którego nie pragnął ocalenia starca z niebezpieczeństwa stał o kilka kroków od niego.
Ludwika starała się zwrócić uwagę swego dawnego opiekuna, aby odgadnąć ostateczne zamiary.
Oddalił ręką młodą kobietę, której fałszywa boleść nie oszukiwała go a ironija w jego uśmiechu raniła jej serce.
Chociaż był konającym, stary dworak nie łudził się pozorami rozpaczy, nie istniejącej w rzeczywistości. Na zapytania powtarzał tylko głosem coraz słabszym.
— Filipie! Filipie!
Ten, którego przywoływał, nie zjawiał się, nastąpiły ostatnie drgania, wyciągnął się na sofie, na którą go przenieśli. Oddychał jeszcze.
Ludwika rzuciła się na kolana i usłyszała jak wyjąkiwał, sądząc, że mówi do doktorów.
— Testament... biurko... zawiadomić Filipa... niedowierzać bratu!
W kilka sekund później już nie żył. Młoda kobieta pochwyciwszy ostatnie jego wyrazy wyprostowała się. Radość i chytrość malowała się na jej twarzy.
Z sekretu, który uchwyciła, postanowiła skorzystać. Biurko było niedaleko.
Wyraz tryumfu na obliczu Ludwiki trwał zaledwie sekundę. Zbliżyła się do męża rzucając mu dwa słowa:
— Wydziedziczeni... Testament...
Wskazała mu palcem gabinet umarłego. Franciszek głębokiem swem spojrzeniem nakazał milczenie.
Twarze ich wyrażały kłamliwą boleść bo szklanne oczy umierającego zdawały się jeszcze patrzeć.
Pozostali niemi, czekając chwili w w której będą mogli działać podczas nocy w samotności.
Dorożka Filipa Valencourt biegła z nadzwyczajną szybkością.
Woźnica zachwycony bajecznym napiwkiem, a oszołomiony długiem oczekiwaniem około szynków, które zwiedzał z jednego końca Paryża do drugiego, był jednym z tych maruderów, którzy większą część czasu spędzają w bezczynności a uchwyciwszy sposobność do lepszego zarobku poganiał konie z dwojoną energiją. Filip zmięszany tak niespodziewaną wiadomością, zajęty był jedną tylko myślą: Czy przybędę na czas jeszcze? Czy go żyjącym zastanę?
Nie zwracał uwagi na gibotanie się powozu, ani nawoływania woźnicy:
— Prędzej... pośpieszaj...
Bretończyk, zagłębiony w kątku, pocieszał swojego pana, który go nie słuchał.
A widząc go pochmurnym, zgryzionym, zniechęconym, zakończył z poufałością, na jaką pan mu pozwalał, pewny jego przywiązania:
— Zawsze to musiało nastąpić, wcześniej czy później.
Śmierć ma imponującą uroczystość, która przeszkadza myśleć o okolicznościach, jakiemi jest otoczoną.
Filip kochał swego wuja. Słowa Bretończyka doszły uszu jego, jak odgłos szmeru.
Myślał tylko, co się działo, podczas gdy biegł do pałacu de Blangy? Nie pomyślał na sekundę o wieku, ani o majątku markiza.
Czy zdąży uścisnąć po raz ostatni swego wuja, tego starca, który mu zastępował ojca, dla którego żywił w głębi serca uczucie prawdziwe i trwałe? Dorożkarz pędził.
Ulice były puste. Deszcz rzęsisty padał, nieliczni przechodnie usuwali się na chodniki, przed powozem, który zdał się być pędzonym przez półgłówka.
Filip nic nie mógł odgadnąć gdzie się znajduje, drzewa, domy i światła mijały z szybkością sprawiającą zawrót głowy. Patrzył na woźnicę. Człowiek ten uderzał konia wykrzykując jak głuchy: Pośpieszaj! pośpieszaj!
Joson widział zdaleka policyjantów którzy gromili woźnicę, nie mogąc go zatrzymać.
— Koń ten chyba na sprężynach, mówił Filip wzruszając ramionami, i próbował wstrzymać woźnicę.
— Zabijesz nas, zawołał.
Głos stłumiony odpowiedział.
— Niebójta się, mieszczanie, przyjedziecie!
— Panie, zawołał Kerhoël, to waryjat!
Bretończyk miał racyją.
Woźnica był waryjatem cierpiał na delirium, w głowie ma się mięszało.
Przyobiecane sto franków które widniały przed nim, powiększyły złe, przez które miał zdobyć straszną plagę naszego czasu: wódkę!
A na domiar nieszczęścia szkapa, zaledwie zdawało się powłócząca nogami, znarowiona, a pędzona strugami deszczu ulewnego, uniosła się, rozszalała i leciała szybko, jak koń wyścigowy.
Filip zrozumiał niebezpieczeństwo, ale za późno.
Dorożka dążąca najkrótszemi drogami, aby przybyć do celu, minęła ulicę Trocadero, skręciła dla przyspieszenia w uliczkę la Beine, źle oświetloną, gdy nagle się rozległ straszny trzask.
Wehikuł ciężki, który zdawał się być niemożebnym do zdruzgotania, zdatnym do przewożenia największych ciężarów kamieni, zatrzymał się i runął na chodnik, — oś złamała się.
Katastrofa była tak nagłą, że Filip nie mógł ani jej przewidzieć, ani uniknąć.
Nawpół stojący w powozie dla zgromienia pijaka został rzucony o kamień i uderzony tak silnie, że nie dawał znaku życia.
Gdy dwóch stróży, przechadzających się wzdłuż domów, przybyło na miejsce wypadku pierwsza ofiara, którą podnieśli, był dorożkarz, przyczyna wypadku. Opłacił życiem swój nałóg.
Zabił się na miejscu.
Pod kawałami pudła, dawał znaki życia człowiek, wydający przeraźliwe jęki.
Dwaj sierżanci zobaczyli go ze zdziwieniem dotykającego się członków, a że nie miał nic złamanego, wydał westchnienie dające ulgę.
Bretończycy mają wytrzymałe kości. Poczciwy chłopiec został tylko kontuzyjowany.
Ochłonąwszy ze strachu, uspokoił się o siebie i pierwsza myśl jego była o panu.
— Panie! zawołał!
Nikt mu nie odpowiedział.
— Ach! to jeszcze był inny podróżny? zapytał jeden z sierżantów.
— Tak panie! czekają na niego u wuja, który kona.
— Co to za wuj?
— Markiz de Blangy.
— Senator?
— Tak.
— Do licha! On zasłabł?
— Nie przeżyje nocy dzisiejszej.
— A! mój kochany chłopcze, odezwał się drugi, wuj i siostrzeniec odbędą razem ostatnią podróż.
— Panie! zawołał rozpaczliwie Kerhoël.
Nie krzycz tak głośno... to on...
— Gdzie?
— Tam.
W istocie policyjanci podnosili rannego, który podług wszelkiego podobieństwa był w tym samym stanie co i woźnica.
Napróżno jego wierny Bretończyk nachylał się, próbując go ocucić. Nie dawał znaku życia. Duża rana na czole była złą wskazówką.
— Pałac de Blangy niedaleko stąd, zauważył jeden, najlepiej tam go przenieść, niema nic lepszego do zrobienia, dopomożemy ci. Kilka przechodni zatrzymało się. Jeden z nich pobiegł poszukać powozu. Umieszczono rannego, i zwrócono się wolno na ulicę de Lille.
Wielkie drzwi pałacu były otwarte. Z trzech okien salonu widać było światło, i cienie przechodzących. Jeden z doktorów znajdował się tam jeszcze w towarzystwie starszego Valencourt’a i jego żony.
Inni asystujący wymknęli się cichaczem. Zwłoki markiza de Blangy, zmarłego o jedenastej godzinie i czterdzieści minut, spoczywały na sofie, na której skończył.
Można by myśleć, że oczekiwał na siostrzeńca, którego wołał do ostatniego tchnienia, a który nie przyszedł.
Lecz choć twarz zwrócona do drzwi oczy były zamknięte.
W tem weszło trzech ludzi, niosących Filipa Valencourt’a, podobnego do trupa.
— Co to jest? zapytał brat.
— Wypadek.
— Jaki?
— Koń uniósł... powóz się potłukł.
Ludwika przyglądała się temu z bijącem sercem a brwiami sciągniętemi. Co za zbieg okoliczności!
Przybliżyła się do doktora, który ściśle badał rannego.
W dwie minuty, podczas których oddech Franciszka Valencourt, również strapionego, jak jego żona, zdawał się zamierać im w piersiach, doktór objawił:
— Naruszenie mózgu... zgniecione piersi.. serce ściśnione... Umrze najdalej za kwadrans.
Błysk tryumfu oświecił bladą twarz starszego brata, podczas, gdy pierś młodej kobiety rozpierała się długiem westchnieniem, — westchnieniem chciwości i zadowolonej nienawiści. Doktór przecież zastosował wszelkie możebne środki, dla wskrzeszenia ranionego choć na chwilę jeszcze.
Po kilku bezowocnych próbach, pod wpływem szczerej troskliwości i energii, Filip odzyskał przytomność. Błądził spojrzeniem wokoło siebie i okrzyk stłumiony wydobył się z ust, zwalanych krwawą pianą: — Ona!
Joson Kerhoël zmieszany, ledwie żywy, z głową takie zakrwawioną stał koło swego pana.
Zrozumiał i znikł. Umierający zobaczył ruch jego i pomimo boleści, radość ożywiła twarz jego.
— Doktorze, szepnął, prawda?... jestem stracony.
Doktór wymówił kilka słów nadziei.
— Kto wie... cud...
— Nie... czuję... skończone!
— Czy cierpisz?
— Mało... Ile jeszcze żyć moęą?
— Jeśli masz jakie zlecenie, śpiesz się...
— One... są... zabrane!
Ludwika, usłyszawszy te słowa, zaledwie zrozumiałe, stała się jeszcze bledszą.
Zraniony uścisnął lekko rękę doktora szepcząc:
— To dobrze... dziękuję... doktorze. Skinieniem przywołał brata do siebie.
Franciszek zbliżył się, wahając. Ten brat konający, przeciwko któremu kobieta z duszą strutą zazdrością wpajała od chwili zamążpójścia uczucia nienawiści, stawał się rywalem w jego oczach prawie nieprzyjacielem, z chwilą kiedy drugi trup, spoczywający o dwa kroki, ten wuj po którym spadek był tak przepyszną zdobyczą, zdradził w ostatnim okrzyku sekret danego pierwszeństwa.
— Przedstawiały mu się, zamki, dobra lasy, domy, papiery i milijony, nagromadzone, do których od tak dawna wzdychał.
A Filip brat jego, był jedynym spadkobierca.
Testament wuja istniał w biurka, przygotowany własną ręką. Był tam.
Tym aktem ogałacał go, jego, Franciszka! Inaczej pocóżby pisał?
Markiz oddał wszystko swemu faworytowi, Filipowi, a jego, starszego, głowę rodziny, odepchnął.
Nietylko go wuj nienawidził, lecz nim pogardzał.
Czyż nie powiedział Ludwice, sądząc że mówi do doktorów, dając radę swemu faworytowi.
— Niedowierzać bratu! Byłoby więc wszystko dla niego straconem, gdyby Filip był żył!
Mógł się tylko spodziewać kilku cząstek nędznych danych mu jako odczepne lub jałmużnę. Lecz gdyby żył Filip?
Wtedy majątek, dla którego tak się poniżali on i Ludwika byłby dla kogoś drugiego. A jednak ten drugi, fatalnym zbiegiem okoliczności, umierał natychmiast, po śmierci markiza, doktór już go skazał. Oswobodzili się więc od niego, pozostawało mu tylko kilka chwil, a może kilka minut, do przeżycia. Przeszkoda usuwała się.
Spadkobierca po bracie, czy markiz dał mu co lub nie, Franciszek wchodził w posiadanie wszystkiego co Filip pozostawił po sobie, skądkolwiekby był otrzymał majątek.
Takie więc było położenie.
Filip konając przywoływał brata a brat ten sądził, że Filip, żyjąc, byłby dla niego zawadą, i dopiero po jego śmierci, olbrzymia fortuna wuja przejdzie w jego ręce.
Przed zapisem markiza Franciszek byłby się może dopuścił podobnej infamii. Zapis ten pokonał ostatnie skrupuły, ta dusza, zgangrenowana zazdrością i chciwością, te dwie najnędzniejsze namiętności, czyniące tyle spustoszenia, przestały istnieć.
Przecież umiał się hamować. Żadna z tych nikczemnych namiętności nie zdradzała się na jego twarzy.
To, o czem piszemy przez minut kilka, zajęło myśl jego w dwie sekundy. Gdy już nakoniec zbliżył się do brata, umierający zebrał ostatki sił i rzekł:
— Franciszku, jestem skazany.
Starszy ruchem powątpiewania odpowiedział.
— Jestem skazany, powtórzył Filip, mam zaledwie kilka chwil przed sobą.
— Ale...
— Nie przerywaj mi. Nie sądzę, abym był złym bratem, postępowałem z tobą jak z przyjacielem i nie miałem nikogo droższego nad ciebie. Czyż teraz mogę liczyć na ciebie?
— Bezwątpienia.
— Słuchaj, nie żałowałbym tak życia, gdybym nie pozostawiał istot, które uwielbiam...
— Co mówisz!?
— Mam żonę... i dwoje dzieci...
Franciszek Valencourt zsiniał.
— Ty! jęknął.
— Pułkownikównę Stefani... Poślubiłam potajemnie.
— Poślubiłeś!... Tyś żonaty?
— W San-Julii w Hiszpanii... zobaczysz akt... u mnie...
— San-Julia! powtarzał machinalnie starszy.
— Przed dwoma laty...
Ranny wstrzymał się. Pot zimny oblał go. Dusił się.
— Ta żona, te dzieci?... gdzie są? zapytał Franciszek.
— W Passy... chciałbym je zobaczyć... uściskać... po raz ostatni.
— Możnaby...
— Zapóźno... szeptał Filip niknącym głosem... Umieram... już mówić nie mogę... zaledwie patrzę... przybliż się..
Franciszek usłuchał.
— Zawołaj Ludwiki!
Młoda kobieta stała koło męża, notując w pamięci każde słowo umierającego. San Julia.. Passy.
— Ludwiko! jesteś matką, na miłość twych dzieci przysięgnij zaopiekować się moimi!
Służący i doktór odsunęli się szanując zwierzenia umierającego.
Franciszek i Ludwika mogli zaledwie słyszeć słowa niezrozumiałe już prawie.
Ta, która się zwała dawniej panną de Chambeyre, oniemiała.
Może nieszczęśliwy żyje jeszcze! Pośród cieni, które mu wzrok zaciemniały dostrzegł spojrzenie pałające nienawiścią, jakie mu rzucała.
Zrozumiał, że z tej strony niczego się nie mógł spodziewać.
Odwrócił się do brata.
— Franciszku! przysięgnij na cienie matki naszej, że będziesz się opiekował tymi, których pozostawiam po sobie!
— Milcz! rozkazała Ludwika, kładąc rękę na ustach męża.
Straszne cierpienie wyryło się na twarzy Filipa, palce jego wzniosły się w górę w ostatniem drganiu.
Konając, zrozumiał niebezpieczeństwo, grożące tym, których kochał...
Doktór zbliżył się szybko i spytał:
— Co on mówi?
Młoda kobieta odpowiedziała z zadziwiającym spokojem:
— Bredzi!
Usta konającego poruszyły się w najwyższym, lecz próżnym wysiłku.
Już głos się z nich nie wydobył.
Dreszcz śmiertelny przebiegł i za chwilę został nieruchomym.
Umarł.
— Nakoniec, szepnęła Ludwika do ucha mężowi.
— Skończone, zdecydował doktor.
I z pochlebstwem dla żyjących dodał:
— Jesteście odtąd jedynymi reprezentantami rodziny.
— Niestety westchnął hipokryta, Franciszek Valencourt.
W oczach służących i rodziny markiza de Blangy stawał się jedynym spadkobiercą, jedynym panem majątków wuja i wszystkiego, co pozostawił brat jego nieszczęśliwy.
Miał więc prawo rozkazywać. Zwłoki markiza i Filipa przeniesiono do dwóch pokoi pałacu, oczekując dnia.
Była druga godzina nad ranem. Lachaume, służący markiza czuwał przy swym panu z kobietami, będącemi na usłudze.
Parter został opuszczony.
Pozostali sami. Starszy Valencourt i jego żona, swobodni do działania podług woli.
W nieładzie jaki tam panował, nikt ich nie podglądał. Zresztą. na cóźby to czynił?
Poszukiwania ich nie były długie, ani trudne. Markiz sam dał im w rękę nić Aryjadny, po której doszli do kłębka. Franciszek, splądrowawszy parę szuflad, biurko wuja, przepyszny mebel ostatniego wieku, nie omieszkał zabrać pliku opieczętowanego czarną pieczęcią z herbem Blangy i z napisem:
Złamał pieczęć, rozerwał kopertę i wrzucił ją w ogień.
Zaczął czytać, co opiewał papier.
Ja podpisany Roland Feliks, markiz de Blangy Cussey, senator, komandor cesarskiego orderu Legii Honorowej, oznajmiam obecnie sporządzonym aktem moją ostatnią wolę, pisaną w całości, datowaną i podpisaną moją ręką tak, jak wymaga prawo. Postanawiam moim uniwersalnym legatarjuszom i jedynym spadkobiercą Filipa Valencourt, siostrzeńca mojego z wyłączeniem wszystkich innych, pragnąc, aby na wypadek mej śmierci wszystkie moje dobra ruchome i nieruchome bez wyjątku i zastrzeżenia były oddane w jego posiadanie.
— Leguję mu przytem tytuł markiza d’Blangy-Cussey z dodaniem, jego nazwiska Valencourt na mocy wyjątkowej łaski Jego Cesarskiej Mości, który to tytuł jest zachowany w kancelaryi tak dla niego jak i dla jego spadkobierców.
A to na dowód mego serdecznego uczucia z powoda szlachetnego charakteru jego, szlachetności o której się przekonałem wszystkimi możebnymi środkami, jakiemi się posługiwałem.
Sporządzony w Paryżu w pałacu moim piątego kwietnia tysiąc ośmset czterdziestego piątego roku.
Roland Feliks Markiz de Blangy Cossay“.
Franciszek, skończywszy czytanie, stanął bezmyślnie z ustami blademi, nieruchomy, jak gdyby się w posąg przemienił.
Dowiedział się nakoniec prawdziwych uczuć markiza dla siebie.
Zaledwie zdawał sobie sprawę z tego: zasługiwał na niełaskę!
Czegóż się dopuszczał w tej chwili jeżeli nie czynu najohydniejszej podłości? On, bogaty, wykształcony z wyższem wychowaniem, postępował jak ci wydziedziczeni od losu, zmuszeni głodem i nędzą, za pomocą wytrychów otwierać drzwi i kasy, aby rabować i okradać.
Oburzający, niecny postępek! Skorzystał ze śmierci dla złupenia ofiar, podobny do zwierząt, żarłocznych, kopiących pola bitwy lub cmentarza i pożerających trupy!
Ręka jakaś dotknęła jego ramienia.
Zadrżał jak złoczyńca schwytany na gorącym uczynku, Ludwika uspokoiła go mówiąc.
— To ja!
A gdy się nie poruszył dodała: Drżysz, czyżbyś miał tak mało odwagi?
Jednocześnie przebiegła spojrzeniem testament opiekuna.
— A! zawołała zirytowana, obłudnik, oszukaniec, nędznik!
— O kim mówisz? zapytał Franciszek, nie rozumiejąc, co mówiła.
— A o kimże mam mówić, jak nie o tym niegodziwym starcu? A to sobie z nas zażartował!
Widząc męża prawie ogłuszonego, jakby uderzeniem maczugi, zapytała go brutalnie:
— O czem myślisz?
— Myślę, że Filip wybrał odpowiednią godzinę do pójścia na tamten świat.
— Tak myślisz?
Franciszek przebiegł wzrokiem kąty gabinetu, podszedł do drzwi dla zapewnienia się czy kogo nie ma, zamknął je starannie a powracając do żony powiedział, odzyskując zimną krew.
— To jasne.
— Jakto?
— Słuchaj: Filip umarł, któż po nim odziedzicza?
— Oczywiście, że ty.
— Tak, ja, brat jego. Gdyby nawet wuj wszystko mu oddał, cóżby to szkodziło? Majątek na mnie przypada, i jaki majątek? Pałac, Blangy, folwarki, lasy, renty, domy, wszystko, nawet to, co po bracie moim pozostało z jego ojcowizną.
— Ale ta żona? rzuciła Ludwika z oczyma prędzej pełnemi nienawiści niżeli pożądliwości.
— Ta, która mi go odebrała, ta która mi przeszkodziła, aby był moim, moja rywalka, przeklinam ją bo mi zabrała człowieka, którego kochałam, a rzuciła mnie w ręce drugiego, którego ani kochać, ani szanować nie mogę. Powstrzymała się i dodała:
— Ta, o której umierający mówił z takie ubolewaniem.
— Tak, dziewczyna, którą miał poślubić w Hiszpanii, w San Julii, przed księdzem, w tajemnicy...
— Bezwątpienia.
— Komedyja.
— Cóż o tem wiesz?
— Zmyślone.. wymysł.
— Filip niezdolny był do kłamstwa, Przeklinam... więcej niż możesz myśleć...
— Lecz jeżeli mówił o swej żonie... o dzieciach swych... jeśli był żonaty!...
— To żadne małżeństwo!...
— A gdyby jednakowoż było?
— A więc z testamentu, który mamy w ręku zostałby dla nas... Czyż dzieci miały by równe prawa?
Cisza nastąpiła.
W tym wielkim pałacu przez śmierć nawiedzonym, słychać tylko wahadło zegara, wskazującego godziny dla żyjących z niepewnością przeznaczenia.
Ludwika położyła swoje chude ręce na ramieniu męża.
— Słuchaj, połowa takiego majątku, byłaby jeszcze bardzo wielką dla tej
kobiety.
— To prawda, ale to ożenienie!...
Ludwika, zniżając głos, z niepojętą energiją zadecydowała.
— Nie połowy chcę, lecz wszystkiego.
Franciszek udał, że nie zrozumiał. Żona wpatrzyła się w niego swemi czarnemi oczyma, jakby go chciała zamagnetyzować.
— Czy mi ufasz? zapytała.
— Pewno.
— Nie trzeba nikogo wtajemniczać w nasze zamiary...
— Takie i moje zdanie.
Przecież powiedział, San Julia. Wioska...
— Tak.
— Przy Echetar?
— Rzeczywiście.
— Pojadę.
— Kiedy.
— Natychmiast.
— Co za myśl?
— Nikt się nie domyśli. Mogę przez dni kilka nieprzyjmować, wymawiając się niedyspozycyją...
— To prawda.
— Nie będzie to rażącem, po podobnych wypadkach.
— W istocie.
— Z drugiej strony, ty masz prawo, zwiedzenia jego mieszkania.
— Zapewne.
Masz prawo stamtąd wydalić osoby, które zostaniesz.
— Prawda.
— Trzeba wygrać partyją... użyć wszelkich sposobów.
— Niech i tak będzie.
— Ty będziesz działać tutaj.
— Dobrze.
— Ja tam.
— Jak chcesz.
— Pojadę jutro.
Franciszek przerzucał znowu w biurku na wszystkie strony.
Był to jeden z tych cudownych mebli z drzewa różanego, ozdobiony bronzami cudownie rzeźbionymi, robione w wolnych chwilach przez wielkich artystów ostatniego wieku.
Utrzymywano, że zrobione było na rozkaz hrabiego Prowancyi, w istocie było jego własnością do chwili emigracyi.
Z tym tytułem miało wartość historyczną. Ten kosztowny mebel zawierał pozornie przynajmniej papiery bezużyteczne które nie mogły nikogo kompromitować.
Markiz był zanadto porządnym, aby pociągać innych.
Wtedy młoda kobieta dała znak mężowi. Nie miał nic więcej do czynienia w tym domu.
Wyszli, nie spotkawszy nikogo.
Pałac de Blangy zdawał się opuszczonym. Gaz palił się w pustych salonach, lokaje niepewni losu jaki ich czekał, poszli do siebie lub powychodzili za swoimi interesami.
Wielkie drzwi na rozcież otwarte, mogły służyć nawet dla maruderów, i nikt nie byłby im tego zabronił.
Franciszek i jego wspólniczka przechodzili przez dziedziniec, rzucając spojrzenie zadowolenia na tę książęcą rezydencyją, która dotychczas do nich nie należała.
Wątpliwe światło, jasność z kaplicy pogrzebowej, rzucało się z okien pierwszego piętra, gdzie markiz spał snem wiecznym, podczas gdy jego ukochany siostrzeniec, jego spadkobierca, spoczywał także zmarły, jak on, strzeżony przez najemników.
Powóz oczekiwał na ulicy. Należał on do przewrotnego brata, zdrajcy, ukrywającego w kieszeni owoc kradzieży i kłamstwa.
W chwili gdy powóz unosił dwoje winowajców na ulice Saint-Guillaume, skromna dorożka niepostrzeżenie wysunęła się z rogu Orsay na ulicę Lille i zatrzymała się o kilka kroków od pałacu Blangy. Wysiadł z niej Joson, wemknął się w podwórze pałacu wielkiemi otwartemi drzwiami, dostał się na ukryte schody na końca domu i powrócił w kilka minut do dorożki, mówiąc do kobiety znajdującej się wewnątrz.
— Niech pani wyjdzie.
Wyszła blada jak widmo, z sercem bijącem.
Joson zrozumiał życzenie swojego pana. Nieszczęśliwy pragnął zobaczyć raz jeszcze przed śmiercią Magdalenę.
Po odjeździe męża, młoda kobieta, przestraszona niespodziewaną wiadomością, która mogła zmienić ich egzystencyją, została zaniepokojoną.
Na odgłos powozu, wiozącego Bretończyka do Passy, wybiegła na wschody dla prędszego zobaczenia Filipa, z tem przekonaniem, że tylko on przybywać mógł o tej porze. Na widok zmienionej twarzy służącego, przeczuła nieszczęście.
Dusze kochające łatwo się przestraszają.
— Mój mąż! — zawołała.
— Prosi panią — odpowiedział Joson.
— Gdzie jest?
— W pałacu Blangy.
— Mnie?
— Panią; pan markiz umarł.
— A Filip?
— Przytrafił się wypadek... — jąkał Bretończyk, przestraszony wzruszeniem młodej kobiety.
— Dokończ!
— Koń poniósł... powóz się roztrzaskał.
— A Filip?
— Pan jest pokaleczony.
— Czy ciężko?
— Obawiam się.
Magdalena wydała przerażający okrzyk. Oparta o mur, aby nie upaść, sina, trupiej bladości, wszystka krew spłynęła jej do serca.
— Rozumiem — szepnęła — umrze... może już umarł...
Czyż inaczej byłby ją wzywał do pałacu de Blangy, ją, gdy w oczach świata była tylko jego kochanką.
Natychmiast, nie wchodząc do mieszkania, bez kapelusza, bez okrycia, zapominając o wszystkiem, w peniuarze, włosami w nieładzie, wskoczyła do dorożki, gdzie podążył i sługa.
Nie wyrzekła ani słowa.
Po cóż?
Zrozumiała... Filip był umierający... Już go nie zastanie gdy przybędzie.
Niezdolna myśleć, szła naprzeciw swego przeznaczenia z tem uczuciem, jakiego doświadcza skazany na śmierć niechybną.
Wszystko, na co patrzyła, było ciemne i niebezpieczne, Dorożka ją kołysała jak uśpione dziecię. Inteligencyja jej zasnęła, zniweczona uderzeniem piorunu.
Gdy przybyła na ulicę de Lille, była podobną do paralityczki, którą budzą.
— Niechaj pani na mnie zaczeka, nietrzeba aby nas widzieli.
Gdy powrócił, prowadził ją przez podwórze, zawsze oświetlone, zasłaniając ją sobą.
Nikt ich nie śledził.
Franciszek i jego żona już byli u siebie, szwajcar nie zajmował się wchodzącymi, spał spokojnie, obojętny na zmiany, które nie powinny by dotknąć jego osoby.
Wszystko mu było jedno; służyć temu, lub innemu panu.
Bretończyk prowadził młodą kobietę do tego pałacu, gdzie powinna była wejść, jako pani, a przecież wkradała się jak służąca schodami bocznemi.
Grobowe milczenie panowało w koło niej.
Wchodząc na próg, już nie miała najmniejszego powątpiewania. Jej przeczucia sprawdziły się.
Młoda dziewczyna uśpiona, wyciągnięta w fotelu, czuwała przy trupie.
Widok był wzruszający.
Magdalena zbliżyła się do łoża jak automat, stanęła przed tym umarłym, którego głowa spoczywała na poduszce włosy najeżone od krwi z rany, oczy zamknięte, ręce sztywne i zimne z krucyfiksem w rękach, złożonym na piersiach.
Błędnem okiem, bezmyślnie patrzała przed siebie, pogrążona w bezgranicznej rozpaczy.
A więc to jej mąż, jej miłość, ojciec jej dzieci, jedyna istota, do której się przywiązała na tym świecie, nie słyszał jej i nie widział.
Czyż to sen tylko okrutny?
Czy podobna wierzyć żeby on, którego przed kilkoma godzinami trzymała w uścisku, tak pełnego życia, sił, z taką przyszłością, który się do niej uśmiechał z taką czułością:
Umarły!
Zdało się niepodobieństwem, a jednak było rzeczywistością.
Upadła na kolana, oparła swoje ręce na rękach Filipa.
Młoda dziewczyna zbudzona przez Bretończyka, stanęła z nim w oddaleniu przy drzwiach do sąsiedniego pokoju, jakby bronili wejścia.
Nigdy ci nie zapomnę, Justyno, coś dla mnie zrobiła, powiedział Joson.
— Nietrzeba aby wiedziano...
— Dobrze!
Justyna była to dziewczyna z okolic de Blangy, praczka z pałacu, która byłaby wolała, aby ten wypadek przytrafił się był starszemu Valencourt’owi niżeli jego bratu.
Przytem nie była obojętna na nadskakiwania Bretończyka z przyczyny prawdziwej jego uprzejmości.
Boleść Magdaleny, tak milcząca, była rozrzewniającą.
Nakoniec łzy spłynęły strumieniem po jej bladych policzkach. Magdalena obcierała je zlodowaciałą ręką męża, następnie odgarnęła zaschłe włosy, dla zobaczenia rany, którą życie uciekło.
Chętnieby go uniosła ze sobą, chciałaby czuwać przy zwłokach jej drogich, lecz nie śmiała rozpocząć walki z niewidzialnymi nieprzyjaciółmi, przeczuwała ich bowiem, nie znając ich.
Lekki stuk dał się słyszeć w pokoju, gdzie spoczywały zwłoki markiza, czyjeś kroki się zbliżały ktoś nadchodził. Bretończyk odezwał się łagodnie.
— Pani! należy stąd odjechać.
Schyliła się, nie mając odwagi ani się opierać, ani żądać.
Uściskała po raz ostatni tego człowieka, którego już nie miała ujrzeć, szepcząc do ucha smutny wyraz rozłączenia, raniący jej serce.
— Żegnam cię!
Przybita, mdlejąca, zaledwie dowlokła się do wschodów a stamtąd do drzwi. Joson chciał jej towarzyszyć.
Podziękowała mu. Po zamknięciu drzwiczek dorożki, dawszy adres woźnicy doznała wrażenia opuszczenia, samotności, jak gdyby się zabłąkała w pustyni bez granic.
Powóz ruszył, jechała smutna jak noc w tej części miasta źle oświeconej, gdzie niegdzie.
Tak było czarno w duszy nieszczęśliwej, jak i na ulicy.
Nie wiedziała co ją czeka nazajutrz. Czyż niepowinna była wejść do domu gdzie zwłoki Filipa, jej męża spoczywały?
Weszła tam z łaski i protekcyi służącego!
Ona, jego żona, żona Filipa Valencourt’a. Była nią bezwątpienia, dowód istniał przecie. Zdawało jej się, że przy boku pokrwawionego męża nieżyjącego, widziała drugiego trupa swego ojca z przeszytą piersią kulą, który się zabił z jej przyczyny; pomyślała, że miłość jej z krwi, poczęta — we krwi zagasnąć miała.
Przypomniała też wyrzeczone przekleństwo przez pułkownika pozostawione jej jako jedyną spuściznę. Wyrazy te brzmiały w jej uszach.
„Magdaleno, bądź przeklętą!“
Widziała wzrok gniewny konającego ojca, rękę wyciągniętą dla odepchnięcia jedynej córki.
Czyż to przekleństwo wiecznie miało ciążyć nad nią?
Czyż już nie wywarło nieszczęśliwych skutków?
Obraz jej dzieci, mieszał się z przywidzeniami różnemi, myślała o tych niewinnych istotkach, śpiących spokojnie w nieświadomości nieszczęścia, jakie je miało dotknąć.
Czyż to przekleństwo miało spaść i na nie?
Nowa obawa opanowała tę zbolałą duszę.
Pragnęła, aby dorożka, wioząca ją tak powolnie, miała skrzydła, aby się przynajmniej upewnić, czy dzieci nie były jej wydarte?
Koń i woźnica wlokły się znużone całodziennym trudem na głuchej drodze, nieskończonych ulicach.
Magdalena wysiadła, obdarzyła dostatecznie biednego człowieka, starca o przyjemnem oblicza, który jej podziękował, rzekłszy:
Nie martw się, kochana pani i Bóg niechaj ci dopomaga.
Boleść tej kobiety była tak widoczna, że każdy by był nią wzruszony.
Wszedłszy do pokoju, w którym czuwała służąca, zawołała rozpaczliwie: — Umarł!
Odsunęła firanki, osłaniające łóżeczko, przypatrywała się chciwie tym dwom twarzyczkom rumianym i uśmiechniętym, pogrążona w zadumie i przestrachu, upadła na kolana, zawoławszy łkając:
W pałacu przy ulicy Saint-Guillaume u Valencourt’ów, tych szczęśliwców, którzy spełniwszy niegodne łupiestwo, przemyśliwali nad innemi — wszystko było radosne.
Powiew fortuny wiał też ku nim! Wszystko się układało podług ich życzeń.
W chwili, gdy mąż i żona rozstali się na progu pokoi, przedzielonych salonem, gdzie Ludwika przyjmowała swych przyjaciół, Franciszek powiedział:
— A więc ułożone? Jedziesz jutro?
— Wczesnym rankiem.
— W sekrecie?
— W sekrecie.
— Pewna jesteś swojej garderobiany?
— Ręczę za nią. Ona jedna będzie wiedzieć o mojej nieobecności... Przytem nie będzie wiedziała celu mej podróży.
— Jesteś kobietą wyższą.
— Spodziewam się dowieść ci tego.
Zatrzymała męża, który chciał drzwi zamknąć.
— Stajemy się wielkimi zbrodniarzami? powiedziała wesoło.
Widocznie, że szczęśliwą była z tej fortuny, a więcej z piekielnej i ohydnej zemsty.
— Dla czego zbrodniarzami? zaczął starszy Valencourt, niecierpliwy jak zawsze.
— Tak... zdaje mi się...
— Miałem prawo do dziedzictwa po moim wuju... Filip mi je wydarł... przeciw wszelkiej sprawiedliwości... odbieram je...
Z drugiej strony, Filip umarł. Czy ja wiem co o jego przygodach?
Jestem jedynym jego spadkobiercą. Znosząc akt małżeństwa, nieważny wobec prawa, unikamy skandalu, procesu, któregobyśmy nie przegrali...
— Czyś tylko pewny?
— Takie moje zdanie.
Prawo jest za nami. Filip ożenił się w Hiszpanii. Podług formalności przepisów u nas, jego żona byłaby kochanką, jego dzieci nieprawe. A ci intruzi ogołociliby nas może!... A więc?... moje sumienie jest spokojne... Dobrej nocy!
Zbliżyła się do niego, wzruszyła ramionami i rzuciła mu obelgę:
— Wykrętaczu, fałszywy człecze! Obłudniku! — lecz mówiła to bez żółci.
Rzeczywiście była w usposobieniu wesołem.
Nie obraził się, ale uśmiechnął wesoło.
— Występek! jeżeli kto chce tak nazywać, ale występek niewiadomy, występek bezkarny! Niechaj inni postępują jak my!
Podali sobie ręce powtarzając:
— Dobrej nocy!
Rano, o siódmej godzinie, spotkali się na środku salonu, który ich rozdziela. — Pani Valencourt, czarno ubrana, starannie zawoalowana, gotową była była do wyjścia. Franciszek owinięty płaszczem, zawołał jednego ze swoich służących i posłał do mieszkania brata prosić Josona, aby przybył do pałacu de Blangy i oczekiwał go.
— Nie masz mi nic do rozkazania? zapytała męża.
— Nic, działać prędko i dobrze.
— I to wszystko?
— Wszystko.
Wyszła sama przez drzwi ogrodu, na ulicę de Grenelle, wzięła fiakra i kazała się wieść na dworzec kolei z Orleanu, a stamtąd udała się pośpiesznym pociągiem do Bordeaux, podczas gdy jej garderobiana mówiła towarzyszom, że jej pani czuje się niezdrową i pozostanie u siebie.
Franciszek zapytał lokaja wchodzącego.
— Widziałeś Bretończyka?
— Widziałem panie!
— Poszedł?
— Natychmiast... bardzo kuleje... Wczorajszy upadek silnie go dotknął.
— Wychodzę... jeśli się kto będzie o mnie pytać, przysłać do pałacu de Blangy.
— Dobrze panie.
Nie poszedł tam przecież prosto. Zamiast skręcić na ulice de Lille, zwrócił się na Université, udając się do antresoli brata.
Nieboszczyk miał tylko jednego służącego, nieobecnego w tej chwili; Franciszek bowiem kazał go zawezwać do siebie, pragnąc sam pozostać w mieszkaniu.
Stróż wręczył mu klucz, bez cienia podejrzenia, wiedział bowiem, że Filip Valencourt miał tylko jednego spadkobiercę. Franciszek wszedłszy do mieszkania, z całą ostrożnością i przezornością zamknął drzwi za sobą. Mógł więc bez obawy zacząć poszukiwania. Filip nie miał żadnych interesów, które by mu przynosiły jaki zysk. Kawałek ziemi w Burgundyi, kilka winnic i pensyja, jaką mu wuj przeznaczył, stanowiły fundusz na utrzymanie ukochanej i dzieci.
Całem złem, o którem dotychczas świat nie wiedział, był potajemny związek i rodzina, o której myślał bezustannie.
W szufladzie biurka znalazł Franciszek dosyć listów Magdaleny, dowody uczuć najczystszych, najserdeczniejszych. Listy te zawierały całą historyją jego miłości i związku, na mocy których jednak mogła zrobić zastrzeżenia praw swoich. Na spodzie zaś szuflady pod pękiem pamiątek najstaranniej zachowanych, pod przyciskiem do papierów, dwa arkusze złożone we czworo, ze wzmianką na wierzchu: „Bardzo ważne“, uderzyły w oczy tego nędznika, gwałcącego najświętsze obowiązki. Rozłożył je drżącemi rękoma. Trzeba było istotnie mieć czarne sumienie, dla spełnienia tego, czego się dopuszczał tak zły brat, są bowiem czyny dreszczem przejmujące najzatwardzialsze serca.
Pierwszy z tych arkuszy, był aktem małżeństwa w San-Julii wydany przez proboszcza Filipowi, na proźby Magdaleny, zapieczętowany, tak, jak był przyniesiony z poczty. Franciszek włożył go do kieszeni. Drugi arkusz zawierał te kilka wyrazów.
„Mój testament. Zapisuję cały mój majątek, który posiadam w obecnej chwili jakimby on nie był aż do zejścia mego, Magdalenie Stefani, mojej żonie i dwojgu moim dzieciom, Magdalenie Filipowi, zrodzonym z mego małżeństwa z Magdaleną Stefani.
Paryż pierwszego lipca, 1865 roku, podpisany. Filip Valencourt.“
Zbrodniarz ścisnął zęby.
Ten testament niweczył sam przez się wszelkie sfałszowanie. Pozycyja wskutek znalezienia testamentu przedstawiała się następująco. Czy małżeństwo było ważne lub nie, Filip Valencourt zmarły jako spadkobierca, po wuju i w pamięć legata markiza, przekazywał cały swój majątek na Magdalenę Stefani i dwoje dzieci.
Filip, tak jak i brat jego, doktór prawa znał doskonale ważność podobnego aktu.
Pisząc testament spełniał przyrzeczenie i obowiązek uczciwego człowieka.
Ślub udzielony przez proboszcza w San-Julii, łagodził wątpliwość Magdaleny. Testament zabezpieczał przyszłość jej i dzieci. Zabierając ten tytuł nikczemny ten rabuś, Franciszek Valencourt, wykradał nieszczęśliwej i jej dzieciom siedem do ośmiu milijonów majątku po markizie a przytem i to, co pozostawało Filipowi z jego ojcowizny.
Żaden pozór, żadna żądza legalna, nie mogły udaremnić łupiestwa, którego nieboszczyk nie przewidział. Pot wystąpił na czoło niecnego bandyty i milijonera.
Portret brata, zawieszony na ścianie zdawał się śledzić go swemi pięknemi aksamitnemi oczyma, pełnemi przyjaźni i łagodności. Uczuł jakby uderzenie drutem, które go zakłóło pociskiem wyrzutów sumienia. Dla niego, już i tak bogatego, czyż całe skarby świata, zastępowały odwagę przejścia Rubikonu, po za którym miał zginąć w bagnie występnych nędzników zakałą i wstydem ludzkości? Filip był jak najlepszym bratem, Filip byłby z nim podzielił ostatni kawałek chleba, Franciszek Valencourt nie miał serca. I do tego jeszcze za człowiekiem tak złych popędów ukrywała się kobieta. Kobieta tam była. Sam był, nie mając nikogo, coby go pieszczotą napoił, wpływ rozumny i sercowy wywarł.
W takich warunkach nie byłby może tak nisko upadł, cofnąłby się od czynu podłego i poniżającego. Lecz Ludwika Chambeyre tylko przez zemstę zostając jego towarzyszką życia, rządziła nim, a nie kochała go. Ona podałaby mu była nóż w rękę, gdyby morderstwo dogadzało jej zemście. Cóż więc miał obecnie czynić?
Schwycił papier nikomu nieznany, skradł akt, którego istnienia nikt nie podejrzewał.
Po kilku też minutach, łatwo sobie wmówił że była to zaledwie kradzież, a litując się, jakby sam nad sobą, osądził się nierozumnym trwożąc się takiej bagateli.
Zresztą okropność występku niknęła wobec korzyści jakie po skradzenia dowodów Filipa, się przedstawiały.
Uśmiech współczucia dla nieszczęśliwego brata osiadł na ustach, Franciszka. Rzeczywiście Filip nie posiadał wiele rozumu. Trzeba było być zaślepiony w zaufaniu do ludzkości gotowej do pokusy, aby pozwolić poniewierać się papierom tak wielkiej wagi pozostawiając je na łup pierwszego lepszego.
Franciszek uznał swój czyn za, uczciwy. Listy ambarasowały go swą objętością. Rzucił je na kominek, podłożył ognia patrząc z pewnem zadowoleniem gdy się paliły. Spalone resztki zagrzebał w popiele, rozpatrzył uważnie wszystkie meble a nie spostrzegłszy nic podejrzanego zamknął biurko i wyszedł.
Wyniósł z sobą dwa drogocenne akty złożone w pugilaresie. Dostawszy się na ulicę, uczuł się lekkim jak sylf, wyższym i silniejszym. Nic mu już nie ciążyło na głowie.
Cały majątek posiadany przez wuja, należał obecnie już tylko do niego któż się bowiem mógł o niego upomnieć?
Ruchem instynktownym przycisnął do piersi skradziony testament jakby się obawiał by mu go nie odebrano.
Dowód z parafii i od proboszcza były razem, wspólniczka jego podążyła do Bajonny, każde z nich miało nielada zadanie do spełnienia.
Można było ślepo powierzyć Ludwice de Chambeyre podobne zlecenie, gdyż w razie gdyby się jej było co niepowiodło, potrafiłaby się wycofać.
Wszystko mu szło podług życzenia. Obaj zmarli będą pochowani, któż więc stanie przed niemi. Jedna, biedna kobieta bez podpory, bezsilna, znękana boleścią i niezdolna walczyć z wpływami i milijonami. Możebnym byłby proces, ale kiedyby nastąpił?
W najgorszym razie pozostaje ugoda, niebardzo obciążająca budżet tak znakomitego spadku.
Powracając do pałacu de Blangy przybrał minę poważną stosownie do okoliczności, nie przypuszczając, że w wybuchach radości śledziły go dwoje oczu na ulicy de Lille.
Były to oczy Josona Kerhoël. Bretończyk stał jak na cierniach, nie zastawszy w pałacu de Blangy, tego, który po niego od rana przysłał, wyszedł na ulicę. Joson Kerhoël zwąchał kłótnię z powodu wielkiej sukcesyi po markizie.
Myślał o dzieciach swego pana a przewrotna twarz brata wprawiła go w podejrzenie. Radość zdrajcy podwoiła jego niepokój, nagła zmiana jego twarzy zastanowiła go, Franciszek Valencourt będąc dalej od pałacu, miał postać dopiero co odkrywającego zdobycz. W miarę jak się przybliżał, podobnym był do syna tracącego ubóstwianą matkę. Byłto fałsz.
— A!... byłeś u mnie?
— Tak, jak pan rozkazał.
— Przyszła mi inna myśl. Sądziłem że jesteś cierpiącym po wypadku jaki cię spotkał. Poszedłem do mieszkania brata mojego, myśląc, że cię tam znajdę.
— Pan tam był!... dodał Joson, którego niepokój coraz się powiększał.
— Naturalnie! Cóż w tem zadziwiającego?
— Nic. Niechaj mi pan wybaczy, mieszkanie w nieporządku.
— Cóż to szkodzi... Przecież i ty jesteś skaleczony.
— E, proszę pana, słaba kontuzyja.
Uderzenie jakie się dostało Josonowi mogłoby było i najsilniejszego życia pozbawić.
Lecz pochodził z kraju gdzie czaszki są twarde. Franciszek zaczął:
— Chciałem od ciebie pewnych informacyj. Wszedłem i wyszedłem. Chodź, Josonie...
Przeszedł pierwsze piętro, minął podwórze i wszedł do pałacu otoczonego przez bandę ludzi podobnych do kruków towarzyszących śmierci. Joson Kerhoël postępował za nimi zadając sobie pytanie, mocno niepokojony.
— Co on tam robił i dla czego mnie wydalił? Była to zasadzka.
Franciszek Valencurt przeszedł salony w amfiladzie pałacu, z podążającym za nim Bretończykiem, poszedłszy do gabinetu wuja, usiadł w fotelu markiza przed przepysznem biurkiem.
— Usiądź mój przyjacielu, rzekł Franciszek Valencourt, wpatrując się jak sędzia śledczy w Bretończyka. Twarz Josona Kerhoëla przybrała pozór skromnej i ograniczonej naiwności, ukrywającej najczęściej u ludu prostego przebiegłość. Joson był mocno oburzony.
Zasadzka jaką na niego zastawiano była za widoczną, aby odtąd nie mieć się na baczności. Bystro zmierzył twarz lisa nań czyhającego lecz jednym rzutem oka tylko.
— Filip postępował z tobą jak z przyjacielem — rozpoczął Franciszek tonem łagodnym.
Bretończyk domyślił się kombinacyj i zawiłych intryg.
Dla czego?
Dla ważnych powodów, z których najgłówniejszym było przewidywanie tego co się dziać miało, tak jak widz przypatrujący się początkowi dramatu, pragnie widzieć i koniec jego.
Pochodziło to z niezmiernego przywiązania do tych, których kochał pan jego. Joson wiedział o szalonej miłości Filipa dla Magdaleny Stefani. Był świadkiem rozwijającej się namiętności do córki pułkownika.
Nie będąc wtajemniczonym w drobiazgowe szczegóły, wiedział przecież, że miłość ta coraz więcej potęgowała się. Wycieczki Filipa nocami, spędzanie każdej wolnej chwili w Passy, podróże w Pireneje. do Szwajcaryi i kąpieli morskich, nakoniec wizyty Magdaleny u Filipa, w małej antresoli przy ulicy Université, gdzie przybywała starannie zawoalowana, oraz wysoki szacunek jakim ją otaczał, dowodziły głębszych zamiarów i uwieńczenia stosunku tego małżeństwem.
Joson Kernhoël był obdarzony dużą dozą inteligencyi. Pod twardą czaszką okrytą rudemi włosami ukrywał niezwykłą przebiegłość. Tacy ludzie bywają niebezpieczni. Nienależy im dowierzać, Filip często mu wskazywał biurko mówiąc:
— Widzisz Joson tę szufladę. Pamiętaj, że zawiera ważne papiery dla osób przezemnie ukochanych. W rasie jakiego wypadku czuwaj nad niemi.
— Lecz wypadek stał się nagle, stroskany i nieprzewidziany.
Bretończyk zapomniał zlecenia swego pana. Zamiast strzec mieszkania opuścił stanowisko w pierwszej zaraz chwili, dał się uwieść nieprzyjacielowi.
Tym nieprzyjacielem był Franciszek Valencourt. Joson nie miał już najmniejszej wątpliwości, fałszywy i podejrzany wyraz twarzy Franciszka nigdy nie wróżył nic dobrego.
O ile uwielbiał szczerość młodszego, jego piękną postać, szlachetne ruchy; o tyle nie cierpiał obłudnej i lichwiarskiej powierzchowności starszego Valoncourt’a, Joson był wściekły sam siebie.
Co miał do czynienia Franciszek w mieszkaniu zmarłego brata, zanim jeszcze był pochowanym?
Joson zainteresowany tym pośpiechem, podążał do domu.
Szuflada z papierami była mu ciągle na myśli. Zrozumiał, że popełnił błąd, a błąd ten nie był do powetowania.
Co robić? Najpierw zjednać sobie zaufanie zdrajcy. Na czynione zapytania, podrapał się w głowę mówiąc:
— Tak zapewne... pan mój również był dobrym dla mnie jak i dla innych. Pan był z natury szlachetnym, z ręką na sercu, uczynny... lecz nie wtajemniczał mnie w interesa.
Franciszek poruszył głową ze znakiem niedowierzania.
— Ależ, czy to możebnem aby chłopiec będący u niego w służbie od lat sześciu...
— Od siedmiu lat, panie!
— Niech i tak będzie... miałby nie nie wiedzieć o jego stosunkach.
— Mało mogę co o tem powiedzieć... Miałbym jedną tylko proźbę... aby mnie pan przyjął do służby. Wszystko będę robił co pan tylko zechce. Byłem bardzo przywiązany do mego pana i domu. Proszę pana zaopiekować się mną, pan pozostał sam jeden dla zastąpienia mi pana Filipa i pana markiza!
— Sam, pomyślał Franciszek czyżby nic nie wiedział o tem małżeństwie?
Tonem zaś uprzejmym rzekł:
— Zobaczymy, zobaczymy mój przyjacielu. Bardzo sobie tego życzę Filip był z ciebie zupełnie zadowolony... często mi o tem wspominał.
— Będę się starał i panu tak służyć. Wypowiedziane było z miną tak szczerą, że Franciszek Valencourt został w niepewności, było li prawdą iż tak niewiele wiedział co się u Filipa działo. Zaczął znów.
— Mów otwarcie. Służący rozsądny, jakim ty jesteś — bo cię uważam za rozumnego Josonie... Bretończyk skromnie się pokłonił, Franciszek Valencourt mówił dalej.
— Mogłeś podejrzewać słabostki... przywiązania swego...
— Przysięgam panu...
— Zawsześmy myśleli, że Filip miał stosunek... przy... który mu przeszkadzał do ożenienia...
Joson założył rękę prawą na lewą w postawie niewinnej, zupełnie naturalnej.
— Zapewne, pan nie żył jak pustelnik, to pewna nawet, powiedział, lecz nigdy nie widziałem, aby przyjmował kogo u siebie...
— Nigdy? Zaczekaj trochę... a może bardzo rzadko... wysoka blondyna zawoalowana.
— Ach! Pozostawała kilka minut i odchodziła.
— Ładna?
— O tak!
— Młoda?
— Ze dwadzieścia pięć lat...
— Jej nazwisko?
— Mogę je panu powiedzieć... chociaż mi pan Filip nic nie mówił, ale często widywałem listy adresowane do pani Magdaleny, ulica Raphael, w Passy. Gdy Lachaume przyszedł po pana, domyśliłem się, że pewnie tam będzie, poszedłem pana zawiadomić...
— Czy ta pani wie, co się stało?
— Ale...
— Zawiadomiłeś ją może?
Joson zrozumiał konieczną potrzebę kłamstwa.
— Jeżeli pan rozkaże, uczynię to, lecz bez pozwolenia nie przyjąłbym na siebie odpowiedzialności...
— Eh! pomyślał Franciszek Valencourt, to dobry chłopiec... dyskretny... ostrożny... uległy.. możnaby rzeczywiście posłużyć się nim.
— Kontynuując dalej dodał:
— To dobrze... Zobaczę... Położenie tej pani jest fałszywem, a przədewszystkiem należy uniknąć skandalu, obciążającego pamięć mego biednego brata. Joson obejrzał się.
— Czy nie wiesz nic więcej, mój przyjacielu?
— Nic panie. Zresztą myśl moja jest jakby zbłąkana. Uderzyłem się silnie, czuję jakby potrzebę pójścia na spoczynek... Wzrok się zaciemnia. Jeżeli mnie pan zechce o co jeszcze pytać, jestem na jego rozkazy.
— Później, dosyć na dzisiaj. Idź, wypocznij przyjacielu.
— Czy pan nie ma jakich rozporządzeń do wydania?
— Tak. Powróć do siebie. Zamknij wszystko i nie wpuszczaj nikogo do mieszkania, aż do ukończenia tej smutnej ceremonii.
— Nikogo?
— Bez wyjątku. Niechaj rzeczy zostaną w takim stanie jak są.
— Dobrze panie.
— Zrozumiałeś mnie?
— Może pan być spokojnym.
— Idź, przyjacielu. Jeżeli cię będę potrzebował, przyjdę do ciebie. Nie wychodź, wypocznij, a przyjdziesz do siebie.
— Dziękuję panu.
Jan ledwie się mógł utrzymać na nogach, drżał od zimna, w głowie mu się kręciło.
Po wyjścia Bretończyka Franciszek Valencourt zacierał ręce, mówiąc:
— A więc wszystko idzie dobrze.
Joson z trudnością doczołgał się na ulice Université.
Pierwszym jego czynem było zbadać gabinet swego pana.
Już przy progu uderzył go zapach spalonego papieru.
Ukląkł przed kominkiem. Resztki auto-da-fé odznaczały się cząstkami czarniejszemi.
Poruszył ręką. Popiół był jeszcze gorący, lecz nie podobieństwem było odgrzebać choćby skraweczek zniszczonych listów. Co odkrył ten włóczęga? Co zniszczył? W jakim celu?
Tyle było nierozwiązanych zagadek dla Bretończyka.
Roztworzył też biurko, w którem tkwił jeszcze klucz.
Jedna z szuflad była pustą.
Joson pochwycił się za głowę, wyrywając garść włosów.
Była to właśnie szuflada, na którą mu pan tak często zwracał uwagę.
Złorzeczył sobie jak tylko być może, uważając się za ostatniego nędznika.
Franciszek Valencourt wiedział również jak i on, o istnienia papierów, lecz leżało w jego interesie zniszczyć je.
Joson ciężko się zmartwił, lecz złemu już nie można było zaradzić, jakiś fatalizm zawisł nad wszystkiem.
Ociężały, zmartwiony, chory, nagryzmolił kilka następujących linij.
„Wielkie niebezpieczeństwo grozi pani. Będę pani użytecznym ile tylko można. Niechaj pani nie wyjawia że mnie zna i liczy na moje przywiązanie.
Włożył w kopertę, napisał adres, jak tylko mógł najlepiej: Pani Magdalena, 12, ulica Raphael, w Passy.
Miał jeszcze tyle siły, aby zejść i wrzucić list w najbliższą skrzynkę pocztową. Powrócił do siebie i upadł na sofę, na której znaleziono go nazajutrz ciężko chorym, bez świadomości co się koło niego działo, i to go przyprawiło o pozostanie w łóżku przeszło trzy tygodnie.
Okoliczność ta dopomogła dalszym planom Josona.
Franciszek Valencourt ujęty pozorną szczerością jego odpowiedzi, nie mógł oddalić służącego poważnie pokaleczonego w wypadku, w którym stracił brata, przez co odziedziczył cały majątek wuja.
Postanowił przyjąć Josona do służby.
Był to wielki błąd.
Dla czego? zobaczymy w dalszym ciągu.
Nazajutrz po scenie, którąśmy opisali, odbył się z wielką okazałością pogrzeb wuja i siostrzeńca, z kościoła Ś-go Tomasza z Akwinu.
Markiz miał przyjaciół, wielu znajomych i mnóstwo podwładnych z powodu jego wysokiego stanowiska.
Katastrofa zaś w której padł Filip Valencourt, jeden z młodych ludzi, pełnych nadziei w przyszłości, podniecala ciekawość Paryża, zawsze żądnego wrażeń. Kościół nie mógł pomieścić cisnących się tłumów w nawie i pobocznych kaplicach.
Na chórze i obok katafalków płonęły światła różnokolorowe, kościół okryty żałobą nasycała woń kadzideł.
Najsławniejsi śpiewacy mieli się ukazać.
Herby, dowody nieskończonej próżności markiza, zawieszono na obiciach krużganków i naw kościelnych, ordery na trumnie. Długi szereg pojazdów zajął plac i sąsiednie ulice. Pośród publiczności dawały się słyszeć urywki rozmowy światowej, podczas gdy ksiądz na kazalnicy wygłaszał mowę pogrzebową, nie zawierającą nic pochlebnego dla nieboszczyka.
Przytoczymy kilka zdań dwóch znajomych tego, którego miano odprowadzić na wieczny spoczynek. Oficyjant przy ołtarzu:
— Daj im panie wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Senator trącił radcę z izby obrachunkowej:
— Blangy, to był znakomity intrygant!
Radca:
— Przebiegły człowiek, umiejący dbać o swoje dobro. Na ile szacują jego majątek?
Ksiądz:
— Dusze ich opuściwszy ciało, powrócą do ziemi a marność tego świata zniknie z nimi razem.
Senator:
— Mówią o dziesięciu milijonach. Korzystał ile mógł.
Radca:
— Życzyłbym sobie mieć cząstkę jego sprytu.
Ksiądz:
— Gdy najwyższy Sędzia ukaże się na tronie, wszystkie nasze skryto myśli czyny wyjawione będą. Żaden występek nie ujdzie bezkarnie.
Radca:
— Komu teraz przypadnie cały majątek?
Senator zdziwiony:
— Ależ naturalnie pozostałemu siostrzeńcowi.
— Czy to ten pan w żałobie, koło trumny.
— Ten właśnie.
— Niemiła fizyjognomija. Nie znajdujesz tego?
— Każdy ma swoje dane... Mówią, że jest wyrachowanym.
— Czy żonaty?
— Z córką dawnego przyjaciela jego wuja, vice hrabiego de Chambeyre.
— Czy vice-hrabianka jest brunetką, śliczną kobietką?
— Rzeczywiście, że jest ładną.
— Bardzo zalotna... a markiz?
— Złośliwy!
Ksiądz:
— Pamięć dobrego będzie wieczna, Nie będzie się on obawiał potępienia.
Senator:
— Dzięki protekcyi de Blangy, vice-hrabiemu dobrze się działo.
— Przez kobiety dochodzi się.
— O kim mówisz?
— Został ogólnym poborcą... Mówią, że zostawił córce ogromny majątek.
— Dla tego też markiz ożenił jednego ze swych siostrzeńców.
— Kochał więcej drugiego, tego, który uległ tak nie w porę nieszczęśliwemu wypadkowi.
— Właśnie w chwili, gdy odziedziczał tak ogromny majątek.
— Doprawdy, to brak szczęścia.
— Mówią, to był ślicznym chłopcem.
— Bardzo sympatyczny. Głowa zdolna, obejście zachwycające kobiety.
— Lepiejby było, aby się zabił ten, co pozostał.
— Nieszczęście nierobi wyboru.
— Ma już wszystko... pokój wieczny!
Ksiądz:
— Dobra ziemskie pozostają. Szczęśliwi ci którzy przekładają światłość wieczną.
Senator:
— W gruncie rzeczy, Blangy był bez żadnej wartości moralnej.
— Niezbyt uczciwy!
— Bez zasad.
— Nigdy się nie krępował żadnemi skrupułami.
— Miał racyją! Tacy zawsze znajdą miejsce.
— Co sądzisz o tem?
— Masz tam wpływy... Mógłbyś co przemówić za mną.
— I owszem. Nie omieszkam.
Radca na boku:
— On by mi dopomógł! Fałszywy starzec!
Senator na boku:
— Ten nie wart i małego palca Blangich.
Ksiądz:
— Boże, wysłuchaj miłosierne proźby nasze, za te zmarłe dusze, wybacz im przewinienia i przyjmij je do swej chwały.
Chór dodał:
— Amen.
Podobneż rozmowy dawały się słyszeć w całym kościele.
Nikt by nie uronił, nikt nie pożałował.
Towarzyszono pogrzebowi jakby widowisku.
Tylko w bocznej kaplicy schylona na stopniach ołtarza, tłumiła kania młoda kobieta, w wdowim stroju, z głowa wspartą na ręku, oczami zaczerwienionemi od łez wylanych.
Pierś jej tłumiona nadludzkim wysiłkiem, wydawała głuche jęki, konając na ustach.
Pogrążona w rozpaczy, nie zwracała uwagi ani na sąsiadów, ani na śpiewy, rozlegające się w kościele.
Jedna myśl tylko zajmowała jej umysł: jego już niema! Po raz ostatni koło niego.
Strwożona, bojaźliwa, zadawała sobie pytania:
— Więc mnie mają za jego kochankę! Czemże są moje dzieci?
To o nim, to o nich myślała.
Dusza przepełniona goryczą, wkoło niej żałoba, przed nią niepewność.
Bilet Josona Kerhoël potwierdził jej obawę.
Od czasu do czasu podnosiła oczy na katafalk, gdzie jeszcze przez chwilę tylko spoczywały szczątki jej ukochanego.
Filip, jej kochanek, nie śmiała nazwać go mężem. Powątpiewała o wszystkiem, o Bogu nawet, który okazał się tak nielitościwym, wyrywając jej okrutną śmiercią jedynego opiekuna, pozbawiając ją nawet prawa zobaczenia go i uściskania.
Lodowata twarz Franciszka Valencourt, stojącego w pierwszym rzędzie koło dwóch trumien, przestraszyła ją.
Poznała brata Filipa od pierwszego rzutu oka, pomimo że raz jeden tylko widziała go w operze, ukryta w loży z Filipem.
Od niego to może zależał jej dalszy los.
Wiedziona złowrogiem przeczuciem, spodziewała się tylko upokorzeń.
Sprawił na niej wrażenie węża z wytrzeszczonem ślepiem, owiniętego wkoło drzewa, a który ukazaniem swem przestrasza ptaszynę w gnieździe.
Ceremonija się kończyła.
Sama jedna, w dorożce, towarzyszyła na kolej dwom trumnom, mającym być złożonemi na cmentarza de Blangy.
Powróciwszy do siebie, do tego domu, gdzie przed kilkoma dniami jeszcze czuła się tak szczęśliwą, gdzie jej ukochany nie powróci więcej, przycisnęła do zbolałej piersi dzieci, a ściskając je, zawołała z rozpaczą:
— Nie macie już ojca — i powtarzając z największą trwogą modlitwę owej strasznej nocy, rzekła:
— Biedne małe! niechaj was Bóg strzeże!
Nazajutrz rano pociąg pośpieszny z Bordeaux dojeżdżał na stacyją Paryża.
Młoda kobieta wyszła z niego z lekkim tylko woreczkiem w ręku, a wśliznąwszy się w tłum podróżnych, wsiadła szybko do dorożki.
Wkrótce zatrzymała się o kilkanaście kroków od pałacu Chambeyre, na ulicy Saint-Guillaume. Dama zwróciła się na ulicę de Grenelle, a otworzywszy małe drzwiczki ogrodu, przeszła prędko aleję, ocienioną wielkiemi drzewami, i doszedłszy na schody, prowadzące do służby, zapukała.
— Pani szczęśliwie powróciła? — zapytała garderobiana, oczekająca przybycia damy.
— Dziękuję ci. Szczęśliwie.
— Pan kazał mi dać znać natychmiast, gdy pani powróci.
— To też idź i powiedz panu, Zuzanno.
Franciszek Valencourt ze swej strony wywiązał się z powierzonej mu misyi z wielkim taktem, udając boleść, zniesioną z godnością, której trudno nię było spodziewać po otrzymaniu tak wielkiego spadku.
Ludwika de Chambeyre, pozostawszy samą, zrzuciła futro, zdjęła kapelusz, w tejże chwili wszedł i mąż.
Pomimo kilkodniowej rozłąki, nie było miedzy nimi wymiany serdeczniejszego uczucia, jakie przecież naturalnem się być zdaje w małżeństwie, od lat kilku z sobą żyjącem.
— Jak rzeczy stoją? zapytała żywo.
— Zdajesz się być rozpromienioną Ludwiko!
— Mam do tego powody.
Powróciwszy do pierwszego pytania, rzekła:
— A tyś co zrobił?
W kilku słowach opowiedział jej rezultat rannej wycieczki do mieszkania brata, odkrycie akta małżeństwa i testamentu, mocą którego zapisuje wszystko co posiada, Magdalenie Stefani i swym dzieciom. Na wspomnienie tego nazwiska, młoda kobieta rzuciła się z dzikością drapieżnej samicy, wyciągającej pazury i zgrzytającej zębami.
— Dobrze, zadecydowała. Nie umknie ona nam teraz, aleś ty przebiegły Franciszku...
— Dziękuję.
— Głęboko zepsuty.
— Pochlebiasz mi.
— Gdyby ludzie o tem wiedzieli...
— Nie będą wiedzieć!
— Pewien jesteś, że nie było innych dowodów?
— Tak pewnym, jak tylko być może, chyba jakieś nadzwyczajne, nieprzewidziane okoliczności.
Listy miłosne... mało znaczące...
— Ach! dodała wzdrygając się.
— Spalone.
— A więc wszystko idzie dobrze?
— Naturalnie... tylko...
— Co chcesz powiedzieć?
— Posiadamy dopiero to, co jest nam potrzebnem, to prawda... ale jeszcze istnieje jeden akt.
— Jaki?
— Akt małżeństwa w San-Julia. Może to nam bardzo pokrzyżować projekta, lub co najmniej pociągnąć za sobą układ kosztowny, z obawy skandalu. Wiesz przecież jak mi chodzi o honor, więcej, niż o wszystko.
— Więcej niż o majątek wuja, naprzykład? — dodała ironicznie.
— Przynajmniej więcej niż o pewną część jego, — odpowiedział dobitnie.
— A jakiż skutek twoich zabiegów?
Tak niewiele pokładasz we mnie zaufania i znajdujesz mnie niezdolną do poprowadzenia interesu?
— Nie, napewno nie, lecz im więcej się zastanawiam, tem lepiej widzę, że to przedstawia niemało trudności przekupić księdza... zniszczyć księgi parafii...
— W istocie, bardzo trudne, dorzuciła Ludwika z przekąsem. Franciszek Valencourt zaniepokojony powtarzał jak echo:
— Bardzo trudne.
Ludwika popatrzyła na niego z litością.
— Powiedziałam ci raz, odrzekła, chcę całego majątku po wuju, a nie jakiejś jego części... Mam głowę do interesów:.. Ręczę ci, że nie potrzebuje twoich informacyi, nikczemnego zachęcenia... dla przeprowadzenia interesu mi powierzonego.
— Mówię...
— Nikczemnego zachęcenia. Czyż nie wiesz, że od dni kilku dopuszczasz się występku, zasługującego na więzienie! Skraść testament, dwa testamenty... na cóż zasługujesz?...
— Ciszej.
— Nie obawiaj się, kto nas może podsłuchać. Jesteśmy u siebie, drzwi szczelnie zamknięte bronią nas, możemy swobodnie pomówić o interesach. Przytem potrzebuję ci zdać rachunek z odbytej podróży, jak opryszek dowódzcy bandy...
— Ludwiko!
— Jesteś wielkim złoczyńcą, to dowiedzione!
— Błagam cię...
— Pozwól mi mówić. Wyznaję iż pragnąłem więcej niż ty — zniszczenia śladu tego tak dla mnie wstrętnego małżeństwa. Za cenę złota byłabym okupiła sumienie kilku Nawarczyków, uśpiłabym była proboszcza jakim narkotykiem znieczulającym dusze, a słuchaj co za szansa! Powracam czysta jak nowonarodzone dziecię. Wypadek mi dopomógł i sprawę ułatwił.
— Tłomacz się jaśniej.
— Przybywszy bez przeszkody do San-Julia, najszkaradniejszej wiosczyny, jaką kiedy widziałam, zaraz się wzięłam do dzieła.
— Widziałaś księdza?
— Nie.
— A więc?
— Nie bądź tak prędkim. Nie widziałam go z przyczyny bardzo ważnej.
— Opuścił kraj?
— Więcej niż to. Umarł!
— I pochowany? W jaki sposób?
— W najnaturalniejszy w świecie.
— Jakto?
— Umarł na zaraźliwą gorączkę grasującą w jego parafii.
— No, ale jest inny proboszcz na miejsce zmarłego.
— Ma się rozumieć.
— Śmierć więc poprzedniego nie przyniesie nam żadnego pożytku.
— Zaczekaj.
— Szczególniejsze upodobanie, trzymać mnie jak na rozpalonych węglach.
— Bo przez swą niecierpliwość, przerywasz mi.
— Opowiadaj. Już milczę.
— Młody proboszcz zastępujący dawnego zapewnił mnie, że nic nie wie o małżeństwie, o jakie się dopytywałam.
— A książki parafialne?
— Zaraz dokończę. W rok po śmierci dawnego proboszcza, partyzanci Don Carlosa, powstańcy z Nawary, odnieśli porażkę w tej wiosce zwyciężeni przez wojsko hiszpańskie, uchodząc słabsi od swych przeciwników, schronili się do kościoła, a następnie spalili go ze wszystkiem, co się tam znajdowało. A że i księgi tam były, nie pozostało więc żadnego po nich śladu. Widziałam kościół, cztery zczerniałe i chwiejące się ściany, na odbudowanie których wioska jest zbyt ubogą. Msze odprawiają w stodole...
— Może żyje jaki świadek?... Naprzykład, zakrystyjan.
— Wtedy był jakiś Peres, służący proboszcza.
— Cóż się z nim stało?
— Znikł gdzieś... Jedni mówią, że jest ne wyspie Kubie... inni w Ameryce, nie wiadomo gdzie. W uniesienia radości Franciszek Valencourt uścisnął rękę swojej żony.
— Nie odsunęła jej, lecz skurczenie palcy dowodziło, że uścisk ten nie sprawiał jej najmniejszej przyjemności.
— Teraz, zakończyła wstając, sądzę, że możesz ogłosić zwycięztwo i wejść w posiadanie majątku, bez obawy, że się ktokolwiek o niego upomni.
— Ależ ta żona!
Twarz Ludwiki nagle się zmieniła, przybierając wyraz srogi.
— Miałam ci właśnie o niej powiedzieć.
— Bardzo być może, że nas odwiedzi...
— Sądzisz, że przyjdzie.
— Zdziwiony nawet jestem, że tak zwłóczy.
— Gdybyś chciał mi zrobić przyjemność, pozostawiłbyś mi swobodą rozmówienia się z nią.
— Po cóż to żądanie?
— Przypuśćmy, że ci chcę zaoszczędzić pewnej daniny...
— Nie mogę ci tego odmówić.
— Zechciej zrozumieć, że między kobietami łatwiej jest mówić w niektórych kwestyjach. Upewniam cię, że będziesz ze mnie zadowolonym.
Zegar wybił drugą.
— Mój przyjacielu, odparła Ludwika, musisz być strudzonym... Pogrzeb... Przymus, jaki sobie zadawałeś!... Ja także potrzebuję spoczynku.
— Rozumiem to dobrze.
— Wszystko dobrze ułożone, idźmy więc każde do siebie.
— Lecz głównie bez ofiar znacznych... zwrócił uwagę mąż.
— Licz na mnie!
Przeprowadziła go do drzwi pokoju, zamknęła je na klucz, a pozostawszy sama, usiadła na małym taboreciku pokrytym pluszem, z zamiarem pisania kilku listów.
Roztworzyła szufladę od biurka, wyjęła fotografiję, przypatrując się jej z wielką uwagą. Był to Filip Valencourt, w pełni swej świetnej młodości.
— Tak, mówiła, jak gdyby mógł ją usłyszeć; tyle cię nienawidzą, ile bym cię była kochała. Nienawidzę cię boś mną pogardził, boś mnie zniewolił połączyć życie z twym bratem, człowiekiem chciwym i łupieżcą, dla którego złoto jest wszystkiem, dla powiększenia majątku, zdolnym jest do hańby i podłości. Jestem nieszczęśliwą przez ciebie. Przez ciebie godną jestem politowania. A więc, kiedy nie mogę na tobie, bo już nie żyjesz, to pomszczę się na tych, których pozostawiłeś. Zgniotę swemi stopami serce tej kobiety, która mi wydarła twoje. Dumna była z ciebie. Nie ujrzy cię więcej! Spodziewała się nosić twe nazwisko! Nie dozwolę jej tego! Ona jest piękniejszą odemnie! Od łez straci urodę, którą cię uwiodła! Ona posiadała twą miłość, ja będę mieć majątek!.. Żegnam cię Filipie! Spij w grobie, jeżeli możesz! Lecz jeżeli dusza twoja widzi, co się dzieje na tym świecie, dowiesz się, żem obiecała pomścić się i słowa dotrzymam.
Wzburzona i rozszalała w gniewie, rzuciła fotografiją na spód szuflady, a oczy jej iskrzące radością z odniesionego tryumfu, zamknęły się wkrótce z chwilą udania się na spoczynek.
W tejże samej godzinie w małym pałacyku w Passy odbywała się zupełnie odmienna scena.
Magdalena, ubrana w ciemny penioar, obciśnięta sznurem, siedząc na nizkim fotelu, osłabiona, zmęczona, oczy rozpaczliwie zwróciwszy na kolebkę dzieci, zadawała sobie pytania, jaką drogą wyjdzie z przepaści, w której się znajduje.
Wykształcona o tyle, o ile kobieta nią być może, bez znajomych, od czasu bowiem połączenia się z Filipem żyła również w odosobnienia jak i w Bellemare, zrozumiała, że nie znając się na interesach, musi powierzyć tajemnicę życia swego adwokatowi. Obawiała się nie przez wstyd z niej wynikły, lecz niepomyślne zakończenie.
A przecież trzeba było raz coś stanowczego obmyśleć.
Konieczność nagliła.
Za życia kochanka ograniczała się skromnem utrzymaniem, lecz wszystko jest względnem. Ta ścisłość konieczna wymagała czterech tysięcy franków na mieszkanie, trzech służących, kucharkę, garderobianą i starą Marion, której powierzono dozorowanie dzieci.
Suknie jej były skromne, wychodziła kiedy niekiedy z Filipem w sekrecie na spędzenie wieczoru w teatrze, w głębi loży, lub na zakąskę do restauracyi, sam na sam, jak dwoje zakochanych.
Był dumnym z urody swej żony, starał się jej dogadzać ile tylko mógł; w perspektywie wielkiej sukcesyi wydawał cały swój dochód, oszczędzając jednakowoż kapitał.
Ojcowiznę jego stanowił kawałek ziemi, od którego czynsz wybrany był zawsze z góry.
W chwili katastrofy Magdalena miała zaledwie kilka tysięcy franków. Za biżuteryje mogła otrzymać takąż samą sumę. Wystarczało to na bieżące wydatki, ale nie zabezpieczało przyszłości.
Nieraz nad tem myślała osamotniona, podczas nieobecności kochanka brakło jej przecież odwagi dla pomówienia o tem z Filipem.
Byłaby zmuszoną dotknąć przedmiotu bardzo drażliwego, wspomnieć o tej ostateczności, jaka grozi starym i młodym, silnym i słabym.
Nie miała odwagi.
Zresztą był pełen życia, posiadał tyle werwy i zdrowia. Gdy się tylko ukazał, dzieci wskakiwały mu na kolano, żona siadała koło niego, on też pieścił wszystko troje. Magdalena czuła się być upewnioną i szczęśliwą i o przyszłości pod względem materyjalnym mowy nawet być nie mogło.
Przecież nieubłagana i nieproszona ta pani śmierć nie długo dała na siebie oczekiwać, zjawiając się najniespodziewaniej w świecie.
Magdalena pewna była, że Filip bardzo ich kochał, a przez to samo na wypadek nieprzewidzianego nieszczęścia zabezpieczył ich.
Przekonaną była, że brat znajdzie rozporządzenie i postąpi podług wskazówek pozostawionych, a po pierwszych dniach ważniejszych interesów, zawiadomi ją o ostatecznej woli kochanka, czyli raczej męża.
Dnie upływały a najgłębsza tajemnica okalała to ciche schronienie.
Choroba Josona Korhoël była nowem dla niej zmartwieniem, inaczej byłaby o wszystkiem wiedziała, co się dzieje.
Trzeba było raz skończyć. Nie mogła żyć w takiej niepewności. Cóż tu robić?
Najpierw upewnić się jakie ma prawo. Do kogóż się udać?
Przeglądając niekiedy dzienniki, utkwiło jej w pamięci nazwisko jakiegoś de Varnes, adwokata, nabywającego wielkiej sławy.
Publiczność nie wchodzi w środki jakiemi się posługuje renomowany, jest to wada naszego wieku.
Nazwisko tego adwokata obiło jej się również o uszy z powodu ogłoszenia pewnej sensacyjnej sprawy. Postanowiła też odszukać owego adwokata de Vernes. Nazajutrz, ubrawszy się staranniej jak zwykle po raz pierwszy od owej strasznej nocy, uściskała czule dzieci, jakby na zebranie odwagi, wsiadła w omnibus z Passy-Bourse, a wysiadła na placu Opery.
Tam weszła do najbliższej kawiarni, a podczas gdy jej przygotowywano śniadanie, pytała cukiernika o mieszkanie adwokata de Varnes. Dowiedziała się, że jest blisko tak dla niej wiele stanowiącej wyroczni.
Adwokat mieszkał na ulicy Volsey, o kilka kroków od kawiarni.
Przybywała w godzinach przyjęcia u adwokata.
Pan de Varnes, zajmował piękne mieszkanie, urządzone z wielkim przepychem.
Po przybyciu młodej kobiety, wprowadzono ją w obszerny przedsionek, a stamtąd do poczekalni, gdzie się już znajdowało kilka osób.
Lokaj w czarnym ubraniu i białym krawacie, mierząc ją wzrokiem od stóp do głowy, rzekł z szacunkiem:
— Pozwoli pani swój bilet wizytowy.
Czyś był kiedy czytelniku w przedpokoju ministra, prefekta lab innego urzędnika? Czy interesa twoje poprowadziły cię do notaryjusza, adwokat a lub prokuratora?
Czyś miał sposobność zwiedzać wielkie magazyny? Może.
Czy niedyspozycja jaka poprowadziła cię do doktora? Milczenie?
Tem gorzej, lecz należy przypuszczać, że ciebie to spotkało. W podobnych mnie wypadkach, zauważyłeś pewnie, jeżeli należysz do płci silniejszej, że piękna kobieta oczekuje której na poradę, niż inni klijenci.
Rzecz to tak wypróbowana, iż niktby nieśmiał przeczyć.
Córka pułkownika była piękną w całem znaczeniu tego wyrazu.
Nie należała ona do piękności paryskich, umalowanych i wysznurowanych, cały wdzięk ich stanowi znakomicie dobrane ubranie i kokieteryja, posunięta do najwyższego stopnia. W tem to, ów pociąg kunsztowny i szyk z przemijającym efektem.
Magdalena Stefani, była piękna, wieczną pięknością posągową, uczuciem duszy ożywiającem i uszlachetniającem oblicze. Służący adwokata podając panu kartę młodej kobiety, oznaczył znaczącem spojrzeniem:
— Pani, jakie pan nie często przyjmuje!
Znaczenie niewypowiedzianego zawiadomienia, zostało w oka mgnieniu zrozumianem.
Stary mieszczanin, żądający rady o grunt zabrany, został prędko odprawionym.
Pan de Varnes zamknął grubą książkę aktów mówiąc:
— Doskonale, wiem o co rzecz idzie. Wkrótce wniesiemy sprawę.
Jakiś pan napróżno starał się dalej objaśniać. Adwokat zakończył szybko:
— Dobrze. Rozpatrzę sprawę. Porozmawiamy o niej jeszcze, we właściwym czasie.
Ktoś inny, wnoszący sprawę o spór ziemi, wyszedł jednemi drzwiami, przeciwnik jego wchodził drugiemi.
Adwokat i z tym krótko zakończył.
— Potrzebuję pewnych jeszcze objaśnień... Trzeba przyznać..
Czwarty nie był też dłużej przetrzymanym.
— Interes pana wątpliwy. Waham się.
— Panie, liczyłem...
— No dobrze, ale przyjdź pan za tydzień.
— Panie!
— Dziś nie mogę panu więcej powiedzieć. Inni, nie byli zupełnie przyjęci.
Adwokat kazał oznajmić, że na dziś przyjęcie skończone, odłożone do jutra, tymczasem służący wprowadził klijentkę do osobnego saloniku.
Adwokat wypoczął chwilkę.
Wstał, przeszedł się do pokoju, poprawił jasny, miękki i falujący krawat, poprawił palcami blond włosy, już dobrze przerzedzone a widocznie zadowolony z siebie, zasiadł w fotelu, służącym mu za trójnóg do wyroczni, z monoklem w lewem oku, nadającym mu postać sarkastyczną i wyzywającą, oczekiwał ukazania się klijentki.
Przypatrywali się sobie nawzajem, lecz wrażenia były różne. Oczy adwokata objawiały zachwyt.
Służący się nie omylił.
Do dyjabła! Taka klijentka to kąsek królewski! Magdalena przeciwnie, była zdetonowaną i zakłopotaną. Spodziewała się znaleźć starego i poważnego prawnika, surowego jak spowiednik, przyodzianego według dawnej, mody, z szyją obciśniętą wysokim kołnierzykiem à la Guizot, o biuście poważnym, w peruce przy biblijotece zapakowanej wielkiemi tomami w skórę oprawnemi i mocno zakurzonemi.
Nic podobnego nie zastała u pana de Varnes.
Podobny raczej do eleganta bulwarowego, przezwanego fin de siecle, niżeli obrońcy prawa.
I w istocie przepędzał więcej czasu w salonach bawiąc się i flirtując, w teatrach, cyrkach, restauracyjach, niżeli w swym gabinecie lub na sądach w Palais.
Lat trzydzieści dwa, elegancki, wesoły, kokietujący jak kobieta, wygolony; o cerze białej i matowej, zyz w oku, uśmiech wymuszony i złośliwy, (był więcej znanym z sukcesów salonowych, jak przy sądownictwie.
Jako kawaler mógł żyć wygodnie z tego co zarabiał, lecz lubiący karty i młode kobietki, należał do rzędu mających wieczne pustki w kieszeni. Obdarzony subtelnym węchem, więcej zuchwały niż wymowny, intrygant niż mądry, umiał wyzyskać każdą sytucyją tak dla interesu jak i przyjemności.
Syn notaryjasza z obwodu de Seimur, odziedziczywszy niewielki majątek po ojcu, stał się częstym gościem w pałacu de Blangy, z powoda małych przysług wyświadczonych markizowi w czasie wyborów.
Umiejąc korzystać z okoliczności, zapragnął załatwić osobistą sprawę a mianowicie chęć ożenienia się z Ludwiką do Chambeyre.
Odważny i niezniechęcający się byle czem nadskakiwał Ludwice, niezwracając niczyjej uwagi.
Ta wysoka, młoda dziewczyna, brunetka sprytna jak on, ognista, której inteligencyja tryskała, że tak powiemy, z całej istoty, wzbudzała w nim żądze posiadania jej, tem więcej, że w dodatku do tak ponętnej osóbki były i dwa milijony franków.
Lecz panna de Chambayrə dała do zrozumienia, że afekta syna notaryjusza niezbyt mile są przyjmowane, nie dla tego, aby się jej nie podobał, lecz z przyczyn od niej niezależnych.
Z tego powodu adwokat żywił do niej pewną zawiść. Obrażona miłość własna, stracone korzyści, zniweczone nadzieje jedną jej odmową.
Niechęć ta datowała się od lat sześciu pozostając raną niezabliźnianą nad którą górowała próżność urażona.
De Vernes’owi nadarzała się sposobność odwetu. Gabinet w którym się znajdowała Magdalena Stefani uchodził za wzór rodzajowy.
Podobnym był do buduaru i konfesyjonału, zamknięty i niedostępny jak drugi, miękki, elegancki i wyperfumowany jak pierwszy.
Młoda wdowa czuła się zawstydzoną i zakłopotaną jego obecnością. Chciała wyjść nawet.
Lecz dokąd iść? Komu zaufać?
Adwokat zresztą nie pozostawiał czasu do odwrotu. Giestem uprzejmym wskazał krzesło naprzeciw siebie i nie spuszczając z niej oka, usadowił się naprzeciw okna, aby nie stracić najmniejszego wrażenia jej twarzy. Bawiąc się kartą podaną przez służącego rozpoczął głosem bardzo dźwięcznym i stanowiącym wielką zaletę jego talentu.
— Pani Magdalena Stefani.
Skłoniła się.
— Tak panie, to jest...
— Krewna pułkownika Stefani?
— Córka jego!
— Ah!
— Pan znał mego ojca?
Jestem z la Cote d’Or. Ojciec mój był notaryjuszem w okolicy Semur.
— Przypominam sobie, dodała Magdalena, czerwieniejąc. Adwokat odezwał się z nieokreślonym akcentowaniem.
— Pani mówiła... to jest... może panna?...
— Magdalena zbladła. Adwokat ciągnął dalej.
— Nie przez ciekawość zadaję pani to pytanie... lecz z konieczności. Dla nas adwokatów wielka jest różnica w sprawie kobiety w obec męża lub młodej panny, pełnoletniej, mogącej działać swobodnie. Wiadomem to pani zapewne?
— Tak słyszałam o tem.
— Pani jest pełnoletnią?
— Mam lat dwadzieścia sześć.
Adwokat uśmiechnął się dyskretnie. Uśmiech ten zawierał cały dytyramb (pieśń na cześć Bachusa). Dwadzieścia sześć lat, wiek wymarzony, pora najświetniejszego rozwinięcia u kobiet dochodząca do doskonałości. W owym uśmiechu przelotnym był hołd należny i żądza. Takie rzeczy nie wyrażają, się słowami.
Pan de Varnes zdawał się przyglądać karcie, Magdalena więc zaczęła:
— Tak mnie nazywano, ale... jestem zamężna.
— Zamężna!
— Czyli jestem wdową.
— Wdową!
— Zaledwie od dni kilku.
— Dlaczegóż więc?
— Postaram się zaspokoić pana ciekawość. Wyłączne okoliczności... szczególniejsze, w jakich pozostałam, zmuszają mnie poradzenia się pana... tak jak zniewalają mnie zatrzymać nazwisko mego ojca nawet po zamążpójściu.
— Jak się nazywał mąż pani?
— Filip Valencourt.
— Pani mówi?...
— Fllip Valencourt.
Adwokat poruszył się w fotelu.
— Valencourt... powtarzał, ależ ja go znałem... bardzo dobrze nawet... On był kawalerem...
— Nie panie. Filip Valencourt był moim mężem. De Vernas przysunął się do krzesła klijentki.
— Co słyszę, powiedział, wpatrując się w nią natarczywie, jak gdyby chciał zbadać do głębi stan duszy dla wykrycia prawdy. Porozumiejmyż się. Niechaj panią to nie przeraża... Czy mówimy o panu Filipie Valencourt, wysokim, młodym człowieku, mającym około lat trzydziestu?
— O tymże samym.
— Attaché przy ministeryjam spraw zagranicznych?...
— Tak.
— Siostrzeńca markiza de Blangy?
— Tym właśnie.
— Brat Franciszka Valeucourt, obecnie spadkobiercy markiza de Blangy, ożenionego z panną de Chambeyre, córką vice-hrabiego de Chambeyre, byłego poborcy...
— Mąż mój, był tym samym, o którym pan mówi.
— Niedowierzam własnym uszom... Mówi pani o Filipie Valencourt, ofierze strasznego wypadku, jaki miał miejsce przed kilku dniami, opisanym w dziennikach?
— Niestety!
Adwokat odetchnął głośno, klasnąwszy ustami na znak niedowierzania.
— Wszystko to mi się wydaje nadzwyczajne, mówił. Pani utrzymuje, że go poślubiła?...
— Potajemnie.
— Gdzie to?
— W Hiszpanii w wiosce San-Julia.
— Kiedy?
— Dwa lata temu.
— Pani ma dzieci?
— Dwoje.
— Pod czyim nazwiskiem zapisane?
— Pod moim.
— Ależ to mniemane małżeństwo? To bardzo romantyczne, co pani opowiada.
— Co tylko może być najprawdziwszego.
Pan de Vernes wziął nóż do przecinania papierów, i poruszał ręką z pewną żywością, wróżącą niepomyślny wynik. Widocznie cała ta historyja zdała mu się nieprawdopodobną.
— Co mi pani więcej powie jeszcze?
zapytał oschle.
— Potrzebuję pana objaśnić... wyrzekła młoda kobieta, dotknięta tak widocznem niedowierzaniem. Markiz de Blangy posiada w Burgundyi pałac i majątek tejże samej nazwy.
— Wiem... Bywałem tam... często nawet. Czy to pułkownik zamieszkiwał w małym domku, za lasami markiza.
— Tak panie.
— Bellemare?
— Tam właśnie.
— Markiz i pułkownik nienawidzili się. Ich nieprzezwyciężona odraza przeszła w podanie.
— Wszyscy o tem wiedzą.
— Darli z sobą koty, jak to mówią.
— Mój ojciec miał powody do żalenia się na markiza. Prowadzili z sobą procesy. Mój ojciec został zrujnowany, znaglony do podania się do dymisyi... To go rozjątrzyło. Nienawidził pana de Blangy i wszystkiego co się tyczyło jego osoby. Ztąd też pochodzi nasze nieszczęście. Nie uniewinniam się. Spotkałam Filipa Valencourt. Wyznał mi swą miłość, jam mu uwierzyła. Byłam sama i smutna... Cóż więcej mam panu powiedzieć? Kochałam go szalenie i uległam jego usilnym prośbom.
— Słowem, zostałaś pani jego kochanką?
— Prawda.
— Kiedy?
— W Bellemare, w tym czasie gdy brat się jego żenił. Widywał mnie codzień. Spotykaliśmy się w odosobnionym pawilonie. Ojciec nas zeszedł. W upadku moim widział ciężar życia. Rodzina Blangich i tak już mu była bardzo nienawistną. Zgryziony i zrospaczony ostatnim tym ciosem napisał do mnie list z przekleństwem i odebrał sobie życie.
Magdalena zbladła jak chusta.
— Słyszałem o wypadku, lecz nie wiedziałem przyczyny, odrzekł adwokat.
— Nikt go nie posądzał, Filip tejże samej nocy ponowił obietnicę zaślubienia mnie, Lecz zależał od wuja... Nie chciał utracić jego łaski.
— I majątku?
— Może, spodziewał się ocalić przyszłość. Nie mogłam pozostać jego żoną w oczach świata. Zaproponował mi sekretne małżeństwo.
— Paniś się zgodziła?
— Cóż miałam uczynić? Powody przez Filipa stawiane uważałam za rozsądne, zresztą zanadtom go kochała aby się niezgodzić. Zamieszkałam w Passy. Odwiedzał mnie co wieczór. Czas szybko uchodził. On był szczęśliwy.
— A pani?
— I ja nią prawie byłam. Mieliśmy dwoje dzieci. Postanowił dotrzymać przyrzeczenia... Ślub nasz odbył się w San-Julia. Akt złączenia, podług praw Francyi; odłożyliśmy na później.
— I nie dopełniliście go?
— Nie.
Pan de Vernes bębnił palcami po biurku.
— Czy ksiądz dawał ślub?
— Proboszcz wioski San-Julii.
— Lecz we Francyi nie było zapowiedzi?
— Nie wiem.
— Czy jest akt ślubu?
Magdalena potwierdziła kiwnięciom głowy.
— Gdzież jest? zapytał adwokat niecierpliwie.
— O Mąż mój miał kopiję.
— Kto pani o tem powiedział?
— On sam, często mi o tem mówił.
— Powinien był pani oddać.
— Zapewne. Śmierć tak niespodziewanie zabrała go, mówiła młoda kobieta, zalewając się łzami. De Vernes był wzruszonym.
— Pani mówi, że ślub odbył się w Sant-Julia?... zapytał łagodniej. Gdzież to jest?
— W Nawarze; przy Echalar.
— Nigdy tam pani więcej nie była?
— Nigdy.
— Czy mnie pani upoważnia do telegrafowania dla otrzymania dowodów?
— Już to uczyniłam.
— A więc?
— Kościół spalony, ksiądz umarł, akta zaginęły.
— A więc niema dowodów, jesteśmy zgubieni. Ma pani przynajmniej listy?
— Od kogo?
— Od swego kochanka.
— Od mego męża — poprawiła młoda wdowa — mam ich wiele.
— Gdzież są?
— Tu.
Magdalena wydobyła z żalem z kieszeni paczkę listów jej ukochane relikwie.
— Pani mi je pozostawi, przejrzę je w wolnej chwili.
— Dobrze panie.
— Jeszcze jedno pytanie. Jaki jest pani stan majątkowy? To znaczy, jakie pani posiada fundusze na utrzymanie?
— Bardzo szczupłe.
— Jakto?
— Filip otrzymywał ponsyję od wuja; miał też i ziemię w Burgundyi. Żyliśmy dosyć wygodnie. Bywanie w towarzystwie, oddzielne jego mieszkanie, mały domek w Passy pochłaniały wszystkie dochody.
— Tym sposobem po śmierci męża położenie pani staje się krytycznem, Czy niema testamentu?
— Pewno. Filip zrobił go.
— U pani go niema.
— Był u niego wraz z dowodami dla naszych dzieci.
— Czy mieszkanie oddane bratu?
— Tak panie, jak również i to co się w niem znajdowało.
— Do djabła! — pomyślał adwokat, oznaczając dokładnie myśl, jaka mu przyszła. — Nie robiła pani jakich starań?
— Żadnych. Czekałam wezwania od...
— Od kogo?
— Od pana Franciszka Valencourt. Musiał czytać dowody... dowiedzieć się o położeniu...
— Należy się domyśleć — zadecydował de Vernes z sarkazmem na ustach. Tylko pan Franciszek Valencourt, jak i wielu innych, bardzo lubi pieniądze, a pani prawa, jeżeli istniały, były by bezpieczniejszemi w każdych innych rękach... Pomyślę... Zbadam interes... Jest ciężki, bardzo ciężki..
Magdalena wstała. Nogi się pod nią chwiały. Uwaga adwokata pognębiła ją. Myśl o kradzieży papierów, pozostawionych przez męża, zaledwie jej przeszła przez głowę. Odpychała ją z oburzeniem, a de Vernes przypuścił ją natychmiast, jako naturalną w świecie.
— Kiedy mi pan każe przyjść znowu? — wybąknęła, przyciśnięta najsmutniejszemi przeczuciami.
Adwokat zastanowił się na chwilę.
— Pojutrze zechce się pani pofatygować.
— O której godzinie?
— O dziesiątej.
— Dobrze panie.
— Będę na panią czekać.
Podczas gdy Magdalena odchodziła pod wrażeniem największego niepokoju, z głową ociężałą, umysłem przygnębionym. adwokat założywszy ręce na krzyż, przechadzał się po gabinecie zamyślony i niezadowolony. Zwąchał jedną z tych spraw sensacyjnych, jakiej pragnął, proces skandaliczny, przynoszący sławę sprytnemu prawnikowi.
Postanowił pomścić wzgardę, doznana od Ludwiki de Chambeyre. Był bardzo rozstrojony. Umysł jego czynny nasuwał mu liczne kombinacyje, lecz powiedział sobie, że czego nie zdobył na razie, to wszystko teraz. Zdobędzie łaski swej dawnej passyi, pani Valencourt, tem więcej, że z chwilą odziedziczenia spadku po markizie de Blangy stała się potentatką; umysł zaś czynny i żywy robił ją również groźną jak jej pieniądze.
Jak ludzie żądni sławy, z dobrą dozą sprytu, odwrócił się w stronę wschodzącego słońca.
Ta myśl występna, zdrada najświętszych obowiązków stanu, nie była niczem wytłómaczoną, bo listy powierzone mu przez klijentkę potwierdzały prawdziwość słów nieszczęśliwej. Upewnił się już, przeczytując je z pilną uwagą.
Większa część była mniej ważna, inne dowodziły, że Magdalena Stefani istotnie była żoną Filipa Valencourt, że dzieci były też i jego, przyznając ojcowstwo z takąż samą serdecznością i zapałem, jak wyjawiał jej swą miłość.
De Vernes zamknął je pod klucz, rozdzieliwszy na dwie kategoryje: jedne miał oddać, drugie pozostawić jako oręż do walki.
Nakreśliwszy też sobie plan postępowania, zamknął gabinet, ubrał się, wsiadł w dorożkę, każąc się zawieźć do pałacu na ulice Saint-Guillaume.
Jedenasta była, gdy przybył i wręczył lokajowi kartę wizytową. Ten niebawem powrócił, mówiąc:
— Pana niema w domu, lecz jeżeli pan życzy zobaczyć się z panią, to proszę.
De Vernes nie dał się prosić.
Pospiech pani Valencourt w przyjęciu był objawem łatwym do odgadnięcia.
Wszedłszy w posiadanie pałacu de Blangy i mieszkania brata, Franciszek Valencourt spodlił się przyłożeniem ręki do wszystkiego, co mogło usprawiedliwić prawa Magdaleny Stefani i jej dzieci.
Adwokat przeszedł dwa salony, zatrzymując się dopiero w gabinecie, gdzie wszystko było sztywne jak właściciel mieszkania.
De Vernes kończył szybko przegląd mieszkania, gdy małe boczne drzwiczki roztworzyły się, a z pod zasłony z zielonego aksamitu ukazała się postać pani domu w żałobie.
Z żywością jej wrodzoną zbliżyła się do adwokata, wyciągając ręce:
— Pan?! powiedziała. — Co za niespodzianka!
— Przyjemna — zapytał do Vernes a odcieniem złośliwości.
— Dla czegożby nie?
— Nie ma pani do mnie urazy?
— Za co?
— Ośmieliwszy się podnieść oczy...
— Którażby to z kobiet obraziła się kiedykolwiek za coś podobnego...
— Dziękuję za dobre przyjęcie. Przecież muszę pani wyznać, że nie przybywam dla odwiedzenia pani.
— Więc mego męża?
— I to w interesie.
— Bah!
— Adwokat przybywa.
Pomimo że Valencourt’owie spodziewali się co chwila przybycia prawnika, podejmującego się bronić sprawy wdowy po Filipie, jednakowoż Ludwika udała zdziwienie najnaturalniejsze.
— Czy jakie ważne interesy? — zapytała.
— Dosyć.
— Tem gorzej. Wolałabym wizytę człowieka światowego, dawnego przyjaciela.
— Człowiek światowy otrzymał od pani rekuzę, — wycedził adwokat de Vernes — adwokat otrzyma może przez pół, sukcesu.
— Do czegóż ta aluzyja?
— Dla przekonania pani, że są okoliczności, których się nie zapomina i tęsknota nigdy nie przemijająca. Wypowiedział z zadziwiającem wzruszeniem w sceptyku, z hartem pana de Vernes, lecz umiał kręcić słowami dla wywołania efektu.
— Po cóż wspominać przeszłość? odpowiedziała młoda kobieta z żywością. Ona już daleko a pan ma zawiele rozumu, aby się od dawna nie pocieszyć po niezadowoleniu kaprysu.
— To nie był kaprys, przysięgam, a pani się myli...
— Jakto?
— Nie pocieszyłem się, zagłuszyłem się pracą, nauką, zabawą, orgijami i tysiącznemi szaleństwami...
— Bez wymuszonych komplimentów, niegodnych ani panu ani mnie... Dojdźmy do celu... Zrobiony krok, przez człowieka podobnego panu musi mieć ważny powód.
— Bardzo ważny.
— Czy mogę o nim wiedzieć?
— Owszem.
— Jakiż więc?
— Aby dać pani dowód mego przywiązania.
— Pan także nie ma do mnie żalu?
De Vernes pochwycił rękę pani Valencourt mówiąc głosem wzruszonym:
— Mam tylko przyjaźń dla pani... gorącą przyjaźń i proszę niechaj ją pani wystawi na próbą.
Po tem oświadczeniu, pani Valencourt przygryzał usta zamyśliła się chwilkę i rzekła krótko:
— Słucham pana, a ponieważ idzie o interes, niechaj pan wyobrazi sobie, że ma przed sobą mojego męża.
— Czy pani wie, zaczął adwokat, usadawiając się w fotelu w właściwej mu pozie niedbałej, że gdybym był niewiernym sympatii, tak źle, wynagrodzonej, — człowiekiem cierpkim, brudnym i złym, za jakiego mnie mają, miałbym znakomitą sposobność do zakłócenia pomyślności, jakiej używa mój rywal i pani. Ludwika poruszyła głową i ramionami, okazując jakoby nie zrozumiała, do czego to wszystko prowadzi. Nakoniec odezwała się groźno.
— Mówi pan zapewne o pieniądzach o spadku, bo innego szczęścia nie znam.
— Majątek panią olśniewa...
— To prawda, lecz pozbywając się rodziny, dla której wdzięczność i krew nakazywały przywiązanie... Żałoba wdarła się w ten dom... straszna żałoba. Pan de Vernes uśmiechnął się znacząco:
— Czekałem pani odpowiedzi. Uczucie, w tej chwili wygłoszone, przynosi pani zaszczyt... Lecz markiz de Blangy był oryginałem. Można się było spodziewać, że mu przyjdzie fantazyja naprzykład, przełożyć jednego ze swych siostrzeńców z uszczerbkiem dla drugiego. Pan de Blangy nie ukrywał, tak przed znajomymi jak i kuzynami pewnego pierwszeństwa.
— Dla kogo?
— Dla jednego ze swych spadkobierców.
— Którego?
— Tego, który zmarł tak tragicznie.
— Filip?
— Tak, Filipa.
— Mój Boże, dodała młoda kobieta z udaną bezinteresownością, to pierwszeństwo, nie było nam wiadome... przynajmniej mnie... Bylibyśmy uszanowali wolę pana de Blangy, gdyby ją był objawił...
Adwokat zrobił giest ironiczny.
— Jesteś pani piękniejszą niż zwykle, westchnął.
— Powróćmy do interesu.
— Zajmuje on panią? Jak dotąd, to nie wiele, przyznaję.
— Owszem, zaraz do niego dochodzimy. Wiele osób zostało ździwionych brakiem testamentu.
— Naprawdę? zapytała pani Valeucourt zuchwale.
— Z pewnością, potwierdził adwokat. Wszyscy byli przekonani o istnieniu testamentu.
— Któż taki?
— Ludzie ze stanowiskiem. wysoko położeni, którym pan de Blangy zwierzał się...
— Panu może!
— Nie należę do rzędu tych o których mówię, lecz markiz powiedział mi dwa słowa...
Młoda kobieta zbladła, dodając z pozorną obojętnością:
Gdyby testament istniał, znalezionoby go łatwo.
— Niechaj pani pozwoli mi się wyrazić jako prawnikowi.
— Proszę.
— Znalezionoby go, gdyby zainteresowani nie zechcieli, aby zaginął.
Ludwika z tak bladej jak była, stała się purpurową. Podobne wzruszenie nie mogło ujść uwagi adwokata. Zrozumiał, że trafił, zaczął więc za swobodą sędziego śledczego, jak za złoczyńcą schwytanym na gorącym uczynku.
— Przypuśćmy, że staję przed sądem w obronie sprawy powstałych z grobu przeciwników, dla pognębienia pani i odjęcia olbrzymiej fortuny o której dopierośmy mówili.
— Przeciwników? Czyż ich mamy rzeczywiście? zapytała Ludwika, wpijając swoje czarne źrenice w oczy adwokata.
— Bardzo być może.
— A jeżeli ich mamy, czyżbyś się pan podjął bronić ich sprawy?
— Jest to kwestyja do załatwienia między nami. Przecież, gdybym miał dochodzić ich praw, powiedziałbym, że z chwilą gdy pan Blangy wydał ostatnie tchnienie, państwo pozostaliście sami w domu w posiadaniu kluczy od szaf, kas i biurek, że od tej chwili mogliście zniszczyć papiery i dokumenty nieboszczyka, a szczególniej te, które mogły mieć dla was przeciwną wartość.
— Okrutnym pan jesteś.
— Nierawdaż?
— Lecz pan się powodujesz jedynie przypuszczoniami, pozwolę sobie powiedzieć.
— Eh!
— Czyż nie byliśmy jedynymi spadkobiercami mojego opiekuna, zostającego mym wujem przez zamążpójście za pana Franciszka Valenoourt?
— Zapominasz pani o bracie.
Młoda kobietka zmieniła ton ironiczny, jaki przybrała na początku konferencyi.
— Filip miał równe prawa z nami i nikt nie byłby mu ich zaprzeczył, dodała z udanem wzruszeniem. Zginął tragicznie. Nie przypuszczam, abyś nas pan czynił odpowiedzialnymi za zaszły wypadek. Pewno również okrutne oskarżenie powtarzają nasi zacięci nieprzyjaciele.
— Czy pani co wie o tem?
— Wszelka pomyślność ma niechętnych. Z zazdrości do nieprzyjaźni tylko krok jeden. Mój mąż ma prawo do odziedziczenia tytułu wuja.
W każdym razie cały majątek przechodzi w nasze ręce, a to już wystarczającem jest dla wzbudzenia zazdrości. De Vernes kiwnięciem głowy potwierdził to przypuszczenie. Pani Valencourt mówiła dalej:
— Jeżeli markiz miał nawet myśl oddania całego majątku Filipowi ze stratą starszego brata to i tak majątek byłby powrócił do mego męża. Jest obecnie jedynym spadkobiercą swego brata i nie potrzebuje z nikim się dzielić. Wszystkie więc przypuszczalne i dziwaczne podejrzenia upadają same przez się...
De Vernes zatrzymał ją, mówiąc.
— Miałaby pani racyją gdyby... Zawiesił zręcznie przedmiot zasadzki, badając wyraz twarzy młodej kobiety.
Żaden muskuł nie drgnął.
Udała najwyższy spokój, mówiąc łagodnie:
— Niechaj pan kończy, proszę.
— .....Gdyby pan Filip umarł jako pojedyńczy człowiek. Ludwika nie zmieszała się wcale. Była przygotowaną do tego ciosu.
— Nie rozumiem pana, dodała, udając zupełną nieświadomość.
— Będę więc akuratniejszym. Rozumiem przez to, że gdyby Filip Valencourt nie był pozostawił prawych spadkobierców, dzieci, po sobie.
— Przypuszczam, że pan żartuje.
Czyż wyglądam na człowieka szydzącego!
Pani Valencourt wybuchła szczerą wesołością. Pomimo, że humor był tylko udany, lecz zdał się być tak naturalnym, że pan de Vernes zmięszał się.
— Gdyby nie smutne okoliczności, w jakich się znajdujemy, uwierzyłabym zaprawdę, że tu idzie o jaki zakład.
— Niechaj pani nie dowierza.
— Chcesz mnie pan pointrygować, lecz nie uda się to panu. Mój szwagier był kawalerem i nikt nie wiedział o jakimś związku.
— Przecież go miał.
— Poważny?
— I dwoje dzieci, nie pragnących umierać, ręczę pani.
— Dlaczegóżby nie przypuszczać, że był żonatym?
— Był nim.
— Gdzież to?
— Zagranicą.
— Czyż to się można żenić zagranicą?
— Nic się temu nie sprzeciwia.
— W Gret na Gren w kuźni?
— I gdzieindziej jeszcze.
— Bez formalności, przy echu leśnem, incognito?
— Podług przepisów kraju gdzie się jest.
— Za przykładem pana to i szwagier mój byłby zawarł podobny ślub?
— Być może.
— — Gdzież więc?
— Niechaj się pani nie śmieje... w Hiszpanji.
— Ja znam tylko zamki na lodzie, ale nie małżeństwa...
— Przecież istnieje.
— Cóż to za bajki pan tworzy?
— To nie żadna bajka, mówię pani prawdę.
Ucichli oboje jakby dla małego zawieszenia broni.
Pani Valencourt wiedziała lepiej niż kto inny o rzeczywistości tego małżeństwa, lecz wiedziała także, że dowody, dokumenta i świadkowie nie istniały.
Nie badając, o ile to jest przesadzona historyja, pytam przecież, gdzie jest jaki dowód?
— Musi istnieć.
— Pan mówi: że musi istnieć... A więc nie jest pan pewien,
— Filip Valeucourt mówił po kilka razy, że je posiada...
— Jeżeli je posiada, to muszą tam być jeszcze.
— Przepraszam, przerwał, pan Franciszek Valencourt zajął mieszkanie brata, tak jak zajął pałac wuja.
Ludwika nie rozgniewała się, zachowując niezmierną cierpliwość.
— Jesteś pan niedowierzającym i podejrzliwym — powiedziała.
— Wszyscy moi koledzy są takiemiż. Smutne przeświadczenie świata.
— Dostatecznem będzie jedno słowo, aby pana zawstydzić. Mąż mój nie mógłby włożyć merostwa do swej kieszeni.
— W Hiszpanii nie bierze się ślubu w merostwie, lecz w kościele:
— Niech i tak będzie. To znów nie skonfiskuję ani katedry ani najmniejsezego nawet kościółka.
De Vernes dałby się był prędzej zabić, niż miałby powątpiewać o słusznych prawach swej klijentki. Zanadto jasno wiedział, że pani Valencourt grała komedyję, była przygotowana na odwiedziny prawnika ze strony sekretnej rodziny Filipa, wiedziała też jakie dać odpowiedzi na przytaczane argumenta. Wtajemniczona w cały stan rzeczy, przecież to ona i jej mąż zniszczyli papiery wuja i siostrzeńca, dowody zabezpieczające od pretensyj pozostałe ofiary. Bezkarność była im zapewnioną. Są występki, urągające hańbie, a właśnie podstęp Valencourt’a był z ich liczby. Tajemnica otaczała je, nic nie mogło ich zdradzić, a więc i dosiędz. De Vernes postanowił zadać cios decydujący, co też i uczynił.
— Pani tryumfujesz — powiedział, i okazujesz to z wielką śmiałością. Pewnem jest, że pani znasz tę historyję. To co pani opowiedziałem jest zupełną prawdą. Filip Valencourt, zmarły, po wuju miał odziedziczyć cały majątek, a przynajmniej daleko większą część jego.
— Skąd pan wiesz a tem? przerwała.
— Markiz oznajmił to świadkom godnym wiary i łatwym do odnalezienia na każde żądanie. Oprócz tego Filip Valencourt pozostawił żonę i dwoje dzieci.
— Chcesz pan powiedzieć kochankę!
— Żonę... wdowę... proszę słuchać i dać pokój zuchwalstwu!...
— Panie!
— Sądziliście, że się nikt o prawa nie upomni... Pomyliliście się, znajdziemy zaginione księgi... świadków.
A z wyrafinowanym spokojem dodał:
— Są u mnie listy...
Pani Valencourt zdradziła się po raz pierwszy.
— Ah! zawołała na wpół unosząc się. Są listy?
— Pani o nich nie powątpiewasz... Człowiek, który kocha kobietę, pisuje do niej, kiedy jej nie widzi, a Filip uwielbiał swoją... To także znaczy być razem z nią.
— Czytałeś je pan?
— Od początku do końca.
— Co zawierają?
— W każdym wierszu prawie, jest mowa o małżeństwie, dzieciach, miłości, zabezpieczonej przyszłości. Prawdopodobnie, że sprawiedliwość innych uzna ważność tego małżeństwa i jego następstwa. Wystarczające one będą, abyście się zastanowili, lecz przychodzę jako przyjaciel.
Młoda kobieta zdawała się namyślać. Tylko jej rozmyślanie nie było tego, rodzaju, jakie adwokat przypuszczał. Mówiła sobie:
— Są listy... Listy te muszę mieć, za jaką by to nie było cenę. Jak je otrzymać?
Z ostatniemi słowy adwokata, podniosła głowę i przybliżając fotel:
— Pan mówisz, że przychodzisz jako przyjaciel? — rzekła.
— To zależy od pani.
— Cóż trzeba uczynić?
— Powiem pani.
— Wszystko co słyszę, powiedziała, wydaje mi się snem.
— Zanim dalej zajdziemy, pozwól mi pan zadać sobie pytanie.
— Co pani rozkaże?
— Czy mówiąc o przyjaźni, jesteś pan szczerym?
Ton był pieszczotliwy, spojrzenie wymowne.
Ludwika de Chambeyre była porywająca, piękna nie tą czystą pięknością córki pułkownika Stefani, lecz wdziękiem śmiałym i namiętnym, wykazującym żądze.
De Varnes zawahał się na chwilę i westchnął.
— Powinienem panią nienawidzieć. Zdala, sądzę że to możebnem, w bliskości zmieniam zdanie.
— Dla czegoż mnie nienawidzieć?
— Czy pani nie wie o co?
— Że pan nie został przezemnie przyjętym?
— Cóż potrzeba więcej?
Młoda kobieta spoważniała.
— Miałam powody, — powiedział — powody uczciwej dziewczyny, która nie oddaje tego, co do niej nie należy.
— Co pani mówi?
— Prosiłam pana być szczerymi ja też nią będę względem pana. Może się porozumiemy na wspólne nasze szczęście. Kochałam kogo innego, lecz bez nadziei... Byłam zrozpaczoną. Franciszek Valencourt był na miejscu. Opiekun mnie naglił do poślubienia go. Winna byłam wdzięczność panu de Blangy. Zostałam posłuszną. Przyjęłam z jego ręki owe małżeństwo tak samo, jak byłabym się zgodziła na wstąpienie do klasztoru. Kusiła mnie też próżność. Utraciwszy miłość, zapragnęłam bogactwa. Franciszek miał odziedziczyć ogromny majątek po wuju. Ma go. Otrzymałam przynajmniej to zadowolenie. Widzisz pan, że niczego nie skrywam przed panem. Nie mając tego, o czem marzyłam, wzięłam to, co mogłam. Zrób pan tyle. Powierzam panu moją tajemnicę, znam pańską. Działajmy wspólnie. Dopomóżmy sobie. Z pewnością na tem przymierzu zyskasz pan więcej niż ja. Bo my czegoż się mamy obawiać, dodam nawet: czegoż mamy więcej żądać?
Wypowiedziała to z zapałem, znamionującym wyższą inteligencyją. Połączenie cynizmu z honorem i obcesowej szczerości wprowadziło adwokata w prawdziwy zachwyt.
— A! — zawołał — z panią gdzieżbym nie poszedł?
Pani Valencourt była próżna.
— Co za szansa? — zawołała. — Pani de Vernes, żona adwokata, miałaby średni wpływ... Przed markizą de Blangy, a będę nią za dni kilka, jutro może, milijonerką, wszystkie drzwi będą otwarte. Ona panu dopomoże, czego pan tylko zażąda, postara się o spełnienie jego życzeń.
— Jakieby one nie były? — powtórzył adwokat z zaiskrzonemi oczyma.
Pani Valencourt odpowiedziała spojrzeniem swych aksamitnych oczu. Było ono obiecujące...
— A za tą łaskę czego pani żąda? — zapytał de Vernes.
— Nic takiego, coby obciążało pana sumienie.
— Co więc?
— To, coś mi pan opowiedział wzrusza mnie, trudno mi o tom mówić. Ta kobieta... Te dzieci... Jestem także matką... Jeżeli prawdziwe to są dzieci Filipa...
— Pani im dopomoże!
— Wpłynę przynajmniej na męża... Lecz trzeba zbadać... osądzić położenie.
— Zapewne.
— Czy ta kobieta prosiła pana o radę?
— Tak jest.
— Niechaj pan jej poradzi, aby przyszła do mnie... udała się z całem zaufaniem... Niechaj przyniesie papiery, jakie posiada, te które mogą przyznać jej prawo... szczególniej listy pochodzące od Filipa... Przejrzę je w jej obecności... Potem postąpię stosownie, aby uzyskać dla niej zapomogę... Rozumie pan jak to będzie trudno... ale musi mi się udać. Zmuszę pana Valencourt do ofiary mniej więcej nawet znacznej... Czy pan zechce to jej zakomunikować?
— Naturalnie.
— A więc umówione?
— Umówione.
— Przyśle pan swoją klijentkę...
— Kiedy?
— Dziś wieczór... o dziewiątej...
— Będziemy oczekiwać... Dwie kobiety razem... Będzie swobodniejszą... Lecz głównie... listy.
— Dobrze.
— Jeżeli rzeczywiście Filip kochał ją; jeżeli uwierzymy w rzeczywistość tego związku; jeżeli jej dzieci bo nie wierzę w to małżeństwo — są jego, zajmiemy się ich losem.
— Postanowione — powiedział adwokat — lecz mi pani obiecuje...
— Co?
— Przyjaźń mężatki, kiedy mi pani ręki swej odmówiła, będę pamiętać...
— Powiedziałam panu już... miałam przyczynę...
— A teraz?
— O przyszłości pomówimy później, jak mi pan dowiedzie przywiązania...
dopiero co wyznanego...
De Vernes powstał.
Pani Valoncourt podała mu rękę, on ją podniósł do ust.
Te dwie istoty, urobione z jednej materyi, porozumiewały się półsłówkiem!
Oboje wiedzieli, co popełniają; ona nikczemną zdradę, a on ohydne i podłe przeniewierzenie się!... Tam, gdzie Iudzie prości są otwarci, okrutni lub winni, ludzie światowi zachowują formy i to pokrywa ich występek.
Nie wymówili słowa źle brzmiącego lub podejrzanego, a przecież spełniali najokrutniejszą zbrodnię.
De Vernes widział wznoszące się słońce nad horyzontem Valencourt’ów.
Ludwika de Chambayre obdarzona subtelną inteligencyją, dosyć ładna, lecz więcej zachwycająca rozumem, niż urodą, czego zapragnęła, doprowadziła do celu, de Varnes’owi obiecała dopomódz.
Co za przepyszna przyszłość, gdyby została jego kochanką, potrafiłby ją zmusić!... Tymczasem żądała dowodu, nie drożył się...
Wyszedłszy z pałacu de Chambayre wsiadł w dorożkę, wstąpił do siebie, zdzielił listy mu powierzone, zamknął ważniejsze, a pragnąc interes prędko poprowadzić, aby dotrzymać przyrzeczenia, udał się niezwłocznie do małego domku w Passy.
Przybywszy zadzwonił. Marion wprowadziła go do tego domu smutku, gdzie przybywał dla wydarcia ostatniej nadziei.
W chwili, gdy Magdalena wstępowała na próg salonu, adwokat rzucił paczkę listów na stolik.
Jednym rzutem oka zrozumiała wszystko.
— Zła nowiny — wyrzekła.
Adwokat schylił się, nic nie odpowiadając.
— Te listy?
— Niedostateczne... małej wagi... tyczące się serca, jakie się odbiera tysiącami dziennie we wszystkich zakątkach Paryża..
— Więc rzekła załamując ręce — cały interes?...
— Przegrany z góry!
— Pan nie przyjmuje prowadzenia tej sprawy?
— Po cóż, aby stawiać czoło nieszczęściu!..
— Mój Boże — jęknęła Magdalena.
— Nie czuję się pewnym... Niechaj pani poradzi się kogo innego.
—Wymienił prędko kilka prawników, lecz dodał:
— Nie namawiam przecież panią, bo to sprawa bardzo śliska.
Zaczął, więc tłumaczyć słabe punkta interesu bezzasadność jej pretensyj, niepodobieństwo oparcia się na takich podstawach, możebne intrygi z powodu tak wielkiej sukcesyi, a gdy pewnym był, że ją nastraszył, zatrzymał się, wpatrując się w sufit, jakby szukał sposobu do przyjścia z pomocą tak nieszczęśliwej, zdającej się wzruszać go do najwyższego stopnia.
— Ostatnia rada — powiedział — nie adwokata, lecz przyjaciela, bo niechaj mi pani wierzy, że mocno wzruszonym jestem pani położeniem... nie wiem czym powinien?...
— Proszę, niechaj pan mówi, — powiedziała z westchnieniem, zwalczona i zmęczona.
— Brat pana Filipa Valencourt jest obecnie bogaty.
— Wiem o tem.
— Niemożebnem zdaje się, aby nie dopomógł dzieciom brata swego.
— Więc mam żebrać u niego litości? zawołała Magdalena, ścinając usta.
— Nie, ale się uciec do sprawiedliwości, powołać się na uczucia honoru.
— Jakto?
— Przekonać go listami, że pani nie przesadza, że żądania pani, oparte na dowodach zniewalają ją do układu możebnego. Myślę, że to pomyślny skutek odniesie?
— Pan tak sądzi?
— Przez to uniknie się skandalu, szczególniej w chwili, gdy odziedzicza nie tylko majątek, lecz i tytuł swego, wuja... Pewien jestem, że się zgodzi i nie pozostawi bez środków na utrzymanie tej, która jeżeli niebyła żoną, to przynajmniej kochanką brata jego...
— Kochanką! — wyjąknęła Magdalena, zakrywając twarz rękoma.
Mgła zaćmiła jej oczy, serce ścisnęło się. Adwokat wlewał w nią nadzieję, lecz ton niepewny mowy, zbijał otuchę oczekiwania.
— Nie odrzekła, nie potrafię się — tak upokorzyć. To nad moje siły. Czyż pan nie może mi ich zaoszczędzić?
— Niechaj mi pani wierzy, że wszystkiego bym się podjął, by pani oddać tę przysługę... Pragnąłbym spełnić pani życzenie, lecz obecność prawnika jest zawsze denerwującą. Oznacza zamiar szykany... Skrytą nieprzyjaźń... Wyzwie odpór.
— Nie, nie — odpowiedziała Magdalena, to nad moje siły. Uczynię wszystko, będę pracować, zniosę największy afront, jeżeli potrzeba, lecz nie ten! Żebrać u tych, co nas ogałacają, przywłaszczają, to co nam się należy! Nigdy! Nie mogę... Zaprzedam się raczej...
Była bardzo oburzona. Po raz pierw8zy gniew owładnął tę tkliwą i łagodną duszę. W tejże chwili uchyliła się portyjera, oddzielająca salon od sypialni a w niej ukazała się prześliczna blond główka dziecięcia. Oczy niebieskie, zdumiałe, zwróciły się z jakimś wyrazem srogości na głowę adwokata, a odwracając ją czemprędzej na matkę, zobaczyła w jej oczach łzy, rzuciło się obejmując szyję rączkami, jak gdyby chciało stanąć w obronie.
— To pani córeczka? zapytał de Vernes, uderzony nadzwyczajnem, podobieństwem.
— I Filipa Valencourt, powiedziała młoda kobieta, wskazując portret męża, zawieszony na ścianie salonu.
— Jak jej na imię?
— Magdalena tak jak i mnie.
— A Filipina tak, jak memu ojcu, powiedziała do mnie dziewczynka.
— Ile masz lat? zapytał adwokat.
— Mam pięć lat.
De Varnes chciał ująć ją za rączkę, lecz dziecina wyrwała się spłoszona, ukrywając główkę na łonie matki.
— Będzie bardzo piękną, powiedział.
I ten człowiek, tak pozornie łagodny poświęcał jak kat istoty piękne i słabe na żer swego przyrzeczenia. Czyż sumienie nic mu nie wyrzucało? Lecz należał do rzędu tych, których ambicyja zaślepia, przeszedłby po trupie nawet, aby dojść do zamierzonego celu.
Wejście dziecięcia dostarczyło mu bodźca do zapanowania nad sercem matki.
— Pani kocha swoje dzieci? zapytał.
— Czyż można ich nie kochać? wyrzekła.
— Pani środki zostaną wkrótce wyczerpane, jak mi pani wspominała?
— Prawda.
— Jakież są obecnie?
— W biżuteryi, meblach, najwyżej od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy franków!...
— Nędza więc je czeka... i ciężka nędza! Obrażając przeciwników, straci pani wszystko. Odwołując się do uczucia honoru, ocalasz się pani!
Wahała się... Pierś jej ściskała się na myśl podobnego upokorzenia.
— Uczyń to pani dla swoich, powiedział adwokat.
— Niechaj będzie, zadecydowała, przyciskając córeczkę do swej piersi, dla mych dzieci pójdę!
— Jak najprędzej.
— Dziś wieczór.
— Obiecuje mi to pani?
— Tak.
— Bądź pani dobrej myśli!
Poruszyła głową na znak powątpiewania i wstała, adwokat toż samo uczynił.
— Miej pani nadzieję — rzekł — zaszczytną masz pani rolę... Wiem, co mówię... Niechaj pani nie zapomni o listach... to dowody...
— Dobrze.
Poprowadziła go do drzwi. Wychodząc dodał jeszcze:
— Masz pani racyję, jest to wielka ofiara, lecz czyż matki nie bywają bohaterkami?
W powozie napisał ołówkiem te kilka wierszy.
„Interes był ciężki do przeprowadzenia. Płacz i strapienia wielkie. Co za cudowna skrytka, jakie piękne dzieci! Dziś wieczór będziesz pani mieć wizytę oczekiwaną. Do zobaczenia, markizo!“
Kartka była bez podpisu. Przejeżdżając ulicą Saint-Guillaume oddal bilecik odźwiernemu Valencourt’ów.
Przyrzeczenie zostało spełnionem.
Po dniu wielkich męczarni podczas których walczyła, decydowała się, to znów wahała się wdowa po Filipie Valencourt, postanowiła nakoniec podjąć ofiarę. Ósma wybiła na zegarze.
Dzieci, jakby przeczuwające nieszczęście, lecz nie znając jego wielkości, zasmucone łzami, spływającemi z ócz matki, zasnęły.
Magdalena blada jak śmierć w swej czarnej sukni, włożyła kapelusz z czarnej krepy na swe piękne blond włosy i miała się już ku wyjściu, gdy Marion zastąpiła jej drogę.
— Gdzie idziesz? zapytała z poufałością wieśniaczki, badającej córkę.
— Dowiedzieć się, czego się mogę obawiać, a czego spodziewać jeszcze.
— Widziałaś się z adwokatem?
— Tak!
— Cóż on mówi?
— Nic dobrego.
— A więc?...
— Trzeba poszukać..... pracować może!...
— Ty?
— Dla czegóżby nie?
Marion podniosłą rękę z groźbą...
— Ci Blangy‘owie są przyczyną wszystkiego złego. Zgubili ciebie tak jak i zgubili twojego ojca.
— Daj pokój!
— Nie. Ten Filip swojemi obietnicami ugłaskał cię, oszukał...
— Nie obwiniaj go. On umarł. On nas kochał...
— Gdzież więc idziesz?
— Do innych...
— Do jego brata?
— Tak.
— Po co?
— Rzucić się na kolana... Prosić o chleb dla swoich dzieci.
— Przeklęty dom!
— Puść mnie... jest to ostatni próg do przejścia, afront znieść...
— Czy myślisz, że ci to co pomoże?
Magdalena wskazała na pokój w którym spały dzieci.
— Zniosę wszystko dla nich — powiedziała. Potem zobaczymy.
Wyszła, zamknąwszy drzwi za sobą, pozostawiając starą Marion, przeklinającą Valencourt’ów i Blang’ych nieszczędząc im najordynarniejszych przezwisk.
— Ah! łajała, słysząc oddalającą się dorożkę, gdyby nas była usłuchała... Gdyby była poślubiła tego biednego Wincentego, uniknęłaby była wszystkich tych nieszczęść.
Magdalena oddalała się z sercem zranionem, duszą zbolałą, nie wierząc w nie, nie spodziewając się niczego, opuszczona od wszystkich, nieświadoma jakiej deski się czepić w swem nieszczęścia.
Zrozumiała dobrze, że miała tylko nieprzyjaciół. Od tygodnia bezsennych nocy i długich dni zatapiała się w najstraszniejszych rozmyślaniach.
Zdało jej się niepodobieństwem, aby Filip był tak nieoględnym, aby tak szczerze kochając ich, nie był porobił zapisu, zabezpieczającego przyszłość jego rodziny. Imaginacyja rozogniona głowa osłabiona długiem cierpieniem zrodziła niepokój, czując się otoczoną niebezpieczeństwem, jak kuropatwa w sieci szarpała się, by się z niej wydostać.
Jakieś przeczucie mówiło jej, że ma życie złamane, bo nie potrafili żyć bez tego którego tak kochała.
Co za los czeka tę drugą Magdalenę jej córeczkę z blond włoskami, niebieskiemi oczyma, cudownym uśmiechem, nie przewidującą jeszcze nieszczęścia jak grom spadającego na nią. Jak się pokieruje ten syn bez ojca, bez nazwiska, pozostając bez środków do życia.
Byłaby jeszcze więcej drżała, gdyby mogła przeczuć prawdziwe uczucia tych, do których jechała.
Filip Valencourt mówił zawsze o bracie i bratowej Ludwice de Chambeyre serdecznie, nie zdradził najmniejszem słówkiem nienawiści Ludwiki do nieznanej rywalki, którą przeklinała, nigdy Filip nie wyrzekł słówka groźby żonie Franciszka Valencourt czy to przez pogardę, czy uwiedziony fałszywemi oznakami przyjaźni; zapomniał o niej, zagłuszony szczęściem w ostatnich latach swego pożycia. Punkt o dziewiątej dorożka wioząca Magdalenę, zatrzymała się na ulicy Saiat-Guillaume.
Młoda wdowa wysiadła, zapytując odźwiernego:
— Pan Franciszek Valencourt u siebie?
— Raczy pani iść za mną... odrzekł z szacunkiem lokaj, znajdujący się tamże...
Przeszedł podwórze, a postępując ocienioną werendą, wprowadził wizytującą w obszerny przedsionek. Tam polecił ją pannie służącej. Suberetka powtórzyła słowa lokaja.
— Raczy pani iść za mną. A wyprzedzając wdowę, weszła w długi korytarz.
— Raczy pani wejść!
Magdalena weszła. Panna służąca przysunęła jej fotel, umieszczony naprawo od kominka z palącym się ogniem dodając:
— Raczy pani zatrzymać się chwilkę, pan zaraz przyjdzie a nie oczekując odpowiedzi, przymknęła drzwi i znikła. Magdalena pozostała sama.
Samotność w jakiej pozostała przyniosła jej jakoby chwilkę ulgi.
Zapewne, że mało znała świat, lecz podczas dwuletniego pobytu w Saint-Denis, słyszała rozmawiające koleżanki... czytała też w romansach opis obyczajów, prawdziwszych niż historyje dzienników, wiedziała o procesach występków roznamiętniających ludzi i opinię. Trudne położenie, w jakie ją pogrążył wypadek życia, uczyniło ją niedowierzającą i podejrzliwą.
Z pewnem niepokojem przyglądała się mieszkaniu. Nie miało nic przerażającego. Był to salon dla przyjęcia bliższych znajomych, buduar kobiety światowej.
Dwa wysokie okna z małemi szybkami, wychodzącemi na ogród, zasadzony dużemi drzewami, nieprzepuszczały hałasu ulicy. Światło księżyca oblewało je swem promieniem.
Przez drzwi otwarte rozróżniała ciemne zagłębienie sypialni, zdającej się być prawie pustą.
Pomiędzy jej fotelem i drugim na przeciwko z drugiej strony kominka, stał stół podługowaty mahoniowy, z rogami bronzowemi, jakby postawiony z pewnym zamiarem. Na stole list urzędowy, umyślnie otwarty, rzucał się prawie w oczy, Magdalena spojrzała wzrokiem od niechcenia i przeczytała co następuje.
„Kochana pani!
Mam przyjemność zawiadomić panią, że Jego Cesarska Mość przyjął łaskawie proźbę pana Franciszka Valencourt.
Jego Cesarska Mość, wskutek zasług pana de Blangy upoważnia państwa też do noszenia nazwiska i herbów markiza i to zaraz nawet. Ukaz będzie jutro ogłoszony. Tysiączne ukłony i szacunek“.
Magdalena zrozumiała go, a serce jej gwałtowniej zabiło pod razem sztyletującej zazdrości. Wszystko dla innych nie dla niej i jej dzieci. Oczekiwała z niecierpliwością. Najgłębsza cisza panowała w pałacu. Minęło z dziesięć minut czasu.
Nakoniec szelest materyi powłóczącej się po dywanie obudził ją ze znużenia.
Zwróciła głowę w stronę skąd szelest pochodził. Nie był to mężczyzna lecz kobieta, Ludwika de Chambeyre.
Zatrzymawszy się na progu pokoju, podziwiała swą rywalkę z ciekawością połączoną z pogardą i zachwytem, z pogardą dla jej bezsilności, zachwytem dla urody.
Piękność ta tłumaczyła namiętność Filipa Valencourt. Jak ta kobieta musiała być kochaną!
Nigdy jej przedtem nie widziała z tak bliska. Czasami jakimś przypadkiem spotykały się w okolicach Clangy, lecz córka pułkownika Stefani pozostała nieznajomą wychowanicy markiza. Przytem Paryż ze swym przepychem, kokieteryją, tysiącznemi źródłami toalety i rafinerja obyczajów dodał blasku urodzie Magdaleny.
Macierzyństwo dopełniło, upiększyło, rozwijając ją. Nawet ostatnie ciężkie nieszczęścia, dręczące ją od owej strasznej nocy, zaćmiewając jej szczęście udoskonaliło ideał jej piękności, dodając cerze białości marmurowej a oczy powiększone bezsennością świeciły blaskiem gorączkowym i przenikliwym. Powstała.
Postawa imponująca, kształty posągowe, pełne i jędrne, odznaczały się pod materyją cienką i miękką żałobnej sukni.
Ludwikę przeszedł dreszcz zazdrości, lecz z chytrością właściwą silnym naturom, opanowała gestem wybuch nieproszony, złagodziła spojrzenia, a zbliżając się do młodej kobiety z pozorami interesującego się hipokryty, zapytała:
— Z kim mam przyjemność mówić? Nieprzypominam sobie, czym kiedykolwiek panią widziała.
— Owszem.
— Nie pamiętam.
— Miałam przyjemność spotykać panią czasem.
— Gdzie?
— W okolicach Blangy...
— Ach! Jestem córką pułkownika Stefani.
— Rzeczywiście... przypominam sobie... pułkownika Stefani z Bellemare.
— Tak właśnie.
— Pułkownik dokuczał człowiekowi, któremu winnam dozgonną wdzięczność.
— Panu de Blangy.
— Mój opiekun i mój wuj. Ojciec pani wynajdywał powody do zaczepek najniesprawiedliwsze...
— Ojciec mój był zgryzionym. Miał także powody żalić się na pana de Blangy.
— Dajmy temu pokój... Co panią do nas sprowadza?
— Chciałabym widzieć pana Valencourt... pomówić z nim.
— Mąż mój jest zajętym w pała u de Blangy. Przyjdzie za chwilę... lecz mogę go wyręczyć..
Głos młodej kobiety nie był ani groźnym, ani przykrym. Mówiła do wizytującej, jako do obcej lub obojętnej a jakby przeczuwając przyczyną odwiedzin dodała z grzecznością:
— Kto wie czy nie lepiej się stało, że mnie pani tutaj zastała, zamiast mego męża? Są okoliczności, które kobiety lepiej rozumieją niż mężczyźni.
— Niechaj pani mówi, bez obawy. W razie potrzeby, przełożę wiernie panu Valencourt, co mi pani powie. Zaręczam pani przytem, że mąż mój nic nie robi bez poradzenia się ze mną — poczem uprzejmie zaprosiła Magdalenę de zajęcia miejsca w fotelu, z drugiej strony małego stoliczka.
— Czy pani wiadomo, zaczęła nieszczęśliwa, że pan Filip Valencourt miał rodzinę?
— Rodzinę? Z krewnych jest tylko jeden brat, mój mąż... Wypowiedziała to ze szczerością, iż niemożebnem było przypuszczać jakiegokolwiek podejrzenia...
— Czyż pani nigdy nie mówił o stosunku małżeńskim, żonie i dzieciach...
które kochał?...
Pani Valencourt podniosła oczy, brwi zmarszczyła, ramiona skurczyła, udając nieświadomość i nadzwyczajne ździwienie.
— Nie, rzekła — krótko, nie nigdy.
— To dziwne...
— Pani mówi o małżeństwie?
— Tak, o małżeństwie. Pan Filip Valencourt był żonatym.
— Żonatym?
— Jestem jego żoną.
— Stawia mnie pani w niezmiernym kłopocie wymówiła Ludwika z pobłażaniem znakomicie odegranem. Nie mogę ukrywać, że wzbudza pani we mnie wielką sympatyję.
— Chciałabym się pani przysłużyć, być użyteczną, o ile to jest w mej mocy, ale pretensyje roszczone przez panią dążą do przekonania mnie, że mąż mój nie ma racyi, sądząc się jedynym dziedzicem po swym bracia i wuju, wchodząc w posiadanie ich dóbr złączonych. Słowem pani się upominasz o posiadłości... Nie znam się bardzo na interesach. lecz zdaje mi się, że rozumiem... W takim wypadku położenia staje się poważnem, przyznaj pani sama. Ton mowy nowej markizy, stał się prawie żartobliwym. Łagodna mowa przebijała się w wypowiedzianych słowach. Rysy jej wyrażały litość na tak szczególne pretensyje oraz współczucie dla tej śmiejącej je wyrzec.
Kwestyja interesów nie tyczy mnie tak bardzo, posłucham więc pani z zupełną bezstronnością, lecz rozumie pani to dobrze, że w tak nadzwyczajnych wypadkach słowa nie są dostateczne i że dowody są koniecznie potrzebne...
— Ma pani racyję.
— Czy posiada je pani? Różne wersyje dochodziły do Blangy po śmierci pułkownika... Mówiono, niechaj się pani nie obraża za wyrażenie, lecz... to
pani byłaś kochanką Filipa...
Magdalena spuściła głowę. Rumieniec okrasił jej blade lica.
— Rzeczywiście byłam nią rzekła. Jestto błąd, za który ciężko odpokutowywuję...
— Stosunek ten trwał dalej?...
— Do śmierci mego męża!...
— Pani mówi mego męża?
— Filip od pierwszego dnia, w którym uległam jego prośbom, poprzysiągł, że mnie zaślubi... Czuł się zobowiązanym względem wuja, niepozwalającego na to małżeństwo, równie jak i mój ojciec... pomimo różnicy naszych warunków majątkowych... Po samobójstwie pułkownika, samobójstwie z przyczyny mego występku, Filip umieścił mnie w Passy, gdzie i dotąd mieszkam. Mieliśmy dwoje dzieci córkę i syna. Czas szybko upływał... On był szczęśliwy.. Dopiero po urodzeniu syna spełnił swą obietnicę... poślubił mnie...
— W sekrecie?
— W sekrecie.
— Gdzie?
— W San-Julii, wiosce zagranicą w Hiszpanii.
— Bez świadków?
— Proboszcz z parafii spisał akt.... mąż mój miał kopię.
— Czy proboszcz ten żyje jeszcze?
— Umarł.
— A kościół istnieje?
— Został spalony.
— A książki kościelne?
— Znikły.
— Zkąd pani wiesz o tem?
— Telegrafowałam po akt, chcąc go pani przynieść.
— I... nic?
— Nic nie mam.
— To bardzo dziwne, przyznaj pani sama.
— Prawdziwy fatalizm prześladuje mnie...
— Żałuję panią bardzo.
— Strumień łez spłynął po policzkach nieszczęśliwej.
Pani Valencourt ciągnęła dalej:
— Filip źle zrobił, nie mając do nas zaufania. Stawia nas w położeniu bardzo przykrem. Honor nakazuje nam nie opuszczać dzieci, ale mąż mój jest wielkim pozytywistą, trudno więc uznać bez prawnych dowodów. Jestem wzruszoną tem co pani mówisz... i gotowam pani wierzyć... przysięgam pani... Pomyśl pani.. jestem kobietą i matką jak pani.. Nie ma pani jakich wskazówek, świadectw... papierów... listów...
Listy miała przy sobie; zanadto ją to kosztowało, by powierzyć w obce ręce świadectwa miłości gorącej, owe serdeczne przysięgi, wynurzenia młodego serca; lecz należało je pokazać.
Drżącą ręką wyciągnęła z za gorsu paczkę listów; a kładąc na stole rzekła głosem stłumionym:
— Niechaj pani czyta, a przestanie pani powątpiewać.
Wyraz tryumfu, przelotnego jak błyskawica, okrasił twarz Ludwiki. Ostatnia szansa ocalenia, największy dowód dla nieprzyjaciela zależały od jej łaski. Zatopiła swe cienkie palce w tych drogocennych papierach, wyjmując z nich kilka.
— Pozwoli mi je pani?
— Proszę.
— Czy to już wszystkie?
— To są przynajmniej najważniejsze.
Ludwika już je odczytywała.
Magdalena powtórzyła raz jeszcze:
— Czytaj pani, a nie będziesz powątpiewać.
Listy te zawierały dowody najgorętszego, niczem niepotępionego węzła, jaki łączył te dwie istoty, stworzone dla siebie. Za każdą linijką napotkać można było wyznanie najserdeczniejsze, a zarazem pełne szacunku.
Ludwika dysząca, zirytowana, pożerała kartki, świadczące o niekłamanem przywiązaniu, miłości ojca dla dzieci i wiecznej wdzięczności Magdalenie za złożoną ofiarę z siebie samej i swego szczęścia.
Przeważnie były krótkie:
„Umieram z tęsknoty zdala od Ciebie. Do dzisiejszego wieczora“.
Albo:
„Moja kochana żono, pozostanę ze dwa dni w Blangy. Niepodobna mi uniknąć tej pańszczyzny. Cóż to za życie bez Ciebie. Pamiętaj, że Cię uwielbiam i jesteś jedynym moim skarbem, moja ukochana Magdaleno“.
Następny znów zawierał:
„Czyś przyszła do siebie po strachu dzisiejszej nocy o naszą córeczkę? Ja się upewnię, lecz późno wieczorem. W pałacu bezustannie goście. Nudy śmiertelne. Kiedyż przyjdzie chwila, gdy nie będę zmuszonym opuszczać cię, Ciesząc się twem towarzystwem.
Inny brzmiał następująco:
„Wczoraj, co za miły wieczór. Wuj był o dwa kroki w swojej loży. Dlaczegożby mu wszystkiego nie wyznać? Któżby Cię nie uwielbiał tak jak ja Ciebie!...
I tysiące porywów najczulszej miłości coraz więcej się potęgującej!
Żona Franciszka Valencourt, ofiara małżeństwa. z oczami zwróconemi na listy bez zezwolenia sędziów może, lecz świadczącemi do jakiego stopnia była kochaną, czczoną nawet ta kobieta będąca przed nią, doznała wrażenia jakby parzenia rozpalonym żelazem, zazdrość zaślepiła ją.
Oto co myślała:
— Tak chciałabym być kochaną! byłabym nią może, gdyby się ta nie znalazła na mej drodze.
Po razy kilka przeczytywała listy, starając się opanować gniew, nienawiść, jaką dusza jej była przepełnioną.
Magdalena śledziła ją ukradkiem, z trwogą w sercu w długiem oczekiwaniu stanowiącem o jej losie.
Jedyne co spostrzegła w czarnych źrenicach swej rywalki, to błyskawica szybko gasnącą.
Nakoniec Ludwika mająca papiery pod ręką, odwróciła głowę z głosem nabierającym coraz więcej siły w miarę jak mówiła:
— Miałaś pani racyję. Powątpiewanie jest niemożebnem, Filip kochał panią wyjątkową miłością, szaloną, i wcale mnie to nie dziwi.
— Pani!
— Jesteś pani zachwycającą! Gdyby był żył, byłby szczęśliwym mogąc dać pani swoje nazwisko!
— Dał mi je.
— Pani tak mówisz — nic tego nie dowodzi.
— Przecież...
— Wyobrażam sobie coby mój mąż pani na to powiedział, gdy by tu był. Jest wielkim pozytywistą, powiedziałam to pani. Gdzie jest akt małżństwa...
— Przecież pani wie o wszystkich okolicznościach.
— Tak jest to romans ślicznie osnuty... Można by się załapać...
— Filip wszystek swój czas wolny spędzał przy dzieciach...
— Powiedz lepiej pani, że przy tobie! Ja to dobrze rozumiem. To życie idealne, jakiego używał, pociągało go bezustannie...
— Te listy...
— Wiem... Przejrzałam je starannie. Świadczą, że pani ma dwoje dzieci i że je niezmiernie kochał... Córkę i syna?
— Córkę której na imię Magdalena jak mnie..
— Ile ma lat? Pięć i kilka miesięcy...
— Dziecię występku z czasów miłostek z Blangy, nocnych wycieczek, okłamywań Filipa, nie potępiam pani... Wiem co to jest miłość, a szczególniej cierpienie...
Tyle było goryczy, tyle widocznej ironii w jej słowach, że mimo woli Magdalena zamilkła, Ludwika zaczęła:
— Także i syn... nieprawdaż?
— Tak, syn z imieniem Filipa, jak jego ojcu!
— O! jak jego ojcu!... pani to mówisz..
— Przecież listy całą rzecz wyświetlają.
— Nie przeczę.
— Któżby mógł powątpiewać?
— Może... zbadamy... zobaczymy... powiedziała Ludwika, rzucając wokoło spojrzenia gwałtowne badawcze. Najmniejszego hałasu wokoło. Drzwi zamknięto ze wszystkich stron, z wyjątkiem od sypialni, prowadzących do salonu. Stos ognia dopalał się prawie, tworząc zarzewie gorące, wydzielające niebieskie płomyki.
Ruchem gwałtownym jak piorun, Ludwika wrzuciła listy w ogień, Magdalena skoczyła. Ogień pochłaniał resztki.
Nie czyniła daremnych usiłowań dla ocalenia tych ukochanych relikwij.
Jej piękne i szlachetne spojrzenie wyrażało wzgardę.
— Rozumiem teraz wszystko! powiedziała. Przedtem obwiniałam mego kochanego Filipa o nierozsądek i lekkomyślność! Odtąd pamięć jego zostanie mi czystą i świętą. Akt małżeństwa on posiadał, wyście go zniszczyli! Testament, nam przyobiecany, wyście skradli!
— Skąd o tem pani wiesz?
— Kobieta, która w mych oczach dopuszcza się niecnego czynu dla wyrwania nieszczęśliwym dzieciom części dziedzictwa, nie cofnie się przed sekretnym występkiem aby innych ogołocić z ojcowizny.
— Obwiniaj mnie więc! Pomiędzy markizą de Blangy a awanturnicą, upadłą dziewczyną, kochanką rozrzutnika nieumiejącego ocalić przyszłości, sprawiedliwość nie zawaha się!
Magdalena pozostała spokojną i wyniosłą.
— Pani obelgi nie dotkną mnie, powiedziała. Bóg nas osądzi... powtórzę pani to, tylko coś mi przed chwilą powiedziała: żałuję pani.
— Schowaj pani litość dla siebie samej. Zapotrzebujesz jej jeszcze.
— Żałuję pani, powtarzała Magdalena pani, któraś tak bogata i nie masz nic do żądania od świata, plamisz się dla pieniędzy! Zachowaj je pani sobie! Nie wiem co nam przyszłość ukrywa, lecz nie chciałabym za pani majątek obarczać sumienia takim ciężarem. Żegnam panią.
Postąpiła, aby wyjść.
Ludwika zatamowała przejście, a chwytając ją za ręce:
— Patrzaj! — rzekła szalona i dzika, z listów twoich pozostał tylko popiół! Uleciały, zamienione w pyłki niedostrzeżone. Mówisz, że dla złota dopuszczam się podobnej podłości. Kłamiesz!
— A więc dla czegóż?
— Dowiedz się! Było dwóch braci u mojego opiekuna, markiza de Blangy, dwóch towarzyszy mej młodości. Jeden był piękny, szlachetny i zacnego serca. Drugi z duszą podłą, głową uzurpatora. Kochałam pierwszego. Byłam bogatą, młodą, spodziewałam się, że podzieli ze mną uczucie, jakiem mnie natchnął. Nie ukrywałam go przed nim. Po cóż miałam to czynić? Miałam wszystko za sobą, wszystko aż do protekcyi człowieka, od którego zależała przyszłość jego. Zniosłam wstyd, odmowy. Zapora stanęła między nami. Tyś się znalazła na mej drodze. Filip cię zobaczył, pokochał się w twej urodzie. Tyś mi go wydarła, jednem słowem, tyś mi go skradła, tak, jak ja ci zabrałam listy, jedyną broń, jaka ci pozostała przeciwko nam. Nie możesz pojąć, co za cierpienie pociąga za sobą taki zawód, ty, któraś używała szczęścia największego na ziemi, boś należała do istoty ukochanej. I ja bym mu oddała moje ciało, krew, serce i duszę! Byłby z niemi zrobił, coby był chciał. Wszystkobym poświęciła dla osłodzenia mu życia i usłania drogi kwiatami, lecz gdy mnie odepchnął, postanowiłam go tyle znienawidzieć, ilem go kochała. Aby pozostać przy nim i prześladować go ile tylko potrafi kobieta z sercem zranionem, dumą upokorzoną, wystawiłam się na katusze gorsze od tych, jakie ty przechodzisz.
Zaślubiłam człowieka, którym pogardzam, istotę która stała się dla mnie o tyle wstrętna o ile tamten pożądany, zadałam śmierć duszy w uściskach Franciszka Valencourt, nosząc nazwisko skąpca, zdrajcy, w oczach którego pieniądz jest wszystkiem i nie cofnie się przed żadną podłością dla powiększenia stosu złota, jaki już posiada! Mam także syna. — znienawidziłabym go, gdyby to nie było największym występkiem matki, nienawidzieć dziecko. Jestem panią dwunastu milijonów, markizą de Blangy, mam ziemię, lasy, i pałace, nie wiedząc nawet co z niemi zrobić, a jednak czuję się nieszczęśliwszą od nędzarki wlokącej ciężary do portu lub tłukącej kamienie przy drodze, bo tęsknię za tem coś mi wydarła, przykuta do istoty, która wzbudza we mnie pogardę, zrozpaczona straconem życiem połączona z człowiekiem, którego brzydota fizyczna i moralna przypominają mi okazałość brata będącego kochankiem i mężem. Chętnie bym była została jego kochanką i służącą. Żałujesz mnie i masz racyją, bo życie moje byłoby istną plagą niepowetowaną, gdybym się była nie pocieszyła krwawą radością zemsty. Teraz przynajmniej, będę ją mieć zupełną, upajającą. Filip skonał wzywając cię! Jego ostatni okrzyk, ostatnie tchnienie, było dla ciebie. Drżał o twą przyszłość i zgroza trwogi poprzedziła go do grobu. Wszystko nam powiedział o twem małżeństwie, miłości i waszych dzieciach. Swe ukochane istoty nam polecił. Niedołężny sądził, że wzruszy swego brata, tę bryłę kamienia, a mnie rozczuli twem nieszczęściem, mnie, którą, zdeptał swemi stopami! Nie oszukałam go! Umarł ze strachem w oczach, rozumiejąc, że niczego nie może się spodziewać od chciwości Franciszka i mej nieprzebłaganej urazy. Czyhałam na ciebie jak kat na dobrą duszę sądząc, że cię zamęczę. Odtąd pozostajesz samą...
Żyć będziesz trwogą o tych, co pozostają, nieszczęśliwsza niżeli ja w tem ciężkiem życiu, w którem miłość zastąpię ambicyją, stracone marzenia rozkoszą władzy i bogactwa. W żałobie, bez wyjścia w jakie cię popchnął wypadek zniesiesz wstyd i upokorzenie. Pozostanie ci tylko niecny środek: sprzedać innym twą urodę, z której się chełpisz, dla wyżywienia dzieci twego kochanka! Niczego się od nas niespodziewaj. Mąż mój nie zechce dać ani kawałka chleba bękartom swego brata! Filip zdeptał mnie dla ciebie, ja ciebie pogrzebię przez niego. Zrozumiałaś nareszcie? I śmiesz jeszcze powiedzieć: że dla pieniędzy dopuszczam się tak nikczemnych czynów!?
Wzburzona, zatrzymała się.
Magdalena słuchała ze drżeniem, przestraszona, zdrętwiała, jak słabe zwierzątko bez obrony, napadnięte znienacka przez panterę.
Widok tej kobiety egzaltowanej w przystępie szalonej furyi ogarnął Magdalenę zgrozą i współczuciem zarazem. Nie była zdolną odpowiedzieć ani słowa na obelgi jej zadawane, bo jej dusza prawa i szlachetna była daleką od tej myśli.
— Pani, rzekła nakoniec, weszłam do pani z zaufaniem w serca, wychodzę zrozpaczona. Wolę mój los, tak smutnym jak mi się przedstawia, niż twój pani. Będę mieć przynajmniej spokojne sumienie. Każdy błąd otrzyma zasłużoną karę. Niechaj pani pamięta, żeby złe, jakie wyrządzasz moim dzieciom nie spadło na twoje. Moja córka i mój syn nie są bękartami! Mówię prawdę. Filip Valencourt był mężem moim! Kochał nas. Teraz dopiero przejrzałam na oczy. Zniszczyłaś dowody jego miłości, tak jak spaliłaś listy, ostatnie pamiątki, i jak powiedziałaś, ostatnią broń przeciwko wam. Ludzie którzy o tem nie wiedzą, potępią mnie. Nie odwołam się do ich sprawiedliwości, lecz do sprawiedliwości Boga. On was osądzi. Żegnam panią.
— Żegnam, powtórzyła Ludwika! Lecz wiedz o tem: niczyje ucho nie słyszało cośmy mówiły, niczyje oko nie widziało co tutaj zaszło, i to odtąd mieć będziesz tylko przed sobą markizę de Blangy, a ta znać nie chce Magdaleny Stefani, dziewczyny upadłej, sprzedającej się tym, którzy ją będą chcieli kupić. Żegnam!
Magdalena zniosła i tę ostatnią pogardę, nie wymówiwszy ani słowa.
Blada, upokorzona, zniesławiona, była już u wyjścia, gdy nagle w drzwiach pokoju ukazał się szkielet człowieka, zatrzymujący ją.
— Proszę pozostać, powiedział głos suchy nakazujący. Obróciła się.
Byłto Franciszek Valencourt; brwi zmarszczone, usta zaciśnięto, wzrok zimny, cery wypoliturowanej stali.
— To pani Magdalena Stefani? zapytał. Nic nie odpowiedziała. Prosta, nieruchoma, w postawie kobiety, uderzonej gromem.
Zdała się być bez życia. Przeniosła wszystko, ruinę, obelgi, groźbę wiecznej nienawiści dla niej i jej dzieci. Przekleństwo ojca ścigało ją bezustannie.
To czego doznała w tej chwili, przechodziło jej siły, ostatnie przejście stopni Kalwaryi, osłabienie, upadek całej jej istoty, zniechęcenie bezgraniczne, równające się walce topielca przy utracie sił, dobijając brzegu. Franciszek patrzył na nią wzrokiem lodowatym, wzruszony może tą nadmierną boleścią pomimo oschłości mu wrodzonej.
— Pani Valencourt, odezwał się, mówiła z panią z namiętnością kobiety poirytowanej może... Ja nie jestem wzruszonym, ani rozgniewanym, proszę mnie też posłuchać z chwilkę. Niechaj pani siada.
Nieporuszyła się. Głową tylko uczyniła ruch odmowy.
Franciszek Valencourt mówił dalej:
— Wyznaję, iż zaprzeczam pani prawa upominania się jako żonie, błędnie zowiąc mężem brata mego. Gdy się chce uchodzić za mężatkę, daje się dowody.
Magdalena pozostała milcząca.
— Nie będę dochodzić, jaki węzeł mógł panią łączyć z bratem moim Filipem, Wstrzymam się nawet od przykrych uwag w tej kwestyi i przez wzgląd na panią i pamięć na niego. Chcąc wyjść należnie pomimo wątpliwości trudnej do usunięcia w podobnych okolicznościach, szczególniej z powodu uporczywego milczenia brata mojego o tym stosunku, tak względem nas, jak i wuja mego markiza de Blangy i oto co pani proponuję:
Magdalena podniosła wolno głowę.
— Przedewszystkiem obejdziemy się bez skandalu. Nie odwoła się pani do nas więcej sama lub za pośrednictwem ktoby to nie był.
— Cóż dalej?
— Wyjedzie pani i zamieszka na prowincyi w miejscu, gdzie pani zechce i zawiadomi mnie pani, gdy się ustali.
— Potem?...
— Dzieci pani wyrzec się muszą noszenia tytułu Valencourt...
— Czy już wszystko?
— To znaczy, że pani zrzekniesz się swych pretensyi. Przygotuję kilka słów, które pani zechcesz podpisać.
— I?...
— Po takiej umowie zobowiązuję się wypłacać pani sześć tysięcy franków, płatnych w ratach kwartalnych. Mój rządca z Blangy będzie pani tę sumę doręczał. Zgadza się pani?
— Uśmiech wzgardy osiadł na ustach Magdaleny.
— Dziękuję panu, za tyle wspaniałomyślności, wyrzekła.
— Przyjmuje pani?
— Nigdy!
— Jak się pani podoba.
— Dzieci Filipa Valencourt nie są żebrakami, aby odbierać jałmużnę.
— Także wyrażenie!
— Zachowaj pan ten majątek, używaj go sam. Ja nie zakłócę więcej spokoju panu. Jestem tylko kobietą i czuję, że już nie wiele pozostaje mi na tym świecie. Syn mój załatwi później rachunki z tobą lub z twojemi. Sieroty są słabe, lecz Bóg sprawiedliwy. On będzie z niemi! Żegnam!
Wyszła chwiejąc się.
Pani Valencourt zadzwoniła.
— Odprowadź panią, rozkazała przybiegającej pannie służącej.
— Ja, tam byłem, odezwał się Franciszek wskazując na pokój.
— Ah! zawołała obojętnie. Słyszałeś wszystko?
— Wszystko. — A więc kochałaś Filipa?
— Prawda.
— Zaślubiłaś mnie na złość?
— Tak.
— Z powodu Filipa nienawidzisz jego żonę i dzieci?
— Nie taję tego.
— Twa nienawiść dopomogła nam do majątku — dodał z goryczą.
— Czyż się na nią uskarżasz?
Franciszek Valoncourt zastanowił się na chwilę.
— Ludwiko! zawołał z wściekłością.
— Zastanów się. Czy masz mi jaki zarzut uczynić?
— Żadnego.
— Jakaby nie była przyczyna mego poślubienia się czyż nie spełniłam sumiennie moich obowiązków względem ciebie?
— Masz racyją...
— Czyż inna nosiłaby z większą godnością twoje nazwisko?
— Nie sądzę.
— Byliśmy więc stworzeni dla siebie, ja chciwa honorów, ty chciwy pieniędzy! Ja nieprzebłagana gdy chodzi o zaspokojenie mej namiętności, ty, gdy chodzi o twe interesa. Patrzaj! Kimże jesteśmy? Dwojgiem wspólników. Czy nasze interesa nie idą pomyślnie?
Tyś nic nie miał Posiadasz teraz milijony. Gdyby Filip mnie kochał, byłby żył jeszcze, on byłby markizem de Blangy, a teraz ty nim jesteś. Tytuły, majątek, wszystko jest twoje! I miałbyś się żalić!
I kładąc rękę na ramieniu męża zakończyła ze znaczącem spojrzeniem:
— Śpij spokojnie panie markizie. Wyrzuty sumienia dręczą tylko słabe dusze, twoja jest z bronzu.
Spojrzał na kominek i zamyślił się. Skrzypnięcie drzwiami ocknęło go z zadumy, a śmiech ironiczny rozległ się w około.
Ludwiki już nie było, gdzieś znikła.
Prawie jednocześnie Magdalena, złamana, zwalczona tylu ciosami, wchodziła do małego domku w Passy. Oczekiwał na nią mężczyzna.
— Wincenty!
— Magdalena!
Wincenty Arband oczekiwał w towarzystwie Marion.
Wzruszająca to była scena patrzeć na tego tęgiego Burgundczyka, zmięszanego, w stroju wizytowym, surducie z sukna sedańskiego, nie mogącego objąć szerokich jego ramion; pierś jego wypukła rozpychała dziurki od guzików.
Nieśmiały, jak młoda dziewczyna po pierwszej komunii, stanął przed kuzynką; jego twarz czerwona dziwnie odbijała od bladego jak śnieg oblicza Magdaleny.
Zdumienie widoczne w całej jego postawie sprawiało wrażenie, jakiego doznajemy przed arcydziełem, piękniejszem od wyobrażanego.
Od dnia pogrzebu pułkownika w Bellemare Wincenty Arband żył w odosobnienia, ukrywając w sercu głęboką ranę, zadaną z powodu nieprzyjęcia oświadczenia jego o rękę Magdaleny.
Od tego czasu minęło sześć lat.
Nie wybaczył jej tego, lecz nie miał do niej żalu.
Mówił tylko do Bouraille’a:
— Cóż chcesz? Nie byłem dla niej stworzonym!
Jakaż szczera prawda mieściła się w tem krótkiem jego powiedzeniu.
Magdalena traktowała go zawsze serdecznie, po przyjacielsku, jak brata lub krewnego, lecz nigdy nie żywiła dlań głębszego uczucia.
Ten prostak, o budowie herkulesowej, bez żadnego wykształcenia, umiejący mówić tylko o wołach, zbożu lub winogronach, przerażał uczennicę szkoły Saint-Denis.
Nie był to ideał konkurenta wymarzonego przez nią. Piękni i waleczni oficerowie, romantyczni bohaterowie zajmowali jej młodą imaginacyję.
A potem spotkała Filipa Valencourt na drodze swego życia, Filipa, bohatera jej snów złotych.
Wyznanie błędu zmartwiło Wincentego Arbaud, lecz uczciwość jej wzruszyła go.
Bywają istoty, których nie można ani ganić ani nienawidzieć.
Właściciel winnic znał Magdalenę od maleństwa, huśtał ją na swych kolanach, przypominał sobie jej grzeczność i dobroć, wybaczał więc jej wszystko.
Cierpiał bardzo z przyczyny odmowy.
Oddał się pracy więcej dla zagłuszenia serca, niżeli chęci zbogacenia się.
I cóżby mu przyszło z majątku?
Stara matka, mieszkająca z nim razem, umarła, nie mogąc namówić go do ożenienia się.
Nie brakło w okolicy młodych panien, pragnących poślubić Wincentego. Młody, zdrowy i posiadał pieniądze. Lecz czemże były najbogatsze pretendentki wobec utkwionego w pamięci obrazu Magdaleny.
Napróżno mówiła często stara jego matka:
— Jestem stara; jeżeli nie ożenisz się, oczekuje cię smutna samotność.
— Bądź spokojną, matko! Mam Bonraille’a. Bez niego rzeczywiście
umarłbym z nudów.
I dalej trwał w swojem postanowieniu.
Żył samotnie, tając miłość, nie wymówiwszy nawet imienia Magdaleny, najdroższego ze wszystkich mu znanych.
Lata następowały po sobie.
Marion doniosła mu o zaszłej katastrofie, śmierci kochanka, a raczej męża i ruinie majątkowej.
Wyjechał też zaraz z Jonceray, zabierając swego nieodstępnego przyjaciela Bouralle’a, który w czasie wizyty Wincentego przechadzał się po bulwarach Paryża.
Wincenty zjawił się, gotów do wszelkiej przysługi, jakiejby od niego zażądano.
— Toż mnie widzisz! — powiedział nakoniec z wysiłkiem, czyniącym go czerwono- fioletowym.
Magdalena osłupiała!
— Jesteś w Paryżu? — spytała.
Skłamał niezręcznie, jak ludzie tracący nagle śmiałość.
— Przyjechałem za interesami... z Bouraille’m.
— Gdzież on?
— Przechadza się po bulwarach.
— Dlaczegóż nie wejdzie?
— Obawia się, aby nam nie przeszkadzał. Przyszedłem, aby cię odwiedzić... pomówić z tobą.
— Siadaj, Wincenty.
— Dziękuję, nie jestem zmęczony.
A zauważywszy boleść w twarzy Magdaleny, zawołał:
— Co ci jest Magdalena! Jakże jesteś blada!
Zbliżyła się do kominka, dzwoniąc zębami.
— Zimno mi, rzekła.
Upadła na fotel.
Przysunął się, aby ją podtrzymać.
Magdalena podniosła się szybko, nie chcąc się pokazać tak osłabioną i zwalczoną.
Czas był łagodny, wiosenny; pomimo to drżała.
Marion podłożyła polano na kominek, a poruszając węgle, zagrzebane w popiele, powtórzyła zaproszenie Magdaleny:
— Siadaj, Wincenty, będzie ci wygodniej rozmawiać.
Jednocześnie podała szklankę wody swej pani.
Ciepłe ognisko, zimną woda, a głównie obecność osób, tak do niej przywiązanych, przywróciły jej przytomność umysłu.
Rysy jej ożywiły się. Westchnienie ulgi wyrwało się z jej piersi, Wstała, aby zajrzeć do pokoju dziecinnego, gdzie spoczywały ukochane przez nią istoty.
Zobaczywszy je różowe, z cudnym uśmiechem śpiące przy nocnej lampce, powróciła do Wincentego.
Ten ostatni śledził za nią, wstrzymując oddech.
— Prawdę powiedziawszy, wyjąkał nakoniec, dowiedziałem się o twem nieszczęściu i przyjechałem.
Po wyznaniu tak szczerem, tak pełnem dobroci, Magdalena rozrzewniła się. Zakryła twarz rękami, a strumień łez potoczył się po jej licu.
— Magdaleno — ciągnął dalej Arbaud, coraz bardziej ożywiając się, nie trzeba rozpaczać... Wiesz, że cię kocham, jak krewny... jak przyjaciel... może bardziej jeszcze... żądam więcej szczęścia twojego, aniżeli mego własnego. O tem co zaszło, nie mówmy więcej. Często pomimowoli przywiązujemy się do tych, od których chcielibyśmy być jak najdalej; często dzieją się rzeczy niedocieczone.
— Pan Filip Valencourt — wymawiając to nazwisko przygryzł wargi — umiał ci się podobać. Lecz on już nie żyje...
Magdalena zcicha łkała.
— Kiedyś należała do niego, nie powinien był pozostawić cię w takiem położeniu. Bądź szczerą. Pułkownik nie był bogaty — jego żona, moja siostra cioteczna, również niewiele miała. Jeżeli, przypadkiem znajdziesz się w przykrem położeniu materyjalnem, spodziewam się, iż odwołasz się do mnie. Dom w Jonceray nie jest wykwintnie urządzony, lecz za to wygodny i obszerny. Niczyjej uwagi to nie zwróci, gdy zamieszkasz w nim z dziećmi swemi i Marion. Sądzę, jestem jedynym twoim krewnym. Możesz być spokojną, nikt cię nie będzie niepokoił... będziesz mogła urządzić wszystko podług swej woli... oto pocom przyjechał... Mam nadzieję, że mi nie odmówisz.
Z niepokojem ważył słowa, badał każdy ruch twarzy kuzynki, nie dotykając ran duszy, jak zręczny chirurg wprawną ręką opatrujący skaleczenia.
Magdalena, wzruszona, wyjawiła nakoniec cierpienia, katusze i upokorzenia, przebyte od czasu katastrofy, obawę o przyszłość swych dzieci i ohydną intrygę, jakiej padła ofiarą.
Opisała Franciszka Valencourt i jego żonę, jako zaciętych jej wrogów i dzieci przeciwników, od których mogła się spodziewać tylko obelg.
Pozostawszy wdową, nie miała nawet prawa używać nazwiska męża, znalazła się nagle z dwojgiem dzieci bez majątku, bez żadnej podpory.
Wspomniała o groźbie swej rywalki:
— Pozostanie ci jeden tylko środek: sprzedać swą urodę dla nakarmienia dzieci.
Oczy jej zaiskrzyły się z oburzenia.
— Nędznica! — zawołała.
— O kim mówisz? — zapytał Wincenty, zdziwiony podobnym wybuchem gniewu.
— Kiedyś... opowiem ci... Dowiesz się o wszystkiem... Nie teraz... To straszne...
— Jak zechcesz! — odpowiedział tonem uległego niewolnika. Następnie, ująwszy w swe grube ręce delikatne rączki kuzynki, rzekł:
— Słuchaj, może wydaję ci się zbyt, niewykształconym, lecz są rzeczy, które dobrze rozumiem. Blangowie przynieśli ci nieszczęście. Masz racyją. Ci, co pozostali nie uczynią dla ciebie nie dobrego. Tamten, miał na myśli Filipa, powinien był ich poznać i mieć się na ostrożności. Niewiadomo nikomu, kto pierw umiera, a kto pozostaje przy życiu. Ty i twoje niemowlęta niewinne, tam spoczywające, nie pozostaniecie bez opieki.
Wincenty Arbaud z sercem pałającem najświętszem uczuciem, wyznawał swą tajemnicę... swą miłość...
— Można kochać te dzieci, bo są twojemi.
Wyrazy te kojąco działały na duszę Magdaleny.
Wincenty mówił dalej:
— Jeżeli wszyscy cię opuszczają, ja pozostanę ci wiernym na zawsze. Jonceray będzie obchodzić wielką uroczystość z chwilą, gdy próg domu mego przestąpisz. Możesz być pewną, że ani tobie ani nikomu z twoich nie zabraknie niczego, nietylko dokąd ja żyję, lecz nawet gdy mnie na tym świcie nie stanie.
Magdalena podziękowała mu spojrzeniem.
Czyż pułkownik i Marion nie mieli słuszności, pragnąc by w te zacne spracowane ręce oddała swoje?
Wincenty zaledwie śmiał ją podziwiać, znajdując ją tak piękną za piękną nawet, jej królewską postacią, włosami miękkiemi, błyszczącemi, z cerą przezroczystą, rękami białości wosku z różowemi paznogietkami.
Była jakby stworzona do pałacu a nie na folwark.
Miłość Wincentego polegała na głębokim szacunku, równała się jakby miłości archeologa dla znalezionego cennego i delikatnego przedmiotu, który potrzebuje ciągłej opieki dla ochrony od uszkodzeń. Postanowił więc otoczyć na przyszłość matkę i dzieci troskliwą opieką, której bardzo potrzebowały, nie mając dostatecznych sił do zwalczania przeszkód na drodze ich życia.
Na zegarze wybiła jedenasta. Zabierał się do odejścia.
— Nie będę cię dłużej nudził, Magdaleno!
— Szczęśliwą się czuję, widząc cię i dziękuję serdecznie za siebie... I za nich, dodała wskazując sąsiedni pokój.
— Nie obawiaj się niczego. Myśl nad tem, com ci zaproponował. Zobaczysz, jak będziesz przyjętą. Dogadzaniem twojej osobie zajmiemy się wszyscy... Bouraille sędzia pokoju, ojciec Caraguol i inni. To zacni ludzie!
— Wiem o tem.
— Skiń tylko, a będziemy wszyscy na twe usługi. Przyjedziemy po ciebie na kolej. Jeżeli zechcesz, urządzę ci mieszkanie w miasteczku, lecz lepiej ci będzie w moim domu. Każde z nas będzie mieszkać oddzielnie. Dom jest obszerny. Nikt cię nie będzie niepokoić.
— Oby tylko na czas jakiś….. wtrąciła młoda kobieta.
— Czemu nie na całe życie? zapytał. Zresztą jak sama zechcesz. Przybądź tylko. Ze zmianą miejsca i powietrza polepszy się stan twego zdrowia. Potem nastąpi wiosna. To najpiękniejsza pora roku na wsi...
Wolnym krokiem zbliżał się ku drzwiom pragnąc jeszcze pozostać przy kuzynce. Marion przesłała błagalny wzrok w stronę swej pani.
Takie przywiązanie zasługiwało na nagrodę.
Magdalena rzuciła mu się w objęcia. Właściciel winnic uniósł ją zlekka, jak za dawnych czasów, gdy była jeszcze maleńką, przycisnął do piersi, a dwie duże łzy spłynęły z ócz jego.
— Ach! jak dobrym jesteś, powiedziała do głębi wzruszona.
— Dobrym?... Cóż dziwnego?... Wszak wiesz, że cię kocham...
Po chwili, spostrzegłszy zmieszanie Magdaleny dodał:
— Jak brat... jak przyjaciel... jak tylko zechcesz... Do widzenia!
— Do widzenia!
— Napiszesz do mnie?
— Przyrzekam ci.
Wyszedł, z sercem przepełnionem radością, przeskakiwał po cztery stopnie, aby jak najprędzej dotrzeć do przyjaciela:
— No i cóż? zapytał Bouraille.
— Ach! mój przyjacielu...
— No, i cóż się stało!
— Przyjedzie!
Słowa te wyrażały dobitnie całą radość, całe szczęście jego. Bouraille mruczał:
— Biedny chłopiec! Jak on ją kocha.
Magdalena postanowiła stanowczo opuścić Paryż, aby zamieszkać na wsi, gdzie wszystko mogło się ułożyć podług planu, przedstawionego przez Wincentego.
Świat zaś przyklaskiwał, zazdrościł Valencourt’om, korzył się przed nimi. Nikt nie przypuszczał nawet podstępu, spełnionego urzędownie w ciemnościach nocy, przez markizów de Blangy, łącznie z nędznikiem tem — adwokatem zdrajcą prawa.
Ileż to występków ukrywa się bezkarnie w domach plutokracyi, w murach zamków, otoczonych zielonością dziewiczych lasów, lub w poważnych pałacach Paryża i jego przedmieściach. Ileż to słabych przyprowadza się do ruiny, ileż oszukaństw spełnia się w roku iluż sierot pozbawia się ich praw, a przecież sprawcy ich spokojnie spoczywają w swych domach, doznając nawet publicznego poważania.
Pani Franciszkowa Valencourt, ta zazdrosna i mściwa kobieta, miała słuszność, mówiąc po znanej rozmowie z wdową po Filipie, te słowa:
— Śpij spokojnie, markizie.
W kilka dni potem urzędowa gazeta „Officiel“ ogłosiła manifest, mocą którego tytuł markiza de Blangy-Cussey przechodził wraz z jego wielkim majątkiem na jedynego dziedzica, wiernego sługi cesarstwa-Franciszka Valencourt.
Ten ostatni zniknął. Na jego miejscu powstał markiz de Blangy, właściciel jednej z największych posiadłości w Burgundyi.
Ludwika de Chambeyre została markizą. Nie zdobyła miłości, lecz miała majątek, tytuł i rozgłos. Niecne zwycięztwo pocieszało ją.
Przez jakiś czas obawiała się wystąpienia sprawiedliwości w obronie nieszczęśliwej wdowy, tak niegodnie zawiedzionej. Lecz sprawiedliwość bynajmniej nie myślała o niepokojeniu ich.
W jakiś czas zapragnęli Valencoart’owie dowiedzieć się, co też stało się z Magdaleną. Zaczęli się dopytywać. Doniesiono im, że pałacyk w Passy został opuszczony przez właścicielkę wraz z całą jego zawartością. Dokąd udała się mieszkanka tego ustronia, nikt nie mógł objaśnić.
Wkrótce doszło do ich wiadomości, iż Magdalena po zrealizowaniu niektórych przedmiotów, jak mebli, srebra i klejnotów, wyjechała z Paryża z zamiarem zamieszkania w jakiejś miejscowości na prowincyi.
Dokąd wyjechała i gdzie postanowiła zamieszkać, nie troszczyło to ich bynajmniej.
Zresztą w razie chęci zaspokojenia ciekawości niktby tego nie mógł uskutecznić, gdyż nawet sąsiedzi nie znali ani przyczyny ani miejsca, dokąd udała się Magdalena, tak umiejąca otoczyć się tajemnicą.
Naglona przez Marion, opuściła dom w Passy, pozostawiając w nim wiele błogich, a później tak strasznych wspomnień.
Wyjechała z dwojgiem swoich dzieci z przekleństwem na ustach, z nienawiścią w sercu dla tego miasta, ukrywającego tyle podłości, tyle brudów w swem wnętrzu.
Uraza w połączeniu ze wzgardą napełniała żółcią jej serce, pozostawiając niesmak, zniechęcenie do świata, życia i ludzi.
Ile razy wymawiała nazwisko Valencourtów, bolesny uśmiech osiadał na jej usta, unosił pierś drganiem konwulsyjnem.
Wspominaliśmy, że dramat jeszcze się nie odegrał. Mieliśmy słuszność. Będzie miał miejsce ale nie między winnymi a wdową po Filipie Valencourt.
Nastąpi później, za kilkanaście lat, pomiędzy ich dziećmi.
Dzieci Filipa Valencourt i Magdaleny Stefanii były legalnemi. Były one prawnymi dziedzicami majątku ich ojca i markiza de Blangy, ich dziadka, oraz jego tytułów, na mocy testamentu, skradzionego przez Franciszka Valencourt i jego wspólniczkę, Ludwikę de Chambeyre.
Zbrodniarze wszystko zagrabili.
Wdowa po Filipie i jego dzieci nic nie otrzymały.
Wyjechały z Paryża, bez prawa używania nazwiska swego ojca, któremu Magdalena zarzucała nieraz zbytnią ufność w uczciwość brata i jego żony, gorszych, jak pokazało się, od bandytów. Gorszych, gdyż ci ostatni napadają i rozbijają zwykle w celu uchronienia się od strasznych męk głodowych.
Dzieciom Filipa Valencourt wolno było nosić nazwisko matkı, Magdaleny Stefanii.
Franciszek Valencourt i jego żona, od chwili wyjazdu żony Filipa z Paryża, zapomnieli o swych ofiarach do czasu, gdy nowa okoliczność wykryła ich istnienie.
Było to w maju 1869 roku.
W Jouceray, własności Wincentego Arbaud, obchodzono wielką uroczystość.
Trudno było znaleźć miejscowość bardziej uroczą, w swej wspaniałej prostocie, położoną na pochyłości pagórka, zajmującą jednę z najpiękniejszych, najbardziej malowniczych a zarazem najdzikszych dolin Cote-d’Or’u na krańcu Haute-Saone.
Dom został podzielony, stosownie do przyrzeczenia Wincentego, na dwie części.
Jednę zajmowała kuchnia i wspólna sala jadalna. Nad nimi były pokoje niezamieszkałe.
Wincenty Arbaud zamieszkał na końcu domu, podczas gdy Magdalena z dziećmi i Marion zajęły drugą część. Część ta od chwili zamieszkania w niej Magdaleny przybrała charakter bardziej oryginalny, stała się bardziej pociągającą.
Sama właścicielka mieszkania stawała się z dniem każdym bardziej zdrową, okazywała oraz większą poprawę swego stanu psychicznego. Była mniej melancholijną, mniej apatyczną. Wszystkiem powoli zaczęła się interesować: widok pracujących wieśniaków w pola bawił ją, jak gdyby po raz pierwszy coś podobnego widziała. Jednam słowem rozmaitość widoków, nie pozwalając jej zbyt długo zajmować się jednym przedmiotem, zatarły niejako wspomnienie o ukochanym, złagodziły cierpienia biednej kobiety.
Do polepszenia jej stanu przyczynił się w lwiej części Wincenty. Jego delikatne obejścia się, tkliwość, unikanie rozmowy, mogącej wywołać reminescencyję, działały jak balsam cudowny na duszę Magdaleny.
Nie mówił jej nigdy o swej miłości. Nie śmiał.
Postać tej kobiety, w całej swej okazałości w pełni swego rozkwitu, działała nań upajająco, zapalała uśpione w nim dotąd uczucie żądzy.
Pewnego wieczoru było u niego kilka osób na kolacyi.
Był między nimi proboszcz, zacny i czcigodny staruszek, wyrozumiały dla innych, surowy dla siebie; Caragnol, uosobienia skromności, załatwiający wszystkie interesy Wincentego, Bertout, poborca Bouraille, nierozdzielny towarzysz pana domu, hulaka znany, a przytem najbardziej lubiana osobistość w kantonie.
Całe sądownictwo znajdowało się w komplecie.
Rozmowa nie była tak wesołą i ożywioną, jak zwykle. Przyczyną tego był Bouraille. Ten ostatni zwykle wesoły, aż do zbytku, dusza wszystkich zebrań, był dziś jakoś nie w humorze.
Powaga usiadła na jego licu.
Był bardzo zamyślony i nieswój.
Nie wszystko szło podług jego chęci, myśli i woli.
Nakoniec goście zaczęli się rozchodzić.
Po chwili pokój opróżni się cokolwiek.
Pozostali tylko Magdalena, Bouraille i gospodarz domu.
Ten ostatni wstał i pod pretekstem chęci zwiedzenia obór, wyszedł.
Magdalena za przykładem innych zabierała się do odejścia.
— Już jest dosyć późno — rzekła — jedenasta godzina wybiła.
Pisarz zatrzymał ją skinieniem.
— Zechce pani pozostać. Mam jej coś zakomunikować.
Magdalena z pewnym niepokojem zgodziła się.
Zdawało się jej, że pozostanie sam na sam z Bouraille’m było z rozmysłem urządzone. Od pewnego czasu bowiem przypuszczała nastąpienie propozycyi, której tak się obawiała.
Bouraille przygryzał wargi; szukał jakby pretekstu do rozpoczęcia rozmowy.
— Czy pani nie zauważyła, jak Wincenty zmienił się od niejakiego czasu.
— Lecz...
— Zmizerniał...
— Niezauważyłam tego.
— Posmutniał i coraz częściej poszukuje samotności.
— Wincenty nie był nigdy wesołym.
— Przyznaję pani słuszność, lecz dawniej stan jego nie był tak zatrważający.
— Tak pan sądzi?
— W rzeczy samej tak. Bo też dzieją się rzeczy nadzwyczajne! Czyż pani niczego się nie domyślała?
Niestety! Domyślała się. Jakżeż mogło być inaczej?
Miłość Wincentego względem niej była tak widoczną, iż niemożebne było nie zwrócić na nią uwagi.
— Właściwie mówiąc, „nadzwyczajne“ niesłusznie się wyrażam — rzekł pisarz z żywym uśmiechem. — Cóż może być naturalniejszego, jak miłość poczciwego chłopaka względem takiej jak pani kobiety.
Bouraille potarł z zadowoleniem ręce, widząc wrażenie, wywołane temi wyrazami.
Wrażenie to nie było przykrem dla Magdaleny. Nie gniewała się za tą jego odezwę. Od czasu zamieszkania Jonceray miała sposobność poznać tę szlachetną, pełną poświęceń dla swego przyjaciela duszę.
Jednak zbladła tak widocznie, że Bouraille zatrzymał się zmieszany.
— Nie chciałem pani zasmucić — rzekł pani jest pewną tego zapewne. Wszyscy tu panią tak kochamy... czy mogę dalej kontynuować?
— Proszę — wyrzekła.
— Dla tego też położenie, w jakiem się znajdujemy, nie może dłużej pozostawać w takim stanie. Czy przypomina sobie pani, co się działo przed kilka laty?
— Tak.
— Wincenty marzył o poślubieniu pani. Był to krok cokolwiek może za śmiały, ale rzadko kiedy jest się panem swych uczuć. Pułkownik zresztą zachęcał go do tego. Wiedział, że pani znajdzie w nim człowieka, poświęconego jedynie twej osobie. Przytem uczciwość jego i stan majątkowy jest pani znany. Byłabyś pani tu królową, bóstwem jego, miałabyś wszystko, czegobyś tylko zapragnąć chciała. Na jego ustach spoczywa obecnie jeden tylko wyraz: Magdalena! Gdybyś pani wiedziała, ile on cierpiał, odebrawszy wiadomość o złem, jakie cię spotkało. Jednak żadna wymówka nie wymknęła się z ust jego. Mówił nawet nieraz: „Dałby Bóg, aby tego nie żałowała“. Dziś to samo. Trudno przypuścić, coby się z nim stało, gdyby mu pani zabrakło. Zresztą nie będą się dłużej nad tem rozwodzić. Postaram się jeszcze, aby panią przekonać. Jesteś pani dobrą matką i myślisz o swych dzieciach?
— Zawsze.
— A więc sądzę, że tem panią zdołam wzruszyć.
— Jakto?
— Możemy mówić z całą otwartością. Cóż pozostało pani z jej majątku?
— Bardzo niewiele.
— Ile mianowicie?
— Zaledwie jakie kilka tysięcy franków.
— I to wszystko co pani mogła uratować.
— Niestety!
— Chcąc wychować córkę i syna, niedaleko się z taką sumą zajedzie... a gdy dorosną?... później jeszcze...
Pisarz zawahał się przez chwilę. Dotykał przedmiotu drażliwego, trzeba było wywiązać się z tego jak najdelikatniej. Magdalena sama mu w tem dopomogła.
— Wiem, co pan chcesz powiedzieć, zauważyła.
— Cóż takiego?
— Dzieci moje są bez nazwiska?...
— Hm! hm!
— Nie obawiaj się pan obrazić mnie rzekła Magdalena. Dzień i noc myślę o tem nieszczęściu a także i... o przyszłości.
— Nie trzeba zastanawiać się nad tem. Cokolwiek pani postanowiła na teraz, przyszłość ich, jest zapewniona. Pani nie przypuszcza nawet, jak dobrym jest Arbaud.
— Przeciwnie!
— Nie, niepodobna! Wie pani, że jeżeli pani poślubi Wincentego, on zapisze pani cały swój majątek, aby pani miała z czego kształcić swe dzieci na wypadek jego śmierci. Oprócz tego wiem, że Arbaud zrobi wszystko ze swej strony, aby tylko zasłużyć na ten zaszczyt, jaki go spotka, gdy, mu ofiarujesz swą rękę.
— Zaszczyt? wyszeptała Magdalena.
— Tak, zaszczyt, powtórzył pisarz. Czyż za błąd młodej dziewczyny należy rzucić w nią kamieniem? Kto? Ludzie spełniający w ukryciu nieraz większe zbrodnie, większe przestępstwa, na wspomnienie których krew w żyłach się ścina? Ha! ha ha! Możesz pani wierzyć, że przyszły mąż do nich nie należy. On otoczy panią opieką swą, szacunkiem. Chce pani dać dowód...
— Jaki?
— Tyczący się dzieci pani. Ponieważ ojciec ich umarł, nie dając im nazwiska... jestto wielką krzywdą z jego strony... Magdalena podniosła oczy, chcąc zaprzeczyć podobnemu bluźnierstwu.
Jakto! Oskarżać Filipa! I to w jej obecności. On żył wiecznie w jej sercu. Ona go nie obwiniała. Jej zdaniom Filip popełnił jeden błąd tylko: był zanadto prawym, aby przypuścić ohydną intrygę, jakiej pastwą stała się jego ukochana. Czyż mógł przewidzieć? Bouraille ciągnął dalej:
— Wincenty naprawi ten błąd, da swoje nazwisko tym biednym, opuszczonym dzieciom, będzie je kochał, bo one należą do pani.
Magdalena zadrżała.
— Zrobiłby to? zawołała.
— Tak, jakom to już powiedział.
— Bez żadnego żalu?
— Stanowczo!
— Ofiara ta przechodzi ludzkie siły!
— Miłość jego dla pani jest również wielką... bezgraniczną.
— Lecz ja nie mogę przyjąć tej ofiary.
— Czemuż?
— Wymawiać mi będzie potem.
— Nigdy! Zapewniam panią.
— Nie! nie, szeptała do siebie Magdalena, to niepodobieństwo!
— A więc?...
Magdalena zwróciła wzrok swój na pisarza. Drżała ze wzruszenia.
— Nie, nie możemy odtąd nawet mieszkać pod jednym dachem wyszeptała.
— Co słyszę? O! nieszczęśliwy Wincenty!
— Odjedziemy stąd.
Bouraille potrząsnął głową.
— Jak mało zna pani swego kuzyna. Biedny chłopiec ma jeden cel tylko, aby kochać panią i dla niej wszystko poświęcić. I pani wobec tego może mieć zamiar odjechać?
— Ale...
— Zresztą, chciałbym bardzo wiedzieć, dokąd ma pani zamiar udać się? W jakim celu? Co pani zrobi z kilkoma tysiącami franków, mając dwoje dzieci do wychowania? Jak pani sobie poradzi, gdy przyjdzie mieszkanie opłacić zaspokoić naturalne potrzeby dzieci, łożyć na ich kształcenie? Będzie pani pracować. Mrzonki wszystko. Ja znam życie! Niema ani jednego zajęcia stosownego dla pani. U nas na wsi można się zająć dojeniem krów, albo zostać pokojówką w domu jakiego mieszczanina. Jedno i drugie zajęcie nie nadają się dla pani. Nie podobna szorować rondli w rękawiczkach. W Paryżu mogłaby pani znaleźć bardziej odpowiednie zajęcie, lecz tam, jak mówią, nie wszystkim się udaje dostać zatrudnienie, a tem bardziej zatrudnienie, któreby nie pociągało zbytnich ofiar ze strony pani. Nie może pani marzyć nawet o samodzielnem wychowania swych dzieci. Ja i Wincenty wiedzieliśmy już dawno o tem. Z tego powodu postanowiliśmy przyjąć udział...
Magdalena słuchała ze ściśniętem sercem.
— Jaki udział?... W czem?... wyszeptała: — Udział w wychowaniu i kształcenia pani dzieci. Pani zresztą pozostają jeszcze dwie rzeczy do wyboru, albo pani godzi się zostać jego żoną i uczyni go pani najszczęśliwszym z ludzi, albo odepchnie go pani od siebie, a wtedy....
— Wtedy?...
— On wyjedzie...
— Dokąd?
— Daleko, bardzo daleko, aby o pani zapomnieć, zerwać ze wszystkiem, coby mu panią przypominać, a przynajmniej nasuwać na myśl mogło. Zaoszczędził sobie z pięćdziesiąt tysięcy franków w dukatach, zna się doskonale na uprawie winnic. Pojedzie do Algieru, zakupi za te pieniądze kawał gruntu i założy tam winnicę. Myśl zdaje się być dobrą. Można się dorobić majątku, a przytem ciągła praca, rozmaitość widoków, zmiana klimatu pozwoli mu zapomnieć o jego nieszczęśliwem uczuciu. Jest to projekt już zatwierdzony i całkowicie gotów do wykonania. Pani zostawi Jonceray... ze wszystkiem co w niem się znajduje. Przygotowano nawet akt do podpisu.
Będzie pani mogła żyć wygodnie, bez troski o jutro. Majątek przynosi niezłe dochody. Gdyby zaś pani nie mogła sobie z nim poradzić, my wszyscy będziemy na jej rozkazy. Będziemy gotowi wszystko uczynić, aby zapewnić pani spokój i szczęście. Nie odmawiaj temu pani. Błagam!
Młoda kobieta zawahała się. Była zwalczona wielkością przywiązania.
— Czyż to wszystko prawda... jąkała — Wincenty...
— Tak... on, nic nie mówiąc.. sam.
Bouraille przybliżył się, a ujmując drobne rączki Magdaleny, rzekł:
— To się nazywa kochać. Czy pani zna wielu jemu podobnych? Dalej, dobrej myśli tylko, pani! Wspomnij, jak będziesz szczęśliwą.
Westchnęła.
— Zresztą zrób to dla swych dzieci. Jakkolwiek Wincenty częściowo zapewnił ich przyszłość, jednakże przy wspólnej pracy będzie można dać im staranniejsze wychowanie.
— A więc — zawołała z wysiłkiem Magdalena — zobaczymy... Dajcie mi do namysłu dni kilka.
— Nie możemy na to zezwolić, trzeba się odrazu zdecydować.
Bouraille jakby od niechcenia podszedł do okna i roztworzył je. Okno to wychodziło na ogród. Księżyc rzucał jasne promienie na jedną ścieżynkę, ukazując jakiś przedmiot. Przedmiot ten, zauważywszy skrzypnięcie otwieranego okna, zaczął się zbliżać ku niemu.
— Wincenty — szepnął Bouraille — przyjdź bronić swej sprawy, która zdaje się na dobrej jest drodze. Ja zrobiłem co mogłem. Teraz na ciebie kolej.
Wincenty przeszedł ciemną aleję, zawrócił do domu i stanął na progu drzwi, nie śmiejąc wejść do pokoju.
Magdalena chcąc go ośmielić, rzekła:
— Wincenty, przybliż się, chcę z tobą pomówić.
Jednym susem przyskoczył do Magdaleny i padł u nóg jej, nie wymówiwszy ani słowa.
Scena śmieszną wydawać się mogąca dla patrzących, była bardzo poważnie traktowana przez znane już osoby.
Arbud wsparł głowę swą na kolanach Magdaleny. Był obezwładniony... znieczulony. Do przytomności przywiodły go łzy, które zaczęły spadać na twarz jego. Spojrzał na Magdalenę.
— Jestem wzruszona... bardzo wzruszona, Wincenty.
— Odmawiasz mi... Rozumiem...
— Powinnam... serce moje nie jest wolne... jest chore, złamane tylu cierpieniami.
Pierś mówiącej podniosła się. Wybuchnęła głośnem łkaniem.
Wincenty ścisnął jej rączki. Spojrzał na nią błagalnie. Oczy ich spotkały się. Magdalena wyczytała w spojrzenia jego tyle miłości bezgranicznej, tyle pokory, spojrzenie wyrażało prośbę tak wymowną, że zdjęta litością rzekła szybko.
— A więc zgadzam się!
Wincenty Arbaud nie miał siły odpowiedzieć. Nadmiar szczęścia znieruchomił mu organ mowy, chwiejąc się wstał i przycisnął namiętnie rękę Magdaleny do piersi. Szczęście go zaślepiało.
— Kiedy sprawa tak pomyślnie zakończyła się rzekł pisarz, — to wychylimy puchar za zdrowie narzeczonych. Wszystko tak świetnie się składa. Skończą się już bezcelowe gadaniny i plotki. Po chwili dodał:
— A kiedy będzie wesele?
Arbaud rzucił wymowne spojrzenie na Magdalenę. Ta milczała.
— Za miesiąc, rzekł pisarz, zgadzacie się?
Wdowa po Filipie Valencourt schyliła głowę na znak przyzwolenia. Pierwsze lody przełamane. Pozostało tylko spełnienie przyrzeczonego.
Północ wybiła na zegarze. Rozeszli się każdy do swego pokoju.
Wszedłszy do sypialni, Magdalena rzuciła się raczej niż siadła na fotel. Uczuła wyrzuty sumienia, jakby po spełnieniu jakiegoś przestępstwa. Dała się uwieść wymowie Bouraillé’a, broniącego sprawy przyjaciela.
Podziwiała szlachetność kuzyna, uczuwała wdzięczność za jego dobroć bezgraniczną. Pomimo to wyrzucała sobie zezwolenie na małżeństwo, jak gdyby popełniła niewiarę względem tego, którego kochała dotychczas z głębi serca.
Porównywała tamtego z obecnym.
Pierwszy, będąc uosobieniem szlachetności i prawości charakteru, posiadał oprócz tego w wyższym stopniu elegancyją ruchów, delikatność w obejścia. Ten zaś, posiadając pierwsze, nie miał drugiego. Był gburem, nieokrzesanym. Jej, jako kobiecie, wydawało się to niemożebnem do wybaczenia. Czuła, że życie z pierwszym było błogim pobytem w raja, drogi mógł jej zaofiarować tylko prozę wiejskiego życia. Był zamożny. Taki dostatek równa się nędzy. Jednak cofnąć się już nie mogła. Nie chciała. Przecież zobowiązała się słowem. Zresztą ten kielich goryczy będzie przyjemniejszy od poprzednich.
Czyż nie nauczyła się cierpieć? Pozostawał jej jeszcze miesiąc czasu. Bouraille sam oznaczył ten termin. Miesiąc to dosyć długi przeciąg czasu. Będzie miała do zastanowienia się nad nową ofiarą.
Zrobiła to dla dzieci. Zaczęła przypatrywać się im z czułością.
Spały. Pół uchylona kołderka ukazywała ich białe ramionka.
Rzuciła spojrzenie na pokój o gołych belkach, murach pokrytych zwyczajnym papierem w kwiaty, z meblami prostemi, bo piękne jej umeblowanie w Passy było po większej części sprzedane.
Porównywała urządzenie mieszkania dawniejszego z dzisiejszym.
Gniew i żądza zemsty opanowały ją. Majątek markiza de Blangy powinien chociaż w części do nich należeć, jako majątek ojca. Skradziono im majątek, zrobiono je bękartami, którym wieśniak chciał dać swe nazwisko.
Zmuszano ją samą, korzystając z jej nędzy, do małżeństwa, oburzającego ją nie przez nienawiść dla Wincentego, którego dobroć i zacność uwielbiała, lecz że duch jej pragnął innego ojca dla jej dzieci, pięknego jak Filip, którego w halucynacyjach swych często widziała obok siebie.
Widziała też innych Valencourtó’w: Franciszka, jego wspólniczkę Ludwikę de Chambeyre, działającą łącznie z niegodziwym de Varnes, wszystkich tych, którzy przyprowadzili ją do tego położenia:
Dziś była pewną podłości Ludwiki. Nawet wiedziała, jaka była przyczyna.
Wiedziała, że Ludwika kochała Filipa a Filip odepchnął ją pomimo majątku.
Wzgardził nią dla niej, nie mającej nic, prócz urody.
Od chwili tego odkrycia dumną była z niego, kochała go jeszcze bardziej. W Joncernay nie mijał dzień jeden, godzina nawet aby nie spojrzała na portret jego, żeby nie rozmawiała, że tak się wyrazimy z nim.
Będzie musiała zdradzić go, oddać się innemu!
I to wszystko z przyczyny zbrodni nędzników, używających spokojnie owoców swego niecnego postępku.
Są bogaci, szczęśliwi, zaszczyceni honorami.
Załamywała ręce na wspomnienie tak oburzającej niesprawiedliwości. Lecz cóż mogła zdziałać sama przeciwko tym nieprzyjaciołom? Nic!
Zdawało się jej, że po raz pierwszy może duch pułkownika przeszedł koło niej, siejąc ziarna nienawiści i zemsty.
Czuła jakby zaszczepione w jej sercu uczucie, na mocy którego chciałaby wszystko zniszczyć, wszystko zburzyć, co tylko należało do rodziny Valencourt’ów.
Tak, zniszczyć nawet samych właścicieli, aby pomścić się za siebie i za swe dzieci!
Lecz czyż zawsze można uskutecznić to, co powstaje w naszym umyśle, jako projekt lub zamiar jaki... Jakże słabą dziś się czuła?... Rzuciła wzrok na portret swego męża.
Filipie! zawołała, czemu nie żyjesz! Tybyś nie dopuścił do takiego stanu, w jakim się obecnej chwili znajduję.
Załamała ręce, stała tak jak posąg boleści, przyjmującej z rezygnacyją wszystko, co tylko uderza w pierś jego. Zamyśliła się...
W zamyślenia nie zauważyła, jak córeczka jej przebudziła się, a widząc matkę w tak dziwnym stanie, podeszła do niej i z naiwnością dziecięcą zapytała:
— Mamusiu! O czem tak myślisz?
To ją wyrwało z zadumy. Spojrzała melancholijnie na nią. Po chwili, jakby jej myśl jakaś przyszła do głowy, oczy jej zabłysły i rzekła:
— Śpij, dziecię, o czem myślę, dowiesz się później. Po chwili dodała:
— Jeżeli Bóg jest sprawiedliwy, to doda ci sił, abyś mogła mię pomścić! Jam za słaba!
Miesiąc! to wiek dla cierpiących, jedno mgnienie dla ludzi szczęśliwych.
Wdowa po Filipie Valencourt, narzeczona Wincentego Arbaud, myślała, że nie doczeka się końca.
Zwłoka ta wydawała się jej wiecznością. Pierwszego tygodnia nabierała odwagi. Jako kobieta uczciwa chciała dotrzymać danego słowa.
Przyznawała racyją powodom, wyłuszczonym przez Bouraille’a. Magdalena nie łudziła się.
Z chwilą poruszenia tego przedmiotu, spokój jej zakłóconym został. Wszystkie rany niezagojone jeszcze i krwią broczące otworzyły się i rozjątrzyły. Ona, która dawniej znajdowała przyjemność w zajmowaniu się domem, chętnie rozmawiała ze służącymi, odwiedzała swych sąsiadów, szczególniej biednych, niosąc im pomoc materjalną i dobre słowo, zamykała się teraz całemi godzinami.
Często błądziła po lesie ze swą maleńką córeczką, wchodziła na szczyty, dominujące nad doliną i płaszczyzną Jonceray i gorączkowo spoglądała na błyszczącą powierzchnię ogromnego stawu, graniczącego z jednej strony z drogą boczną z Paugny do Pontaillier.
O czem myśleć mogła w tych samotnych przechadzkach?
Często dziecię, jedyny świadek jej smutku i cierpień, zapytywało ją o przyczynę tej nagłej zmiany w jej usposobieniu. Z zadziwiającą w tak młodym wieku inteligencyją, zdawało się pojmować cały ogrom jej nieszczęścia, nienawiść, żal i smutek w sercu.
Była ona jedyną powiernicą tej bezgranicznej boleści. Często Magdalena będąc pewną, iż nikt na nie z ukrycia nie spogląda, brała swą córeczkę na ręce, tuliła gorąco do swego serca i szeptała z niewypowiedzianym żalem:
— „Oh! Magdaleno, Magdaleno, kto nas pomści!?“
Dziecię nie miało nigdy wyrazów tych zapomnieć.
Powracając do Jonceray, czyniła nadludzkie usiłowania, aby zwalczyć niepokój i wahanie się.
Dzień za dniem upływały bez zmiany, i już tylko kilka dni dzieliło ją od uroczystości, mającej się odbyć cicho na wyraźne żądanie narzeczonej.
Lecz w takiem miasteczku, jak Pougny, wszelkie nowiny obiegają z nadzwyczajną szybkością, pędzą po płaszczyznach, wdzierają się na wzgórza, wpadają do domów przez drzwi, okna i kominy.
Tylko nie rozchodzą się daleko, pozostają u przyjaciół i sąsiadów.
Zamek Blangy o dwadzieścia mil stamtąd położony był niezamieszkały. Franciszek Valencourt w Paryżu zamieszkał w pałacu przy ulicy de Lille, opuściwszy skromniejszy pałacyk przy ulicy Saint-Guillame.
Spodziewał się, że już nigdy nie usłyszy o wdowie po bracie i o jej dzieciach. I w istocie, nie dowiedział się o tem małżeństwie zawartym w zaroślach i krzakach.
Nieszczęśliwa, zaczęła swobodnie oddychać. Nareszcie upłynęła i ostatnia niedziela. Zapowiedzie wyszły. Wieczorem w pokoju jadalnym w Jonceray, skromnie oświetlonym kilku woskowemi świecami, zabrali się na proszony obiad przyjaciele domu, zadowoleni i weseli szczęściem Wincentego. Ślub był naznaczony na dzień następny, Magdalena zdawała się być przeistoczoną.
Jej twarz zwykle łagodna, lecz i melancholijna, ożywiła się promykiem radości. Nie uszło to uwagi zebranych, szczególniej jej kuzyna i napełniło serce radością i szczęściem.
Od czasu przybycia z Paryża dotąd nie okazywała tyle spokoju i rezygnacyi. Bouraille’a zastanowiło to bardzo.
— Mówiłem pani, że nie pożałujesz swej ofiary! szepnął jej na ucho. Czyś pani nie jest już wynagrodzoną, widząc ile ludzi szczęśliwymi czynisz?
Westchnęła i uśmiechnęła się. Pisarz w duchu pozazdrościł szczęścia
Wincentemu. Z pewnością podobnej kobiety trudno byłoby znaleźć w promieniu dziesięciu mil w około.
Spokój najpożądańszy panował w Jonceray.
Począwszy od wolarza, a skończywszy na służących, wszyscy cieszyli się tem małżeństwem, wszyscy oddychali z zadowoleniem.
Jeden tylko pasterz, stary Burgundczyk, zezowaty, kulawy, nazwiskiem Marcin Calorgne, zabobonny jak wszyscy jego rodacy, podejrzliwy jak lis, małomówny, lecz w potrzebie wyrażający swe zdanie, dorzucał nutę dysonansu do tego ogólnego chóru radości.
Magdalena umiała zyskać przyjaźń tych, co ją otaczali.
— Bardzo dobra pani — mówiły służące. — U niej serce zawsze jak na dłoni, a jaka uprzejma, grzeczna!
— Nie plećcie głupstw — gderał Calorgne — źle robi nasz pan, żeniąc się z panią Magdaleną. Jemu potrzebna gospodyni, a jej ręce za białe, za bardzo wypieszczone, aby zająć się ciężką pracą. Przytem wielki to nierozsądek kłopotać się o cudze bachory.
Poglądy Calorgne’a nie były tak bezrozumne, jak to się z początku wydawać mogło.
— Biedny człowiek rzuciłby się był do wody, gdyby mu odmówiła — wtrąciła pomywaczka.
— Nie uczynił tego teraz, to zrobi później — mruczał pod nosem wolarz.
Nikt nie podzielał jego zdania.
Córka pułkownika zwracała na siebie ogólną uwagę w Pougny.
Choć rzadko pokazywała się na ulicy, jednak jej skromność i wdzięk wrodzony nie pozwalały zapominać o niej nawet tym, co ją choćby raz tylko widzieli, jednając ogólną sympatyją.
W ciągu ostatniego tygodnia widywano ją jeszcze rzadziej.
Przez cały czas, gdy jej kuzyn zatrudnionym był w polu przy dozorowaniu najemników, była to bowiem wiosna w całym rozkwicie, Magdalena siedziała w swoim pokoju, nie pokazując się wcale.
Wychodziła tylko w godzinach przeznaczonych na posiłek, starając się być ujmującą i uprzejmą dla wszystkich bez wyjątku, w szczególności dla pana domu.
Płonne obawy Wincentego zniknęły, rozwiały się jak dym powiewem wichru porwany.
Sądził, że wszystkie już przeszkody były zwalczone. Czuł, że szczęście jego zaczyna się opierać na trwalszych podstawach. Jeszcze tylko chwil kilka, szybkich jak błyskawica, a osiągnie szczęście, szczęście, którego już sam przedsmak wstrząsał nim do głębi duszy.
Obojętną była mu jej przeszłość, obojętnemi uwagi, obiegająca po okolicy nad jej dawniejszem życiem. Wiedział, że Magdalena jest uosobieniem dobroci, że dała mu słowo, którego się nawet nie śmiał spodziewać, wiedział, że była najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek miał sposobność widzieć, i ten wymarzony, wyśniony ideał miał wkrótce niepodzielnie do niego należeć, należeć ciałem i duszą na zawsze, na całe życia!
Ziszczone więc najgorętsze marzenia.
Cóż przecież ona, jego ubóstwiana, robiła? Pisywała całemi godzinami przy kołysce syna.
Córeczka jej, utkwiwszy swe duże, błyszczące oczy w oblicze matki, śledziła każde jej poruszenie, jej ruch żywszy, zadając sobie pytanie: „Co to będzie, co mama robi?“
Często matka, odpowiadając na nieme jej zapytanie, całowała ją, mówiąc:
— Przeczytasz kiedy dorośniesz.
Dziecię się zapytywało głosem poważnym:
— To mamusi nie będzie, aby mi to opowiedziała?
— Może.
Pióro biegło dalej po papierze.
Kartki zapełniały się za kartkami, linije układały się za linijami na białym, gładkim papierze, a łzy, spływające z oczów wdowy, srebrnemi kropelkami padały na równą powierzchnię, tworząc małe, okrągłe plamki.
Kiedyś, później, mała jej córeczka miała odnaleźć te nieme świadki boleści nieszczęśliwej, odnaleźć. i... zrozumieć.
Ta dziwna praca trwała do wigilii dnia, w którym wreszcie Wincenty dozgonnemi węzły miał się połączyć z ukochaną, dnia, na myśl o którym uczucie niebiańskiego szczęścia napełniało całe istotę Wincentego, dnia, na myśl o którym bolesny kurcz ściekał serce jego przyszłej małżonki, Piąty czerwca nadszedł nareszcie.
Na wschodzie cudownym blaskiem zaróżowiła się jutrzenka, poprzedzająca w ten dzień uroczysty wyjątkowo prześliczny poranek wiosenny.
Od świtu wszyscy w Jonceray byli już na nogach. Chociaż wesele miało się odbyć tylko w najściślejszym kółku, przygotowywano stosy jadła i picia.
Ile ofiar nienasyconego łakomstwa ludzkiego padało pod ciosami noży i toporów! Ile butelek najlepszych trunków wydobyto z piwnic głębokich! — Byłoby czem nakarmić choćby i bataljon zgłodniałych zmęczonych żołnierzy po wielkich manewrach.
— Wincenty Arbaud chodził od jednej do drugiej zachęcając do pracy, dodając rady i napomnienia.
— Dalej, Moniko, wolał wesoło, bierz się do roboty, trzeba się odznaczyć, moja dziewczyno! Będzie proboszcz, lubiący dobre sosy, i ojciec Coraguol, sędzia pokoju. Chodź tu, Zofjo! Prędzej Justyno! Przygotuj wszystko starannie, moja droga. Wszak to dziś wielka dla mnie uroczystość.
Prawda, była to dla niego wielka uroczystość, dzień, który miał być najpiękniejszym w jego życiu.
Rozmarzony bliskiem szczęściem, wszystko widział w różowem świetle. Ach! jak wolno, jak nieznośnie długo upływał ten dzień, jak powoli zbliżał się wieczór, który po załatwieniu wszystkich formalności podczas dnia, otworzy przed nim niebo rozkoszy jakby za dotknięciem laseczki czarodziejskiej, uniesie go w cudowną uroczą krainę miłości. I czegóż się miał obawiać?
Znał kuzynkę od urodzenia, zawsze ją kochał, naprzód uczuciem brata, później jedną z tych namiętności, które druzgocąc, niszcząc najgroźniejsze nawet przeszkody, poświęcają wszystko, choćby z narażeniem własnego życia, aby posiąść ukochaną.
Ona była pierwszą i ostatnią jego miłością, ona natchnęła go tą bezmierna, szaloną namiętnością, tymczasem honor nakazywał mu dawniej milczeć, taić w głębi serca swój ból i rozpacz bezgraniczną. Bouraille, wszystko widzący i wiedzący użył dobitniejszych argumentów dla przekonania Magdaleny i otrzymania od niej przyrzeczenia.
Wincenty mógł się słusznie chlubić tak szczerym, tak prawdziwym przyjacielem. Słaby i czuły, pod powierzchownością szorstką, jak kora dębu, ukrywał swą miłość zawiedzioną, umarłby ze zmartwienia, nie poskarżywszy się przed nikim, gdyby pisarz niepodtrzymywał go i nie podpierał, jak mocna belka podtrzymuje chylący się do upadku mur.
Podtrzymywał go humorem i zdrowym chłopskim rozsądkiem, dotrzymywał mu towarzystwa, nie pozostawiając go ani na chwilę w niebezpiecznej dlań samotności.
Czyż się umiera dla podobnej kobiety, zdolnej upaść, pozwalającej się opanować jednemu z tych rozpustników zepsutych robiących sobie igraszki z gubienia niewinnej dziewczyny! Należało czekać. Zobaczyć, co się dalej stanie. Błędy zawsze otrzymają karę, to pewne i nieuniknione, jak śmierć dla każdego stworzenia. Cierpliwość jest cnotą, nie pozostającą nigdy bez wynagrodzenia.
Wincenty Arbaud był cierpliwym, lecz Bóg raczył wiedzieć, jakie burze szalały w jego sercu, jakiemi katuszami tę cierpliwość opłacał.
Był też za nią sowicie wynagrodzony. Gdy stara Marion zawiadomiła go o wypadku Filipa Valencourt, gdy się dowiedział, że jego ubóstwiana jest wolna, czuł nadziemską prawie radość, lecz nowa niepewność znów przestraszyła go. Nakoniec!
Okrzyk ulgi wydobył mu się z piersi. Nienależy żądać, aby ludzie byli lepszymi, niż są w rzeczywistości.
Najbogatsze nawet kopalnie zawierają zawsze żużle.
Wincenty z Bouraill’em pomknęli do Paryża.
W drodze męczyły go różne pokusy, opanowywały popędy niegodnej radości na myśl iż Magdalena cierpiała także. Był to jego odwet, kompensata za tyloletnią rozpacz i zazdrość.
Bouraille strofował go.
— To niegodne ciebie, mówił. Tyś więcej wart, niżeli ci się zdaje.
Napomnienie to zwróciło jego myśl na inne, szlachetniejsze tory.
Wobec nieszczęśliwej wdowy Wincenty myślał tylko o ukojenia tego bezmiernego bólu, jakiego był świadkiem.
Miłość jego odżyła, tym razem silniejsza jeszcze i szlachetniejsza.
On zawsze uważał ją za godną tej namiętnej miłości, inni powątpiewali o tem. Magdalena dowiodła, że się mylili.
Wszystko w niej zdało mu się pięknem, czystem, i jasnem, jak upajające, wzbudzające żar namiętny spojrzenie jej wielkich, powłóczystych oczu.
Ten tylko, kto kochał, kto cierpiał dla miłości, zrozumie jego radość, jaką na wspomnienie blizkiego szczęścia doznawał. Już niedługo będzie przechodził przy odgłosie dzwonu przez rynek małego miasteczka, prowadząc pod rękę Magdalenę, swą żonę przed Bogiem i ludźmi.
Nieopisana radość jakby aureolą opromieniała twarz jego.
Nie mamy zamiaru bliżej opisywać tu tę uroczystość wiejską.
Spichlerz, przyozdobiony zielonemi girlandami z małych gałązek i polnych kwiatów, zastępował sale bankietową. Monika i jej towarzyszki stały się przedmiotem zasłużonej owacyi.
Niezliczoną moc potraw: indyki, kury, kaczki, leguminy wnoszono i wynoszono bezustannie przez kilka godzın. Wypróżniano butelki starego wybornego wina, a pan, przyjaciele i służba, siedząc przy jednym stole, z zapałem wznosili toasty za pomyślność nowozaślubionych.
Bystry obserwator mógłby przecież zauważyć dwie smutne postacie pośród tego wesołego rozbawionego grona.
Mała Magdalena, córka Filipa Valencourt, siedząc koło matki tuliła się do niej, jakby obawiając się, iż tę jedyną, kochającą ją istotę, wkrótce utraci.
Przy końcu zaś stołu Marcin Calorgne mówił półgłosem do swej sąsiadki, starej wieśniaczki z miasteczka, przyjaciółki Bouraille’a i Arbaud.
— To szczególne, Rozalijo, wesele to przeraża mnie. Dalibóg! zdaje mi się, że ono nam przyniesie nieszczęście.
Nic nie wróżyło smutnego zakończenia tej wesołej uroczystości.
Jeden tylko stary pasterz miał węch marynarza, przewidującego burzę, pomimo, że podróżni widzą najzupełniejszą ciszę.
Jeden też z gości, choć już dobrze podpiły, podzielał też tę niewytłumaczoną instynktowną obawę. Był to Bouraille.
Lecz był on na tyle delikatnym, iż ukrywał swą trwogę wewnętrzną, starając ukryć dźwięczącą w jego głosie nutę smutku i nadać pozory wesołości chwili nad którą krążyła ciemna chmura smutku.
Ukradkiem badał on fizjognomią swej klijentki, której również jak i Wincentemu z duszy i serca życzył jak największej sumy szczęścia, możliwego na tym padole łez i płaczu.
Magdalena czuła jego wzrok, zwrócony na siebie, starała się więc ze wszystkich sił przybrać wyraz spokoju i wesołości, wyraz, który na jej twarzy tak rzadko się pojawiał i który niewymowną sprawiał jej mężowi radość.
Tak... Wincenty był już jej mężem. Wójt i proboszcz podpisali akt ślubny, związek między nimi już nie mógł być rozerwany.
Wdowa po Filipie Valencourt za kilka już godzin zacznie nowe życie, zejdzie z wysokości, na której ją postawiła pamiętna miłość siostrzeńca pana de Blangy, żyć odtąd będzie pośród gminu, pośród małych wiejskich właścicieli, „rur“ jak ich z pogardą nazywano.
Zmuszona oddać się bez miłości człowiekowi, o którym sądziła, iż przynajmniej przez wdzięczność go kocha, uczuła teraz smutną rzeczywistość. Cała groza jej położenia jasno stanęła przed jej oczyma, czuła do niego obojętność, wstręt, nawet, a im bliższą była chwila ofiary, tem większa rozpacz ją ogarniała.
Bouraille rozumiał ten stan jej duszy, ale nie zupełnie. Wyraz twarzy nieszczęśliwej pozostał nie przenikniony, niepojęty, jak książka otwarta a jednak niezrozumiała, bo w obcym nam języku napisana.
Nie był teraz już pewny, czy to małżeństwo z takim trudem i mozołem przez niego do skutku doprowadzone, szczęśliwem w przyszłości będzie.
Z iskrzących się pucharów ognistego wina, bezustannie krążących koło stołu, widział, czy też zdawało mu się, że dostrzegał twarz Magdaleny wzruszeniem zmienioną, jej oczy, rzucające płomienie gniewu, płomienie niebezpieczne dla jego dzieła.
Czy to była halucynacyja rozmarzonego i rozognionego upajającemi trunkami mózgu?
Podczas uczt, podobnych dzisiejszym, byłoby prawie niemożliwem siedzieć ciągle na tem samem miejscu, nie oddalając się od stołu; koniecznemi były jakieś przerwy, antrakty w czasie których możnaby odpocząć i swobodnie odetchnąć świeżem powietrzem, W czasie jednej z takich przerw Bouraille, pragnąc uspokoić Magdalenę, zbliżył się do niej i wziąwszy pod rękę, poprowadził na samotną przechadzkę w ciemnym szpalerze z grabiny najpiękniejszym, jaki znajdował się, w ogrodzie.
— A więc — zapytał półgłosem — czuje się pani szczęśliwą?
— Pocóż to pytanie?
— Bo są chwile, w których śmiałbym o tym powątpiewać.
— Czy na prawdę?
— Tak, — na prawdę. Spojrzawszy na panią kilka razy, zauważyłem jakby cień smutku pod tą przybraną powłoką wesołości...
— Proszę pana o milczenie.
— Przecież to dziś wesele... a nie pogrzeb.
Czyż Bouraille wymówił te słowa w złą godziny jak się to ludziom nawet najdowcipniejszym zdarza?
Magdalena zmieszana wyrzekła.
— Przestraszasz mię pan swojem wyrażeniem.
Nerwowy dreszcz wstrząsnął nią od stóp do głowy.
— Brr! dodała, zdaje mi się, jakbym zlodowaciała.
— Pogoda prześliczna, mamy dziś dzień gorący — mówił Bouraille, wpatrując się w nią przenikliwie swemi małemi, przymrużonemi oczkami.
Wyprostowała się i odrzekła z uśmiechem:
— Sądzi pan, że to tak łatwo zapomnieć o przeszłości... Trzeba na to czasu... Robię, co mogę.
— Czy to prawda?
— Przysięgam panu.
— Niech i tak będzie.
Dzień miał się już ku schyłkowi. Wszystko na świecie skończyć się musi, najweselsza nawet zabawa musi mieć zakończenie.
— Uspokój się pani, powiedział Bouraille. Podejmuję się uwolnić panią od tych natrętów.
— To nie natręci, to przyjaciele.
— Są chwile, w których najlepsi nawet przyjaciele są dla nas niepożądani.
— Nie śpiesz się pan.
— Rozumiem panią, lecz nie wszyscy tak sądzą, jak pani, jest ktoś, co z całej duszy pragnie zakończenia. Bouraille przesadził. Widocznie wypił za wiele wina.
Magdalena zarumieniła się po uszy. Córeczka jej, żyjący portret matki, szybko podbiegła do niej w tej chwili i objąwszy małemi rączkami jej kształtną kibić, tuląc się, szczebiotała:
— Gdzie się mamusia schowała? Myślałam już, że mama zginie.
— Odtąd już cię nie opuszczę.
Bouraille zaczerwienił się i przygryzł wargi. Ta niezrozumiała zazdrość dziecka uderzyła go. Dotrzymał jednakowoż słowa.
W trzy kwadranse później po tym balu wiejskim, który trwałby zapewne do rana, gdyby pozwolono na to młodzieży z Pougny, zawsze ochoczej do zabawy, cisza zaległa na folwarku Jonceray, skąpanym w srebrzystym blasku księżyca.
Magdalena w szarej, skromnej sukni, jednej z tych, jakie jej pozostały po świetnych czasach w Passy, powracała do domu, trzymając za rękę swą małą córeczką.
W tem jakaś ręka nieśmiało dotknęła jej ramienia i drżący głos szepnął jej do ucha.
— Błagam cię, pośpiesz się!
Był to Wincenty. Jak śmiesznym wydawał się jej w swym stroju weselnym, pasującym do niego, jak infuła biskupia żebrakowi. Co za porównanie ze zmarłym.
Bez wątpienia, umysł Magdaleny wyższy był nad takie drobnostki, lecz czasem wystarcza jedna kropelka, aby przepełnić kielich, już przed tem dostatecznie napełniony.
Schyliła swą śliczna, melancholijna główkę, a uśmiechając się z niewysłowioną czułością z cicha wyszeptała.
— Tak... niedługo... za godzinę, lecz teraz cicho.
Wskazała na małą Magdalenę tak, aby tylko mąż mógł jej poruszenie dostrzec.
Rozłączyli się.
Wincenty Arbaud patrzył długo, jak oddalała się wolnym krokiem w aleję sadu, pomiędzy kwatery róż i lilij, cudowną wonią napełniające cały ogród.
Szła, jakby przygnieciona olbrzymim ciężarem, pochylona cokolwiek naprzód, ale zawsze piękna, majestatyczna jak królowa, biała narzutka zsunęła się z jej obnażonych ramion i świeciły one teraz w ciemności oślepiającą prawie białością.
Wincentemu nie przyszło nawet do głowy pójść za nią.
Rozumiał on skromność matki, pragnącej naprzód uśpić swe dzieci, a potem dopiero podążyć do tego, który im ojca zastępował, który tak szczerą i bezinteresowną otaczał je miłością.
Był on jej niewolnikiem prawie, niewolnikiem, który wszystko, życie nawet poświęciłby, aby zadowolnić jedno żądanie, kaprys nawet, swej pięknej władczyni.
Magdalena ujarzmiła go swym tkliwem łagodnem spojrzeniem, zmuszała go do miłości, może być, jeszcze tkliwszej i silniejszej, niż przed ślubem.
Zresztą poczekać jeszcze godzinkę u wrót szczęścia, to niewiele dla niego, który na nią już tyle lat nigdy niewyczerpaną cierpliwością oczekiwał. Błądził po ogrodzie, szukając śladów swej ukochanej, oddychając wonią tych kwiatów, wonią których i ona oddychała.
Z okien parterowych płynęły fale światła.
Ruch w kuchni i w ogrodzie był nie mniejszy, niż rano, ale zupełnie odmiennego rodzaju.
Wszystko teraz sprzątano, ustawiano na zwykłem miejscu.
Dom przedstawiał się jak mrowisko, zniszczone nielitościwą ręką, a szybko i zręcznie naprawiane przez niezmordowane pracownice.
Wszędzie leżały stosy poprzewracanych talerzy, nakryć i wypróżnionych butelek.
Pozostali się już sami tylko domownicy, pomiędzy którymi rej wodził stary Marcin Calorgne, rozgrzany i rozgorączkowany starem dobrem winem.
— Ależ narzeczona rzeczywiście śliczna — mówił — z pewnością na całej przestrzeni i do Dijon nawet trudnoby było znaleźć jej równą piękność.
Arbaud, przechodzący w tej chwili około kuchni, zatrzymał się na chwilę, przycisnąwszy swe silnie bijące serce obudwoma rękami.
— Oh! tak — piękna, piękna, przechodząca najśmielsze nawet marzenia, I ona do niego wkrótce już należyć będzie.
Upojony radością powątpiewał prawie o swojem szczęściu.
Marcin Calorgue mówił dalej.
— Ale mówcie sobie co chcecie, a ja zawsze będę powtarzał, że nie należy wołu zaprzęgać do karety, kwiatka przypinać do kożucha. Nikt mnie nie przekona, że powinno być inaczej. Młoda pani stworzona dla jakiego markiza, a nie dla właściciela winnicy. Kto dożyje — przekona się.
Wincenty Arbaud wsparł się na swej lasce, jakby ogłuszony temi niespodziewanemi słowami.
— Czy ty zamilczysz, złowieszczy kruka — doleciał z kuchni głos jednej ze służących — nie wstydzisz się tak wyrażać o człowieku, który dla ciebie jest tak dobrym i łaskawym.
Pasterz nie uniósł się, lecz odpowiedział z zimną krwią.
— Pana mego kocham więcej może, niż wy tu wszyscy, ale to mi wcale nie przeszkadza mówić prawdy. Jeżeli się mylę, tem lepiej. Trudno zresztą przewidzieć dziś to, co się stać może w niedalekiej przyszłości.
Szmer niezadowolenia powstał koło starego gaduły.
Wszystkie Moniki, Rozalije,Justyny zamierzyły się na niego, gdyby wymówił choć jedno jeszcze słowo, z pewnością rozstrzaskałyby o niego wszystkie talerze, rondle i półmiski.
— Idź spać, stary czarowniku, zakończyła Monika, powaga kuchni... Zawieleś pił, ty pijaku!
Bunt był ogólny, lecz pasterz nie liczył się do rzędu lękliwych.
Zresztą nie obawiał się niczego, podtrzymywany na duchu stosem do połowy powypróżnianych butelek. Powstał, stawiając czoło burzy. Wincenty Arbaud oddalił się. Z ogrodu wyszedł na wieś. Czuł się w melancholijnem usposobieniu.
Rozmowa tego prostaka, rozmowa, w której za grosz nie było sensu, prześladowała go, jak szczekanie psów prześladuje uciekającego trwożliwego zająca.
Zatrzymał się na obrosłym winoroślami pagórku.
Stąd jak na dłoni, mógł obserwować cały dom swój.
Patrzał na okna mieszkań parterowych oświeconych błyszczącym płomieniem świec woskowych, na wiązki chrustu, płonącego na obszernym kominie w kuchni, wreszcie na końcu domu na pierwszem piętrze, w ostatnim oknie na jasnem jego tle poruszała się tam i napowrót jakaś ciemna postać, Magdalena!
Czy godziło się powątpiewać o niej? Gdyby go była nie kochała nie dałaby z pewnością swego zezwolenia na ślub. Czyż zadrżała, wymawiając przed merem uroczyste słowo przysięgi, czyż udawała wzruszenie odpowiadając na pytanie księdza.
— Nie.
Ona go kochała, dowodził tego jej uśmiech słodki i czuły, trochę smutny może, lecz przecież żal i żałoba były tak świeże jeszcze, tak niedawne, dowodziły tego ich wspólne projekty, gdy podczas ostatnich z nim spacerów proponowała mu różne zmiany co do urządzenia domostwa, które byłby porzucił, gdyby nie przyjęła jego oświadczyn.
Co za szaleństwo przejmować się głupiemi przypuszczeniami starego pasterza. Przecież w okolicy wszyscy znali go, wszyscy wiedzieli iż wszelkie bez wyjątku złowróżbne przepowiednie jego nigdy się nie sprawdzały.
I on także nie czuł do niego żalu, przypisywał swój zły humor innym powodom. Postanowił powrócić do Jonceray, gdzie już po tak wesoło przepędzonem dniu zaczęła zalegać cisza.
Zaledwie uczynił kilka kroków, gdy zegar w miasteczka wybił jedenastą godzinę.
Czysty odgłos dzwonka daleko rozbrzmiewał i odbijał się czystem echem po okolicy.
Wincenty zaczął iść prędzej. Pozostawił Magdalenie dłuższą zwłokę niż żądała.
Pewny szczęścia, po cóż się miał śpieszyć? Widział ją wyraźnie przed sobą, świeżą, białą jak lilijka, olśniewającą z rozpuszczonemi blond włosami, rozmarzoną samą w swym pokoiku, z niecierpliwością oczekującą na niego.
Nie chciał być przez nikogo widzianym ostrożnie wśliznął się na schody, przeszedł jak cień przez korytarz, prowadzący do jej mieszkania, i cichutko zatrzymał się przed drzwiami z sercem silnie bijącem ze wzruszenia, z nabiegającą mu do głowy gorącą falą krwi — niezdolny wymówić choćby jednego słowa.
Położył rękę na kluczu i przysłuchiwał się szmerowi wewnątrz.
Zdawało mu się, że uszu jego doszedł jakby szelest materyi przesuwającej się po dywanie, i zaraz potem lekki szmer jakby ktoś zamykał z wielką ostrożnością drzwi z przeciwnej strony pokoju.
Potem zaległa cisza.
Chciał otworzyć drzwi, klucz nie obrócił się w zamku.
Zimny pot oblał go od stóp do głowy, dotkliwy ból ścisnął mu serce.
Co się tam stać mogło?
Wreszcie zastanowił się i uspokoił.
Cóżby się stać mogło w pokoju, obok którego spało dwoje dzieci Magdaleny i stara Marion.
Marion była przecież do niej tak przywiązana, tyle dowodów tego dała.
Zawołał nieśmiało:
— Magdaleno!
Nikt nie odpowiadał.
— E! głupstwo! — próżny przestrach, Marion przecież tam była.
Marion, która użyła całego swego wpływa na panią, aby ją skłonić do zawarcia tego małżeństwa. Wiedział dobrze o tem. Wychwalała jego przymioty: jego dobroć, szlachetność, bezinteresowność, jednem słowem używała wszystkich możliwych środków. Pan z Jonceray miał w niej wspólniczkę, bardziej nawet wpływową, niż Bouraille: przebywając bezustannie z córką pułkownika, zyskała ona nad nią przewagę, macierzyńską prawie.
Marion tam była. Czuwała jeszcze. Był tego pewnym. W ciemnym korytarzu widział cienką, żółtawą smugę światła z lampki nocnej, przeciskającą się przez szczeliny w drzwiach.
Magdalena nie była prawdopodobnie przy dzieciach.
Powróci pewno niebawem.
Oparł się o mur i czekał kilka minut. Wreszcie zastukał, wołając silniej:
— Magdaleno!
Cisza.
Ponowił wołanie, lecz bezskutecznie.
Przerażenie owładnęło nim.
Dwuznaczne słowa pasterza zabłysły mu w głowie.
Dlaczego ten czarownik tak powątpiewał o stosowności tego małżeństwa?
Czyżby miał jaki powód do podobnych przepowiedni. Czyżby Magdalena była próżną, elegantką, czyżby Paryż ją tak zmienił, zepsuł, przekształcił do niepoznania? Marcin Calorgne musiał coś wiedzieć. Ci ludzie błądzący w nocy, po polach, po lasach, przewąchują tajemnicę, jak psy myśliwskie grubą zwierzynę. Zresztą, czyż Magdalena już raz nie upadła?
Na tę myśl włosy najeżyły mu się na głowie, gniew wściekły zamiotał nim, jak silny wicher drobnym listkiem osiny; zdawało mu się, że zwaryjuje. Myśli plątały się... w głowie jego powstawał jakiś bezładny chaos. Chciał zbadać prawdę, silną ręką pochwycił za klucz i roztrzaskał go w tym uściska szalonym.
Popchnął drzwi — były zaryglowane.
Zmienił drogę, zapukał do dziecinnego pokoju.
Usłyszał ciężkie stąpanie.
To Marion.
— Kto tam? zapytała.
— Ja. Wincenty.
— Ty! zawołała zdziwiona służąca.
— Gdzie pani?
— Twoja żona?
— Magdalena?
— U siebie zapewne.
— Nie ma jej.
Marion wzruszyła ramionami.
— Gdzież chcesz, aby była?
Wskazała drzwi, łączące dwa pokoje.
— Wejdź, rzekła z dziwnem spojrzeniem.
Zatrzymał się. Zdjęła go jakaś niewytłumaczona obawa. Przystąpił do kolebki. Dwie główki dziecięce spoczywały na białych, jak śnieg, poduszeczkach.
— Śpią, wyrzekł, zwracając się do Marion.
— Tak, odpowiedziała. Ona była tutaj przed chwilą. Nie mogła uśpić córeczki, a gdy ta wreszcie usnęła, całowała ją długo.. synka także, ale z mniejszą czułością. Zdawałoby się, że więcej kocha małą Magdalenkę. Nie mogła się od niej oderwać.
Dla czego słowa, wyrzeczone przez pasterza, przejmowały dreszczem męża Magdaleny?
Dla czego pozostał nieruchomy, jakby przykuty do ziemi, nie śmiejąc, nie mogąc podnieść oczu na przyległy pokój, o którym przed dwiema niespełna godzinami marzył w upojeniu radości.
— Idźże! zachęcała Marion... Czyż nie dosyć jesteś szczęśliwym.
Spojrzał na nią. Wyraz szczerości i dobroduszności, malujący się na jej obliczu, dodał mu otuchy.
Starał się odepchnąć precz odpędzić od siebie te natrętne myśli, które go napastowały.
Przestąpił próg. Świece były pogaszone. Zbliżył się do łóżka ukrytego za grubą kotarą i cofnął się z zastygłem na ustach wykrzykiem.
Łóżko nie było posłane.
Słaby promyk księżyca, wdzierając się przez otwory w okiennicach, oświecał wnętrze skromnie umeblowanego pokoju.
Gdzie była Magdalena?
W jednej chwili zrozumiał wszystko, zrozumiał nieszczęście, które jak groźna chmura zawisło nad jego domem; bolesny, za duszę chwytający jęk przedarł mu się przez drżące wargi:
— Marion!
Stara służąca ukazała się przy wejściu z lichtarzem w ręku.
Wincenty spostrzegł papiery, rozłożone na stole. Jeden z nich, położony osobno, uderzył go zaraz. Drżącą ręką skreślony nadgłówek brzmiał:
„Do mego męża.“
Z dzikiem wejrzeniem pijany szałem i bólem przebiegł oczyma kilka wierszy.
Na kolanach, z krwawemi łzami w oczach błagam cię o przebaczenie.
Dając ci me zezwolenie myślałam, iż znajdę w sobie dosyć sił, aby dotrzymać danego ci słowa. Nie mogę. Zmarły, którego ukochałam, który mię naprzód zniesławił, podniósł potem, przywołuje mię do siebie: idę się z nim połączyć.
Idę tam z rozpaczą w sercu, z wieczną, niezmytą plamą na sumienia, żem danego słowa dotrzymać nie miała.
Jestem podłą — wiem o tem. Lecz idę, bo tam mię spokój i cisza wieczysta oczekuje.
Z dziećmi memi zrób co chcesz: wypędź je, znienawidź. Masz do tego prawo!
Przychodziła mi do głowy zbrodnicza myśl zabrania ich z sobą.
Ale to zbrodnia nad moje siły!
Żegnam cię Wincenty. Przeklnij mię! Przekleństwo ojca mego ściga mię bezustannie, zawsze. Dorzuć i ty swoje.
Czyż zło, które ci wyrządzam; nie równa się pchnięciu sztyletom w same piersi?
Wiem o tem, klnę się na duszę, iż nie chciałabym tego robić, a jednak czynię to.
Nie jestem złą, a przecież zabijam cię. Pragnęłam cię widzieć szczęśliwym, jak na to zasługujesz. Żegnam cię. Nie spocznę nawet w poświęconej ziemi.
Widzisz, żem przeklęta. Dałby Bóg, aby ta straszna, ostatnia klątwa umierającego starca nie dosięgła mych biednych dzieci.
Po raz ostatni żegnaj mi. Serce mi się krwawi, opuszczając was, ostatnia myśl moja będzie o was, a jednak muszę, muszę, muszę. Żegnam! Żegnam was Magdalena.“
Dokończył tego strasznego listu. I stał tak wyprostowany, nieruchomy, podobny do szaleńca, starającego się zatrzymać wątek poplątanych myśli nagle wydał ryk przeraźliwy i rzucił się ku oknu.
— Magdalena! Niechaj jej szukają. Wstawać... Biegnijcie ze wszystkich stron... wszędzie.
— Staw! tam!
Roztworzył naroścież okno i rzucił się na dół z przeraźliwym krzykiem.
W jednej chwili wszyscy byli na nogach: nawet pasterz zadowolony, iż tak rychło jego przepowiednia się spełniła.
Wobec jednak tak wielkiego nieszczęścia, pogrążającego w czarną rozpacz wszystkich na folwarku, przed kilka godzinami tak wesołym i ożywionym, zachowywał się milcząco.
Wincenty Arbaud nie dał się wyprzedzić innym.
Pobiegł szybko drogą, wiodącą do stawu. Było to wielkie i głębokie bagnisko, otoczone pasem trzcin i traw wyrosłych.
Myśl nieszczęśliwego zaraz w pierwszej chwili uniosła go w to straszne miejsce, umysł targany nadzieją, to najstraszniejszemi przypuszczeniami, cierpiał niewypowiedziane męki.
Gdybyś czytelniku zapóźniony zabłąkał się w tę stronę pola przerżniętego ścieżką, prowadzącą do stawu zobaczyłbyś nie człowieka, lecz widmo z najeżonemi włosami, dążące w szalonym pędzie ku przejrzystej wodzie w głębi doliny.
Służba nadbiegła na drogę nad stawem, badając przestraszonym wzrokiem głębinę wód, usłyszała w pewnej odległości od zdjętych stawideł plusk podobny do plasku wydry, zanurzającej się w wodę w pogoni za uciekającomi rybami, lecz odgłos ten był silniejszy i głośniejszy, poczem spostrzegli na powierzchni wody człowieka, zwracającego się do drogi, unoszącego jakby ciężar jakiś. Pływak szybował po wodzie z nadludzką siłą.
W kilku sążniach dobił do brzegu, a trzymając w rękach nerwowo ciało martwe, wyrwane z otchłani, złożył je na łódce, ukląkł koło niego, przywołując je głosem żałosnym.
Ciało pozostało nieruchome i bez oddechu.
— Doktora! doktora! wołał zrozpaczony. Próżne żądanie!
Aby go znaleść, potrzeba było najmniej dwóch godzin czasu a śmierć nie pozostawiała tak długiej zwłoki.
Przeznaczenie czy klątwa spełniły się. Magdalena nie żyła.
Wincenty Arbaud zrozumiał bezskuteczność swych usiłowań, próśb i pieszczot, schwycił umarłą w swe objęcia i poniósł jako łup najdroższy, odpychając wszystkich, pragnących mubyć pomocą, aż do pokoju z którego wyszła przed kilka godzinami.
O północy spoczywała na swem łożu, spokojna nieruchoma pogrążona w śnie wiecznym, ręce obnażone wyciągnięte na kołdrze odznaczały przepyszne swe kształty, pierś biała jak marmur, szyja utoczona jakby arcydzieło rzeźbiarstwa.
Córka zmarłej mała Magdalena, smutna i pomieszana, nie odwracała swych wielkich przestraszonych ocząt od twarzy matki, jak gdyby chciała je wyryć w pamięci i utrwalić na wieki wspomnienie tej niezatartej nocy.
Filip jej syn, sądząc ją nie umarłą, lecz śpiącą, za mały jeszcze by pojąć nieszczęście chwili, okrywał ręce pocałunkami, dziwiąc się, że są taki zimne.
Wincenty Arbaud skurczony na dywanie, spoglądał kolejno na trupa, dzieci i służbę okiem zbłąkanem, skąd znikła wszelka świadomość.
Zwaryjował.
Gdy w kilka chwil później Bouraille i sędzia pokoju przyzwani czemprędzej weszli do śmiertelnego pokoju pierwszy przedmiot jaki ich uderzył przy liście zmarłej, był gruby kajet z czarną pieczęcią z napisem dużemi literami.
„Dla mej córki Magdaleny gdy dojdzie lat osiemnastu. Dla mego syna, gdy będzie miał dwadzieścia lat“
Było to kompletne opowiadanie opisane przez nieszczęśliwą matką, wypadków i zgryzot przebytych już szczegółowo przez nas skreślonych.
Zwalczona niemożebnemi do przeniesienia cierpieniami, rozjątrzona pomimo swej łagodności i zrezygnowania, zobowiązywała dzieci do zemsty czyniąc nijako ulgę swym bólom.
Bouraille, pozostający ich opiekunem, złożył ten straszny testament w bezpieczne zamknięcie a ściskając w swych objęciach małą Magdalenę patrzącą na niego z dzikiem spojrzeniom, mówił jej na ucho.
— Roskaz twej matki zostanie spełnionym!
W dwa dni później samobójczyni spoczywała na cmentarzu w Pougny tak, jak jej ojciec, w ziemi poświęconej.
Kościół był dla nich łaskawym.
W sześć miesięcy później, nic się powierzchownie nie zmieniło w Jonceray.
Bouraille przywiązany całem sercem i duszą do sierot zostających odtąd jedynemi i prawemi spadkobiercami Wincentego Arbaud, w skutek ożenienia się jego z ich matką, Bouraille zaopiekował się dziećmi swego przyjaciela zarządzając majątkiem jak najlepszy ojciec rodziny. Właściciel Jonceray utraciwszy rozum, dotknięty spokojną melancholiją mającą być z czasem uleczoną żył nie mieszając się do niczego, błądząc po polach, lasach i winnicach uśmiechając się do przedmiotu urojonego śmiechem nieszkodliwym dla innych lecz sprawiającym boleść tym co na to patrzeli.
Dzieci i przyjaciele otaczali go poważaniem i względami.
Nastał straszny rok 1870.
Dziwna rzecz, lecz z pierwszym rozgłosem wojny obłąkany zaczął odzyskiwać przytomność.
O ile nieszczęścia Francyi stawały się smutniejsze, o tyle zauważono powrót zdrowego rozumu.
Największe upodobanie znajdował w towarzystwie malej ośmioletniej Magdalenki, okazującej mu szczególniejsze współczucie.
Zadziwiano się nieraz, słysząc wymawiane zagadkowe słowo dziewczęcia. Zemsta!
W końcu listopada stan zdrowia Wincentego poprawiał się z wielkiemi symtomatami na lepsze tak, że pisarz nie powątpiewał bynajmniej o bliskiem zupełnem wyzdrowieniem przyjaciela.
Trzeciego grudnia, w czasie bardzo niskiej temperatury, koło dziewiątej godziny wieczorem, przy blasku najprzepyszniejszej pełni księżyca, oświecającego opustoszałą okolicę, masa czarnej piechoty pruskiej, brnąc na dwie stopy w śniegu, podążała drogą z Paryża do Lyonu, przez Auxerre.
Awangarda, wychodząca z lasu Buisson, na płaszczyznę ciągnącą się pomiędzy Lacauche i Champigneulies usłyszała nagle strzał, z następującemi po sobie i innemi szybko wystrzeliwanemi, w równych przestankach.
Grad kul i śrutu, szerzył śmierć w szeregach nieprzyjacielskich.
Człowiek, leżący w śniegu, podniósł się, zwracając strzał morderczy na Niemców.
Nic go nie zasłaniało.
Zwycięstwo nie mogło być długiem.
Nazajutrz znaleziono trupa na łożu ze śniegu, przeszytego cięciami bagnetów, podziurawionego od kul jak rzeszoto.
Był to obłąkany z Jonceray, Wincenty Arbaud. Odzyskawszy zmysły, zapragnął śmierci.
Dzieci Magdaleny Stefani i Filipa Valencourt, zwały się Filipem i Magdaleną Arbaud, będąc podwójnemi sierotami.
Ci, co byli sprawcami ich biedy i pozbawienia legalnego nazwiska, zostawszy markizem i markizą de Blangy-Cussey, zapomnieli o nieszczęściach ojczyzny i swych zbrodniach zdała od Paryża, nad brzegami morza Śródziemnego, w przepychu i zachwycie Monte-Carlo, upojeni bezgraniczną pomyślnością.
Słabi i silni, niewinni i winni, odnajdą się później.
Dziesiątego lipca, 1888 roku, młody człowiek wyglądający na 24 najwyżej 25 lat, wysiadł z pociągu w Chambery, dążąc do przystani Pontcharra posiadającej szczególniejszy urok dla zwiedzających Auvergnes lub Sabaudyję, te dwie ostre okolice, na nierównym i wulkanicznym grancie.
Pontcharra przecież jest przeważnie sabaudzką, znajduje się bowiem na granicy Sabaudyi i Dauphine. Nie wapominalibyśmy o tem miasteczku, gdyby się było nie szczyciło urodzeniem sławnego Bayarda, wspomnienie o którem przyśpiesza bicie serca starszych Francuzów.
Bayard był dzieckiem Pontcharra.
Szczątki jego skromnego szlacheckiego domku, górują nad urodzajna płaszczyzną, pomiędzy burzliwemi rzeczkami, zamieniającemi się dy w potoki, zwanemi Isere i Breda. Dwie wieżyce przetrwały budynek domku, a ze szczytów ich odsłania się wyjątkowo przepyszny krajobraz.
Zieleniejące doliny oblane szumiąemi potokami, lasy jodłowe, płaszczyzny pokryta złotem żniwem, gęste gaje lip stuletnich i kasztanów, starych jak Francyja, wzgórza i góry, mieszaniny piasku z pozostałościami roślin, lodowców i cyplów śnieżnych.
Wszystko tam znajduje się.
Lecz nie w tem rzecz naszego opowiadania.
Młody człowiek, wysiadający z pociągu nie zdaje się, aby był bardzo bogatym, oddał bowiem przy wyjściu, urzędnikowi odbierającemu bilety, bilet trzeciej klasy. O w pół do trzeciej po południa, słońce lekko zasłonięte płatami nieruchomych chmur, czyli raczej mgły panującej tak nadawało wspaniałemu, odkrywającemu się krajobrazowi widok niezamąconego spokoju. Podróżny rzucił wzrokiem zadowolenia w około siebie a doszedłszy na koniec placu, ciągnącego się przed koleją, wszedł śmiało do zajazdu, zbudowanego w kształcie szaletu.
Tęga, młoda i przyjemnej powierzchowności dziewczyna, pomimo rudych włosów, z twarzą okraszoną zdrowym rumieńcem, przyjęła nieznajomego z wyrazem niezwykłego ożywienia, jakby wyrażającm.
— Bodajto! Toż to piękny chłopiec!
A podtrzymując fartuszek wątpliwej białości rzekła.
— Czem panu służyć?
— Kawy, moja mała.
— Z koniakiem?
— Nie, czystej kawy.
— Dobrze.
Ubranie naszego bohatera nie było wyszukanem. Silną ręką kołysał na palcach sak z nieprzemakalnej materyi, używany zwykle przez pieszych amatorów wycieczek w góry, a złożywszy go na marmurowym stole, usiadł na tabureciku, oczekując zamówionej filiżanki kawy.
Kij czyli laskę, z zakończeniem stalowem, postawił koło siebie, kapelusz, czarny filcowy, przepasany czarną wstążką, umieścił na saku, a założywszy na krzyż nogi, obute w skórzane kamasze, opuścił niedbale głową na lewą rękę, opierając prawą łokciem na stole, poprowadził łagodnemi i ciemnemi jak aksamit oczyma naokoło sali, gdzie się znajdował.
Nic nie zwróciło jego baczniejszej uwagi.
Powiedzieliśmy że widocznie niebył bogatym lub też podróżował bez wystawy.
Kostyjum, skrajany podług mody turystów, składa się się z flanelowej koszuli, obcisłego kaftana z czarnej wełny i takichże pantalonów.
Największy wykwint stanowiła jego własna osoba.
Zdumienie służącej z szaletu było usprawiedliwionem, markiza nawet jaka doznałaby równegoż uczucia, z większą tylko wrażliwością.
Gęste czarne włosy okalały czoło matowej białości. Oczy zdawały się mówić, pod łukami prześlicznych brwi. Delikatne rysy nacechowane niezwykłą łagodnością, a zarazem uderzającą melancholiją.
Usta mocno czerwone, osłonione jedwabistym wąsem.
Wzrostu więcej niż średniego; szyja pomiędzy szerokiemi i barczystemi ramionami, oznaczającemi wyjątkową siłę.
Lecz co najwięcej zniewalało ku niemu, to wyraz tkliwego smutku, jakby tłumionego żalu, nadający szczególny i pociągający wdzięk, jego młodej, muszkieterskiej i awanturniczej fizyjognomii.
Po kim odziedziczył podobną tkliwość?
Jaki ciężar smutku mógł obarczać tę duszę, pełną nadziei, dla której wszystko zapowiadało przyszłość, a nic nie mogło należeć do przeszłości.
Służąca przyniosła podany posiłek.
— Może pan życzy czego więcej? — zapytała, stanąwszy jak wryta przed swym nowym gościem.
— Nic więcej, dziękuję.
— Czy pan dłużej pozostanie w Pontcharra?
Podróżny uśmiechnął się.
— Cóżbym tu robił? moja panienko.
— To co robią inni przejezdni podróżni. Zobaczyłby pan okolicę. Jest bardzo malowniczą.
— Widzę ja dobrze.
— Zwiedziłby pan zamek Bayarda...
— Czy to tam, ten wysoki szczyt tej wieży?
— Tak, panie. Nie powinien pan wyjeżdżać, nie zobaczywszy go. Niechaj pan pozostanie chociaż do jutra, będzie pana tutaj wygodnie.
Tęga dziewczyna ponowiła zaproszenie minką ujmującą.
— Niestety — odrzekł młody człowiek — plany moje nie pozwalają na to...
— Pan jedzie?
— Do Allavard.
— Po co?
— Jadę tam, tak, jak pojechałbym gdzieindziej... tak sobie... dla rozmaitości...
— Ale pan nie chory?
— Dzięki Bogu, zdrów jestem.
— Widać to! — powiedziała dziewczyna, mizdrząc się. — Do Allevard jeżdżą tylko suchotnicy, skazani przez doktorów, sądząc, że się wyleczą, pijąc wody. Zobaczy ich tam pan masami.
— Wiesz, mała... to wiara uzdrawia...
— Niezabawne towarzystwo pan pozna. Usłyszy pan kasłanie... stękanie... głosy ochryple...
— Brr! trwożysz mnie... Wszyscy ci chorzy przestraszają mię... doktorzy także...
— A może pan sam jest doktorem?
— Do połowy.
— To dziwne... nie wygląda pan na doktora.
— Jestem jeszcze uczniem.
W tejże chwili skończył dopijać swej filiżanki kawy, a podniósłszy się, rzucił 20 sou na stolik.
— Należy się tylko pięć — odrzekła młoda dziewczyna.
— Schowaj resztę i dopomóż mi do zabrania pakunku.
Ruda dziewczyna oddała mu z prawdziwą przyjemnością przysługę, jakiej żądał.
— Pan tak jak żołnierz — rzekła.
— Znam służbę... byłem ochotnikiem.
Przypasał paski na ramiona, nałożył kapelusz na lśniące, przepysznej czarności włosy, a szykując się już do wyjścia, ujął pod podbródek służącą, mówiąc z galanteryją:
— Wierzaj mała, że mi przykro rozstawać się z tobą tak prędko.
— Może pan powróci?
— Kto to wie?
— Można się spodziewać?... z powrotem...
Wyszedł.
Służąca z widocznym żalem śledziła wzrokiem za pięknym chłopcem, który też się odwrócił, zapytując:
— Proszę cię, jaka jest najkrótsza droga do Allevard?
— Prosto gościńcem. Gdyby pan znał okolice, to najbliższa droga była by przez Crozet i Brame-Farine, lecz mógłby pan zabłądzić... Najlepiej, niechaj pan idzie prosto drogą.
— Dziękuję ci.
Odwrócił się raz jeszcze dla przesłania przyjaznego ukłonu tęgiej dziewczynie, poczem znikł między pierwszemi domkami z Pontcharra.
Służąca powróciła do zajazdu z wyrazem niezadowolenia i głębokiem westchnieniem.
Zbliżali się też nowi goście.
Trzy panie, poprzedzone przez faktora, zatrzymały się przed szaletem.
Jedna z nich, może lat 50, ubrana skromnie, zdawała się przewodniczyć młodej, wątlej i szczupłej panience, wycieńczonej cierpieniem, anemicznej, z wypiekami na buzi, o blond włosach.
Młoda ta dziewczyna, nie mająca więcej nad lat osiemnaście, idąc koło swej guwernantki, zakrywała usta chusteczką batystowa, aby nie dopuścić za gwałtownie powietrza górskiego, mogącego jej na razie zaszkodzić.
Ubrana elegancko, w sukni niebieskiej w jaśniejsze kraty, artystycznie przybranej drogiemi koronkami, kapelusik słomiany z szerokiem rondem, parasolka dopasowana do sukni, podnosiła piękność i szyk toalety.
Piękna! nie, lecz powabna! przy tem wielka słodycz w jej chorobliwych rysach i rzadki wyraz dobroci w całej jej postaci, mimowolnie pociągały ku niej.
Trzecia kobieta, w pełni swej dojrzałości, widocznie była garderobianą.
Trzydzieści kilka do czterdziesta lat, świeża i dobrze zakonserwowana, postawa zręczna, o wyrazie twarzy szczerym i przychylnym, cechującej niejako wielkie przywiązanie do swej młodej pani.
Trzy podróżne wysiadły z tegoż samego pociągu co i młody człowiek, niknący w labiryncie wąskich uliczek Pontcharra.
Młoda panna zdała się należeć do innego towarzystwa, może nie lepszego, lecz o wiele bogatszego.
Nie ulegało nawet najmniejszej wątpliwości, że ta, którą bierzemy za guwernantkę, weszła do zajazdu, lecz natychmiast cofnęła się.
Pomimo słońca wdzierającego się promieniami przez okno i drzwi szeroko roztwarte, pomimo świeżego powietrza przewiewającego zaduchy karczmy, dama szybko zawróciła się.
Zielona ławeczka z pokryciem dzikiego wina i powoju, umieszczona przed szaletem zdała się mile zapraszać nowoprzybyłe do chwilowego wypoczynku.
— Usiądź tutaj, rzekła do młodej dziewczyny i nie wchodź do tej knajpy, moje dziecko. Co za zaduch!
A zwracając się do panny służącej, powiedziała:
— Ty, Zuzanno, idź i dowiedz się, czy możemy dostać dwie szklanki zimnej wody i cukru.
Nie potrzebujemy nic więcej... Mam z sobą krople pomarańczowa.
A wydobywszy z małego safijnowego woreczka flakon kryształowy, opleciony złotym sznureczkiem, odkorkowała go.
— Są bardzo dobre powiedziała, dolawszy kilka kropel do wody, czynią ją bardzo smaczną. Udając się w drogę należy się zawsze w nie zaopatrzyć. W tej norze, nie znajdziemy nic odpowiedniego dla siebie.
— Po co nas tutaj przysyłają? zapytało młode dziewczę.
— Aby się rozerwać, a potem...
Zawahała się po raz drugi.
— Bo doktor Chambey znajduje mnie ciężko chorą, nieprawdaż? dokończyła panna. Guwernantka zaprzeczyła żywo.
— Bardzo chorą, nie... gdyby tak było, nie wysłanoby cię ze mną, lecz z matką...
— Cierpiącą trochę... Zmęczoną... Zanadtoś się bawiła podczas zimy... Wieczór uczty, nocami bale, tak... Wypoczniesz trochę a przyjdziesz do siebie.
— Do Allevard! dodała młoda panienka z goryczą, połączoną ze złośliwością... Czytała pani przewodnik?
— Ale...
— Ja studjowałam go starannie... Kiedy doktorzy wysyłają chorego do Mont-Dore lub Allevard, uważają go za nieuleczalnego!
— Co za szaleństwo!
— Niechaj pani sama przeczyta! Wydobyła książkę informacyjną wręczając ją guwernantce, lecz ta odepchnęła ją z oburzeniem.
— Gdybym przypuściła, że ci przyjdą podobne myśli, byłabym najpierwszym pociągiem zawróciła do Paryża.
— No, dajże pokój gniewowi! moja kochana Bernard. Trzeba być posłuszną woli ojca, matki i doktorom którzy to nakazują. Zobaczysz z jaką uległością wypełnię kuracyję przepisaną. Przysięgam ci, że będziesz ze mnie zadowolona. Okolica jest prześliczna, będziemy robić wycieczki... Chyba spacery nie są nam zabronione...
— Przeciwnie.
Garderobiana powróciła, niosąc na tacy dwie szklanki wody, a podając jedną panience, do której guwernantka dolała kropli pomarańczowych, rzekła:
— Gdzież ten powóz, na który czekamy. Kiedyż wreszcie przybędziemy na miejsce.
— Mamy jeszcze czas — odpowiedziała dziewczyna wesoło. — Trzynaście kilometrów. Prędko je przejedziemy.
— Trzynaście kilometrów! Zkądże wiesz o tem?
— Z przewodnika.
— Ach! zapomniałam. Ale wiedz o tem, że droga jest szkaradną, pagórki, parowy, jak mówił faktor nie powracający dotąd.
— To lepiej, podróż nasza będzie urozmaiconą.
Istotnie, droga była malownicza, lecz bardzo nierówna.
Z Pontcharra do Allevard wjeżdża się w najpiękniejszą okolicę Alp z Dauphiné.
Nasz młody turysta, już od dwóch godzin zachwycał się cudami, zmieniającemi się co chwila. Szedł nie spiesząc się, zatrzymując się na miejscach, pod któremi rozwijała się gromada gór, z ruinami starych zamczysk, zatopionych w zieloności wielkich drzew, u stóp których widniały urwiste wąwozy, głębokie doliny z bystremi potokami i kaskadami, pokrytemi białą pianą. Schodząc z pochyłości słynnego pagórka, oddzielającego doliny Graisivada i Allevard, noszącą szczególną nazwę Brame-Farine, czyli ryk dzikich zwierząt lub utyskiwanie nędzy, — usiadł na spadzie urwiska, przy zakręcie drogi, zagrodzonej parapetem wyżłobionym przez naturę w skale, gdy nagle usłyszał dziwny hałas.
Odwrócił się w stronę, zkąd krzyk dochodził.
Był to odgłos dzwonków, wstrząsanych przez konie, idące truchtem w zaprzęgu, połączony z turkotem źle okutego powozu, klątwą mężczyzny i piskiem kobiet.
Młody człowiek stanął na pochyłości, lecz nic nie mógł dostrzedz.
Droga tworząca zakrzywienie, zasłonięta do tego wielkiemi, pochylonemi drzewami, zakrywała widok przynajmniej na sto kroków.
Nareszcie wytoczył się pojazd, powożony przez młodego, niedoświadczonego gbura, popędzającego konie ile mu sił starczyło; obok zaś niego stojące dwie kobiety, trzymając się jego ubrania, kłóciły się zajadle, starając się zatrzymać woźnicę.
Młoda dziewczyna będąca w głębi karety, zdawała się być obojętną na to, co się wkoło niej działo.
Niebezpieczeństwo mogło stać się groźnem wobec pijanego chłopa, sypiącego przytem klątwami, obrażającemi kobiety.
O kilka metrów od miejsca na którem znajdował się nasz znajomy turysta, parapet ze skał zagradzał drogę.
Jeden zły skręt, a pojazd byłby się stoczył w przepaść.
Oczy garderobianej dostrzegły młodego człowieka i zdały się błagać pomocy.
Rzucił się do koni; pochwycił jedną ręką za uzdy, a wyrwawszy lejce woźnicy, zręcznym skrętem wyprowadził je na równą drogę, zatrzymując też jednocześnie i pojazd.
Młoda dziewczyna, lekka jak ptaszę, wyskoczyła z pojazdu, wyrażając wdzięczność młodemu człowiekowi, pod czas gdy woźnica obsypywał grubijańskiemi słowy podróżne za obawę, jakiej uległy.
Silnym rzutem ręki młodzian schwycił gbura za kark, sadowiąc go na stosie kamieni.
Chłop z Pontcharra, ujarzmiony takiem przyjęciem, chciał się pomścić, podnosząc bat na napastnika.
Młody podróżny wyrwał mu bat, a zgiąwszy go jak serso, rzucił w parów.
Nastąpiło wyjaśnienie.
Podróżne, widząc nierówność drogi, prosiły woźnicę, by zjeżdżał wolno, lecz ten nietylko że nie usłuchał swych pasażerek, ale drwiąc i szydząc, zaczął galopować na skręcenie karku. — O! nigdy już nie pojedziemy z takim gałganem — powiedziała guwernantka.
— Stara sowa! — klął chłop z Pontcharra.
— Wolałabym była przenocować w tym rowie — dodała młoda dziewczyna.
— Tchórze, jak zmokłe kury! — łajał dalej woźnica nawpół jeszcze pijany.
— Jeżeli nie przestaniesz — zawołał nieznajomy — oberwę ci uszy. Jesteś niezgrabą, ty wałkoniu.
Człowiek z Pontcharra spostrzegł, że to nie przelewki, a mając kurs z góry zapłacony, przeszedł za pojazd, poza którym znajdowała się przystawka dla przywiązywania rzeczy, odwiązał cichaczem sznury, podtrzymujące walizy, a stoczywszy ciężar na drogę, wskoczył na kozioł, mówiąc:
— Nie chcecie jechać, to zostańcie tutaj. I nie czekając odpowiedzi, podciął lejcami szkapy, zwracając się na drogę do Pontcharra.
Nieznajomy był również rzeźkim jak silnym i mógłby zatrzymać odjeżdżającego, lecz dla czego zamiast przeszkodzić, patrzał z zadowoleniem za oddalającym się.
Pozostał więc sam między trzema kobietami, zarzucającemi go podziękowaniami.
— Jakże panu dostatecznie podziękujemy za tyle grzeczności?
— Ależ niema za co, ręczę paniom.
— Jak nas pan zobowiązał dla siebie!
— Prawdziwie, zawstydzają mnie panie!
— Gdyby pan wiedział, jakeśmy się bały tego warjata!
— Taki grubijanin!
— Co za szczęście, żeśmy pana spotkały!
Guwernantka nie ustawała w podziękowaniach.
Młody człowiek napróżno starał się tłumaczyć, że to był zwykły a nie nadzwyczajny wypadek, że każdy inny byłby tak samo postąpił, a więc nie było za co dziękować.
Przecież należało się zaopiekować trzema bezbronnemi kobietami i rzeczami, mającemi być odstawionemi do Allevard, udawano się bowiem do tamtejszych kąpieli.
Młoda panienka, widocznie najgłówniejsza osoba z tej trójki kobiet, dołączyła również swoje podziękowanie:
— Istotnie, winnyśmy panu może ocalenie życia!
— O, proszę pani — rzekł skromnie — nic tak nadzwyczajnego.
Dziwny fakt stawiał te dwie istoty naprzeciw siebie, które zdawały się być stworzonemi jedna dla drugiej. On, silny, energiczny, pięknie zbudowany, dumny, jakby trochę dziki, potrzebował przywiązania, którego był pozbawiony od dzieciństwa, sam zaś, żądny opieki nad istotą słabszą, opadającą z sił, jak ta delikatna i gnąca się roślinka, potrzebująca podpory lub pnia drzewa, aby się w koło niego owinąć.
Patrzeli na siebie.
Młoda dziewczyna podniosła wzrok nieśmiało na tego człowieka, mającego stać się dla niej niezatartem wspomnieniem, a lekki rumieniec okrasił jej blado-lilijowe lica, ze słabym przebłyskiem krwi, tak pięknym niekiedy, lecz tak bolesnym dla serca matek.
Zwalczywszy pierwsze wrażenie, przybrała ton naturalnej wesołości, może więcej dla ukrycia pomięszania i ocalenia sytuacyi, aniżeli z naturalnego popędu, mówiąc wesoło:
— Toż to dopiero w przepysznem znajdujemy się położeniu. Co dalej począć?
Trzeba było dotrzeć do Allevard, znajdującego się od czterech do pięciu kilometrów.
Nie przedstawiało to wielkiej trudności, należało tylko poczekać, a niezawodnie wkrótce nadjedzie jaki dyliżans, wóz, bryczka lub inny pojazd, możebny do przewiezienia.
Nieznajomy widocznie tak samo myślał, gdyż zdawał się mieć zamiar pożegnania dam, z któremi zawarł znajomość podczas nieprzewidzianego wypadku.
Ale młoda panienka, śmiała i obyta w towarzystwie, odrzekła bez zmięszania:
— Przecież nas pan nie pozostawi same, opuszczone kobiety na drodze z walizami. Prosimy pozostać do końca naszym wybawicielem.
— Aby zasłużyć na podobne miano, potrzeba narazić się na niebezpieczeństwo...
— Jeżeli w niem nie jesteśmy w zupełności, to przynajmniej znajdujemy się w wielkim kłopocie. Pragniemy wierzyć, że się pan zechce nami zaopiekować.
Niemal w tejże samej chwili dał się słyszeć turkot kół po kamykach ścieżki, prowadzącej do lasu, a potem śpiew, rozlegający się z całego gardła, znanej wieśniaczej piosenki:
W koło niej owieczki pasące.
Szczęściem, turkot wózka i szum płynącego w pobliżu potoku zagłuszył dalsze słowa.
Nieznajomy spojrzał na młodą dziewczynę.
— Aby tylko ten nowy gbur chciał być grzecznym, to on właśnie stanie się wybawcą.
Wypowiadając to, uśmiechnął się, odkrywając najpiękniejsze zęby, jakie tylko widzieć można było.
Wytoczył się też wózek, zaprzężony w dwa ładne kuce.
Na widok trzech kobiet, młodego człowieka i bagaży, powożący próżnym wózkiem zatrzymał się!
— Chcesz dobrze zarobić? zapytał podróżny wieśniaka.
— Czego państwo żądają, jestem na ich usługi.
— Przewiezienia do Allevard tych pań i ich rzeczy.
— Chętnie. A ile dadzą państwo?
— Ile żądasz?
Góralczyk patrzył za zdziwieniem.
— Dziesięć franków.
Młoda dziewczyna sięgnęła ręką do kieszeni, wydającej brzęk poruszanego złota, a dobywszy dwa luidory, podała je wieśniakowi. Za połowę, a byłby chętnie pojechał nawet do Grenoble. Podobna gratka mile bywa witaną przez góralczyka, nie mogącego zapracować sto su przez rok cały.
— A teraz, rzekła do nieznajomego, odbędziemy podróż razem. One, niechaj się sadowią jak zechcą.
— Ale... przerwała guwernantka.
— Moja kochana Bernard, jesteś zanadto zmęczoną... Usiądź na skrzyni... Zuzanna jak chce, to pójdzie z nami, a jeżeli nie, to niechaj siada na rzeczach.
Nie było czasu opierać się.
Zresztą guwernantka leniwa z natury, dbająca o swoje wygody, nie gniewała się za podobny fortel.
Panna służąca usiadła na walizach.
Młoda dziewczyna, wydawszy rozporządzenia, pociągnęła towarzysza, poznanego wskutek zaszłego przypadku, mówiąc krótko:
— Chodźmy!
Został posłusznym. Panna otworzyła parasolkę dla zasłonięcia się od słońca i udano się w drogę.
Droga prowadziła pod górę, przerzynając las jodeł i brzóz, poszczepianych w odwrotnej stronie muru poprzecznego Brame-Farine.
— Sądzę, że lepiej by było pani zatrzymać się na jaki przejeżdżający powóz... Do Allevard jeszcze kawał drogi... Zdaje mi się, że najstosowniej postąpię, gdy podążę do Allevard dla przysłania po panią.
— Nie! dodała żywo .Okolica jest piękna... Przygoda podobna zajmuje mnie... Skorzystam z przyjemności porozmawiania z panem... któryś nam oddał przysługę...
— Proszę pani, więcej o tem nie wspominać, rzekł zniecierpliwiony.
— Niechaj i tak będzie.. Wyznaję, że jestem rada pozbywszy się na chwilę tej Bernard.
— Któż to taki, ta Bernard?
— Stara panna, którąś pan widział.
— Pani nauczycielka?
— A! tak... stara gospodyni, rodzaj klucznicy w domu, coś nakształt „bonse-keeper“ kobieta do gospodarstwa u anglików „house maid“... bona rozumie pan?
— Trochę.
— Umie pan po angielsku?
— Nie bardzo dobrze, cokolwiek...
— Bernard zastępuje mi matkę w czasie podróży.
— To pani „blunderbuss“, obrona od napaści?
— Dobra nazwa. Nauczycielkę miałam angielkę. Odjechała do swego kraju, biedna dziewczyna, dotknięta chorobą.
— Jaką?
— Niewiadomo... Mówiono, że to anemija, konsumpcyja. Ja przypuszczam, że to ze zmartwienia.
— I ona?
— Umarła.
— Każdego z nas może coś podobnego spotkać. Czy była młodą?
— 24 lat... Bardzo dobra... bardzo ładna! Co za boleść, umierać w 24 roku życia, Ponah!...
Intonacyja ta, zwróciła uwagę towarzysza.
— Wszakże nie z obawy o siebie, pani o tem mówi?
— Muszę być przecież chorą, kiedy doktór Chambay...
— Kto taki?
— Doktór Chambay, z instytutu... Pewno pan słyszał o nim?
— Często nawet.
— Ah!
— Jestem uczniem medycyny.
— Na którym kursie?
— Na trzecim.
— To bardzo dobrze, bardzo dobrze, przecież medycyna to niewielka rzecz!
— Dlaczego to pani mówi?
— Bo jestem chorą, a nie leczą mnie.
— I to przyczyna?
— Pan zna doktora Chambay?
— Ze słyszenia.
— A więc! to doktór Chambay wysłał mnie na sezon kuracyjny...
— Powietrze górskie wzmocni panią.
— Nic nie wiem. Również lubiłabym i nasze... Paryż albo Burgundyja. Jestem uległa. Wysyłają mnie do Allevard... Jadę tam... każą robić inhalacyje. Będę je spełniać... punktualnie, proszę wierzyć. Każą brać tusze... nie cierpię tego, lecz będę brać chociaż mi się wydają śmieszne. Kiedy pan jesteś uczniem medycyny, musisz wierzyć w medycynę?
— A pani?
— Ja, wcale nie wierzę, nic a nic...
— To ta pani Bernard? przerwał młody człowiek, uśmiechając się...
— Stara panna. Moja opiekunka.
— A ta druga?
— Moja garderobiana, Zuzanna, bardzo dobra, słodka jak cukier. Po kuracyi przyjmą mi nową nauczycielkę, zawsze angielkę... starają się już.
— Czy to tak trudno znaleść?
— Jak pan myśli... dobrych... tak.
— Dlaczego pani nie podróżuje z matką?
— Alboż ja wiem! Zajętą jest bardzo. Świat! Interesa!...
— Czy jest w interesach... W jakich?
— Przyjęcia, objady, wieczory, intryżki... polityczne lub inne, wszystkie nowinki Paryża... Chce pan wiedzieć prawdę?
— Co takiego?
— Wyznaję szczerze, że jestem zadowoloną, wydaliwszy się na jakiś czas stamtąd. Mnie świat nudzi... drażni mnie... denerwuje... Gdyby mnie nie przymuszano po przybyciu do Allevard i pozostawiano w spokoju, w niewielkim, skromnym pokoiku, pozwolono oddychać swobodnie powietrzem, brać natryski z zimnej wody i pić wodę tylko, byłabym szczęśliwą jak królowa.., przechadzają się przytem po miejscach dzikich, jak te naprzykład... Toby mnie zmieniło. — Westchnęła głęboko.
— Oh! ten Paryż, szeptała, jak ja, go nienawidzę.
Nastąpiła cisza.
Przez kilka minut szli obok siebie przypatrując się sobie ukradkiem.
Młoda dziewczyna, ożywiona chodem, zarumieniła się, stając się zachwycającą.
Oczy jej wielkie i niebieskie, wyrażały nadzwyczajną słodycz, a w chęci wdychania czystego i świeżego powietrza, widoczną była żądza życia i zaczerpnięcia w tej ożywczej okolicy zdrowia, po które ją wysłano.
Nieznajomy, badając ją z prawdziwem zajęciem, zadawał sobie pytanie, czy to wątłe i delikatne stworzenie było istotnie skazane i czy doktorzy nie pomylili się w okrutnej przepowiedni?
— A jaki cel pana życia? zapytała, zatrzymując się zdyszana na szczycie pagórka, zkąd odkrywał się obszerny horyzont.
— Zdążam do tego, com zaczął.
— Prędko pan zostanie doktorem?
— Niedługo, lecz to dla mej przyjemności i oddania przysługi, gdy będę mógł.
— Ile pan ma lat?
— Dwadzieścia cztery.
— A ja 17. Czy pan bogaty?
— Nie. Nie dbam o majątek... Mam z czego żyć podług upodobania... bardzo skromnie.
— Czy jest pan szczęśliwy z podobnemi ideami?
— Może spoczniemy... Musi pani być zmęczoną.
— Trochę... prawda. Prędko się męczę.
Usiadła na kamieniu.
Mały wózek z dwoma kobietami i walizami, zbliżał się.
— Wkrótce nie będziemy sami, rzekła młoda dziewczyna, a chcąc się zobaczyć, należy wiedzieć przynajmniej nasze imiona. Pan się nie pyta o moje?
— Po cóż mi to? Powiedziałem pani, że nie jestem bogatym. Co możemy mieć wspólnego razem?
— Ale...
— Wypadek nas połączył... To interes chwili.
— Czy pan okrutny... czy dumny?...
— Ani jedno, ani drugie.
— Zanadto więc dyskretnym pan jesteś! Dowie się pan jednak imienia tej, którą pan ocalił — zadecydowała wesoło.
— Nie ocaliłem pani... Byłbym szczęśliwym, gdybym to uczynił.
— Nazywają mnie Teresa... Czy to imię podoba się panu?
— Bardzo. Jest to jedno z tych imion, jakie przekładam nad inne.
— Tem lepiej... Teresa de Blangy.
Siedzieli koło siebie.
Nieznajomy pobladł i wstał.
— Pani jest?...
— Teresa de Blangy! Cóż w tem tak nadzwyczajnego?
— Córka markiza?
— Tak.
— Czy ojciec pani nie nosił kiedyś innego nazwiska?
— Tak... proszę zaczekać... Valencourt... Franciszek Valencourt. Tytuł odziedziczył po wuju.
— A pan czyż mi nie powie swego nazwiska, zapytała czule, z wzruszającą gracyją i dziecinną serdecznością, zatapiając swoje łagodne spojrzenie w czarnych oczach towarzysza.
Przez chwilę słowa wymówić nie mógł. Uczuł wzburzenie gniewu. Wszystkie uczucia źle przytłumione odżyły.
Lecz gniew ten prędko przeszedł pod anielskiem wejrzeniem panny de Blangy.
— Moje nazwisko, odpowiedział z goryczą, jest tak nieznane, że pewno go pani nie zapamięta.
— Myli się pan.
Położyła rękę na serca.
— Przeciwnie, coś mi mówi, ze pozostanie wyryte na zawsze.
— Nazywam się Filip.
— Jakto Filip?
— Krótko, Filip.
— To niepodobna!
— Matka moja zakończyła bardzo nieszczęśliwie. Inne imię nadane mi było z litości... jak i trochę mienia, które posiadam.
Wskazał na zbliżający się wózek.
— Nie jest już pani samą... odpowiedział, żegnam panią.
— Pan nas opuszcza?
— Muszę.
— Już?
— Oczekują mnie.
— Sądziłam, że pan zdąża do Allevard.
— Nie teraz jeszcze?
— Ale zobaczymy się jeszcze?
— Kto to może przewidzieć.
— W kąpielach pozostanę przez sześć tygodni, pozwól mi pan mieć nadzieję, że tam przybędziesz...
Poprawił torbę na ramionach, zdjął kapelusz, a ukazując na lewo ścieżynkę, prowadzącą w wysoki las, powiedział:
— Moja droga tędy prowadzi.
— Gdzie pan idziesz?
— Tam. Wskazał na dzwonnicę, wyłaniającą się śpiczastym zakończeniem, ze złotym kogutem, pośród nędznej plantacyi sosen i krzaków rozsianych na wierzchu skały, obrosłej mchem i polną różą.
Pokłonił się damom na wózku i młodej panience.
— Czyż pan nie poda mi nawet ręki? zagadnęła Teresa.
— Z przyjemnością.
Dotknęli się palcami.
Uczuł drżenie, wstrząsające młodą dziewczyną, której twarz pokryła się żywym szkarłatem.
— Żegnam panią, wyrzekł z wysiłkiem, aby się nie poddać powabowi jaki go pociągał.
— Nie żegnam, ale do widzenia.
— Żegnam — powtórzył stanowczo.
— Nie, pan przyjedziesz!
Wskazała na domy z Allevard po dwóch brzegach potoku, oblewającego je, na jedną z najpowabniejszych dolin w okolicy i tak już przepysznej.
— Ja, odrzekła mam nadzieję i czekam pana. Skłonił się nic nie odpowiedziawszy, zagłębiając się szybko w ścieżynkę, jakby uciekał i znikł. Panna de Blangy zmieszała się, nie wiedząc, co sądzić o tak nagłem rozstaniu się.
— Jak się nazywa ta wioska? zapytała woźnicę wózka, wskazując ręką ku dzwonnicy ze złotym kogutem.
— Tam w zaroślach?
— Tak.
— To Buisson.
— Czy jest tam oberża?
— Naturalnie i do tego sławna jeszcze... La Truite...
— Jak?
— Mówię la Truite. Wszyscy ją znają.
— Czy wielu jest tam mieszkańców?
— Dosyć... drobniejszych mieszczan, ludzi, zmuszonych żyć o własnym koszcie, lub kąpiących się z Allevard przybywających dla zwiedzenia.
— La Truite. Le Buisson... powtarzała rozmarzona młoda dziewczyna. Odnajdę go.
O godzinie dziewiątej tegoż samego dnia zmrok zapadł na przepyszny krajobraz odkrywający się z oberży la Truite, będącej najgłówniejszym punktem zebrania.
Wieśniak z Pontcharra, przybyły na pomoc podróżnym, nic nie przesadził, wychwalając nieporównany urok, tego gościnnego domku.
Skromna i wiejska oberża la Truite, pociąga więcej niż wiele okolicznych zamiejskich zajazdów Paryża, gdzie młodzież chętnie podąża, dla spożycia kawałka pieczeni, podlewając ją kieliszkiem wina.
La Truite przypomina domek leśniczego w kształcie szaletu, zdobnego w drewniane wyrzynane balkony, i otaczających go cieni.
Tamto schronił się ów pieszy podróżny, oddalając się pośpiesznie od panny de Blangy.
Nazwisko młodej dziewczyny wywarło na nim silne wrażenie.
Opuszczając ją nie wiedział, gdzie idzie.
Usiadł o kilka kroków od drogi na pniu obalonego drzewa, nad brzegiem parowu, pod sklepieniem z liści.
Miejscowość była samotną i dziką.
Wsparłszy głowę na ręku, nasłuchiwał turkotu małego wózka, zdążającego do Allevard, sadząc, że patrzy jeszcze na tę młodą dziewczynę. Złorzeczył chwili spotkania jej; odkrycie nazwiska wywołało tyle bolesnych i przykrych wspomnień.
Nic nie tamowało jego rozmyślań.
Wspomnienie przeszłości od pierwszych dni zawikłanego jego urodzenia, aż do chwili dziwnego i oryginalnego spotkania, zamąciło spokój zbolałej i chorej duszy.
Turkot dawno zamilkł i słychać już tylko było szum potoku, spadającego ze śnieżystych szczytów niezrównanego w piękności krajobrazu, przypominającego najpiękniejszy kanton Sabaudyi lub Szwajcaryi, — a on siedział jeszcze i dumał.
Nakoniec szybko podniósł się, otrząsnął pył z ubrania i jakby nabierając odwagi pomyślał:
Dla czegożby wypadek, zbliżający go do sympatycznej dziewczyny, mającej pozostać dla niego obcą, miał wpłynąć na jego życie?
Czyż sobie nie nakreślił i nie wytknął planu i celu jego?
Czy miałby tak łatwo zapomnieć o postanowieniu?
Krokiem śmiałym i pewnym wstąpił na pagórek, podążając do Buisson; w miarę przecież jak się zbliżał do kościółka, nieprzezwyciężona pokusa zatrzymała go, spojrzał w stronę Allevard mówiąc:
— Ona tam jest!
Allevard wyróżniał się dachami domostw i malowniczością ogrodów, otaczających zakład kąpielowy. Jakby dla przerwania napastującej go myśli, zbliżył się do księdza, wychodzącego z cmentarza, okalającego dzwonnice, pytając uprzejmie:
— Ksiądz proboszcz raczy mi wskazać, gdzie jest oberża?
— Tam, pomiędzy drzewami. Poznasz pan łatwo po szyldzie.
— Dziękuję księdzu proboszczowi.
O kilkadziesiąt kroków dalej, ukazała się oberża, ze znakiem odmalowanym prawdopodobnie przez wesołego amatora, artystę-malarza, przybyłego z nad Izery.
Szyld przedstawiał kucharkę, trzymającą patelnię, a kilkanaście pstrągów wskakiwało na nią.
Raźna dziewczyna, podobna do służącej z Pontcharra, stała na progu, a spostrzegłszy zbliżającego się turystę, postąpiła bliżej, zapytując:
— Może pan żąda pokoju?
Pomimo melancholijnego usposobienia, widok uprzejmej młodej i wesołej dziewczyny ożywił twarz jego.
— Owszem, proszę o pokój, odpowiedział młody człowiek weselej.
— Na jak długo?
— Nie wiem... Zależeć będzie... jak mi tutaj będzie dogodnie...
— O, może pan być pewnym. Dom ten ogólnie znany.
— Czy można będzie dostać i obiad?
— Natychmiast.
— O, to bardzo dobrze.
Podróżny wszedł dalej.
Czystość prawdziwie holenderska panowała w około kuchni i domu. Dwie służące, jakby naśladujące kucharką z szyldu, obtaczały pstrągi mąką, a spostrzegłszy nowo-przybyłego, pokłoniły mu się uprzejmie, podczas gdy dziewczyna wprowadzająca gościa, odczepiała klucz z tabliczki, mówiąc:
— Niechaj pan będzie łaskaw pofatygować się ze mną.
W kilka minut znalazł się w obszernym pokoju na najwyższem piętrze, z szerokiem oknem, wychodzącem na drewniany balkon.
— Jest to najwygodniejszy pokój, zapewniała służąca. Jeżeli pan życzy na niższem piętrze zmienimy natychmiast, dodała, ukazując dwa rzędy pięknych zębów.
— Pewną jestem, że panu tutaj będzie wygodnie! Będę się starała aby panu na niczem nie zbywało. Czy pan sam tylko?
— Tak, jak panienka widzi.
— W pana wieku podróżować samemu?
Służąca z natury, wielomówna odrazu, jak to mówią pobratała się.
— Pan niema krewnych?
— Tak mam siostrę.
— Czy zamężna?
— Nie... tak jak i ja.
— Młoda?
— Tak.
— Musi być ładną, jeżeli do pana podobna.
— Prawda, powiedział młody człowiek zadumany. Piękniejsza nad wszystkie.
— Dlaczego jej pan osobą nie zabrał?
— Dlaczego? Chciałem, ale ona sama podróżuje...
— Ah!... czy daleko?
— Bardzo daleko?... w Anglii... w Ameryce... Bóg wie gdzie jeszcze?
— Jak jej na imię?
— Magdalena... Czy są goście w oberży?
— Kilka osób... Lecz wiele przybywa z Allevard... rano na śniadanie.
— Nie będzie się pan tutaj nudził... Widok stąd przepyszny..
— Prawda.
— Oto woda, ręcznik, pościel, wszystko czego potrzeba.
— Dziękuję.
— Jak pan będzie czego potrzebował... niechaj mnie pan zawoła przez okno... Usłyszę zaraz.. Moje imię Maryja-Ludwika.
— Ładne imię.
— Nie bardzo... lecz trzeba było przyjąć jakie nadali, nieprawdaż? Objad o wpół do siódmej... Zostaje panie wiele czasu do przebrania się.
— Nie długo to potrwa.
Wyszła, rzucając, tak jak służąca z Pontcharra, spojrzenie wymowne ku pięknemu przybyszowi o powierzchowności skromnej a zarazem bardzo dystyngowanej. Służąca z la Truite, z imieniem cesarzowej Maryja Ludwika, miała dobry gust.
Podróżny pozostawszy sam, rozejrzał się po pokoju, mającym być jego mieszkaniem, przez godzin lub dni kilka może. Uśmiech zadowolenia okrasił jego usta. Nie było przepycha ani zbytku, lecz wszystko uśmiechało się do niego, pachniało lawendą, żywicą, zapachem pól i lasów. Mury i sufity ugajone jodłami. Łóżko zagłębione w alkowie, toaleta z takiego drzewa, krzesła i stół trzcinowe, składały umeblowanie wykończone przez wiejskiego stolarza a przecież czuł się zadowolonym jak w celi zakonnej.
Dzwonki na szyjach krów dojnych rozlegały się po pastwisku sąsiedniego zagrodzenia.
Przez roztwarte okno widać było wygony z drzewami i krzewami, zniżającemi się prostopadle, tworząc cypel, jak parów w przepaści.
Przy świetle wieczornem wszystko było ciemno zielone, liście drzew, trawa na pastwisku aż do czubków kamieni mchem porosłych, przedstawiających się jak czaszki olbrzymów, przemienionych w kamienie i pochłoniętych przez powódź.
Jakiś dobry duch owionął młodego człowieka. Było to uczucie, jakiego doznaje podróżny, spragniony kropli czystej wody, po wyjściu z piaszczystej pustyni na oazę zieloności.
— Czy tutaj znajdę wypoczynek? zapytał sam siebie. Otworzył sakwojaż podróżny.
Zawierał on tylko niezbędne przedmioty do toalety, dwie koszule flanelowe, papier pióro i fotografię, którą umieścił na stoliczku dotknąwszy jej wpierw swemi ustami.
— Biedna Magdaleno! gdzie jesteś? rzekł do niej, jak gdyby mogła go usłyszeć.
Umieścił też i resztę drobnych sprzętów na stoliczku, ubranie, służące mu na zmianę, powiesił w szafie, rozgościł się w pokoiku jak gdyby zamierzał pozostać czas jakiś Mały dzwonek zawieszony na końcu domu, wydzwaniał zaproszenia na objad. Zszedł.
Gospodyni przyjęła go z podziwem zachwytu. Inne kobiety doznały takiegoż samego wpływu, i gdyby kto z gości oberży był znał przed 20 laty Filipa Valencourt, siostrzeńca markiza de Blangy gdyby Joson Kerhoël wierny Bretończyk, mógł się tutaj znaleść, niezawodnie uderzyłoby go tak nadzwyczajne podobieństwo.
Lecz Joson Kerhoël był w Paryżu, w zamku de Blangy nie opuszczając go od czasu znanych nam wypadków.
Joson oddawna został posunięty na poufnego służącego Franciszka Valencourt, dziedziczącego tytuł wuja markiza de Blangy-Cussey. Joson zatracił ślad Magdaleny Stefani i jej dzieci. Czy oczekiwał, jej powrotu? Może.
Lecz chwilami pomimo swej silnej wiary w Opatrzność, wiary Bretończyka ślepej i niezachwianej, przecież powątpiewał i rozpaczał, to się nie mógł nic o niej wywiedzieć.
Jakkolwiek bądź było, zyskał zaufanie swego pana o tyle, o ile można było wniknąć w tę duszę, ulepioną z niedowiarstwa, podstępu i podejrzeń.
Cóżby to była za radość, gdyby mógł odnaleść swego dawnego pana pod postacią tego drugiego, w którym pierwszy odżył.
Lecz obaj nie znali się i nie wiedzieli o sobie.
A przecież był to Filip, syn Magdaleny Stefani i jej kochanka, adoptowany syn i spadkobierca Wincentego Arbaud, pupil Bouraill’a, tego zacnego serca i perły prowincyjonalnych pisarzy.
Dla czego tak młody, bogaty, niezależny, silny, pełen zdrowia, a twarz jego nosiła piętno smutku i zniechęcenia?
Zeszedł do kuchni, obszernej, czyściutkiej, z zapachem smacznych potraw, podniecających podniebienie. Oberżystka zdała się reklamować swoją renomę na szyldzie odbitą. Stos pstrągów długich jak śledzie oczekiwał gości. — Osiem czy dziesięć nakryć położonych na stole w sąsiedniej sali, ugajonej jodłami, pokostowanej jak i reszta domu, w której goście zabierali już miejsca.
— Niechaj pan zajmie to miejsca, odezwała się służąca, wskazując nakrycie, z wyboru zarezerwowane dla nowego gościa. Widocznie Maryja Ludwika zaczęła się interesować przybyłym turystą.
Około godziny dziewiątej wieczorem, po wybornym objedzie i spacerze po okolicy, wszedł do swego pokoiku, usiadł przed małym stolikiem, a wziąwszy papier i pióro, napisał list następujący:
„Od chwili naszego rozłączenia się przeszło pół czwarta roku, smutno mi i ciężko na świecie, brak mi sił i odwagi.
„Pisuję do ciebie często, nie wiedząc nawet czy Cię listy moje dochodzą; odpowiedź bowiem Twoja zaledwie to słów kilka zawiera: „Bądź spokojnym, jestem zdrową i kocham Cię“.
„Nie masz pojęcia do jakiego stopnia Twoje milczenie martwi mnie; zdaje mi się, że się więcej nie zobaczymy.
„Porzuć te czarne myśli i chęć zemsty, zatruwającej Twą duszę. Pewnym jestem, że podejmujesz zadanie nad siły.
„Posłuchaj mnie.
„Nie wątpisz przecież o mojem dla ciebie uczuciu. Jest ono niepodzielnem, całkowitem, tak głębokiem, jak tylko być może przyjaźń brata dla siostry szalenie kochanej.
„Lata naszej młodości spędziliśmy W niezakłóconym spokoju, bez mniejszej sprzeczki, zawsze razem z sobą.
„Jakimże to staraniem i troskliwością otaczałaś mnie ty moja najdroższa starsza siostro, zastępując mi matkę, której obraz tak do ciebie podobny, poważny a piękny, wiecznie tkwiący w mej wyobraźni, nachylony nad mą kołyską we śnie i podczas dnia czuwający nad mem niemowlęctwem.
Sieroty, sami we dwoje, do kogóżbyśmy się byli przywiązali, gdyby serc naszych nie łączył łańcuch niemożebny do zerwania?
„Nic w życiu nie zmieniłoby mego serdecznego uczucia dla ciebie.
„Moja kochana i najdroższa Magdaleno, jakiś fatalizm krąży nad nami, lecz czyż możemy mu się wyrwać?
— Wierzaj mi! Mam dla ś. p. matki naszej najwyższy szacunek, jaki miałbym i dla najświętszej kobiety!
„Była matką naszą, a to znaczy wszystko.
„Żadne wspomnienie nie jest mi droższem, żadna pamięć świętszą!
„Lecz jakaby nie była obelga, którą jej uczyniono, jakąby krzywdę nam wyrządzono, jaki występek popełniono przeciw naszemu ojca matce i nam, nie czuję się być zdolnym do nienawiści, tem więcej do zemsty! Staram się zapomnieć i sądzę, że dopnę celu. Pragnę być użytecznym dla wszystkich potrzebujących mej pomocy i to największa moja pociecha. W tym celu studyjuje medycynę, aby z niej mieć pole do działania, dopomagać i przynosić ulgę innym.
„Dla tego, jakiby to nie był okrzyk wydobyty ze zbolałej piersi, w chwili rozżalenia, naszej biednej matki, zadawalniam się okrywając wzgardą tych, co nas bez litości obdarli, krzywdząc nas najokrutniej, bo pozbawili nas nazwiska.
„Niechaj ich własne sumienie będzie ich sędzią, a jego wyrok ich karą.
„Bezwątpienia, gdyś mi dała tę straszna historyję do przeczytania, gdyśmy czytali razem te linije zalane łzami naszej matki, zadrżałem na myśl o cierpieniach jakie przenosiła, a o smutnym i tragicznem zakończenia nie mogę wspomnieć bez drżenia, gniewu i oburzenia!
„Lecz cóż na to za rada?
„Niemało czasu upłynęło od chwili tego nieszczęścia.
„Grób ofiar pobożnie utrzymywany, pokryty trawą i kwiatami. Widziałem go przed kilka dniami, modliłem się długo i serdecznie na tem miejsca dla nas tak drogiem i świętem prawie.
„Zapytuję się jednak, czy mamy prawo pomścić tych, co nas zgnietli i płacić występek występkiem, również ohydnym jak i ich.
„Zwalczona bezustannemi troskami, rozjątrzona, wołająca o pomstę niesprawiedliwości, w rozpaczy, że nas ogołocono i zmuszono żyć z litości innych, nasza matka zakończyła swoje opowiadanie: „Pomścijcie nas! Gdy dorośniecie, napadnijcie nielitościwie tych, co was gnębili, okradli, wypędzili! Oddajcie raz za raz, obelgę za obelgę.
„W pierwszej chwili i jam poprzysiągł nienawiść.
„Biedna nasza matka!
„Powątpiewała o wszystkiem, o przyszłości tych, których opuszczała, pozostawiając je słabemi i bez środków do życia!
„Przyszłość, była dla nas łaskawą, Dzięki szlachetności tego, który nam dał swe nazwiska, pozbawiając się życia z rozpaczy za ukochana, młodość nasza upłynęła w spokoju, zamącona dopiero smutnem odkryciem.
„Przyjaźń uczciwego człowieka, naszego opiekuna, zacnego Bouraille’a, stąpającego krok w krok za nami, podtrzymywała nas i kierowała nami.
„Zapewne, że nie jesteśmy bogaci, jeżeli porównamy nasze skromne mienie z olbrzymia fortuna de Blangich, lecz jesteśmy niezależni i nie troszczymy się o środki na utrzymanie.
„Bouraille tak świetnie rządził pozostałym majątkiem podczas naszej małoletności, że go nam powiększył W czwórnasób.
„Z tego co mamy możemy żyć bardzo wygodnie po margrabiowsku nawet, pomyśl zresztą, jak życie jest krótkie.
„Zamieszkamy razem, poprzestaniemy na dostatnim miernym bycie, czegoż więc nam zabraknie?
„Pozostawmy naszą matkę, spoczywającą w spokoju w grobie. Spełniając jej rozkaz, czyż nie poruszamy jej prochów? Uczcijmy jej drogą nam pamięć. Bądźmy bez zarzutu. Niechaj nam sumienie nic nie wyrzuca.
„Wiem, że inaczej myślisz.
„Dotychczas nie mogłem cię przekonać.
„Chcesz pozostać posłuszną rozkazowi matki. Weźmiesz mi za złe chęć tamowania twych dążności. Krew korsykańska dziadka naszego kipi w Twych żyłach.
„Lecz zastanów się.
„Co możemy zrobić przeciwko ludziom tak niezmiernie bogatym, których położenie staje się dla nas niezwyciężonem.
„Masz lat 26, jesteś inteligentną i piękna. O tak, piękną, tak, jak była nasza matka; lecz jesteś słabą jak wszystkie kobiety, jesteś samą, zginiesz w olbrzymim tłumie. Duma Cię oszołomiła i poniżyła do czynów ohydnych i występnych.
„Co zrobisz?
„Przestań ubiegać się za czczemi złudzeniami i porażkami, nie mogącemi mieć żądanych przez Ciebie następstw.
„Gdybyś chciała, a przyszłość przed Tobą tak piękna!
„Ileż w koło Ciebie miłości, przyjaźni, ile zmartwień z przyczyny Twej nieobecności, ile wspomnień niezatartych!
„Błagam Cię na klęczkach! Porzuć niedoścignione plany, przyczynę Twego i mego nieszczęścia.
„Pewien jestem, że mnie posłuchasz. Rozum powinien wziąć górę nad ideą, niestety! przeciw której sam walczę staram się opanować ją.
„Daj się przekonać i wierzaj, że jesteś mi istotą najukochańszą na świecie i że za Ciebie chętnie poświęcą się do ostatniej kropli krwi.
„Piszę do Ciebie z wiejskiej oberży, gdzie pragnąłbym, abyś i Ty była.
„Nie masz pojęcia, co za spokój i cisza tutaj panują. Zapomniałabyś o urazach, czując się jakby odrodzoną pod wpływem tak zbawiennym.
„Jest to schronienie, gdzie nie dochodzi szum świata.
„Miejscowość tutejsza nazywa się la Truite, to Cię poinformuje, że się znajduję nad brzegami rzek, w których poławiają te doskonale ryby.
„Wioska zowie się Buisson.
„Jakim przypadkiem dostałem się tutaj, śmiem ci zaledwie opisać.
„Jednakowoż czynię to.
„Po ukończeniu rocznych egzaminów pojechałem na dni kilka do naszych przyjaciół w Pougny.
„Zobaczyłem się tam ze wszystkimi naszymi znajomymi. Zacnym Bouraill’em, naszym drugim ojcem, zajmującym się naszemi interesami z bezprzykładnym zaparciem się siebie i bezinteresownością, sędzią pokoju, poborcą, proboszczem, starą Marion, bardzo podstarzałą od twojego wyjazdu, kończącą 70 lat w tym roku. Monika również stara jak i pasterz Calorgue.
„Wszyscy ci ludzie są do nas nadzwyczaj przywiązani kochana moja Magdaleno i tęsknią za tobą.
Bouraille widocznie wtajemniczony w twoje plany, stara się mnie uspokoić, mówiąc o tobie przybiera tajemniczą minę: „Powróci wkrótce“, mówił.
„Nie zniechęcaj się. Czekaj. Pozwól jej działać. Jest bardzo rozumną.
W Jonceray byłem bezustannie przy tobie. Wspomnienie o tobie zasmucało mnie. Potrzebowałem rozrywki. Wybrałem się w podróż pieszo jako turysta, z sakiem na ramionach, laską w ręku i z biletem tysiąca franków w kieszeni.
„Wiesz, że nie jestem rozrzutnym.
„Dla pieniędzy nie spodlę się nigdy.
„O wielki Boże! Nie! Nigdy!
„Ludzie w miernym dostatku są również bogaci jak i milijonerzy, jeżeli potrafią się ograniczyć i żądza bogactwa nie zaślepi ich.
„Gdzie się udać?
„Okolica była mi obojętną, gdzieby to nie było.
„Wsiadłem na kolej w Chambery, a stamtąd jak żołnierz za etapem udałem się za popędem fantazyi, zatrzymując się to tu, to tam, po dniu lub nawet godzin kilka.
„Jestem, przyznaję się, wytrwałym turystą.
„Jakby stworzony do życia żołnierskiego, przechodzę dziesięć mil bez zmęczenia.
„Najpierw zatrzymałem się w Aix-les-Bains.
„Była to pora sezonu kąpielowego.
„Turyści napływali. Nienawidzę tłumów. Pomimo jeziora Bourget i tysiącznych atrakcyi tej uroczej okolicy, zmieniłem drogę, dążąc przez góry, doliny i lasy do punktu mego wyjazdu.
„Stamtąd rannym pociągiem udałem się do Grande Chartreuse.
„Klasztory pociągają mnie.
„Zdaje mi się, że tam życie jest spokojne, oddzieleni od świata, do którego, wskutek testamentu matki naszej, czuję wstręt nieprzezwyciężony.
W Pontcharra, małem miasteczku, malowniczo położonem na dwóch brzegach rzeki, toczącej swe przejrzyste wody z wielką szybkością wysiadłam z pociągu jednocześnie z trzema damami, jadącemi pierwszą klasą, z których najmłodsza słabego i wątłego zdrowia, zwracała ogólną uwagę wielką elegancją.
W dwie godziny później byłem sam na drodze do Allevard, wiesz zapewne, Allevard, kąpiele, gdzie doktorzy wysyłają takich chorych, z któremi nie wiedzą co zrobić — gdy wkrótce dostrzegłem powóz najęty, wiozący właśnie to trzy damy z Pontcharra, z głupim, pijanym i gburowatym chłopem, pędzącym z całych sił na złamanie karku.
„Napróżno owe panie starały się go zatrzymać.
„Spostrzegłszy grożące niebezpieczeństwo i trwogę kobiet, ująłem za uzdy konie, wyprowadzając pojazd na równą drogę, zrzuciłem z kozła pijanego woźnicę, oswobodziwszy tym sposobem nieznajoma mi kobiety, od niesfornego i pijanego przewodnika.
„Wdzięczność tych pań była aż do przesady, odesłano woźnicę i pojazd. A oto wyobraź sobie, pozostałe trzy kobiety po drodze wraz z ich bagażami i walizami, a co najgłówniejsza, młodą panienkę chorą i przestraszoną dążącą na kuracyję do Allevard, obok nich znajduję się i ja.
„Dwie starsze panie ze świty młodej panienki dosiadły najętego wkrótce małego wózka, szczęśliwym trafem napotkanego na drodze, którym powoził wieśniak przejeżdżający tamtędy.
„Ja i młoda panienka poszliśmy pieszo, co mi też dało możność do porozmawianie z nią i bliższego poznania.
„Jest to sympatyczne i młode stworzenie, nadzwyczaj dobre, łagodne, i skromne. Duże blado-niebieskie oczy i jasne blond włosy, buzia z rysami regularnemi zdały się prosić o serce i opiekę nad wycieńczoną cierpieniem i zmęczoną chorobą, o której mówiła ze smutną rezygnacyją i odcieniem złośliwości.
„Nie będę ci skrywał, że postępując koło niej, nie tylko szczerze jej żałowałem ale też i zająłem się nią na seryjo.
„Opowiedziała mi całe niemal swoje życie. Ma rok siedemnasty, należy do rodziny bardzo bogatej. Rodzice jej zajęci interesami i zabawami pozostawili ją prawie samej sobie. Wysłano ją do wód dla nabrania sił i wytchnięcia w górskiem powietrzu. Gdy powróci przyjmą jej nową nauczycielkę, poprzednia bowiem jaką, miała, do której była szczerze przywiązaną, powróciła do kraju i tam umarła.
„Wszystkie te szczegóły opowiedziała mi w krótkości, a zakończając, z cudownym wdziękiem i serdecznością rzekła:
„Pan, któremu tylem winna, bo może ocalenie życia, nie chciałbyś, że wiedzieć mojego nazwiska, aby kiedyś i o mnie wspomnieć?
„I natychmiast — pomyśl o mojem ździwieniu — dodała:
— „Nazywam się Teresa da Blangy.
„Co za spotkanie... Osłupiałem!
„— A pan, zapytała, jak się pan nazywa?
„— Filip.
„— Niema pan innego nazwiska? Filip?
Odpowiedziałem ostro.
„— Po co pani o tem wiedzieć? Nasze losy nie mają nie wspólnego Przypadek nas złączył na chwilę, a później, nigdy się więcej nie zobaczemy. Żegnam panią!
„I zamiast dotrzeć do Allevard, zwróciłem się w pierwszą lepszą ścieżkę prowadzącą w las, pozostawiając ją również zdumiona i osłupiałą, jakim i ja byłem, dowiadując się z kim rozmawiam.
„Ścieżką tą doszedłem do wiejskiej oberży, skąd właśnie piszę do ciebie moja kochana Magdaleno.
„Błagam cię, porzuć nienawiść; zaniechaj zemsty: Poszukajmy razem ustronia gdzie byśmy zapomnieli o złem jakie nam wyrządzono.
„Życie jest krótkie, a najwyższy spokój z dóbr doczesnych jest czyste i nie dręczone żadnym wyrzutem sumienie.
„Pozostaw mi nadzieję, że się wkrótce zobaczymy.
„Wierzaj, że kocham ciebie całem sercem, nic, tylko ciebie. Przesyłam ci najserdeczniejsze uściśnienie, jakie pragnąłbym złożyć ci w rzeczywistości.
„Kiedyż nareszcie spełni się to?
„Kochający cię brat.
Nazajutrz koło czwartej po południu transatlantycki „La Brétagna“ w powrocie z New-Yorku zatrzymał się w przystani Hawru.
Ów tegoczesny „Léviathans,“ ten kolos morza o śrubowej sile, pędzący z olbrzymią szybkością, o jakiej nie marzyli nawet starożytni Kolumbowie, pruł bałwany, podążając do przystani, gdzie oczekiwano na spełnienie formalności urzędowych, przybycia komisyi sanitarnej, sterników i innych.
Podróżni oparci o balustradę mostu, kłaniali się, oczekując z bijącem sercem wyzwolenia z tygodniowej niewoli między wodą i niebem.
Pomiędzy niemi wyróżniała się młoda kobieta, blondynka, elegancka, posągowych kształtów, błądząca wzrokiem po niewyraźnym konturze mglistych brzegów.
Trouville z przechadzającemi się na pomoście Kaszna, Houfleur jeszcze ciemniejszy, zagłębiony w swym estuarze zatrutym nieczystościami Paryża a z drugiej strony Sainte-Adresse, la Here z latarnią morską, nakoniec Hawre z szeregiem wysokich domów tworzących grupę koło basenów i grobli portowej, wyciągając, jakby na przyjęcie w swe objęcia nowoprzybyłych cudzoziemców lub powracających przyjaciół.
Młoda dama przechylona na poręczy mostu odwróciła się, poczuwszy dotknięcie ramienia dużej tłustej i szerokiej ręki.
Był to rosły i rzęźki mężczyzna, 40 może letni, a donośnym i dźwięcznym głosem, wydobywającym się z szerokiej piersi, odezwał się po angielsku:
— A więc! miss Arbaud przychodzi się nam rozstać?
— Niestety! odrzekła zaczepiona — podnosząc ręce zakryte po łokcie długiemi rękawiczkami opiętemi na wazkich rękawach popielatej sukni, obcisłej w talii, odznaczającej biodra przepysznie utoczone.
Postać rozpoczynającego rozmowę mężczyzny, chociaż pospolita, wykazywała jednak wielkiego eleganta o fizyjonomii szczerej i samowolnej; ubrany bogato lecz bez przymusu, a pugilares obficie wyładowany, rekomendował podróżującego dżentelmana.
Poruszył lewą ręką, ukazując na wskazującym palcu ogromny brylant, a gładząc z niezadowoleniem brodę okrągle obstrzyżoną dotknął delikatnie drugą ręką rękawiczki młodej kobiety.
— Pani jedzie do Paryża? zapytał.
— Tak.
— Czy mi pani pozwala odbyć tę podróż jeszcze z sobą?
— Jeżeli pan sobie życzy, panie Smith.
— Patrz pani na mnie, miss Arbaud.
— Z przyjemnością, panie Smith.
— Co pani widzi przed sobą?
— Widzę towarzysza podróży, nadzwyczaj uprzejmego, grzecznego, któremu zawdzięczam, że droga wydała mi się, tak krótką, jak gdyby to był zwyczajny spacer.
— Tylko tyle, miss Arbaud?
— Tyle, panie Smith.
Pochrząknął razy kilka, jakby akcentując.
— Hou! hou!
— A uderzywszy z całej siły o balustradę rzekł:
— Zmusza mnie pani do wypowiedzenia wszystkiego.
— Ale...
— Tem gorzej. Ma pani przed sobą, zakochanego, miss Arbaud.
— Zakochanego!
— Szalenie zakochanego.
— O panie Smith.
Młoda dama uśmiechnęła się, odpowiadając sąsiadowi, najczystszą angielszczyzną, jaką mówią od Londynu po Brighton. Lecz łatwo rozpoznać było w jej uśmiechu rodzaj przymusu, znerwowania i zmęczenia.
— Zakochanego zdolnego do wszystkiego, zrozpaczonego, odrzekł Amerykanin z energiją, kiedy mamy się rozłączyć nie otrzymawszy od pani słowa pociechy...
— Ależ się jeszcze nie rozstajemy, panie Smith!
— Pozostaje nam zaledwie godzin kilka. O północy staniemy w Paryżu i adieu. Może się już więcej nie zobaczymy.
— Bardzo być może, panie Smith.
Na tem się przerwała rozmowa.
La Brétagne wydał huk groźny i ruszył w drogę.
Yankes przestał mówić, podczas gdy młoda dziewczyna utkwiła wzrok swój w tą ziemię Francyi, witając ją z podwójnem wzruszeniem, jednem, jakiego się doznaje za przybyciem z dalekich krajów do ziemi ojczystej, a drugiem, silniejszem na razie, połączone z obawą na wspomnienia o postanowieniu i zadaniu, jakie na siebie przyjęła, choćby z narażeniem życia.
W pół godziny później siedziała już w pośpiesznym wagonie kolei żelaznej, zdążającym ku Paryżowi. Naprzeciw niej zasiadł Amerykanin, pożerający ją swemi wielkiemi wyłupiastemi oczyma pełnemi ognia, z jakim mówił na pokładzie la „Brétagne“, wyrażającemi przytem najczulsze przywiązanie i szacunek dla tej istoty, którą pragnął kochać i posiąść za cenę największej ofiary.
— Powiedziała pani dopiero co, że „może być, że się więcej nie zobaczymy“ — zaczął Amerykanin.
— I powtarzam to jeszcze, panie Smith.
— A więc myli się pani.
— Dla czego, panie Smith?
— Bo podobno właśnie, że cię będziemy często i długo widywali, miss Arbaud.
— Jakże się to stanie?
— Jak? Należę do rzędu tych, którzy gdy co uprojektują, to nie dają tak łatwo za wygrane.
— Jest pan wytrwałym, panie Smith — dodała, żartując.
— O tak, jestem nim. To znaczy, że jestem upartym jak dziesięciu mułów z Poitu, skąd pochodził mój dziad.
— A! pan jest?...
— Potomkiem jednego z towarzyszy Lafayette’a; tylko że markiz powrócił do Francyi, a mój dziad pozostał na miejscu. Nazywał się Bertrand i prawdę mówiąc, zdaje mi się, że był służącym u jednego z przyjaciół generała. Jego córka poślubiła niejakiego Smith’a i służący stał się panem. Gdybym obecnie chciał, mógłbym zakupić połowę kantonu, opuszczonego przez mego dziada.
— Wiem o tem, panie Smith.
— Powróćmy do mych projektów, miss Arbaud. Od lat dziesięciu poszukuję kobiety... lecz że jestem wybrednym...
— Nie znalazłeś jej pan.
— Owszem.
— Kiedy?
— Tej chwili, gdym wstąpił na Bretagne.
— W swej ostatniej podróży — zapytała złośliwie młoda kobieta.
— Niechaj pani nie żartuje, miss Arbaud; w ostatniej mej podróży, tej, którą odbywam w tej chwili. Dotąd nie spotkałem tego, czego pragnąłem, to jest towarzyszki wytrwalej, eleganckiej, dobrej rodziny, inteligentnej, zdolnej skrócić długie zimowe wieczory naszej wiejskiej samotności, gdyż nie jestem mieszkańcem miasta, miss Arbaud.
— I o tem wiem, panie Smith, — dodała jeszcze młoda kobieta.
— Nienawidzę tego ścisku w miastach, natłoku ludzi, prześcigających jedni drugich w zdobyciu dolarów, jak ulicznicy za bakalijami. Szukam towarzyszki zdolnej zastąpić mi świat cały, nie zmuszającej mnie do zwiedzania go. Gdym panią spostrzegł, powiedziałem sobie: Znalazłem nareszcie czegom pragnął. W czasie trwającej obecnie podróży studyjowałem panią. Poznałem panią, jak to mówią, od stóp do głów. Natura stworzyła panią piękną jak bóstwo, czegóż więcej żądać ze względów fizycznych? Co zaś do danych pani pod względem moralnym jest pani energiczną, poważną, prawą, z odcieniem smutku, wywołanym może... Czy pozwoli mi pani być szczerym, miss Arbaud?
— Proszę bardzo, panie Smith,
— Niepewnością o przyszłość.
— Nie rozumiem pana...
— To jest o mierny byt, niegodny pani.
Młoda kobieta poruszyła głową.
— Nie, panie, zaprzeczyła. — Zapewne, że nie jestem zbyt bogatą, lecz też nie mam wielkich wymagań.
— Po cóż więc pani jeździła do Ameryki?
— Chętnie panu opowiem, gdyż i ja również, panie Smith, oceniłam pana i powzięłam ka niemu wielką sympatyję.
— Oh! miss Arbaud! — zawołał Amerykanin zachwycony.
— Dlaczegóż miałabym cel mój ukrywać przed panem? Jeździłam, by zwiedzić, nauczyć się, znaleźć broń może!
— Broń, miss Arbaud! Przeciw komu?
— Przeciwko mym nieprzyjaciołom.
— Pani?
— Ja.
— Ależ jaką broń?
— Bywają rozmaitego rodzaju. Od półczwarta roku, jak opuściłam Francyje, spędziłam półtora roku w Anglii, z początku w pansyjonacie młodych panien, a potem jako kasyjerka u chemika, czyli aptekarza, jak nazywają francuzi. Później udałam się do New-Yorku, Bostonu, San-Francisco i Gujany... Tam wiele się nauczyłam...
— Powraca pani zadowolona?
— Prawie.
— Któż są ci nieprzyjaciele?
— Bardzo bogaci, potężni, obsypywani honorami.... pomimo, że nie zasługują na nie.
— I sądzi pani ujarzmić ich?
— Spodziewam się, panie Smith.
— Pani sama, miss Arbaud?
— Ja sama.
— Kobieta i tak młoda!
— Mam 26 lat, lecz zdaje mi się, że przeżyłam pięćdziesiąt, gdyż lata zmartwień liczą się podwójnie.
— Teraz ja pani powiem: Nic nie rozumiem.
— Daj pokój, panie Smith; byłoby to zbytecznem.
Historyja życia mego jest tak nadzwyczajna, że może powątpiewałbyś o mojej szczerości. Mam wytkniętą drogę. Nic mnie z niej nie zwróci... Chodzi tu o zemstę, co się zowie u nas wendetą. W żyłach matki mojej płynęła krew korsykańska. Tyle tylko mogę powiedzieć... Zostanę wolną, z chwilą, gdy celu mego dopnę. Jeżeli panu opowiadam to dlatego, że jesteś cudzoziemcem, bo spotkanie nasze zrządził wypadek i że pewno nigdy więcej nie usłyszysz nazwiska mego, bo tysiące mil będą nas rozdzielać.
— A więc! nie, tysiąc razy nie, zawołał Amerykanin.
Czekałem lat tyle na żonę o jakiej marzyłem, będą czekać jeszcze. Niechaj pani się nie stara przeszkodzić temu. Jestem bardzo stanowczym, miss Arbaud. Ile czasu żądasz pani dla swego tajemniczego przedsięwzięcia?
— Nie wiem... Zresztą nie przetrzymam tego, upadnę pod tym ciężarem.
— Jakiego czasu potrzebujesz pani powtarzał nie zatrzymując się.
— Alboż ja wiem? Lecz... pół roku czasu... roku... może dwóch lat.
— Niechaj i tak będzie. Proszę, niechaj pani posłucha: Nazywam się Adam Smith. Mam byt zapewniony i dostatni. Majątek mój wynosi najmniej dwakroć sto tysięcy dolarów. Mieszkam o trzy godziny od Bostona W rozległej własności, Smith-house. Zapamięta pani, nieprawdaż? Nie pytam pani o tajemnicę, lecz w każdej chwili, gdy mnie pani potrzebować będziesz, daj wiedzieć o sobie, a stawię się na jej rozkazy, gdyż sądzę, że nigdy nie będą od niej zbyt daleko. Nie pytam zkąd pani przybywasz? gdzie jedziesz? kim jesteś? Jakże czułbym się szczęśliwym, gdybyś się pani zgodziła na poślubienie cię jak najprędsze... Pewnym zresztą jestem, że odtąd nie mógłbym myśleć o innej. Wiem pani imię i nazwisko: Magdalena Arbaud i to mi wystarcza, Bądź pani spokojną, nie zapomnę go.
Zapanowała cisza.
— Gdybyś pani raczyła zmienić postanowienie, zaczął dalej Amerykanin, zechciej pani zatelegrafować: Adam Smith, Smith-house, przez Boston. Bądź co bądź byś pani zadecydowała, tydzień czasu, jaki spędziłem w jej towarzystwie, nigdy się nie zatrze w mej pamięci... Liczyć będę dni te, jako najszczęśliwsze w mem życiu.
Wpatrywał się w twarz młodej kobiety.
Dostrzegł łzę, spływającą z pod długich ciemnych rzęs, łagodzących blask zwilgotniały oczów.
Łzy tej miał nigdy nie zapomnieć.
Magdalena Arbaud rozumiała, że stworzoną była do miłości, a przecież poświęcono ją nienawiści; wiedziała, że czy w Anglii lub Bretanii, Ameryce, lub na okręcie, powracającym ją Francyi, wzbudzała sympatyją, podniecała namiętność, a przecież nakaz wymierzenia sprawiedliwości opanował jej umysł i zajął wszystkie jego władze.
Być może, że nie kochała tego cudzoziemca, lecz jego obejście, chociaż brutalne, ale szlachetne, wzruszało ją. To, co jej proponował, oddalało ją od przeszłości, tworząc przepaść między nią a temi, których miała pomścić; smutny wyraz zemsty zdawał się być podwójnie niecnym w ustach tej Magdaleny, tak ponętnej, na którą nie było można patrzeć bez doznania dreszczu rozkoszy i mimowolnego uwielbienia.
Lecz nic nie było w stanie oderwać jej od postanowienia dokonania kary i oddania złego za złe, od żądzy pomszczenia, zaprzątającej jej umysł od lat kilku, jako widmo przeszłości, wciąż powracającej do dworów zaklętych i opuszczonych.
Pociąg zatrzymał się, zawołano przy drzwiczkach:
— Rouen — pięć minut przystanku.
Adam Smith i jego towarzyszka wysiedli z wagonu. Przez te pięć minut przechadzali się razem po platformie. Jakiś przechodzący mężczyzna rzekł głośno do swego przyjaciela, widocznie chcąc być słyszanym od Magdaleny.
— Piękna kobieta! Angielka zdaje się.
Drugi powiedział:
— Bardzo piękna, o! na pewno, angielka, lub Amerykanka, jak jej towarzysz.
Magdalenie bardzo to pochlebiło.
— Czyż to prawda, że podobną jestem na Angielkę? zapytała pana Smitha.
— Wiem tylko, że pani będziesz panią Smith i prawdziwą Amerykanką, jeżeli zechcesz.
Nic nie odpowiedziała.
Pociąg ruszył w drogę.
Adam Smith nie pomyślał więcej o postanowieniu zemsty przez Magdalenę, myśl podobna trapiła go.
Opowiada młodej kobiecie o zyskach z Smith-hous’u, o wystawnem i swobodnem życiu, jakie się tam wiedzie.
Minuty upływały, podczas gdy pociąg dążył z wielką szybkością.
— Vernon! Moutes!
Amerykaninowi serce ściskało się na myśl, że za minut kilka przyjdzie mu się rozłączyć z tą kobietą, i na zawsze może, której przed tygodniem nie przypuszczał nawet istnienia, a obecnie nie mógłby, za nic w świecie opuścić bezpowrotnie.
— Meulan! Poissy!
Pociąg podjeżdżał z łoskotem na przedmieście, pomiędzy Colombos i Paryżem, gdy pan Smith pochwycił za rączkę swoją sąsiadkę.
— Gdzie pani zajedzie? — zapytał. To jest, w jakim hotelu staje pani.
— Nie w hotelu, lecz w swojem mieszkaniu — odrzekła.
— Pani ma swoje mieszkanie?
— O bardzo skromne.
— Gdzież to?
— Mogę panu wskazać, nie jest to żadna tajemnica; 12, ulica de Sèze. Lecz za dni kilka, jutro może wyjadę dalej.
— Pozwoli się pani odwiedzić?
— Błagam pana, zapomnij pan o mnie.
— Nigdy.
— Jak się panu podoba.
Pociąg zatrzymał się na banhofie Saint-Lazare.
Uścisnęli się jak najserdeczniej, podając sobie ręce i rozeszli się.
Na banhofie, przy świetle gazu, Adam Smith zapisał:
„Magdalena Arbaud, 12, ulica de Sèze“.
A zamykając karnecik, wyrzekł:
Istotnie była to Magdalena, córka Filipa Valencourt i Magdaleny Stefani, spotkana przypadkowo na statku pocztowym z New-Yorku, przez ekscentryka i bogacza Smith’a, udającego się w drogę do Paryża, będącą tem dla krajowców Bostonu lub Chicago, jak spacer paryżan do Saint-Germain lub Bougival.
Co robiła tak daleko?
Wyjawiła w szczerości duszy swemu nowemu przyjacielowi, że szukała broni.
Przeciw komu? Przeciw nieprzyjaciołom, chcąc ich dotknąć i zwalczyć. Było to zadanie nielada.
Nieszczęśliwa ta dziewczyna pozostawiona swojemu własnemu sprytowi, żyła od lat kilku w dziwnym rozstroju umysłu.
Rozkaz matki był dotąd w zupełności spełniony. Zacny Bouraille długo się wahał, zanim zdecydował się, to tajemnicze pismo oddać w przeznaczone ręce, przeczuwał bowiem, co mogło zawierać.
Oczywiście była to historyja życia matki, przekazana dzieciom w chwili smutku i żalu, nie mogła więc wpoić w ich serca uczucia miłości dla swych prześladowców, wlewając przeciwnie uczucie nienawiści i życzenie odwetu.
Lecz przyobiecał i słowa dotrzymał, tem więcej, że charakter nieuległy zacny i poważny jego wychowanicy uspakajał go.
Magdalena, mając lat 18, ukończyła chlubnie edukacyją w klasztorze Dijon, powróciła do Jonceray.
Bouraille tak jak i inni przyjaciele domu i służba uwielbiali ją.
Uprzejma z biednymi, dobra, usłużna dla sąsiadów, mało dbająca o siebie, szlachetna jak królowa, nie miała nieprzyjaciół, nawet zazdrosnej o jej urodę lub pomyślność.
Wszystko sprzyjało sierotom z Jouncray.
Bouraille dumny ze swych wychowańców, powtarzał często w miasteczku:
Dzięki Bogu wszystko im się wiedzie. Piękni, zdrowi, mają chleba pod dostatkiem, oprócz dukatów w gotówce. Niestety po przeczytania manuskryptu matki charakter młodego dziewczęcia zmienił się do niepoznania.
Zanadto rozwinięta. by nie pojąć tajemnicy przeszłości, której się potrosze jakby domyślała, mając przed oczyma smutną twarz matki, tak głęboko utkwioną w pamięci, zrozumiała przyczynę jej rozpaczy i nieszczęść, ciążących nad nią.
Wiele wspomnień niewyjaśnionych, przychodziło teraz na myśl.
Jednym rzutem objęła całą przeszłość ojca, tak mało znanego i matki męczennicy zbrodniarzy, myśl o których burzyła krew w jej żyłach.
Dnie i noce całe, pozostawała sam na sam z manuskryptem, zajmującym jej głowę, a nie mogąc się od niego oderwać.
Córka pułkownika najdrobniejszy szczegół skreśliła w tem opowiadaniu.
Zdałoby się nawet, że sekret Valencourt’ów, kradnących testament wuja i testament Filipa, oraz akt małżeństwa w San-Julia, był jej wyjawionym cudem jakimś, czy jasnowidzeniem, przyznawanem umierającym z taką zadziwiającą dokładnością skupiła wypadki i obwinienia.
Magdalena dobrze wszystko zrozumiała zbadała i zapamiętała wszystkie przejścia swej matki od chwili upadku, aż do ostatniej minuty prawie tragicznego postanowienia zgonu.
Córka pułkownika nie usprawiedliwiała się bynajmniej. Wyznała swój błąd i fatalne jego następstwa, jak równie opisała swój ślub przyrzeczenia męża, zamiary przerwane strasznym wypadkiem niegodziwości Franciszka Valencourt i jego żony Ludwiki de Chambeyre. Nic nie opuściła.
Od chwil więc przeczytania tak smutnego manuskryptu przez tą drugą Magdalenę, pełną sił i przyszłości, gdy pierwsza spoczywała na cmentarzu miasteczka, w cieniu starego kościoła, córka jej miała już plan skreślony. Bądź co bądź postanowiła spełnić wolę matki i pomścić ją, choćby z narażeniem życia.
Postanowiła za jaką bądź cenę wejść do domu, w którym powinna była być panią znaleść środki, aby poniżyć w oczach świata tryumfujących z majątku, tak nikczemnie zdobytego.
Postanowienie to przeszło w rodzaj manji nie zwierzała się nikomu, Bouraille’owi nawet pomimo bezgranicznego zaufania i wdzięczności, dla zacnego i bezinteresownego tego wieśniaka, szlachetnego opiekuna, który, pomimo, że sądził sprawy w swym urzędzie jako pisarz lecz płacił obce długi, jako przyjaciel ludzkości.
Od chwili tego odkrycia, Bouraille widział ją smutną i ponurą, nie zdając sobie sprawy z tej metamorfozy.
Zresztą nie śpieszyła z rozpoczęciem oczekując innej chwili, potrzebującej lat czterech jeszcze, czyli czasu w którymby brat jej Filip doszedł lat oznaczonych przez matkę, dla wręczenia mu rękopismu i odkrycia życzenia umierającej matki. Dzień ten nadszedł. Magdalena przywołała go do swego pokoju i oddała smutny pamiętnik.
Młody człowiek, przeczytawaszy go, padł jak martwy na ziemię.
On także zrozumiał spisek jakim była otoczona, lecz prawy i szlachetny aż do skrupułu, oddalał od siebie myśl występku, mając go spełnić dla ukarania innych.
Ukończył właśnie szkoły.
Dziki czy dumny jak dzieci nad urodzeniem których krąży jakaś ciemność od najmłodszych lat, swoich, unikał ludzi nosząc na czole chmurę smutku trudną do rozpędzenia.
Przyszedłszy do siebie pozostał osłupiały i przybity, jak gdyby ponętna przyszłość, o której marzył, raptem zamknęła się przed nim.
— Co postanawiasz? zapytała siostra.
— Co możemy zdziałać?
— Z sercem i odwagą wszystko.
Wzruszył ramionami.
— Mrzonki, — wyszeptał.
— Chcę nazwiska, jakie nam zabrano! — zawołała Magdalena.
— Czyż niemamy go od uczciwego i prawego człowieka?
— Niewystarcza mi. Chcę nazwiska mego ojca! odrzekła stanowczo.
— Ci, co go nam zabrali są bogaci i poważni... Jesteś kobietą. Ja nie czuję dość siły do walczenia... Gdyby chodziło o starcia otwarte, z bronią w ręku, poszedłbym niechybnie do markiza de Blangy, lecz kazałby mnie wyrzucić swoim lokajom, nie chcę się więc narażać na wstyd.
— Słuchaj, Filipie, mówiła dalej Magdalena, ludzie ci rzucili nas na pastwę, to co mamy, winniśmy szlachetności człowieka, nie będącego niczem dla nas, matka nasza utopiła się w rozpaczy, pokrzywdzili nas jak tylko można było najwięcej... oddam im obelgę za obelgę, ranę za ranę, boleść za boleść...
— Urojenie!
— Nie wiem jak się do tego zabiorę i czy mi się powiedzie, lecz pokuszę się o wszystko, o ile kobieta sama z tobą lub bez ciebie przedsięwziąść może... Na ten cel poświęcę ostatni szeląg z tego co zawdzięczam litości tego biednego Wincentego Arbaud’a. Poświęcę młodość moją, życie jeżeli zajdzie tego potrzeba, a ile sił mi starczy starać się będę dopiąć celu.
Brat i siostra kochali się serdecznie.
Nigdy żadnej kłótni, najmniejszej sprzeczki między nimi nie było. Tak Bouraille jak i stara Marion nie opuszczająca ich od urodzenia, ani na je dną chwilę, wiedzieli dobrze jak byli do siebie przywiązani.
Filip ujął za ręce siostrę błagając ją o zaniechanie podobnego czynu.
Przekonywał ją w wyrazach najjaskrawszych, przysięgał jej na uczucie braterskie, którego nic nie mogło zmienić ale starał się jednocześnie ze zdrowym rozumem i rozsądkiem nad wiek jego wykazać bezużyteczność jej usiłowań, przeszkody na jakie natrafi na każdym kroku w Paryżu, gdzie zbrodniarze wyższej rangi są więcej strzeżeni przez władze publiczne, niżeli słabi zmuszeni zarabiać na życie, przebiegać kawały drogi dla dostania się do nędznych izdebek gdzie się rozmnażają i pracują spokojnie w ciemnych zakątkach, że markiz de Blangy, ponieważ Franciszek Valencourt nosił ten tytuł, był niezwyciężonym w swym pałacu lub zamku, z poczetem lokai i straży zdążających na jedno jego skinienie, że chociaż ów czyn haniebny i występny, którego oni są ofiarami, obarczał ich sumienia, lecz czyn ten był okryty tajemnicą, że kiedy mieli dosyć odwagi i siły do spełnienia go, potrafią również zręcznie ukryć go w sekrecie i uniknąć kary.
Magdalena słuchała w milczenia, z brwią zmarszczoną, wzrokiem surowym, a gdy na koniec, po wyłuszczenia wszystkich argumentów ucichł, zapytała go:
— Czy to już wszystko?
— Cóż więcej mógłbym ci powiedzieć?
— Zapewne, że nic.
— Dałaś się przekonać, zapytał kolejno, lecz ze słodyczą, zagłębiając swe czarne aksamitne oczy w niebieskich swej siostry.
Odpowiedziała niezachwianie.
— Nie.
— Więc cóż?...
— Tak postąpię, jak powiedziałam.
A zatrzymując wzrok swój pełen bezgranicznej miłości, dodała:
— Zresztą, lepiej gdy będę działać swobodniej sama i bez ciebie. Niebezpieczeństwo sama przeniosę... skutek podzielimy razem!
W dni kilka po tej rozmowie znikła, pozostawiając do brata i Bouraille’a te kilka linij...
„Zabieram z sobą dziesięć tysięcy franków. Pozostawiam wam resztę. Nie pytajcie się, gdzie się udaję, ani co postanawiam robić. Gdy przyjdzie pora, dam wiedzieć o sobie. Bądźcie spokojni. Mam dosyć sił i odwagi, lecz proszę was o milczenie.
Zniknięcie jej datowało się od pół-czwarta roku. Miała wtedy lat dwadzieścia dwa.
Gdzie się udała?
Bouraille dowiedział się, że przebywała przez kilka miesięcy w Paryżu, uczęszczając na kursa, dla dokończenia już i tak świetnej edukacyi, była bowiem wysoce muzykalną, doskonale mówiąc po angielska i niemiecku, jako jedna z najinteligentniejszych uczennic w klasztorze Dijon. Z chwilą dojścia do pełnoletności, opiekun jej, zdając rachunki, wykazał piętnaście tysięcy franków rocznej renty z Jonceray, której nie poruszała wcale.
Mogła więc zabrać z sobą daleko znaczniejszą sumę.
Po wyjeździe z Paryża, Bouraille i Filip zatracili ślad Magdaleny.
W pewnych tylko przestankach, odbierali listy bardzo krótkie, z markami Anglii, a potem Stanów Zjednoczonych.
Celem listów było tylko zaspokojenie ich o zupełnie dobrym stanie zdrowia.
Odpowiedź zaś prosiła by wysyłano pod adresem ulicy Sèze, gdzie miała skromne mieszkanko, zkąd też odbierała wszelkie korespondencyję.
Tak stały rzeczy do chwili, gdy Filip, spotkał na drodze z Pontcharra do Allevard Teresę de Blangy, podczas gdy Magdalena dojeżdżała do Paryża ze swym adoratorem, Adamem Smith, znanym dla telegrafu i telefonu, Smith-house, przez Boston —sama zaś udawała się na ulicę Sèze 12.
O północy zadzwoniła do odźwiernej, wydającej okrzyk zdziwienia.
— Panna Arbaud! Przed kilku dniami otrzymaliśmy pani zawiadomienie, wszystko więc jest w porządku. A oto list dla pani dopiero co mi go wręczono.
Był to list Filipa, pisany w Buisson, w oberży la Truite.
Magdalena poszła do siebie.
Było to wygodne mieszkanie studenckie, na piątem piętrze, składające się z dwóch pokoi, jeden służył za salę przyjęcia i pracy z pianinem, biblijoteką z białego drzewa książkami naukowemi... partycyjami i wielu przyrządami lekarskiemi.
Drugi pokój przeznaczony na sypialnią i gotowalnią.
Pomimo skromnego umeblowania, zdało się być wykwintnem i wygodnem z zapachem werweny i fijołków i ozdobą młodej, pięknej, świeżej i zdrowej dziewczyny, a co najgłówniejsze, bardzo wytrwałej.
Zmęczenie podróżą nie zdołało nawet opanować tej natury energicznej i silnej.
Zapaliła dwie świece i chciwie przeczytała list brata.
Po skończeniu go, myśl jakaś błysła na jej pięknem czole, zatrzymała się poprawiła bujne włosy, wyszeptawszy:
— Biedny Filipie!
Wydobyła potem z safijanowego woreczka kajet starannie obwinięty, fotografiją matki Filipa Valencourt, przedstawiającego go w pełni sił, 25 lat, a wpatrując się w te portrety, tak dla niej drogie, wyrzekła:
— Teraz trzeba działać!
Uśmiech goryczy i żółci osiadł na jej ustach.
— Broń! Tak jeździłam szukać jej! Biedny Smith nie mógł mnie zrozumieć! Mam ją i użyję jej!
Zamyśliła się.
— Podobałby mi się ten cudzoziemiec. Śmiały i silny!... Bah! nie myślmy o tem! Ah, panie de Blangy! zobaczymy się! I to Filip daje mi środek, nie wiedząc o tem!...
Wzięła papier i pióro.
— Czyż mam zaufać temu człowiekowi? — pomyślała. Zawsze on służy u markiza... Wiem o tem... Kochał mego ojca, lecz może się dał przekupić... może się przywiązał do swego drugiego pana! Bretończyk! Tak, Bretończyk, to musi być wiernym!... Spróbuję.
Napisała:
„Jeżeli pan Joson Kerhoël nie zapomniał o Filipie Valencourt, proszonym jest, aby jutro o dziewiątej wieczorem zechciał być na trotuarze Champs-Elysées po lewej stronie alei, o sto kroków od placu Concorde.
„Odda wielką przysługę pewnej osobie, która mu wiecznie wdzięczną pozostanie.
„P. S. Uprzedzam, że nie chodzi o żadną przysługę pieniężną.“
Złożyła list i zaadresowała: „Pan Joson Kerhoël, kamerdyner, pałac de Blangy, ulica de Lille.“
Aby zapobiedz możebnej ciekawości, zapieczętowała go czerwoną pieczątką z jej literą.
Rozebrała się, weszła do łóżka, mówiąc:
— Przyjdzie!
W kilka minut smacznie zasnęła, a marzenia snów złotych okrążały ją.
Pałac de Blangy na ulicy de Lille, nic się powierzchownie nie zmienił, od owej strasznej nocy, podczas której markiz i jego siostrzeniec, Filip Valencourt oddali ostatnie tchnienie.
Podobnie obszerne mieszkania mają swoje przywileje.
Ludzie się w nich zmieniają; właściciele jeden po drugim następują.
Pałac de Blangy zmienił tylko mieszkańców. Wielki salon zachował te same obicia, te same obrazy i ozdoby starożytne meble stały na tychże miejscach.
Gdyby który z dawnych przyjaciół zmarłego markiza wszedł do jego gabinetu, zobaczyłby tę dawną biblijotekę, tenże zegar z bronzami Klodyjona, a szczególniej to samo biurko, mebel najcenniejszy, wytworna sztuka, zabytek prawdziwej wielkości i poważnego zbytku.
Nazajutrz, po przybyciu Magdaleny Arbaud na ulicę de Sèze, około dziesiątej z rana Franciszek Valencourt siedział w fotelu swego wuja, czytając dzienniki przed biurkiem, założonem papierami.
Drzwi się otworzyły i weszła kobieta.
Łatwą była do poznania.
Ludwika de Chambeyre, szczupła, żwawa jakby dwudziestoletnia, włosy zaledwie poczynające siwieć, oko żywe, kilka tylko zmarszczek koło oczu i ust, pomimo to robiła wrażenie kompletnie młodej kobiety, jak gdyby minione dwadzieścia pięć lat, od czasu jej zamążpójścia, nie przeszły jeszcze.
— Odebrałeś jakieś listy? — zapytała, spoglądając na papiery rozrzucone na biurku męża.
— Kilka... nie mających dla ciebie żadnej wartości.
— Listy w twych osobistych interesach?
— Przeważnie.
— Zawsze świetne! — powiedziała markiza ironicznie.
— Zawsze! — odrzekł mąż obojętnie.
On się też nie zmienił.
Głazy bywają niezmienne.
Franciszek Valencourt, markiz de Blangy, był istnym głazem, a przynajmniej miał z niego kawałek, nadzwyczaj twardy, zamiast serca.
Zawsze taż sama twarz pargaminowa, wąskie usta, włosy coraz rzadsze, spojrzenie ozięble, palce cienkie, zagięte, jakgdyby dążące do schwycenia zdobyczy.
— Jesteś więc zadowolonym, Franciszku? — zaczęła markiza, siadając koło biurka.
— Bezwątpienia — odpowiedział. — Po cóż to pytanie?
— Tak sobie, aby mówić.
— Ah! kiedy tak, to szkoda czasu!
— Zapewne jesteś znów dziś bogatszym, niż byłeś wczoraj?
Udał, że nie rozumie naigrawania się.
— To pewna, że każdy dzień przynosi pewne korzyści, a będąc szczerym, wyznaję ci, że jestem z tego zadowolony.
— Jakie też mogą być twoje dochody, mój przyjacielu?
— Czemu nie mówisz, nasze dochody. Wszakże wszystko jest wspólne między nami. Czyż nie jesteśmy dobrymi i prawymi wspólnikami?
— Oddaję ci sprawiedliwość!
— Nie możesz się żalić na mój zarząd?
— O! nie.
— Powiększyłem kapitał i procenta bardzo znacznie.
— Rzeczywiście spostrzegam to.
— Nasz dochód złożony...
— Już złożony — prześmiewała markiza.
— Dochodzi.. do... zgadnij?
— O, wątpię, abym była tak domyślną.
— Dziewięćkroć dwanaście tysięcy siedemset franków. — Opuszczam ułamki...
— Dziewięćkroć dwanaście tysięcy, siedemset franków! — powtarzała markiza napuszona. — I jeszcze opuszcza ułamki!
— Bez pomyłki. Wkrótce będzie milijon.
— Przepysznie.
— Nieprawdaż?
— Do najwyższego stopnia.
— Spełniłem więc czynności zarządzającego rozumnie.
— Rozumnie, to za słabe wyrażenie. Genijalnie.
— Nie przesadzajmy.
— Po cóż to udawanie, mój przyjacielu. Spełniłeś przepowiednią wuja i ziściłeś jego nadzieje.
— Nie masz mi więc żadnego zarzutu do uczynienia?
— Najmniejszego.
Franciszek Valencourt, odwrócił się w stronę żony i rzekł:
— A więc! w nagrodę mych zasług, mam cię zapytać o rzecz pewną.
— Mnie?
— Tak. Jest to prośba.
— Słucham cię.
— Czy wiesz, że zanadto mówią o twoim stosunku z...
— Z kim?
— Z człowiekiem, gotowym zniesławić każdego, aby zdobyć pożądany pieniądz.
— De Vernes?
— Ten sam. Rozumie się, że nie przypuszczam, aby miał jakie dane do oczerniania nas, lecz w naszem położeniu opinija nasza winna być nieskalaną.
Franciszek Valencourt uśmiechnął się po wypowiedzeniu, prawdopodobnie tego, czego z czystem sumieniem i spokojem nie mógł wyrzec.
— Wiesz przecie, żeśmy mieli wielkie zobowiązanie względem de Vernes’a — dodała markiza.
— To prawda.
— Że był naszym spólnikiem w pewnym interesie.
— Pocóż o tem wspominasz?
— I że ostatecznie bez niego żona i spadkobiercy po twym bracie zmusili by nas do zrzeczenia się...
— Pewny jestem, że o tem, co się stało, nie myśli już nawet.
— Lecz z tego powodu zasługuje na uznania.
— Nie przeczę temu. Ale też dobrze on nas kosztuje.
— Czyż w takim majątku podobna suma tak wiele znaczy?
— Ha! wszystko się oblicza, moja kochana, a potem...
Franciszek Valencourt dodał, ziewając, z intonacją łatwą do pochwycenia:
— Jak de Vernes zrobił nam tę przysługę, upłynęło lat dwadzieścia.
— Czy dla tego zasługuje na zapomnienie?
— Myślę, że można to uczynić bez najmniejszej trudności. Nie podzielasz mojego zdania?
— Jeżeli tak chcesz — odrzekła markiza obojętnie.
— Właśnie teraz upływa 21 lat, a lat 21 to bardzo długo!
— O tak, bardzo długo!
— Kto tam pamięta, co się wtedy działo?
— Nie wielu pewno ludzi...
— Prawdę mówiąc i ja sam mało co przypominam sobie.
— Ach!
— Nie wiem nawet, co się stało z dziećmi biednego Filipa. A ty?
Czoło markizy zachmurzyło się.
— Ja, powiedziała, możebym mogła się dowiedzieć, lecz wyznaję ci, że staram się nie myśleć nawet o tem i sądzę, że i ty dobrze zrobisz, idąc za moim przykładem. Wspomnienia te nie są zbyt przyjemne.
A z oznaką zniecierpliwienia mówiła dalej:
— Od czasu wyjazdu Magdaleny Stefani, o której przestano mówić, usiłowałam zapomnieć o tem co zaszło, a ty zmuszasz mnie do przypomnienia.
— Powróćmy do de Vernes’a.
Markiz roztworzył książkę rachunkową, zaczynając podkreślać cyfry.
— Pozostaw te swoje rachunki — rozkazała markiza. — Potrzebuję trzydziestu tysięcy franków dla niego.
— Dla de Varnes’a!?
— Żąda ich.
Franciszek Valencourt przygryzł końce palców zo złości. Markiza mówiła dalej, nie odstępując od poprzedniego życzenia.
— Widziałam się także z doktorem.
— Jakim doktorem? zapytał Franciszek roztargniony.
— Z doktorem Chambay.
— I cóż on mówi.
— Że stan jest niebezpieczny.
— Bah! każden doktór przesadza chorobę, aby wyciągnąć większe honoraryjum.
— Zdrowie Teresy jest bardzo nadwyrężone.
— Dajże pokój?
— Wymaga wielkiej troskliwości.
— Niechaj ją nią otoczą!...
— Ty nie kochasz tego dziecka, Franciszku?
— Dla czegóż miałbym jej nie kochać?
— Bo kochasz jej brata.
— Maurycy jest starszym... Będzie markizem de Blangy. Odziedziczy nazwisko... Żałuję tych czasów, gdy nie rozdzielano majątku. Z przykrością myślę, że trzeba podzielić to, co gromadziłem z taką przyjemnością i oddać połowę zięciowi, to jest obcemu.
— Rozumiem cię. Ale ja kocham obydwoje z jednakową miłością i cierpię bardzo w obawie o zdrowie Teresy.
— Matki zawsze się niepokoją.
Spojrzał na papiery, podejmując list, który oddał żonie.
— Ah! zapomniałem, powiedział. A to się zaraz upewnisz. List do ciebie.
Matka rozpoznała, pismo córki, pochwyciła list a przebiegając, szybko cztery kartki pisma, w angielskim języku, rzekła uradowana.
— Dobre wiadomości.
— Byłem tego pewny. Drogę szczęśliwie odbyła?
— Bardzo dobrze, wyjąwszy jakiejś przygody z powozem.
— Jak się Teresie tam podoba?
— Pisze, że okolica jest prześliczną, wyśmiewa się z doktorów.
— Ma racyją. To szarlatani. Jesteś więc zadowoloną?
— O! i bardzo.
Franciszek, Valencourt, rozparł się w fotelu a założywszy nogi na krzyż zaczął.
— Posłuchaj, moja kochana, jakie jest moje zdanie. Kiedy słyszę wygłaszane poglądy niektórych pedantów na pewne czyny i wymierzanie zań kary, ruszam tylko ramionami i śmieję się w duchu. Patrzaj! Wszystko nam sprzyja! Dobrobyt i pomyślność dopisują nam... Przychodzę do przekonania, że trzeba tylko silnej woli aby do zamierzonego celu podążać a otrzyma się go. Sumienie mam zupełnie spokojne, nie mając sobie nic do zarzucenia!
— Szczęśliwa natura!
Rozmowa została przerwaną wejściem do gabinetu, młodego człowieka.
Ubrany elegancko, z szpicrutą w ręku, gotowy do konnej jazdy.
Średniego wzrostu, włosy ciemne, kształt głowy podobny do ojca, wązkie ramiona, nie był to model dla rzeźbiarza ani malarza. Całość jednak nie była ani odpychającą ani niemiłą.
Przeciwnie, cechowało ją serdeczne obycie się z rodzicami, swoboda i szczerość przez które zdobywał wiele.
Zbliżył się do matki, a nachylając się szepnął do ucha.
— Niechaj mi mama dopomoże!
Zwracając się do markiza, wyciągnął z kieszeni pugilares, otworzył go, a pokazując, że jest pustym, odezwał się z miną komiczną.
— Proszę o wsparcie!
I o dziwo, taki zapleśniały skąpiec, jak Franciszek Valencourt, roztworzył szufladę od biurka, wyjął z niej sześć biletów tysiąc frankowych, oddał je marnotrawcy, mówiąc:
— Bądź tylko uważnym! Podobne są do nieboszczyków z ballady, prędko się rozchodzą!
Młody człowiek zagarnął je, wyrzekłszy wesoło:
— Dziękuję ojcu. Umiesz je powrócić!
Ucałował markiza, którego blade oblicze rozjaśniała żywa radość.
Ta dusza kamienna miała nareszcie przedmiot kojący rany. Było to jego szczere przywiązanie do tego dziecka dwudziestopięcioletniego dziedzica, więcej nad córkę ukochanego.
Mając taki zasiłek, młody człowiek zawrócił się rzucając spojrzenie wdzięczności, dawcom życia, jak ich zwał, a nucąc aryję toreadora z „Carmen“ znikł w salonie. Markiz prowadząc za nim oczyma, zapytał żony:
— Jak sądzisz, co zrobi z temi pieniędzmi?
— Alboż mogę wiedzieć? przetrwoni jak zwykle bywa, gdy ojciec skąpi syn traci.
— Dziękuję za nazwę skąpca.
Pani de Blangy podniosła się i zaczęła chodzić w koło gabinetu. Zatrzymała się przed biurkiem męża.
— Namyśliłeś się? zapytała.
— Nad czem!
— Nad mojem żądaniem.
— Nad jakiem?
— Trzydzieści tysięcy franków!
Markiz nie uniósł się bynajmniej.
— Ah! tak dodał. Dla tego okrutnego de Vernes’a.
— Wiesz przecie, że są ludzie, których milczenie należy okupić!
— Kiedy ich żądasz?
— Natychmiast.
— Więc de Vernes staje się groźnym?
— Stanowczo, tak.
— Gdy przegra w karty naprzykład?
— Czy w karty czy gdzie indziej, to nas nie obchodzi.
— Ale trzydzieści tysięcy franków, to pokaźna suma!
— Wiem o tem.
— Szczególniej, gdy się powtarza. A od kilka miesięcy żądania tego pasorzyta zwiększają się.
— Prawda.
— Musisz być czasem niespokojną?
— Przyznaję się. Lecz muszę ci powiedzieć, że de Vernes domaga się...
Franciszek Valoucourt, zachowujący dotąd zupełny spokój, zsiniał unosząc się w fotelu.
— Ah! miałżeby...
— Utrzymuje przynajmniej, i chełpi się, że nas trzyma w swem ręku, posługując się może wyrażeniem banalnem, ale znaczącem.
— Byłoby to niegodziwą grą wyrazów.
— Czegóż się możesz spodziewać po adwokacie jakim on jest, który zdradził na korzyść naszą najświętszy obowiązek, poświęcając wdowę i sieroty?
Markiz zastanowił się i usiadł mówiąc.
— Ah! on grozi!...
— I jak jeszcze.
— Masz więc racvją, trzeba wypełnić jeszcze czego żąda.
— I ja tak myślę.
Schylił się, a wyjmując trzydzieści tysięcy franków z kasy, oddał je żonie.
— Dobrześmy gospodarowali, ale ten niszczyciel ma ostre zęby... Trzeba mu je obciąć!
— Co przez to rozumiesz?
— Powiem ci to może za dni kilka. Wiesz przecie, że nie mam sekretu przed tobą.
Pozostawszy sam wstał, a przebiegając szybko w około gabinet, myślał.
— De Vernes to ostatni nędznik, lecz wdał się w grę niebezpieczną. Gdy już jest po wszystkiem, któż to myśli o przeszłości... Ukrócę to!
Zadzwonił. Wszedł kamerdyner, w rannej jeszcze liberyi.
Od pierwszego rzutu oka łatwo było poznać starego przyjaciela Josona Kerhoël.
Lecz Joson podstarzał, się Joson już nie wyglądał na nieokrzesanego żołnierza, ubrany i obyty przeszło dwudziestoletnią służbą u markiza de Blangy prezentował się również dobrze, jak i jego towarzysze z przedmieścia Saint-Germain lab Saint Honoré.
Posiwiał, pobladł, i tylko małe przenikliwe oczy przypominały dawnego i poczciwego służącego Filipa Valencourt.
— Pan dzwonił? zapytał.
— Tak. Przygotuj do wyjazdu, Josonie. Mam zamiar opuścić Paryż jak najprędzej.
Twarz służącego zachmurzyła się, miał w kieszeni bilecik dopiero co otrzymany.
Wyjazd tak nagły przeszkadzał jego planom Przeczytawszy bilecik Joson był zaniepokojonym a zarazem zaciekawionym i rad, że może się czegoś dowie o rodzinie zmarłego swego pana.
Któż to taki, co mu przypominał Filipa Valencourt.
— Jak pan markiz, rozkaże tak będzie, powiedział. A kiedy pan markiz chce wyjechać?
— A... dziś wieczorem.
— Ośmielam się zwrócić uwagę pana markiza, że to zbyt krótki czas do wybrania się.
— No, to jutro, kiedy wolisz Josonie.
— Słucham rozkazów pana markiza. Twarz Bretończyka rozjaśniła się.
— Czy do Blangy pojedziemy? — zapytał, ochłonąwszy z obawy.
— Tak, do Blangy... O czem myślisz?
— Myślę, że pan markiz tak długo pozostawał tego lata w Paryżu.
— Interesy...
— Pan markiz tak jest dobrym, że się o nie kłopocze. Pan markiz powinienby wypocząć. Pan tak jest bogatym!...
Franciszek Valencourt uśmiechnął się zadowolony.
Był bardzo bogatym. Z tej strony przynajmniej jego żądze były nasycone; mógł zasypiać kołysany złotemi marzeniami. Zrealizował ogromne oszczędności. Jeden był cień na jasnym horyzoncie pomyślności, była to trwożąca go plama, a tą był... de Vernes! To, co zarzucił żonie, było rzeczywistą prawdą. Podziwiano z markizą skandaliczną swobodę, tego osławionego adwokata. Mówiono, że była mu uległą. De Vernes odzywał się nawet o tem z wielką poufałością a trzydzieści
tysięcy franków, z któremi dopiero co rozstał się, potwierdzały ten stosunek, raniąc dotkliwie interesowność męża markizy. Z tego też powodu tak nagłe postanowienie wyjazdu. De Vernes źle bardzo postąpił. Broniąc w zgromadzeniu głośnej sprawy klijentki, pragnącej seperacyi, został od jej męża spoliczkowany, wyzwany, zmuszony do pojedynku, w którym otrzymał uderzenie pomiędzy żebra, głębokie na trzy cale. Że adwokat nie umarł, było dowodem nadzwyczajnej siły.
Od czasu tej awantury, tracił cały urok i wzięcie. De Vernes staczał się po szczeblu, coraz niżej. Bronił się jeszcze, szamocząc się z wzrastającym niedostatkiem, niewiedząc której się trzymać strony.
Franciszek Valencourt pragnął się go pozbyć, zanim nędza popchnie go do ostateczności.
Łamał głowę aby wynaleźć jaki sposób.
Nareszcie przyszła mu myśl.
— Jutro więc rano pociągiem pośpiesznym wyjeżdżamy. Liczą na ciebie Josonie.
— Czy pan markiz nie ma jeszcze czego do polecenia mi?
— Nie... Ach! tak. Zaczekaj.
Napisał na prędce kilka linji.
Wyjeżdżamy jutro do Burgundji. Postaraj się, aby twój przyjaciel, de Vernes, udał się z nami na pewien czas.
— Masz, zanieś to pani. Zawiadom także i mojego syna.
— Dobrze panie.
— Możesz odejść Josonie.
Bretończyk wyszedł.
— Jutro — pomyślał — doskonale. Dziś wieczór pójdę na wezwanie! Lecz od kogo być może ten list i kto jest ta kobieta?
Markiza nie omyliła się.
Teresa była zadowoloną, wesołą, lecz nie wyjawiała powodu.
List jej pomimo, że składał się z czterech kartek, był krótkim.
Angielki zapełniają liniją dwoma słowami.
Teresa de Blangy nie była Angielką z urodzenia, lecz stała się nią przez wychowanie.
Jej ruchy, obejście się, swoboda, styl, przypominały miss ze starej Anglii.
Szanującej się arystokracyi paryskiej należało mieć nauczycielkę, pochodzącą z prostej linji zdradzieckiego Albionu.
Dom de Blangy-Cassey należał do najpierwszej arystokracyi przedmieścia, prowadzony też na wysoką skalę i wielkim przepychem. Urządzony wygodnie, elegancko, używał ogólnego szacunku.
Nic też dziwnego, że brano tylko nauczycielki Angielki.
Widocznem było, Magdalena Arbaud wiedziała o tem oddawna. Świat wygłaszał pochwały dla Blangich, zazdroszczone im, sławiono ich niezrównane szczęście.
Jednak nad domem tym, tak zaszczytnie znanym, krążył cień, codzień powiększający się, pozostawiając plamę jak od oliwy, a tym był de Vernes. Jego poufałość kompromitująca markizę pozostawała zagadkowa, naprowadzając na rozmaite wnioski.
Opuśćmy więc na razie tę osobistość, pojedynczo występującą w naszym dramacie, a przejdźmy do listu chorej z Allevard, nacechowanego radością nadzieją.
Od czasu wyjazdu z domu rodzicielskiego, gdzie pomimo takiej wystawy i zbytku, panowało odrętwienie i nudy, oddychała dowoli, nietylko świeżem, czystem powietrzem górskiem w Dauphiné, lecz miała swobodę.
Lecz najgłówniej jednak może, wpłynął wypadek, że jej serce dotąd próżne, nie mające celu przy ojcu, wyłącznie zajętym rachunkami i zyskami, matce, uniesionej wirem świata, a dręczonej wspomnieniami, pomimo silnej woli jak zmora tłoczącemi pierś podczas nocy, serce jej kochające i czyste zajęte zostało marzeniem mającem się stać niezatartem. Pieszy turysta elegancki lecz skromny, dumny, młody i silny, dystyngowany jak dżentelman pięknego rodu zajmował ją bezustannie.
Chociaż nieobecny dotrzymywał jej towarzystwa, w ładnym pokoiku hotelu de Parc, strzeżonym z jednej strony przez dozorczynię, panią Rernard, a z drugiej przez pannę służącą Zuzannę. O nim też myślała, wypijając co rano i wieczór szklankę, wody, mineralnej, idąc do sali, inhalacyjnej, dla wdychania cuchnących wyziewów mających według lekarzy, opanować objawy wkradającej się choroby. Przechodzień ten zrobił na niej silne wrażenie i myśląc o nim czuła się szczęśliwą.
Cóż jej zresztą pozostało?
Wszakże doktór wyrzekł nieśmiało dla oszczędzenia matki, niby dwójznacznie to straszne słowo będące wyrokiem śmierci:
— Suchoty!
Teresa jako inteligenta, zrozumiała odrazu co jej grozi.
Szczęściem jednak dla niej, że wesoła i śmieszna, gotowa zawsze do szydzenia, nie dowierzała podobnemu przypuszczeniu.
Młodość jej, wbrew smutnej przepowiedni, ukrywała długie nadzieje życia i ufność w przyszłość.
Ona więcej niż doktorzy badała swój stan, dochodząc do przekonania, że to nie suchoty, lecz nuda!
Z radością przyjęła przepisaną kuracyję, pozwalającą się jej wydalić, odnaleźć błękitne obłoki, fijołkowe góry, zielone lasy, opuścić te wielkie salony w których ojciec z piórem w ręku podkreślał i sumował cyfry, a matka drżąca za światem i towarzystwem, stawała się chmurną i smutną, pozostawszy samą z cisnącemi się myślami.
Z całym zapałem swych szesnastu lat, mówiła do panny służącej pakującej jej rzeczy.
— Zobaczysz Zuzanno, jak się będziemy bawić! Bo prawdziwą jej przyjaciółką była Zuzanna, która ją prawie wychowała, przyjaciółka także Josona Kerhoël, odkąd byli razem w służbie, a upłynęło przeszło lat dwadzieścia.
Należy przyznać, że pomimo swej służby bez zarzutu, pomimo pozorów przywiązania, Joson Kerhoël nie lubił swoich chlebodawców. Robił przecież pewien wyjątek, a tym była Teresa. Joson nie byłby w możności znienawidzieć dziecka, nie pragnącego życia a starającego się każdemu uczynić co dobrego.
Uczucie jakie, dla niej żywił, było raczej serdeczne współczuciem.
W pałacu de Blangy, Teresa podobna była do roślinki krajów gorących nie zamierającej lecz marznącej pod niebem północy.
Miała wyziębione serce i dopiero w podróży, z Pontcharra de Allevard, to serce cierpiące jakby cudem rozgrzało się pad aksamitnem wejrzeniem Filipa Arbaud.
Ten przynajmniej nie był podobnym do ludzi, zwykle przez nią napotykanych.
Po spotkaniu się z nim szeptała jak Margeryta z Fausta po kiermaszu:
— Pragnęłabym się dowiedzieć kto jest ten młody człowiek.
Było w nim coś tajemniczego trudnego do wytłomaczenia. Zdał się być tak szczerym, szczęśliwym z uczynionej przysługi, sympatyja widoczną była między obojgiem, tak wypadkowo zapoznanemi i nagle zmienił postępowanie.
Co za powód? i to wtedy gdy wyjawiła swe imię i nazwisko: Taresy de Blangy.
Zmieszał się zdał się zirytowanym, i bez przyczyny puścił się pierwszą lepszą ścieżką natrafioną na drodze.
Domyślała się jakiejś tajemnicy i pragnęła jej dociec. Ale jak?
Umyśliła napisać. Bywa to najpierwszą myślą młodych panien.
Cóż łatwiejszego nad przelanie: kilku zdań na papier, pięknem angielskiem pismem? Położyła adres.
„Pan Filip w oberży Buisson“ a potem postanowiła wsunąć list za kratę pocztową.
Plan swój uważała za wykonalny a nie kłopocząc się o formę nakreśliła.
„Panie. Opuściłeś nas tak niespodziewanie, wody, kiedym się najmniej tego spodziewała, że niemożebnem mi było oświadczyć pana mojej dozgonnej wdzięczności.
„Raptowne opuszczenie nas o tyle więcej mnie zaniepokoiło iż obawiałam się czym nie dała ku temu powodu.
„Rada byłabym otrzymać od pana słówko wyjaśnienia wierząc, że jeżeli przypadek poprowadzi pana do Allevard, zechcesz nas pan odwiedzić.“
Et cetera. Zwrot był dość zręcznym, lecz zastanowiła się, zadając sobie pytanie, czy aby ten Filip rzeczywiście udał się do Buisson, a jeżeli go tam nie ma, to i list nie dojdzie.
Niepewność ta stała się nieznośną.
Przez dwa dni i dwie długie noce; starała się opanować chęć zobaczenia tego, którego zwała swym wybawcą, trzeciego jednak dnia po umieszczeniu się w hotelu du Pare, odchodząc od śniadania zapytała swej guwernantki radząc się jej:
— Czy niebyłoby dobrze, abyśmy zwiedziły okolice.
Guwernantka, nie wielka zwolenniczka spacerów przytem leniwa i ospała jak świszcz ściągnęła wargi i westchnęła wykazując tym sposobem chęć trawienia w spoczynku.
— Tutaj, tak jest pięknie i dobrze! dodała.
— To sobie pozostań tutaj, moja kochana Bernard. Wezmę z sobą Zuzannę.
Guwernantka zdała swą godność z przyjemnością, by dogodzić swej gnuśności.
Zresztą spacer na mułach z przewodnikiem i garderobianą w wieku dojrzałym nie przedstawiał najmniejszego niebezpieczeństwa. Pozostawszy w pięknym parku, ścieśnionym alejami gdzie woda płynie kilkunastu strumykami wśród zielonej trawy, z urozmaiconym widokiem na obszerny horyzont doliny patrzyła na swą chorą wesołą i rzeźką, dosiadającą muła.
Zuzanna i młody góralczyk w szarej kamizeli, przepasanej pąsowym pasem, w kapeluszu słomianym z szerokiem rondem, składali małą karawanę wyruszającą z parku w wązkie uliczki miasteczka.
Panna de Blangy wzięła najpiękniejszą ze swych tualet.
Jasna suknia, przewiązana w pasie niebieskiemi wstążkami, nóżki obute w małe ciżemki, wyginające się na ostrogach, ukazywały kawałeczek pończoszki jedwabnej jasno-popielatej, w ręce prawej, przyodzianej rękawiczką, trzymała parasolkę w białe i niebieskie pasy, przysłaniając główkę z bląd włosami, okryta kapeluszem, przystrojonym kwiatami.
Po godzinie wolnej jazdy, przybyła do pierwszych domków Buisson, zarumieniona już to ze zmęczenia podróżą, a więcej pewno ze wzruszenia po zadanem sobie pytaniu.
— Jestże on tam?
Wzruszenie to niedługo trwało, zbliżając się do oberży w Truite pierwszą postacią, jaką spostrzegła była ta, której szukała.
Filip oparty o poręcz balkonu pomiędzy zastawiającą go zielonością mierzył niespokojnym wzrokiem drogę z Buisson do Allevard zadając sobie jednocześnie toż samo pytanie:
— Przyjedzie też ona?
Muł młodej dziewczyny doszedł wprost do drzwi Truite. Znał stajnię.
Góralczyk wesoło poganiał muły. Na odgłos trzasku batu, ukazała się ożywiona twarz służącej.
— A to ty, Cezarze? odezwała się.
— Jak widzisz. Przyprowadzam ci gości.
Nachylił się do ucha służącej.
— A jakie magnatki! miły Boże! Ta mała musi być niesłychanie bogatą milijonerką. Marja-Ludwika pozostała obojętną. Cóż ją mogły obchodzić te panie? Pieniądz nie stanowił dla niej wielkiej pokusy. Wiedziała, że nigdy ich nie miała za wiele, byłaby zresztą chętnie oddała całą fortunę bogatej dziedziczki, gdyby nią była, za równie pięknego chłopca jakim był przybyły podróżny z trzeciego piętra, za którym śledziła ta nędzna przybyła blondynka.
Panna służąca już zsiadła była ze swego muła, podczas gdy jej pani zeskakując z drugiego, rzucała z poza siodła spojrzenie swemu mniemanemu wybawcy jakby mówiła:
— Zejdźże więc! Chodź! Oczekuję cię.
Na razie niewiedział Filip co z sobą zrobić, lecz nie namyślając się długo zeszedł wolno na dół z pewnym jednak wyrzutem jak gdyby między nim a panna de Blangy ukazała się zasmucona twarz Magdaleny.
Wkrótce był już przy Teresie wyciągającej doń przyjaźnie rękę.
— O, gdyby pan wiedział powiedziała bez zmieszania, ze swobodą pustego dziecka nie znającego żadnego oporu jak trwożyłam się czy aby pana odnajdę!
Maryja Ludwika zapytała:
— Czem paniom mam służyć?
— A co macie? Czy jest mleko?
— O i bardzo dobre.. jeszcze cieple prosto od krów, jeżeli pani żąda.
— To dobrze proszę nam podać pod kasztany na ten mały stoliczek.
Zwróciła się do Filipa, ukazując grupę wielkich drzew z ogromnemi pniami i gałęźmi połamanemi przez zimowe wiatry.
— Będzie nam tu dogodnie dla porozmawiania. Nie dała mu i chwili do namysłu, mówiąc:
— Chodźmy... Pójdź i ty Zuzanno także. Nie mamy sekretu do powiedzenia sobie.
I jak gdyby tłomacząc swoją śmiałość szeptała:
— Co do mnie, pewną jestem, że nigdy nie będę potrzebowała ukrywać myśli moich, mogłabym mieszkać nawet w szklanym domu.
Zasiadłszy koło stoliczka, wdychała całemi siłami zapach balsamiczny drzew orzeźwiający ją.
— Ach! co za powietrze! Więcej one warte niż wszystkie szkaradne wody, które pijemy w Allevard.
Czuła się szczęśliwą w obecności tego rosłego chłopca, trochę nieśmiałego i zmieszanego patrzącego na nią ukradkiem swemi łagodnemi aksamitnemi oczyma, i nie śmiejącego przemówić słowa.
— Bardzo mi przykro, że się pan o nie dowiadywał... Podobne spotkanie, naszemu, to węzeł.
Opowiedziała mu też co się dalej stało po ich rozłączenia. Góralczyk powożący wózkiem był bardzo grzecznym, nie takim, jak ten gbur z Pontcharra. Gdy przybyli do Allevard, owym przypadkowym ekwipażem gromadzono się koło nich, tak wyglądały śmiesznie ze swemi walizami i małemi konikami. Była to istna zabawa dla kuracyjuszów, stawano w oknach aby się im przyjrzeć.
Ogólnie była tak zadowoloną z tej podróży, że obdarzyła jeszcze jednym luidorem biednego woźnicę, nie zdającego sobie sprawy z takiej gratki.
Bernard zrzędziła za taki suty napiwek, lecz Teresa śmiała się, przyobiecując powetować te stratę na doktorach do których uczuła żal serdeczny.
Wszakże zadecydowali, że jest ciężko chorą a przecież czyż podobną, była do tych nieszczęśliwych, spotykanych w Allevard skurczonych, kaszlących ledwo się powłóczących, chudych tak, że przez skórę widzieć można było gołe kości. Spodziewała się żyć jeszcze długo.
Zwróciła się do Filipa, zmuszając go aby jej spojrzał w oczy.
— Nieprawdaż panie, że jesteś mojego zdania, że życie to dobra rzecz!
Uśmiechnął się, nic nie odpowiedziawszy.
O! zapewne życie ma powab lecz dla tych, co są szczęśliwi, mają rodzinę, krewnych, ojca i matkę!
Lecz dla niego, dla jego siostry tej biednej dziewczyny, z duszą zbolałą, nieuleczalnie chorą więcej niż suchoty i katary, dla takich istot czemże jest życie!
Ogień zabłysł w jego oczach.
Czyż jednak Magdalena nie miała racyi?
Wszakże ta młoda i uśmiechnięta dziewczyna pewna siebie tą śmiałością jaką nadaje majątek, poufała i sądząca, że jej wszystko pozwolono była dzieckiem Franciszka Valencourt, tego, który ich obdarł i złupił, człowieka z podłemi i nikczemnemi popędami postępującego jak ostatni nędznik, który wyrzucił na ulicę dzieci brata swego i córką tej Ludwiki Chambeyre, która zdruzgotała serce drogiej Magdaleny ich matki!
A on, o igraszko losu, uratował ją od niechybnej śmierci!
Gdyby nie on, powóz stoczyłby się w straszny parów, na trzydzieści stóp przynajmniej na dno skaliste bystrego potoku, a wtedy któżby ich zdołał stamtąd wydobyć?
Zmarszczka na czole wyryła się głębiej, boleść i niesmak wybił się na ustach jego tak, że i garderobiana zwróciła na to uwagę.
— Pan cierpiący? zapytała łagodnie.
— Ja? — odezwał się zagadnięty niespodziewanie... Nie. Z jakiegoż powodu miałbym cierpieć?
— To, o czem pan myśli? odezwała się Teresa.
— Myślę, że w rzeczy samej jest tak przyjemnie tutaj i pragnąłbym zapomnieć o całym świecie.
— Sam?
— Z jedną jeszcze istotą bardzo mi drogą. Panna de Blangy zbladła.
Na pewno, jeszcze nie kochała go.
Lecz niech co chcą mówią, miłość wyjątkowa uderza niespodziewanie. Jeżeli jest zarodek za pierwszem spojrzeniem potrzeba, szczególniej dla serc niewinnych i czystych, dziewiczych nawet czasu do rozwinięcia się i utrwalenia.
Im korzenie są silniejsze i głębsze, tem drzewo jest trwalsze i mocniejsze.
Panna de Blangy uczuła się wzruszoną od pierwszej chwili spotkania syna Magdaleny Stefani, uderzyła ją duma i smutek w tym młodym człowieku oddającym jej przysługę z taką odwagą i skromnością, podziwiała jego zręczność i dystynkcyję do tego, nagłe jego zniknięcie, prawie ucieczka w chwili gdy mu wyjawiała swoje nazwisko pobudziło żywiej jej zaciekawienie. Nie kochała go więc jeszcze w całem znaczeniu tego słowa.
Był to pociąg, ciekawość, żądza poznania... A są to podobno pierwsze dane do miłości.
— Mówię o mej siostrze, dokończył Filip.
Westchnienie zadowolenia wydobyło się z piersi panny de Blangy.
— Ah! pan ma siostrę.
— Mam. Jest to jedyna moja krewna. Pozostaliśmy tylko we dwoje... oddawna.
— Pewną jestem, że jest piękną, rzekła młoda dziewczyna. Filip nic nie odpowiedział.
— Dla czego nie towarzyszy panu? odezwała się znów Teresa.
— Mamy odmienne gusta. Ona pragnie wiedzy wszechstronnej, wszystkiego chce się uczyć. Być może, że ma jakie tajemne cele... niemożebne do spełnienia. Ja utrzymuję, że życie jest, krótkie i najwyższe dobro to spokój, że nauka jest bezpożyteczną.
— A przecież pan się uczy?
— Tak, z obowiązku, aby być czemś, lecz w gruncie rzeczy, zazdroszczę ludziom, wylegującym na słońcu pod portykami włoskich pałaców, i pragnąłbym by życie moje było długiem marzeniem.
— Pan poeta!
— Nie, jestem próżniakiem.. obojętny na bogactwa... zwolennik samotności. Od trzech dni, jak jestem tutaj, czuję się szczęśliwym jak król... Ten spokój, ta cisza. Spędzam całe godziny na mchu skał, podziwiając szczyty gór, na których gnieżdżą się orły, i dal horyzontu, gdzie wzrok ginie... Mówił głosem nadzwyczaj dźwięcznym. Słowa wychodzące z ust jego, zdały się piękną muzyką.
— Urodzić się, cierpieć, spać i umrzeć, oto cała treść życia! powiedział.
Panna de Blangy rozmarzona, dodała.
— I kochać także!
Filipowi ścisnęło się serce i zamilkł.
Kochać czyżby to niebyło występkiem z jego strony? Czyż możebnem było, aby słowo to wyszło z ust córki, niegodziwego i zasługującego na wzgardę Franciszka Valeucourt, zabójcy jego matki?
Chciał się podnieść z ławki, lecz uczuł jakiś ciężar w nogach, jak gdyby przykuty do miejsca, bezsilny, nie mogąc się poruszyć.
Nieopisany urok zatrzymywał go.
Widział, nie śmiąc patrzeć, przezroczyste oczy panny de Blangy, szukające jego spojrzenia. Jej szczupła, pobladła łagodna twarzyczka zdała się domagać litości, i jakieś współczucie i serdeczność, owładnęły go dla tego dziecka, nie miał siły znienawidzenia jej.
Maryja Ludwika przyniosła zamówione filiżanki mleka. Odwrócono uwagę.
Oczy obojga młodych spotkały się. Było to, jakby starcie uczuć między niemi, Obiedwie głowy jednozgodnie pochyliły się, aby nie stracić kontenansu, Teresa zwróciła się do garderobiany, mówiąc.
— Zalecono mi chodzić po słońcu. Zapowiedz przewodnikowi... aby był gotów.
Wypróżniła filiżankę mleka i wstała.
— Gdybyśmy się przeszli po taj ścieżce? odezwała się do towarzysza, wskazując palcem ładną wązką dróżynę, prowadzącą do groty, zwanej w okolicy la Jeannotte. Weszli oboje w głęboki parów, zasłonięty i zaciemniony jodłami, zdążając na odkryte miejsca pęków buku i brzóz, wyrosłych w szczelinach skał, panna de Blangy odezwała się do swego towarzysza, głosem wzruszonym.
— Więc pan nie lubi świata?
— Nie znam go. Wychowałem się na wsi, potem wysłano mnie do szkół.
— Gdzie pan mieszkał?
— W Dijon.
— Ach! Dijon, to moje strony. Blangy jest koło Beaune. Jesteśmy więc rodakami. Ale pan teraz zamieszkuje w Paryżu.
— Tak, jak pani powiedziałem. Uczęszczam na medycynę, lecz lubię saotność... Mam niewielu przyjaciół.
— Zostaniesz pan doktorem?
— Za rok.
— Sądzę, że się pan nie zakopie na wsi.
— Owszem.
— Należy pozostać w Paryżu.
— Dlaczego?
— Dla ustalenia pozycyi.
— Moja, będzie mi wystarczającą.
— Niechaj pan zastanowi się. Będzie pan blisko mnie... a mój... ojciec...
na mą prośbę... po przysłudze jaką mi pan wyświadczył.
— Nie mówmy więcej o tem, proszę... panią!
— ...Co za przyjemność polecić pana... zaopiekować się nim... Jakażby to była radość dla mnie prosić pana o to; dokończyła prędko. Pałac de Blangy jest na ulicy de Lille.
— Nieskończenie wdzięczny jestem pani, odrzekł Filip, ale...
— Pan się nie zgadza.
— Powiedziałem już pani... Nie pragnę wyniesienia.
— A gdybym ja go dla pana pragnęła, ja!
Zatrzymała się zmieszana. Zaczęła się zdradzać.
Zarumiepiła się silnie, a ponieważ dochodzili po groty Jeannotte, wsparła rękę na ramieniu młodego człowieka, pytając.
— Czy pan wierzy, panie Filipie w wypadki?
— Ależ.
— Ja wierzę w Opatrzność czuwająca nad nami. Do trzynastego roku życia, miałam starą nauczycielkę bardzo pobożną, która mi często opowiadała o Bogu. Wierzę, że wszystko co nas spotyka ma swój cel. Nikt mnie nie przekona, aby spotkanie nasze, tak zdala od naszego kraju, było zwykłym przypadkiem. Nic. To napisano, tam wysoko. Odrazu uczułam żywą sympatyję dla pana. Czyż mnie pan potępi, że to wyznaję? Pewno, nie... Wie pan, czegobym pragnęła? Abyśmy pozostali przyjaciółmi na zawsze. Nie mogę zapomnieć, co zaszło i pragnęłabym również, abyś i pan myślał o mnie, gdy ja o nim marzyć będę. Będzie to umowa, przymierze między nami... Będę się cieszyć, że mam gdzieś przyjaciela, w każdym wypadku, a pan wspomnisz o przyjaciółce, serdecznie ci oddanej. Jeżeli pan przystaje na moją propozycyją, panie Filipie, podaj mi pan swoją rękę!
Wyciągnęła rękę z taką gracyją, iż nie było sposobu cofnąć się, lecz potrząsł tylko głową, bąkając.
— To dzieciństwo pani, nie jesteśmy z jednego świata, nasze drogi nie idą w jedną stronę. Jakże moglibyśmy się złączyć?
— Daj pokój, dowód, że tak być może, kiedy jesteśmy razem. A teraz, szukam porady, jako u przyszłego doktora! Proszę mi się przypatrzeć:
— Widzę panią.
— Co pan sądzi o mem zdrowiu?
— Doprawdy, że nie wiem. Lecz sądzę, że masz pani przed sobą długie życie i jeżeli jesteś istotnie cierpiącą...
— To co?
—Pragnąłbym panią wyleczyć, bo jesteś aniołem! Zaczerwieniła się i spuściła głowę.
Uścisnęli się za ręce i nie wymówiwszy ani słowa, powrócili do Buisson.
Góralczyk oczekiwał z mułami przed oberżą.
Panna de Blangy dosiadła swego, a Zuzanna siadła na drugiego.
Filip stał długo, śledząc parasolkę w niebieskie, pasy, zasłaniającą ładną twarzyczkę, co odwracając się na skręcie drożyny, uśmiechała się poraz ostatni.
Miał wejść do swego pokoiku, aby, sobie zebrać myśli o zaszłej przygodzie, a może, aby zobaczyć jeszcze, w oddali niebieską parasolkę, gdy się ukazał listonosz, ubrany w bluzę z czerwonym kołnierzem, w kepi na głowie. Przeszedłszy kilka domków dotarł do oberży w Truite, zapytując o nazwiska kilku osób, między któremi Filip Arbaud usłyszał i swoje.
Zażądał listu, oddano ma, poznał pismo Magdaleny. Z gorączkowym pośpiechem podążył do siebie na górę przeskakując po cztery schodki na raz. Cóż mu odpowiadała?
Magdalena powróciła do Paryża, odebrała też i jego list, w którym ją błagał o zaniechanie zemsty!
Zamknął drzwi na zatrzask, rzucił się na krzesło zapominając o parasolce niknącej w głębi wąwozu do Allevard, z sercem ściśnionem rozerwał kopertę.
Po pierwszych wyrazach listu, widocznem było, że krew korsykańska pułkownika Stefani, płynie w żyłach wnuczki.
„Przeczytałam list twój, za krótki jeszcze dla mnie, gdyż czytając go zdaje mi się, że cię słyszę, a żadna muzyka nie przenika lepiej do mego serca, nad twój głos.
„Nie próbuj jednak przekonać mnie i sprowadzić z drogi przezemnie, wytkniętej. Nakreśloną już jest i dojdę nią do końca. Wiem, że natrafię na więcej trudności, niż sądzę, i że może przepaść znajdę, nim dojdę do celu. Wszystko mi jedno! Zdecydowana jestem na wszystko. O jedną rzecz cię tylko proszę, nie stawiaj mi przeszkód i nie wymów nigdy mego imienia przed tą, o której mi piszesz.
„Może być, że jest piękną, szlachetną, anielskiej dobroci, nienawidzę jej, również jak i innych, co są z nią spokrewnieni, i nic nie zniweczy mego wstrętu. Jest on w mej krwi, będącej krwią mej matki i z nią zamrę.
„Posłuchaj Filipie mój kochany, jedyny mojej rady.
„Odjeżdżaj! Opuść Allevard! Nie pozostań jednego dnia dłużej, minuty nawet. Kiedyś ocalił tę dziewczyn lub co najmniej oddałeś jej przysługę, to dobrze. Staraj się zapomnieć o tem spotkaniu, jeżeli chwilowo przecierpisz rozstanie się, pocieszysz się myślą, do jakiego stopnia byłbyś nikczemny obdarzając innem ich, niżeli obojętność uczuciem tych, od których pochodzą nasze nieszczęścia, — jeżeli natura twoja słaba i chwiejna, nie czuje dość sił do pomszczenia naszej biednej matki.
„Powracam z New Yorku. Ah! ileż to rzeczy nauczyć się można w tamtym kraju, jak sprawiedliwość jest inna od naszej. Tam przynajmniej, mieszkają ludzie, nie znoszący krzywdy bez oddania jej, jeżeli sędziowie nie mogą nic zdziałać na ich korzyść, to podstępem lub siłą zmywają krzywdę. Skorzystałam z ich nauki.
Zobaczymy się dopiero po dokonaniu mego także zobowiązania. Jakże chciała bym, aby już go raz dokonać, gdyż pragnę być razem z tobą. Może się to stanie wkrótce, a może jeszcze przejdą całe miesiące zanim dojdę do celu. Do tej pory będę żyć w samotności, zdala od przyjaciół, mogących mnie tylko nudzić. Długo myślałam nad sposobem spełnienia swych zamiarów, a otóż prawie, że je zdobywam.
„Żegnam cię, kochany mój Filipie, pomyśl czasem o twej siostrze Magdalenie, która nigdy nie zapomina o tobie. Podziękuj Bouraille’owi za pieniądze, nadsyłane po kilka razy. To prawdziwy nasz przyjaciel. Powiedz mu, że jego mała Magdalenka ściska go serdecznie. Żegnam cię jeszcze. Chciałabym ciągle rozmawiać z tobą. Niepodobieństwo! Staraj się rozerwać. Głos jakiś mówi mi, że czas naszej próby dochodzi do kresu. Podróżuj, pracuj, ucz się, zostań dobrym doktorem. Później osiądziesz w tej wsi, którąś tak upodobał, niosąc ulgę sąsiadom.
„Będą wymieniać, doktora Arbaud, jako człowieka zacnego, bezinteresownego, oddanego ubogim. Pomyśl co za radość i jakim otoczą cię szacunkiem.
„Co do mnie, to nie doktorem Arbaud, pragnę Cię nazywać, lecz Valencourt, tak jak nasz ojciec, albo połączyć razem te dwa nazwiska!
„Serdecznie cię ściskam. Uczyń to o co cię proszę, nie pozostawaj w Allevard. Czem milszy jest ci ten pobyt, tem większy masz obowiązek wyrwać się stamtąd. Donoś mi zawsze, o swojem zdrowiu. Listy twoje rozrzewniają mnie i potrzebuję całej odwagi, aby się im nie poddać. Nie próbuj się ze mną zobaczyć. Nie odszukasz mnie. Jestem tutaj tylko w przejeździe, i jeżeli jakiś czas nie dam o sobie wiadomości, to znaczy, że nic ważnego nie zaszło.
„Ostatni, ślę ci pocałunek.
Joson Kerhoël, jak wiemy, był podrzutkiem z Morbihan, wychowanie też jego było skromne.
Gdyby nie był w pułku, pewno i nie poznałby alfabetu. Trzydzieści lat pobytu w Paryżu, wydoskonaliły go. Podczas służby w zamku de Blangy, postąpił tak wiele, że czytał płynnie dzienniki swemu panu, a gdyby zaszła potrzeba, mógł bez pomyłki załatwiać jego korespondencyję.
Służba jego nie zajmowała mu wiele czasu.
Joson, ulubieniec markiza de Blangy, miał drugiego kamerdynera, pod swym zarządem, sam zaś, starał się o wyniesienie na stopień marszałka.
Nieraz nawet, Franciszek Valencourt, ta istota skryta, zamknięta jak skrzynia, tajemnicza, jak konfesyjonał, zwierzała się wiernemu Bretończykowi.
Joson Kerhoël, potrafił zręcznie przekonać go, o swem przywiązaniu i natchnąć zaufaniem.
Było to istotnie arcydzieło.
Franciszek Valencourt szanował Josona Kerhoël jako najwięcej oddanego ze służących, a markiza podzielała zdanie męża. Pokładał w nim wiarę, a raz zaufawszy, było nie możebnem do zachwiania dobrej opinii marszałka.
Jeżeli Joson Kerhoël pozostawał wiernym komu lub czemu, zawsze łączył z tem wspomnienie o swym dawnym panu.
Wrażenie Filipa Valencourt, pozostało mu zawsze tak niezatartem, jak gdyby to było, dwadzieścia lat wcześniej. Jego przejścia, jak również i Magdaleny Stefani, obchodzły go również żywo, jak i wtedy gdy był przy puszczony do sekretu dwojga kochanków.
Przy każdej sposobności, porównywał w myśli dwóch braci bez chluby dla żyjącego, lecz milczał jak grób, nie dając poznać swych wrażeń. Łagodny w obejściu, dobry względem towarzyszy, usłużny i grzeczny, miał przecież jedną tylko przyjaciółkę w domu, z którą się poufniej zadawał, a tą była Zuzanna, posunięta także na wyższy stopień, bo garderobianą panny Teresy de Blangy.
Joson Kerhoël i Zuzanna, przez zrozumienie się wzajemne, zdarzające się między służbą wielkich domów, trzymali się za ręce, lecz dyskretni, bez wrzawy, mając z czasem zamiar pobrania się, dorobiwszy się majątku.
Zuzanna od czasu do czasu nagliła Josona, uważając, że pora nadeszła.
Nie będąc bogatymi, mogliby się zadowolnić resztą, trzech tysięcy franków; w Morbihan, w miłym jakiem miasteczku gdzie służą, mieć można za trzydzieści dukatów rocznie, a utrzymanie również nie zbyt wieleby kosztowało.
Lecz Joson, tłomaczył Zuzannie ze znaczącem spojrzeniem.
— Jeszcze nie! Zaczekajmy.
Na co czekać?
Oto Joson, nabił sobie głowę myślą, że potrzebuje jeszcze pozostać u Blangych, nie przez sympatią może lecz przez ciekawość i zainteresowanie się.
Kiedy się służy, to czy tu czy owdzie, wszędzie pracować trzeba, a zamek de Blangy był również tyle wart, co i inne.
Głównie zaś Joson przewidywał ciekawe wypadki, spodziewał się jakichś niespodzianek od przyszłości. Zdawało mu się niepodobnem, aby historyja Valencourt miała się nie wyświetlić, pozostając tryumfem złoczyńcy w czarnem ubraniu, którego bezprawia biły w oczy.
Istnieją między ludem pojęcia, głęboko zakorzenione, o wymierzeniu sprawiedliwości.
Wierzą oni ze ślepą wiarą, że każdy złoczyńca, krzywdzący sieroty lub wdowy, wcześniej czy później ulegnie zasłużonej karze, jako w regułę uświęconą wiekami.
Joson pochodził z ludu, miał też same poglądy, były więc uczciwemi i sprawiedliwemi. Był on oburzony obrotem sprawy, na jaką patrzał.
Franciszek Valencourt, przedstawiał mu się jako zdrajca w melodramacie, nietylko bezkarny, lecz któremu, wszystko się wiodło, był zaszczycony honorami, otoczony bogactwem i zbytkiem.
Czyż to nie krzywda, wołająca o pomstę do nieba? Od tylu lat Joson zaciekły, lecz milczkiem, zmuszony udawać zadowolonego i skrywać żółć, wzywał w modłach kary na winnego. Oczekiwał jej z dnia na dzień, z godziny na godzinę, tymczasem... Wszystko mu szło na wspak.
Dzieci Magdaleny Stefani i Filipa Valencourt, znikły jak gdyby zaklęte. Nigdy nie słyszał o nich. Czyżby wszyscy pomarli, matka i dzieci?
Lecz Bretończyk z wiarą swego plemienia, ukrywał w głębi duszy nadzieje, że to tak nie skończy się.
Skoro też otrzymał bilecik od nieznajomej, wybuchł jak mina podpalona, około której płomyk krążył przez przeciąg lat dwudziestu.
Ani na chwilę nie zdawał się powątpiewać, aby to kto mógł być inny jak nie:
— Oni!
Oni, Valencourt’owie, dzieci Filipa, istoty oczekiwane, mściciele swej matki, sędziowie mający zmyć zniewagę, ukarać kradzież, stanąć przed tym bladym i nikczemnym łotrem, który im wykradł wszystko, majątek i imię.
Joson powiedział do siebie.
— Pójdę.
Dlatego to rozkaz markiza, zmięszał go w pierwszej chwili, lecz był człowiekiem przemyślnym, byłby również wynalazł maszynę piekielną, niżeliby się miał nie stawić na wezwanie skąd mogło wytrysnąć jakieś światło.
Nigdy godziny nie wydały ma się dłuższemi. Sto razy spoglądał na zegarek a popołudnie zdało mu nieskończonem. Setki razy odczytywał list, aby się upewnić i nie omylić się.
Nieznajoma pisała: „Punkt dziewiąta, na trotuarze Pól Elizejskich, po lewej stronie alei“. Bretończyk wyrył w pamięci znak dany.
Markizostwo nie obiadowali u siebie, wyjechali o siódmej, Joson Kerhoël był wolnym. Zresztą znalazłby mnóstwo pozorów, aby wyjść, kamerdyner w roli marszałka był znaną osobistością w pałacu de Blangy’ch.
Upojony nadzieją i radością, poprowadził jednego ze swych towarzyszy dla zabicia czasu, na przekąskę. Rozpromienienie, było tak widocznem, że nie mogło ujść baczności towarzysza, który też zasiadłszy przy stole zastawionym przekąską i butelką wina, odezwał się:
— Możnaby przypuścić, żeś otrzymał wielką sukcesyją, panie Josonie.
— Nie mam krewnych, skądże więc mogłaby na mnie spaść.
— Zdajesz się być uradowanym.
— Jestem nim. Wyjeżdżamy do Blangy, a wieś służy mi.
— Są jakie wiadomości od chorej?
— Od panny Teresy? Są.
— Jakie?
— Dobre. Zdaje się, że powraca do zdrowia.
— Świeże powietrze...
— Tak, dodał Joson podejrzliwie, świeże powietrze i zadowolenie...
Nie wyjawił z jakiego powodu, lecz Zuzanna wspomniała w końcu listu o pięknym nieznajomym.
— Za twoje zdrowie, Josonie.
— W ręce twoje, mój poczciwy Simonie!
Simon był to stary ogrodnik, doglądający małego parku w pałacu de Blangy’ch, znał obydwóch siostrzeńców starego markiza. Joson lubił go bardzo, bo mógł z nim rozmawiać o swym dawnym panu, Filipie Valencourt.
— O dobry to był pan, szczery a nie dumny względem nas, panie Simonie.
— O! tak. Czyżby to, nie lepiej było, aby ten drugi, żyjący, był kark złamał na Cours de la Reine! Starszy straszny sknera dla nas, panie Josonie.
O wpół do 9 rozeszli się.
Joson wymówił się, jakoby miał jeszcze niektóre zlecenia do spełnienia. Zapłacił rachunek, i udał się na plac Concorde. Czas był prześliczny, niebo zasłane gwiazdami i bez chmurki.
Orkiestry w kawiarniach, hejnały na wieżach sprawiały istną kocią muzykę na Polach Elizejskich. Bretończyk przeszedł na wskazany trotuar zwykle pusty, publiczność bowiem chętniej się trzyma prawej strony.
Punkt o 9 wysoka, młoda dziewczna czarno ubrana, zbliżyła się wprost do niego, zapytując półgłosem:
— Pan Kerhoël?
O uszy kamerdynera odbił się głos harmonijny, lecz z akcentem angielskim, — poznał go, bo w pałacu de Blangy’ch przyjmowano cudzoziemców różnej narodowości.
Franciszek Valencourt, jeżeli nie odziedziczył majątku i tytułu swojego wuja, to przynajmniej jego przesądy. Dawne stosunki senatora, cesarstwa, przechowywały się w jego domu jak tradycyja. Akcent brytański przestraszył wiernego Bretończyka. Czyżby jego oczekiwanie było mylnem, przeczucie fałszywem?
— Tak, powiedział, jestem Josonem Kerhoël.
— Dziękuję, za stawienie się na wezwanie. Pamięta pan jeszcze tego, którego wywołałam wspomnienie? Nie oszukano mnie!
— Najpierw, kim pani jesteś?
Nieznajoma podniosła woalkę. Joson Kerhoël osłupiał, usta na wpół rozwarł ręce załamał, stał zachwycony, zdumiony.
— Kim jestem? powtarzała młoda dziewczyna. Czy pan nie zgaduje?
— Magdalena!
— Tak, Magdalena, córka Filipa Valencourt.
— Prawdziwie... Zobaczywszy panią sądziłem, że stoję przed matką pani!...
— Mówiono mi, żem do niej podobna...
— Zadziwiające podobieństwo...
— Matka moja dawno umarła, nieszczęśliwa, zrozpaczona... Byłam młodą, bardzo młodą nie wiele rozumiejącą prócz, że srodze cierpiała.
— Miała pani brata?
— Filipa... młodszego odemnie prawie o trzy lata. Żyje, mówią, że jest tak podobnym do ojca... jak ja do matki.
— Gdzie jest?
— Daleko stąd — ale jego zamiary są odmienne od moich, pomimo, że się bardzo kochamy. Filip podróżuje.
— Po Francyi?
— Tak, po Francyi, ale zaraz... zanim dalej dojdziemy... bądź szczerym, panie Josonie... Wydobyła list ten, któren kiedyś pisał Bratończyk do Magdaleny Stefani, przyrzekając jej poświęcenie się i zupełne zaparcie siebie, byle w tajemnicy pokazała mu go.
— Czy zawsze pan żywi te same uczucia?
— Zawsze, Chciałby pan dopomódz córce, tak, jak pan przyobiecał pomódz matce?
— Jakem Bretończyk, przysięgam!
— Proszę więc iść ze mną. Zwracają na nas uwagę i mogliby nas podsłuchać.
I rzeczywiście kilku przechodniów uderzonych rażącym kontrastem między niezwykłą urodą młodej kobiety a człowiekiem z ludu, zatrzymało się, chcąc zrozumieć, jaki stosunek mógł łączyć te dwa osobniki.
Służący, mają zwykle odmienny sposób noszenia się, i wyraz twarzy wykazujący niejako ich zawód, Joson Kerhoël był też typem najwyraźniejszym jaki znaleść można było. Kilkanaście lat służby przeistoczyły go zupełnie był wygolony, wymuskany, ubrany jak etykieta domu wymaga, powierzchowność jego uderzała każdego, objawiając z pierwszego wejrzenia kim mógł być.
Magdalena znowu w mniej eleganckiej kapotce, sukni czarnej pod szyję obcisłej, w okrywce artystycznie udrapowanej z koronkową parasolką, wyglądała na wielką damą, rozmawiającą potajemnie, ze swym służącym.
Poprowadziła go w aleję mniej oświetloną, sąsiadującą z pałacem wystawy, tam też mogła otwarcie pomówić.
Bretończyk nie mógł się jej napatrzeć, ani nasłuchać. Opowiedziała mu wszystko, zamążpójście i samobójstwo matki, swoje i brata dziecięce i dalsze lata pod opieką Bouraille’a, pisarza z Pougny, swoje zamiłowanie do nauki, aby przez nią stać się silną, przyrzeczenia pomszczenia i ukarania zbrodniarza, za postępowanie, którego ona tylko miała przekazane dowody. Nie skryła nawet różnicy zdań z Filipem, i postanowienia bezwarunkowego doprowadzania do celu tego, co jej zlecono.
— Nic mnie nie przestrasza, dodała i gdybym paść miała nie cofnę się.
Joson słuchał, zamyśliwszy się.
— Więc pan pozostał w usługach Franciszka Valencourt?
— Tak, jak doniosłem o tem matce pani.
— I to aby nam się przysłużyć?
— Aby wam się przysłużyć i aby żyć. Wszystko jedno, pracować tu czy tam. Zresztą, miałem zawsze nadzieję...
— Nas zobaczyć?
— Rzeczywiście.
—Jak się stało, iż pan nie wiedział, gdzieśmy się podziali?
— Nikomu nie było wiadomem, że, matka pani miała krewnego nazwiskiem Arbaud. Dziadek wasz pułkownik z nikim się nie komunikował. Przypuszczano, to matka pani wyjechała na Korsykę, do rodziny Stefanich.
— Czy markiz, kiedy Franciszek Valencourt został markizem, wiedział co o naszem istnieniu?
— Nigdy nie wspomina ani o wdowie, ani dzieciach brata swego, lecz nie należy mu dowierzać... Może wiedzieć wszystko a nie okaże tego. Nikt nie zbada tej tajemnicy!
— Może... Zresztą jestem przezorna.
— Jakto?
Powiem panu, lecz wprzódy należy, byś pan miał do mnie bezgraniczne zaufanie.
— Mam je.
— Niedostateczne jeszcze. Pan mnie znasz dopiero od chwili.
Dochodzili do końca alei, przy skręcie Pól Elizejskich. Dorożka niezajęta stała przy trotuarze.
— Wsiądźmy, rzekła do Bretończyka.
— Gdzie mnie pani poprowadzi? zapytał, wsiadając.
— 12, ulica de Sèze, powiedziała do woźnicy. Jest to spokojna część miasta. Proszę się niczego nie obawiać.
— Nie boję się wcale.
Czegóż bowiem mógł się trwożyć. Ta piękna dziewczyna nie przestraszała go, przeciwnie, zdawało mu się, że mu odjęła z bark dwadzieścia lat życia, przypominając mu świetne czasy służby a ukochanego pana Filipa Valencourt.
Imponowała mu miną stanowczą, chęcią odwagi walczenia, sama oddana nie sile fizycznej, lecz moralnej przeciw markizowi potężnemu wzrastającą fortuną używającemu opinii człowieka uczciwego.
Przytem Joson Kerhoël był Bretończykiem i do tego z Morbihan, a ci nie boją się walki. Wojna jest ich żywiołem.
Stara krew Josona Kerhoël, podrzutka pochodzącego może od Du Guesclin’a lub Cirssona, burzyła się i buntowała. Pragnął dowiedzieć się, jak ta blondynka, Magdalena zabierze się do wypowiedzenia wojny człowiekowi również wstrętnemu jak skorpion lub płaz jaki. Rozumiał, że będzie to krwawy pojedynek, a nie potrzebujemy dodawać, że życzenia Bretończyka były po stronie młodej dziewczyny.
Magdalena milczała; dorożka posuwała się spokojnie, pośród zgiełku muzyki i głuchego odgłosu powozów przejeżdżających aleje i unoszących rozmarzone i podniecone szampanem pary.
Po 10-ej dorożka zatrzymała się przed ładnym domem.
— Jesteśmy u celu, odezwała się Magdalena, podczas gdy żona odźwiernego podała jej list mówiąc:
— List do pani. Oddał mi go pan, tęgi i wysoki. Żałował bardzo, że pani nie zastał.
— Ah! tak... już wiem... to towarzysz podróży... Jechałam z nim z Ameryki... na statku Amerykanin.
— Piękny mężczyzna! Galant!
— Tak sobie! Proszę... Czy to już wszystko?
— Wszystko.
— Nic nie mówił?
— Owszem... że mu było przykro...
— Dobrej nocy, pani Pichat.
Pani Pichat była lat statecznych, bardzo przyzwoita. Wszystko musiało być odpowiedniem w tym domu, nie hałaśliwym, czystym, utrzymanym w wielkim porządku przez właścicieli mieszczan, mających i więcej domów na bruku Paryża, lecz którym głównie o to chodziło, by dochód był dobry a uczciwy.
Pani Pichat, zarządzająca, również miała wielki żal do świata, nie mogąc korzystać z jego dobrodziejstw i rozkoszy, uroda bowiem a nie cnota stawały na przeszkodzie.
— Śliczna dziewczyna, szeptała elegancka! A co za rozumna głowa! Ah! gdybym była do niej podobną! Szanowny Adam Smith, ze Smith-house, wywarł widocznie dobre wrażenie, na poczciwej kobiecinie że rozsiadła się bowiem na progu drzwi dla nabrania świeżego powietrza, powtarzając:
— Piękny mężczyzna! Elegancki! Jej lokatorka, blondynka, wchodziła lekko na wschody, zdobne w malowidła z czasów panowania Ludwika Filipa, poprzedzając Bretończyka.
— Idę pierwsza dla wskazania drogi.
Prawdziwa radość ożywiała ich.
— Znalazłam człowieka, myślała takiego jak go mi matka przedstawiła. Nie jestem już sama.. Będzie ktoś co mnie będzie podtrzymywał.
Joson ze swej strony, podziwiał tę młodą dziewczynę stanowczą i odważną, silną pełnią zdrowia, gotową do powetowania, z zachwycającą go energiją krzywdy od tylu lat wyrządzonej.
Za każdem, piętrem, odwracała się i mówiła uśmiechając się.
— Jeszcze wyżej.
Doszli na koniec na ostatnie piętro, weszła w wązki korytarz, wyłożony zniszczonym dywanem a roztwierając małe drzwiczki, wyrzekła:
— Otóż i jesteśmy.
Bretończyk zobaczył dwa krzesła. Wzięła jedno dla siebie, drugie podała gościowi przypatrującemu się z ciekawością temu mieszkankowi tak skromnemu a tak ponętnemu pomimo, że był przyzwyczajony do przepychu i zbytku w pałacu i zamku de Blangy.
Zapaliła dwie świece, dodając:
— Teraz, mówmy seryjo, bo nie chciałabym pana przetrzymywać, może pana potrzebują nasi dobrzy krewni de Blangy.
Jej ładne usteczka, ukazujące śliczne ząbki, wykrzywiły się wymawiając to wstrętne nazwisko, a oczy jej zaiskrzyły się płomieniem goryczy, lecz natychmiast przyszła do siebie, przystępując stanowczo do interesu.
— Najpierw aby pan był tak we wszystko wtajemniczony jak i ja, proszę przeczytać uważnie to, co ten kajet zawiera, ja zaś przejrzę mój list. Dotąd prócz mnie i Filipa nikt nie wie co rękopism ten mieści, lecz pan jesteś naszym przyjacielem, nie chcę więc mieć żadnego sekretu przed nim. Jeżeli matka moja popełniła jaką niedokładność pan mi ją sprostuje.
Kerhoël nie oparł się ani na chwilę. Czuł się rządzonym przez tę dziewczynę prawą i szczerą, ze spojrzeniem śmiałem i czystem, po za którem widniała dusza i duma nieugięta.
Roztworzyła kajet a Joson czytał z wielką uwagą podczas gdy Magdalena roztwierała swój list od Amerykanina.
Gdy Bretończyk skończył, odwrócił się do młodej dziewczyny.
— Cóż więc pani postanawia czynić?
— Czy opowiadanie to, jest prawdziwem?
— W rzeczywistości jeszcze gorzej było.
— Mamy więc prawo za nami?
— W zupełności... lecz trzeba dowodów.
— Będę je mieć.
— Jak?
— Bóg nam dopomoże.
Bretończyk popatrzył z niedowierzaniem.
— Proszę przekonać się dokąd mnie prowadzi silna wola. Opowiedziałam panu, w zarysach tylko, moje życie. Nie jestem bogata, lecz mam z czego żyć dostatnio, niezależnie z renty dwunastu do piętnastu tysięcy franków, dzięki naszemu nieszczęśliwemu przybranemu ojcu i Bouraille’owi zacnemu opiekunowi, o którym panu mówiłam. Oto list, gdzie mnie proszą o rękę, ofiarowując mi milijony i świetne zamążpójście, które przyjmę pewnie lecz nie teraz jeszcze. Proszę przeczytać go także.
List Adama był krótki:
„Przyjmij pani jedno i drugie, a uczuję się najszczęśliwszym z ludzi, gdyż wierzę, iż nie znajdę kobiety godniejszej od pani którą pragnąłbym nazwać mą żoną.
„Przyjmij pani, a o nic więcej pytać się nie będę. Nie chcę nawet wiedzieć kim jesteś i skąd przybywasz.
„Pod słowem uczciwego człowieka, będziesz pani szczęśliwą.
A oto co mu odpowiadam, powiedziała młoda dziewczyna:
„Gdybym była wolną, najchętniej przyjęłabym pana propozycyję. Teraz niepodobieństwem. Mam obowiązek do spełnienia i muszę go doprowadzić do zamierzonego celu.
„Tymczasem, serdeczne dzięki załączam, Magdalena Arbaud.“
— Jakiż to obowiązek? zapytał Bretończyk.
— Ukarania.
— Czego więc pani żąda odemnie?
Joson Kerhoël oparł rękę na stole, ona jej dotknęła.
— Przede wszystkiem przysięgam panu, mówiła wolno, nikogo nie skompromitować ani pana, ani innych, pana szczególniej, któryś tak kochał ojca mego. Powiedz mi pan, wszak panna de Blangy straciła nauczycielkę?
— Tak.
— Za sześć tygodni będzie mieć inną?
— Skąd pani wie o tem?
— Wiem.
— To i cóż!
— Aby wejść do tego domu, chcę być jej nauczycielką. Czy to byłoby możebnem?
— Tak, gdyby pani była Angielką.
— Mam przyjaciółkę w Londynie, młodą dziewczynę miss Ellen-Vanbury. Da mi swoje papiery. Chociaż nie jest zbyt podobną do mnie, lecz jest blondynka jak ja i mego wzrostu. Ma doskonałe świadectwa...
Joson potrząsł głową.
— Będzie to ryzykowne, lecz może się udać...
— Cóż więc robić?
Pomimo rady siostry, Filip nie odjechał. Oberża w Truite przytrzymywała go niewidzialnemi węzłami. Nastał już i koniec sierpnia, a on tam był, jeszcze.
Prawda, że i Teresa de Blangy była także w Allevard, że codzień kierowała przechadzki jeżeli nie do Buisson, to przynajmniej w jego okolice, i czy przypadkiem czy ze zmyślności Zuzanny, spotykano się z gościem z oberży Truite.
Wtedy zwykle wszczynały się długie pogawędki; czasem dysputy i sprzeczki w różnych kwestyjach, — rozmowy, dające możność pannie de Blangy do bliższego poznania charakteru młodego człowieka i oceniania coraz więcej, jego prawości i szlachetności.
Przecież wszystko skończyć się musi. Teresa kończyła, naznaczoną kuracyję, matka wzywała ją do siebie.
W przystępie rozgorączkowania, po wewnętrznej walce przeciw sercu, nie mogąc wyjść zwycięzko, po raz pierwszy, młoda dziewczyna napisała tych słów kilka do przyjaciela.
„Wzywają mnie do Blangy. Z wielkim żalem, zmuszoną jestem wyjechać. Pragnę pana widzieć po raz ostatni. Proszę być jutro a 5-ej po południu, przy ruinach starego zamku. Będę tam
Gdy listonosz wręczył list Filipowi, ten zmieszał się, doznając wyrzutu sumienia.
Słowa siostry przyszły mu na pamięć. Uczuł, że jest przykutym, podbitym, zwyciężonym. Niewytłomaczony wdzięk przykuł go do tej młodej dziewczyny, której powinien być przeciwnikiem i nieprzyjacielem.
O co go miała prosić? Co za cel tego nowego widzenia? List odebrał o 12-ej, a widzenie się naznaczono na 5-tą.
Zaniepokojony długo nie mógł się zdecydować. Rozumiał, że poświęca życie swoje, a wrażenie spotkania pozostanie niezatartem. Może jeszcze czas zerwać wszystko?
Przemógł się, wszedł do swego pokoju i zaczął przygotowywać się do odjazdu to znów napisał słów kilka w odpowiedzi, ale podarł je, uważając, że są za okrutne.
Nakoniec za zbliżeniem się oznaczonej godziny, wziął laskę, zaszedłszy do oberży, zapytał o najkrótszą drogę do la Bastie; tak zwano ruiny, gdzie zapraszała panna de Blangy.
Z Buisson do Bastie więcej jest jak mila drogi, — ścieżki, parowy do obejścia, potoki. Dla Filipa tak lubiącego przechadzkę, była to zabawka. Zszedł z pochyłości Buisson, obojętny na otaczające go cuda natury, zajęty wyłącznie myślą o Teresie.
— Co ona mi może powiedzieć?
O kilka minut po 5-ej przybył do stóp pagórka, na którym wznoszą się szczątki starego zamku, będącego punktem zbornym dla kąpiących się z Allevard.
Młody człowiek z sercem bijącem wszedł na wzgórze. Przechodził mały kasztanowy lasek nad brzegiem parowu w głębi którego płynął strumyk, ukazujący się na skraju, gdy dostrzegł białą jak marzenia, w swej letniej sukience, oczekującą go pannę de Blangy. Nikogo więcej nie było. Młoda dziewczyna była sama. Zbliżył się.
Oboje byli wzruszeni, niezdolni wymówić słowa.
Nakoniec Terasą przerwała milczenie.
— Chciałam pana zobaczyć, jaszcze zanim wyjadę i wyznać mu, za ciężko mi bardzo, gdy wspomnę, iż wypada nam rozłączyć się na zawsze.
Głos jej drżał. Twarz pokryła się silnym rumieńcem.
— Nie skryję nawet, dodała, że żywię dla pana szczerą sympatyję. Ludzie, otaczający mnie, nie mówią – ani o mym ojcu, ani matce — nie posiadają pana wychowania i szlachetności.
Chciał ją powstrzymać.
— Wiem co mówię, odrzekła. Jestem jeszcze młodą, lecz proszę mnie nie posądzać o śmieszną dumę, często zastanawiam się, jeżeli się kiedy przywiążą do kogo, to pewno nie do tych, co mnie otaczają, pragnących widzieć we mnie raczej posażną dziedziczkę, a nie żonę, nie badając nawet mych uczuć.
Podniosła chusteczkę do ust, zakasłała się i melancholijnym uśmiechem mówiła dalej:
— Nie wiem, czemu myślę o przyszłości nie mającej istnieć dla mnie. Kuracyja przepisana nie pomogła mi, przeciwnie czują się więcej osłabioną... To co mnie pokrzepiało najwięcej, Filipie — nazwała go po imienia, nie żenując się, jako towarzysza — te nasze wspólne spacery po tej pięknej i ożywionej okolicy, nasze rozmowy inne niż te, jakie prowadzą tam, w Paryżu, gdzie tylko mówią, o teatrach, aktorach, śpiewakach, lub wyścigach i pieniądzach... zawsze o pieniądzach. Jedyny przedmiot zajmujący świat cały... Czy ich tak wiele potrzeba na przeżycie lat kilkunastu...
— Pani żyć będziesz długo.
Potrząsła głową.
— Nie wiem, powiedziała. Są, chwile w których życia pragnę, kiedyindziej znów staje mi się ono obojętnem. Tak byłam prawie szczęśliwą w Allevard, w spokoju, przerywanym tylko przez doktorów i ich śmieszne recepty.
Nie mogła powstrzymać uśmiecha złośliwej wesołości.
— Nie powinnam tego mówić przed panem, który możesz zostać doktorem, lecz to nad moje siły, zresztą pan do nich tak niepodobny... O zupełnie niepodobny.
Teraz Filip się uśmiechnął.
— Niechaj się pani nie krępuje, dorzucił, proszę się wyśmiewać; idź pani za przykładem Moliera.
— Jakżeby tu dobrze było bez nich, ciągnęła dalej Teresa, lecz ci ludzie.
ustawieni koło źródeł opukujący piersi, zmuszający do roztworzenia jak najszerzej ust dla schwytania wilgotnego pyłku, tego cudownego pyłku, mającego zdrowie poprawić i siły powrócić. Ah! jakże to zabawnie patrzeć na to wszystko! I powiedzieć dopiero, żem posłuszna tym Diatorijusom i postępuję jak inni z namaszczeniem! I nadal poddam się z tąż samą uległością, aby okupić za tę cenę prawo spędzenia kilka tygodni czasu, tak jak teraz żyłam... zdala od tego świata mi wstrętnego. Odeszła kilka kroków dalej.
Usiadła na kamieniu, stoczonym nad brzeg wązkiego parowu, mając nogi zawieszone nad potokiem czystej wody, płynącej ze szmerem po kamykach na jakie dwadzieścia stóp pod nią.
— Usiądź pan tutaj przy mnie, zapraszała.
— Proszę być ostrożną... może pani wpaść w strumyk.
— Niema niebezpieczeństwa!….. Czyż nie jestem przy mym nadwornym wybawcy? Przy panu niczego się nie obawiam.
Zmieszał się na taką poufałość miłego dziewczęcia, niemającego najmniejszej złej lub dwuznacznej myśli. Czem więcej się jej przypatrywał, tem znajdował ją ładniejszą, powabniejszą, posiadającą coś anielskiego i słodkiego, usuwającego gwałtowne pokusy.
Sam pragnął rozproszyć prawdziwe wrażenie, lecz głos wewnętrzny szeptał mu:
— Tak, kochasz ją, bo zasługuje na miłość, kochasz jak siostrę może, uczuciem bezinteresownem, jako istotę słabą i łagodną, potrzebującą twej opieki, lecz ją kochasz nakoniec miłością, która nie może być zaspokojoną. Chcesz, czy niechcesz, jesteś z nią związany na całe życie!
Piękną była z swemi popielatemi włosami, płcią bladą, z figurą wiotką jak trzcina, z kształtami młodego dziewczęcia wątłemi, lecz delikatnemi i wyższej dystynkcyi.
Wzniosła wzrok błagalny.
— Nie mogę uwierzyć, mówiła z niezmiernem wzruszeniem, abyśmy się mogli rozstać na zawsze! Czyżby to było możebnem!
— Spotkanie nasze zrządził wypadek, on też nas może rozłączyć bezpowrotnie.
— Niezmartwiłoby to pana?
Pytanie to zadane z dziecięcą szczerością, wzruszyło Filipa do głębi duszy.
— Owszem, odpowiedział żywo, lecz trzeba abym pani opowiedział co czuję i myślę. Czy mi pani pozwala?...
— Proszę cię Filipie, mów. Przekonaną jestem, że mi nie powiesz nic takiego, czegobym nie mogła słuchać. Ufam ci jak bratu.
— Odkąd panią spotkałem, pozostaję niewolnikiem jej dobroci charakteru, śmiałej swobody, pociągu z pod którego chciałem się wyłamać.
— Dlaczego?
— Chciałem... i to ze wszystkich sił moich. Po co pani wiedzieć przyczynę? Nie mogłem. Jeżeli pozostałem w Buisson, to tylko dla pani, bo z okna mego pokoju mogłem dojrzeć, park w kąpielach, gdzie pani przechadzała się, dach okrywający pani sypialnię, źródło w którem pani czerpała zdrowie, jednem słowem dla pani tylko nie opuszczałem okolicy, boś pani była w niej mą zaklętą czarodziejką. Nie cudowny krajobraz przyciągał mnie, nie wielkość horyzontu nad białemi śniegowemi szczytami. Lubiłem szmer potoku, bo pani siadała nad jego brzegiem, i moje skromne mieszkanko w oberży, bo z niego widywałem panią, przybywającą na mule dla wypicia filiżanki mleka. Lecz są to wszystko dzieciństwa, mogące trwać jakiś czas tylko. Zna pani te sny, szczęśliwe upajające nas. Żyje się w świecie czarów. Za przebudzeniem widzimy straszną i smutna rzeczywistość. Jesteśmy więc jak we śnie. Przykre to może, lecz tak się zwykle dzieje. Pani odjeżdża! Jakże się zobaczymy? Przepaść nas rozdziela, głębsza niż pani może przypuścić. Tę różnicę stanowi majątek, pozycyja rodziców pani względem wieśniaka. Wiem kim pani jesteś. Pani nie wie kto ja jestem. Nazywam się Filip Arbaud syn zamożnego winiarza, lecz dalekim od bogactwa, pani jesteś panną Teresą de Blangy, córką markiza de Blangy-Cussey, największego magnata Burgundyi, najbogatszego kapitalisty z przedmieścia Saint-Germain. Widzi więc pani, że nasze losy nie mogą mieć nic wspólnego!. Nie do widzenia więc należy nam powiedzieć, lecz żegnam!
Głos jego podnosił się, wyrażał się coraz z większą energiją, prawie porywczo. Zdawałoby się, że nienawiść siostry wkradła się i w jego duszę. W pozie jego i akcencie była gorycz i irytacyja również nagła jak i niezwyczajna.
Przytłumione łkanie wstrzymało go. Głowa młodej dziewczyny padła na pierś jogo. Dwie rzęsiste łzy stoczyły się po wychudłych policzkach. Podniosła chusteczkę do oczu, a odkaszlnąwszy spostrzegła ślady różowe, krwiste, zdradzające chorobę, jaką była dotknięta. Litość opanowała go, a w uniesieniu, bezsilny aby odepchnąć schwycił jej rękę i podniósł do ust.
Podniosła głowę, oczy były łez pełne.
— Co masz do mnie, że mi tak dokuczasz? — zapytała.
Dotknięty temi prostemi słowy, wymówił tylko:
— Wybacz!
Co mógł mieć rzeczywiście do niej? Czyż ona była przyczyną infamii swych rodziców? Czy mógł mieć urazę do tego wątłego stworzenia, potrzebującego miłości i przywiązującego się do niego, w swem opuszczenia i samotności.
— Rozkazuj więc rzekł. — Czego pani żądasz?
Wstała.
— Czego chcę? Oto, abyś był moim przyjacielem teraz i zawsze — rzekła, wspierając się na jego ramieniu.
— Niestety!
— Czy uważa pan, że to będzie tak trudno?
— Być pani przyjacielem, nie; zobaczyć się z panią, bezwątpienia.
Uśmiechnęła się wśród łez; było to jak słońce, przebijające przez chmury.
— Nie tak tradnem, jak sądzisz. Posłuchaj mnie.
— Słucham.
Szli dalej między wysokiemi jodłami. Kilku spacerowiczów zbliżało się do ruin pieszo lub na mułach.
Jej garderobiana, Zuzanna, siedziała na wzgórzu, oczekując ich powrotu.
— Oto mój plan, — rzekła młoda dziewczyna. Ma pan lat dwadzieścia cztery.
— Tyle właśnie.
— A ja wkrótce siedemnaście.
— Cóż więc z tego?
— Jest pan studentem medycyny... Mieszka pan w Paryżu... często...
— Rozumie się.
— Ja mieszkam zimą i na wiosnę w Paryżu, w domu rodziców, w pałacu de Blangy. Jestem również jak i pan uczennicą... Prowadzą mnie do Komedyi francuskiej... Opery... Pan jesteś prawie bogatym.
— Oh!
— Nie mów, nie... Bywasz przecież od czasu do czasu w teatrze. Zobaczymy się... Nieprawdaż?
— Być może.
— We wtorki w Komedyi, w środy w Operze... To nasze dni. Aby cię zobaczyć choć na minutę, a będę szczęśliwą na cały tydzień. Widzisz... Nie jestem wymagającą. Tym sposobem będziemy wiedzieć, że jest ktoś….. co o nas myśli. A potem...
— A potem?
— Jak będę ja ciebie, lub ty mnie potrzebować, potrafimy się znaleźć... Znasz Zuzannę?
— Tak.
— To bardzo dobra kobieta, przywiązana... Rzuciłaby się za mnie w ogień. Abym tylko wiedziała twój adres. Ty wiesz mój. Oto wszystko czego potrzeba.
Zatrzymała się pod rozrosłą jodłą, z zwiesistemi gałęziami, zakrywającemí ich przed ciekawych wzrokiem, a oparłszy ręce na ramionach młodego człowieka, rzekła:
Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Wierzę, żem ci może winna życie; zostań sławnym doktorem, Filipie, abym ci je zawdzięczyła po raz drugi!
Łzy wytrysnęły z jej oczu, lecz łzy szczęścia, gdyż wyczytała w spojrzeniu Filipa, że jest kochaną, tak jak pragnęła.
— Przyobiecujesz? — błagała.
Poniósł ręce Teresy do ust, okrywając je pocałunkami.
— Obiecuję — odpowiedział.
— I na zawsze?
Skłonił się w milczeniu; był bardzo wzruszony.
— Dziękuję. Gdybyś wiedział jak mnie czynisz szczęśliwą.
Zadumał się, a jasna sukienka migała się po trawie.
Panna da Blangy odwróciła się raz jeszcze, a jej usta zdawały się wymawiać ostatnie słowa:
— I na zawsze!
Ludwika de Chambeyre, markiza de Blangy, miała wiele wad, ale też posiadała i przymioty.
Moralność jej pozostawiała wiele do życzenia, a wspomnienia dręczące ją we śnie, rozstrajały jej nerwy.
Szła za popędem szalonej zazdrości, dopuszczając się zbrodniczych występków i krzyczącej niesprawiedliwości, lecz nie poniżyła się do niegodnych, lub zasługujących na wzgardę rachunków. Nieporównana gospodyni domu, nakazywała poszanowanie wzbudzała zazdrość. Nikt nie potrafi z większym taktem podtrzymać honor domu, i pomimo nikczemnego postępowania męża, zamydlić ogółowi oczy.
Przytem była dobrą matką. Przesycona próżnością świata, sądzącą z zimną krwią ludzi i rzeczy, zlała całe swoje uczucie, nie mające, gdzie indziej ujścia, na dzieci.
Dowcipna, uszczypliwa, elegancka, zawsze powabna, gdy potrzeba było, nie zapominająca o niczem, baczna na najmniejsze drobiazgi, po za obrębem pieniędzy rządziła wszystkim w domu.
W chwili, gdy córka jej rozstawała się z przyjacielem, spotkanym w górach Dauphiné, zdążając z ruin de la Bastie do parka kąpielowego, rozległ się pierwszy głos dzwonka na objadowej sali. Pani de Blangy w swym zamku w Burgundyi wydawała rozkazy; mężczyzna lat 50, wsparty na kominku, wygolony jak urzędnicy dawniejszej daty, z rysami wyciągniętemi, twarzą pożółkłą, głębokiemi zmarszczkami na czole w kątach oczu i ust, łysy, lecz bardzo elegancki, w czarnym fraku, białym krawacie, oczekiwał aż zakończy swe rachunki i odprawi służbę, aby rozpocząć przerwaną rozmowę.
Był to nasz stary znajomy de Varnes.
Pani de Blangy zastosowała się do życzenia męża.
De Vernes, tak jak lat poprzednich należał do liczby zaproszonych gości i przybył na polowanie markiza w Côte-d’Or.
Nadmieńmy, to był bardzo gościnnie podejmowany.
Na początku września w zamku de Blangy było huczno i gwarno, mnóstwo przyjaciół i znajomych zachwycało się pobytem w tej przepysznej magnackiej siedzibie, powiększonej z wielkim nakładem. Jednych pociągała chęć podobania się Teresie, inni starali się ująć przyszłego markiza de Blangy, a między nimi byli bracia, ojcowie lub matki, mające córki na wydaniu, obrachowując ewentualną fortunę z nienasyconą i gwałtowną żądzą jakiej nasze pokolenie ogólnie dziś tak hołduje.
— Kogo się jeszcze pani spodziewa? — zapytał de Varnes, — gdy markiza kończyła wyliczanie swych gości.
— Kogo? Najpierw mojej córki.
— Powraca?...
— Jutro.
— Zdrowa?
— Nie wiemy nic pewnego. Doktór Chambayre mówi, nic nie powiadając. Przypuszczamy, że nie jest zaspokojonym. Zresztą wody z Allevard... rozumie pan... to bardzo ważne. Ja, pocieszam się, lecz bardzo jestem strwożoną.
— Nie tyle co ja, — odrzekł wyraźnie de Vernes.
Pani de Blangy spojrzała nań z boku.
— O Teresę? — zapytała.
— Nie. O siebie?
— Cóż panu znów jest?
— Bardzo ciężka choroba...
— Jaka?
— Nie odgaduje jej pani?
— Klęska pieniężna?
— Zgadła pani...
— Ależ te trzydzieści tysięcy franków...
— Czczy dym... Znikły, ulotniły się...
— Jest pan więc nieuleczalnym?
— Nie tak źle jeszcze.
— Ma pan środek ma swą rozrzutność?
— Tak.
— Może mi go pan odkryć?
— Owszem, lecz nie teraz jeszcze, później... gdy pani będzie mieć więcej wolnego czasu...
Pani de Blangy nacisnęła dzwonek elektryczny.
— Ach Boże! tracę przy panu pamięć... Zapomniałam...
— Czego?
— Wysłać po jedną jeszcze osobę na kolej.
— Dokąd?
— Do Beaune i nie mam pojazdu... Stangreci pozatrzymywani na wieczorek...
Wszedł Joson Kerhoël.
— Pani dzwoniła?... zapytał.
— A... czy wiesz... Ta młoda osoba przybywająca dziś o dziewiątej...
— Angielka?...
— Właśnie... Czy przygotowane jej pokoje?
— Tak pani.
—Trzeba kogo wysłać do Beaune...
— Czy i po rzeczy także?...
— Jakto zrobić?
— Pewno nie będą bardzo ciężkie.
— Zapewne.
— Pozostał tylko wózek angielski.
— Dostatecznym będzie; ale stangreta?...
— Przyszedł polowy, Rigaud... On to spełni.
— Doskonale... powiedz mu, Josonie.
— Niechaj pani markiza będzie spokojną... Nic łatwiejszego.
— Dobrze, idź Josonie. Pociąg o dziewiątej...
— Jak się nazywa ta młoda osoba?
— Zaczekaj.
Pani de Blangy, wyjęła list z pod stosu papierów, i pachnących bilecików, leżących pod nią,.
— Oto jest. Miss Ellen-Vanbury. Napisała prędko imię i nazwisko na karcie.
— Nie można się pomylić... Wysoka, młoda, blondyna.
— Dobrze proszę pani.
— Nowa nauczycielka? — zapytał adwokat.
— Tak, osoba z pięknej familii... bardzo wykształcona... znakomicie grająca na fortepianie... Bardzo mi jest rekomendowaną...
— Ładna?
— Nieładna i niebrzydka, lecz przystojna, jak mi mówiono.
— Zkąd pochodzi?
— Ze Szkocyi.
— Mistress Hampton, pani dostawczyni, przysyła ją?
— Ta sama.
— I znów pani skazuje tę biedną Teresę na mękę nauki.
— Oh! będzie to raczej rozrywką a nie pracą. Mówią, że ta miss Vanbury jest młoda i bardzo milutka. Teresa będzie zadowolona ze swej towarzyszki. Będzie grywać, spacerować, doskonalić się bez natężenia umysłu, słowem, kończyć edukacyję, bawiąc się.
— Miałbym dla niej inne zamiary?
— Pan?
— Ja.
— Co pan chcesz powiedzieć?
De Vernes nachylił się do ucha markizy. Pani de Blangy zerwała się.
— Ależ pan o tem sie myśli? — zawołała.
— Owszem, owszem.
Markiza wydała okrzyk zgrozy.
— Żartujesz pan chyba, nieprawdaż? — zawołała rozjątrzona.
De Vernes pozostał zimnym jak lód.
— Przysięgam, że nie. Jestem jak gracz bez grosza, chcę się odbić. Jak tego dokonać? Bogatym ożenieniem lub zdobyciem fortuny. Pozostaje mi tylko ten wybór. Jeżeli mi odmówicie jednego, pokuszę się o drugie, a wierzcie mi, dodał grożąc, wszystkie dane są po mej stronie.
Palce pani de Blangy skurczyły się z oburzenia.
— Słuchaj pan, mówiła, zbliżając się do adwokata. Cierpliwość moja dochodzi do ostateczności... Jestem zmęczoną, potrzeba raz zakończyć... Dziś wieczór pragnę się dowiedzieć, na czem pan opierasz taką śmiałość.
— Z przyjemnością. Gdzie?
— W buduarze, przy mym pokoju.
— O której godzinie?
— O wpół do dwunastej. Goście rozjadą się lub rozejdą do siebie. Będziemy sami.
— Doskonale.
De Vernes mówił z niewzruszoną flegmą, uśmiechając się ironicznie.
Po raz drugi zadzwoniono na obiad.
— Do zobaczenia, mówiła markiza oddalając się.
Adwokat pozostał sam w salonie. Zmienił się, lecz nie na korzyść.
Rozgłos sprawy, bronionej w Paryżu nie przyniósł mu oczekiwanego powodzenia.
Zresztą de Vernes dawno opuścił sądownictwo, oddając się polityce i to mu się nie powiodło. Kandydat kilkakrotny, w Paryżu i w swem departamencie, nie dopiął celu, ponosząc szalone straty.
Jeden upadek sprowadza następne.
Zaczęto patrzeć na de Vernes’a z boku. Upadek cesarstwa zadał mu cios stanowczy.
Od tego czasu staczał się z nadzwyczajną szybkością.
W Paryżu życie jest drogie. Oszczędności po ojcu ulotniły się, stwierdzając przysłowie: zły nabytek nie idzie w pożytek. Mieszkanie, lokaje, życie, karty pochłaniały wszystko, co adwokat kiedyś zarabiał.
Pozostało mu jedno źródło niewyczerpane, a tem była markiza de Blangy.
W niepohamowanej nienawiści do swej rywalki Magdaleny Stefani i jej dzieci, pani de Blangy stała się podwójnie występną, nie tylko przez działanie na zmysły, lecz aby zapewnić współkę niegodziwego obrońcy, poświęciła mu wszystko.
Znosiła karę. Nędznik ten dzierżył w swem ręku jej honor i spokój.
A trwało to od lat dwudziestu. W miarę jak dochody adwokata zmniejszały się, wymagania jego względem Valencourt’ów stawały się częstsze i kosztowniejsze.
Przewaga, jaką posiadał nad markizą, trwożącą się zawsze o zdradę tajemnicy i stosunków, jakie ich łączyły, posuwała się do podłości, gdy chciał zaczerpnąć, jak nazywał, procenta od zysków wspólnej operacyi. Utrzymywał nawet, że ograniczał się w swych żądaniach.
Markiza gryzła z gniewu palce, zmuszona ustępować przed tyranem, narzucającym jej tak poniżające pęta.
Franciszek Valencourt szpiegował w milczeniu wypadki tej walki. Rozumiał przenikliwością umysłu, że adwokat zachował jakąś broń i szukał sposobności do wydarcia mu jej siłą.
Sprowadzając go do Blangy, knuł spisek niewyraźny jeszcze, lecz już powstały w jego planach. Przede wszystkiem jednak pragnął dociec, jaką siłą rozrządza jego przeciwnik, traktował go więc jako przyjaciela, ujmując go tysiącznemi grzecznościami, jak szarlatan, mydlący oczy publiczności dla zwiedzenia jej.
Lecz obydwaj zapaśnicy byli biegli w łotrostwach i wybiegach, mając swój cel wyłączny w pomyślności Valencoart’ów, de Vernes w prowadzeniu interesu był chmurą, ciążącą nad nimi, cierniem w bukiecie róż, markiz więc postanowił za jaką bądź cenę pozbyć się go.
Podczas objadu de Vernes śledził główne zajęcie się markizy. Pomimo, że prezydowała przy stole z pozorną zupełnie swobodą, pochwycił przecież spojrzenia raptowne, zwrócone ku niemu, jakby badające go.
On, przeciwnie, czuł się zelektryzowanym zbliżaniem się końca wolki swoją przwagę.
Cały wieczór zabawiał gości markiza, opowiadając zręczne i wesołe anegdotki, okazując jak świetnym i ironicznym mówcą był zarazem.
Wierzyć można było, że człowiek ten żyje bez troski, czując grunt pewny i trwały pod swemi stopami, a przecież był zadłużonym po uszy, a chcąc się ratować, uciekał się do ostateczności, kusząc się o większą, niż dotąd żądał, część.
Po skończonym wieczorze, goście oddalili się do swych apartamentów lub porozjeżdżali do domów. Pani de Blangy dała znak adwokatowi, który siedząc w rogu salonu, pogrążony w czytaniu świeżego dziennika, zdawał się nim być bardzo zajętym.
— Proszę pana! zawołała.
Przy wyjścia z salonu, Joson Kerhoël zbliżył się do markizy, pytając:
— Czy pani markiza ma jakie zlecenia dla panny?...
— Jakiej panny? — odezwała się roztargniona, pochłonięta całą myślą o mającej nastąpić rozprawie z adwokatem.
— Pani markiza wie. O angielce.
— Ach! tak. Zapomniałam.
— Czy pani markiza życzy ją dziś przyjąć?
— Czy jest tutaj?
— Będzie za minut kilka.
— Jestem zajętą... już blisko północ...
— Dobrze, pani markizo.
— Zobaczę ją... jutro rano! Uprzedź ją, Josonie.
Weszła na wielkie wschody, ztąd w obszerny korytarz, a doszedłszy do drzwi swego pokoju, otworzyła je, wprowadzając z sobą milczącego adwokata do buduaru, oświetlonego lampą, przyćmioną jedwabnym abażurem, Znikli za drzwiami, które się za nimi zamknęły.
W zagłębieniu drzwi, na końcu korytarza, mężczyzna na wpół ukryty obserwował ich, zadając sobie pytania:
— Co jest pani? Nigdy jej jeszcze nie widziałem tak zmieszanej.
By to Joson Kerhoël.
Francyja jest pięknym krajem, lecz za wiele w nim skarg na zastój w handlu.
Gdyby wierzyć tym narzekaniom, zdawałoby się, że nic tam nie idzie, lecz wielka konkurencyja w spirytualijach i napojach stanowi dowód niezbity, że przynoszą korzyści.
Mnóstwo kawiarni, knajp, karczem i sprzedających napoje.
Nietylko w Paryżu, lecz w większych i mniejszych miasteczkach nawet, liczba kawiarni i szynków równa się niemal cyfrze mieszkańców.
Wioska de Blangy była pod tym względem szczęśliwszą, lub posiadała inne gusta. Miała jeden zakład w tym rodzaju. Prawda i to, że wieś składała się tylko z czterdziestu trzech mieszkańców w koło kościoła, licząc proboszcza, człowieka powszechnie szanowanego, oraz jego służącą, surowych obyczajów i niemłodą.
Zakład ten mógł uchodzić za wzór w swoim rodzaju, nie dla swej wielkości, lecz nazwy, nosił tytuł „Café du Commerce“!
Główna sala wychodziła na drogę, kuchnia w podwórzu, a kilka małych pokoików służyło dla lepszego towarzystwa i poufalszych rozmów przy drzwiach zamkniętych.
Do kawiarni „du Comerce“ dotykał ogród warzywny, zarosły kapustą, marchwią i innemi jarzynami, doskonale rosnącemi. Grunt był podatny.
Kontuar mieścił się przy wejściu, w mniejszej salce. Tamto wdowa Lebidois, właścicielka nieruchomości, eksploatowała swych klijentów przy udziale córki jedynaczki, panny Wirginii Lebidois, wysokiej, radej, dwudziesto dwu letniej dziewczyny, nie mogącej znaleźć męża z powoda wątpliwej reputacyi.
Wirginija jednak stanowiła dobrą partyję. Złośliwi utrzymywali, że mama Lebidois posiadała koło ośmiu tysięcy franków gotówki, oprócz domu i pola.
Wirginija była szczwaną i nikt nie mógł dojść prawdy w tem, co się jej tyczyło, jak właściwie rzecz się miała. Zresztą mówiono o niej z wielką ostrożnością, była bowiem również złośliwą jak razem wzięte ze trzy żmije. Jej matka przeciwnie, tęga i piękna kobieta lat czterdziestu pięciu, dobrze zakonserwowana, czerwona i tłusta, szeroka w ramionach, okrągła na twarzy zjednywała sympatyję i ogólne zaufanie. Ta silna Niemeczka pod pozorem dobroci, ukrywała więcej finezyi i złośliwości, niż wiele innych filutek z przedmieść Paryża.
Pomimo, to, okoliczni mieszkańcy lubili tam bywać. Jej kontuar był punktem zbożnym dla wszystkich; śmiano się i żartowano do woli, a każdy mający pięć sous do stracenia i z kwadrans wolnego czasu, chętnie wstępował do wdowy Lebidois.
Wielka sala, mogła pomieścić najwyżej dwadzieścia osób. Ludzie z Blangy mieli za mało czasu do przesiadywania w „Commerce“; goście więc w kawiarni rekrutowali się po większej część ze służby zamku, umizgających się churmem do Wirginji; grano tam także w domino i powszechnie lubioną grę z kart bezika.
Czynszownicy dalszych wiosek znajdowali też przyjemność w rozmowie z właścicielką zakładu, znającą się na żartach.
Najczęstszym gościem, tęgim pijakiem, wyrocznią, był niejaki Cassegrain, kupiec drzewa, niezbyt łatwy do wypłacania się, nabywający wyręby od mniejszych właścicieli okolicy co dawało ma jakie takie utrzymanie.
Cassegrain taił nienawiść do jednej osoby tylko, lecz ta wystarczała mu do tego, że był żółciowym, jak gdyby cierpieć nie mógł i połowy rodu ludzkiego.
Nienawidził markiza de Blangy. Przeklinał go. Valencourt Franciszek był jego celem nienawiści.
Oto, jaka była tego przyczyna.
Nieboszczyk senator sprzedawał mu niekiedy na kredyt. Cassegrain spłacał, po ile mógł. Nie turbowano go, a często nawet, cichaczem, kupujący umarzany miewał swój dług. Nie były to pieniądze stracone. Przebiegły markiz wiedział o tem. Cassegrain wywdzięczał się przy wyborach.
Niekoniecznie tylko kapitaliści mogą mieć wpływy, w pewnych okolicznościach często nawet prosty szynkarz ma je większe, niżeli kilka notaryjuszów razem wziętych.
Cassegrain, objeżdżający po okolicy i oberżach, wywierał wpływy za dziesięciu nawet.
Gdy starszy z Valencourt’ów wszedł w posiadanie majątku wuja, odrazu zniósł wszelkie konta. Skąpstwo w nim górowało.
Kupiec drzewa powziął ku niemu urazę, lecz ostrożny jak łasica, nie rozprawiał o niej. Przeciwnie, przy każdej sposobności oświadczał się za kasztelanem; pan markiz tu, pan markiz tam; Cassegrain całym gardłem opiewał jego pochwały. Lecz gdyby mógł byłby mu łeb ukręcił!
Inni goście, uczęszczający do „Commerce“ byli: kołodziej, piernikarz, którego żona była totumfacką wsi całej i kupiec wyrobów bawełnianych, nie mających nic wspólnego z wielkiemi magazynami Paryża.
Ów pan kupiec, kulawy i garbaty, wyróżniająco brzydki, z nosem wydatnym, dzielącym twarz jego na dwie części jak góry Korsyki, zwał się Pitard. Pitard był facecyionistą jak prawie wszyscy garbaci, lecz nie był dobrym.
Kawiarnia „du Commerce“, z jedną tylko salą wyklejaną papierem w kwiaty, zniszczonym przez czas, firankami zadymionemi, szybami zakurzonemi, słojami z etykietami zapstrzonemi przez muchy i małemi niewygodnemi taborecikami, miała jednak wielki wpływ na opiniją publiczną i chociaż potentaci, pojedyńcze jednostki podlegały jej także. Tamto wydawano ją.
Młody Maurycy de Blangy nawet wstępował tam nieraz, jadąc konno na spacer, przywiązywał konia do kółka, utwierdzonego w murze, sam zaś kazał sobie podawać koniaku, a wypiwszy go zaledwie część, mówił:
— Toż to tęga gorzałka, moja dobra pani Lebidois!
Czasem też w rannych godzinach i rannym stroju przybywał pieszo, alejami wiodącemi z parku, schodził Wirginiją jeszcze w negliżu przy krzątaniu się koło gospodarstwa.
Opowiadał też po przyjacielsku obydwom kobietom, liczne swoje konkiety, nie zatrzymując nic w sekrecie.
Pitard nie lubił młodego pana, bo wyśmiewał sklep jego, zowiąc go ironicznie, drugim Luwrem. Cessegrain nie lubiał go, bo był synem swego ojca. Wirginija nie lubiała też Maurycego bo ubiegał się za wszystkiemi kobietami, a jej nigdy nie zaczepił, Wirginija nie była brzydszą od wielu dziewcząt jej wieku, lecz nie pociągała młodego Maurycego. Jest to rzecz gustu.
Blangy’owie tracili sposobność spopularyzowania się. Ogólnie wszyscy zasiadający w kawiarni „Commerce“ byli im bardzo nieprzychylni. Lecz był jeszcze jeden, nienawidzący więcej od innych młodego Maurycego.
W chwili gdy markiza wydawała rozkazy przed obiadem w zamka, człowiek w kostjumie polowego w niebieskiej bluzie, wysokich butach, okrągłej obszytej srebrnym galonem czapce, wychodził z domku, położonego o kilka metrów za zabudowaniami dworskiemi dotykającemi parku, ze strony wsi.
Domek ten świeżo wyrestaurowany, starannie był utrzymanym. Parter składał się z trzech pokoi w amfiladzie, kuchni, sali i sypialni. Mieszkanie to wiejskie, dostatecznem być mogło dla małej rodziny, przedstawiało też wielką dogodność dla człowieka nieżonatego, mieszkającego samotnie.
Polowy, był to rosły mężczyzna, cery śniadej, chudy, nerwowy i muskularny, rysami nadzwyczaj energicznemi, oczami dziwnie żywemi i iskrzącemi się jak zarzewie. Zwał się Jan Rigaud.
Jan Rigaud był dziecięciem okolicy. Miał trzydzieści trzy lata; przed ośmiu laty wystąpił z pułku dragonów ze stopniem wachmistrza, przyjąwszy służbę a Blangy’ch jako polowy.
Tępiciele zwierzyny, plądrujący tak Burgundyję jak i inni kłusownicy, więcej nawiedzali okolicę de Blangy z powodu obszarów lasów, ciągnących się na dwieście tysięcy hektarów w Côte-d’Or, tentujących ich niepomiernie.
Niestrudzony w swych pieszych wycieczkach, Rigaud nie obawiający się ani kuli, ani walki, dzień i noc na nogach, spełniał swoje obowiązki zadawalniając panów i przestraszając włóczęgów. Znak szczególny: Jan Rigaud był również dzikim jak wilki i inne leśna zwierzęta, które dozorował. Nie chciał się żenić, najwięcej znajdując upodobania w lasach i zaroślach. Gdy mu rajono żonę, co się nieraz zdarzało, bo, jednam słowem, był to ładny chłop i dobrego prowadzenia, odpowiadał wzruszając ramionami, że narzeczona dla niego nie przedstawia żadnego interesu.
Wirginija sprzyjała mu bardzo, okazując wiele dowodów swej uprzejmości. Łatwo było zrozumieć, że pozostawało tylko wyciągnąć rękę, aby zdobyć dukaty, pola wdowy i kawiarnię du Commerce, z dodatkiem wdzięków dziedziczki.
Przecież Jan Rigaud, nie chcąc być niegrzecznym, unikał pozoru nawet, by go nie brano za starającego, nie mając bynajmniej zamiaru oświadczenia się. Widując w zamku de Blangy wiele innych kobiet, również świeżych i zdrowych, jak niektóre wieśniaczki, odróżniał tę lepszą rasę i obejście pociągające go, gdy tamte były mu wstrętnemi. Zresztą przed kilku laty Jan Rigaud zakochał się w córce właściciela winnic z Pommeret, istnym cudem okolicy, tak była piękną. Zwała się Róża Servais.
Podobno już było po zaręczynach, gdy nagle gdzieś znikła; chodziły wieści jakoby Maurycy de Blangy wywiózł ją do Paryża, tam ją wprowadził w wir zabaw i przyjemności, poczem w półtora roku zmarła w szpitalu.
Jan Rigaud powziął straszną nienawiść ku swemu młodemu panu, a nienawiść ta miała się czasem jeszcze bardziej zajątrzyć.
Małomówny, dumny i skryty, nie zwierzał się nikomu, nawet swym towarzyszom z Commerce, pomimo, że często tam zachodził i lubił pociągać znakomity likier, tak wychwalany w okolicy. Lecz i wtedy najczęściej zasiadał w kątku sali, przysłuchując się co inni mówili.
Raz tylko w przystępie wielkiego oburzenia rozgadał się o ostatniej nauczycielce Teresy de Blangy.
Była to wysoka blondyna, blada jak wieszczki skandynawskie, łagodna i marzycielka.
Francuzki wyśmiewają dziewczęta, nie pochodzące z za kanału La Manche. Angielka, nie dziwaczka, zdałaby się im nienaturalna. Podług niektórych pisarzy powinny one mieć wszystkie zęby wystające i długie, figury płaskie, nogi ogromne i włosy koloru słomy.
Istotnie tak wyglądają niektóre typowe angielki, lecz niestanowi to jeszcze ogółu i większej nawet jego części.
Cera zmarłej miss porównaną być mogła do najpiękniejszego odcienia kamelii białej; oczy jej, tchnące tkliwości, zdawały się bezustannie marzyć, a piękna i kształtna figura zbijała niepochlebne zdanie o jej rodaczkach.
Jeden Rigaud zajął się też nią niepomiernie; starał się dać jej to poznać, lecz go trzymała zdala od siebie, udając, że nic nie rozumie. Biedna dziewczyna, tak cnotliwa jak marząca, żywiła inną miłość w swem sercu. Dała się uwieść czczym obietnicom Maurycego de Blangy, chwytającemu najmniejszą sposobność zabawienia się nią, jak wielu innemi i kompromitującemu prawie każdą.
Gdy się przekonała, że szydzono z niej tylko, urażona do głębi duszy, dotknięta przytem piersiowem cierpieniem i spleenem, powróciła do Anglii; niestety! aby umrzeć tak wcześnie!
Na wieść tę Jan Rigaud uniósł się do tego stopnia, że aż głos mu drżał, szyby brzęczały, gdy opowiadał swym towarzyszom, zasypując klątwami młodego donżuana z Blangy.
Wyszedłszy ze swego domku, szybko przebył krótką drogę od kawiarni; przechodząc przez plac koło kościoła, pokłonił się proboszczowi, wychodzącemu z prezbiteryjum i podążył do roztwartych drzwi szynkowni.
Ukazanie się jego przyjętem zostało hucznemi przyjacielskiemi wykrzyknikami.
Głos piskliwy i krzykliwy Pitarda górował nad innemi.
— Witaj próżniaku! — wołał sukiennik, — skąd przybywasz?
— Prawda, — zauważył Cassagrain, — nigdzie cię nie widać. Co się z tobą dzieje Janie?
— Zakochał się może, wtrąciła Wirginija.
Jan Rigaud nic nie odpowiedział. Podawał rękę na wszystkie strony.
— Nie ściskaj tak silnie, krzyknął Pitard, potrząsając palcami ściśniętemi polowego, który rad był ze sprawienia chwilowego przestrachu garbusowi, drażniącemu go drwinami.
Jan Rigaud zajął swoje ulubione miejsce obok kontuaru wdowy Lebidois.
Jak idzie, mamo Lebidois?
Był to jedyny żart, na jaki sobie pozwolił. Wirginija zbliżyła się do polowego.
— Co panu podać?
— Albo ja wiem.
— Słodkiego czy suchego?
— Jak się pani podoba... Byle co... Nie chce mi się, ani jeść ani pić.
— Piołunówki?
— Wszystko mi jedno.
— Jak pan wygląda! Inaczejby to było, gdyby pan miał żonę.
— Dajże pokój Rigaud’owi — rozkazała matka, — nudzisz go.
— Ale nie, ale nie, odrzekł szybko polowy tonem, zaprzeczającym słowu.
Wirginija nalała kieliszek piołunówki i podała go w milczeniu gościowi. W tej chwili wszedł Joson Kerhoël. Pozdrowił po przyjacielsku zebranych, a spostrzegłszy polowego rzekł:
— Ciebie właśnie szukam, Janie.
— Po co?
— Trzeba jechać natychmiast do Beaune.
— Do djabła.
— Pięć mil drogi, równającej się ośmiu, dodała Pitard.
— Weźmiesz wozik i Blanche, jeżeli zechcesz. Nie ustanie ci w drodze.
— Walna klacz, dorzucił kołodziej, w całej okolicy nie ma takiej.
— Jadę więc, zadecydował Jan Rigaud.
— Na dworca w Beaune zobaczysz młodą pannę, wysiadającą z pociąga od Paryża, rzekł Bretończyk.
— Jak ją poznam?
— 25 do 26 lat.
— Blondynka czy brunetka?
— Blondynka.
— To mój gust, wtrącił Jan Rigaud. Wirginija przyjęła to za kompliment dla siebie, odpłacając gorącem spojrzeniem.
— Wysoka? — zapytał polowy.
— Zobaczysz. Oto jej nazwisko. Zowie się miss Ellen-Vanbury.
— Już wiem... nowa nauczycielka panienki.
— Tak.
— Angielka?
— Naturalnie. Podjedz i w drogę.
— O której przybywa pociąg?
— Kilka minut po dziewiątej. Spóźnisz się.
— Być może.
Zlecenie nęciło polowego.
Przyjemnie jest, w piękną noc letnią, obok ładnej, młodej dziewczyny, Rigaud przypuszcza bowiem, że nowo przybyła będzie ładną. Wychylił swój kieliszek i wyszedł.
— Wiesz co, zasłyszał Pitard, będzie to nowa zwierzyna, dla twego ładnego pana. I to ty jej dostarczysz, mój poczciwcze.
Jan Rigaud byłby go zdruzgotał, lecz śpieszył się. Poszedł do stajni, zaprzągł z pomocą parobka, starą klacz do angielskiego, o dwóch kołach wózka, zaopatrzył się w przykrycia i ruszył w drogę.
Był zadowolony. Wspomnieniem o angielce nabił sobie głowę; ta, która zmarła, zamącała spokój jego bezsennych nocy, — jaka będzie ta druga?
Jan Rigaud, zadając sobie podobne pytanie poganiał białą klacz, kłusującą w niepewnym zmierzchu.
— Wio Blanchette!
Obawiał się zapóźnić. Klacz wdzierała się śmiało na wzgórza, obrosłe drzewami, pomiędzy dwa rzędy gęstych jak mur zarośli, oto schodziła w głąb doliny, szła kłusem, licząc trzy mile na godzinę, bez poruszenia nawet batem. Od czasu do czasu Jan Rigaud spoglądał na zegarek, cebulę, mającą dla niego wielkie znaczenie, na którym pomimo zmroku dojrzał godzinę, a potrząsając lejcami wołał.
— Wio stara!
I znów pogrążył się w zadumie; wiedziony ciekawością czy dobremi chęciami rad wiedzieć kogo spotka na kolei, czy aby przybędzie na czas, nie pozostawiając młodej dziewczyny samej nie wiedzącej do kogo się zwrócić, i jaką drogą udać.
— Dalej! Wio Blanche.
Dobre zwierzę zawsze dumne, pomimo swych 20 lat, rączo przebyło 7 do 8 mil po spadzistościach wielkich lasów Bouze, wznoszących się nad Beaune, osiadłej pośród pagórków, okrytych przepysznemi winnicami i stanęła punkt o 9-ej na miejscu przeznaczenia.
Płomienie gazu, od miasta rzucały światło żółte na trzy kilometry w koło, pod ciemno-niebieskiem niebem czworograniasta wieża Notre-Dame wznosiła swój szary szczyt ponad niskiemi domami.
Jau Rigaud poruszył lejcami, zadowolony, że przybywa na czas.
Wózek skręcił przez przedmieście Ś-go Jakóba, zatrzymując się na placu przed dworcem, gdzie omnibusy oczekiwały pociągu.
— Daleko do pociągu jeszcze? — zapytał polowy chłopca z hotelu Chevreuil, znanego mu oddawna.
— Dziesięć minut jeszcze.
— Zdążymy po jednym... Chodźmy.
— Dobrze.
Dwaj rozmawiający byli przyjaciółmi. Pojazdy z zamku stawały w Chevreuil.
— Co słychać u was? — zapytał człowiek z Beaune, siadając koło stołu.
— Nie źle. Za twoje zdrowie, mój stary!
— W ręce twoje! Widziałem waszego młodego pana dziś rano.
— Pana Maurycego?
— Tak. Ten, to dopiero potrafi wydawać to, co zaoszczędził ojciec.
— Nie tak prędko dojdzie do dna. Dukatów u nas nie brakuje.
— A co za bałamut, toż to lata za dziewczętami!
— Wada jego wieku, — odrzekł Jan Rigaud, przymuszając się.
— Mówię, że umie je zdobywać, dowód Rosa.
Polowy mlasnął wargami czoło zmarszczył gryząc końce długich swych wąsów. Wspomnienie to zawracało mu głowę.
— Po coś przyjechał?
— Po młodą dziewczynę.
— Służącą?
— Nie, nową nauczycielkę dla panienki.
— Kiedy przyjedzie?
— Zaraz.
— Wiesz co mówią?
— Kto taki?
— Ludzie, co o tem wiedzą... Że ta mała angielka blondynka chorowita, co była w zamku, kochała się w nim. Dziarski chłopiec!
— Palce polowego ścisnęły silniej kufel
— Cóż to dziwnego, mój dobry chłopcze — wtrącił woźnica omnibusowy — młodzieży to przystoi. A zresztą wiesz, goli giną zawsze za pieniędzmi. Za twoje zdrowie, Janie!
— W ręce twoje.
Dwóch ludzi siedziało na placu przed kawiarnią.
Konie przy omnibusach podniosły uszy.
Daleki świst zagłuszył wrzawę miasta.
Pociąg nadchodzi — powiedział woźnica.
Polowy podniósł się.
— Nie śpiesz się, mamy jeszcze pięć minut, do djabła! Czy wasza panienka jeszcze się będzie uczyć?
— Zdaje się.
— Brat jej mówi, to nie jest zbyt zdrową.
— Możeby się nie pogniewał.
— Z powodu?
— Zagarnąłby wszystko!
— Mówią, że nie pożyje długo. Trudno wszystko posiąść. W Blangy kamienie nawet wydają pieniądze, z drugiej znów strony są zmartwienia, woźnica omnibusu filozofował. Nadchodzący pociąg przerwał rozmowę.
Konduktorzy roztwierali drzwiczki wołając:
— Beaune, pięć minut przystanku!
Jan Rigaud pobiegł za baryjerę, przychylił się, szukając pomiędzy podróżnemi młodej dziewczyny, na którą oczekiwał.
Wysoka blondyna, czarno ubrana, bardzo skromnie, w małej kapotce na głowie, ze skórzanym woreczkiem w ręku, wysiadła z wagonu drugiej klasy. Stąpała krokiem niepewnym ku wyjściu, szukając do kogo się udać.
Polowy osłupiał, pewny teraz, że to jest ta, po którą przybył.
Krew mu uderzyła do głowy; głosem zmienionym, zapytał:
— Panna Vanbury?
— Tak panie.
— Przyjechałem po panią.
— Ah! to dobrze.
— Pani ma także i rzeczy?
— Walizę dosyć ciężką.
— Da mi pani swój kwit?
— Proszę, oto jest.
Wydobyła papier z za rękawiczki i oddała go polowemu. Głos dźwięczny, powierzchowność skromna, cera szczególniej biała i matowa, przejęła dreszczem Jana Rigaud.
Miss Evelina, dawna nauczycielka, jego marzenie, skryta namiętność, jakiej nie śmiał wyjawić nikomu, jej samej nawet, została wpuszczoną w niepamięć wobec tego zadziwiającego zjawiska.
Angielka przybyła była cudem piękności, nadzwyczaj zręczna i pociągająca, czego brakło miss Ewelinie.
Jan Rigaud nie mógł sobie zdać sprawy, był oszołomiony.
Czuł niewłaściwość tego olśnienia w warunkach, jakie mu nałożono.
W pół do dziesiątej waliza już była za wózkiem; miss Vanbury usadowiona, okryta ciepłemi kołdrami, i polowy zapytał tonem pieszczotliwym.
— Czy wygodnie pani siedzieć?
— Bardzo dobrze?
— Niechaj pani się nie obawia; noce są chłodne, lecz wkrótce staniemy w domu.
Usiadłszy koło młodej dziewczyny, ujął lejce, uderzył niemi po grzbiecie klaczy, która ruszyła kłusem z miejsca.
Drzewa i domy migały się tylko z obu stron drogi. Jan Rigaud chciał rozpocząć rozmowę ze zwą sąsiadką, lecz nieprzezwyciężona nieśmiałość tamowała mu mowę. Zbliżając się do Beaune odważył się nareszcie.
— Pani jedzie z Anglii?
— Tak, z Londynu, przez New-Haven.
— Czy pani się nie przykrzy być u obcych?
— Dodanie „pani“ oznaczało doznane zachwycenie. Chciał powiedzieć: Pani, tak wyższa od innych! Pani, tak zachwycająca, tak piękna!
— Tak, męczy mnie to... nawet bardzo.... lecz potrzeba!
Jan Rigaud westchnął.
— Przykro nie być bogatym!
— Ma pan racyją, bardzo przykro! Szczęśliwi jednak ci, co chociaż niebogaci, mają z czego żyć... niezależnie.
Nastąpiła cisza. Biała klacz przebyła ze dwa kilometry, nim Jan Rigaud wyrzekł nakoniec:
— Często pragnąłem być bogatym, dziś dałbym 20 lat życia, aby się nim stać.
Nigdy jeszcze nie wypowiedział nic tak śmiałego.
Zmieszany chciał odwrócić uwagę, poruszył lejcami:
— Śmiało Blanchetko, śmiało!
Angielka przypatrywała się ukradkiem swemu przewodnikowi. Pomimo ciemności dojrzała zaczerwienione policzki jego ciemnej cery.
Rozmawiali już tylko o tem, co się tyczyło małoznaczących objaśnień o zamku i jego mieszkańcach.
Miss Vanbury była bardzo uprzejmą dla swego przewodnika, serdeczną, traktującą go na równi jako towarzysza.
O trzy kwadranse na dwunastą, wózek dowiózł cudzoziemkę w progi zamku.
Pani de Blangy wchodziła do swojego buduaru z de Varnes’em.
Joson Kerhoël oczekiwał nauczycielki, aby ją poprowadzić do jej pokoi. Wyciągnęła doń rękę, aby łatwiej zejść. Poczuła lekkie uściśnienie a Bretończyka doszedł głos:
— Nakoniec!
Jan Rigaud spełnił swoje posłannictwo. Angielka podziękowała mu wdzięcznym uśmiechem.
Dążąc do swego domku wolnym krokiem, jakby z żalem, trzymał w ręku okrągły kaszkiet dla orzeźwienia rozpalonej głowy mgłą nocy. Sąsiedztwo cudownej dziewczyny przywiezionej do Blangy, zapaliło ogień w jego żyłach, nie łatwy do ugaszenia.
Nauczycielka, wchodząca w dom bogaczy, jest osobistością tak małej wagi, że jej przybycie podnieca zaledwie ciekawość służby domowej.
Co najwyżej służące wyglądają oknami, aby zobaczyć czy jest blondynką lub brunetką, wysoka czy nizka, młoda lub stara, poczem każdy wydaje swoje zdanie, przeważnie złośliwe, i znów wszystko idzie zwykłym trybem. Przybywa najwyżej dla domu, więcej jedna służąca. I to służąca, nie tyle poufała jak panna służąca, mniej szanowana niż kucharz, figura ważna w zamku, bo on jeden może sprawić dwa razy dziennie przyjemność honor państwu i ich gościom. Parobek i woźnica są swobodniejsi od niej, pomimo niższej pracy.
Nędzne i służalcze zajęcie wybrane dla wydziedziczonych, zaprawia ich dusze jadem ukrytej złości i nienawistnej zazdrości.
Nowa nauczycielka panny de Blangy nie potrzebowała zależności i jarzma aby czuć się zagniewaną i zniewoloną wchodząc do tego zamku.
Gdy Joson Kerhoël, poprzedzając ją odezwał się ze znaczącem spojrzeniem, „niechaj pani wejdzie“, inna, zawahałaby się przechodząc przez próg domu, dokąd przychodziła z zamiarami, narażającem na niebezpieczeństwo, w celu spełnienia groźnego przyrzeczenia.
Ona weszła jednak z głową do góry, czołem przerzniętym dwiema groźnemi zmarszczkami, i niezłomną wolą w duszy.
Bretończyk poprowadził ją na drugie piętro zamku. Tam, na końcu długiego szerokiego korytarza wprowadził do mieszkanka, składającego się z dwóch pokoi, jeden służący za salon do nauki, drugi za sypialnię. Obok zaś, przez ciemny gabinet i schody kręcone schodziło się do apartamentów elewki.
Należy nam dodać niektóre szczegóły. Teresa de Blangy, również jak jej matka, zajmowała trzy pokoje, buduar, sypialnia i gotowalnia.
Apartamenty córki łączyły się z pokojami matki, przez wspólny przedpokój. Joson Kerhoël, wprowadzając nową nauczycielkę do jej mieszkania, zdawał się być rozgorączkowanym, pochłoniętym jakąś myślą. Zaledwie wyszedł służący, co przyniósł walizę Angielki, Joson, nie pozostawiając czasu młodej dziewczynie do rozejrzenia się po mieszkaniu tak, że ledwie rzuciła okiem szepnął po cichu:
— Otóż pani na miejscu.
— Dzięki panu.
— Dzięki wypadkowi sprzyjającemu pani więcej, niż się mogłem spodziewać.
A wziąwszy ją za rękę, z widocznem szacunkiem, dodał:
— Proszę iść za mną po cichu.
Nie pytała o nic więcej, posłuchała go. Zaopatrzony w maleńką latarkę bardzo dogodną, dającą możność przyćmić światło za pomocą zasuwki zeszedł ostrożnie z kręconych schodów przeszedł puste pokoje panny de Blangy, a doszedłszy do przedsionka, dotykającego buduaru markizy, odwrócił się do swej towarzyszki kładąc palec na ustach na znak milczenia.
Postawił latarkę za draperyją portyjery, a zbliżywszy się do drzwi przyłożył ucho.
Magdalena, domyślamy się bowiem, że owa Angielka jest córką Filipa Valencourt, zrobiła to samo.
Głosy, niewyraźne z początku, przytłumione drzwiami obiły się o ich uszy.
Mówiono po cichu w buduarze pani de Blangy. Wkrótce podniósł się, ton rozmowy która widocznie coraz więcej się ożywiała.
— Proszę słuchać, szepnął Bretonczyk. Markiza zdenerwowana wyczekiwaniem przez cały wieczór pewna teraz, że ją nikt nie posłyszy, zamieszkiwała bowiem sama z mężem tę stronę pawilonu, goście zaś zostali rozmieszczeni z przeciwnej strony zamku lub na wyższych piętrach, — wybuchła złością i oburzeniem w obec człowieka, który zdawał się igrać z jej oporem i lubował się dręczeniem jej.
— Czegóż więc pan żądasz nakoniec? — zapytała. Mów pan otwarcie.
Joson Kerhoël i Magdalena, usłyszeli to pytanie, po którem nastąpił wybuch szyderczego śmiechu.
Magdalena schyliła się, dotykając twarzą dywanu.
Na dole drzwi przebijało światło wąską szparą. Była to szpara między dywanem a drzwiami. Przez tę szczelinę można było patrzeć i słuchać.
I oto co dopatrzyła.
Pani de Blangy wstała.
De Vernes siedział na niskim fotelu, twarzą obrócony ku światłu lampy, nogi miał założone na krzyż, ręce oparte na kolanach, udawał spokój, czekając na wyzwanie.
— Czego chcę? powiedział. Jak się pani dowie, odskoczy pani.
— Tak pan myśli? rzekła wyniośle markiza.
— Pewny jestem, tembardziej, że pani nie jesteś w swoim humorze.
— Ja?
— Nie, doprawdy że nie. Co za muchy pani dokuczają? Od dwudziestu lat żyjemy w najlepszej zgodzie. Jestem dla pani uprzedzający, pod słowem; pani wyświadczasz mi tysiące grzeczności, za które nie wiem jak się wywdzięczyć... I nagle okazujesz mi pani niczem niewytłomaczoną niechęć... Z jakiego powodu?
— Bo pana wymagania codzień się zwiększają.
— Tak jak i moje potrzeby!
— Czyż mam obowiązek zaspakajania ich.
— Tak, bezwątpienia... w pewnej części przynajmniej.
— Pan ich nadużywasz, bądź pan sprawiedliwym.
Teraz na mnie kolej zapytać panią, jak paniś to dopiero co uczyniła. Czy pani tak myśli?
— Możnaby przysiądz, słysząc pana tak dowodzącego, że masz jakieś prawa do tego domu...
— Mam takie, jakie mi pani nadała, odciął śmiało de Vernes.
Markiza oniemiała drżąca, ręce wsparła na stole rozdzielającym ich.
De Vernes mówił dalej.
— Wyznaję otwarcie, iż nie spodziewałbym się był nigdy podobnej sceny. Unosi się pani, a nie masz pani racyi. Kimże jesteśmy w gruncie rzeczy? Spólnikami. Zrobiliśmy wspólnie interes. Gdzie jest zysk tak ogromny? W ręku, skurczonym jak szpony sępa, pana Franciszka Valencourt, markiza de Blangy. A gdybym zażądał działu, gotowaś pani okrzyczeć mnie złoczyńcą i przyzwać żandarmów. Czyż to nie śmieszne, przyznaj pani! Coś mi pani dotąd dała? Okruchy bezwartościowe, kilka tysięcy nędznych biletów, nie przedstawiających nawet dwudziestej części procentów ogromnego kapitału, jaki posiadacie... jakby się wyrazić... przywłaszczonych, dzięki mej obecności. Obrońca dyplomowany wdowy i sierot, zdradziłem wdowę dla pani pięknych oczów i ogołociłem sieroty. Czyż nie prawda. Poświęciłem dzieci Filipa Valencourt jego zachwycającą wdowę, składając całopalną ofiarą i wasza wzgarda miałaby być moją nagrodą! Nie myślcie nawet o tem.
Zniżył głos.
— Nie liczę, że przyjaźń nas łączy, moja kochana — żywy uśmiech towarzyszył tym słowom — i zmusza was do okazania się szlachetnymi, jeżeli twój mąż nie może opanować chciwości charakteru i zadość uczynić najskromniejszej słuszności, uważam za obowiązek upomnieć się za sobą.
Trudno oddać cyniczną złośliwość, szyderstw i groźby, akcentujących ironicznie wypowiedziane słowa.
— Co nam pan możesz zrobić? — zapytała markiza.
— Zgubić was, jak będę chciał.
— Jaką bronią?
— Tą, jaką zachowałem.
— Masz ją pan więc?
Niektóre listy Filipa Valencourt i jego żony czy kochanki, jak pani zechcesz, Magdaleny Stefani.
Markiza zbladła, lecz zapanowała nad sobą.
— Czegóż one dowodzą?
— Że dzieci Magdaleny były dziećmi Filipa i że zapewnił im przyszłość.
— Kłamiesz pan!
Adwokat mówił dalej z jednakową pewnością.
— Przecież istniał testament. Kto go zniszczył? Ten, dla którego zniknięcie przynosiło korzyść. Przecież dzieci naturalne... to punkt do rozstrzygnięcia... korzystają z dziedzictwa ich ojca i dziś należałoby oddać ich dział z procentami... Obliczcie... A co za skandal!
Pani de Blangy poruszyła palcami konwulsyjnie
— Niech tak będzie — dodała wszystko to jest głupstwem...
— He! he!
— Ma pan tylko racyją w jednym punkcie.
— Tylko w jednym?
— Mężowi memu przede wszystkiem chodzi o honor. Cóż pan żądasz raz na zawsze? Trzeba zakończyć. Zmęczoną jestem pana nagabywaniami i pogróżkami. Obrzydzasz mi pan życie. Mów pan!
— Boże! jakże pani jesteś zirytowaną, zdenerwowaną.
— Do dzieła.
— Najpierw zwracam uwagę: wszystko się wam powiodło.
— Cóż to pana obchodzi?
— Obchodzi mnie bardzo. Mnie wszystko szło na przekór. Moje dążenia rozpierzchły się jedne po drugich. Fortuna nie dopisała mi. Młody jeszcze... muszę stanowczo pomyśleć o przyszłości... zakończyć i zabezpieczyć na ostatnie dni dostatnim spokojem. Oto com postanowił.
Badał twarz markizy. Zęby ściągnięte, oczy nieruchome, nie zwiastowały nic dobrego.
— Powiedziałem pani, że pani podskoczysz.
— Mów pan.
— Córka pani, Teresa, jest wątłego zdrowia. Potrzeba dla niej męża z zimną krwią, rozumnego, przywiązanego, mającego dla niej względy ojca. Posag jej wyniesie najmniej miljon... Da mi ją pani...
— Posag?
— Posag i żonę. Powiozę ją na południe, do Algieryi, pod łaskawsze niebo, w kraj pomarańczy: albo...
— Doprawdy, to niesłychana infamija, proponować mi coś podobnego:
— Nie większa infamija nad skradzenie dziedzictwa dzieciom brata, robiąc je nieprawemi...
— Czy pan możesz nawet pomyśleć, że gdyby Teresa zgodziła się na taką zbrodnię, to ja przystanę, ja!?
— Nic panią nie zmusza.
— Jakto?
— Powiedziałem. „Dacie mi córkę i posag... albo... pozostaje wybór“...
— Kończ pan!
— Lub dacie mi tylko posag.
— Miljon.
— I to za nie odstępuję... Wolałbym żonę, bo będę miał jeszcze nadzieję.
— Jesteś pan większym nędznikiem, niżelim sądziła.
— Piękne wyrażenie! — rzekł de Vernes, tonem łagodnej wymówki... I to od ciebie, słyszę to, Ludwiko!
Markiza pragnęłaby go zasztyletować.
Adwokat mówił dalej.
— Gdy otrzymam czego żądam, oddam wam papiery kompromitujące, będące w mem posiadaniu, i dam piśmienne zabezpieczenie na przyszłość.
— Czy to ostatnie pana słowo?
— Ostatnie.
— Dobrze.
— Przyznaj pani, że warunki nie mogą być dogodniejsze.
— Dosyć żartów.
— Nie żartuję, potwierdzam. Będzie sprawiedliwem, jako słuszny podział... pomiędzy spólnikami... skromne powetowanie strat doznanych dla mnie... złoty interes dla was.
— Dobrze... pomyślę.
— Nie oznaczam pani czasu... Jest mi bardzo wygodnie w królewskim zamku de Blangy, któren bez wątpienia należałby do dzieci Filipa Valencourt, gdybym się nie był w to wmieszał.
— Miljon? powtarzała markiza.
— Majątek dla mnie, małoznaczna summa dla was.
— Zobaczymy!
Pani de Blangy ukazała drzwi, wychodzące na korytarz, swemu kochankowi.
Było to pożegnanie.
— Pozwól mi się przynajmniej pocałować w rękę, rzekł sarkastycznie.
Wyrwała się gwałtownie.
— Jak ci się podoba... powiedział, wzruszając ramionami. Dobrej nocy.
— Dobranoc.
Rozstali się.
Markiza oparła się o kominek, spojrzawszy w lustro. Była bardzo zmieniona.
— Drogo kosztuje, szeptała sama do siebie. Być zależną od tego człowieka! Dwadzieścia lat poniżania i upokorzeń! To za długo!
Joson Kerhoël zatrzymał oddech.
Młoda dziewczyna nie poruszyła się.
Czekali, aż markiza oddali się z buduaru. Rzeczywiście, pani de Blangy wzięła lampę i zawróciła do swej sypialni, lecz w chwili, gdy wchodziła do drzwi, które stały otworem, cofnęła się. Mąż stał przed nią.
— Byłeś tu? zapytała.
— Tak.
— Oddawna?
— Od chwili.
— Więceś słyszał?
— Com miał słyszeć?
— Czyż nie wiesz?...
— Że de Vernes żąda milijona?
— A więc?
— Cóż robić odpowiedział markız spokojnie.
— Ależ to nie do darowania, nieprawdaż?
— Przecież gdybym był na jego miejscu...
— Znajdujesz to naturalnem?
— Milczenie ma swoją wartość. Tylko czy można być i tak jeszcze zupełnie bezpiecznym.
— Wtedy?
— Przyszła mi myśl.
— Jaka?
— Powiesz de Vernes’owi żeś się mnie radziła i że jestem gotów traktować interes.
— Ah! Może się będzie można jako ułożyć.
— Czy wiesz także, że śmiał mówić o Teresie.
— Oszustwo! Żąda się więcej by otrzymać mniej. Przebiegły jest, jak każdy interesowany.
— Nie jesteś oburzony?
— Wcale nie... Życie jest walką. De Vernes broni się jak może... Zrozumiałaś mnie?
— Doskonale.
— Śpij spokojnie. Zakończę ten interes. Jakże nieroztropnie postąpiłaś, zaufawszy takiemu stworzeniu.
— Prawda, lecz inny... uczciwy człowiek nie byłby nam dopomógł.
Markiz odezwał się z wrodzoną sobie flegmą.
— Masz słuszność. Sens moralny, trzeba wypłacić.
Oboje udali się do sypialni markizy.
Joson Kerhoël wziął latarkę.
Od 20 lat łudził się — trafia się to i najsilniejszym — lecz nigdy życzenie jego nie było gorętszem.
Patrzał na swą protegowaną. Odwróciła się blada, rysy zmienione z oburzenia, z wyrazem stanowczej i niezłomnej woli. Podobną była do posągu Zemsty.
— Odejdźmy już, powiedział.
Przeszli napowrót tą samą drogą, przez apartamenty Teresy, uperfumowane świeżemi zapachami, będącemi tem dla kobiety, czem wiosna dla kwiatów.
Przechodziła przed uśmiechającym się portretem panny de Blangy w białej sukni, przepasanej niebieską wstążką, tak jak była w Allevard za ostatniem widzeniem się z Filipem Arbaud.
Portret podpisany był przez Chaplin’a. Łagodna postać przyszłej jej elewki nie wzruszyła jej.
Szła dalej, z okiem bolesnem, ustami rozgoryczonemi, rozbierając tę spowiedź, która wydobyła na jaw straszną zbrodnię spiskowców, walczących o nagrodę za występek jak by się układano o cenę domostwa lub korzyści z jakiego interesu.
Weszli na schody i nauczycielka była już u siebie.
Wszystko schludne i milutkie, bez zbytku.
Obicia i firanki kretonowe, łóżko jesionowe, stoły i szafa z lustrem, podobne do umeblowań willi w kąpielach morskich.
— I cóż? zapytał Kerhoël swej towarzyszki, opuszczając ją.
Wzięła jego rękę i uścisnęła wiernego Bretończyka i przycisnęła ją do serca w dowód wdzięczności.
— Miej pani ufność, powiedział, przypadek nam dopomaga.
Rzekła jedno słowo:
— Dzięki!
Joson Kerhoël oddalił się.
Pragnąc odetchnąć, roztworzyła w swym pokoju okno balkonowe.
Zdala, perspektywa parku powiększała się nocą.
Patrzyła długo na ginącą przestrzeń w ciemności, na krzaki leszczyny, trawniki jaśniejsze, a w dali na wodę przejrzystą jak zwierciadło odbijające gwiazdy.
To tam mieszkał jej ojciec, kochał, a tutaj powinni byli żyć razem.
Położyła rękę na sercu dla przytłumienia jego uderzeń, a wspomniawszy o stanie w Jonceray i swej zmarłej matce, zawołała:
— Ach! jak ja cię pomszczę!
W piękny letni i pogodny poranek, o godzinie dziewiątej, nauczycielka, po spędzeniu bezsennej nocy, już była na nogach.
Jak gorąco tego pragnęła, przybyła nakoniec na miejsce.
Dzięki tajemniczej pomocy Bretończyka, pierwsze trudności zwalczone.Cudowny przypadek dopomagał im.
Wiara jej tak silną w opowiadanie matki została potwierdzoną wyznaniem samych zbrodniarzy.
W nierównej walce jaką przedsięwzięła, sumienie jej przynajmniej było uspokojonem.
Wszystko jej wolno, przeciw rodzinie wyrządzającej tyle złego jej i jej ukochanym.
Uporządkowawszy niektóre przywiezione drobiazgi, inne zamknęła starannie pod klucz, oparła się znowu o balkon dopatrując niewidzialnego punkciku w oddali ku wschodowi, za zarosłemi pagórkami opuszczającego się horyzontu.
Tym punkcikiem, był stary dom pułkownika, Bellemare, gdzie się spełnił pierwszy akt dramatu.
Dowiedziała się o tem od Josona Kerhoël.
Mały domek był niezamieszkany, opuszczony, rozpadał się w ruiny.
Trawy i ciernie zawaliły ogrodzenie. Trzcina i wodne rośliny zapchały wodę, skąd ta mała własność otrzymała swą nazwę. Winogrona z braku uprawy powróciły do pierwotnej swej dzikości. Nakoniec ogłoszenia tak stare że aż się rozpadały w szpargały, dowodziły, że rudera ta była do sprzedania, ale nie znalazła nabywcy.
Nikt nie odważył się wejść do tej chałupy, która stała się straszną od samobójstwa pułkownika. Pierwszy, który ją kupił i zamieszkał, po kilku miesiącach opuścił ją.
Przed nią roztaczał się park de Blangy z gazonami kwiatów, zielonymi trawnikami, kępami krzaków i cienistemi alejami, starannie utrzymywanemi, przedstawiał on obraz bogactwa i pomyślności.
Podczas tej smutnej zadumy zapukano do drzwi. Zeszła z balkonu.
Czarna suknia, bez żadnej ozdoby, otaczała jej kibić, włosy blond, otoczone koło głowy, odkrywały zarysy szyi, jak istne arcydzieło rzeźbiarza.
— Pani markiza prosi panią do siebie.
Była to garderobiana markizy.
— Dobrze, odpowiedziała skromnie młoda dziewczyna. W dwie minuty później, wchodziła do tego samego buduaru, gdzie tej nocy pani de Blangy przyjmowała adwokata.
Markiza, siedząca w fotelu, z czołem zmarszczonem, oczekiwała widocznie zniecierpliwiona. Gniotła w ręku list dopiero co otrzymany.
Na widok młodej dziewczyny, poruszyła się jakby niezadowolona.
— Pani jest... zaczęła.
— Miss Ellen Vanbury.
— Przyjeżdża pani z Londynu?
— Tak, pani markizo.
— Mistress Hampton poleca mi panią bardzo gorąco... lecz widzę, że przemilczała jeden szczegół.
— Jaki?
— Mistress Hampton nie uprzedziła mnie, że pani jesteś tak... jak mam to określić?... ładną i milutką.
Angielka nie poruszała się. Pozostała spokojna, jak gdyby nie dosłyszała.
— Pani nie wiesz o tem, zaczęła markiza, że to wielka wada młodej dziewczyny w pani położeniu być tak ponętną.
— Zaręczam pani markizie, że po raz pierwszy zdarza mi się słyszeć podobny zarzut, i nie sądzę, abym na niego zasłużyła.
— Nie robię pani zarzutu, lecz to rzecz, którą stwierdzam.
Przestrach łatwy do pojęcia ścisnął pierś młodej dziewczyny. Przezwyciężywszy tyle trudności, aby wejść do tego domu, miałażby zatonąć przy samym brzegu.
Markiza zaczęła znowu.
— Powinnam iść za przykładem innych i podziękować pani nielitościwie za jej usługi. Dziewczyna taka jak pani jest niebezpieczną w rodzinie, gdzie bywa wielu młodych panów. Zdaje mi się pani bardzo inteligentna, aby się nie zastosować. Liczę na pani takt. Wiadomości, jakich mi udziela mistress Hampton, do której mam wielkie zaufanie, po dostarczeniu mi pierwszej nauczycielki Teresy są bardzo pochlebne, abym się zastanawiała nad pozostawieniem pani u siebie pomimo niedogodności, tak ważnej.
— Bardzo pani wdzięczną jestem...
Akcent młodej dziewczyny był tak doskonały, iż nikt nie powątpiewałby o jej pochodzeniu.
Ułożenie skromne i eleganckie zwróciło uwagę pani de Blangy i lepiej ją usposobiło. Właśnie spostrzegła, że nie prosiła siedzieć przybyłą.
— Niechaj pani siada, musimy z sobą porozmawiać.
Wskazała krzesło, na którem przed kilku godzinami de Vernes dyktował swoje warunki.
— Pani się rodziła? — zapytała pani de Blangy.
— W Anglii, pani markizo.
— Wiem; lecz część nauk pobierała pani w Niemczech. Tak obecnie przyjęte w Anglii.
— Byłam przez dwa lata w Frankfurcie.
— Umie pani po niemiecku?
— Naturalnie.
— Francuzki zna pani. Skoro pani nim mówi, bardzo czysto nawet.
— Tylko akcentu nie mogę się pozbyć.
— Widocznie dużo pani podróżowała?
— Tak, pani.
— Gdzie pani była?
— W Ameryce, w Gujanie holenderskiej, wszędzie potrosze, z rodziną niezmiernie bogatą.
— Protestantami, — wiem.
— Istotnie, pani.
— Nic mi to nie szkodzi. Mistress Hampton donosi mi, że pani doskonale gra na fortepijanie?
— Mistress Hampton przesadza.
— Zobaczymy to. U nas lubią bardzo muzykę. Będziemy grywały na 4 ręce sonaty, koncerty. Syn mój śpiewa nieźle. Co się tyczy Maurycego, synowi mojemu na imię Maurycy, muszę go pani zarekomendować. Jest to młody człowiek bardzo swobodny, bardzo lekki i bardzo młody jeszcze, pomimo że ma lat 26. Pani jesteś starszą?
— Wkrótce mieć będę lat 27, pani markizo.
— Trzeba się pani trzymać ostro, nie dopuszczać żadnej poufałości.
— Może być pani markiza zupełnie spokojną.
— Zwracają tutaj bardzo uwagę na ułożenie. Pan de Blangy jest nawet ostrym, uprzedzam panią.
— Mistres Hampton opowiedziała pani szczegółowo...
— Tak pani markizo.
— Nie potrzebujemy więc rozwodzić się nad tym punktem. Przejdę do pani uczennicy.
— Panny Teresy?
— Teresa jest dzieckiem potrzebującem wielkiej pieczy. Obawiamy się, czy nie ma płuc zaatakowanych. W tej chwili jest jeszcze u wód w Allevard, dosyć daleko, w Delfinacie, a porady naszego doktora który jest, o ile mi się zdaje, wielkim pesymistą. Powraca dziś wieczorem. Zobaczysz ją pani. Pragnęłabym abyś była więcej towarzyszką niż nauczycielką. Donosiłam o tem mistress Hampton i widzę, że zrozumiała moje zlecenia. Przyjaciółka nie mogłaby być sympatyczniejszą.
Miss Vanbury skłoniła się.
— Nie będzie jej pani męczyć nauką; postaraj się pani rozerwać ją, urozmaicając jej życie. Zrozumiała mnie pani?
— Tak, pani markizo.
— Nauka powinna stać się dla niej rozrywką. Zresztą i tak już dosyć umie. Mówi biegle po angielsku dosyć dobrze po niemiecku. Co do muzyki, gra Weber’a, Mozart’a, Mendelsohn’a, Chopina, chodzi tylko o wykończenie...
— Czy rzeczywiście jest chorą?
— Nie sądzę. Zmęczenie życiem Paryża, tej zimy... dużośmy przyjmowali, teatr, opera. Mam nadzieję, że to przejdzie aby tylko być ostrożną.
Markiza była wzruszoną.
— Powierzając ją pani, nie kryję, że jej oddaję to, co mam najdroższego. Po za obrębem mych dzieci, nie mam nic coby mnie z życiem wiązało. Dzieci moje to moja najsłabsza strona. Pan Blangy zajęty jest operacjami pienięźnemi dającemi mu znaczne korzyści. W zaufania powiem pani nawet, za złośliwie może, że to jedyny punkt na jakim może być dotkniętym. Dla tego też dzieci moje są wszystkiem dla mnie. Mogę to pani wyznać.
Nauczycielka uśmiechnęła się dyskretnie.
— A teraz jesteś pani wolną, aż do wieczora. Wie pani już nasze warunki?
— Mistress Hampton mówiła mi o nich, pani markizo.
— Dwieście pięćdziesiąt franków miesięcznie i koszta podróży. Powóz na spacery. Śniadanie o 12. Obiad o wpół do ósmej. Zadowolona pani ze swych pokoi?
— Byłoby mi bardzo trudno.
— Jeśli pani czego braknie, proszę mnie zawiadomić.
— Dziękuję pani.
— Odejdź, moje dziecko. Odetchnij świeżem powietrzem koło domu. Spodziewam się, że ci tutaj będzie dobrze.
— Pewną jestem, pani markizo.
— O dwunastej, śniadanie. Proszę nie zapomnieć.
— Nie, nie zapomnę.
Miss Vanbury zeszła ze schodów z ulgą w sercu. Widocznie powierzchowność jej podobała się markizie. Z początku sztywna, niechętna nawet, ułagodziła się nakoniec.
— Jest zupełnie dobrze, ta młoda dziewczyna, — myślała, — lecz gdziem ja widziała tę twarz?
Napróżno byłaby sobie przypominała.
Dwadzieścia lat temu przedstawiło jej się takież same zjawisko podczas owego smutnego wieczoru. Mówiła do córki: Spodziewam się, że ci tutaj będzie dobrze. A matkę pognębiła obelgami i groźbami. Pokusiła się, by zniszczyć jej urodę przez ból i łzy, a ta pomszczona uroda ukazała się w córce bardziej niebezpieczna, bo dusza ożywiająca to piękne ciało, posiadała niezłomną wolę i pragnienie zemsty sprzeciwiające się zrezygnowanej słodyczy i anielskiej dobroci zmarłej Magdaleny.
Młoda dziewczyna zeszła z peronu zamku, wahając się, w którą stronę zwrócić się, w nieznanym jej parku.
Młody człowiek, z kapeluszem w ręku, zbliżył się mówiąc:
— Miss Ellen Vanbury?
— Tak, panie.
— Przyjemnie mi bardzo, spotkać panią.
Wpatrywała się w niego łagodnemi oczyma, przyćmionemi ciemnemi rzęsami...
On przypatrywał się jej butnie, jako znawca z monoklem w lewem oku, lecz z widoczną chęcią przypodobania się.
Ubrany jak dżentelmani wiejscy bogatych domów, kurtka granatowa kamasze lakierowane, okrągły kapelusz na szatynowych włosach wąsy podgarnięte jak u kota gdy się gniewa przybierał minę zarazem uprzejmą i poufałą w której przebijał wyraz wyższości i czegoś nieprzezwyciężonego.
— Życzy sobie pani, abym był jej przewodnikiem miss Ellen? — zapytał.
— Z przyjemnością.
Twarz spadkobiercy Valencourt’ów rozjaśniła się.
— Do licha! pomyślał, sto razy jest jeszcze piękniejszą, niż mi to zwierzę de Rigaud opowiedział.
O, młoda, piękna damo!...
Podczas gdy Maurycy de Blangy spacerował z nową nauczycielką swej siostry, Bouraille wraz z sędzią pokoju przechadzali się po jedynej ulicy w Pougny.
Było około godziny 9-ej z rana.
Sędzia pokoju dobry gospodarz w swej okolicy, w podeszłym wieku, siwiutki, pomarszczony na twarzy, skromnej powierzchowności, zajmował swój urząd od lat czterdziestu. Pisarz był jego przyjacielem. Zawsze razem w miasteczka lub okolicy. Ludzie przechodzący drogą pozdrawiali ich życzliwie.
— Dzień dobry, panie Cavagnol. — Ukłony panu Bouraill’owi.
Sędzia pokoju i pisarz, prowadzili dnia tego poważną rozmowę.
Bouraille tak zawsze ochoczy i wesoły, od jakiegoś czasu stał się bardzo smutnym. Był pochmurnym a zagadnięty, odpowiadał jakby przebudzony ze snu. Przyjaciele jego niepokoili się, a sędzia wystąpił w ich imieniu.
— Słuchaj Bouraille, co ci jest?
— Mnie, nic.
Zwykła to odpowiedź, zanim dojdzie do zwierzenia. Sędzia pokoju nalegał. Trudno było pomylić się; Bouraille zmienił się do niepoznania, tak, że nawet powierzchowność jego uwydatniała wewnętrzną walkę czy cierpienie.
Żywe kolory nikły w oka mgnieniu.
Stary Cavagnol — dodał.
— Do licha! powiedz co ci dolega. To ci ulgę przyniesie. Bouraille powoli zaczął się zdradzać.
Nie było w tem nic nienaturalnego.
— Żądasz abym ci powiedział? — odparł sędziemu pokoju.
— Kiedy cię tak proszę!
— Oto, życie jakie prowadzę, jest do niewytrzymania!
— Z jakiego powodu?
— Prawdziwie, nie mogę jeść ani spać, najwyżej dwie godziny przedrzymię.
— Cóż więc robisz?
— Myślę.
Postanowił zwierzyć się Cavagnol’owi, pod warunkiem tajemnicy.
Wyrzucał sobie wmieszanie się do przykrego dramatu. On, który niebyłby ruszył gniazdka ptaszęcia, zamącił wody, jak mówią, od przybycia Magdaleny Stefani do Jonceray należał do strasznych przygód, niebędących w jego guście.
— Obliczmy, — powiedział. — Najprzód wesele... Byłeś na niem. Wiesz jak się skończyło. Potem obłąkanie tego biednego Arbaud, zacnego przyjaciela, ten sędzia, to serce, jakiego drugiego nie znajdziesz może..
— Po co o tem wspominać?
— Łatwo powiedzieć: po co wspominać! a jego śmierć tragiczna...
— Nie przypominaj mi tych przejść, Bouraill’u. Byłeś potem szczęśliwym z twą małą rodziną, tem dwojgiem dzieci, któreśmy wychowali...
— No tak! — odrzekł pisarz, — przyznaję. Byłem zadowolonym i nawet dosyć długo nim byłem. Mała Magdalenka tak delikatna, dowcipna, grzeczna.
— Twój Benjaminek.
Pisarz uśmiechnął się szczerze, po ojcowsku.
— No tak! — powtórzył, — wyrzucam sobie nawet to pierwszeństwo, bo zdaje mi się, że to niesprawiedliwość. Brat jej to zacny i uczciwy chłopiec, jakich nie spotyka się prawie, ale mała, taka rozkoszna, a zresztą... co chcesz Cavagnol’u, dziewczynka. Umiemy rezonować, lecz wyznać musimy, że się ma zawsze do nich słabość.
— Bo ci też sprawiła wiele radości.
— Jej brat także, lecz potem!
Sędzia pokoju zakłopotany podrapał się po głowie. Następstwo dawało rzeczywiście wiele do myślenia. Bouraille ożywił się.
— To przekleństwo, los... Oto dwoje dzieci, które powinny być szczęśliwemi. Mają wszystko za sobą, zdrowie, rozum, wykształcenie, dobrobyt nawet, bo z tej strony, dzięki Bogu, wszystko dobrze się wiedzie. Nigdy żadnej sprzeczki między niemi, zdałoby się, że jedne i te same chęci ożywiały ich.
— Istna to prawda.
— No tak, lecz popełniłem wielkie głupstwo...
— Głupstwo! ty Bouraill’a, dajże spokój.
— Tak, tak, bardzo wielkie. I to właśnie tak mnie trapi.
— Jakie głupstwo?
— Matka ich pozostawiła pismo, prawie tomowe.
— Swą historyją?
— Zapewne! Z napisem: „Dla mych dzieci, gdy dojdą lat 20!“
— Tam do dyjabła!
— Pomyśl co tam być mogło.
Bouraille wyrwał sobie pęk włosów.
— Truję się do nieskończoności, — powinien bym był zamknąć pod klucz; biedne dzieci i tak byłyby domyśliły się swej przeszłości, gdyż wina leżała po obu stronach. Byłem nieoględnym jak trzpiot jaki. Gdy Magdalena doszła lat 18, czułem się zobowiązanym oddania jej tego zeszytu. Ah! mój przyjaciela, co za szaleństwo! Charakter jej zmienił się do niepoznania, smutna stała się jak noc listopadowa. Jej piękne czoło pokryło się chmurami. Skrywała się od tej chwili z swemi myślami, nie podzielając ich z nikim więcej. Rzuciła się do pracy z trudnem do opisania zapałem, tak, jak gdyby potrzebowała na chleb zarabiać. Dokąd chciała przez nią dojść? Gdy zaś brat, jej doszedł lat 20, znów nastąpiła inna zmiana. Magdalena schowała te papiery i ona to zniewoliła Filipa do przeczytania ich. Takiż sam rezultat. Filip, wesoły, towarzyski, figlarny, stał się smutnym i skrzywionym. Później widziałem, jak przechadzając się z siostrą po wsi, kłócili się... Nie zgadzali się z sobą i nierozmawiali po całych tygodniach. Nastąpiła ostatnia katastrofa.
— Odjazd Magdaleny! — wtrącił sędzia.
— To właśnie.
— Nie masz jakich wiadomości?
— Od czasu do czasu kilka bilecików po dziesięć wierszy najwyżej, donosi mi, że jest zdrową i czasem prosi o trochę pieniędzy, bardzo niewiele. Ja
umieszczam zaoszczędzone... Wino się sprzedaje... wszystko idzie.
— Gdzież ona jest?
— Alboż ja wiem? W Ameryce... W Peru... Ah biada nam!...
— A brat?
— Filip?
— Tak.
— Podróżuje także. Joncerey stał mu się nieznośnym, od chwili, gdy go Magdalena opuściła... Ah! mój zacny przyjacielu, jak się to wszystko zakończy?
Bouraille zgarbił się jak karykatura, przygotowując się do walki z rozmaitemi następstwami. Znaleźli się przed drzwiami domu sędziego pokoju. Podali sobie ręce i rozeszli się.
Bouraille zawrócił, kierując się ka kościołowi. Mieszkanie jego było obok, skromny parterowy domek; lecz długi i wygodny, z dachem wyniesionym, pod którym dobudowano małe izdebki z jednego końca do drugiego dla przyjaciół przybywających z Dijon, lub zkąd indziej, na polowanie.
Ogród warzywny, na sto kroków długi, otoczony żywym płotem, zamykał drogę z drugiej strony domu.
W chwili gdy pisarz wstępował na pierwszy wschodek, ukazał się listonosz, na ścieżce od kościoła, dając ma znak, aby się zatrzymał.
Ożywczy balsam napełnił serce Bouraille’a. Może jakie nowe wiadomości! Nie omylił się.
— Dwa listy dla pana, zawołał pieszy.
Uniesiony radością Bouraille sięgnął ręką do kieszeni, a wydobywszy 20 sous oddał je faktorowi, mówiąc:
— Weź, Picot, mój chłopcze, dziś gorąco, orzeźwij się.
— Dziękuję, panie Bouraille.
Służąca pisarza, tłusta i pyzata dziewka, spostrzegła tę hojność, skrzywiła się, wzruszyła ramionami, burcząc:
— Czy to nie zgroza, tak rozrzucać pieniądze! Szczęście, że ja tutaj jestem, inaczej umarłby pan w szpitalu.
Bouraille nie zwrócił uwagi na jej gderanie.
Przeszedł prosto przez kuchnią lśniącą się od czystości, wszedł do swego gabinetu, a chcąc uniknąć wtrącania się Franciszki, tak było na imię temu dragonowi domu, zamknął drzwi za sobą na dwa spusty.
Z dwóch listów, doręczonych mu, przez listonosza jeden był maleńki, a drugi gruby, jak pakiet.
Bouraille rozpieczętował pierwszy. Był z Buisson od Filipa.
Oto co opiewał:
„Powracam do Jonceray, po spędzeniu tutaj kilku tygodni, których nigdy nie zapomnę. Nie mogę donieść ci, abym był weselszym, niż przed odjazdem. Byłoby to kłamstwem. Czarne myśli nie opuszczają mnie ani na chwilę. Nie pochodzą one odemnie. Od dnia, w którym mnie opuściła moja biedna Magdalena, spokój mój zatruty i wątpię czy go odzyskam kiedy. Co za urojenie opanowało ją i kto ją uleczy z tego szaleństwa!
„Powracam z postanowieniem. Będę pracował z odwagą, aby się rozerwać i stać się człowiekiem użytecznym. Jest to rzecz, roku lub dwóch najdalej. Osiądę wtedy przy tobie i będę robił dla ubogich w okolicy, tyle z mej wiedzy, ile ty czynisz pieniędzmi.
„Jakże czuję się szczęśliwym, że mam ciebie, któryś nam zastąpił miejsce ojca i wyświadczył tyle przysług.
„Całuję cię z całego serca, nie mogąc ci wyrazić jak cię kocham.
„P. S. Proszę cię, powiedz Sebastyjanowi, aby porządnie utrzymywał moją fuzyją. Mam nadzieję, że Ravaude zdrów jest. Oto sposób na skrócenie trochę czasu.“
Lecz Filip zamilczał powód, dla jakiego zmienił ideje.
Pochodziło to z próżności, przywiązania się do młodej dziewczyny innego towarzystwa, inaczej nie mógł za głuszyć swych myśli. Teresa powoli zajęła się też nim bardzo. Było to uczucie, było to raczej wspomnienie łagodne i dobroczynne, uspokajające nerwy i kojące duszę.
Wspomnienie panny de Blangy było dla niego świętym obrazkiem, przed którym padamy na kolana, prosząc o rozproszenie złych myśli i odegnanie czarów.
Tak jak sobie powiedział, została dla niego celem życia, lecz celem oddalonym, niemożebnym do osiągnięcia, jak przewodnicząca dla marynarzy gwiazda polarna.
Pisarz złożył list, włożył go do kieszeni, westchnąwszy, jakby uczuł ulgę w sercu.
— Dzięki Boga! Z dwojga mych wychowańców, ten przynajmniej zdaje się być rozsądniejszym.
A zresztą powracał do kraju. Można go będzie zobaczyć, zgromić w potrzebie, a tamta?...
Otworzył drugą kopertę, lecz ostrożnie, z trwogą, pomimo że list pochodził od jego faworytki. Tak, to jego faworytka! Tem gorzej.
Tak jak wyznał sędziemu pokoju, przywiązał się więcej do małej Magdaleny, może dla tego, że była dalej, więcej wystawiona na niebezpieczeństwo, słabsza od brata. A przytem, była tak piękną, szlachetną, prawą. Jakiejże bowiem potrzeba było siły, jakiej odwagi, zanim zdecydowała się na wyjazd tak ważny; opuścić okolicę i przyjaciół, do których była tak przywiązaną.
Bouraille nie był zabobonnym, lecz dręczony, niespokojny, ciekawy; chciał przeniknąć tajemnicę, jaką pakiet ów zawierał, klucz miał pod ręką, lecz miał i przeczucie. Zawahał się, jak gdyby koperta pozostająca tylko do rozdarcia, miała wyjawić wszystko złe, jakie ta szkatułka Pandory zawierała.
Zdecydował się nakoniec.
Koperta zawierała nie list, lecz plikę papierów. Był to kajet z cienkiego papieru, zapełniony drobnem i ścisłem pismem.
Nagłówek, podpisany dużemi literami, brzmiał:
„Dla ciebie samego“.
Na dole zaś:
„Kopija testamentu mej matki“.
Przytem dopiero list z czterech stronnic, pięknem angielskiem piórem, tak dobrze znanem pisarzowi. Oto jak brzmiał:
„Nie chcę, abyś powątpiewał o twej Magdalenie, ani abyś nie pozostawał w niepewności co do mych projektów, czczych może. Postępowanie moje wydało ci się dziwnem. Wyjaśnia się przecież. Przeczytawszy to, co ci posyłam, dowiesz się powodu. Przepisałam to z pamięci. Codzień powtarzam sobie. To moja biblija i moja religija! Przeczytanie to oświeci cię na wielu punktach, dotychczas niewyjaśnionych. Wszystko co mówi matka, jest najświętszą prawdą.
„Mam zupełną pewność i wyznanie winnych, które słyszałam na własne uszy. Jakim sposobem? Dowiesz się później. Po jakimś czasie, wkrótce może powetuję zło, jakie nam uczyniono. Pozwólcie mi działać i nie tamujcie mi drogi.
„W imię przyjaźni, proszę cię, nie zdradź przed nikim zaufania mego, które jest moją spowiedzią. Proszę cię głównie, nie staraj się dowiadywać nic więcej na razie, nie wymówiwszy nawet imienia mojego i pozwól spełnić to, co uważam za obowiązek i powołanie. Nadużywam twojego przywiązania, lecz wierzę, że się zastosujesz do mej prośby.
„Jeśli się pokusisz o przedsięwzięcie jakich środków dla oderwania mnie od postanowienia, sądzę, że cię wstrzyma wiadomość, iż podczas moich podróży, znalazłam środek pewny i gwałtowny, zabijający dla pozbawiania się życia.
„Na wypadek najmniejszej poszlaki, gdybyś zapragnął zagrodzić mi drogę, którą wybrałam do tego celu, użyję tego środka, a wtedy nie ocalisz winnych, a mnie zgubisz.
„Żegnam cię mój zacny przyjaciela, pamiętaj, że cię kocham i mam jedną tylko żądzę: dokończyć swego dzieła, a potem zobaczyć się z tobą.
Twoja Magdalena.“
Daty listu i miejsce nie były oznaczone. Marka pocztowa nic też nie wyjawiła, gdyż daną była w wagonie pocztowym, a list mógł być wrzuconym przez przejezdnego.
Zresztą i na cóżby się było przydało, gdyby pisarz nawet wiedział, skąd przybył list? Miałżeby zdradzić tajemnicę na tak usilne prośby wychowanicy, a szczególniej wobec obaw groźby, o której wiedział, że nie była próżną.
Po dziadku, pułkowniku Stefanim, krew korsykańska płynęła w żyłach Magdaleny, A krew ta burzyła się równie silnie u wnuczki, jak i u pułkownika.
Bouraille zrozpaczony wzniósł ręce do góry.
— Co się to dziać będzie?[2]
Nagle przypomniał sobie najgłówniejsze o tajemnym dokumencie, który mu przesłano, skąd miał się dowiedzieć wyjaśnienia zagadki. Niestety! znał już ją po części, jednak opanowała go wielka ciekawość. Usiadł na fotelu przy oknie, wziął kajet przysiadł przed kominkiem, nałożył okulary na nos krótki i gruby i zatopił się w czytaniu dwunastu mikroskopijnie zapisanych kartek.
Bouraille był cierpliwym i drobiazgowym. Nie przepuścił ani jednego wiersza, rozważał nad każdem wyrażeniem, odczytywał niektóre ustępy po kilka razy, aby je lepiej zrozumieć.
Prawdziwa zgroza połączona z oburzeniem opanowała go po odkrycia tylu podłości, przechodzących jego pojęcie jako uczciwego człowieka.
Dwunasta wybiła, a on siedział zaczytany i zamyślony. Zapukano do drzwi. Franciszka niepokoiła się. Nic nie odpowiedział.
Stara silniej zapukała, mrucząc:
— Tak, teraz się zamykać! Toż to kryminał ten dom tutaj!
Głośno zaś zawołała:
— Czas na śniadanie, he!
— Dobrze, dobrze! Zaraz. Aż głowa boli od hałasu jaki robisz.
Wstał dopiero za czwartem nawoływaniem.
Teraz zrozumiał rozmiar tortur, zadanych matce i żal córki.
Zamknął zeszyt przysłany przez Magdalenę, włożył go do kieszeni szarego surduta wypłowiałego i poszedł ku kuchni krokami ciężkiemi jak tragarz, niosący ze sto kilo mąki na barkach.
Literalnie był przygniecionym.
Przygnębienie wybiło się tak widocznie, że i Franciszka była niem uderzoną.
— Ach! znów coś nowego, powiedziała służąca, stawiając omlet podbudzający zapachem apetyt, co panu jest? Listy pan odebrał?
Franciszka rozpoznała pismo, pomimo, że nawet nie znała jednej litery alfabetu. Bywają podobne zjawiska.
— I znów panienka zakłóca panu spokój. Miałaby już dosyć tego. Byłaby lepszą, gdyby się pan tak nią nie zajmował. Czy to nie szaleństwo, aby się nie ożenić z powodu tych dzieci i tak się troszczyć o obce.
Pisarz nic nie jadł; wzdychał i zaciskał usta. Gdyby uczeni astronomowie ogłosili nowy potop, pewno nie byłby więcej wzruszonym. Służąca próbowała go moralizować.
— Ah! czyż to warto tak się martwić. Te dzieci nie są niczem dla pana. Nieboszczyk Wincenty Arbaud, nasz pan Wincenty, dał im swoje nazwisko, lecz drogo to opłacił. I pan wie coś o tem! To także przykład!
Wyrwała się ze słowem ciążącem jej na sercu.
— Bóg wie zkąd się wzięli!
Bouraille podniósł głowę opuszczoną nad talerzem, lecz nie odezwał się.
Służąca dalej prawiła:
— Między sobą możemy o wszystkiem mówić. Nie jesteśmy w gminie. Matka źle sobie postąpiła. Biedny pan Wincenty sprowadził ją z dziećmi z Paryża, bo była jego kuzynką i wpadła mu w oko, lecz smarkacze nie mieli ani ojca ani pieniędzy. Nie jest to żaden sekret! Zresztą zna pan przysłowie!
— Jakie przysłowie? — zapytał pisarz zafukany.
— Niedaleko pada jabłko od jabłoni!
— Co przez to chcesz powiedzieć? — odpowiedział ze zwykłą sobie słodyczą, słuchając machinalnie, lecz nic nie rozumiejąc.
— Panna Magdalena lata po świecie bo się nudzi w Jonceray, gdzie niema dla siebie odpowiedniego towarzystwa.
— Więc cóż? — zapytał pisarz, ściskając pięście.
— Więc zemknęła jak tamta.
— Jaka tamta?
— Jej matka! I oto! Jaka matka, taka natka, i to przysłowie.
Bouraille gryzł usta. Miał ochotę nauczyć karności służącą, lecz za co? Mówiła tylko to, co opowiadano w okolicy. Było to następstwo podłości tych, co ich ogołocili ze wszystkiego, imienia i majątku.
— Po tem wszystkiem nie można się było spodziewać nic lepszego. Kimże byli? Paryżanami! Pewnem, że nie byli wieśniakami. Tacy ludzie nie są jak inni. Matka wolała się utopić, niż poślubić uczciwego winiarza jak Arbaud. Z córki też nie będzie nic dobrego.
Tak perorowała przez kilka minut, bardzo zagniewana. A największą przyczyną było to, że jej pan tak przedtem wesoły i spokojny, stał się smutnym, zdziwaczałym do tego stopnia, że troski odbierały ma apetyt.
— I to wszystko, z winy panny!
Pisarz rozjątrzony, zatrzymał ją, mówiąc.
— Milcz mi, ty staro sroko! Magdalena ma racyją.
Służąca stanęła ździwiona, że aż upuściła w popiół kotlet, przewracając go po raz dziesiąty.
Bouraille pogrążył się w zadumie.
— Tak! więc Magdalena miała racyją, nie przyjmując warunków nałożonych jej przez zbrodnią i pragnąc wszelkiemi silami odebrać wszystko lub pomścić się na tych, co obrazili jej dumę i pozostawili w nędzy i niedostatku. Czyż mogła wybaczyć tortury, zadawane na tle jej upokorzenia, i straszny koniec w fatalną noc wesela w Jonceray? A potem inne następstwa!
Bouraille przypomniał je, a Franciszka przeklinając, mruczała pod nosem:
— Cóż to za życie psuć sobie tyle krwi dla obcych!...
Wspomniał swego najlepszego przyjaciela Arbaud, zacnego i uczciwego człowieka, a tak gościnnego wtedy nawet, gdy podpici wprost napadali na piwnice i śpiżarnie. Widział go obłąkanym, gdy znalazł swą żonę utopioną w stawie; nakoniec przeszytego kulami Niemców na śniegu, dla pozbycia się tak ciężkiego życia!
A ci, co spowodowali tyle nieszczęść, używali dobrobytu, zaszczyceni honorami i obsypani bogactwem. Czyż to było sprawiedliwie!
Dlatego też pisarz okazał się człowiekiem, przyjacielem tych, którzy znosili te męczarnie. Chciał był dosięgnąć złoczyńców i szukał sposobu, ale nie znajdował go.
Jeden punkt go uderzył. Małżeństwo zawarto w Hiszpanii, ranna coremonija tak była opisana w opowiadaniu zmarłej, że zdało mu się, iż i on jej towarzyszył, czytając opis ślubu. Ale brakło dowodów.
Lecz może niedobrze szukano, nie zrobiono śledztwa, należy odnaleźć ślad człowieka?
Bouraille drapał się po podbródka, tarł czoło. Rozbierał te kwestyje, jako człowiek rozumiejący ja. Po namyśle, postawił sobie pytanie: gdybym sam pojechał?
Wstał w chwili, gdy Franciszka kładła mu w ręce nóż i widelec, jak małemu dziecku, mrucząc:
— A to co! co panu jest?
Bouraille rzucił nóż i widelec pod nos służącej zdumionej, i wyszedł do ogrodu warzywnego, przypominającego ogródek wiejskiego proboszcza z alejami ogrodzonemi bukszpanem, z kwaterami wyrównanemi kordonem jabłek, połączonych z georginijami, ślazem winnym, lewkonijami i słonecznikami, ulubionemi wiejskiemi kwiatami.
Tam usiadł na ławce, oparłszy głowę na ręku.
Franciszka stała w osłupienia, przed stołem, zastawionym omletem i kotletem, wzgardzonemi przez pana.
Istna powódź, naruszenie prawa i porządku ustanowionego, istna rewolucyja w małymi spokojnym domku.
Gdy tak zastanawiała się, czemu przypisać tę przygodę gwałtowną, powozik najęty, raczej bryczka zabłocona, zaprzężona w lichego konia, zakurzonego, bez szerści, zatrzymała się przed domem, a z niej wyskoczył młody człowiek, w ubrania turysty, z tornistrem na plecach, w kamaszach na nogach i wpadł szybko jak wiatr do kuchni.
Służąca poczuła schwycenie za szyję dwiema silnemi rękoma, a serdeczny pocałunek odbił się od jej zwiędłych policzków.
— A co, dobrze idzie, Franciszko!
Stara wyrwała się w usposobieniu nieprzyjemnem. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia złego humoru, spojrzała na piękną twarz młodego człowieka, uśmiechającego się do niej przyjaźnie, wzruszyła ramionami, mówiąc prędko:
— Źle panie Filipie, źle się dzieje.
— Czy kto chory?
— Nie, ale mało do tego brakuje. Pan nasz bardzo nie swój.
Wskazała na stół.
— Nie je, nie pije, nie śpi. Oto jego śniadanie... Może je pan zje?...
— Odkąd tak jest?
— Od jakiegoś czasu... lecz od dziś rana jeszcze gorzej.
Dotknęła czoła.
— Umysł!
— Bah!
— Kiedyż ja mówię!
— Z jakiego powodu?
— Zapytaj się go.
— Czy jest u siebie?
— W ogrodzie... samotny jak niedźwiedź... pan nie je?
— Dziękuję. Jadłem na dworcu, zanim wziąłem karyjolkę, aby prędzej stanąć u was.
Był to Filip Arbaud. Pobiegł do ogrodu. Bouraille, pogrążony w rozmyślaniach nic nie słyszał. Filip zeszedł go znienacka.
— Filip! zawołał pisarz.
— Tak ja, szczęśliwy, że cię widzę.
— Nie spodziewałem się ciebie tak prędko.
— Otrzymałeś mój list?
— Tak, siadaj tutaj, bliżej.
Zrobił mu miejsce na swej ławce.
— Wytłomaczę ci. Miałem zamiar pozostać jeszcze dni kilka, lecz zatęskniłem... i przyjechałem.
— Nakoniec cię widzę... Szczęśliwieś odbył podróż?
Filip opowiedział w kilka słowach.
— Tak, podróż mi się powiodła, bardzo nawet... Okolica prześliczna! Prawdziwa Szwajcaryja, piękniejsza może. Wzorowa wiejska oberża gdzie mi było tak dobrze, wycieczki codzienne!
Oczy jego rozpłomienione szukały w obłokach wspomnienia obrazu.
— Masz minę zadowolonego i to mnie cieszy, powiedział pisarz zachwycony. Pozostaniesz z nami?
— Jakiś czas. Może miesiąc... sześć tygodni najdłużej. Potem pojadę do Paryża pracować, aby po skończenia nauk powrócić jak najprędzej.
A przerywając myśl dodał:
— Magdalena pisała?
— Kilka słów tylko.
— Co donosi?
Bouraille udał, jakoby szukał po kieszeni, jąkając: Zobaczysz!
A zmyślając, że nie znalazł — zawołał:
— Niezgraba ze mnie! spaliłem go, dla zapalenia fajki.
Człowiek nie jest doskonałem. Bouraille palił jak Turek.
— Czy aby zdrową jest? — zapytał Filip!
— Zupełnie, chwała Bogu.
— Pisze, to powróci?
— Tak, obiecuje wkrótce... lecz nie ma w tem nie pewnego.
Filip westchnął.
— Jakże pragnąłbym ją zobaczyć.
— Należy się spodziewać. Postaramy się sprowadzić ją, lecz wiesz, ma ona pewne plany!
— Niestety!
Bouraille wziął za ręce młodego człowieka, a patrząc mu w oczy z czułością ojca — rzekł:
— Dobrze mi wyglądasz. Będziesz się bawić, polować... Zwierzyny mamy pod dostatkiem! Wszystko jest w porządku... Winobranie obiecujące...
Łza stoczyła mu się po policzkach. Myślał o jego siostrze, o swej małej nieobecnej, Magdalenie.
Lecz mówił sobie.
— Trzeba się ruszyć... zakończyć... wyświetlić interes, zobaczyć wszędzie w Paryżu... w Hiszpanii! Pojadę!
Przed podróżą du Beaune, Jan Rigaud był ponurym i małomównym. Od tej zaś pory czy powrotu, stał się jeszcze dzikszym, unikając towarzystwa nawet swych towarzyszy. Goście z kawiarni du Comerce widywali go coraz rzadziej, wchodził na chwilkę ale wychodził też zaraz, tłomacząc się rozkazami, które miały być społnionemi, co tu nikogo nie zadziwiało.
Cassegrain mówił do innych: Ho! ho! coś mu tam znów dogryza.
Pitard potwierdził — dodając:
— Mnie się zdaje, że ta, nowoprzybyła utkwiła mu we łbie.
Wiedziano o jego nieszczęśliwem uczuciu dla Rosy Servais, później dla poprzedniej nauczycielki. Nie było więc nic dziwnego, że znów Miss Ellen stała się przedmiotem jego marzeń.
Cassegrain zaopinijował ostatecznie:
— Zobaczycie, że z podobnemi myślami dojdzie do warjacyi.
Odtąd, każde ukazanie się Jana Rigaud u wdowy Lebidois, było przyjmowane wybuchami sypiących się żartów. I prawdę było, że Rigaud’a wzburzyła dwugodzinna podróż z prześliczną blondynką, która zwróciła uwagę mieszkańców de Blangy, od pierwszej niedzieli ukazania się jej w kościele, po przyjeździe do zamku.
Wciągu kilka chwil wszystkie płomienie miłości zawarte w tej gwałtownej duszy rozgorzały. Ideał za którym tęsknił, stanął przed nim przerywając jego samotne marzenia. Uczucie egoizmu i zazdrości, potęgując się, owładnęły nim.
Młoda dziewczyna jakby powodowana proroczym duchem, rozmawiając z nim, zrozumiawszy tajoną sympatyję, pozostawiała go w miłem zładzeniu wzajemnej życzliwości.
Jan Rigaud należał do rzędu ludzi milczących i nie powierzających swych uczuć i zamiarów nikomu z lubujących się w samotności.
Zajęcie jego w zupełności było mu odpowiedniem. Dumny a nieśmiały, zapamiętały i zazdrosny, żądny majątku, nie dla wartości pieniędzy, lecz, że złoto utoruje mu drogę do względów eleganckich kobiet do których nie śmiał się zbliżyć, śledząc tylko za niemi wzrokiem pożądliwym i chciwym, miał upodobanie w przechadzkach wśród lasów, nie rozmawiając z nikim i przepędzając całe godziny, rozłożony na pochyłości stawów, zarosłych trzciną i roślinami wodnemi, których pełno było na każdym kroku w lasach Burgundyi.
Jedyna chwila dnia, w której się łączył z drugimi służącymi zamku była pora obiadu, chociaż i tak często jeszcze nie przybywał zadawalniając się kromką chleba zapomnianą w kieszeni ubrania, zalewając ją wódką ze swej flaszy z dyni.
Widząc go przechodzącego, wyprostowanego, z fuzyją przewieszoną przez ramię, przyczem wysmukła jego figura, obciśnięta była mundurem, zapiętym na srebrne guziki, w pasie skórzanym miał herby de Blangy’ch — okoliczne kobiety kłaniały mu się z pewnemi względami, witając trwożliwie jednem: Dzień dobry panie Rigaud! mówiąc w duchu: piękny to jednak chłopiec! Lecz on nie zwracał na nie większej uwagi, niż na zwierzęta rogate poruszające dzwonkami w leszczynie pod dozorem pastucha gminnego.
Żadna i wszystkie razem te wieśniaczki, nie pociągały go od dnia, w którym ujrzał Miss Ellen Vanbury, czyli raczej Magdalenę Arbaud: stała się ona jedynym przedmiotem jego myśli i zabiegów.
Cóż to za różnica pomiędzy temi wieśniaczkami rudemi i ordynarnemi, a tą białą dziewczyną o matowej twarzy jak listki róży herbacianej, zakrywającej na wiosnę front jego domku.
Zajęła jego serce, oczy, duszę, harmoniją głosu i urokiem uśmiechu.
Odtąd miał jedną tylko troskę, sobaczyć ją.
W dzień śledził ją wszędzie, gdzie szła, nie będąc widziany.
Nocą stał na straży pod drzewami, zkąd mógł dostrzedz okna jej pokoju.
Czasami odważał się zamówić kilku małoznacznemi wyrazami, widząc ją spacerującą po parku.
— Przyzwyczaiła się już pani?
Albo:
— Czy wszyscy są dla pani dobrzy?
Odpowiadała mu z pociągającym wdziękiem, bardzo łagodnie i grzecznie, jak gdyby mówiła do towarzysza lub przyjaciela.
Pewnego poranku, wstawszy wcześniej niż zwykle, przechadzała się sama podług zwyczaju, zanim panna de Blangy wyszła ze swych apartamentów: rozmawiali wtedy dłużej.
Jan Rigaud, zaczął się jej zwierzać.
Zaledwie dopiero dwa tygodnie minęło jak nauczycielka przybyła do zamku, a już pewna zażyłość panowała między nimi.
Rigaud opowiadał jej o chęci zdobycia majątku. Gdyby miał tylko pierwsze fundusze, nie troszczyłby się o niepomyślny obrót, lecz zkąd ich wziąść? Potem przesiedliłby się. Z silną wolą i energiją dla wzbogacenia przyjaciółki kobiety, do czegóż się nie dochodzi? Lecz, nic!
Młoda dziewczyna zachęcała go.
Prawdziwie, że miał słuszność. Inni podochodzili do wszystkiego, zaczynając od niewielkich rzeczy. Wymieniała mu przykłady jakie widziała w Ameryce.
Ona też wzajemnie zwierzała się ze swojem życzeniami polowemu. Ona także pragnęła bogactwa, aby być niezależną.
Pieszczotliwem spojrzeniem otaczała Jana Rigaud, wzniecając w jego ciele dreszcze namiętne.
Jest to gra, w której się łatwo traci rozum.
W środku sierpnia głowa polowego burzyła się jak lawa wulkanu przed wybuchem.
Szesnastego tegoż miesiąca, przy ukończenia śniadania, Joson Kerhoël położył mu rękę na ramieniu:
— Jak zjesz śniadanie, idź do pana markiza, który cię do siebie wzywa.
Joson i Rigaud wzajemnie się podobali.
Czuli wspólny pociąg sympatyi, pomimo że mało co z sobą rozmawiali, nie będąc z natury gadatliwymi.
Zresztą, Joson był ogólnie i dla wszystkich dobrym i grzecznym.
— Czego markiz chce odemnie? — spytał polowy.
—Nie wiem... tylko...
— Co? — powiedział Jan Rigaud, wpatrując się badawczo w Bretończyka, zachowującego się dwuznacznie.
— Tylko — rzekł Kerhoël — mój dobry Rigaud, słuchaj go uważnie i zastanów się, zanim co odpowiesz.
— Ty coś wiesz!
— Ja! Nic!
— Dajesz słowo honoru?
— Słowo honoru.
— To dobrze.
Bretończyk nie zalecał ostrożności polowemu. Nie potrzebnem mu to było.
Często spotyka się więcej finezyi i ostrożności między prostymi służącymi, niżeli panami w ambasadzie.
Z tonu Kerboël’a, Rigaud odgadł, że zachodzą jakieś niezrozumiałe rzeczy w Blangy. Był też i on o tem oddawna przekonany, nie wiedząc przecież nic stanowczego, opierał swe przypuszczenia na pogłoskach, obiegających po okolicy.
Historyja z pułkownikiem Stefanim, jego córką Magdaleną i Filipa Valencourt, miała miejsce przed kilkunastu laty, jednak nie zapomniano o niej.
Goście z kawiarni Lebidois, od czasu do czasu przypominali ją, przyczem Cassegrain i Pitard byli jak najgorzej usposobieni dla Franciszka Valencourt.
Dopiwszy kawy, polowy udał się na taras, gdzie markiz przechadzał się z gośćmi, wpośród których de Vernes zabawiał rozmową zgrupowane wkoło damy.
Rigaud zbliżył się, oczekując rozkazów.
Maurycy de Blangy spacerował w pewnej odległości sam na sam z nauczycielką. Polowy zmarszczył brwi, a markiz jednocześnie prawie dał mu znak, by szedł za nim, mówiąc po przyjacielsku do de Vernes’a.
— Chwilkę jeszcze!
Zawrócił do zamku. Wszedłszy do gabinetu, upewnił się czy drzwi zamknięte. We dwóch więc tylko się znaleźli. Najgłębsza cisza zalegała ten pokój z grubemi marami, wysokiemi sufitami i dębowa posadzką. Spuszczone story przepuszczały niewiele światła.
Przez kilka minut Franciszek Valencourt jakby zakłopotany, nic nie mówił. Bywają kwestyje trudne do wypowiedzenia. Nareszcie odezwał się:
— Rigaud, jesteś-że nam życzliwym?
— Chyba pan markiz nie wątpi.
— Zapewne, że nie; lecz przychodzi mi zażądać dowodu twego ku nam przywiązania, który może ci się wydać nadzwyczajnym.
— Pan markiz wie, że zawsze gotów jestem na jego rozkazy.
— O tyle, o ile się tyczy strzeżenia mych posiadłości, lecz dziś, wyznam ci w zaufaniu, chodzi o ocalenie czegoś innego.
— Czego?
— Honoru imienia naszego.
Słowa te wypowiedział markiz głosem przyciszonym. Oblicze jego przybrało wyraz złowrogi, a pergaminowa powłoka skóry stała się żółciejszą niż zwykle.
Jan Rigaud, zakłopotany, obracał w ręku kaszkiet. Postąpił podług rady Josona Karhoël, przygryzł język, nie wymówiwszy ni słowa.
— Zrozumiej, że interes jest poważny. Gdyby ci się przysługa ta zdała za przykrą, mój przyjacielu, pozostawię ci swobodę, nie biorąc ci za złe, gdy mi odmówisz.
Dam za wygranę, odrzucając interes. Pokładam zaufanie tylko w tobie jednym.
Po takiem pochlebstwie Jan Rigaud skłonił się, nic nie odpowiedziawszy.
Franciszek Valencourt mówił coraz ciszej:
— Pojmujesz zapewne, że nagroda za usługę będzie odpowiednią do jej ważności, i dodam nawet, że to jedyna dla ciebie może sposobność dla zdobycia odrazu fortuny.
Fortuny? Co przez to rozumie ten kusiciel? Oczy polowego zwracały się, to na markiza, to gdzieś w jakąś odległą przestrzeń, jak gdyby myśl jakaś błąkała się w koło niego.
Tak, markiz wymówił to, aby go zachęcić, wszakże rozrzutnym nigdy nie był. Znano go w okolicy i dalej jeszcze; eh, jakiś tysiąc lub dwa tysiące najwyżej.... bzdurstwo takie!
Franciszek Valencourt dostrzegł nieznaczny ruch wzgardy, podnoszący ramiona polowego i jakby przenikając myśl jego rzekł:
— Nie cofnę się, przeznaczając 30, czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt tysięcy franków — zrobił nacisk na pięćdziesiąt tysięcy — temu, który by podjął się wykonania mych planów.
Pięćdziesiąt tysięcy franków olśniło Jana Rigaud. Nie marzył nawet o podobnej gratce.
Wysłużonemu żołnierzowi, który nie odziedziczywszy ani grosza po rodzicach, miał sześć tysięcy franków pensyi rocznej u markiza, stół i ubranie, — pięćdziesiąt tysięcy franków wydało się ogromną sumą.
Franciszek Valencourt wymiarkował, jakie zrobił wrażenie taką ofiarą, kończył więc dalej:
— Z taką sumą, człowiek jak ty, może dojść do wielkiego majątku, przesiedlając się tam, gdzie widoki zysku są wszelkie, do Algeryi lub Tunisu; ziemia, nietknięta lemieszem, przedstawia świetny interes dla przybywających kolonistów. Za jakie piętnaście lat można zostać milijonerem...
Wrazie potrzeby dopomogę ci i tam nawet... Można otrzymać.... koncesyje....
przynoszące wielkie zyski.... Pewne wpływy... Ja je mam!
Jan Rigaud, oszołomiony z początku, odzyskał swą zimną krew. Po raz pierwszy roztworzył usta.
— Pan markiz obsypuje mnie łaskami, nie nadmieniając czego żąda w zamian za tę sumę.
— Przedewszystkiem czy mogę liczyć na twą dyskrecyję, gdyby się co stało?
— Na pewno.
— Przysięgnij.
Głos Franciszka Valencourt był zmieniony, pomieszanie jego było widocznem.
— Przysięgam, odpowiedział polowy.
— Oto, czego żądam od ciebie...
Markiz zatrzymał się. Wyjaśnienie mogło stać się niebezpiecznem. Znalezienie się energiczne służącego imponowało panu.
— Człowiek.... jeden z tych adwokatów zepsutych, nie cofających się przed żadną infamiją, rości sobie pretensyją, iż posiada tajemnicę, mogącą zakłócić spokój i kompromitującą dom mój.
Jaki może być ten sekret, mało mnie to obchodzi. Ciągnie z nas zyski, żądając opłacenia milczenia ceną wygórowaną. Nie mogę zgodzić się na przyjęcie takich warunków. Mam ja i inne powody użalania się na niego.
— Cóż więc? — zapytał Rigaud, nachylając się do markiza.
— Postanowiłem pozbyć się go.
Jan Rigaud odskoczył.
— Pan mówi?...
— Pozbyć się go.
— Ach, do licha!
— Oh! po prostu, bez hałasu, pod pozorem wypadku, nie kompromitując ani mnie, ani ciebie.
— Czy to możebne?
— Nietylko możebne, lecz nietrudne i bezpieczne.
— A kiedy ma nastąpić wykonanie?
— Za dni kilka.
— Tak prędko!
— Cóż to znaczy chwila?
— Do kaduka! — powtórzył Rigaud, zrozumiawszy o co idzie.
— Zaręczam ci, że się nie narazisz na najmniejsze nawet niebezpieczeństwo.
— Przecież!...
— Przekonasz się.
— Nie powiedział mi pan markiz, kim jest ten człowiek.
— Prawda.
Zapukano do drzwi. Markiz podniósł cię, mówiąc po cichu.
— Zobaczysz go.
— Czyż to on?
— Ten sam właśnie.
Wskazał polowemu gabinet ukryty za małemi drzwiczkami, popychając go w tę stronę.
— Zaczekaj i milcz.
Zamknął drzwi od gabinetu za sobą, zwracając się do tych, gdzie pukano po raz drugi i roztworzył je.
— Proszę cię kochany przyjaciela, oczekiwałem cię.
Nowoprzybyły wszedł.
Był to de Vernes.
Adwokat wszedł ostrożnie, rzuciwszy wokoło obszernego pokoju wzrokiem niedowierzającym, lecz nie spostrzegł nic podejrzanego.
Franciszek Valencourt zamknął drzwi na klucz, a wracając do swego fotelu, rzekł:
— Aby nam nikt nie przeszkadzał, kochany przyjacielu. Interes, jaki mamy do omówienia, w dobrej wierze, nie potrzebuje świadków, zagaił markiz, śmiejąc się, gdyż był w wyśmienitym humorze.
Nie zwlekając, dążył do celu.
— Dałem ci czas do namysłu i sam zastanowiłem się nad tem, co mi pani de Blangy zakomunikowała o twych zamiarach. Masz racyją. Należy raz zakończyć. I abyśmy się nie irytowali na temacie dyskusyi, wyznaję ci, że się zgadzamy na zasadę. Wyświadczyłeś nam przysługę...
— Doskonale!
— Lecz uczyniona grzeczność datuje się od lat dwudziestu..., a po latach dwudziestu do niczego by nie doprowadziło wznawianie historyi, o której dziś już nikt nie myśli, którą pogrzebano w ciemnościach przeszłości?
— Tak pan sądzisz?
— Czyż lat dziesięć nie wystarcza do uniewinnienia człowieka najwystępniejszego nawet na ziemi?
Adwokat wprawił go w kłopot, odcinając się.
— Lecz do lat trzydziestu spadkobiercy Filipa Valencourt mają prawo dochodzić sukcesyi po ojcu.
— Zgadzam się. Musieliby przecież złożyć dowody, prawdopodobieństwo, dokumenty?...
— Mam je, — odrzekł stanowczo de Vernes.
— Właśnie pani de Blangy mówiła mi o tem.
Kasztelan nie uniósł się; jak zwykle zimny i pełen godności, zdawał się nawet winszować przeciwnikowi zręczności, z jaką ich podszedł.
— A! filucie — rzekł uśmiechem, znasz zasadę: należy schować co pieniędzy na nagłą potrzebę...
— Cóż robić? na mojem miejscu!...
— Ha! ha! ha!
— Pan byś też pewno nie inaczej postąpił, dokończył de Vernes.
— Może.
Trudno było o lepsze usposobienia. Markiz ciągnął dalej.
— Po co dysputować dłużej, żądasz pieniędzy, wypłacę ci je. De Vernes potarł sobie nos.
Tak niespodziewana łatwość w ugodzie zdała ma się nieprawdopodobną. Jak ślimak ukrył rogi w swej muszli. Oparty o poręcz fotelu słuchał, wpatrując się w markiza.
— Bah! mówił dalej markiz, dobrowolnie nie umrę od tego. Czegóż mi brakuje Niczego. Jakie mogę mieć jeszcze życzenie? Spokoju, wypoczynku, aby używać dowoli zadziwiającej pomyślności. Przytem — dodał z we wewnętrznem przekonaniem — znasz moją słabą stronę. Obawiam się wszystkiego tego, co może sprowadzić skandal. I twemi papierami, dokumentami listami i usiłowaniami nic nie zdziałasz, nic a nic, wiem o tem, moja pozycyja jest niezachwianą, lecz procesując znieważamy się, wyszydzamy, oczerniamy! Oto czego pragnę uniknąć! A więc ułóżmy się.
— I owszem.
— Lecz już raz na zawsze, stanowczo.
— Niech i tak będzie.
— Bez gróźb, wykrętów, upominań się!...
— Zależy to od was!
— Chodzi więc tylko o ustanowienie ceny.
—— Wiesz już jaką jest.
— Doprawdy... Żądasz?...
— Milijona.
— Ależ...
— Jest to ostatnie moje słowo.
— Ile ustąpisz.
— Ani szeląga mniej.
— Przecież... zastanów się...
— Już to uczyniłem!
— Słuchaj Zaokrąglę... Pięć kroć sto tysięcy franków...
— Sukcesyja po Filipie Valencourt, spadkobiercy wuja, wartą była co najmniej pięć milijonów... Przez dwadzieścia pięć lat potrójna się stała... Majątek twój jest olbrzymim.
— Nie takim jak sądzisz!
— Cóż to znaczy milijon dla ciebie?
— Eh! milijon znaczy jak i dla innych.
— Dajże pokój! rzekł de Vernes, zadowolony, widząc Franciszka Valencourt zgodnym dla załatwienia sporu, dla ciebie suma ta małoznacząca, dla mnie wygodna, zabezpieczająca przyszłość. Jestem w interesach, żądam części zysków... Cóż może być naturalniejszego?
— Zapewne... lecz pięćkroć sto tysięcy franków!
— Nie, nie i jeszcze raz nie! powtarzał de Vernes, podnosząc się. Milijon albo nic.
— A jak się nie zgodzę, co zrobisz?
— Przewrócę Paryż i prowincją odszukam spadkobierców Filipa Valencourt, zdradzonych przezemnie na waszą korzyść i powiem im: Zaskarżmy. Podejmuję się bronić... I zmuszę was do układów których mi odmawiacie...
Franciszek Valencourt sapał jak foka. Wąskie i zacięte usta zaledwie widziane, drżały od złości.
— Nie śmiałbyś, powiedział.
— Owszem, czemużby nie. Po tem co zaszło nie możesz mieć do mnie urazy. Potrzeba mnie zmusza... Przyparty jestem ostatecznością. Mam tylko jedną drogę do wyjścia. Używam jej.
Markiz zrobił ostatni wysiłek.
— Nie zgodzisz się gdy ci powiem.
— Zgadzam się, lecz pod warunkiem...
— Jakim?
— Że mi przysięgniesz iż nie zatrzymasz żadnego papieru, najmniejszego dowodu...
— Rozumie się.
— Pod słowem honoru! Śmiesznie posługiwać się tem wyrażeniem nieprawdaż, lecz sądzę, że i rozbójnicy kalabryjscy wołając do podróżnego: „Życie albo pieniądze“! nie wiedzą przecież co to jest honor, podług starego sposobu zapatrywania się.
— Zgoda: Pod słowem honoru.
— Odeszlesz mi te papiery do Paryża?
— Niepotrzebnie.
— Dlaczego?
— Nie są tak daleko.
— Masz je.
— Wszystkie.
— Oddaj mi je, a w zamian, dam ci czek na Paryż... albo pieniądze, jak wolisz.
— Czek jest dogodniejszym.
— Dobrze.
— Kiedy skończymy.
— Jak będziesz chciał.
— Jutro?
— Niech będzie i jutro.
— A potem?
— Potem — rzekł de Vernes rozpromieniony, każesz mnie odwieźć na kolej, i pojadę odebrać moje pieniądze.
— Posłuchaj mej rady. Umieść je solidnie w papierach wartościowych... Zapewnij sobie rentę dożywotnia... A szczególniej nie graj w karty. Karty cię zgubiły.
— Dziękuję.
— A więc do jutra.
— O której godzinie?
— Chcesz jechać pośpiesznym, wieczorem?
— Tak.
— W pół do pierwszej z Beaune. Tutaj, w moim gabinecie, jutro po obiedzie. Będziesz miał już i papiery.
— Wszystkie bez wyjątku.
— Czek będzie też przygotowany.
— Trochę to za drogo!
— Bah! jesteś tak bogatym.
— Wszystko jedno, przykra to pigułka!
— Będzie już ostatnią.
— Liczę na to!
Posiedzenie zostało zamknięte, Franciszek Valencourt odprowadził adwokata do połowy sąsiedniego salonu, żegnając go wyrzekł skromnie:
— Cyt, ani mru-mru! Szczęśliwy człowiek! Wyrwałeś mi pióro ze skrzydła, duże pióro...
Patrzał za nim, póki się nie złączył z przechadzającemi się gośćmi.
Powrócił do biurka, odsunął rygiel jak za pierwszym razem, a podnosząc portjerę sąsiedniego gabinetu wołał!
— Rigaud!
Polowy wyszedł.
— Słyszałeś?...
— Kilka słów niedokładnie, panie markizie.
— A zrozumiałeś?
— Bardzo niewiele... o tyle tylko, że ten mężczyzna wymagał pieniędzy.
— Wiesz ile?
— Nie, panie markizie.
— Piękną sumę, Rigaud, nie tak łatwa do zebrania.
Polowy sądził, że pan jego nie wiele zadawał sobie trudu dla powiększenia majątku. Pieniądze same mu w ręce wchodziły.
— Jest to suma, sama przez się stanowiąca majątek — odrzekł markiz.
— Biedak jak ja, nigdy nie dojdzie do takiej.
— To zależy z tem co ci ofiarowuję, reszta sama się dopełni.
— I trzeba będzie? — zapytał Rigaud.
— Czek jaki dam temu adwokatowi, odebrać.
— Do kata. A jak nie zechce?
— To mu odebrać siłą.
— Ryzyko, można się narazić! będzie się bronił. Markiz uspakajał go po przyjacielsku:
— Będzie się bronił, gdy go napadniesz. Lecz, Rigaud, mam cię za bardzo roztropnego.
— Pan markiz zaszczyca mnie.
— Pomyśl, że i ja nie chciałbym się skompromitować za jakąkolwiek cenę.
Prawdziwie, ma pan Markiz zupełną racyją.
— Są inne sposoby spokojniejsze i pewniejsze.
— Jakie?
— Oh! jest ich kilka.
— Ale tak naprędce, naraz?
— Wypadek naprzykład, pozbycie się niebezpiecznego człowieka, nie przedstawia zbyt wielkiej trudności.
Polowy wytrzeszczył oczy.
— Otóż przypuśćmy, że cię wysyłam, abyś odwiózł adwokata na pociąg kolei z Beaune.
— Jutro wieczór?
— Jutro wieczorem, z zapadnięciem ciemności nocy, koło dziesiątej.
— Dobrze.
— Droga jest otoczoną wyrębami, o tej porze wyjątkowo kogo spotkać tam można.
— Słusznie.
— Przy Brosse droga prowadzi koło stawu Neuf.
— Doskonale.
— Most nie ma poręczy.
— Przepowiadano nawet, że łatwo się można tam zabić. Dwadzieścia stóp pochyłości.
— Sześć metrów woda głęboka. Umiesz pływać, Rigaud?
— Jak ryba.
— Jeśli przypadkiem pokierujesz źle koniem, powóz stoczy się z pochyłości, a człowiek, którego powieziesz, utopi się niechybnie.
— Prawdopodobnie.
— Gdyby mu jeszcze dopomódz. Dla większego dobrodziejstwa, w chwili, gdy pojazd będzie się staczał z pochyłości, możesz wyskoczyć na szosę, aby nie skręcić karku.
— I ja tak myślę, panie markizie.
— Odbierzesz topielcowi te oto papiery. Patrzaj. Wypisano dużomi literami, miljon.
— Widzę, panie markizie. To aż miljon daje pan markiz temu adwokatowi?
— Taką sumę, pomyśl tylko.
— Do licha!
— Podobny wypadek nie zwróci niczyjej uwagi. Czyż codzień nie zdarzają się nieszczęścia, a nikogo to nie zadziwia. Kombinując ułożony plan, uważam że nie jest złym.
— Ten nawet uważam za niezawodny...
— Zgadzasz się go spełnić? — zapytał Franciszek Valencourt.
— Wyznaję, panie markizie, że gdyby to mi pan zaproponował przed dwoma tygodniami, nie zgodziłbym się za żadną cenę.
— A dziś?
— Przystaję.
— A dlaczego byłbyś odmówił przed dwoma tygodniami?
— Bom nie miał celu.
— A teraz?
— Mam go i oto różnica.
Franciszek Valencourt zadał sobie pytanie, co spowodowało polowego do przyjęcia propozycyi, lecz nie odgadł.
Ostatecznie, co go to obchodziło. Najważniejsze spełnione. Jan Rigaud podjął się wykonania jego planów.
— A więc umowa zawarta?
— Tak, panie markizie.
— Powieziesz de Varnes’a do Beaune?
— Powiozę.
— I w drodze?
— Przewrócę koło stawu Neuf.
— Pasażer się utopi.
— Może pan markiz być pewnym.
— Papiery moje odniesiesz mi?
— Niezawodnie.
— W zamian wypłacę ci pięćdziesiąt tysięcy franków.
— Przepraszam!
Markiz sądził że się przesłyszał.
— Co mówisz?
— Mówię Przepraszam!
— Dlaczego?
— Żądam podwójnie.
— Sto tysięcy! Ależ!
— Pozwoli pan markiz, że z tego co mu zwrócę i tak jeszcze pozostanie panu dziewięćkroć sto tysięcy franków w zysku.
— Cudownie obliczasz, Rigaud, dojdziesz do majątku.
— Dziękuję za dobrą wróżbę panu markizowi. Jaka więc ostatnia decyzyja pana markiza?
— Nie odmawiam ci mój przyjacielu, daję co żądasz.
— Zgoda.
— Jeżeli interes zręcznie poprowadzisz, dodam ci jeszcze na szpilki.
— Dziękuję panu i postaram się zarobić na nie...
— Do jutra, więc Rigaud.
— Do jutra, panie markizie.
Połowa września, to pora największych rozrywek dla mieszkańców wsi. Zbiory pozwożone, bogactwa nagromadzone, obawy złego plonu lub zbioru usunięte, o krwawej pracy zapomniano. Zboże w stertach pokrytych jak chaty, ubarwiają pola piramidami lub napełniają gumna; siano pachnie w stogach, a właściciele folwarków wypoczywają po odbytych żniwach, oczekując winobrania.
Stada, pasąc się na koniczynie i lucernie, zbierają po ugorach przejrzałe ziarna, opadłe w bruzdy.
To wypoczynek dla panów i służących.
Zaledwie kilka pługów ciągnie na robociznę dla przygotowania ziem pod następne zasiewy.
W zamkach i dworkach przeciwnie, budzi się życie odrętwiałe nużącemi upałami lata. Wrzesień, to ulubiony miesiąc czcicieli świętego Huberta. Polowanie, najmilsza rozrywka paryżan. Ekwipują się oni od stóp do głowy: uzbrajają w różne narzędzia i siatki, zaopatrują w żywność i wyruszają z miasta na wieś.
Markiz de Blangy nie był myśliwym, lecz skąpcem, jedyna jego namiętność, to pieniądz, starał się bezustannie o powiększenie przedmiotu czci swojej, kapitału; marzył o nim, dniem i nocą, lecz nie zaniedbywał obowiązków pana domu, człowieka światowego. Stał na czele tych powinności, interesu i poszanowania, spuścizny, pokrywając tyle podłości, występków nawet, jeżeli nie przeciw prawu, to przeciw honorowi człowieka.
Nazajutrz po rozmowie markiza de Blangy z de Vernes’em i Janem Rigaud w zamku, od świtu panowało niezwykłe ożywienie.
Dzień zapowiadał się świetnio, urządzono wielkie polowanie dla przyjaciół z Paryża i sąsiedztwa.
Wielka uroczystość! rogi dojeżdżaczy rozbrzmiewały po gminie, szczekanie psów roznosiły echa po zaroślach, obijając się o szare mury. W oknach ukazywały się twarze gości zamku, badających horyzont co do możebnej pogody.
Musieli być w zupełności zadowoleni. Lekka mgła, unosząca się z trawników, opadała dużemi kroplami, ogrzana promieniami pogodnie wschodzącego słońca.
Lasy i drzewa, piętrzące się na pagórkach, rozpościerały w rannem świetle swe liście spalone skwarnem latem. Z drugiej strony, na prawo od parku, ciągnęła się nieskończona płaszczyzna, upstrzona wschodzącemi zasiewami, potrawem i ugorem, mając być popisem czynów łowieckich gości z de Blangy.
O godzinie 9 podano w wielkiej sali zamku śniadanie pożywne, zalewane szlachetnemi winami i nic, w tem swobodnem zebraniu, przeważnie bogaczy, zajętych flirtowaniem i przyjemnościami, dnia od tak dawna oczekiwanego, nie wskazywało, aby knuto w tem przepysznem mieszkaniu dramat, niby pożar w pierwszem zawiązku, którego nikt nie spostrzega.
Wokoło stola, pośród wrzawy ożywionej rozmowy, nowoprzybyli zapytywali półgłosem sąsiadów, powtarzane kilkanaście razy toż samo pytanie:
— Możesz mi pani powiedzieć, kto jest ta piękna osoba?
— Która?
— Ta oto.
— Przy panu Maurycym?
— Ta właśnie.
— To nowa nauczycielka.
— Angielka?
— Tak, jak miss Evelina, ta biedna, która zmarła...
— Mówią, że ze zmartwienia.... zawiedzionej miłości.
— Niewiadomo. Była bardzo wątłą...
— To tylko pewnem, że młody Maurycy jest bardzo rzutnym i rozpoczyna kręcić się koło nowej...
— Ani słowa! Mówiąc między nami.... jest upajającą!
— Nadzwyczajnie. Nie rozumiem markizy. Podobna dziewczyna, to zarzewie do wzniecenia pożaru.
— Zdaje się być bardzo skromną.
— Znasz przysłowie: cicha woda...
— Brzegi rwie.
— Złośliwcze!
Ogólnie zauważono, że młody Maurycy starał się całemi siłami ująć angielkę, nadskakując jej, gdziekolwiekby ją zoczył.
W ogrodzie parku, jadalni lub salonie; wyskakiwał z za krzaka, ogrodzenia, drzwi lub portyjery niespodziewanie, uganiając się za piękną blondynką.
Przy muzyce on siedział oparty, zachwycony, wsłuchując się w każdą nutkę. Gdy się przechadzała ze swą uczennicą, przybiega galopem, łącząc się w trójkę.
Zresztą miał wolne pole ku temu. Teresa, po powrocie z Allevard, i bliższem poznaniu nowej swej nauczycielki, przywiązała się do niej. Maurycy też pod pozorem wywiedzenia się o zdrowie siostry i wypadków podróży, znajdował niewyczerpany temat do rozmowy.
Przybycie Angielki wzburzyło krew w młodym człowieku, ożywiając go na nowo. Matka zauważyła w nim korzystną przemianę i winszowała jej sobie.
Kobieta jak miss Ellen Vanbury, w domu zimnym poważnym i uroczystym, jakim był zamek Blangy’ch, wywarła wrażenie jakby kaloriferu. Markiza nawet doznała szczęśliwych wpływów.
Wdzięk młodej dziewczyny pociągnął ją również jak i innych.
Pani de Blangy, podzielająca radość dzieci, pomimo obawy dręczącej ją z powodu skrytych planów spólnika de Vernes’a, ożywiała się, zapominając o wewnętrznem niepokoju, tak wpływ młodej, i sympatycznej Angielki działał na nią.
Po 20 latach niezakłóconej pomyślności, pretensyje de Vernes’a, trzymającego ją w zależności skutkiem współuczestnictwa w ograbienia wdowy po Filipie Valencourt, raniły jej dumę, paraliżując interesa jej męża. Obawiała się katastrofy, nie przypuszczając, aby ta cudzoziemka, przyjęta z prawdziwego popędu sympatii, miała stać się jej przyczyną.
Najniechętniejszy nie mógł nic zarzucić postępowaniu, ani ułożeniu Angielki.
Bez zaprzeczenia, była piękną; uroda jej pociągała wzrok; czem więcej przypatrywano się jej, tem znajdowano ja piękniejszą i poważniejszą; skromność i prostota ubrania i ruchów podwyższały jej wdzięk wrodzony.
Jakże można było nie ufać tej dziewczynie, której akcent, ułożenie i obyczaje, jednem słowem wszystko, pochodziło wprost z za Kanału Brytańskiego?
Śniadanie kończyło się; myśliwi rozproszyli się po wsi pojedyńczo lub grupami, jak kto chciał, bez naganki i obławy.
Posiadłość de Blangy zajmowała pokaźny obszar ziemi. Trzydziestu myśliwych, zaproszonych przez markiza, mogło błądzić swobodnie, każdy w swym okręgu, z wyżłem lub chartem do wyboru podług upodobania aż do obiadu. Teresa zaproponowała swej nauczycielce przejażdżkę powozem przez pola i lasy sam na sam, podczas gdy Maurycy nie odrywając oczów od angielki całował siostrę, mówiąc: „Przyjemnej przechadzki milutka siostrzyczko!“ stosując raczej swe wyrazy do jej towarzyszki.
Sprzyjała piękna pogoda!
Kuropatwy i zające z Cote-d’Or rzadko odbierały wizytę Nemroda, również przepysznie przybranego. Widocznem było, że chciał się podobać.
Kurtka z lekkiego sukna, granatowa, opięta na szczupłej figurze, kapelusz okrągły takiegoż koloru, pokrywał ciemne włosy, wąs podniesiony, jak u zagniewanego kota dzielił twarz na dwie połowy, gdzie widniały ostro zakończone rysy dawcy życia poprawione wdziękiem matki, śledzącej z ganku za dwojgiem swych dzieci, wejrzeniem czułem i troskliwem, zadziwiającem w tej nieubłaganej naturze, gdzie miłość macierzyńska zajęła miejsce innych oziębionych namiętności. Zalecała synowi nieśmiało na ucho.
— Rozumiesz Maurycy, bądź ostrożnym!...
Jan Rigaud śledził mało znaczące wypadki, nie tracąc najmniejszego szczegółu. On, także zajmował się nieustannie cudzoziemką.
Dopatrzył przez wysokie okna, wychodzące z dwóch stron zamku, z obszernej sali jadalnej, jak Maurycy de Blangy, siedząc przy nauczycielce, nachylał się co chwila dla wypowiedzenia tysiącznych grzeczności, jakie się oddaje sąsiadce, gdy się chce zyskać jej względy. W chwili rozłączenia się dostrzegł rzucone ku niej wejrzenia, nie łudzące zazdrosnych.
Oddalił się, notując w pamięci krzywdy wyrządzone jego ukochanej Róży Servai i miss Ewelinie, czyżby jego rozwiane marzenia, miały się znów odnowić.
Teresa poprowadziła nauczycielkę ku stajni.
Chora z Allevard ładną była z buzią bladą, osłoniętą szerokiem rondem bronzowego słomianego kapelusza, szczególnie dzięki interesującej swej postawie i anielskiej dobroci, nakazującej kochać ją i żałować wszystkim, którzy ją bliżej poznali. W alei stuletnich lip, miss Ellen Vanbury przyglądała się jej z wejrzeniem surowem, goryczą na ustach, brwiami zmarszczonemi.
Czy można było nienawidzieć słabą i cierpiącą tę istotkę, dobroczynną i litującą się nad biedą i nieszczęściem bliźnich. Doszedłszy do stajni, Teresa zawołała.
— Ludwiku!
Parobek, poruszający widłami podściółkę dla koni, które potrząsały łańcuchami, odwrócił się.
— Co panienka rozkaże?
— Zaprzęgnij moje kuce, proszę cię.
— Panienka pojedzie?
— Tak. Droga do Bellemare czy dobra?
— Niezła panienko.
Na wspomnienie Bellemare, nauczycielka wzdrygnęła się, lecz uczennica odwrócona od niej, niedostrzegła tego.
— Bardzo lubię ten spacer, odpowiedziała. Miss Elien Vanbury zbladła, a usunąwszy się pod wielkie drzewa, silnie westchnęła.
— Nazwa Bellemare przypomniała jej wszystkie urazy.
— Panienka wie — odezwał się parobek mówią, że Bellemare sprzedane.
— Dom pułkownika?
— Kilka dni temu, jak wieść ta rozeszła się. Pan markiz mógłby był tam wystawić ładny domek dla polowego. Od czasu, jak kupił lasy la Chaume, posiadłość dotykającą Bellemare, lecz, za pozwoleniem panienki, zwłóczył z dnia na dzień...
— Czy znasz nabywcę?
— Nie... jakiś cudzoziemiec, jak opowiadają.
Tak rozmawiając parobek zaprzęgał kuce, prześliczne małe korsykańskie zwierzątka, wysokie jak osły, z cienkiemi nogami, kształtnemi łbami, złotawej maści, koniki te mające uprząż najświeższej mody, przeznaczone wyłącznie były na spacery dla dziedziczki.
— Czy panienka nikogo z sobą nie weźmie? zapytał parobek.
— Nie, nie potrzebuję nikogo.
Młoda dziewczyna wskoczyła lekko w powozik, ujęła lekko lejce, umieściła koło siebie Angielkę i odjechała.
Powozik potoczył się w aleję parku, dalej na płaszczyźnie salutowany zdala od myśliwych, ożywionych chęcią zdobyczy zwierzyny zaniepokojonej od psów i strzałów ręcznej broni wjechał w wyrąb opustoszałych drzew, pokrywających przestrzeń pomiędzy Blangy i domem pułkownika.
Teresa zwolniła bieg koni, a odwróciwszy się do nauczycielki odezwała się pieszczotliwym głosikiem.
— Jak pani się podoba tutejsza okolica, miss Ellen?
— Bardzo jest piękną.
— Nie żal pani swoich stron?
— Któż to nie tęskni za swym krajem? — rzekła zamyślona Angielka.
— Szczęśliwa byłabym, gdybyś pani upodobała tak sobie u nas i nigdy nas nie opuściła.
Po chwili Teresa dodała:
— Pani pozostawiła rodziców?
— Nie mam ich już.
Nieśmiało lecz odważyła się jeszcze panna de Blangy na jedno pytanie.
— Przyjaciół, którzy pani są drogimi?
— Czyż biedni ich mają?
— Jakto, nawet jednego?...
Miss Vanbury poruszyła głową.
— Jednak jakże to przyjemnie pomyśleć, że się ma blisko czy zdala... kogoś co myśli o nas... rzekła młoda dziewczyna, że serce jego wtóruje naszemu.. nie będąc samą na świecie opuszczoną... mając przychylną duszę, do której można się uciec i schronić bezpiecznie, jak w ukrytem gniazdku przed wzrokiem wszystkich...
— Niestety są to marzenia tylko i dzieciństwo...
— Miss Ellen, żałuję panią — kiedy tak myślisz.
Teresa miała tajemnicę, pragnęła jednakże wyjawić ją przed kimś. Angielka spojrzała i dostrzegła, jak się zaczerwieniła po same uszy.
Kuce, doszedłszy na szczyt wzgórza, zatrzymały się.
Teresa dla niestracenia kontenansu zacięła je żywo i powozik ruszył kłusem z pochyłości dość niebezpiecznej, pomiędzy dwoma rzędami młodych wiązów, których liście tworzyły szpaler po nad drogą.
— Czy jesteśmy jeszcze w dobrach ojca pani? zapytała Angielka.
— Tak. Las ten należy do Blangy.
— Co za prześliczna posiadłość!
Teresa odpowiedziała niedbale:
— Taki majątek jeszcze szczęścia nie daje.
Nauczycielka pogrążyła się w zadumie. Tą więc drogą niegdyś ojciec jej, Filip Valencourt, często przebiegał do małego domku, który miała zobaczyć. Bolesne wzruszenie opanowało ją na wspomnienie zaszłych wypadków na początku dramatu, jaki chciała sama zakończyć tragiczniej niż się zaczął.
Kuce szły drogą, pozostawione same sobie przez młodą panią, która również zamyśliła się.
Koło godziny 1-ej, pod słońcem zakrytem lekką mgłą, u stóp spróchniałego drzewa, w którym niegdyś kochankowie składali swoje listy, młode dziewczyny dostrzegły w dolinie niezbyt zagłębionej pustkę w ruinach, w pośród ogrodzenia zarosłego roślinami pasorzytnemi, rosnącemi swobodnie, a panna de Blangy, wyciągając ręce zawołała:
— Bellemare!
Parobek nie omylił się. Był ktoś nowy w dawnym domku pułkownika Stefani.
Ze szczytu pagórka, zkąd przyglądały się dolinie Bellemare, panna de Blangy zauważyła, że się coś porusza w krzakach małego parku, czyli ogrodzenia Korsykanina. Pustka więc była zamieszkałą. Przez kogo?
Dziedziczka, naglona ciekawością wrodzoną córom Ewy, podjechała bliżej.
Pojazd potoczył się aleą, pokrytą trawnikiem, poprzerzynana drzewami i wkrótce zatrzymał się przy płocie Ballemare.
Teresa wstała, a wspiąwszy się da palcach swych małych nóżek, starała się dojrzeć, co się działo w zagrodzie pułkownika.
Ciekawość jej została zadowoloną.
O jakie pięćdziesiąt kroków, tęgi i silny mężczyzna, o cerze miedzianej, wywijał laską dla wskazania roboty pracującym, ubrany w palto, z długą brodą, zdawał się być przedsiębiorcą wysypywania wałów.
Pannę de Blangy uderzyła postać obca, nieznajomego z laską. Mówił głośno złą francuzczyzną, dając się a trudnością rozumieć otaczającym go ludziom.
Po zaroście i ostrzyżenia brody i tam czemś, wyrażającem Amerykanów, po kroju ubrania i suknie kratkowanem, małym okrągłym kapelusiku na głowie, poznać było jednego z cudzoziemców, przybyłego wprost z New-Jorku do Hawru z dobrym zapasem dolarów w kiesie.
Co robił w tym zaklętym kącie? Teresa pragnęła rozwiązać to pytanie.
Jej towarzyszka zatopiona w rozmyślania, nie poruszając się z miejsca, nic nie zauważyła; Teresa, zwróciwszy się ku niej, zauważyła, że jest nadzwyczaj bladą.
— Co pani jest? — zapytała.
— Mnie?
— Zdaje się pani być cierpiącą?
— O nie, zaręczam.
— Niechaj pani spojrzy na tego pana. Pewno to nowy właściciel, nabywca Bellemare.
Miss Ellen Vanbury podniosła się także.
Cudzoziemiec, zaintrygowany również odgłosem zatrzymującego się pojazdu przed swem drzwiami, a spostrzegłszy elegancką pannę przypatrującą się rozrzuconej robocie, postąpił kilka kroków naprzód.
Oczy nauczycielki i wysokiego pana spotkały się.
Szczęściem panna de Blangy, zajęta niecierpliwiącemi się kucami, nic nie dostrzegła.
Miss Ellen Vanbury doznała konwulsyjnego drżenia na widok nieznajomego, pasując się, aby ukryć zmieszanie.
— Odjedźmy ztąd — wyszeptała — to niezbyt dyskretnie tak się przypatrywać.
Teresa się uśmiechnęła.
— Niedyskretnie! Dlaczego? Na wsi sąsiad, którego chcemy poznać!
Zresztą już nie było czasu.
Wysoki pan zbliżył się, z rozpromienionem obliczem, a kalecząc język wybełkotał kilka zdań:
— Pożądane przybycie! Skromny domek! Może młode miss odpoczną chwilkę!
Zdawał się być zachwyconym, gdy panna de Blangy czystą angielszczyzną usprawiedliwiła swoją ciekawość, objaśniając go, że byli sąsiadami.
— A więc może mi pani dopomoże.
Chodziło o przetłomaczenie robotnikom tego, czego żądał.
— Zawołał służącego, stojącego za nim.
— Tony — rozkazał — pilnuj koni tych pań.
Tony, był to rosły mężczyzna, ogorzały na twarzy, pod skórą którego płynęły resztki krwi murzyńskiej.
Przeskoczył płot zręcznością klowna, podczas gdy pan otwierał małą spróchniałą baryjerkę, przez którą wprowadził do siebie obiedwie kobiety.
Miss Ellen Vanbury wdzięczną mu w duszy była, że się zajmował nie nią, lecz zwrócił uwagę na pannę de Blangy, którą oprowadzał po ogrodzeniu, opowiadając o swych projektach.
Posiadłość tę zakupił nie dla siebie, lecz swej dalekiej kuzynki, bardzo biednej, pragnąc jej zrobić niespodziankę.
Jego rodzice, pochodzący z Poitu, opuścili kraj w końcu zeszłego wieku i dorobili się majątku w Stanach Zjednoczonych.
Od czasu do czasu, odwiedzał Francyją.
Pozostała kuzynka, już w pewnym wieku, bez sposobu utrzymania się, potrzebowała pomocy, zajął się więc nią.
Słyszał że domek ten był do sprzedania. Położenie mu się podobało, a stara panna z pewną rentą, mogła żyć tutaj spokojnie.
Ten tęgi cudzoziemiec, zdając się być najzacniejszym człowiekiem na ziemi, zjednał sobie odrazu przyjaźń Teresy de Blangy.
W kilka minut czuli się swobodnymi, jak gdyby znali się lat kilka; w pół godziny później, młoda dziewczyna przechadzała się śmiało po zagrodzie, dając swoje zdania o odrestaurowaniu pustki, bardzo uszkodzonej przez wiatr i deszcz.
Miss Ellen Vanbury, nazwijmy ją lepiej Magdalena, błądziła po małej własności z gorączkową ciekawością.
A więc tu, w tym wiejskim pawilonie, tak dokładnie opisanym przez jej matkę, z którego pozostały tylko gołe ściany i kilka belek z pokrywającego go dachu, Filip Valencourt i córka pułkownika kochali się; tutaj pułkownik zeszedł ich; to w tym pokoju, o murach przesiąkłych wilgocią, z którego papier spleśniały opadał w łachmanach na plinty wpół spróchniałe, jej dziadek pozbawił się życia, pisząc groźne słowa, których przepowiednia wywarła skutek urzeczenia: „Magdaleno, bądź przeklętą!“ ciążyły nad nią całym swym ciężarem.
Czyż nie była przeklętą, ona, czująca w swem sercu jad nienawiści, nie mogąc oderwać myśli od idei zemsty; ona, która się wkradła podstępem, przybierając nazwisko cudzoziemki, do domu swych wrogów, z zamiarem wniesienia spustoszenia i ruiny; której silnej woli nic odwrócić nie zdołało, nawet anielski spokój tego dziecięcia, wybierającego ją sobie za przyjaciółkę, przywiązującą się do niej bezwiednie, a którą postanowiła zgubić i poniżyć?
Los został wyciągniętym: Nie cofnęłaby się z drogi, którą stąpała. Dojdzie do końca, a jej najwyższe szczęście, ostateczna nagroda, gdy powie dumnej i nielitościwej kobiecie, która ich zdeptała swemi stopami: „Cierp teraz ty í patrz, otom ja zmiażdżyła twe serce!“
Widok miejsc, gdzie jej matka żyła i płakała, podwoił siłę jej nienawiści. Szła krok w krok po kalwaryi, przebytej przez poprzednią Magdalenę, a myśl przepełniona opowiadaniem tyle razy przez nią czytanem, uprzytomniały stacyje w tym domku, dziś już zrujnowanym, gdzie spełniły się pierwsze sceny.
Przez chwilę stała opartą, z głową zakrytą rękoma, na połamanym marmurze kominka w pokoju, w którym jej dziadek odebrał sobie życie.
Czyjaś ręka dotknęła jej ramienia.
Szybko się odwróciła.
— Pan! zawołała.
Adam Smith stał przed nią.
— Pan mnie chcesz zgubić!
— Przeciwnie, chcę panią ocalić.
— Nie potrzebuję, aby mnie broniono, dodała szorstko, chcę działać podług mej woli.
— Ja kocham panią, powiedział Amerykanin, spokojnie.
— I na cóż?
— Czy masz pani prawo przeszkodzić mi?
— Ale..
— Czyż nie mam prawa iść tam, gdzie mi się podoba, podróżować podług upodobania, kupić tu czy tam własność, która mi się podoba?
— Zaklinam pana, wyrzecz się pan…..
— Pani? Nigdy.
— Mogą nas usłyszeć.
— Mała panienka jest zajętą wydawaniem instrukcyi ogrodnikom i murarzom... Bardzo jest ponętną ta młoda osóbka. Gdyby nadeszła z tej strony, Tony czuwa.... przedsięwziąłem ostrożność...
— Mój Boże wyjąknęła miss Vanbury.
— Niechaj się pani niczego nie obawia! Nie pytam się, co pani robisz w tym domu. Ja nie przeszkodzę pani zamiarom... Będę milczał i nie przyznam się nawet do pani znajomości. Dla wszystkich tutejszych, pozostańmy, jak gdybyśmy nigdy nie widzieli... Czy tego pani żądasz?
— Tak...
— Tak, ja takie ma plany. Będę czekał.... obiecałem to pani, lecz śledząc panią... krok w krok... Będę za panią chodził jak cień. Gdzie pani się obrócisz ja za nią podążę. Prawda, że to oryginalne? Lecz nie pożalisz się pani na mnie... Zobaczysz pani.
— Skąd się pan dowiedział?
— Gdzie pani jedziesz? Bardzo proste. Widzi pani, Tony, tam na drodze?
— Tak.
— Wygląda na cichego i niesprytnego...
— Rzeczywiście.
— Otóż pozór jego jest mylnym. Jest to istota najinteligentniejsza, jaką znam. Powiedziałem do niego: Tony, chcę wiedzieć co będzie robić ta młoda panna. Było to po przyjeździe moim do Paryża. Od tej chwil nie odstępował od pani. Gdyś pani wyjeżdżała on wsiadł w ten samo pociąg... Na stacyi w Beaune oczekiwał na panią pojazd. Badając woźnicę, dowiedział się, że pani jedziesz do zamku de Blangy jako nauczycielka. W dwa dni przyjechałem tutaj, dowiadując się, co można zakupić w tej okolicy. Notaryjusz wskazał mi tę willę, którą odstąpiono mi za kilka dolarów i otóż jestem!
Grube wargi Jankesa ze Smith-house przez Boston, roztworzyły się serdecznym uśmiechem, odkrywając szczękę, zdolną zgruchotać kości bawołu.
— Aha sądziłaś pani może, żem żartował, jadąc z panią na statku, w porcie Hawru. Ja nigdy nie żartuję. Jesteś pani najpiękniejszą i najsympatyczniejszą z kobiet, jakie dotąd znałem, nie opuszczę pani, jak i ten uczciwy Tony. Znajdziesz nas pani zawsze za sobą. Chociaż mnie pani nie spostrzeżesz, jednak ja tam będą. Lecz spij pani spokojnie. Nie zakłócę pani spokoju. Gdybyś jednak potrzebowała pomocy, silnego ramienia, życzliwej rady, powiedz słowo i rachuj na Adama Smith...
Od drogi doszedł głos gardłowy, obywatel Smith-house nadstawił ucha.
— Baczność, powiedział słychać mówiącego Tony’ego.
Panienka zbliża się z czeredą robotników. Ani słowa więcej, lecz nie próbuj pani zwrócić mnie od postanowienia.
Skała jest tylko tak niewzruszoną i opartą jak Adam Smith. Kocham panią i póki za mąż nie wyjdziesz, wiedz pani, że będę w jej sąsiedztwie. Do miłego widzenia miss Ellen...
Oddalił się, rzucając bystre spojrzenie po za dom, dorzuciwszy żywo:
— To, co się stać może, nie zdaje mi się naturalnem, wyobrażam sobie, że pani się narazisz na niebezpieczeństwo... Dlatego zawsze będę blisko... Rozumiesz mnie pani!
Jego wielkie wyłupiaste oczy miały wyraz szczerej czułości, wzruszając do głębi serca młodą dziewczynę.
Adam Smith zeszedł prędko z zakurzonych schodów, podążając ku ogrodowi, gdy panna de Blangy stanęła przed drzwiami.
— Przełożyłam pana rozkazy robotnikom — rzekła do Amerykanina. — Gdy je dokładnie spełnią, będzie dobrze, bardzo dobrze. Ale gdzież to miss Vanbury?
Obiedwie spotkały się w pawilonie zrujnowanym; nauczycielka zręcznym ruchem przeszłą do kiosku niewidziana.
— Miejscowość ta jest malowniczą — rzekła, przyglądając się murom podziurawionym i dachom poobalanym, dla okrycia wzruszenia.
— Nieprawdaż? Szkoda nawet uporządkowywać ten nieład.
— Gdybyśmy powróciły!
— Zaraz. Pan Smith jest to osobistość bardzo oryginalna.
Nauczycielka zaprzeczyła poruszeniem ramion.
— Pani tego nie znajduje, miss Ellen?
— Ależ, Boże, ten Amerykanin podobny do wielu innych.
— Zakochałabym się w człowieku jak on za jego otwartość, naturalność... gdybym...
Panna de Blangy zatrzymała się.
— Gdyby? — zapytała machinalnie Angielka.
— Nie zdradzi mnie pani? — zapytała Teresa, rumieniąc się.
— Można też nawet przypuścić coś podobnego!
— Gdybym nie kochała innego.
— Ty?
— Ja. Przynajmniej tak mi się zdaje.
— Nie jesteś więc pewną?
— Niestety! Sama nie wiem co myślę.. Obiecujesz mi pani sekret zaufania mego, miss Ellen?
— Na honor.
— Spotkałam młodego człowieka...
— Gdzie?
— W górach... ze strony Allevard... Pani nie zna Allevard, miss Ellen?
— Nigdy tam nie byłam.
— Prześliczna to miejscowość, jasna i słoneczna, z perspektywą niebieską i fioletową, ciemnemi lasami, pieniące mi się wodospadami i szybującemi orłami .Młody ten człowiek, smutny jak mi się wydało, z ukrytem cierpieniem w sercu... podróżował jako turysta. Długośmy z nim rozmawiali... Wyświadczył mi znaczną przysługę z tak wielką skromnością, iż podwoił jej wartość...
— Nazywa się?
Panna de Blangy uśmiechnęła się, jak uśmiechają się we śnie dzieci do aniołków.
Położyła rękę na sercu.
— Imię jego jest tam — powiedziała — i nigdy ztamtąd nie wyjdzie.
— Zobaczysz go kiedy?
— Mam nadzieję.
— Kiedy?
— W Paryża zapewne.
— Co tam robi?
— Uczy się medycyny.
Teresa powtórzyła raz jeszcze:
— Ufam pani, miss Ellen... Powiem pani wszystko, lecz później.
Powróciły do powoziku. Tony podał jej lejce, a kuce, zniecierpliwione, uniosły powozik lekki i elegancki jak koszyk kwiatów.
— O! — pomyślała Magdalena, przejęta swą niepohamowaną zemstą — imienia tego nie potrzebujesz mi mówić. Znam je! Myśl ile chcesz o tym młodym człowieku, łudź się marzeniami, lecz miłość twa będzie świętokradzką. Twoja matka zabiła jego matkę. Odpłaci krwawemi łzami tę zbrodnię; a ty, czy go kochasz lub nie, nie zobaczysz go więcej.
Miłe to godziny spędzone w towarzystwie myśliwych, na polowaniu w okolicy obfitującej w zwierzynę, z wytresowanemi psami, wyżłami lub chartami. Francyja posiada ich mnóstwo, rozmaitych gatunków i maści, lecz moda, moda głupia wymaga, by je sprowadzano z zagranicy.
Zamiast naszych wiernych, dawniejszych towarzyszy, dostarczają nam foxhandów czyli psów do polowania na lisy, nasze jamniki, ponterów czyli wyżłów, bludbandów rodzaj ogarów. Podług też mody angielskiej zaprowadzono wczesne herbaty, oddzielne ogrody, obicia papierowe, dragi i inne wynalazki ożywionych nieprzyjaciół Francyi.
Drag w szczególności, jeden z najszczęśliwszych wynalazków tych pomysłowych umysłów.
Pewno nie wiecie, co to jest drag?
Wyobraźcie sobie, zamiast sarny, dzika lub jelenia, pociągających za sobą psiarnie, poczet koni, jeźdźców złożonych z czystej krwi dżentelmanów, ścigających gałgan umaczany w esen-cyi anyżowej lub nasmarowany kilkunasta wędzonemi śledziami i przyczepiony do sznurka, który ciągnie za sobą jeden z przodujących.
Psy wpadają na trop, a cała kawalkada posuwa się w pole jak huragan.
Hura za starą Angliją i Wielką Brytaniją!
Powróćmy do polowania w Blangy, rozpoczętego w najlepszem usposobieniu.
Gajowi skierowali myśliwych do okręgu obranego przez kuropatwy i zające, na czele z Janem Rigaud wyróżniającym się uczynnością i uprzejmością.
Bardzo usłużny, szczególniej dla adwokata, zawdzięczającego Janowi, że został jednym z królów polowania. De Varnes był w wysokim stopniu zadowolonym. Radość biła z całej jego postaci, lekko zmienionej dwudziestopięcioleciem szaleństw i trosk. Od trzech tygodni pobytu jego w Blangy nie poznawano go, tak świetnie wyglądał. Niespodziewane zabezpieczenie przyszłości wprawiło go nietylko w najlepszy humor, lecz zdobyty tryumf widniał w całej jego osobie.
Bezwątpienia, iż papiery sprzedane Franciszkowi Valencourt, tak skąpemu, chciwemu, nieużytemu, miały wielką wartość, ale milijon za nie! Byłby w kłopocie, gdyby mu kazano je oszacować; listy te niewyjaśniające, mogące być przedmiotem sporu, nie służyły za dowód, zresztą gdzie znajdują się spadkobiercy Filipa Valencourt i kto z nich żyje jeszcze? Nikt nie zakłopotał się po ich zniknięciu.
Zresztą cała ta przygoda już się przedawniła. Markiz ulegając żądaniu adwokata zabezpieczał prawdziwą wygranę Vernes’owi. Słowo dane i za godzin kilka miało być dotrzymanem. Milijon! Marzenie wszystkich tegoczesnych, słowo magiczne, klucz roztwierający olśnionym oczom niebo nieznanych rozkoszy i nasyconych namiętności. De Vernes marzył o nich, obiegając bruzdy.
Przed nim i za nim, na prawo i lewo ulatujące kuropatwy i zające opuszczające kotliny, wystraszone zmykały przed rażącemi je strzałami i kulami, przebijającemi im skórę.
Uroczysty ten dzień zakończył się jak i inne!
Po polowaniu podano obiad.
Nowa feta! Hulanka żołądka! Rozkosz dla wzroku i podniebienia.
Pięćdziesiąt nakryć w obszernej jadalnej sali, przy blasku płonących światłem żyrandoli; na stołach, zastawionych kwiatami, ciężkie srebra powyjmowano z pak; kobiety w balowych toaletach, z obnażonemi ramionami, kolijami z pereł na szyi, soliterami w uszach; mężczyźni we frakach, bukiet ludzi światowych, ożywionych opowiadaniami powodzeń w ciągu dnia flirtem zakochanych.
Ileż to intryg łączyło się z życiem zamku!
Nakoniec szampan przerzedził szeregi i toasty za amfitryjona.
Obiad przeszedł tak jak i polowanie.
Goście rozproszyli się każdy podług swej woli, jedni wyszli na peron dla zapalenia cygar i orzeźwienia się przepyszną atmosferą pięknego wieczoru, inni udali się do salonu, pragnąc porozmawiać swobodniej, zanucić przy fortepianie, lub potańczyć w mniejszem kółku.
Franciszek skinieniem wezwał swego przyjaciela de Vernes‘a.
— Postanowiłeś więc koniecznie nas opuścić? — zapytał z ujmującą grzecznością.
— Stanowczo.
— Mógłbyś się zatrzymać do jutra.
— Dziękuję.
— Dla czegóż?
— Mam być otwartym?
— Proszę cię o to.
— Rozumiem, że widok mój nie byłby wam zbyt przyjemnym.
— Z jakiego powodu mówisz to?
— Ani słowa! pomyśl o kimś, który ci wyrywa trzonowy ząb, milijon.
De Vernes był bardzo wesołym, lub też skrywał się sam przed sobą, lecz na tym punkcie Franciszek Valencourt nie ustępował mu.
Najmniejszego pozoru żalu.
— Dla czegóż miałbym ci być niechętnym? Dobrze odegrane Marguerito! odpowiedział z dobrodusznym uśmiechem. Tyś odebrał swój udział, to prawda, ale nasz i tak jeszcze więcej wart.
De Varnes’a, pomimo jego przebiegłości oszukała dobroduszność markiza.
— Wyznaję szczerze, pomyślał, iż ten potwór jest lepszym, niż sądziłem!
Godzina oznaczonego wyjazdu zbliżała się, należało więc zakończyć interes, potrzebujący zaledwie kilku minut na wymianę umówionych dowodów.
Franciszek Valencourt i adwokat zamknęli się w pokoju kasztelana i krótka rozmowa zakończyła się między nimi tylko:
— Masz listy?
— Oto są.
De Vernes podał markizowi niewielką paczkę kilkunastu listów, pisanych ręką Filipa, adresowanych do żony tegoż, Magdaleny Stefani.
Franciszek na widok tego pisma, budzącego w duszy smutne wspomnienia, nie okazał najmniejszego wzruszenia. Pierś jego opancerzona była potrójnym śpiżem.
Na prędce sprawdził co zawierały, odczytał bez najmniejszej zmarszczki słowa miłości, których woń przeżyła oboje kochających się, wywołując z ust markiza zdanie, które wstrząsnęły adwokatem:
— Mój kochany, czyż to warte tych pieniędzy?
De Vernes uczuł nieprzyjemny dreszcz.
Czyżby ten rabuś nie dotrzymał słowa?
Gotów był rzucić się jak tygrys dla wyrwania drogocennego łupu.
Uspokoił się wkrótce, usłyszawszy oświadczenie milijonera:
— Pozostając uczciwym, daję to, o cośmy się ułożyli. Nie masz nic więcej?
— Nic.
— Słowo...?
— Słowo honoru.
Czy była prawda na co dawał słowo honoru? Zobaczymy.
Franciszek Valencourt spojrzał podejrzliwie, mówiąc:
— A więc i ja się uiszczam.
Wyrwał z karnetu czeków arkusz, na którym napisał wyraźnie:
— Milijon!
Pod spodem widniało jego imię i nazwisko ze wszystkiemi tytułami.
— Podług formy? zapytał.
— Doskonale.
— Wszystko więc zakończone?
— Wszystko.
— I na zawsze?
— Na zawsze.
— Drogo mnie to kosztuje, lecz w tym wypadku, nie żałuję. Oddaj sprawiedliwość mej prawości.
— Bezwarunkowo.
— Liczę na twoją.
— Nie zawiedziesz się.
— Na przyszłość milczenie i zapomnienie.
— Obiecuję.
Wszystko odbyło się najspokojniej w świecie. Głosy łagodne, uwagi grzeczne, oblicza przyjacielskie i przyjazne.
Powiedzianoby, że dwóch kupców, ubijających z prawami wytwornej grzeczności, zrobiło interes bardzo honorowy.
Hultaje wyższej sfery przechwalają się wyrafinowaną uczciwością. Niegodziwość nie istnieje u nich. Ordynarne słowa nie przyjęte.
— Kochany de Vernes, rzekł markiz, pozostaje mi więc życzyć ci tylko szczęśliwej podróży. Skoro koniecznie chcesz opuścić Blangy, nie śmiem nalegać, aby cię zatrzymać.
— Dziękuję.
Markiz wyprowadził gościa na peron.
Było późno.
Salony jaśniały od światła. Słychać jeszcze było ostatnie tony ochoczej polki, lecz wieczór kończył się.
Ode wsi nadciągały pojazdy i stajenni dla odjeżdżających gości.
Karetka podwójna z zapalonemi latarniami zaprzęgnięta w białą klacz, którą przed kilku tygodniami przyjechała Angielka, zatrzymała się przed gankiem.
Człowiek wysokiego wzrostu, okryty w kapotę woźnicy, z guzikami metalowemi, odbijającemi jasność z pałacu, siedział na koźle.
To Jan Rigaud.
Adwokat usadowił się wygodnie, otrzymując przyjacielskie zalecenie swego spólnika:
— Okryj się dobrze, noce są chłodne. — Zamknięto drzwiczki karety.
De Vernes spostrzegł kilka ciekawych główek, śledzących odjazd jego zasyłających mu ukłony pożegnania.
Pomiędzy innemi zauważył poważną i smutną twarz, pogardzającą zarazem, markizy, nachylonej nad blond główką swej córki. Chusteczka młodej dziewczyny powiała w stronę odjeżdżającego, i karetka potoczyła się po piasku alei. Markiz rzucił Janowi Rigaud wymowne spojrzenie, jakby zachęcając go.
Polowy odpowiedział nieznacznem skinieniem głowy. Był na wszystko zdecydowany.
Odkąd mu markiz przedstawił zaofiarowaną sumę, przekupując go, miał czas zastanowić się.
Człowiek, nie okazujący od pierwszej chwili oburzenia, na podobną propozycyję, jest straconym.
Jak opętanie złego ducha, złoto, płynące przed nim strumieniami, opanowało jego zmysły.
Sto tysięcy franków, przyobiecane polowemu, zdawały mu się niewyczerpanem bogactwem.
Nie pociąg do skąpstwa. lecz inna pokusa rozpaliła żądzę posiadania pieniędzy dla rzucenia ich na wiatr namiętności; to kusiciel rozkoszy zmysłowych, od tylu lat nęcący go, a których nie mógł zaspokoić.
Obraz nauczycielki z jej lilijową płcią, oczami szafira, tchnącemi miłością, ustami lubieżnemi, zwieszał się nad jego łożem, wzburzając krew.
Jan Rigaud był pewien powodzenia. Czyż znajdzie siłę oprzeć się mu, gdy jej powie:
— Jestem bogaty; mam pieniądze; majątek spadł na mnie nieprzewidzianie, składam go u twych stóp!
Gdy to osiągnie, czemże jest, aby nim pogardzić?
Służącą jak i inne; zarabiała mało co więcej niż pierwsza garderobiana markizy, nie będąc tyle nawet poważaną. Przecież nie oburzyła się, gdy jej wyjawił swe uczucia, przywożąc ją z Beaune.
Od tej pory sympatyja stawała się coraz silniejszą. Głos jej przyjazny, traktowała go na równi a sobą, a gdy ją spotykał, uśmiechała się wdzięcznie, prawie serdecznie.
I przytem sto tysięcy franków!
Suma olbrzymia w oczach polowego, tem więcej, że uważał ją dopiero za początek, jako podstawę fundamentu, powiększy ją za lat kilka. Niczego się nie wyrzeknie, dążąc do wymarzonego celu, zachęcany przez tak piękną kobietę.
Jan Rigaud wyglądał jak obłąkany lub upojony opiumem, ze złotemi marzeniami miłości i bogactwa.
Czyn, jaki miał spełnić, nie mieszał go. Co go obchodził ten człowiek, którego miał zdradzić? Czyż go znał? Zresztą, z tego co o nim wiedział Jan Rigaud, był to rozbójnik nikczemny i podły, wyrosły na brudach Paryża, tak wzgardzanych przez wieśniaków.
Bez obawy ścigania, niemożebny cień podejrzenia!
Polowy uśmiechał się wewnętrznie, utrzymując, że plan markiza był doskonałym.
Wszakże niemal codzień przytrafiają się podobne wypadki.
La Blanche kłusowała wytrwale, niezmęczona w swym biegu.
De Vernes kołysany na giętkich resorach karetki, zdrzemnął się upojony szczęściem i zadowoleniem. Czek, przyciskany lubieżnie do piersi dla pewności czy nie znikł, wróżył mu przyszłość dobrobytu wygód na stare lata.
Przyszła nakoniec pora zastanowienia się. Budując zamki na lodzie, adwokat nakreślił sobie plan urządzenia się łatwego i pewnego. Jako kawaler, nie miał żadnych względem nikogo obowiązków. Potrzebował tylko myśleć o sobie samym. Niezależność więc i swobodę miał zupełną.
Milijon, dobrze ulokowany, przyniesie mu, co najmniej, czterdzieści tysięcy liwrów renty.
Nie było to nic nadzwyczajnego, lecz zamieszkując wygodną antresolę, z jednym służącym w gronie odpowiedniem swemu towarzystwa, krzesłem w operze, pozostanie jeszcze i na przyjemności, bez których kawaler obejść się nie potrafi.
De Vernes podkreślił bilans, przeznaczając tyle na mieszkanie, pewną część na życie i służbę, pozostałe na resztę.
W karty postanowił więcej nie grać, oburzając się na bezdeń, która go zgubiła, Zapragnął zaoszczędzić majątku.
Źródło nie było zbyt czyste, lecz obchodziło go to tyle, ile łupinka z orzecha. Tem gorzej dla słabszych! Wóz tryumfatora nie lituje się nad pyłem, który gniecie.
Czyż pomyśleli o wdowie i sierotach, które zdradził?
Życie to walka, potyczka, w której słabsi bywają pokrzywdzeni.
Jak kto może, tak się ratuje. On już dopiął celu.
Wpadł w błoto i szczęściem wydobył się z niego. Odważnym byłby ten, który by się ośmielił zawstydzić go!
Tak rozmyślając uczuł nagle uderzenie. O co? Co się stało? Gdzie byli?
Nie zdążył wyjrzeć okienkiem ani zorjentować się. Zdawało mu się, że się staczał w przepaść, obijał od jednej do drugiej ściany karetki w trzasku rozbijającego się pudła powozu i potłuczonego szkła, kaleczącego mu ciało.
Potem uczuł zimno wilgoci, pochłanianie bulgoczącą wodą, usiłował się wyrwać, lecz uwięziony w padle płynącego z nim razem powozu, nie mógł się wydobyć.
Co za przebudzenie się!
Jan Rigaud spełnił zlecenie z również zimną krwią jak i zręcznością.
Oto jak się wziął do tego.
Staw Neuf gładki jak zwierciadło, na 25 morgach ziemi, ciągnie się wzdłuż drogi koło pięciu metrów od wsi de Blangy-les-Oignes, łącząc się z gościńcem od Blangy do Beaune.
Miejsce znakomicie upatrzone.
Puste, pośród lasu, wsławione kilku wydarzonemi wypadkami z pojazdami nadawało, się jak tylko można najlepiej do przygody, wymyślonej przez Franciszka Valencourt, człowieka mściwego i bezkarnego za popełniono zbrodnie. Karetka dotarła do brzegu stawu w półcieniu zaczynającej się nocy jesiennej, pogodnej, obsianej światłem gwiazd na niezachmurzonem niebie.
Polowy tak spokojny, jak gdyby chodziło o odebranie zająca od psa gończego, zmierzył bystrym wzrokiem drogę przed sobą.
Latarnie karetki rzucały blask w około 15 metrów, Jan Rigaud spojrzał na wysokie drzewa z prawej strony drogi a lśniącą powierzchnię wody z lewej, na dole szosy zaledwie pokrytej jałowcem i krzewinami. Odwrócił się i spojrzał po za siebie.
Na jasnej jak wstęga drodze, zupełna cisza, nie widno nikogo pieszo, konno lub powozem. Chwila sprzyjała.
Biała klacz szła prosto, nie trzeba było jej poganiać. Jan Rigaud pożałował jej.
Była to stara znajomość i poczciwe zwierzę nie pomyślało o adwokacie mając mu dopomódz do złączenia się z przodkami.
Obliczył swe siły, dotarł do miejsca gdzie woda była najgłębsza przy stawidle, gwałtownem a energicznem szarpnięciem lejcy puścił Blanchetę na lewo, na pochyłość zwyczajnego ogrodzenia odarnionego zaledwie na część cali.
Klacz posłuszna uderzyła kopytami o darninę a zmuszona silnem uderzeniem bata, skoczyła przed siebie tracąc miarę, pociągnęła karetkę staczając ją w przepaść, której wody, wkrótce prysnęły w górę.
Polowy zeskoczył w samą porę, puścił konia wraz z karetką, zatrzymując się na ogrodzeniu. Ztąd śledził przebieg katastrofy! Sto tysięcy franków! Myślał tylko o pieniądzach! Prawdziwie była to ładna suma za chwilę usłużności na rozkaz pana, mogącego zapłacić tak drogo za nędzną przysługę. Nieszczęściem, jeszcze nie wszystko skończone. Staw Neuf w tem miejsca miał ze dwadzieścia stóp głębokości.
Jan Rigaud namyślał się.
Blanchetka szamotała się w wodzie, ciągnąc karetkę, zanurzającą się stopniowo w wodzie.
A papier, który miał oddać kasztelanowi de Blangy?
Jeżeli zostanie wraz z tym co go miał przy sobie? Polowemu żal się zrobiło tej starej przyjaciółki, broniącej się z taką odwagą.
Pobiegł na dół szosy, a przygotowawszy nóż, rzucił się na ratunek Blanchetki.
Odciął postronki łączące ją z powozem, a klacz uwolniona z krępujących ją pęt, zwróciła się na pochyłość, dosięgając jej bez trudu.
Wtedy Jan Rigaud podpłynąwszy, roztworzył drzwiczki karety, wyciągając, jak sądził, trupa adwokata.
O kilka kroków była ziemia.
Dla takiego niezwyciężonego pływaka, jak Jan Rigaud, nie przedstawiało to żadnej trudności.
De Vernes zdał się być bez życia; widok jego był przerażający.
Szkło karetki poprzecinało mu twarz i ręce.
Krew płynęła z ran, zalewała go.
Nie dawał znaku życia.
Jan Rigaud, przejęty strachem, odsunął się, lecz po chwili wzruszył ramionami:
— Miałbym okazać się tchórzem!
Ukląkł i przy topielcu, rozpiął szybko palto, pladrując po kieszeniach; dobrawszy się do pugilaresu adwokata, roztworzył go, obejrzał się na prawo i lewo, jak złoczyńca, który zabiwszy przejezdnego, ze zbójcy staje się złodziejem, obawiając się schwytania przy rabowaniu swej ofiary.
Głęboka cisza panowała wokoło.
Z poza lasu tylko, z drugiej strony stawu, półksiężyc rzucał blade światło na trupa, zrzuconego na brzeg wody.
Jan Rigaud szukał w wypchanym pugilaresie papierów mu niezbędnych, tak sowicie mających być zapłaconemi.
W ciemności rozpoznał dwa czy trzy bilety bankowe. Położył je w swojem miejscu, a nie mogąc rozróżnić w plice pozostałych papierów bonu, wziął resztę, włożył je w nieładzie do kieszeni, a wkładając pugilares do palta zmarłego, zabierał się do wrzucenia go powtórnie w staw.
Nachyliwszy się, skoczył wystraszony.
Oczy utopionego rozwarły się, patrząc na niego, straszne w tej twarzy, okrytej krwią.
Głos słaby jak oddech widma obił się o jego uszy:
— Złodzieju!
Zdawało mu się, że to zmora tłocząca nam pierś we śnie; dalej znów usłyszał:
— Ten drugi nędznik zapłacił cię za spełnienie tej zbrodni! Franciszek Valencourt! Zdrajca, złodziej testamentu, urągający kobiecie i jej dzieciom! Płaci ci pieniędzmi, skradzionemi wdowie i dzieciom brata swego.
— Filipa Valencourt! wybełkotał polowy.
— Tak, Filipa Valencourt. Temiż to samemi pieniędzmi przekupił Judasz... Odbiera mi je za twą pomocą, bandyto. On o nie tak stoi. Chytrym jest jak lis! Ile ci dał za zamordowanie mnie? Strzeż się! Ciebie rozkaże także zabić!
De Vernes mówił z trudnością, z przestankami, coraz więcej słabnąc. Krew upływała. Arteryja skroniowa była przecięta.
— Słuchaj! Chcesz zrobić majątek?
— Jak?
— Ratuj mnie... Zobaczysz?
Dotknął ręką portfela, był pustym.
— Mówię ci, zobaczysz!
Ruch ten uderzył Jana Rigaud.
— Papiery!
— Miał je. Cóż mu więc było po de Vernes’ie?
— Jeżeli żyć będę, rzekł adwokat, ach! jak się pomszczę! Dopomóż mi! Zapłacę ci więcej niż on... Wszystko dla ciebie co przy mnie, lecz ocal mi życie!
Jak Rigaud milczał.
Niezdecydowany, patrzał na tego człowieka, sądząc go już umarłym, a kto wie czy był konającym, obawa skargi przyszła mu na myśl.
De Vernes poznał, że jest straconym, zresztą głowa zwieszała się; mgła zasłoniła mu oczy, zaczął chrapać.
— Ah! umieram... bełkotał. Zabiłeś mnie rozbójniku!
Zebrał ostatek sił wołając:
— Na pomoc!
Krzyk ten przytłumiony, był tak rozdzierającym i rozpaczliwym, aż strach ogarnął polowego, co go doprowadziło do furyi.
— Milcz mi zaraz!
Adwokat konał, powtarzając machinalnie już tylko:
— Na pomoc!
Jan Rigaud skoczył, uchwycił jedną ręką za gardło drugą za nogę, a czołgając się na kolanach wepchnął swą ofiarę w wodę.
Przy bladych promieniach księżyca widział, jak ciało płynęło po czarnej wodzie, nieruchome, nie wyrywając się już, później zanurzało się w staw, po którym pływały szczątki powozu.
Poruczenie zostało spełnionem.
Jan Rigaud otrzepywał się jak pies zmoczony. Drżał, dzwonił zębami, konwulsyjne drżenie poruszało nim od stóp do głowy.
Pomimo energii, pochylił się na grobli czując, że jest osłabionym.
Dotychczas nic nie obarczało mu sumienia. Życie jego upływało jak każdego uczciwego człowieka. Dobry żołnierz, wierny sługa, niezdolny do kłamstwa, surowy w obyczajach i ostry sam dla siebie, nic nie ciążyło na jego honorze. I nagle, pod wpływem nieprzewidzianej pokusy, stanął w rzędzie najpodlejszych zbrodniarzy.
Mordował za pieniądze; kradł za pieniądze! Kędzierzawe włosy najeżyły mu się od zgrozy. Naprzeciw wody, pokrywającej jego ofiarę, pozostał na pochyłości osłupiały, jakby przykuty do ziemi, nie wiedząc co z sobą począć, drżący, by znienacka nie zjawił się żandarm, ukryty za przyległymi krzakami i nie przytrzymał na gorącym uczynku.
Jak długo stał tak osłupiały, nie był w stanie zdać sobie sprawy.
Oddech ciepły, muszczący mu szyję, wyrwał go z tej bezwładności.
Blanchetka rżąc, podeszła ku niemu. Rozumne stworzenie przywołało go do rzeczywistości.
Należało powrócić do domu. Od stawu Neuf do zamku de Blangy było około sześciu kilometrów.
Rigaud przemoczony, zziębnięty, z przykrem wrażeniem, wskoczył na klacz, bieżąc cwałem, jakby pragnął zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Po pierwszej stanął przed drzwiami domu. Usłyszawszy tentent konia, jeden z parobczaków, przecierając oczy, wyszedł na próg.
— To ty, Rigaud? — zapytał.
— Jak widzisz.
— A to co... gdzie powóz? — zapytał, biorąc konia za uzdę z przeciętym rzemieniem.
— Zatonął.
— Żartujesz chyba.
— Cóżby za żarty takie.
— Co się stało?
— Nieszczęście... tam...przy stawie Neuf — bąkał.
— Do djabła!
— Klacz się przestraszyła... pędząc z pochyłości...
— Przepowiadano to już nieraz.
— Karetka została w wodzie.
— A podróżny?
— Utopił się... Ocaliłem Blanchetkę... próbowałem wydobyć pana... Nie było sposobu. Zanurzałem się kilka razy... nie wiem na pewno... ile...
Niepodobieństwo znaleźć go nawet...
Słowa te z trudnością wychodziły z gardła drżącego od zimna Jana Rigaud’a.
— Pobudzić ludzi i biegnijmy na ratunek.
— Jak chcesz... lecz napróżno, stało się...
— Trzeba zawiadomić pana.
— Cóż na to poradzi...
— Jakże źle wyglądasz, twarz masz posiniałą.
— Pójdę do siebie... rozpalę ogień... obsuszę się... Drżę jak w febrze... Okropność!
— Bah! Nie przyjmuj zbytecznie do serca. Lepiej że to spotkało tamtego, a nie którego z nas. Staw Neuf szkaradny przejazd. Miało się tak stać. Teraz pewno obarykadują go. Idź, poczciwy druhu!
Parobczak nie zdał się zbyt wzruszonym. Kiedy towarzysz i klacz ocaleli, reszta mało go obchodziła. Paryżanin wyzionął ducha, tem gorzej dla niego.
Jan Rigaud oddalał się chwiejnym krokiem.
Biedny człowiek, toż go spotkała przygoda — myślał parobczak, wiodąc oczami za Janem.
Rozbudził towarzyszy. W kilka minut później ruch niezwykły zapanował w zamku, biegano za światłem po korytarzach i zabudowaniach, rozpytywane szczegóły, byli i tacy, którzy podążyli na miejsce katastrofy.
Jan Rigaud, straciwszy z oczu parobka, przyśpieszył kroku.
Wszedłszy do siebie, rozpalił ogień na szerokim kominku, zdjął przemoczone odzienie i pokrzepiwszy się kieliszkiem wódki, usiadł około małego stoliczka przed ogniem, rozkładając papiery, wyrwane de Vernes’owi.
Jakie mógł mieć dane do żądania tak znacznej sumy? Widocznie jakaś tajemnica ciążyła nad domem de Blangy’ch.
Markiz, znany skąpiec, poświęcał miljon dla okupienia spokoju; pod wrażeniem tej obawy, on, pan i bogacz, noszący zaszczytne znane nazwisko, któremu, zdawało się, nic więcej nie pozostawało do życzenia, dopuszczał się zbrodni, pociągającej surową odpowiedzialność, wezwawszy do współki służącego? Co za tajemnica skrywała się w tym domu. Kto wie, papiery leżące przed nim odkryją mu ją może.
Lecz gdyby otrzymać i pieniądze, za cenę których tajemnica została sprzedaną, choćby zaprzedać duszę szatanowi, jak postąpili możni nędznicy, dopuściwszy się niecnej ugody.
Jan Rigaud, jak ów legendowy Faust, miał swój wymarzony ideał, a tym była piękna Angielka, z blond jak cherubin włosami, doprowadzająca go do utraty zmysłów.
Starał się zapomnieć o przedmiocie swych udręczeń i rozkoszy, lecz daremnie, wyciągnął więc drżącą rękę po sztuki złota złożone przed nim.
Jan Rigaud niezbyt uczony, posiadał jednak trzy rzeczy, za pomocą których zdobywamy resztę: umiał czytać, pisać i rachować.
Rozdzielił papiery nieboszczyka, przeważnie nie mające wielkiej wagi. Listy jakiejś metresy, zuchwałe upominanie się dłużników, dowodzących, że de Vernes w ostatniej toni zmuszony jest poddać się ostateczności; nakoniec ów sławny czek na milijon, oraz koperta napisem: „Interes Valencourt’ów“.
Adwokat, pomimo danego słowa honoru nie dotrzymał obietnicy, pozostawiając jeszcze dowód na nieprzewidziany wypadek.
Nietrudnem mu było niedotrzymać przyrzeczenia, gdyż Franciszek nie wiedział ani o wartości ani ilości listów pozostawionych w rękach dawnego wspólnika.
Koperta zawierała dwa listy, które Jan Rigaud przejrzał z uwagą. Papier pożółkły, pismo rozwlekłe i zamaszyste, wskazywało rękę męzką. Listy były krótkie. Pierwszy zawierał zaledwie dziesięć wierszy.
„Po co ten niepokój? Skrywasz go przedemną, lecz wyczytuję go z twej smętnej twarzy i to mi sprawia niewysłowioną przykrość. Wszystko w porządku. Nie trwóż się ani o siebie, ani o nasze dzieci. Czyż wyglądam na człowieka mającego wkrótce pójść na tamten świat? Nie myślę o tem bynajmniej wobec ciebie, która mi dajesz tyle rozkoszy w tem życiu!
„Tysiączne uściśnienia do dziś wieczora od twego Filipa“.
Filip! Był to więc Filip Valencourt, brat markiza.
Dzieci! Żona!
Jan Rigaud słyszał o tej historyi setki razy.
A jednak Franciszek Valencourt odziedziczył cały majątek markiza de Blangy, oraz i jego tytuły.
Jeżeli były dzieci! Czyżby nie miały prawa do spadku?
Polowy, z głową wspartą na rękach starał się dojść prawdy.
Drugi list jeszcze krótszy zawierał słowa:
„Stało się, palę za sobą okręty. Jutro wszystko wyznam wujowi. Niemożebnem, by cię nie pokochał. Jesteś ma żoną przed Bogiem i ludźmi. Szczycić się będą twą urodą. Przygotuj się, pani moja, na bliskie zaprezentowanie się! Tysiączne uściśnienia dla Ciebie, Filipa i Magdaleny.
Na dole listu, de Vernes zaznaczył ołówkiem:
Filip Valencourt i wuj jego, stary markiz de Blangy, nazajutrz po dacie położonej na tym liście, zmarli.
— A więc Filip Valencourt miał żonę i dzieci, pomyślał Rigaud, gdzie one są? Czemu majątek markiza przeszedł tylko na jednego, wszakże rodzina zmarłego ma równe prawa?
Tak rozmyślając, posłyszał odgłos zbliżających się kroków, poczem niezwłocznie zapukano do drzwi.
Polowy wzdrygnął się.
Szybko wysunął szufladę od stolika, a wrzucając doń, papiery wyrwane adwokatowi, w pośpiechu upuścił jeden na podłogę.
— Rigaud! — zawołano za drzwiami.
Polowy odetchnął, dzięki Bogu głos mi znajomy.
— To ty Josonie? — zapytał.
— Tak, otwórz.
— Pan markiz cię woła — rzekł kamerdyner — zatrzymując się przed kominkiem.
— Ah!
— Posłał do stawu Neuf, lecz chce się wywiedzieć szczegółów od ciebie. Powóz się wywrócił?
— Bardzo nieszczęśliwie.
— Blanchetka zna jednak drogę.
— Zapewne, lecz zrozumiej, jedno uderzenie, lub przestrach...
— Karetka zatopiona — zapytywał Kerhoël najnaturalniejszym tonem.
— Tak, jak już mówiłem.
— Z adwokatem?
— Wszystka robiłem, by go ocalić, o małom sam nie przypłacił własną skórą.
— Biedny chłopcze.
— Drżę jeszcze... o, przypłacę podróż tę chorobą.
— Jesteś wytrzymałym przecież.
— To prawda, jednak ciężka to chwila do przejścia.
— Czy idziesz? Pan markiz oczekuje się niecierpliwie.
Bretończyk mając współczucie dla wydarzonego nieszczęścia, nie powątpiewał o szczerości opowiadania towarzysza, jednak nie uszło bacznej jego uwagi zmieszanie Rigaud’a, nie śmiejącego podnieść oczu, lampka na stoliku, gdzie nic nie leżało i suszące się ubranie przed ogniskiem.
Spostrzegłszy papier leżący na ziemi schylił się, aby go podnieść.
Jan Rigaud szybko podskoczył a odebrawszy mu, wrzucił do szuflady.
Joson udał, jakby nic nie zauważył, pytając łagodnie.
— Czy idziesz?
— Zaraz.
— Jeżeliś niezdrów, powiem, przyjdziesz jutro.
— Nie, nie — odrzekł Rigaud — idę zaraz. Idź naprzód, wychodzę natychmiast.
Bretończyk spełnił życzenie, lecz nadstawił uszu, co się za sim dziać będzie.
Przez drzwi zamknięte posłyszał szelest poruszanych papierów, potem zasuwanie szuflady, którą zamykano na klucz. O ile znał Jana Rigaud, podobna ostrożność zastanowiła go.
W kilka minut złączyli się razem.
— Pan markiz bardzo się zaniepokoił — odrzekł Kerhoël. — Wielkie nieszczęście nas spotkało. Zadowolony jednak, żeś ty się przynajmniej ocalił.
Rigaud ciężko westchnął.
Sto tysięcy franków mniej go nęciły, rad byłby, gdyby, można wszystko naprawić.
— Strasznie doprawdy patrzeć na ginącego w oczach człowieka — odpowiedział Rigaud.
Franciszek Valencourt, przechadzając się wzdłuż gabinetu, z rękoma założonemi na krzyż, oczekiwał polowego.
Joson Kerhoël chciał się oddalić.
— Nie odchodź — zawołał żywo.
— Co się stało? — zapytał Franciszek odwracając się do Rigaud’a. — Usłyszałem, jakoś powracał sam, bez powozu, przypuszczałem jakiś wypadek. Pomyślałem o stawie Neuf. Zawsze obawiałem się tego przejazdu, mówiłem o tem nieraz, jakby przewidując jakieś nieszczęście! Roboty odkładano z dnia na dzień...
— Co za błąd! Jak to więc było?
Polowy, z oznakami serdecznego żalu, opowiedział szczegóły.
Markiz słuchał w milczeniu.
— Biedny de Vernes, nie żyje? — rzekł pan de Blangy.
— Tak, panie markizie.
— Czyś tylko pewny?
— Niestety, panie markizie!
— Kazać przynieść tego nieszczęśliwego natychmiast. Nad ranem zawiadomić sąd, dać znać do Beaune. Poślesz kogo Josonie.
— Dobrze panie markizie.
— Co za katastrofa!
Pomimo skrytości charakteru i obłudnego żalu, Franciszek Valencourt zdradzał jednak radość, z pomyślnego obrotu zręcznie poprowadzonej sprawy, oswobadzając się od człowieka, mogącego mu szkodzić.
Kamerdyner i polowy oddalili się.
Markiz nic nadto nie powiedział, obaj spiskowcy jednem spojrzeniem dopowiedzieli sobie reszty. Niema ta komedyja nie uszła bacznej uwagi Bretończyka, ten wszystko jasno zrozumiał i był niemal pewien, że Jan Rigaud na rozkaz pana utopił de Vernes’a.
Bywają ludzie, na których cień podejrzenia paść nie może. Do rzędu tych zaliczał się markiz de Blangy.
Milijoner, wpływowy, otoczony zbytkiem, zaszczycany honorami, czegóż więcej mógł pragnąć, jakim sposobem mógł być wplątanym w wypadek dopiero co zaszły i do czego śmierć ta dogodną by mu być mogła?
Sprawiedliwość potrzebuje dowodu dotykalnego i pewnego, zdradzającego przestępcę. Czyn istniał, lecz bez wyznania winnych, jak go dowieść?
Markiz był silnym i dyplomatą, nie mógł się zdradzić. Jan Rigaud odpowiadał mu w zupełności. Zaślepiony miłością, zapragnął pieniędzy, nie przebierając w środkach, aby je zdobyć, chcąc tym sposobem zaimponować ukochanej by ją mógł otoczyć dobrobytem.
Franciszek de Blangy objawił najżywsze współczucie. Sławiono odwagę Rigaud’a, poświęcającego się dla ocalenia swej ofiary. Żaden więc z nich nie przedstawiał powodu do przypuszczania a tem więcej posądzenia o uczestnictwo w wydarzonym wypadku. Za duszę adwokata odprawiono egzekwie, zwłoki przewieziono do Paryża i złożone na cmentarzu Père-Lachaise, w grobie wystawionym kosztem markiza.
Zabójstwo to jednak inaczej zapełnię oddziałało na dwie osoby, a temi były pani de Blangy i Jan Rigaud.
Markiza zanadto sprytna i domyślna, zrozumiała, iż nikt inny tylko mąż jej był sprawcą i winnym nagłego zgonu adwokata.
Powodowana uczuciem niewieściem, nie miała odwagi wyjawienia myśli swych temu, którego postępowanie stawało się coraz niecniejszem.
Zemsta markizy wywołana szaloną zazdrością, osłabła przez lat 20 tryumfu. Występek zaś popełniony w interesie pieniędzy, przeszedł granice podłości, jakiej stała się spólniczką. Ponura milcząca, jakby przewidując grożące nieszczęście jej domowi, przelała całe swe uczucie dla dobra i szczęścia dzieci.
Jan Rigaud i tak już skryty i dziki, stał się bardziej milczącym, unikając ludzi... Dniem i nocą błądził po lasach i borach.
Markiz, dotrzymując obietnicy wręczył mu obiecaną sumę, nalegając aby się przesiedlił. Polowy prosił o zwłokę, podając możebność wywołania podejrzenia, gdyby tak nagle wyjechał z Blangy po zaszłym wypadku. Pan de Valencourt zapewniony o dyskrecyi służącego, zgodził się na żądanie Rigaud’a.
Dwie inne osoby, to jest Joson Kerhoel i Magdalena, fałszywa angielka miss Ellen Vanbury, podwajali czujność, pytając się z wrastającą ciekawością.
— Co się dalej dziać będzie?
Magdalena uśmiechała się złośliwie, niemal pewna, że chwila odwetu zbliża się.
Teresa de Blangy do Filipa Arbaud w Jonseray przez Pougny (Cote-d’Or).
Blangy, 30 sierpnia 1878 r.
Mój kochany Filipie.“
„Czy mogę bez zarzutu rozpocząć takim nagłówkiem?
„W gruncie duszy przekonaną jestem, że nie tylko mi dozwolono, lecz poniekąd staje się mym obowiązkiem.
„Zapewne rozsądniej postąpiłabym, rzucając ten papier w ogień, aby pójść odetchnąć świeżem powietrzem lub przegrać jaką nudną sonatę na 4 ręce z moją nauczycielką miss Ellen Vanbury, albo nareszcie posłuchać ckliwych komplimentów, pewnego pana de Brazey, który pomimo swoich 25 lat, wyczernionych wąsików i znacznej renty, jest najnieznośniejszem dwunożnem stworzeniem, jakie plemię ludzkie wydać mogło.
„Donoszę ci mój przyjacielu, że ten dżentelman i vice-hrabia, pochodzący ze starożytnej rodziny, podaje się za mego konkurenta i o ile uważam z wiedzą i wolą moich rodziców.
„Przystojny chłopiec, lecz do śmieszności uprzedzony o sobie, mówiący tylko o koniach, sporcie, cyrku, aktorkach, psach i wyścigach.
„Bawi u nas od tygodnia, a już z upragnieniem oczekuję tej błogosławionej chwili, gdy pomyśli o odwrocie do Paryża, miejsca szczególniejszego swego upodobania „Oryginalnym staje się przy recytowaniu tyrad starającego się, czyniąc wrażenie przedstawienia teatralnego.
„Przybiera najrozmaitsze pozy z ręką na sercu udając zakochanego, a pewną jestem, że uczyniłby to samo przed każdą pierwszą lepszą jako zblazowany awanturniczą młodością.
„Nie jest może on tak złym, za srogo tylko jest sadzony przez pannę, która stara się go wyszydzić na każdym kroku, bo nie umie się jej podobać.
„Powracam do wątku mego lista.
„Wspomniałam więc, żem powinna pisać „kochany Filipie“ a nie „panie“ bo łączy nas węzeł koleżeński, zawarty w górach Allevard, kiedy nie chcesz abym mówiła o innym.
„Nic nie zdoła wyrugować z mej pamięci wdzięczności i przyjaźni, jakie dla ciebie żywię.
„Być może, iż twoje uczucia nie odpowiadają moim, może nawet kusisz się o zapomnienie biednej dziewczyny, spotkanej przypadkiem wdzierającej się w twe serce, jak żebraczka.
„W takim razie, bądź otwartym, powiedz mi to bez ogródki, lecz tymczasem Filipie mam prawdziwą przyjemność, wielką nawet, pogawędzić z tobą choć zdala, tak jak to było niegdyś w górach Dauphiné, prześlicznych gdyby tylko było mniej doktorów.
„Od mego powrotu wielki ruch panuje o nas.
„Bezustanne wizyty przyjezdnych z Paryża lub okolicy przyjaciół, znajomych. Jedni odjeżdżają, drudzy przybywają. Polują, biesiadują, wycieczki konno lub w pojazdach, kroket, nawet bezik mają swoich zwolenników.
„Co wieczór tańce, z wyłączeniem mnie jednej skazanej przez kaszel na bezczynność w tej rozrywce... Starają się ukryć swe obawy, lecz zanadto jestem sprytną abym nie odgadła tego, czego mi nie chcą wyjawić.
„A wiesz co ci powiem?... że mimo takiego ruchu, rozrywek i bali, w Blangy nie jest mi wesoło. Dla czego? Z trudnością przyszłoby mi się wytłomaczyć, lecz jest jakaś mgła, zaciemniająca te wieczne uroczystości. Nie wyznałabym tego nikomu, lecz przed tobą dusza moja roztwiera się sama, a zaufanie wyrywa się.
Ojciec mój czegoś bardzo posępny. Nie pamiętam, lecz dawno nie widziałam go uśmiechniętego nawet. Całe dnie siedzi odosobniony w swym gabinecie, zajęty rachunkami, papieramı i listami, jakie odbiera i odpisuje.
„Matka moja mówi mi, że pracuje nad powiększeniem majątku, i to jego jedyna troska. Poruszając tak przedmiot, ściąga usta z gorzką ironią i wzgardą dla pieniędzy. O jakże ja ją rozumiem!
„I po co być bogatym, posiadając więcej, niż się wydaje? Czyż życie jest tak długiem, aby zgromadzać zapasy jak na placu wojny, na wypadek oblężenia, które nie ma się skończyć? To co mnie do ciebie najwięcej pociągało Filipie, to pogarda dla majątku, stanowiąca jeszcze silniejszy węzeł między nami.
„Miałam zamiar przesłać ci krótki bilecik, przypomnieć się twej pamięci, dowiedzieć się czy żyjesz, czyś mnie już zupełnie zapomniał, lub żywisz w głębi duszy, jak ja, balsam ostatniej naszej wycieczki łączącej nas, którą pragnęłabym przedłużyć do nieskończoności.
„A oto karty zapełniają się, i z krótkiego bilecika wychodzi list obszerny i długi.
„Nie poprzestanę jednak, nie powiadomiwszy cię o tem, co mi dolega.
„Dotąd wspomniałam ci tylko o rzeczach błahych, gdyż uwierzysz przecie, że nadskakiwanie młodego Gastona de Brazey, którego nauczycielka moja zowie żartobliwie Brasier albo Brasero, nie zajmuje mnie wcale głównie z tego powodu, że nie mam zamiaru wyjść za mąż, przynajmniej nie teraz, może za lat kilka lub kilkanaście.
„W ostatnich czasach spotkało nas wielkie nieszczęście.
„Polowy, bardzo uczciwy człowiek, dawny żołnierz, będący u nas na służbie od lat dziesięciu, odwoził na pociąg do Beaune przyjaciela naszego domu, niejakiego de Verne’sa, byłego adwokata.
„Klacz, zwykle bardzo spokojna, przestraszyła się. Skoczyła w bok, pociągając karetkę z pochyłości nad brzeg bardzo głębokiego stawu i podróżny, zaimprowizowany woźnica i koń o mało co się nie potopili.
„Źle się wyrażam, mówiąc, że się nie potopili.
„Polowy, nazwiskiem Jan Rigaud, dokazał cudu poświęcenia. Wyciągnął klacz i podróżnego, lecz na nieszczęście, szkło z okna karetki, tłukąc się, pokaleczyło straszliwie nieszczęśliwego de Vernes’a i zmarł z uduszenia czy upływu krwi — niewiadomo.
„Co za smutna przygoda! Nie możemy jeszcze przyjść do siebie. Ojciec mój czuje się bardzo dotknięty tym wypadkiem, a matka ciężko przygnębioną.
„Filipie, nie ukryją ci jednego szczegółu.
„Oto, śmierć ta dla mnie pozostała obojętna.
„Nie jestem przecież okrutną, lecz to nad moje siły. Człowiek ten niepodobał mi się, nie dla tego, abym miała powód żalić się na niego, lecz czułam do niego wstręt nieprzezwciężony, byłto nielitościwy szyderca jego żarty sprawiały mi niewymowny żal, oburzając mnie nieraz.
„Miał coś w sobie przewrotnego, chciwego, nieprawego. — Umarł, nie będę nic więcej o nim mówić.. W każdym razie, wypadek ten smutne wywarł wrażenie na cały nasz dom. Od tej pory, zdaje mi się, że matka moja więcej mną jest zajęta.
„Przedtem mało co ją widziałam zwykle tylko podczas obiadu, a później niewiele i wyjątkowo.
„Teraz wzywa mnie częste de siebie, całemi godzinami rozmawia ze mną może się mylę, lecz widzę więcej czułości względem siebie.
„Zmiana ta sprawia mi wielką radość. Wczoraj doznałam nieopisanej radości i z tego to powodu Filipie list mój przybiera rozmiary zeszytu. Nie bierz mi tego za złe.
„Rozwlekłem pismem angielskiem pomieszcza się trzydzieści słów na jednej karcie, jest ono wygodnem dla tych, co nie wiele mają sobie do powiedzenia, lecz kiedy się nie widzimy... od czterech tygodni... długich tygodni... a jest wiele do powiedzenia, staje się ono niedogodnem.
Posłuchaj więc o doznanem przezemnie wrażeniu.
„Matka moja była w swym pokoju, w którym znajduje się piękny mebel, rodzaj szyfonierki, gdzie przechowuje swoją biżuterię i inne cenniejsze przedmioty. Zameczki bardzo trudne do otworzenia. Kazała mi usiąść koło siebie, potem otworzyła środkową przegródkę.
„Wyjęła z niej kopertę, w której znajdowały się prześliczne miniatury, fotografija Nadara, bardzo dawna. Przedstawiały one jednego i tego samego młodego człowieka.
„Uderzyło mnie niezmierne podobieństwo z kimś mi znajomym, a tym jesteś ty, Filipie. Wierzaj, że nie przesadzam. Zapytałam matki, kto to być może? Odpowiedziała mi. — Brat twego ojca Filip Valencourt.“
„Portret ten przedstawia młodego mężczyznę w sile wieku i zdrowia, okazałego, w całym blasku rozkwitłej piękności, gdy mi matka powiedziała jego imię, pojąć nie możesz, co za dziwne uczucie mnie opanowało, tembardziej, że wymawiając jego imię, matka moja zdała się być bardzo wzruszona, głos jej drżał.
„Wyobraź sobie, co za dziwny zbieg okoliczności, imię tego mężczyzny takież same jak twoje, a jakże przytem podobny do ciebie. Też same rysy twarzy, oczy pełne szczerości, włosy czarne!
„— Ten Filip, dodała matka moja, był pięknym i szlachetnym Tereso! To prawdziwy dżentelman.
„Kilka minut stała nieruchoma, wpatrując się z uwagą, poczem położywszy fotografiję na tem samem miejscu, zamknęła starannie.
„Prawdziwie nie poznają jej, uważam teraz, że zeszczuplała i smutną się stała, czego od mego powrotu nie zauważyłam.
„Uściskała mnie, a pocałunek jej przyniósł ulgę stęsknionemu sercu memu.
„Nie pamiętam kiedy mnie tak serdecznie pieściła.. chyba dotąd... nigdy!
„Badała stan mego zdrowia... Ja znajduję, że nie jest ono złem. Czasami coś mi dolega i chwilami męczy mnie ten przeklęty kaszel, lecz sądzę, że jest to stan przejściowy, jak u wielu młodych dziewcząt, szybko się rozwijających.
„Z czasem ustali się, życzę sobie tego, nie wiem doprawdy dlaczego, lecz niechciałabym umierać jeszcze. Pragnę życia!
„O gdybym miała zdrowie jednej panienki, którą widzę z okna flirtującą z moim bratem tym wietrznikiem, jakże byłabym szczęśliwą i umiała się podobać.
„Kiedyż nareszcie skończę list ten tomowy?
„Wyobraź sobie, mój przyjaciela, urocze stworzenie 26 letnie, w całym rozkwicie blondynki cudownie zbudowanej, piękniejsze i więcej eleganckie w swej czarnej skromnej sukni, niż wszystkie nasze panny w ich bogatych kostjumach, przyozdobionych z wdziękiem artyzmem najpierwszych modniarek! Oczy niebieskie, zęby piękne, figura kształtna, płeć przepyszna.
„I z tyloma zaletami, zajęciem niewielkiem, trzy tysiące franków pensyi, stół, mieszkanie, i opranie. Jednem słowem wszystko!
„Potrzebuje się tylko ubrać, obuć, uczesać i porozmawiać. Przytem bez żółci, żalu lub smutku, humor zawsze jednostajny, uprzejma i usłużna dla wszystkich! Nigdy żadnej skargi skromność w wysokim stopniu.
„Tą doskonałością jest moja nauczycielka miss Ellen Vanbury! Niechaj mi teraz kto dowiedzie, że dobra tej ziemi są odpowiednio rozdzielone.
„Od pierwszego dnia przywiązałam się do niej, w kilka dni zjednała sobie wszystkich w Blangy. Jest tak piękną, iż pragnę mieć jej fotografiją, lecz wyobraź sobie, że nie ma ani jednej, niepodobieństwem namówić jej do zrobienia swego portretu.
„Nie mam nic więcej interesującego donieść ci... a jednak czułam się tak szczęśliwą, mogąc z tobą porozmawiać.
„Lecz szczęście jest tak jak życie, Filipie, musi się skończyć. Cóż ci powiedzieć o sobie! I po co? Znasz mnie wiesz, że, marzę, aby żyć gdzieś zdala od świata, w ciszy i spokoju, pośród kwiatów i ogrodów, czasami nad morzem, a gdziekolwiek, czynić dobrze tym, co nas otaczają.
„A Ty Filipie co porabiasz? Wierz mi, porzuć twe smutne myśli i używaj rozrywek jakich wieś ci dostarcza. Pozostaniemy w Blangy jeszcze ze sześć tygodni najwyżej.
„Za tydzień polowanie na dziki. Potem winobranie. Nakoniec powiedzą: „Już po wszystkiem.“ I w drogę do Paryża!
„Ty powrócisz także do Paryża, prawda! Będziesz pracował z odwagą, aby zostać dobrym doktorem.
„Pośpiesz, mój kochany Filipie, abyś wyleczył twą chorą przyjaciółkę.
„Odpisz mi choć słów kilka, dla podtrzymania mnie. Czy sprawiam ci przykrość, pisząc do ciebie? Wszak nasza przyjaźń jest czystą, jak złoto bez domieszki? Przecież możemy się kochać jak brat z siostrą, bez zetknięcia się ze złą myślą!
„Do miłego widzenia!Wzywają mnie na przechadzkę.
„Zuzanna otwiera drzwi.
„Pewną jestem, że mnie ona kocha, a oprócz niej — może to bluźnierstwo — lecz zdaje mi się, że mnie kocha jeszcze ktoś drugi, a tym jest uczciwy Bretończyk nazwiskiem Joson Kerhoël.
„Uwierzyłam także w miłość mej matki, i ta wiara uzdrawia mnie!
„Kończę list. Nie gniewaj się, że jest tak długim.
„Myśl o mnie Filipie, ja myślę o tobie często... bardzo często.... zawsze.
Twa przyjaciółka.
„P. S. Jeżeli mi odpowiesz na to dziełko tomowe, adresuj do panny Zuzanny Luchet w Blangy.
„Dojdzie mnie niezawodnie.
„Dlaczego przesądy światowe są tak głupie, że zmuszają nas do skrywania czynów tak prostych i niewinnych?
Panna Zuzanna Luchet, garderobiana w zamku de Blangy (Cote-d’Or).
Koperta zaadresowana zawierała w środku drugą z napisem:
Gdy list ten przyniesiono, adresantka czatująca na listonosza odebrała go sama.
Zuzanna, dobra z natury, usłużna i szczerze oddana swej młodej pani, zerwała pierwszą kopertę, odnosząc list panience.
Garderobiana, stając się powiernicą, winna być zręczną wywiązując się z położonego zaufania, tak, aby się państwo nie spostrzegli ani domyślili nawet, inaczej bywa niezwłocznie usuniętą, jak się często trafia w wielu okolicznościach.
— Panienko! życzę szczęścia, rzekła wchodząc do sypialni panny de Blangy, oto list!
— O gdyby się dowiedziała pani markiza! dodała znacząco.
Młoda dziewczyna leżała jeszcze w łóżku, w obszernym pokoju, obitym niebieskiem płótnem z Jouy, zarzuconem bukiecikami z róż Pompadour, umeblowanie skromne lecz powabne prostotą stylową, wykazującą wytworny gust, wielką zamożność rugując świecidła fatałaszki i ficki zbyteczne.
Teresa poprawiła się na swem posłanku pod zasłoną cudownie udrapowaną, upojona błękitem obicia mającem przedsmak świeżości wiosennej. Wyrwawszy list z rąk garderobiany nie roztworzyła go, a pozostawiając odczytanie go w wolniejszej chwili, zatrzymała Zuzannę mówiąc:
— Coby mama miała do zarzucenia postępowaniu tak naturalnemu?
— Panienka wie, jak jest surową pod względem konwenansów! A ojciec pani! Czy panienka myśli, że pan, marzy tylko o milijonach, procentach i pieniądzach, patrzałby chętnie na stosunek z młodym człowiekiem chociaż zacnym i wykształconym, lecz dalekim od takiego, któremu wolnoby było starać się o jej względy?
Wiadomo przecież — mówiła dalej garderobiana, że młoda panienka nie powinna pisywać do młodego człowieka bez wiedzy rodziców, ja także źle postępuję, dopomagając panience. Nie mamże racyi?
Panna de Blangy westchnęła.
— Kto się o tem dowie?
— Spodziewam się.. że nikt.
— W czemże więc jest to złe? Czyż nie można mieć do kogoś sympatij bez złych myśli?
— O!
— Przysięgam!...
— Przysięgnie panienka także, iż ten młody człowiek podobał się jej, że jest to proste zainteresowanie się i panienka znajduje przyjemność w odbieraniu od niego wiadomości, bo nie mając ich, czułaby się znużoną... słowem, panienka nie myśli o niczem innem... Wszystko jest prawdą bez zaprzeczenia.
— Z pewnością, Zuzanno.
— Dziś, lecz później, gdy panienka pocznie odbierać listy gorętsze... gdyż ten list musi być serdecznym zmieni panienka zdanie, a przyjaźń szczera i rozumna przejdzie w inne, żywsze uczucie.
— To później...
— Później? — zawołała Zuzanna udając zdziwienie.
— Tak, kiedy o nastąpi!
— Nie zastanawia się panienka nad tem?...
— Przeciwnie, myślę...
— O odpowiedzi pana markiza, gdyby panienka prosiła o pozwolenie poślubienia pana Filipa Arbaud...
— Wyłajałby mnie!
— I ostro nawet. A gdyby nawet biedny pan Filip odważył się sam prosić o uzyskanie tej łaski, domyślam się, co by zaszło...
— Ja także, westchnęła Teresa.
— Wie panienka, jakby się skończyło?
— Że nie pozwolonoby mi poślubić go.
— Bez najmniejszej wątpliwości.
— To nie wyszłabym za niego bez zezwolenia rodziców... lecz też nie zmusiliby mnie do wyjścia za mąż za innego, i pozostania starą panna...
— Już widzę, jak się panienka oburza... Obiecująca przyszłość.
— Oh! przyszłość, rzekła panna de Blangy, poruszając główką, jaka będzie dla mnie, nie warto się nią zajmować?
— Chyba panienka nie myśli o tem, co przeszło przez mózg szarlatana doktora!
Dziewiąta wybiła, słońce jesienne wdzierało się wysokiemi oknami.
— Niechajże panienka przeczyta mój pożądany bilecik, a ja będę na czatach, aby nikt nie schwycił na gorącym uczynku.
— Miss Vanbury?...
— Zapytywała o zdrowie panienki... Bardzo dobra dziewczyna!... Pani markiza zrobiła szczęśliwy bardzo wybór, przyjmując ją... A więc proszę czytać...
Garderobiana zamknęła drzwi na zatrzask i przeszła do gotowalni, skąd dochodził szelest poruszanych materyi, przygotowywanych dla młodej pani. Teresa otworzyła list z bijącem sercem, a z oczami mgłą zaszłemi od wzruszenia.
„Z niedowierzaniem, połączonem z wdzięcznością, odebrałem bilecik pani.
Czyż rzeczywistością być może, abyś pani raczyła pamiętać o turyście pół-mieszczaninie, pół-wieśniaku, spotkanym na drodze do Allevard?
„Wśród zabaw i zbytku nie zapomniałaś pani naszych rozmów w Buisson i spacerów w tym uroczym kraju Izery? Dowód to wielkiej dobroci serca. Pozwól mi pani zwrócić uwagę na przesadzanie ważności małej przysługi, uczynionej jej, bez żadnego z mej strony narażenia się. Każdy inny na mem miejscu uczyniłby to samo tem bardziej, że nie było prawdopodobieństwa jakiegoś niebezpieczeństwa. Jednak niewymownie pani obowiązanym jestem za jej grzeczność.
„Co ja porabiam? Nie warto opisywania, monotonne wiodę życie i nic więcej.
„Dom, gdzie zamieszkuję, należy do rzędu wygodnych ferm, umieszczony na wyniesieniu płaszczyzny dobrze uprawnej. W koło ogrody i winnice, nie wyróżniające się a jednak zaliczane do bardzo dobrych.
„Wyżej na szczycie pagórków zarośla, spotykane często w Burgundyi, z przybłąkanemi zającami i przewłóczącemi się dzikami. Wogóle niewiele zwierzyny.
„Ziemia, posiadana przezemnie i mą biedną siostrę, która opuściła przed laty kilku kraj rodzinny, goniąc za czczem urojeniem, jest uprawianą przez służących a nie przez dzierżawców, pod zarządem zacnego człowieka, zastępującego nam ojca, i pozostającego dotąd naszym opiekunem, pomimo żeśmy już dawno doszli do pełnoletności. Widzi pani co za różnica między zbytkiem i przepychem, o jakich pani marzy, a mojem życiem.
„Zna pani mój charakter. Z fuzyją na ramienia, książką w kieszeni przebiegam płaszczyzny i lasy w towarzystwie wyżła zasługującego na lepszego towarzyszą, gdyż przy mnie talent jego marnieje.
„Często siadam w ogrodzie, pod jedyną aleją lip, obojętny na wszystko co się koło mnie dzieje, zajęty tysiącznemi bolesnemi wspomnieniami mego dzieciństwa.
„Potrzebujęż pani powiedzieć, że jesteś kwiatem tej kwatery zarosłej cierniem i cyprysami? Pod tą przestarzałą przenośnią, łatwo pani pojmiesz jakie żywię dla cię uczucia. Pochodzą one z szacunku i poważania, sympatyį i żalu.
„Żalu przedewszystkiem.
„Wmawiam w siebie, że nie możemy się nawet widywać, bo tysiączne przeszkody stają między nami, i węzeł łączący nas, jeżeli mi wolno użyć tego zaszczytnego wyrażenia, należy do rzędu tych, którego nam niewolno wyjawić publicznie.
„Niestety wie pani o tem równie debrze jak i ja.
„Czyż nie przymuszoną pani się czuje skrywać przyjaźń, jaką mnie zaszczycasz przed tymi, od których zależy jej przyszłość? Wszakże zobowiązujesz mnie pani do użycia krętej drogi do przesłania odpowiedzi i wynurzenia mych uczuć?
„Nie pragnę, abym postępowanie moje potrzebował taić, chcę abym czyny moje mógł wykazać jawnie, nie mogę być niedelikatnym względem osoby, zasługującej na wszelki szacunek, muszę pozostać bez zarzutu w tym razie.
„Zanadtoś pani bogata, za wysokie stanowisko jej dla wyrzutka, jakim jestem, nazwisko, które noszę, jak pani mówiłem, winienem litości człowieka, co przypłacił miłość życiem.
„Życie moje czyli mych rodziców zawiera tragiczną przeszłość. Lecz szczegółów cierpień naszych nie wolno mi przed panią wyjawić.
„Stałyby się przyczyną głębokiego smutku w życiu pani, gdybyś je znała. A przekląłbym się za najmniejszą sprawioną ci przykrość?
„Jeżeli pani niekiedy zwróciła uwagę na zasępioną twarz moją, smutny i dziki stan umysłu, to przeszłość zmusza mnie do usunięcia się od świata i szukania ciszy, podczas gdyś pani stworzona do blasku i ozdoby świata.
„Zapomnij pani o mnie, lub jeżeli wolisz, zadowolnij się myślą, żeśmy stworzeni nie dla siebie, uczynię ślub na cześć pani zachowując w mem sercu jej obraz niewinny i czysty z poszanowaniem, jakie się ma dla świętych w niebie, uwielbiając ich i kochając bez nadziei zbliżenia się.
Powtarzam, wszystko nas rozdziela żadna ludzka siła nie może nas połączyć!
„Jest między nami przepaść, której miłość nawet, ta potęga świata nie jest wstanie zwalczyć.
„Żegnam panią!
Skończywszy czytać list, panna de Blangy wydała okrzyk tak żałosny, aż nadbiegła garderobiana. Przykry obraz przedstawił się jej oczom: Teresa z włosami potarganemi, wzrokiem dzikim, oczami prawie obłąkanemi, wsparta białemi rękoma na wytłaczanym jedwabiu kołdry, w postawie szalonej jakby chwytała myśl ubiegłą.
— Boże! mój Boże! szeptała, cóżem mu uczyniła, że mnie tak traktuje?
— Co panience? zapytała zmięszana Zuzanna.
— Czytaj, odrzekła automatycznie młoda dziewczyna, wskazując na list.
Garderobiana schwyciła list z zainteresowaniem się, jakie okazuje najuczciwsza nawet kobieta w kwestyjach miłości.
— A więc? zapytała panna de Blangy, gdy Zuzanna skończyła czytanie.
— Uważam, że jest bardzo rozsądnym, odpowiedziała garderobiana, kładąc list na łóżku.
— Widocznie nie kocha mnie, kiedy tak pisze.
— Nic tego nie dowodzi. Jest tylko dumnym, a panienka rozumie... Pan de Brazey i inni mają swobodę działania... Widzą panią i mówią z nią... On!... Zupełnie co innego. Niechaj pani zastanowi się nad adresem listu... Panna Zuzanna Luchet... garderobiana... Upokarzające dla zakochanego... dla przyjaciela nawet. Młody ten człowiek ma racją.
— Tak sądzisz?
— Z pewnością.
— Ach! szeptała Teresa, jakże jestem nieszczęśliwą!
— Dla czego?
— Bo go kocham!
— Już!
— A te przeszkody o jakich mówi... Rozłączenie, któremu nic nie przeszkodzi! Zuzanno, jakaś tajemnica cięży nad jego życiem. potrzebuję się o niej dowiedzieć.
— Trzeba być cierpliwą! Niechaj pani poczeka! Ma pani list... proszę go schować... Przeczyta panienka jeszcze raz... Może wykryje pani inne dane, niż ja dostrzegłam na razie. Kto wie, czy właśnie nie prawdziwa miłość skrywa się pod tem zastrzeżeniem?
— Ach Zuzanno, gdyby tak było!
— Ktoś nadchodzi!... Zapewne pani markiza... Niech się panienka nie zdradzi!
Istotnie była to matka Teresy.
Garderobiana schwyciła szybko list i koperty leżące na łóżku, pozostawiając matkę sam na sam z córką.
Pani de Blangy niepokoiła się wątłem zdrowiem Teresy. Dopytywała z czułością macierzyńską, jak noc spędziła, czy jej co niedolega.
Bladość jej twarzy uderzyła markizę. Dom jej zdał się być pełnym zasadzek i niebezpieczeństw, jak w odwiecznych ruinach zamków, o których krążą zagrobowe wspomnienia przeszłości w postaci ukazujących się duchów.
Jednak wszystko dotąd jeszcze było wesołe i spokojne. Przez otwarte okna powiew ciepły i ożywczy przedzierał się z promieniami słońca z zapachem kwiatów i lasu. Tu i owdzie rozlegały się strzały myśliwych, oznajmiających o wesołem rozpoczęciu dnia.
Pani de Blangy, wyszedłszy na balkon, dostrzegła między zaroślami jodeł i buków swego syna Maurycego na koniu, zatrzymującego się przed oknami dużego salonu, skąd dochodziły dźwięki fortepianu kaskadą tonu z pod palcy wykonawczyni. Poczem zbliżył się dla oddania ukłonu grającej, przesyłając znaczący ruch ręką, jakby określający całus.
Przechodzący w tejże chwili Jan Rigaud dostrzegł go, a gryząc usta swe aż do krwi pomyślał:
— Dziś wieczór rozmówię się, aby się dowiedzieć!...
Markiza, nie zauważywszy znaczącego ukłonu syna, ani gniewu polowego, powróciła do łóżka córki, tuląc ją w swe objęcia z wybuchem najczulszej miłości.
Przeczucia jej były uzasadnione, zaledwie bowiem odeszła, córka jej wyskoczyła z łóżka, a zasiadłszy przed biurkiem, napisała te kilka wierszy.
„List twój ciężko mnie zmartwił, pojąć nie mogę przyczyny twej srogości, wyciskającej mi tyle łez. Pragnę cię widzieć i pomówić z tobą. Nie odmów mi tej ostatniej rozmowy. Za tydzień, to jest we wtorek o dziewiątej wieczorem będę przy małych drzwiczkach parku, wychodzących na cmentarz de Blangy.
„Przybądź, proszę cię o to, błagam nawet.
Tak, jak Jan Rigaud pożądał rozmowy z nauczycielką, tak ona wzajemnie pragnęła go spotkać. Grunt przygotowany; wszyscy, począwszy od panów do sług, zostali zdobyci. W całem Blangy nie znalazłaby nieprzyjaciela lub zazdrosnego.... owszem miała pewnego i wiernego sprzymierzeńca w osobie Josona Kerhoëla.
Zwano ją perłą. Nawet Franciszek Valencourt, ta uosobiona niewiara.
zawsze baczny na swe interesa, typ skąpca dotąd mało spotykanego, zdającego się myśleć tylko o swych skarbach, i ten nie oparł się jej wdziękom, spozierając ukradkiem, jak na owoc zakazany, dojrzały i soczysty, kusząc się o zerwanie go.
Kobiety najprostsze nawet łatwo zdają sobie rachunek z wrażeń, jakie wywierają; pod tym względem instynkt niewieści jest bystry i przenikliwy.
Magdalena Arbaud, posiadająca wyższą inteligencyją, wiedziała dobrze o władzy i namiętnościach mniej lub więcej gwałtownych, jakie wzniecała w koło siebie.
Lecz w pośród tylu wielbicieli stąpała śmiało, obojętna i zimna, jakby nie rozumiejąca urok, jaki wywierała; bez fałszywej pruderyi, zawsze na miejscu, przyjmując hołdy jako nieobrażające ją żarty, baczna jednak na każde poruszenie, gest i słowo.
Po miesiąca pobytu w Blangy czuła się ustaloną.
Joson Kerhoël coraz bardziej zajmował się tą odważną, silną i młodą dziewczyna, zwierzającą się mu zaledwie w części za swych dążeń powetowania złego, jakie Francisze Valencourt i jego spólnicy wyrządzili dzieciom Filipa i Magdaleny. Jednak potrzeba było cudu dla odnalezienia zatraconych i zniszczonych dowodów. Cud był przypuszczalny, lecz nie liczyła nań.
To dopiero połowa jej zadania.
Drugą, aby nie przestraszyć wiernego Bretończyka, starannie skrywała, obawiając się wyznać przed sobą samą nawet. Pragnęła się pomścić i pomścić okrutnie.
To właśnie był cel jej. Wypadki sprzyjały nadspodziewanie. Od czasu, gdy podsłuchała rozmowy markizy z adwokatem, wiedziała, do jakiego stopnia de Vernes stał się niebezpiecznym i kompromitującym dla Valencourt’ów, pozostając ich spólnikiem i świadkiem znoszonym z przymusu.
Śmierć adwokata posłużyła za nowe odkrycie.
To, co inni poczytywali za wypadek, w oczach Josona i Magdaleny stało się zbrodnią. Któż dopuścił się tego występku? Jan Rigaud. Lecz ten był tylko narzędziem rozkazów swego pana.
Niestety nie mieli oczywistego dowodu. Magdalena przysięgła dostać go za jaką bądź cenę i dlatego właśnie postanowiła zobaczyć się z polowym, co zresztą nie przedstawiało zbyt wielkiej trudności.
Jan Rigaud, pożerając ją wzrokiem, śledził na każdym kroku, oczekując z gorączkowem upragnieniem chwili, w której będzie się mógł zbliżyć dla wypowiedzenia uczuć, trawiących go dreszczem namiętnej żądzy.
Tegoż wieczoru, wpół do 10, gdy goście powracali do salonu, miss Ellen Vanbury wyszła przez nikogo nie widziana, by się przejść po parku. Doszedłszy do końca wielkiego klombu, rozpostartego jak wielki dywan zieloności przed frontem zamku, lśniącego od blasku światła, usiadła na odosobnionej ławeczce, przypartej do krzaków bzu, ligustru i cytysu.
W kilka chwil zbliżał się doń cień jakiś. Przy świetle nieba, zasianego gwiazdami jasnego wieczoru, z łatwością poznała, zatrzymującego się przed nią, polowego.
— Pani, odezwał się głosem stłumionym.
— Ah! to pan, panie Rigaud?
— Tak.
— Co pan tu robi?
— Szukam pani.
— Mnie?
— Pani.
— Z jakiego powodu?
— Nie wiem, czy mam jej powiedzieć.
— Jeżeli tylko mogę to usłyszeć, to czemużby nie.
— Może to pani usłyszeć od kogoś innego, rzekł zapalony zazdrością, ale jako wyznanie, pochodzące odemnie, służącego, mogłaby pani uznać za niewłaściwe.
— Słowa pana są przykre i nie masz pan racyi, wypowiadając je... Służący może być zarówno szanowany, jak niejeden z panów, a ja dla pana mam wiele szacunku... Zresztą czemże jestem i ja sama, dodała z łagodnością? Służącą, tylko w innym rodzaju... Niczem więcej.
— Posłuchaj pani, błagał z rozjaśnionem obliczem, ożywiając się, a jeżeli panią obrażę, wybacz mi pani... Nie chciałbym nigdy pani najmniejszej wyrządzić przykrości pani, dla której mam tyle uwielbienia.
— Co pan chcesz powiedzieć? — rzekła obejrzawszy się, jakby strwożona, w około siebie.
— Nie obawiaj się pani, szeptał, nikt nas nie słucha. Pewien jestem.
Zresztą nie mogliby nas podsłuchać... Pragnę pani powiedzieć, że ją kocham, kocham do szaleństwa.
— Panie!
— Jesteśmy sami. Bądź pani cierpliwa... W kilku słowach dowiesz się o wszystkiem. Potem, zadecydujesz pani o mym losie... Odkąd panią zobaczyłem, jedna myśl tylko mnie opromienia, wzniesienia się do pani... Zrozumiałem, że prosty polowy nie może rościć pretensyi, wobec tego...
Zawahał się. Doszedł do wyznania, z trudnością starając się je wyjawić. Przycisnął chusteczkę do czoła oblanego potom zimnym z obawy i wzruszenia.
— A wobec tego?... zapytała nauczycielka.
— Nie weźmie mi pani za złe...
— Dla czegóż miałabym brać za złe.
— Przedewszystkiem... czy pani nigdy nie wyjawi słowa z tej rozmowy?:..
— Co mi więc pan powie?
— Przyrzeka pani.
— Obiecuję, mój przyjacielu.
— Na honor?
— Na honor! — odrzekła głosem bardzo łagodnym, tkliwym, jakby na stwierdzenie ważności przysięgi.
— A wobec tego... powiedział zachęcony, chciałem zostać bogatym...
— Bogatym!
— Nikt o tem nie wie... Chciałem być bogatym, i jestem nim!
— Pan!
— Jak się nim stałem, cóż to panią może obchodzić! Pieniądze, jakie mam nie skradłem, lecz zarobiłem! Jestem więc bogatym! Bogactwa tego, nie żądałem dla siebie... Cóż mi po niem. Ofiarowano mi je... Przyjąłem... Nie pytaj pani, co za nie spełniłem, dość, że je mam, Jest mojem i nikt nie ma prawa odebrać mi... Sto tysięcy franków! dodał zniżając głos.
Nauczycielka spojrzała zdumiona.
— Wiem, co mi pani chcesz powiedzieć, mówił dalej żywo. Sto tysięcy franków! Nędza! Dobrobyt zaledwie dla wieśniaka! Lecz to nic nie szkodzi... To dopiero początek dla zdobycia więcej. Jestem odważny. Z tą sumą wyjedziemy gdzie pani zażądasz, do Algeryi, Ameryki, gdzieindziej nawet, jeżeli pani woli... Nic nie pożałuję, aby zdobyć majątek godny pani! Pojęcia pani nie masz, co za siła woli mieści się w tej czaszce, rzekł, uderzając się w głowę — i do czego będę zdolnym, zachęcony przez panią. Jestem gburem nieokrzesanym, lecz pani mnie zmienisz... Jednego tylko potrzeba słowa... słowa od pani! Lecz słowa tego pani nie powiesz...
— Zkąd pan o tem wie?
— Nie powiesz mi pani, boś olśniona innemi, bo wabisz innych...
— Któż to panu powiedział? — zapytała zimno.
— Wiem... Trzeba abym pani wszystko wypowiedział...
Od chwili przybycia pani tutaj nie ma sekundy, bym nie myślał o niej... Nadskakują pani... kręcą się koło pani... starają się podobać, aby panią skompromitować może i niech mnie Bóg skarze! że drżę by nie dopięli celu!
— Co pan mówi!
— Powtarzam to, co mówią, że jest ktoś zakochany w pani, opowiadający z całą czelnością, że zrobi z pani to, co będzie tylko chciał.
— Któż to taki? — zapytała młoda dziewczyna, czerwieniąc się.
— Potrzebaż go wymienić?
— Może to pan Maurycy de Blangy!
— Nazwisko to samo pani wysunęło się z ust...
— Z czem się chwali pan de Blangy?
— Że panią zgubi, kupi, zdobędzie za jaką bądź cenę. Cóż to niepodobnego dla tych, co mogą siać pieniędzmi?
— Czyś pan tego pewien?
— Zupełnie...
— Przesadzasz pan może.
— Pani go broni!
— Ależ...
— Pani go nie zna. Jest to bałamut, naigrawający się z kobiety, znajduje przyjemność w zniesławianiu ich, zabawiwszy się dni kilka znów goni za innemi, czując się zwolnionym za kilka biletów bankowych, nabytych bez troski. Ileż ja sam znałem takich, które mu zawierzyły i jak źle na tem wyszły... Lecz majątek olśniewa. Nieszczęście!
Nauczycielka słuchała z natężoną uwagą, w której jednak widniało pewne zadowolenie. Mówiąc swemu towarzyszowi podróży Adamowi Smith iż przywozi z odległych krain z za Oceanu, broń przeciw możnym nieprzyjaciołom, nic nie przesadzała. Lecz w Blangy znajdowała inną, nierównie skuteczniejszą, bez zbytnich ze swej strony zachodów, należało tylko obliczyć siłę nie broni lecz raczej narzędzia.
Z szaloną radością patrzała na drgającą namiętność w tym energicznym człowieka, którego miłość przy wiodła do wyznania czynu, mogącego zgubić go wraz z jego panem.
Zkąd pochodził majątek, owe sto tysięcy franków, nadających mu odwagę zwrócenia się z prośbą połączenia jej życia ze swojem, jeżeli nie z udziału w zbrodni? Magdalena wszystko zrozumiała.
W zemście obmyślanej, która krew Stefanich, pochodzących z Sarténe, najdzikszej części Korsyki, czyniła śmiertelną i nieubłaganą, wymiarkowała, jak straszne korzyści mogła osiągnąć z podobnego przymierza.
— Mówi mi pan o miłości, odrzekła łagodnie, a sądzisz, że jestem nieczułą na twe wyznanie... Mylisz się. Nie mam wielkiego doświadczenia, lecz sądzę, że każda uczciwa kobieta ocenia zacnego mężczyznę, podobnego panu. Tylko teraz serce zbolałe... ciężkie zmartwiania dolegają mi, i potrzebuję pewnego czasu, aby o nich zapomnieć... Nie mogę panu wypowiedzieć, jak chciałabym... Proszę poczekać... Kto wie co może się stać z sercem kobiety!...
— A więc, rzekł Jan Rigaud drżąc, pozwalasz mi pani mieć nadzieję?
— Dlaczegóźby nie?
— Pozwala mi pani widzieć się... pomówić.
— Nie mam nic przeciw temu. Zresztą jakże mogłabym? Lecz jedna proźba!
— Jaka?
— Ukryj pan uczucia, które żywisz dla mnie. Proszę mnie nie kompromitować. Wypędzonoby mnie z Blangy... jak prostą służącą, a pragnę jeszcze pozostać tu jakiś czas, dodała zniżając głos.
— Pani!
— Ja!
— Dlaczego?
— To moja tajemnica!
— A gdybym zapragnął dowiedzieć się o niej?
— Nie powiem jej.
— Pani!... błagał.
— A czy ja się pytam o pańską tajemnicę? — odpowiedziała ostro.
— O jaką?
— Zkąd pan zdobył majątek, te sto tysięcy franków?
— Ach — odrzekł polowy, przygryzłszy usta aż do krwi, obiecałaś pani nie zdradzić mnie!
— I jeszcze raz przyrzekam. Wierz mi Rigaud, mam dla ciebie wiele sympatyi!
— Czy to prawda?
— Zupełna prawda i dowiodę ci.
— Jak?
— Wiem o twej tajemnicy.
— Co pani mówisz? — zawołał blednąc.
— Prawdę. Masz sto tysięcy franków, bo ci je dał markiz de Blangy, pan Franciszek Valencourt...
— Cicho, na miłość Boga!
Podniósłszy się przybliżyła się do polowego, mówiąc wolno:
— A Franciszek Valencourt dał ci je, boś zabił de Vernes‘a.
— Ja!
— Pan! Nie zaprzeczaj. De Vernes przeszkadzał markizowi, bo wiedział o jego zbrodni, ohydnej kradzieży... majątku dzieci Filipa Valencourt.
— Zkąd pani wiesz o tem?
— Wiem! Co pana to obchodzi? Nic mi więc pan nie powiesz nowego...
— Kto pani jest?
— Dowiesz się później... nie dzisiaj... Lecz mogę ci powiedzieć, że się nie obawiam ciebie Rigaud, pomimo tego zabójstwa...
— Ach! zawołał, padając na kolana, dopuściłem się jej dla pani... dla niej chciałem zostać bogatym!... Kocham panią jak szaleniec!
— Trzeba mi dowieść.
— Jak?
— Powiem ci...
— Gdzie i kiedy?
Zamyśliła się. Jan Rigaud ujął jej ręce, tuląc w swoich, usunęła je, mówiąc:
— Jutro, u ciebie, o tej samej godzinie. Widzisz, że ci ufam... Lecz ani słowa!
— Wszystko, czego pani zażądasz... rozkazuj... jeżeli potrzeba krwi mojej...
— Cicho!
Z przedsionka zamku roztworzyły się drzwi i na schodach ganku ukazało się kilka mężczyzn we frakach, białych krawatach, z zapalonemi papierosami. Jeden z nich odłączył się, zmierzając do ławki koło której stał jeszcze polowy i nauczycielka.
— Rozejdźmy się, rzekła żywo młoda dziewczyna, ktoś nadchodzi.
— Do jutra więc!
— Do jutra.
Jan Rigaud znikł w przyległych zaroślach, nie pozostawiając najmniejszego podejrzenia.
Papieros coraz bardziej zbliżał się. Nauczycielka postąpiła kilka kroków naprzód wolno, jakby z żalem, a uszu polowego doszedł głos stłumiony mężczyzny.
— Miss Ellen!... miss Ellen!
Był to głos Maurycego de Blangy, nucącego wyjątek habanery z Carmen: „Miłość to cygańskie dziecię!“ Puściwszy kłęb dymu, nucił dalej udając obojętnego na to, co się wkoło działo.
Zbliżając się do nauczycielki, stojącej na środku alei, rzucił w trawę cygaro, sprawiając efekt świętojańskiego robaczka.
— Pani sama? — zapytał.
— Jak pan widzi.
— Dla czego pani nie pozostała z nami w salonie.
— Czułam się zmęczoną.
— Daj pani pokój! Wolno mi powiedzieć prawdę, miss Ellen?
— Jak się panu podoba.
— Wyszła pani, bo mnie unikasz!
— Tak pan sądzi?
— Nie zwiedziesz mnie pani swemi manewrami, które mnie martwią, słowo honoru! Uciekasz pani przedemną!
— Bah!
— Ile tylko możesz!
— Ależ...
— Pewien jestem. A pytam dla czego? Bo znajduję panią piękną mówił dalej ożywiając się nagle — i że pani to mówię, czyż to występek?
— Zapewne, że nie występek, lecz niewłaściwość, niedelikatność przynajmniej.
— Daj pani pokój! nie przyjmuję podobnych zarzutów. Niewłaściwość.
Niedelikatność! Mówisz pani, jak ci się podoba! Kto nie chce usłyszeć wyznania, nie powinien być takim, jaką pani jesteś!... Nie powinno się być pociągającą, uroczą, obałamucającą najdzielniejsze głowy; nie wchodzi się w dom, jako nauczycielka siostry dla rozniecenia ognia w żyłach brata... Oto, śmiałość, niedelikatność, niewłaściwość!
— Błagam, proszę mówić ciszej, mogą pana podsłuchać.
— Podsłuchać! Kto taki? Króliki w parku? Sarny, błądzące po trawnikach jak straszydła. Nie wątpię o ich dyskrecyi. Musimy się rozmówić. Pora nadeszła. Od pierwszych dni mówię to pani, a udajesz, jakbyś mnie nie słyszała! Niepodobna mi dłużej tak żyć, miss Ellen!
Nauczycielka zmieniła drogę i zamiast zawrócić do zamku skierowała do dopiero co opuszczonej ławeczki.
Jan Rigaud, przyparty do pnia drzewa, wstrzymał oddech, aby nie stracić ani jednej sylaby, o czem mówiła młoda para.
Maurycy de Blangy mówił tonem wpół seryjo, wpół żartobliwie, jak to czynią ludzie światowi, skrywając niekiedy najgwałtowniejsze uniesienia namiętności.
— Słucham pana — odezwała się młoda dziewczyna — ale proszę zwrócić uwagę, o ile jest szlachetnem ze strony pana, odzywać się do mnie w ten sposób.
— Prawdziwie, chciałbym wiedzieć — rzekł gwałtownie uderzając w ziemię obcasem — czy jest szlachetniej ze strony kobiety, jak pani, pięknej do zawrotu głowy, a czyniącej sobie zabawkę zmiażdżenia serc swemi stopami, rozdzierającej je różowemi paznogietkami, kolącej na wszystkie możebne strony, nie raczącej zastanowić się, że się je naraża na cierpienia; czy człowieka jak ja, który pani mówi w formie najwyższego szacunku, miss Ellen, jesteś zachwycająco piękną, uroczą, kocham cię na zabój! Czyż nie postarasz się aby mnie uleczyć z tego szaleństwa?
— Eh! cóż bym mogła zaradzić!
— Jakto, cobyś pani mogła! Wszystko, miss Ellen, wszystko! Wszakże pani nie dziecko, aby nie wiedzieć. Co byś pani mogła, miły Boże! roztworzyć drzwi raju, upoić najwyższą rozkoszą, nieść w niebo miłości i szczęścia, bez których życie ze swemi zamkami, parkami, pałacami, willami i milijonami, jest nędzą i oszukaństwem...
— Wytłómacz się pan jaśniej, baz frazesów rzekła Angielka, jakby oblewając kubłem zimnej wody tę tyradę z komedyi — czego pan żądasz?
Młody człowiek, bywalec wszystkich teatrów, salonów przedmieścia i innych miejsc; posiadał pewność nie łatwą do zbicia z terminu, nie mieszając się też odpowiedział:
— Udajesz pani złośliwą, lecz kiedy chcesz, powiem bez ogródki: kocham cię, miss Ellen!
— Czego pan żądasz za tę miłość?
— Abyś mnie pani zrozumiała i innego dnia, kiedy będziesz mniej srogą, niż zdajesz się być dzisiejszego wieczoru, opanowała ogień, podług wyrażenia moich pradziadów, których portrety ozdabiają ściany starożytnych salonów de Blangy?
— Za jaką cenę? zapytała, marszcząc brwi.
— Za cenę, jaką będziesz chciała. Czyż nie jasno?
Dotąd rozmowa była prowadzoną na stopie kokieteryi, z pewną wyższością młodej dziewczyny i żartami młodego człowieka, lecz teraz nauczycielka odezwała się poważnie:
— Nie wiem, co pana upoważnia do podobnie ubliżającego traktowania uczciwej dziewczyny, potrzebującej pracować na kawałek chleba, zmuszonej słuchać pana, aby się nie narazić na wydalenie, na którem cierpiałby jej honor i interesa. Nie biorę panu za złe. Wielu innych postąpiłoby jak pan. Lecz myli się pan, jeżeli sądzisz, że wskórasz cokolwiek odemnie... Nie chcę zakłócać pana spokoju, i proszę pozostawić mi mój... Za wiele kobiet pysznić się będzie z pana hołdów, żebyś ich potrzebował szukać w swym własnym domu. Zaprzestań pan tej okrutnej i upokarzającej zabawki i wiedz, że ani jedno słowo, któreś dopiero co wymówił, nie utkwiło mi w pamięci.
Głos jej drżał i smutna powróciła do zamku.
Maurycy, bardziej wzruszony, niż chciał to okazać, podążył za nią, wołając:
— Do licha! nie rozumie mnie pani miss Ellen, czy też źle się wyraziłem. Kiedy mówię, że panią kocham, jest to święta prawda! Tak, kocham panią do szaleństwa, do wściekłości i niczego nie zaniecham, by pani tego dowieść i zdobyć ją, niczego, niczego, czy słyszy pani?
Ostatnie te słowa zawróciły do reszty głowę Janowi Rigaud, który w obawie zdradzenia się nie poruszył się, śledząc wzrokiem aleję, którą udali się młodzi ludzie.
Maurycy wyrzekł to samo, co i on.
— Niczego nie zaniecham, by panią zdobyć!
Od najniższego do najwyższego szczebla towarzyskiego, pobudki miłości są jednakowe, odróżniają się tylko formą.
Jan Rigaud, błądząc nocami po polach i lasach, udoskonalił, że tak powiemy, zmysły. Oczami ostrowidza dojrzał, jak Maurycy de Blangy nachylony, starał się przekonać wszelkiemi możebnemi sposobami mniemaną Angielkę o prawdziwości słów swoich, lecz ta krótko odpowiadając, poruszała znacząco główką, pozostając obojętną na jego pochlebstwa.
Doszedłszy do ganku, złączyli się z towarzyszami młodego de Blangy i wszyscy razem znikli w przedsionka zamku, udając się do salonu.
Polowy zacisnął pięście.
Tamto ludzie szczęśliwi, panowie, którym wszystko wolno, a młoda dziewczyna zmuszona ich słuchać, nadstawia z przyjemnością ucha na pochlebne słówka, nagabywana zapewne ofiarami szerzącemi zepsucie, jak on złotem markiza!
Miałażby być mniej wrażliwą na przyjemności, za któremi on wzdychał całą mocą swej dzikiej i egzaltowanej natury. Była tak piękną, możnaż więc jej czego odmówić? To co usłyszał, potwierdziło jego rozumowanie.
— Niczego nie zaniecham, aby panią zdobyć — powiedział Maurycy.
Czegóżby nie dokazał, on, syn milijonera, któremu niczego nie odmawiano, spadkobierca olbrzymiej fortuny miałżeby nie zdobyć í olśnić młodej dziewczyny?
A on, oczarowany i zaślepiony nadzieją przypodobania się, stał się zbrodniarzem, ofiarowując jej wolność i bogactwo!
Sto tysięcy franków! Bajeczna i ogromna suma, lecz w porównaniu z majątkiem rywala malała do nieskończoności. Czemże były wobec posiadłości de Blangy, zajmującej trzy mile gruntu, lasów, stawów, folwarków i winnic, oprócz majątku markiza w papierach wartościowych!
Zgnębiony takiem porównaniem Jan Rigaud pozostał na swem miejscu, nieruchomy z oczami krwią zabiegłemi mierząc ze spokojem zwierzęcym trudność swego położenia, zadając sobie pytania, jakim obrotem lub sposobem zrównać szanse tej nierównej walki, z której nie myślał ustąpić.
Chwilami wytryskała myśl, wywołująca fałszywy uśmiech i groźne spojrzenia.
Bezwątpienia, markiz był jego spólnikiem w zbrodni nad Stawem Neuf, lecz aby go oskarżyć musiałby się sam narazić, któżby zresztą uwierzył nielogicznej bajce, aby człowiek możny, bogaty, szanowany, mógł należeć do spisku na życie przyjaciela domu. Posądzonoby go o szaleństwo i umieszczono w domu warjatów.
Przeszła mu myśl zagrożenia zdradzenia markiza, aby dostać więcej nad obiecaną sumę, lecz honor bandyty, dotrzymującego słowa, nakazywał wziąć tylko tyle, co mu się należało.
Polowy był raczej wilkiem a nie lisem, z instynktami zdradzieckiemi i podłemi.
Upewniony, że park opustoszał i goście markiza weszli do salonu, wyszedł ze swej kryjówki, zdążając pod okna zamku, party nieprzezwyciężoną żądzą zobaczenia kobiety, pociągającej jak magnes.
Gdy doszedł do zagajenia zdobnego krzewami jesiennych kwiatów, balsamin, astrów, georginij i malw, uszu jego doleciały dźwięki lekkiego walca.
Niezamknięte okiennice i lekkie podniesione firanki dozwalały dojrzeć wnętrze wielkiego salonu, gdzie rozpoczynano tańce.
Jan Rigaud, przyparty do muru, zoczył od razu przedmiot swych marzeń, Miss Ellen, grając na fortepianie, prowadziła rozmowę z Maurycym de Blangy, wspartym na poręczy krzesła.
Światło lampy, padając na twarz młodej kobiety, ożywionej i rozweselonej, ukazywało cudowny profil jej twarzy, a oczy pełne łagodności i ognia, zdały się zagłębiać w oczach adoratora, potakując główką jakby na znak przyzwolenia na stawiane propozycyje.
Nie czyniła mu więc wyrzutów, udanych może w parku, gdzie wiedziała, że Rigaud, ukryty, mógł usłyszeć każde słowo ich rozmowy.
— W salonie walcowano. Panna de Blangy wsparta na ramienia swego konkurenta, Gastona de Brazey, uśmiechając się niewinnie, oddawała się z przyjemnością rozkoszy tańca. Myśl jej jednak błądziła w dalszych okolicach i nie Gaston de Brazey był jej przedmiotem.
Jan Rigaud, wpatrzony, pożerał wzrokiem angielkę, upojony jej pięknością, wściekły z gniewu i niemożności odparcia rywala.
Po walcu Miss Ellen Vanbury pozostała jeszcze na miejscu, prowadząc dalej rozmowę ze swym sąsiadem, przerwaną dopiero zbliżeniem się jednego z panów, który pragnąc wyręczyć nauczycielkę, rzucił znaczące spojrzenie Maurycemu de Blangy i zaczął grać preludyja do kadryla.
Młody de Blangy skłonił się nauczycielce i oboje puścili się w wir ugrupowanych par.
Przechodząc koło okna, spojrzała w stronę, gdzie stał Jan Rigaud. Dostrzeżony odrazu przez Magdalenę polowy, zanadto był rozgorączkowany, by mógł to zauważyć.
On tam był szpiegując ją, zazdrosny, groźny. Odgadła miotające nim uczucia. Starała się też podrażnić je całemi siłami.
Widział ją wspartą na ramieniu tancerza, zadowoloną i uśmiechniętą, ukazującą dwa rzędy prześlicznych zębów, pomiędzy purpurowemi ustami i o zgrozo! uśmiech ten był tryumfem jego rywala.
O g. 11, na znak dany przez gospodynią domu, goście zaczęli się rozchodzić.
Maurycy de Blangy i Jan Rigaud odeszli obaj, każdy pod wrażeniem odmiennych uczuć, lubo pochodzących z jednej przyczyny.ł
Mody de Blangy, ściskając silnie rączkę angielki w ostatniej figurze kotyljona, pomyślał:
— Jeszcze czas jakiś, a będzie moja! Jeśli się oprze, tem gorzej, poślubię ją!
Jan Rigaud z duszą zgrzybiałą z zazdrości, blady, z rysami zmienionemi, oczami zaszłemi żółcią, powrócił do siebie, zamyślony i zdecydowany na wszystko.
— Jutro! Przyjdzie! Kocham ją, pragnę jej! Zobaczymy... Biada temu, kto mi stanie na zawadzie.
Znasz czytelniku wielkie wiejskie chaty, gdzie, zdala od zgiełku i namiętności miast, człowiek prowadzi życie spokojne i pracowite, przerywane niekiedy wypadkami: ślubu, narodzin lub śmieci? Ludzie w nich żyją jak zegary, których wagi, naciągnięte co rano, zdążają ku schyłkowi dnia, zniżając się do kresu.
Spędziwszy tam dni kilkanaście, powróć choćby w lat 20, a poznasz każdego, tak i twarze ich mało się zmieniają.
W Jonceray wszystko szło właściwym trybem.
Nazajutrz po rozmowie Jana Rigaud z nauczycielką, ziszczającą jego nadzieje, koło 10 z rana, stara Marion, nakrywała do stołu w dużej sali, koło kuchni.
Sala ta nie wyglądała zbytkowniej od pokoju służących, lecz podłoga świeżo zaprawiona, sprzęty miejskie zastawione fajansami, krzesła z drzewa wiśniowego i stół okrągły, świeciły się od czystości.
W głębi, pomiędzy oknami, duża szafa, założona bielizną, roztaczała woń świeżej lawendy.
Jakim był dom Wincentego Arbaud przed 20 laty, takim pozostał pod despotycznemi rządamı Bouraille’a. Dawne służące pozostały na swych stanowiskach.
Marion rządziła domem; nakrywszy w tej chwili na jedną osobę, zajrzała do pieca, zastawionego półmiskami na śniadanie.
Marion podstarzała, zgarbiona i niezadowolona, troszczyła się o dzieci, nieobecną Magdalenę i Filipa, bawiącego w Pougny, smutnego i skrzywionego jak środa na piątek. Powodu nie wyjawiła nikomu.
Marion wyszedłszy za drzwi dla zwiedzenia podwórza, spotkała się z wysokim starcem, chudym, żółtym, opalonym, w kapeluszu spłowiałym na potarganych włosach i torbą skórzaną na plecach.
— To ty, Calorgne’ie? zapytała Marion, znajomego nam pasterza.
— Przecież nie mój duch..
— Czego chcesz...
— Śniadania, odpowiedział, wydobywając z torby naczynie blaszane z pokrywką.
— Nie powrócisz na południe?
— Nie... dni są coraz krótsze... Trzeba korzystać ze słońca...
— Masz słuszność.
— A co mi dacie? zapytał węsząc zapach smacznych potraw stojących na piecu.
— Kawałek słoniny.
— O mam jej już dosyć. Dziękuję.
— Może chcesz fasoli?
— Dziękuję.
— Sałaty?
— Dla śmiechu chyba mówisz to, moja dobra Marion, rzekł pasterz z gestem pogardy. Wiesz, że nie jestem roślinożernym.
Marion poszła do śpiżarni, ukrajała dwa kawały z uda baraniny, a oddając je pasterzowi, zapytała:
— A zjesz to?
— O to, to smaczny kąsek. I owszem. Przecież to zgroza objadać tak tych biednych wychowańców.
— Niby cię to obchodzi, że to kosztuje, stary krokodylu, mruczała służąca.
Calorgne zapakowawszy kawałki baraniny w blaszane pudełko, dołożył pół bochenka chleba do torby szykował się do wyjścia, gdy w tem zatrzymał się na progu, jakby coś sobie przypominał.
— A to nakrycie dla kogo? zapytał, zobaczywszy przez drzwi od sali, roztwarte na oścież.
— Dla kogo? dla naszego biednego młodego pana.
— Sam jeść będzie?
— Zapewne, chyba, że ciebie poprosi Calorgne’u.
— Nie byłbym gorszym od innego towarzysza. Zresztą wyświadczyłem mu dziś małą przysługę.
— Ty?
— Tak. Zabił ładną kuropatewkę, o jakiej nawet nie myślał.
— Gdzież to?
— Wałęsałem się po polu Benoît. Pies stanął... nie zwrócił uwagi. Wiesz czem się zajmował? Czytał list jakiś, Musiałem mu powiedzieć: „Niechaj panicz strzela!“ I nie spudłował... Gdybym nie ja, żyłoby jeszcze biedactwo... Pan Filip czegoś taki smutny, moja dobra Marion.
— Niestety!
— A o siostrze jego, naszej dobrej pannie Magdalenie, nic nie słychać?
— Niestety dodała Marion, załamując ręce, odwróciwszy się, aby ukryć wzruszenie.
— Nie ma żadnych wiadomości?
— Żadnych.
— To dziwne, doprawdy dziwne, rzekł pasterz, potrząsając głową. Czy pamiętasz Marion, ów dzień wesela, młodej pani, matki panny Magdaleny, przepowiedziałem nieszczęście.
— Ah! ty przebrzydły czarowniku!
— Nie jestem czarownikiem, Marion tak samo jak i ty... głupstwo, czary tam jakieś, lecz mam węch, rzekł dotykając końca trędowatego nosa.
— Tak, tak, rozumie się odpowiedziała służąca, aby się go pozbyć; no idź już, idź... do swych zajęć.
— Powiedz Marion, nie masz tam gdzie resztki wina choćby na dwie butelki? a wydobywszy flaszę z dyni uderzył w nią ręką, ukazując, że jest pusta.
W moim wieku woda nie jest zdrową, a winnice w Jonceray dostarczają wina dosyć rocznie.
Służąca poszła do kuchni, dając mu znak, by szedł za nią.
— Jak cię psuję, dodała, odkorkowując pełną butelkę. Ta, była na śniadanie dla pana Filipa.
— Musi być najlepsze!
— Naturalnie. Biedny chłopiec ma tylko tę przyjemność, że mu się dogadza ile można.
Zawartość butelki znikła w flaszy Marcina Calorgne’a.
— Dziękuję ci moja kochana. Z takim zapasem dzień spędzi się wesoło. A ojczulek Bouraille? nigdy go nie widać.
— Bardzo rzadko przynajmniej.
— Zadziwiające, on co każdego ranka przyłaził w nasze strony.
— Wyjechał.
— Bach! on, co tak lubi w domu siedzieć.
— Tak.
— Odkąd?
— Od tygodnia, za interesami.
— Za interesami, czyż je ma jakie?
— Idź, do swych owiec, Calorgne’ie. Tracimy czas nad niczem... Czyż ja wiem jakie interesa może mieć pan Bouraille?
— Hm! hm! chrząknął Calorgne podejrzliwie, dom w Jonceray więcej go obchodzi niż jego własny. Zobaczymy coś nowego... Tak jak jest nie pozostanie... Coś czuć w powietrzu Marion!
— Daj mi święty pokój.
— Tak, zobaczymy i to nie długo!... wtrącił Calorgne, ściągając swe obwisłe wargi... Coś się kluje!...
— No, dobrze, dobrze!
— Do widzenia Marion, nie gniewaj się, moja dobra! Jak się chmury gromadzą, muszą powietrze rozsadzić.
— Co za gaduła!
— Dziękuję ci, Marion. Młody pan czyta listy cały dzień... pisarz objeżdża drogi... To nie po naszemu!
— Przestaniesz raz przecie?
— Już idę. Jednak dobrze człowiekowi mając taką dobrą gospodynię jak ty, Marion, takich panów jak nasi!
— O! co do panów, Calorgne’ie, to ci nie zaprzeczę. To mało takich na świecie! Do widzenia, do wieczora.
— Do wieczora. Marion!
Odszedł pasterz kulejąc, odwiązał psa, otworzył drzwi owczarni, wygnał owieczki, a uderzając kijem po torbie przeszedł podwórze z dwustu owcami, pchającemi się za nim. Popędziwszy swe stado na ugór, usiadł na kamieniu.
Znów jakieś nowe matactwo pomyślał.
W tejże właśnie chwili nadszedł pisarz, z rozjaśnionem obliczem.
— Dobry dzień, panu Bouraille’owi, rzekł pasterz, pokłoniwszy się.
— Dzień dobry, Calorgne’ie.
— Pan wraca z podróży, jak mówią?
— Tak, dziś rano.
— Jak się panu droga powiodła?
— Nie zupełnie dobrze.
— Lecz i nie źle, jeżeli można sądzić z dobrej miny. Pan do nas na śniadanie?
— Tak. Pan Filip jest tam?
— O i nawet zabił dziś ładną kuropatewkę.
— Tem lepiej.
— Niechaj pan popatrzy na nasze owce! W całym departamencie nie ma piękniejszego stada.
— Prawda. Do widzenia, Calorgne’ie.
— Dobry człeczyna, w wyśmienitym humorze, pomyślał Calorgne, patrząc za oddalającym się.
Wkrótce pisarz stanął w Jonceray.
Stara Marion spostrzegłszy go, wydała okrzyk radości.
— Ach! nareszcie, przybywa... Tęschniliśmy za panem. Nasz młody pan uraduje się.
— Ja także rad jestem z powrotu, Marion. Wielka to przyjemność powrócić do swego kąta i przyjaciół. Co tam pitrasicie?
— Co pan chce. Jest potrawka z baraninki z fasolką.
— Doskonale.
— I kaczka pieczona!
— I owszem, kaczka z dobrą butelką... tylko prędko! Siarczyściem głodny, zgłodniały jak wilk. Pośpiesz się Marion.
— Moniko! — zawołała stara.
Monika, wiążąca warzywo w ogrodzie, przybiegła czemprędzej i pośpiesznie zajęła się przygotowaniem śniadania.
Monika była to dziewka do pomocy w gospodarstwie.
Pisarz tymczasem obszedł wokoło zabudowania w Joncaray. W cieniu drzewa orzechowego spoczywał jego pupil, rozłożony na trawie, z listem w ręku, przy nim wyżeł i fuzyja.
Pisarz zbliżył się znienacka, aby go przestraszyć, lecz lekkie poruszenie zwróciło uwagę młodego człowieka. Złożył list i szybko wsunął go do kieszeni.
Bouraille, zajęty swemi myślami, nie dostrzegł tego ruchu.
Uściskał z ojcowską serdecznością swego wychowańca.
— Chodźmy na śniadanie! — rzekł pisarz.
Nie wspomniał Filipowi ani o podróży, ani o tem, co zrobił. Bouraille dotrzymał słowa.
Powracał z Hiszpanii, gdzie wywiadywał się z przezornością i ostrożnością, o czem pragnął zasięgnąć wiadomości. Zwiedził miejscowość, w której Filip Valencourt brał ślub.
Niektórzy starsi ludzie przypominali sobie tę historyją, a przy tem otrzymano wiadomości o zakrystyjanie. Oprócz tego jeden z jego kolegów, pisarz z dużej wsi, dość inteligentny i uczciwy, przyobiecał mu więcej szczegółów z tej tajemniczej ceremonii. Należało więc być cierpliwym, zaczekać kilka tygodni, miesięcy może.
Bouraille kochał swych wychowańców, pragnął więc zadowolnić ich platonicznie, aby przytłumić oburzenie dzikiej duszy Magdaleny i złagodzić smutek Filipa.
Śniadanie przeszło wesoło.
Przy końcu nadeszli przyjaciele, poborca idący na polowanie, proboszcz pragnący zwiedzić winnice.
Po śniadaniu Bouraille chciał odejść, lecz Filip wziął go na stronę, mówiąc:
— Potrzebuję wyjechać. Powrócę jutro wieczorem, zapewne dość późno.
— Gdzie jedziesz? — zapytał pisarz zdumiony.
— Do przyjaciela... w okolice Citeaux, odrzekł młody człowiek, czerwieniąc się.
— Nigdyś mi nie mówił o tej znajomości.
— Poznałem się w Allevard.
— Czem pojedziesz?
— Konno, na Anetce. To podróż najwłaściwsza.
— Zapewne... dla młodego człowieka.
Anetka była to młoda klacz, chuda i nerwowa, o karku cienkim i długim, jedno z tych niezmordowanych zwierząt, zawsze dobrej miny, nie pozostawiające nigdy jeźdźca w kłopocie?
— Kiedy jedziesz? — zapytał Bouraille.
— Zaraz.
— Dobrze... Jak się nazywa twój przyjaciel?
— Prosper Gendrot, — z trudnością wybąkał Filip, brzydząc się kłamstwem.
— Rolnik?
— Nie, uczeń medycyny, jak ja. Rodzice jego mają swą własność.
— Citeaux, bogata okolica! Koń twój gotów?
— Gotów.
— Szczęśliwej podróży.
— Dziękuję.
— O dom bądź spokojnym, wszystko dobrze idzie. Jeżeli cię twój towarzysz odwiedzi, nie zawstydzisz się, znajdzie się również wygodnie jak u siebie.
Uściskali się i rozeszli każdy w swoją stronę. Bouraille powrócił do Pougny; potrzebował uporządkować papiery. Przybywszy do pierwszych domków miasteczka, usłyszał za sobą tentent konia. To jego pupil doganiał go na Anetce.
Pięknie wyglądał w swych długich butach, wolnej kurtce, krawacie niedbale zawiązanym, miękkim kapelusza na czarnych jak kruk włosach z czarnemi wąsikami i przenikliwemi, lubo łagodnemi oczami.
Poczciwy człowieczyna, dumny ze swego pupila, przestał mu ukłon.
— Piękny chłopiec wyszeptał Bouraille, prowadząc za nim wzrokiem.
Mała klacz przeszła miasteczko umiarkowanym krokiem, skręciła na lewo, ruszając żwawo najkrótszą drogą do Citeau’a.
Filip Arbaud skłamał i to po raz pierwszy w życia.
Lecz czyż wolno mu było zdradzić, nawet przed Bouraille’m swym najlepszym przyjacielem, istotę pokładającą w nim całe swoje zaufanie. Znamy treść ostatniego listu, pisanego przez Teresę de Blangy.
Był krótki, zawierał głównie proźbę o przybycie młodego człowieka na umówione miejsce.
Przez cały tydzień walczył i zastanawiał się nad danym rozkazem.
Od powrotu z Allevard, obraz młodej dziewczyny prześladował go bezustannie. Z nadludzkim wysiłkiem zmusił się do przesłania lodowatej odpowiedzi, którą panna de Blangy została tak poirytowaną.
Sumienie wyrzucało mu słabość charakteru, że poddając się wdziękom Teresy, czuł, że serce ciągnęło go do tej, która winna była pozostać nieprzyjaciółką, za cierpienia zmarłej tragiczną śmiercią matki.
Codzień przyrzekał oprzeć się prośbie, zerwać raz na zawsze nić pociągającą za sobą ciężkie zmartwienie dla jednej i drugiej strony, lecz co postanowił wieczorem, zmieniał nazajutrz.
Czem bliżej do schadzki, tem bezsilniejszym się stawał. Nakoniec zadecydował, iż byłoby niegodziwością nie stawić się na wezwanie nieszczęśliwego dziewczęcia, i postanowił wykazać jej niemożebność serdeczniejszych stosunków przyjaźni między nimi, przeszkody jakie ich dzieliły, odwołać się do rozumu i zdrowszych poglądów.
Tego rana jeszcze, gdy Calorgne spotkał go błądzącego po lesie, a Bouraille zamyślonego pod drzewem, nie był pewien co postanowi; lecz kiedy pozostał mu tylko czas, niezbędny do przebycia przestrzeni rozdzielającej go od Teresy, gorączkowa żądza owładnąwszy nim zmusiła do niezwłocznego wyjazdu.
Głos wewnętrzny mówił mu, że panna de Blangy oczekuje go, pragnie się z nim widzieć, a jednocześnie czuł potrzebę zobaczenia tej wątłej i anielskiej istoty, choćby dla przekonania się naocznie o stanie jej zdrowia, nie oparł się też, a dosiadłszy wytrwałej klaczy, popędził do celu swych marzeń.
W drodze zastanawiał się nad popędem unoszącym go do przedmiotu ukochanego!
Miałżoby to być występek, poddawać się uczuciu wzajemności, pociągającemu ich do siebie? Czyż można ich było winić za miłość a nie nienawiść, jak żądała matka?
Mężczyzna dosiadłszy konia, mimowoli przekształca się w rycerza, szczególniej gdy bodźcem jego młodej i rozgorączkowanej wyobraźni jest siła i miłość. Filip na Anetce stał się biednym rycerzem, brakowało mu tylko miecza u boku.
Nasz junak miał długą drogę przed sobą, lecz obrachował czas i wytrwałość swej klaczy. Jonceray od Blangy rozdzielała przestrzeń osiemnastu mil. List wzywał go na dziewiątą.
Niespodziewane zjawienie się Bouraille’a opóźniło wyjazd młodego doktora, należało powetować stracony czas.
Po pierwszym popasie przebył z Besançon za Longecour. Anetka nie zdawała się być zmęczoną.
Filip przypomniał, iż dni października coraz krótsze, a za Langecour pozostaje gęsty las i wysokie pagórki do przebycia. Przed wieczorem należało je przejechać, popędził poczciwe zwierzę, które też ruszyło galopem.
W kwadrans po szóstej stanęli w la Croix-Blanche. Pan zasiadł przy stole dotykając zaledwie potraw mu podanych, lecz z chęcią zabrał się do starej butelki burgundzkiego; klacz pochłaniała zapas owsa, w który podróżny wlał pół butelki wina również dobrego, jak to co sam pił.
Anetta, wdzięczna za ten poczęstunek, rżała radośnie, upewniając o wytrwałości do końca podróży. Wpół do dziewiątej, klacz i pan, stanęli na podwórzu oberży wiejskiej w Bois-Joubert. Konia wprowadzono do stajni, właściciel, nie pytając o drogę znikł, uprzedziwszy chłopca, że wkrótce powróci i prosi przygotowanie pokoju.
Wychodząc z miasteczka zastanowił się.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, dwadzieścia siedem lat przedtem, ojciec jego Filip Valencourt, wydostawał się z zamku do Blangy, aby dotrzeć nocą do małego pawilonu w Bellemare.
Z Bois-Joubert do Blangy pozostawało zaledwie trzy kilometry do przebycia.
Noc oddawna zapadła, droga była ciemna, młody człowiek błądził wśród lasu; dreszcz przejął zakochanego.
Lecz imponujący wielkością zamek de Blangy, wyłaniał się z zarośli, Filip przyglądał mu się ze wzruszeniem.
To tam żył jego ojciec, tam spędził swą młodość, tam to markiza ukrywała starannie portret, zwracający uwagę Teresy.
Filip dziwił się, iż nie przyszła mu dotąd myśl zwiedzenia tej okolicy pełnej wspomnień bolesnych i serdecznych zarazem.
W miarę jak się zbliżał do wsi de Blangy, ściśnięte serce tamowało mu oddech.
Nakoniec wydostał się z lasu a ze skraju onego dojrzał niskie domki w pośrodku których, odznaczała się wysoka wieża, otoczona szklanną, dużą banią, odbijającą od ciemnego tła obłoków. Wkrótce znalazł się w obszernej alei, wysadzonej trzema rzędami drzew, tworzących nieprzejrzyste sklepienie. Tą drogą podążył szybko do cmentarza, otoczonego murem dwustopowym.
Godzina umówiona zbliżała się; zakochany przeskoczył mur, a prowadzony jakby proroczym głosem, doszedł do kościoła wznoszącego się w pośrodku, zkąd już łatwo odnalazł małe drzwiczki na wpół roztwarte, otoczone bluszczem i klematycją.
Nieśmiało podszedł ku nim, i nagle uczuł dotknięcia ręki, a głosik słaby popłynął jak szmer strumyka.
— Filipie, czy to ty?
Schwycił podaną sobie rączkę, która go wciągnęła za furtkę ogrodu.
— Jakże ci mam dziękować, żeś przyszedł. Co za przyjemność sprawiłeś mi.
Wzruszenia nie pozwoliło mu i słowa wymówić.
— Chodź — rzekła Teresa, — nie obawiaj się niczego. Po obiedzie udałam chorą i oddaliłam się do mych pokoi. Zuzanna strzeże mego pokoju... wiesz, Zuzanna, znasz ją... Jestem więc swobodną i wolną choć na chwil kilka.
Nastąpiły tysiączne pytania; jak przybył, którędy jechał, jak upozorował swą nieobecność w domu.
— Doprawdy gdyby nas kto podsłuchał — mówiła dalej — przypuściłby Bóg wie co złego. Sumienie jednak mam zupełnie spokojne i przysięgam ci, że nic nie mam sobie do wyrzucenia.
Postąpili kilka kroków dalej.
— Tędy chodzimy na mszę — tłómaczyła mu Teresa. Często chodzę tą drogą. Ludzie z naszej wsi są dobrzy i pracowici... Lubię rozmawiać z niemi i dla tego codzień tam idę.
— Usiądźmy, — rzekła wskazując na ławeczkę przy końcu alei, musisz być bardzo zmęczonym. Dwadzieścia mil! Lecz byłam niespokojna, zmięszana! Dla czego wspominasz o smutkach, strasznej przeszłości... przeszkodach do niepokonania?... Czy istnieją jakie?... Jakąż mi wyrządziłeś przykrość? Jeżeli to tajemnica i nie możesz mi zaufać, zachowaj ją sobie... Chciałam ci dać pojęcie o stanie mej duszy. Potem postąpisz, jak będziesz chciał.
Od podróży do Allevard, stałam się poważną. Ułożyłam plan na przyszłość, nieprawdaż co za butne wyrażenie w mych ustach?
Filip zaprotestował.
— Pozwól mi dokończyć. Nie postąpię przeciw woli mych rodziców, lecz ci wyznaję, że nigdy się więcej do nikogo nie przywiążę, jak do ciebie. Pragnę abyś pozostał mym przyjacielem! Nie proszę cię o nic więcej! Z tak wątłem jak moje zdrowie, nie myśli się o zamążpójściu. Lecz Filipie — mówiła coraz bardziej się ożywiając — straszniejszą nad śmierć byłaby myśl, że mnie nienawidzisz, że masz coś do mnie... skoro nie darzysz mnie przychylnem słowem by mnie pocieszyć. Są to mrzonki może, lecz same mi się narzucają. Ja żywię dla ciebie wielką sympatyją serdeczną i szczerą przyjaźń. Jedynem mem pragnieniem, byś podzielał to uczucie... Oto czego żądam... Czyż to zawiele?
Zamyśliła się.
— Posłuchaj mnie jeszcze. Nie mówię ci o miłości. Będę otwartą aż do końca. Być może, iż przyjaźń moja ukrywa jej zaród, nie zaprzeczę, lecz i wiedzieć nie chcę. Wiem tylko, że zostanę bez zarzutu, i jeżeli mam tak wcześnie przejść próg wieczności, żaden wyrzut sumienia nie zatruje mi chwil ostatnich, lecz jeżeli Bóg dobry użyczy mi zdrowia — o które Go gorąco błagam, myśląc o tobie — przysięgam ci na te dyjamenty, rozsiane po niebie, że najwyższem mem szczęściem pozostać twoją, poślubić cię, gdyż, nigdy, nigdy nie będę należeć do kogo innego! — Spojrzała na gwiazdy, jakby biorąc je na świadki swej przysięgi.
Gorące łkania przerwały jej mowę. Podniosła się z ławeczki, uprowadzając swego towarzysza.
— Chodź. Cóż ci mam więcej powiedzieć? Wyznanie to paliło mi usta. Teraz oddycham swobodniej. Słuchaj, tam się bawią, rzekła, wskazując ku stronie zamku. Ta wrzawa bezustanna męczy mnie i przygniata.
Z tobą, podobałaby mi się może. Bez ciebie staje mi się wstrętną obrzydłą. Lecz muszę ci powiedzieć: ciąży tu jakaś tajemnica i skryta boleść szczególniej w sercu mej matki. Jaka ku temu przyczyna? — nie wiem, lecz czuję, że istnieje. Dla mnie jedynem szczęściem jest myśl o tobie. Gdy cię porównywam z innymi, Filipie żaden nie wart ciebie, dusza moja do ciebie ulata. A ty ją nienawidzisz?
— Nie, nie, to jest niepodobieństwem, — odrzekł.
Podziękowała mu spojrzeniem pełnem czułości.
— Przechodziłeś, Filipie, wielkie zmartwienia? — zapytała.
— Bardzo ciężkie.
— I myślisz o nich jeszcze?
— Nie mogę ich zapomnieć.
— Kto, czy co ich przyczyną?
— Nigdy ci nie powiem.
— Dla czego?
— Po co zakłócać twój spokój!
— A gdybym koniecznie zażądała?
— Błagam, nie przypominaj mi.
— Czy przyjaźń twoją mam tem okupić, Filipie? — zapytała, wsparłszy rękę na jego ramieniu, patrząc mu tkliwie w oczy.
— Tak.
— Jestem pewną twego honoru.
— Nie o mój chodzi.
— Nigdym o nim nie powątpiewała. Przyrzekasz mi przyjaźń.
— Najsolenniej.
— Zupełną.
— Tak.
— I na zawsze, przynajmniej dokąd na nią zasługiwać będę?
— Tereso!
— Wierzę w twą szlachetność, Filipie, pokładam całą mą wiarę w tobie, a być może, że nadejdzie chwila, w której wolni oboje połączymy się na wieki. Przysięgam ci, że czekać będę jej. Jeżeli mnie choć cokolwiek kochasz, uściskaj mnie Filipie i niechaj nam Bóg dopomoże.
W uniesieniu miłosnem schwycił ją w swe objęcia, a usta ich złączyły się w wspólnym, gorącym, pierwszym pocałunku.
Uniesiona radością, upojona szczęściem Teresa pozostała chwil kilka, zapominając gdzie się znajduje, przyszedłszy zaś do siebie rzekła z anielskim uśmiechem:
— Jesteśmy zaręczeni!
Zwolna posunęli się ku drzwiom małej furtki, pora odjazdu zbliżała się.
Nie rozmawiali z sobą więcej, jednak rozumieli się. Dusze ich rozbrzmiewały jednością tonów.
— Do widzenia! — rzekła. — Dodałeś mi odwagi... dziękuję ci. Głos mi jakiś mówi, żem dobrze postąpiła. Długo nie puszczał drżącej milutkiej dziewczyny; rozstawał się, nie mogąc wymówić słowa więcej. Rozumiał, że ich związek naprawi złe, spełnione przez innych.
Teresa została aniołem pojednania, tak myślał Filip, lecz był ktoś drugi, nie podpisujący tej ugody, a ta była siostra Filipa, Magdalena.
O północy młody człowiek powrócił do ubogiej oberży w Bois-Joubert. Słodki głos młodego dziewczęcia, przenikliwe jej spojrzenie ujęły za serce zakochanego i noc całą śnił, jakoby na nią patrzał i jej słuchał.
Magdalena oczekiwała godziny umówionej na wizytę u Jana Rigaud, z wielką niecierpliwością.
Odtąd przestała się obawiać człowieka, wywierającego na niej wraże- nie niespodzianie napotkanego gadu, przejmującego ją wstrętem i obrzydzeniem.
Czuła się wzmocnioną, winszując sobie wypowiedzenia wojny Franciszkowi Valencourt na jego własnem terytorjum.
Dzięki tajemniczemu poświęceniu się Josona Kerhoël, spodziewała się zwalczyć wszystkie przeszkody.
Od pierwszej chwili przybycia do Blangy, podsłuchawszy rozmowę adwokata i markiza, oburzona jeszcze silniej postanowiła dążyć do przedsięwziętego celu, wtajemniczając się w najdrobniejsze szczegóły.
Tragiczna śmierć adwokata rzuciła nowe światło na wypadki.
Joson i nauczycielka mało co z sobą rozmawiali lecz jednem spojrzeniem porozumieli się, gdy Bretończyk miał coś nowego do zakomunikowania swej protegowanej, i ukradkiem znienacka zeszedłszy się opowiadał młodej kobiecie, czego się dowiedział. Zachowanie się Jana Rigaud po powrocie od stawu Neuf, jego zmieszanie, papiery pośpiesznie ukryte w domku, nic nie uszło uwagi kamerdynera.
Magdalena powiadomiona o wszystkiem postanowiła wyzyskać położenie. Liczyła na wyznanie Jana Rigaud, jak panna de Blangy liczyła na swego przyjaciela Filipa Arbaud.
Cóż jednak za różnica w ich uczuciach? Teresa kochała do uwielbienia, Magdalena nienawidziła na śmierć.
Podczas objadu uczennica i nauczycielka były zarówno wzburzone, tylko, że Angielka potrafiła opanować wzruszanie, nie zmieniając wyrazu swej marmurowej twarzy.
Odejście panny de Blangy przy końcu objadu, posłużyło za powód usunięcia się i miss Vanbury. Zaszła do swego pokoju, włożyła czarny płaszczyk na wieczorową, lekką, kremową suknię, wyjęła z zamkniętej szafy mały trójsieczny sztylecik, z hebanową rękojeścią w stalowym futerale, wsunęła go do kieszeni, a zarzuciwszy koronkową chusteczkę na blond włosy, zbiegła bocznemi schodami do parku.
O tej godzinie, najgłębsza zalegała cisza. Służący w kuchni, państwo w salonie lub fumuarze. Park od strony zabudowań zupełnie pusty, nikogo w alejach wiodących od zamku do kościoła, gdzie właśnie podążała panna de Blangy na spotkanie ukochanego.
Jednak nauczycielka miała się na baczności. Stawiała wielką wygraną na tę kartę. Jakiżby to był wstyd, gdyby ją spotkano wchodzącą do polowego. Na palcach, przeskakiwała z krzaku na krzak, nadsłuchując jak przestraszona sarenka, śledząc wylęknionym wzrokiem światło w domku, do którego miała wejść; dostrzegłszy je w małych szybkach okna, zasłoniętego wielkim drzewem, podeszła bliżej.
Jan Rigaud oczekiwał ją. Polowy rozstawał się z nią w przeddzień, w dziwnie rozstrojonem usposobieniu, zelektryzowany, zachwycony, upojony, pięknością młodej i eleganckiej kobiety, pożerany gorącą żądzą, przestraszony, zainteresowany czemś cudownem i nadnaturalnem.
Kto była ta młoda dziewczyna, odgadująca tajemnicę, której nikt jej nie wyjawił.
Kto jej odkrył występek i powody onego, gdy tylko on jeden i markiz, na którego rozkazy spełniono go, byli wtajemniczeni.
Jaką moc czy siłę posiadała nad nim, że straciwszy przytomność nie zaprzeczył jej, pozostawszy odtąd w ręku kobiety, dzięki miłości, którą go tyranizowała.
Sama decydowała się przyjść, stawiając czoło niebezpieczeństwu na jakie się wystawiała. Zkąd tyle odwagi i śmiałości?
Jan Rigaud, oczarowany, olśniony, zachwycony stał przy oknie oświetlonem jedną świecą, wpatrzony w trawnik rozpościerający się przed domem. Nareszcie dostrzegł sylwetkę nadzwyczaj eleganckiej kobiety, oglądającej się po za siebie, aby się upewnić, czy jej kto nie śledzi.
Jan Rigaud drżącą ręką otworzył drzwi:
— Czy to pani?... zapytał stłumionym głosem.
— Tak. Proszę zamknąć okiennice, rozkazała Magdalena, wchodząc krokiem pewnym. Nie chcę aby nas widziano, lub słyszano.
Jan Rigaud spełnił rozkaz.
Odwróciwszy się oniemiał na widok, jaki mu się przedstawił.
Magdalena zdjęła płaszczyk, a mantylkę zsunęła do wpół. Czarna koronka opadła na ramiona odkryte, gołe ręce wsparła na futerku od płaszczyka, niedbale zarzuconego na wiejskim stole.
— Proszę siadać, rzekła wskazując na krzesło, stojącemu przed sobą, osłupiałemu z zachwytu Janowi Rigaud. Mamy z sobą do pomówienia. Czas jest drogi. Nie jesteśmy wolni ani pan, ani ja. Kiedyś, zmieni się to, na razie należy rządzić się rozsądkiem. Nie chcę się skompromitować. Mam chęć i dopnę jej, aby pozostać w tej rodzinie, przyłączyć się do dramatu, któregoś pan narzędziem, panie Janie Rigaud.
Polowy zbladł.
— Coś mi wczoraj powiedział?... Że mnie kochasz, nieprawdaż? że to dla mnie dałeś się skusić przekupującemu tysiącami innych sumienie? że bogactwa okupionego krwią tego nieszczęśliwego pragnąłeś także tylko dla mnie?
Czy to prawda?
Jan Rigaud zawahał się.
— Proszę być szczerym — odrzekła tonem rozkazującym Magdalena — wiesz, że ze mną nie potrzebujesz się niczego obawiać. Gdybym cię chciała zdradzić, nie przyszłabym tutaj, zdając się on twą łaskę?
— A więc tak, prawda — jąkał polowy, podbity tym urokiem, składem ust, blaskiem oblicza.
— Więc mnie kochasz!
— O tak!
— Należy dać dowód.
— Jakiego pani żąda?
— Wyznania prawdy.
— Czyż jej nie powiedziałem wczoraj?
— Niezupełnie. To, do czegoś się przyznał Rigaud, jużem o tem wiedziała. Dziś wieczór powiesz mi o czem jeszcze nie wiem.
— O czem?
— Masz papiery... te któreś odebrał od utopionej twej ofiary...
— Ja!
— Ty!
— Kto pani to powiedział?
— Nikt. Wiem nawet o całej historyi tego morderstwa. Daj mi te papiery. Chcesz abym powiedziała co one zawierają?
Polowy nie poruszył się, oczy tylko niezmiernie mu się powiększyły. Nie był ani niedowiarkiem ani przesądnym. Inteligencyją posiadał wyższą od wielu innych ludzi swego stanowiska, lecz dziewczyna ta tak urodziwa, rozumna, odważna, mająca w sobie coś czarodziejskiego, imponowała mu.
— Papiery te, są to listy Filipa Valencourt, brata markiza, pisane do żony Magdaleny Stefani, poślubionej w sekrecie, córki pułkownika, Korsykanina. Filip Valencourt miał żonę i dzieci. Dzieci to powinny pozostać, spadkobiercami po ojcu, ulubieńcu starego markiza de Blangy. Aby je okraść, wyzuć ogromnego majątku, Franciszek Valencourt zdrajca, potępieniec, skąpiec, przekupił spólnika, nędznika adwokata, który z czasem stał się niebezpiecznym dla markiza, ale ten usunął go; lecz de Vernes zachował jeszcze broń — papiery. Tyś je odebrał. Po co je trzymasz?
Jan Rigaud zmieszał się, spuścił głowę, pewność młodej dziewczyny i czyniony nacisk zdetonowały go?
— Kto pani jesteś? — zapytał, nie śmiejąc podnieść oczu.
— Jestem kobietą, — odpowiedziała wzruszając ramionami, niczem więcej. Tylko tak jak ty miałeś cel i dążysz do niego krętemi drogami, będąc uczciwym człowiekiem, naprowadzony na nie przez istotę podłą i godną pogardy, zdolną do wszystkiego a opanowanego najohydniejszą z namiętności, żądza złota, mam i ja również mój cel i dążę do niego jak ty swojego. Póki go nie osiągnę, nie spodziewaj się niczego odemnie! On mnie zajmuje... Jego pożądam... Jeżeli mi dopomożesz... może... nie bój się, aby potrzeba było twych pieniędzy, nędznych sto tysięcy franków, sumy tak podle nabytej, lecz wdzięczność, oddana przysługa...
— Rozkazuj pani!
— Chcę mieć te papiery. One są tam, — rzekła, wskazując na stolik.
Istotnie Magdalena po niespokojnym instynktownym ruchu ręki polowego ku szufladzie od stolika domyśliła się, że nie gdzie indziej, lecz tak jak mówił Joson Kerhoël w stoliku papiery zostały umieszczone.
Jan Rigaud, pchany nieprzezwyciężoną siłą, otworzył go.
— A więc tak! zawołał, uroczony tem spojrzeniem, ciałem drgającem, którego widok upajał go — wszystko co pani mówisz, co wiesz, jest prawdą. Nie obawiam się zdradzić przed panią. Boję się tylko wzgardy i odepchnięcia. Od czasu przybycia twego do Blangy nie wiem co robię i co myślę. Jedno tylko moje marzenie: Pani i zawsze Pani! Kto pani jesteś, ale wiem! Zkąd przybywasz, również nie jest mi wiadomem. Zadziwiasz mnie pani wykryciem rzeczy, które nie powinny być znane nikomu, prócz mnie i kogoś drugiego, lecz mało mnie to teraz obchodzi. Prosi pani o przysługę... zgadzam się, pod warunkiem... Wszystko, co pani rozkażesz, spełnię... Zostawszy mordercą raz jeden, jeżeli potrzeba, stanę się nim po raz drugi?... Mów pani tylko!... Papierów, listów przezemnie przeczytanych, które wydarłem, żądasz ich pani? Proszę je wziąść... Lecz w zamian przyrzeczesz mi pani...
Zawahał się... Wstał, oparł ręce na stoliku, na którym leżały listy wyjęte.
Wzrokiem rozognionym pożerał lśniące ciało młodej dziewczyny, niezmiennie spokojnej, siedzącej w pozie wyzywającej, jaką przybrała przy wejściu. Ręce gołe, wsparte na ciemnej materyi płaszczyka, szyja i biust obnażone, doprowadzały polowego do szaleństwa.
Schwycił dłoń delikatną Magdaleny w swe duże opalone ręce, a głosem stłumionym od wzburzenia rzekł:
— Musisz mi przysiądz zaraz, że będziesz należeć do mnie na jedną godzinę lub na zawsze!
— A potem? zapytała ozięble.
— Potem nie będziesz należeć do nikogo... w tym przeklętym domu, gdzie nie wiem co robisz, ani co cię sprowadza...
— Czyż mogę zabronić komuś prześladowania mnie?..
— Biada im, jeżeli ich posłuchasz!
— O kim mówisz?
— Czy pani nie wiesz?
— Proszę ich wymienić.
Polowy zamilczał, lecz zmarszczone czoło i nienawistne zaciśnięcie ust dały do zrozumienia wstręt, jaki miał dla syna markiza.
— A gdybym zapragnęła zaszczytów?
— Jakich?
— Gdyby majątek i nazwisko tego młodego człowieka skusiły mnie?
Palce polowego wpiły się w ciało młodej dziewczyny, uczuła jakby ściśnięcie żelaznemi kleszczami.
— Przecież to boli — rzekła tonem lodowatym.
Puścił jej rękę, odskakując na bok.
Patrzała na niego z goryczą na ustach, z wyrazem pogardy w oczach.
— Czy wiesz czego się dopuszczasz w tej chwili? — zapytała.
— Podłości.
— Dobrześ powiedział.
— Wiem o tem.
Czy sądzisz, że tą drogą zdobędziesz serce kobiety. Za takie postępowanie dziewka nawet plunęłaby ci w twarz i prędzej by się dała zabić, niżeli ci się poddać.
Rigaud gryzł usta, poruszany dreszczem konwulsyjnym.
Magdalena wydobyła sztylecik z rękojeścią hebanową.
— Dzięki tej igiełce, — rzekła, uśmiechając się nie potrzebuję się ciebie obawiać.... Dużo podróżowałam.... jestem zabezpieczoną na wszelki wypadek. Tylko prośbą otrzymuje się czego żądamy, łagodniej; gdybyś wiedział, co się tam mieści — mówiła dalej łagodnie, kładąc rękę na sercu — jaką prawdziwą sympatyją żywię dla ciebie. Lecz chciej się dopuścić gwałtu, a będziesz miał jeszcze jedną ofiarę. Nie ciebie, lecz siebie zabiję! To ocalenie, odpowiedziała ukazując sztylecik. Na wszelki wypadek będzie gotów.
— Masz pani słuszność, odrzekł Jan Rigaud, usuwając się do kominka. Jestem bydlęciem, dziką bestyją….. niegodnym pani. Rzucę się w ogień, aby pani dowieść mej miłości, a nie umiem z panią mówić.... Jestem waryjatem.... Rozkazuj pani.... Chcesz listów, weź je, powiedział, rzucając je przed nią. — Jeżeli mogę pani być użytecznym w dopięciu celu, którego się nie domyślam, daj tylko wiedzieć. O każdej godzinie dnia i nocy, jestem na jej rozkazy... Później, jeżeli pani zechcesz....
przekonasz się o mem przywiązaniu…... zadowolnisz się, zapłacisz mi jak będziesz chciała... nie pieniędzmi, nieprawdaż? Wiesz już dla czego ich pragnąłem... a stałem się godnym pogardy, natrętnym innym i sobie samemu. Nie jestem tak złym, zostałem narzędziem, dopuszczając się zbrodni.
— Kobiety łatwo przebaczają błędy, których same są przyczyną, rzekła, wyciągając doń rękę. Staraj się zapomnieć, i jak będę mogła... No co?
— Dopomogę pani! odpowiedział, rzuciwszy się na podaną rękę, jak na zdobycz, przyciskając ją do piersi.
— A teraz, bierz pani papiery i odejdź...
Wsunęła papiery do kieszeni i zaczęła nakładać płaszczyk.
Oczy Jana Rigaud stały się przerażającemi. Rysy zmieniły się pod wrażeniem wewnętrznej walki.
— Odejdź pani, powtarzał, ścinając zęby Nie jesteś pani bezpieczną tutaj, nie, naprawdę. Doprowadzasz mnie do warjactwa. Niedołęgą jestem, mając taką, jak pani kobietę w swem ręku, pozwalam jej wyjść, odurzony jej słowy. Czuję, że mnie oszukujesz i nigdy nie będziesz moją... chociaż zanurzałem ręce we krwi dla niej! Odejdź pani.
— Nie boję się, powiedziała, patrząc mu w oczy. Niczego się nie obawiam. Nigdy nie spodlisz się, i chcę abyś był moim przyjacielem! Do widzenia, Rigaud.
— Nie ruszył się z miejsca. Wszystkie członki w nim drgały, miotała go nienasycona żądza.
Wyszła, spojrzawszy, jak pogromca na dzikie zwierzę.
Już była pod wielkiemi drzewami, gdy Rigaud stał jeszcze przykuty do ziemi w swym domku, oparty o framugę kominka.
Opamiętawszy się, rzucił się do drzwi jak tygrys.
— Ach! zawołał zgrzytając zębami, powiedziała że może zapragnąć zaszczytów. On jej pragnie! Podda się, nie dziś, to kiedyindziej! Zabiję go.
W chwili, gdy nauczycielka zbliżała się do zamku, i ostrożnie miała wchodzić na wschody któremi wyszła, cofnęła się pod drzewa, spostrzegłszy jakiś cień, zbliżający się w tę samą stronę.
Cień ten był okrytym, tak jak i ona czarnym płaszczykiem na jasnej sukni wyglądającej z pod okrycia.
— Teresa wyszeptała nauczycielka. Zkąd powraca? Co za tajemnica? Teresa upozorowała odejście od stołu niedyspozycyą, a teraz powraca sama z parku.
Podejrzenie schadzki przyszło na myśl Magdalenie, wspomniała jednocześnie brata swego Filipa.
— Wszakże panna de Blangy tak często mówiła o stosunku zawartym w Allevard.
Lecz natychmiast odsunęła to nietrafne przypuszczenie, wiedziała bowiem, że Filip bawił w Jonceray o 20 mil od Blangy.
Jednak zamyślona, nieruchoma, zatrzymała się Magdalena na korytarzu pierwszego piętra.
— „Jeżeli rzeczywiście kochali się?“ Jeżeli Teresa, posiadając wyższe serce, patrzała bezinteresowna na różnicę majątkową jaka ich dzieliła, nie należałoż zastanowić się nad postanowieniem?
Przebaczyć urazę, stałoby się niepodobieństwem; lecz mogła usunąć się, wyjechać za Ocean dla uniknięcia nagabywania do zemsty; przyjąć propozycyję Adama Smitha, kochającego ją do najwyższego stopnia, skoro podążał za nią gdzie się ruszyła, czekając spełnienia szalonego przedsięwzięcia.
Przez chwilę stała na korytarzu o kilka kroków od pokoi panny de Blangy, pragnąc ją zapytać, i zachęcić do wyznania, decydując ostatecznie.
Blizka położenia ręki na złoconej klamce drzwi, nagle cofnęła się.
— Czyż to nie niedorzeczność, robić nawet podobne przypuszczenie?
Filip i Teresa! Trzeba by cudu, aby ich połączyć! Czyż honor brata jej, pozwalał podać rękę dziewczynie, niewinnej bez wątpienia, lecz mającej w żyłach krew złodzieja i mordercy?
— Nie! nie zwróci się z drogi.
Pójdzie prosto do celu, nieugięta jak przeznaczenie.
Oddaliła się od pokoi elewki, weszła na drugie piętro, do siebie, a zamknąwszy drzwi na klucz, usiadła przy świetle lampy, przed stolikiem, odczytując z uwagą papiery wyrwane Janowi Rigaud.
Czytała je z wielkiem wzruszeniem wyrazy miłości, zapewnienia czułości jej ojca, rozjątrzyły, jeszcze żywione urazy. Co do joty, wszystko było prawdą w opowiadania jej matki.
Od chwili przestąpienia progu nieprzyjaciela, codzień odkrywała coś nowego.
Nie zadawała sobie nawet pytania, czy papiery te miałyby jaką wartość przed sądem.
Podług jej sposobu zapatrywania się należało unikać wątpliwych sądów ludzkich!
Proces wywołuje upokorzenia, trudy, starania, poniżenia i tysiączne inne tortury pognębiające pieniaczy, aby ostatecznie uledz wpływowi pieniędzy.
Miała inne projekta i sama postanowiła je wykonać. Aby się utwierdzić w złowrogiem postanowieniu, przeczytywała rękopis matki, jej przebyte cierpienia, nawoływania do nienawiści zaklęcia do zemsty, a położywszy się do łóżka, punkt o północy, przy dźwięku srebrzystym zegara, przymknęła do snu powieki, mówiąc: Wkrótce! jutro może!
Wistocie zbliżała się do celu. Od tej chwili nie zawahała się już. Ani wdzięk Teresy, ani jej anielska słodycz nie wzruszały jej.
W tej książęcej siedzibie, gdzie się skrywało tyle podłych czynów, czuła się odurzoną wonią występków, zatruwających jej życie.
A któżby jednak mógł się domyśleć?
Za czasów nawet starego markiza Blangy nie było świetniejszem, przyjęcia nie tak liczne, nie tak uprzejme, pomimo wpływu dawnego kasztelana, senatora i dworaka. Pan de Blangy Franciszek Valencourt był skąpcem, lecz nie z rzędu tych lichwiarzy, jakim jest Gabseck, kreacja genialna wielkiego Balzaka.
Franciszek Valencourt lubił gromadzić złoto, obliczać codzień zyski, jak czyni kupiec ze swą kasą, nie wydał ani grosza za wiele, regulując budżet z wzorowym porządkiem. Nigdy rozchód nie przewyższał dochodu. Lecz przeznaczał na dom tyle, ile wymagał prawdziwy zbytek, dostatek i dom zamożny w całem znaczeniu tego słowa.
Stół, konie, pojazdy, psiarnia, lokaje, służący, wszystko wzorowo urządzone.
Zresztą i żona jego Ludwika de Chambeyr, nie zniosłaby, by inaczej być miało.
Zanadto była dumną aby się poniżyć i wpaść w niecne i obrzydłe skąpstwo. Dwakroć stotysięcy franków wyrzucane na przyjęcie z miljona dolarów, podtrzymywało honor domu. Reszta pozostałości układała się w stosy wewnątrz kasy, tworząc sumy ciągle narastające.
Miljoner ten podobnym był do hodowcy drobiu, używającego wszystkich sposobów naturalnych i sztucznych, dla pomnożenia okazów.
Tak zamek de Blangy, jak i pałac przy ulicy de Lille, zawsze były roztwarte dla przyjaciół i znajomych. W pierwszych dniach listopada, zamek de Blangy przepełniony gośćmi. Od jednego końca do drugiego, wszystkie apartamenty zajęte przez przyjaciół z Paryża, sala stołowa, przy każdym obiedzie, wspaniale zastawiona co najmniej na trzydzieści osób.
Czterdzieści psów przeznaczone do polowania na dziki i sarny, a dozorcy i dojeżdżacze otrzymali rozkaz obtoczenia lasu, aby uświetnić ostatnie dnie przed powrotem do Paryża.
Pani de Blangy skryła swe obawy i niepokój. Teresa od czasu schadzki z Filipem i uczynionego przyrzeczenia zdała się ożywiać wewnętrzną radością i nowem życiem; Markiz nawet, obojętny na przyjemności, zajmujące innych, starał się okazywać zadowolenie z rozjaśnionem i wesołem obliczem, biorąc w zabawie większy niż zwykle udział.
Co zaś do gości, ci pochłonięci wygodami, zastawą stołu w tej pięknej okolicy Burgundyi, obfitującej we wszystko, co dogadza podniebieniu, zapaleni do polowania, zajęci intryżkami miłostkami w zamku, zajmowali się tylko tem, co się tyczyło ich osobistych upodobań.
Pod zasłoną jednak lekkiej i wesołej komedyi skrywał się dramat tajemniczy, a nauczycielka pośród tłumu pań, panów, lokai i służby przechodziła jak niezrozumiała zagadka w swej skromnej ciemnej sukni, szykownej, eleganckiej, stosownie do wieczora, wywołując za każdem ukazaniem się, często dolatujące ją słowa:
— Jakże jest piękną!
Stara hrabina de Sivry, swarliwa, zagniewana na swe 72 lat życia, towarzysząca wnuczce, ckliwej blondynce, chudej i płaskiej, o twarzy pokrytej piegami, pragnąc ją zaręczyć z przyszłym markizem da Blangy, mruczała pod nosem:
— Tak, tak, za piękna na służącą! Prawdziwie markiza de Blangy nieroztropnie postąpiła, przyjmując ją.
Inni byli łaskawsi dla tej cudzoziemki uprzejmej i milutkiej, zawsze na miejscu, artystce pod każdym względem obdarzonej zadziwiającą pamięcią, poświęcającą się dla przyjemności innych, grywała bowiem całemi wieczorami, urozmaicając repertuar polkami walcami i innemi tańcami.
Poczem dauserzy, mężczyźni i kobiety, dobiegali do czarodziejskiego Erarda, obsypując pianistkę tysiącznemi komplementami, na które nauczycielka odpowiadała śmiało, naturalnie, często wesoło, nigdy jednak nie uchybiając najsurowszym konwenansom.
Cały tydzień zamek de Blangy przedstawiał jeden ciąg wieczorów, bali i rozrywek bez liku; najmniejsza plamka nie zaciemniała horyzontu spokojnego, jak nieruchome morze, przed zbliżeniem się złowieszczych chmur wytwarzających grom.
Jeden tylko wypadek przeszły niepostrzeżenie dla innych, oburzył nauczycielkę.
Oto jak się rzecz miała:
Młody pan Maurycy, przyszły markiz de Blangy, na którego wdowa de Sivry zakładała sieci jak i wiele innych matek mających córki na wydaniu, nie zwracał uwagi na panienkę piegowatą, pomimo jej wielkiego posagu. Co innego zaprzątało mu głową.
Od dwóch miesięcy jak miss Ellen Vanbury przybyła do Blangy, mnóstwo projektów wkradło się do głowy, syna pana domu, lecz czas upływał, a cel nie był dopięty, pomimo że całemi siłami starał się o uwieńczenie głównej myśli.
— Dziewczyna ta jest idealnej piękności! Musi być moją! — mówił młodzieniec.
Z początku był to kaprys, fantazyja hulaki zblazowanego, pomimo kwiecia wieku 25 lat życia, potem namiętność rozpalona, zdolna do wszystkich szaleństw, żądza młodego człowieka doprowadzona do ostateczności.
Maurycy postanowił raz zakończyć. Przyzwyczajony do ustępstw wszystkich, nie znając innej woli prócz swej własnej, postanowił zmusić nauczycielkę do zniweczenia jej oporu.
Lecz oddawna wyczerpał wszelkie środki. Ofiary, prośby, modły na nic się nie przydały. Oziębłość Angielki mieszała go, pomimo że była zawsze milutką, grzeczną i uśmiechniętą.
Po widzenia się z Janem Rigaud, młoda dziewczyna stała się łatwiejszą, tkliwszą, grzeczniejszą, zachęcającą nawet.
Słuchała z prawdziwą uprzejmością, gdy się znaleźli sami, wyraźnych i często zuchwałych oświadczeń młodego człowieka.
Ukradkiem rzucała mu spojrzenia przelotne, zrozumiałe dla tych co je zamieniają.
Gdy zaś był nią zajęty w otoczeniu innych, szeptała znienacka:
— Proszę być ostrożnym!
— Zwracają na nas uwagę.
— Kompromitujesz mnie pan.
Dziewczyna nie unikająca propozycyj śmiałych i nalegających, staje się bezbronną i straconą.
Maurycy de Blangy jako doświadczony w tych rzeczach, podwoił usiłowania.
Jednego wieczoru podczas walca, Magdalena dosłyszała jak mówił do Gastona de Brazey, wskazując na nią wzrokiem:
— Dzika bestyja! wpadnie nareszcie w me sidła.
Serce dumnej dziewczyny zabiło silniej z oburzenia i gniewu, lecz za chwilę odpłaciła uśmiechem tę haniebną impertynencyję.
Podobne ucieranie się nie mogło trwać długo, należało raz zakończyć.
W dzień Wszystkich Świętych, po wieczorze, na którym była grzeczniejszą niż zwykle, nauczycielka wchodząc do swego pokoju, poczuła w swem ręku bilecik, a głos znany jej dobrze szepnął tonem poufałym.
— Weź pani i przeczytaj.
Znalazłszy się u siebie, przeczytała co następuje:
„Zaprzysięgłaś doprowadzić mnie do szaleństwa. Dokonałaś tego, jestem waryjatem. Błagam o jedno widzenie się sam na sam, albo nie ręczę za siebie! Jutro dzień Zaduszek, wszyscy zajęci. Proszę przybyć o trzeciej godzinie do pawilonu Djany, przy stawie Łabędzim. Będę tam przed panią.
„Czułe uściśnienia
Maurycy“.
Uśmiech złowrogi osiadł na ustach młodej dziewczyny.
— Tak pójdę, pomyślała, na twe nieszczęście może.
Najsmutniejszym dniem roku, śmiało nazwać możemy dzień drugiego listopada, czyli dzień Zaduszny.
Pamiętną była jesień r. 1888, ciepła i sucha jak najpiękniejsze wieczory letnie; takim też pozostał i do końca miesiąc listopad. Przed kawiarniami i na bulwarach, pełno publiczności.
W Burgundyi, czas również suchy i łagodny, wyjątkowa pogoda na tak spóźnioną porę.
Drugiego więc listopada, a przypadał dzień ten w piątek, o 9 rano, dzwony małego kościołka de Blangy ozwały się żałośnie i monotonnie, jak jęki żyjących za tymi, którzy nas opuścili na zawsze.
W około zamku smutno i poważnie. Dwaj młodzi ludzie wyszli z frontu zamku, stąpając wolno koło siebie, patrzyli na zabudowania gminy.
— Przeklęty dzień — rzekł wicehrabia de Brazzy do swego przyjaciela Maurycego — zły prognostyk. Brr..
— Dla czego? — zapytał młody de Blangy, wzruszając ramionami, zadowolony z siebie, ubrany bardzo starannie, z cygarem w ustach i laseczką w ręku.
— Ech, święto zmarłych i piątek.
— Głupstwo! — odrzekł Maurycy. — Co będziemy robić?
Można było rozmaicie czas zabić. Lecz panowie ci, jako paryżanie, nie lubili świąt. Młody Brazzy chciał zapolować w parku na króliki, lecz użycie broni w dzień Zaduszny uważano za niewłaściwe.
Wicehrabia zaproponował przejażdżkę konną.
Maurycy przyjął propozycją ozięble.
— Mam milsze zajęcie — przerwał z zagadkową miną.
— Cóż takiego?
— Ach...
Przyjaciel popatrzył na niego ciekawie, lecz grzecznie, nie nalegając. Dokończyli papierosów spacerując. I znów z kwadrans czasu upłynął.
Wicehrabia nudził się tem więcej, że przyjaciel jego nie zdał się zdania jego podzielać.
Maurycy de Blangy wyglądał bardzo świetnie. Od czasu do czasu tylko odwracał się, to na lewo, to na prawo, czasem do góry, w okna pierwszego lub drugiego piętra szczególniej, jakby coś pragnął odkryć lub zobaczyć.
Wicehrabia de Brazzy, śledząc za przyjacielem, utrzymywał, że coś się nowego święci.
— No, przyznaj się, czego oczekujesz? — zapytał.
Czego oczekiwał? Maleńkiego znaczku, mrugnięcia okiem szybkiego jak błyskawica, znaczącego więcej, niż całe frazesy. Słowem, odpowiedzi na bilecik wręczony nauczycielce w przeddzień.
Wicehrabia spostrzegłszy damy, wychodzące z drugiej strony pałacu, podążył za niemi i razem udali się do kościoła w Blangy, na mszę rozpoczętą.
Należało przejść dobry kilometr, zasłany opadniętemi liśćmi.
Kościół dobrze wybrał dzień tej smutnej uroczystości za zmarłych, gdy natura sama okrywa się żałobą, a zbliżająca się zima dreszczem przejmuje.
Jak tylko znikł pan de Brazzy, okno przed którym stał jak przykuty Maurycy de Blangy, roztwarło się, a w niem w obcisłej czarnej sukni ukazał się przechylony biust kobiety.
Różowe paluszki młodej dziewczyny poruszały z pewnem wzruszeniem otwartym bilecikiem. Zanim jednak nachyliła się do wielbiciela, rzuciła wzrokiem w około zamku, a jakby dostrzegłszy to, czego żądała, odwróciła się szybko do Maurycego, skłaniając głowę z najwdzięczniejszym uśmiechem na jaki tylko zdobyć się mogła.
— Dobrze! niezadługo — rzekła. — O trzeciej, nieprawdaż? — zapytała, jakby niepewna, czy dobrze pamięta, poczem okno szybko zamknęła, a młody człowiek oddalając się zwolna, zanucił w zapale uniesienia kilkowiersz, nienataralny w tych zblazowanych ustach:
Za Boga, honor i mą kochaną.
Podług mej woli, wszystko ja nagnę,
Lecz zamiast miecza, miał zwyczajną laseczkę trzcinową, a ramię jego nie zdało się zbyt silnem w potrzebie obrony.
Ale tryumfował i to podnosiło go pod obłoki. Cała ta scena jednak miała świadka, dostrzeżonego przez nauczycielkę, ukrywającego się za drzewami, okalającemi zamek.
Był nim Jan Rigaud.
Podczas minionego tygodnia polowy wiódł życie jak tygrys w klatce, chcący wyrwać kraty pazurami, lub je przegryźć zębami.
Po kilkanaście razy próbował zbliżyć się do Angielki, lecz ta najwidoczniej unikała go.
Odżałować nie mógł, że pozwolił umknąć tej kobiecie, będącej na jego łasce, uwięzionej w czterech murach jego domu, bez możności wołania o pomoc z obawy wypędzenia i poniżenia!
Narzekał na swą słabość, upokorzony jak wilk przez gromiącą go kozę.
Gryzł palce ze złości, na [złość], że dał się uwieść zagrożeniem śmiercią. Ot zwyczajne kuglarstwo i nic więcej, myślał. A jednak zmuszała go ona do mimowolnego szacunku.
Jak przedtem tak i po owej wieczornej wizycie, zawsze znalazła wdzięczny uśmiech, przyjazne spojrzenie, lecz wszystko to przesyłała mu zdala i to go nietylko nieuspakajało, lecz jątrzyło jeszcze bardziej.
A więc dla tego drugiego, jego rywala, poświęcała czas swój wolny, rozmawiając z nim całemi godzinami w domu parku, lub na innej przechadzce.
Była to walka dwóch rywali o kobietę, wzbudzającą wściekłą zazdrość, lecz walka nierówna, bo między bogaczem a biednym, panem a służącym.
Walka ta doprowadziła polowego do najwyższego gniewa na młodego panicza, którego zwycięztwo stawało się coraz pewniejsze.
Rigaud, wyraźnie dosłyszał, godzinę trzecią; widział bilecik w ręku Angielki; gest jej, uśmiech, wszystko, kazało się domyślać schadzki.
Stanowczo i krótko zdecydował: albo przeszkodzić schadzce, albo być na niej obecnym.
Tylko wnętrze zamku mogło być wzbronionem, po za nim, miał zupełną swobodę.
Ranek spędził w dreszczach śmiertelnych.
Widział, jak goście markiza wchodzili i wychodzili, jedni do kościoła, drudzy na spacer, pieszo po parku lub konno po okolicy.
Nastąpiło śniadanie, goście rozeszli się znowu.
Polowy krążąc koło zamku, dostrzegł jak Maurycy wyszedł, zawrócił się i znikł w krzakach, ze strony pawilonu Djany.
W kilka chwil powrócił. Rigaud śledząc zkąd wychodził, ujrzał wznoszące się kłęby dymu nad pawilonem.
Co znaczy ten dym? pomyślał polowy.
Chyłkiem podążył w stronę, zkąd się dym wydobywali w kilka minut doszedł do pawilonu Djany.
Był to jeden z budynków ostatniego wieka, schronienie mitologiczne, gdzie pradziadowie Blangich, oddawali cześć bogini Venus.
Świątynia ta leżała na stromej wyniosłości, a stóp której, przejrzysta jak lustro lśniła sadzawka, zazieleniona roślinami wodnemi, a po niej szybowały dwa łabędzie, jak dwie żywe gondole. Wierzba płacząca zwieszała swe gałęzie nad wodą; o kilkanaście kroków dalej, wysoka kamienna statua, zdała się zapraszać do wypoczynku.
Jan Rigaud wszedł do wnętrza pawilonu. Dym, służący ma za przewodnika, wydobywał się z ognia rozpalonego, na obszernym kominku, widocznie dla ogrzania schronienia tak mało uczęszczanego.
Miejsce to przedstawiało dziwny obraz. Na popękanej miejscami podłodze, niskie i szerokie jak łóżka, trze nowe kanapy, z wytartemi złoceniami, oczekiwały gości. Na suficie, lepiej zachowanym, niżeli inne pamiątki, nadzy amorkowie baraszkowali w bezwstydnych pozach. Sofa, okryta rozpadłym w szmaty dywanem, zajmowała jedną stronę ściany; lustra porozbijane odbijały światło czterech ścian, z których jedna mieściła schody prowadzące na poddasze, skąd spłoszone ukazaniem się głowy polowego, wyleciało kilka wystraszonych sów.
A więc tu miano się zejść na schadzkę, pomyślał. Co mieli sobie do powiedzenia? Jak mogła młoda dziewczyna przyjąć tak kompromitujące sam na sam. Czyżby już była metresą Maurycego? Jakiż wiec posiadał talizman podbijając tyle serc kobiecych? On, taki brzydki niemiły, szydzący, impertynent i dumny. Ah! był bogatym i w tem właśnie sekret.
Krew zawrzała w żyłach Jana Rigaud. Postanowił być cierpliwym. Niebawem usłyszał stąpanie po piasku zbliżającej się pary.
Gdzie się ukryć?
Spojrzał na schody, prowadzące na zakurzone poddasze, ze szczątkami zgniłych mebli: drzewem spleśniałem zasnutem pajęczyną. Sunął szybko na ostatnie schody, kładąc się na podłodze.
— Nie obawiaj się pani! Wejdź! odezwał się, znany głos Maurycego de Blangy, wprowadzającego z sobą nauczycielkę.
Miss Ellen Vanbury spokojna jak zwykle, przynajmniej powierzchownie, przypatrywała się z ciekawością szczególniejszemu apartamentowi, mówiąc akcentem brytańskim:
— Ah! jak tu dziwacznie. Po co mnie pan tu sprowadza?
— Po co? Aby być samemu z panią, abyś się pani raz dowiedziała o czem myślę, czego pragnę, co chcę. Siadaj pani, miss Ellen — prosił zakochany, przyciągając z trudnością, trzcinową kanapę przed ogień na kominku.
— Sądzisz pan, że jesteśmy tutaj zupełnie bezpieczni? — zapytała Angielka.
— Niezawodnie. Od pół wieku nikt nie zachodzi do tej ruiny. Pewnym nawet jestem, że matka moja nie wie o jej istnieniu.
— Chociaż pan tak przypuszczasz, nie jestem jednak spokojną, dążmy prosto do celu. Czego pan żądasz odemnie? zapytała młoda dziewczyna, siadając bez ceremonji na kanapie, uchyliwszy koronki od płaszczyka ukazując gołą szyję, lśniącą od białości przy czarnej materyi sukni.
Powiedziała to tonem oschłym, lecz wynagrodziła go spojrzeniom łagodnem i pieszczotliwym.
Polowy dosłyszał słowa nie widząc spojrzenia.
Maurycy usiadł też koło nauczycielki.
— Nie tak blisko, bardzo proszę, nie tak blisko — rzekła usuwając się jak nimfa chroniąca się w wierzby, pragnąca by za nią pogoniono.
Młody człowiek westchnął czule.
— Do rzeczy — nagliła Angielka — pośpieszajmy, proszę.
— A więc do rzeczy, czyż nie wiesz czego pragnę miss Ellen. Jesteś piękną i kocham cię. Co mówię, uwielbiam cię.
— Cóż mnie to i w czem może obchodzić?
— Co panią może obchodzić i w czem odpowiedział Maurycy, z pewnością zwycięzcy. — Oryginalne pytanie, słowo honoru! Co to panią może obchodzić, miss Ellen: Ależ tyczy się to pani w najobszerniejszym tego słowa znaczeniu, chodzi bowiem o jej przyszłość, szczęście, majątek, swobodę, wygody, nakoniec o wszystko.
— Nie widzę...
— Bo te piękne oczy zamykają się mimowolnie...
— Tłomacz się pan jaśniej — przerwała Angielka — nie rozumiem zawiłości. Z tego com dotąd pojąć zdołała, nie znając waszych zwyczaji panowie Francuzi i to Francuzi paryżanie, to sadzę, że mi pan proponujesz bym została jego metresą?
Upajająca była w tej chwili z wyziewającą z jej włosów wonią fijołków, różową cerą z niebieskiemi żyłkami, oczami szafiru, pociągającemi niezwykłym urokiem.
Maurycy popatrzył na nią, zastanawiając się nad odpowiedzią. Metresą! Na pewno mógłby się szczycić każdy najmożniejszy, zdobywszy również piękną i ponętną kobietę, zresztą zachowanie się jej i wejrzenie nie zdradzały oburzenia na podobną propozycyją.
— Owszem nie zaprzeczę, zadecydował zuchwale jeżeli pani chcesz wiedzieć, taki mam zamiar.
— Jak to pan rozumiesz?
— Że nie spotkałem dotąd dziewczyny, godnej pozostać pani garderobianą, że jesteś boskiem stworzeniem, uczynię panią najszczęśliwszą z kobiet, zazdrościć pani będą inne dobrobytu i rozkoszy, jakiemi cię otoczę, w zamian za wszystkie boskie wrażenia, jakie ci zawdzięczę.
— Naprawdę? — zapytała szyderczo.
Prześcigał się w obietnicach i projektach.
Któż im zabroni żyć z sobą wiecznie? Czyż małżeństwo nie jest instytucyją, chylącą się do upadku i przestarzałą? Posiadając majątek, łatwo bez sakramentu obejść się można. Ojciec jego skąpiec i kutwa lecz chętnie roztworzy mu kredyt w swej kasie, jako jedynemu spadkobiercy i istocie przez się kochanej a w dobry czy zły rok, wyrwie mu sto tysięcy franków, pod najrozmaitszemi pretekstami. Odtąd ona jedna pozostanie jego miłością, szczęściem marzeniem, celem życia. Ze stu tysiącami franków zamieszkają w pałacyku; konie, pojazd, służba; złożą przepyszne gniazdko, a ona w niem zostanie ptaszkiem niebieskim. Czyż potrzebuje trwożyć się o przyszłość? Jako uczciwy człowiek zapewni ją, zresztą nie należała do rzędu tych, od których by się można odsunąć.
Mówił z takim zapałem, iż uwierzył, że ją upewnił, gdyż nauczycielka słuchała z uwagą, uprzejmością i zainteresowaniem się nawet, szczególniej gdy trafiającym według siebie do jej przekonania zakończył:
— Ostatecznie, jedyny to sposób ocalenia się od prawdziwej biedy. Nauczycielka! Cóż więcej niepewnego, jak sługa źle ubrana! Bez pieniędzy! Bez nadziei! Za kilka miesięcy nauka siostry skończy się, musi ich opuścić, aby znów poszukać innego miejsca.
Ofiarowywał jej życie niezależne, zbytkowne stosownie do jej talentów i urody. Później, pomyślą poważniej, teraz oboje są młodzi, należy więc użyć najpiękniejszych lat.
— Zgadzasz się pani? — zapytał, ujmując ją za rączki. W tej chwili doleciał uszu młodej dziewczyny niewyraźny hałas z wyższego piętra. Oczy się jej zaiskrzyły, ktoś tam jest, zapewne Rigaud. Zadziwiła się, iż go dotąd nie spostrzegła.
Maurycy, pewny zwycięztwa nie zwrócił na to uwagi:
Tak, to polowy, przechylony nad schodem, blady z gniewu i zazdrości, gotowy wyskoczyć; straszna obawa ścisnęła mu serce, niepewny, strwożony oczekiwał odpowiedzi nauczycielki.
— Nie, odrzekła stanowczo miss Vanbury, Zapanowała cisza, Maurycy de Blangy zmieszany tak nieprzewidzianą odpowiedzią, zachęcony przedtem spojrzeniem i uśmiechem młodej dziewczyny, nie zdawał sobie sprawy z tego co usłyszał. Jakto! odmawiać szczęścia, gardzić majątkiem niwecząc takie świetne warunki, skazując się na życie smutne, i niepewne!
— Zdaje mi się, że to sen, wyszeptał.
— Zadziwia to pana, nieprawdaż? powiedziała Angielka.
— Istotnie... z punktu, któremu pani nie uwierzysz.
— Nie ma w tem nic nienaturalnego.
— Jakto?
— Będę szczera, proszę mnie posłuchać, — rzekła nauczycielka tonem pewnym, czystym lecz pełnym goryczy.
— Kochany panie, jestem pozytywistką i bardzo praktyczną. Nie uwierzysz pan może, ale oto, co panu powiem: tak mnie wychowano. My, biedne dziewczyny, kształcimy się w Londynie w innych warunkach i zasadach, niżeli wasze paryżanki. Większa część z nich byłaby zachwycona pana ofiarami, winszując sobie spotkania człowieka tak zakochanego i bogatego. Zgadzam się, że przedstawia to życie świetne, wesele, zbytkowne, lecz na jakiś czas tylko. Angielka z dobrej rodziny nie przyjmie czegoś podobnego. My żądamy czego innego.
— Czegóż więc?
— Łatwo pan odgadniesz.
— Ożenienia się?
— Tak, jak pan myślisz. Uprzedzam pana, że nie myślę o niem. Gdybyś mi pan oświadczył się, musiałabym się dobrze namyślić. Zresztą jest ktoś inny co mnie pragnie poślubić, lecz muszę panu powiedzieć, że ten ktoś nie zrówna panu, przynajmniej pod względem majątku. Tamten posiada kapitalik ograniczony, sto tysięcy franków.
Nie jest to wiele lecz mając energiję, odwagę, śmiałość, młodość i sto tysięcy franków, zagranicą dochodzi się do zamożności. Pewną jestem. Dużom podróżowała, miałam sposobność przekonać się.
— I myślisz pani przyjąć?
— Zastanawiam się jeszcze.
— Powiedziałaś pani, że będziesz szczerą...
— Jestem nią... Ten człowiek dość mi się podoba...
— Sto tysięcy franków, toż nędza!
— Panu, co posiadasz milijony, wolno tak mówić! Ja, co nie mam nic, myślę inaczej.
— Więc nie zgadzasz się pani na moją propozycyję? — zapytał młody człowiek, przygryzając wargi, zbliżywszy się do miss Vanbury, zdającej się być zupełnie spokojną.
— Na to?
— Na to, co pani ofiarowuje?
— Kochany panie, jest to hańba, wstyd nietylko dwójznacznego położenia, lecz wprost niegodziwego. Przyjmuję pana propozycję za zniewagę największą, jaką tylko można uczynić kobiecie i...
— Nie zgadzasz się?
— Za nic.
— Zastanów się pani?
— Nad czem?
— Pomyśl pani, że w pewnych razach opinija usprawiedliwia, pokrywa złota olśniewa tłumy i przestają badać, co się pod nią znajduje.
— Rozmyśliłam się już.
— Pozostaniesz pani nieugiętą?
— Również dziś jak i jutro.
— Spodziewałem się innego rezultatu dzisiejszej schadzki, — rzekł Maurycy de Blangy, ściskając dłonie. Była pani tak uprzejmą...
— Oh! Ujętą przynajmniej!...
— Złudzenie!
— Nie zdawałaś się obrażoną za pewną swobodę... słuchając z jednostajnym humorem, uśmiechnięta...
— Za cóż miałabym się gniewać? W Anglii nikt nie śmiałby mi zrobić podobnej propozycyi, lesz wasze obyczaje różnią się wielce od naszych.
— Prawda.
Maurycy odwrócił się i zaczął obrywać tapety, opadające z murów.
Młoda dziewczyna również podniosła się, stanęła, niezdecydowana, wahająca się, przysuwając małe nóżki do płomieni kominka
Widocznie tak jak jej adorator został zawiedziony, ona też liczyła na inny rezultat tej schadzki. Jednak należało raz zakończyć.
Po chwili wahania się, otoczyła szyję i włosy zarzutką hiszpańską, spojrzała w jedno z luster zwilgotniałych, szykując się ku wyjściu.
Doszedłszy do progu, spojrzała wzrokiem rozgoryczonym na statuę Djany, doprowadzonej do stanu Wenus i Milo, z odłamkami tkwiącemi w trawie, gdy nagle poczuła konwulsyjne drgania czyjejś dłoni na swem ręku.
— Słowo jeszcze — prosił młody człowiek lecz tym razem głosem zmienionym od wzruszenia.
— Czego pan chcesz? — rzekła, zwracając się.
— Jesteś pani piękną, dochodzę do szaleństwa! — zawołał Maurycy, przyprowadzając ją przed kominek.
— Inni mi to powiedzieli przed panem jeszcze.
— Pragnę, abyś pani była moją.
— Za jaką cenę?
— Za cenę jakiej pani zażądasz.
— Jedną mnie pan tylko ujmiesz.
— Wiem o tem...
— A więc?
— Zgadzam się, kiedy pani tak chcesz.
— Ja niczego nie chcę.
— Zaprzestańmy próżnej gry słów. Chciałem z pani mieć metresę... Chcesz pani zostać mą żoną?
— Czy na seryjo pan to mówisz? — zapytała, poruszając głową.
— Zupełnie seryjo i naprawdę.
— Jak panu wierzyć?
— Zanadto mnie pani źle sądzisz... Idę za prądem czasu. Małżeństwo uważam za bezużyteczne, krępujące swemi węzłami i zobowiązywaniami. Przysięgam pani, że nie potrzebujesz mnie przykuwać kajdanami, bo mi się więcej podobasz, nad wszystkie inne dotąd spotykane kobiety. Nie chciałem pani tego wyznać przez głupią miłość własną. Kocham panią zapamiętale... i daję tego dowód!
— Ojciec mój ubóstwia pieniądze. Podwoiłby majątek, gdyby bez przerwy dalej pracował nad jego powiększeniem, lecz nie trwóż się pani... zrobi wszystko, czego zażądam. Byłabyś pani najnieszczęśliwszą z metres. Będziesz najpiękniejszą z markiz. Jeszcze raz pani pytam... Przystajesz? — rzekł, wyciągając do niej rękę.
Magdalena ze swobodą angielską podała ma swoją.
— Kobieta pyszni się podobną ofiarą. Nie powiem, aby mnie propozycyja pana nie wzruszyła, lecz nie chcę nic zawdzięczać niespodziance. Teraz pan się zastanów.
— Niepotrzebnie.
— Proszę o to bardzo.
— Nie zmienię, com powiedział.
— Dobrze, dam pana odpowiedź...
— Kiedy?
— Jutro... wieczór... w salonie.
— Dobrze.
— Lecz pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Że pan przedtem nic nie powiesz nikomu.
— Nawet mojej matce?
— Nawet matce.
— A Teresie? — Nikomu... Jedno słowo, a wszystko zerwane.
— Cóż to za kaprys?
— Co pana to obchodzi!
— Kiedy pani tak chcesz, zgadzam się. Jednak... jeszcze coś pani wyznam...
— Pan!
— Wie pani, że na myśl tę naprowadziła mnie Teresa, ona panią tak kocha, jakże radą będzie zowiąc ją swa bratową.
— Ach! wykrzyknęła Angielka, marszcząc brwi.
— Teresa nie ma słów na pochwały dla pani przymiotów, talentów...
— Siostra pana jest aniołem, odpowiedziała nauczycielka sprzecznym ze słowami tonem, wypowiedzianemi głosem ostrym, jakby gniewliwym, jak się trafia, gdy komuś nienawistnemu zawdzięcza się przysługę.
— Umówione — zakończyła Angielka. Jutro wieczór... zastanowię się.. pomyślę... Zadanie to wstrząsa mnie... byłam tak nieprzygotowaną. Tylko sza! milczenie!
— Kiedy pani żądasz...
— Przed nikim, ani słówka.
— Daję pani na to słowo.
— Rozstańmy się. Nieobecność moja może zwrócić uwagę!
— Lecz się spodziewam!... rzekł Maurycy podnosząc rękę młodej dziewczyny do ust.
— Nie bronię panu... Odejdź już, proszę.
Pozostała sama, nieruchoma... Spojrzała za odchodzącym.
Teraz nadstawiła ucha i wyraźnie dosłyszała kroki nad swą głową... Dzika radość odbiła się na jej twarzy, dowiedziała się, czego chciała.
Dochodziła końca alei, gdy Jan Rigaud ukazał się we drzwiach wiodących na schody.
Rysy twarzy polowego były zmienione skutkiem wrażenia, jakiemu uległ chcąc podsłuchać rozmowy Maurycego de Blangy z młodą nauczycielką.
Poprowadziła intrygę z nadzwyczajną zręcznością, a przytem okoliczności sprzyjały nadspodziewanie. Starała się doprowadzić polowego do wściekłości, zmuszając go do usłużenia jej; nie potrzebowała już szukać sposobu, tak jak się stało, nie mogło być lepiej.
Odtąd Maurycy de Blangy stał się jedyną przeszkodą między Janem Rigaud i kobietą, będącą w jego oczach uosobieniem rozkoszy zmysłowych i idealnych, dla jakich byłby zaprzedał swą duszę.
Z jaką przebiegłością wyjawiła Maurycemu, domyślając się obecności polowego, iż zdecydowała się przyjąć jego oświadczenie! Jakże mu pochlebiła i wzruszyła, przekładając polowego nad wielkiego bogacza i magnata.
Usiadł na trzcinowej kanapie, na której dopiero co siedziała jego ubóstwiana, z głową wspartą na ręku, oczami zaszłemi krwią, utkwionemi w węglach ognia, rozważając słowa tak niedawno słyszane. Niestety! coraz więcej zastanawiał się nad nierówną walką służącego i pana, spadkobiercy tylu milijonów.
Nuż ustąpi ostatniemu. Na tę myśl rwał włosy. A więc nie, nie, nie będzie jej miał. Wcześniej czy później, on, polowy, służący, przeszkodzi.
Stał się zbrodniarzem raz jeden i tylko dla niej, już nie tak wiele kosztować go będzie uczynić to samo po raz wtóry.
— Pierwsze początki tylko trudno, powtarzał Rigaud.
Zerwał się z siedzenia, pchnął brutalnie spleśniałą kanapkę, rozsypującą się na podłogę, trzasnął drzwiami i szybko przebiegi park, udając się na wieś.
O szóstej, roztwierał drzwi w kawiarni du Commerce.
Przywitano go huraganem okrzyków.
Towarzystwo u wdowy Lebidois było liczne, zgromadzili się prawie wszyscy zwykli goście. Pitard, garbaty kupiec sukienny, kowal, Cassegrin, wójt gminy, otaczali stół okrągły, radząc o interesach ogółu.
Jan Rigaud skłonił się najpierw tym powagom, a przy podawania ręki posypały się tysiączne wymówki przyjacielskie.
— Zkąd przybywasz?
— Nigdzie cię nie widać.
— Jakże się miewasz od czasu twej przygody, mój stary druhu Rigaud?
— Coś tak osowiał!
Wirginija zbliżyła się też do polowego, który nic nie odpowiadając, wzruszał ramionami, uśmiechając się, lecz jak zauważył Pitard, że się bardzo zmienił, pożółkł i postarzał. Córka gospodyni kawiarni poprowadziła polowego do trójkątnego stolika, a mama Lebidois zasypała innemi pytaniami.
— Janie, co się z tobą dzieje, wiekiśmy się nie widzieli. Co ci jest?
— Mnie, nic.
— Bądź otwartym, wiesz co mówią?
— Słowo daje, że nie.
— Ze jesteś zakochanym?
— Bah!
— I to do szaleństwa.
— A w kimże? zapytał marszcząc brwi.
— Eh! w tej pięknej Angielce.
— Kto o tem mówi?
— Kto? wszyscy... Pitard...
— Gdybym był pewien, zgniótłbym go jak ślimaka, odrzekł żniżając głos.
— Cassegrin także, dodała Wirginija.
— Głupi!
— Kowal...
— Idjota!
— Więc to nieprawda, nie!
— Głupstwa i nic więcej.
— Czem panu służyć? zapytała Wirginija odetchnąwszy swobodnie.
— Nie wiem.
— Może absyntu?
— Niech Bóg broni... Co innego może.
— Na co pan ma apetyt?
— Pół filiżanki kawy.
— Pan już po obiedzie?
— Nie chce mi się jeść.
— Jakto być może?
— Sam nie wiem czemu.
W tejże chwili wszedł drugi dozorca, rosły chłopak, dobrze wyglądający, czerstwy i zdrów, prawdziwa twarz burgundzka.
— Jak się mamy Anzelmie, — odezwał się Cassegrain zapraszając, by usiadł przy nim. Ho! a toż cała straż markiza umówiła się na dziś wieczór; a nachyliwszy się do ucha przybyłego, szepnął:
— Czemuż to nic nie je twój kolega? — rzekł, wskazując na Jana Rigaud.
— Alboż ja wiem?
— Przyznał się Wirginii?
— Może to ów dzień pamiętny pozbawił go apetytu, wtrącił grzechotka Pitard.
— Jaki dzień? — zapytała machinalnie wdowa Lebidois.
— Dzień Zaduszny, przypomniał sobie zmarłych! — odezwał się handlujący drzewem.
— Dlaczego to?
— Rozumie się... od czasu jak utopił paryżanina w stawie Neuf, to i jeść nie chce. Kiepsko wygląda, klnę się na bogów!
— Nie lubię jak mi wspominacie o tem, zamruczał polowy, tupiąc nogą. Zrobiłbyś mi przyjemność Cassegrain’ie nie gadając o tem.
— Cóż to za przykrość! mój poczciwy Rigaud.
— Nie można i słowa powiedzieć, bo zaraz obraza, — zauważył Pitard! W Blangy już nie tak wesoło!
— Plugastwo! — odpowiedział polowy, czepiając się stołu skurczonemi palcami, oczy, przysłonięte gęstemi brwiami groźnie spoglądały; lecz wkrótce zaśmiał się jak przy wejściu.
— Zresztą mówcie, skoro chcecie. Widocznie nie miał wielu przyjaciół, gdy go nikt nie żałował, mnie obchodził tylko tyle, co Adami z Ewą, Chciałem poświęcić własną skórę za niego... nie udało się, tem gorzej. Moja kawa, Wirginijo!
— Grzeje się, panie Rigaud.
Towarzystwo, przez chwilę rozerwane, rozpoczęło znów pogawędkę, i grę w karty lub domino, przerwane wejściem Jana Rigaud.
W gruncie polowy był dosyć lubianym. Obowiązek swój spełniał sumiennie, nie wyrządzając nikomu krzywdy.
— Podobno jutro wielkie polowanie w zamku? zaczął Cassagrain, wygrawszy partyję.
— Anzelm może cię objaśnić. Objeżdżał dziś las z naganiaczami...
— Prawda.
— W której stronie? — zapytał Pitard.
— W zaroślach d’Auverny.
— Musi w nich być dosyć dzików, — odezwał się kowal, zapalony tępiciel zwierzyny.
— O tak...rzekł Anzelm, uderzając go po ramieniu. Gdybyśto ich miał w swej solówce, wystarczyły by ci na pewien czas.
— Mniej więcej?
— La Ramée wie o dwóch stadach rudych bestyi i tuzinie prosiąt wypasionych jak stare. Są także dwie maciory i to olbrzymie. Ostrożnie z uderzeniem w ryja! Puszczą całą psiarnię. To ciekawe, jeżeli wszystko pójdzie po myśli. Spróbujemy popędzić je na strzelców. Warto zobaczyć. Ja myślę, że się zwrócą na płaszczyznę Bellemare, aby się dostać do Mergeis. Puścić psiarnię w nieładzie, to znaczy popędzić w las, nie naganiając zwierza bez tropu.
— To gratka dla gościa z domu pułkownika! — zauważył garbaty. Temu oddać trzeba pierwszeństwo. Czy wiedzą, kto to jest?
— Pewno, że wiedzą — odezwał się Cassegrain. Reperuje chałupinę od fundamentów. Czas już było, waliła się. Musi być bogatym.
— Z jakiego kraju przybywa?
— Cudzoziemiec, Anglik.
— Dziwny to umysł zagrzebać się w takiej dziurze.
— Dziury! — odezwał się kowal.
— Często do nas zachodzi, wtrąciła Wirginija. To prawdziwy pan, nie oblicza się z kieszenia.
— I z językiem także, — dodała wdowa.
— Co wam opowiada? — zapytał Rigaud.
— Zapytuje się o państwa z zamku, panienkę, tak sobie dla przepędzenia czasu i o innych, także o nauczycielkę.
— Ta dopiero urocza dziewczyna, przerwał Cassegrain.
— Tak myślisz! — rzekł Anzelm, towarzysz Jana Rigaud, grający w domino z kupcem drzewa.
— Naturalnie!
— Są inni twego zdania.
— Któż taki?
— Nie jeden.
— Domino! — zawołał Cassegrain. Z kim mówisz, Anzelmie?
— Wiesz o tem tak dobrze jak i ja.
— Doprawdy, że nie.
— Nasz dobry pan, uwija się koło niej jak może... Lecz tym razem dobrze zaczerpnie funduszu papy.
— Jakto?
— Bernard, pana Maurycego służący utrzymuje, że wszystkoby dla niej poświęcił.
— Robił już to samo i dla innych, nie wartych jej.
— Nie tak głośno... Rigaud słucha.
— Wtedy pan Maurycy dopiął celu?
— Zupełnie lecz obecna nauczycielka nie tak łatwa jak tamta... Tak się nie stanie.
— Przedostatnia?... — dodał Cassegrain przypominając sobie.
— Pamiętasz... bladocha, biała jak wosk. Umarła niewiadomo z czego... ze zmartwienia!
— Z jego pewno przyczyny?
— Właśnie.
— Do dyjabla!
Wirginija nalewając nareszcie żądaną kawę, — odezwała się z pewną dumą.
— O tak, to panienka teraźniejsza Angielka... ślicznie ułożona trzeba to przyznać, lecz ta nie tak łatwo da się pokonać... ręczę za nią i dobrze zrobi. Ja już dopatrzyłam i jeżeli potwór uprze się, musi zaryzykować!...
Wirginija dowodziła tak głośno, że połowa gości wdowy Lebidois odwróciła się.
— Jakto zaryzykować? krzyknął Pitard.
— Ożenić się, lub nie nie otrzyma!.. Zobaczycie.
Matka nakazała milczenie córce, i rozmowa przeszła na zwykły tor.
Jan Rigaud zbliżył się do kantoru.
— Wirginijo, czy nie kłamiesz?
— Słowo daje, że nie.
— Pan Maurycy mówił z tobą o tej dziewczynie?
— O jakiej?
— O Angielce.
— Kilkanaście razy.
— Co mówił?
— Że za nią szaleje. Marzy tylko o niej. Wiesz co ci powiem Rigaud?
— Co takiego?
— On się z nią ożeni, jeżeli jej inaczej nie zdobędzie.
— Pewnaś tego?
— Zupełnie.
Jan Rigaud zacisnął konwalsyjnie usta.
— Może racyja, pani Lebidois. Lecz czy to się zakończy tak bez przeszkód?...
Zdanie to zwróciło uwagę wdowy Lebidois.
– Pewnym jestem mówił dalej polowy, że na małżeństwo z panną niebogatą, wnoszącą tylko swą osobę i nic więcej nie tak chętnie zgodzą się rodzice.
Wdowa dotknęła ręki polowego mówiąc aby nie być od nikogo słyszaną.
— Zazdrosnym jesteś, mój ty biedny Rigaud, — przyznaj się.
— Ja?
— Tak, jak o inne, o córkę winiarza i przeszłą nauczycielkę. Wjechała ci w głowę.
— Miss Evelina? — zapytał obojętnie.
— Tak.
— Gdybym nawet o niej myślał, moja dobra pani Lebidois, do czegóżby mnie to doprowadziło, — odrzekł, wzruszając ramionami.
— I ja sobie zadaję to samo pytanie.
— Takie panny pogardzają naszym stanem mówił polowy, przypominając sobie słowa nauczycielki w pawilonie Djany. Ona nim nie pogardzała, o wszem wygrana po jego stronie, lecz nieszczęście Maurycy stawał na przeszkodzie.
— Doprawdy, ciągnął dalej żywo, nie rozumiem co za szaleństwo posądzać mnie o podobne myśli, przecież ich nikomu nie wypowiadam. Wielki to nierozsądek patrzeć wyżej siebie. Już mnie męczą te ludzkie języki. Ożeniłbym się gdybym miał odpowiednie utrzymanie i należy mi o tem nawet pomyśleć, już pora przestać żyć jak wilk.
— Doskonale, winszuję, Rigaud.
— Gdyby ktoś chciał być rozsądniejszym i wstrzymać się... zobaczonoby. Spojrzał właśnie na powracającą z tacą zastawioną kieliszkami piołunówki, Wirginiję.
Matka podchwyciła to spojrzenie:
— Ona właśnie, to tylko dla ciebie. Śliczna para: Tyś brunet, ona blondynka...
— I ja tak myślę.
— Jedynaczka. z zasobem grosza bez długu.
— Za bogata dla mnie.
— No, dalej! bez obawy. Pola w dobrym stanie... kawiarnia idzie dobrze.
— Gdyby, tak się dało urządzić... westchnął Rigaud, pozostałbym na miejscu. Pani byś się zajmowała interesami, jak teraz.
— Kiedy zechcesz, pogadamy...
— Cicho! Nie przy ludziach... Za dni kilka, zajdę wieczorem... koło 10-ej gdy już nikogo nie będzie. Nie ma nic pilnego!
Wdowa spojrzała z zadowoleniem, W kwadrans potem kawiarnia opustoszała.
Pora obiadowa, każdy podążał w swoją stronę. Pozostali tylko Pitard, Anzelm i Cassegrain.
— Do jutra — żegnał Jan Rigaud, podając rękę. Jak wam czas pozwoli, podążajcie w stronę Auverny. Obława obiecuje... zawsze czas się nieźle spędzi. Dobrej nocy, przyjaciele.
— Dobrej nocy, Rigaud.
— Cóż on się tak dziś rozgadał, on, od którego trudno wydobyć słowa? — zauważył kupiec drzewa.
— Bo — odpowiedział Anzelm — zwaryjowany na Angielce, jak niegdyś na swej narzeczonej i tej przyszłej zmarłej nanczycielce. Wścieka się, bo pan Maurycy ugania się za miss Eveliną.
Anzelm zaśmiał się na całe gardło, spoglądając na Pitard’a, Cassegrain’a i wdowę Lebidois.
— Nie masz racyi, tak go posądzać, — przerwała wdowa, gdyż w tej chwili mówił mi o ożenieniu się.
— Żartuje pani!
— Wcale nie.
— Bah! z kimże?
— Jesteście mymi przyjaciółmi... mogę wam więc powiedzieć... z Wirginiją.
— Patrzcie no go, patrzcie no! To także myśl. Winszuję pani Lebidois.
Nie tak dawno, jak Burgundyja, Autunois i Charolais, posiadały najsławniejsze psiarnie, tresowane do rugowania wilków, dzików i sarn, licznie zalegających niegdyś te okolice, pozbawione dróg, zajęte stawami, pokryte lasami i zaroślami, trudnemi do przebycia.
Nic dziwnego, że zwierzyna coraz więcej niknie w naszych okolicach, jakieżto bowiem masy padają przy tak udoskonalonej broni, a szczególniej wobec mnóstwa tępicieli zwierzyny.
Blangy jednak miało jej dosyć w swych posiadłościach. Ostatni bowiem właściciele tej magnackiej siedziby, jak stary markiz i jego siostrzeniec Franciszek Valencourt, więcej zajęci interesami, a głównie gromadzeniem pieniędzy, niżeli łowiectwem, utrzymywali psiarnie i ujeżdżaczy jako tradycyję rodzinną dla przyjemności gości, a nie swej własnej.
Blangy-Crosey, za czasów Restauracyi, figurowało pomiędzy łowczymi z godłem Burgundyi z takimże tytułem jak Marey-Gassendi, de Moreton, les Vitry i les Pracomtal i myśliwymi, wsławionymi w kraju.
Za czasów ostatniego markiza i jego siostrzeńca Franciszka Valencourt, urząd dojeżdżacza, przezwany żartobliwie la Brisée albo la Ramce (tropiciela) uważano za korzystną synekurę.
Franciszek Valencourt, zajęty cyframi i spekulacyją, przemieszkiwał zaledwie trzy miesiące w Blangy.
Syn zaś jego Maurycy, znany bałamut, nie znajdował przyjemności w polu ani lasach, dla tego Paryż i kobiety stały się przedmiotem czci i wiary, pozostawiał więc w spokoju sarny i dziki w ich legowiskach, pozwalając im swobodnie plądrować po okolicy.
Z tej też to przyczyny urządzano co jesień istną rzeź, aby zapobiedz zbytecznemu rozmnażaniu się dzikiego zwierza, grożącemu winnicom i okolicznym obywatelom.
Jedna z takich obław miała się odbyć nazajutrz po dniu Zadusznym.
Od piątej rano stary pijak i próżniak Morvondeau, zajmujący w Blangy miejsce dojeżdżacza od niepamiętnych czasów, odgłosem trąby zwiastował dzień ten radosny.
Donośne to nawoływanie w połączeniu z wyciem szczekaniem psów, gryfonów, rasy, sięgającej czasu pradziadów de Blangy, pobudziły nietylko mieszkańców, lecz i gości pałacu.
Czas nie zapowiadał się świetnie; zimno, pochmurno, powietrze wilgotne i mgliste. Co robić? niepodobieństwem się cofnąć. Kasztelan de Blangy zwołał ze znajomych, w okół pięciu mil sąsiadających, pospolite ruszenie.
Ruch ogólny zapanował w zamku i dworskich zabudowaniach, przyjaciele zwoływali się w oczekiwania pożądanej rozrywki. Damy miały też towarzyszyć w powozach, zabawa więc zapowiadała się w całem znaczeniu tego słowa, świetnie.
O dziewiątej, gdy goście zgromadzeni w sali jadalnej, kończyli śniadanie, ukazał się stary Morvondeau i dwóch polowych, zwiastując pocieszające nowiny o wytropieniu w wyrębach Auverny gromady dzików.
Oblicza myśliwych rozjaśniły się, doniesienie dojeżdżacza przyjęto entuzjastycznym hurra. Postanowiono udać się drogą de Bligny aż do Chene-creux, zkąd już na umówione stanowisko łatwo dojść choćby spacerem, obliczając na jedenastą polowanie w całej pełni.
Dwa breki miały powieźć gości do Chene-creux.
— Pojedziesz i ty także Tereso? odezwał się Maurycy, spoglądając raczej w stronę nauczycielki, odpowiadające mu nieznacznym poruszeniem powiek, znaczących tyle co.
— Zobaczymy się!
Przy drzwiach sali jadalnej, Jan Rigaud oczekiwał towarzysza la Ramée.
— A więc? zadecydowano?
— Tak. Jedziesz ze mną?
— Naturalnie.
— Zagrzejemy się, odpowiedział dojeżdżacz.
Jan Rigaud rzucił wzrokiem na wnętrze sali.
Dopijano kawy.
Maurycy de Blangy wstał, a nachyliwszy się po za krzesłem siostry, mówił coś do niej po cichu, utkwiwszy oczy w Angielce, siedzącej naprzeciw.
Miss Ellen Vanbury, uśmiechała się z wdziękiem.
Janowi Rigand ścisnęło się serce; szybko podążył za przyjacielem.
— Pośpieszajmy, rzekł, spóźnimy się.
— Nie ma obawy.
Gryfony, pozwiązywane paramı, prowadzono już drogą pod dozorem służącego.
La Ramée i Rigaud wsiedli na mały wózek, a przybywszy na miejsce, umieścili go w chacie węglarza.
Miejsce znakomicie obrane.
Pomimo mglistego czasu, rozjaśniającego się potrosze, zdala odkrywał się krajobraz, uwielbiany kiedyś przez Filipa Valencourt, podążającego do swej ubóstwianej kochanki, zmarłej tak tragiczną śmiercią.
Poniżej szereg baraków ciągnął się w głąb doliny Bellemare, widniejącej jak kwadrat ogrodu warzywnego.
— Wiesz co staruchu, zaczął la Ramée, zwierzęta wyruszą z kniei tam oto. Anglik, ale wychodząc od siebie, przypatrzy się polowaniu.
Anglikiem zwano Adama Szmith nabywcę domku pułkownika.
— Szlachetny to człowiek, jak mówią, — odrzekł Jan Rigaud, lecz cóż to za myśl zakopać się tam!
— Każdy ma swój gust, — dodał la Ramée, zbliżając się do psów.
— To mi to psy! Zobaczysz, jak pójdą mój poczciwy Rigaud.
— Dobrze!
— Czem masz nabitą dubeltówkę?
— Kulami, do licha. Czy myślisz, że strzelę do dzika?
— Ostrożnie z prosięciem, jeżeli zawróci w twą stronę.
— Nie chybię! jeżeli będę mógł.
Jan Rigaud, również spokojny i zadowolony, jak inni myśliwi i goście markiza sąsiedzi i leśnicy przybywający brykami, pieszo, drogą lub lasem, aby należeć do obławy.
Kolejno ukazał się i Maurycy do Blangy w długich butach z ostrogami na pięknej kasztance ze szpicrutą w ręko, w garniturze z bronzowego aksamitu; bardzo mu było do twarzy w małym tejże barwy kapelusiku.
— A to ty, Rigaud? Strzelcy są tam rozstawieni wzdłuż ścieżyny króliczej. Ztamtąd dojrzą wzgórze prawie na dwieście metrów. Miejsce dobre?
— Znakomite panie Maurycy.
— Dobrze.
— Jest ich tylko dwie, moja siostra i nauczycielka, inne obawiały się niepogody.
— Pan pozostanie na koniu?
— Tak. Dosyć broni i bez obaw.
— Gdzie pan będzie?
— Ja niedaleko mej siostry... Postaraj się popędzić jakiego młodego dzika w tę stronę. Sprawi im to przyjemność.
— I owszem, odrzekł, śmiejąc się Jan Rigaud, lecz trzeba aby się nawinął. Jak ruszą gdzie indziej, to nie moja w tem wina.
— Naturalnie, próbuj, a będziesz mógł. A ty la Ramée gotów jesteś?
— Czekam rozkazów pana.
— Dobrze.
Maurycy de Blangy spiął konia i znikł w pośród lasu koło Rousse-brune. Jan Rigaud, zamieniwszy jeszcze kilka słów z dojeżdżaczem, rozwiązującym psy zawrócił w dragą stronę, skracając drogę w kierunku jakim się udał młody człowiek, przemykając pod drzewami jak zając.
Czyś kiedy czytelniku był na polowania z psami gończemi w głębi gęstego lasu? Zanim rozpocznie się ono, następuje chwila ogólnej ciszy, że się tak wyrazimy, uroczystej. Strzelcy wstrzymują oddech, podsłuchając najmniejszy szum, sprawiany powiewem wiatru. — Słyszysz tylko szmer zeschłych liści krzewiny lub gałęzi poruszanych przejściem psów.
Na drużynie króliczej ze trzydziestu myśliwych ukrytych za drzewami, lub w głębi rowów z bronią w ręku.
Na przeciw wzgórze, miejscami ogołocone, pokryte krzewinami, jałowcem ciernistym, sosnami, brzozami, lub dębami, pośród których tu i ówdzie przyświeca cypel skały.
Poniżej drożyny na kamieniu wyższym od innych, zwanym w okolicy la Rousse-brune, od ciemnego koloru znajdowały się Teresa de Blangy i jej nauczycielka w towarzystwie Zuzanny.
Markiza i jej mąż pozostali w domu, obojętni na przyjemności swych gości.
W środku drogi między strzelcami i damami, młody pan Maurycy na koniu nie odrywał oczu od pięknej Angielki. Przez kilka minut trwała cisza, przerywana zaledwie przez kilka bażantów, spłoszonych przez uwijającą się w krzakach psiarnię.
Wkrótce posłyszano szczekanie z początku jedno, potem dwa, inne przyłączyły się do pierwszych, i nagle szczekanie i wycie coraz silniejsze oznajmiają chwilą stanowczą.
Polowanie rozpoczęte. Ziemia dudni jak pod natarciem konnicy, dziczyzna pociąga za sobą psów w odwrotną stronę ścieżki, kulejąc gwałtownie, siejąc obawę nieudanej wyprawy.
Następuje odwrót, zbliżanie się gryfonów uwijających się za stadem prosiąt i starych dzików, pędzących przed niemi.
Granie psiarni coraz głośniejsze, gryfony rozżarte, róg starego dojeżdżacza rozbrzmiewa w koło. Chwila najsilniejszych wrażeń.
Dziki, w zwartych masach, z ziejącym ogniem w zaślepienia pędzą z pochyłości jak sarny, staczają się jak kule i wpadają na strzelców. Gromada obsaczona, przymuszona, rzuca się na drożynę króliczą.
Posypał się ogień z ręcznej broni, młody pan Maurycy, porwany widokiem, spina konia, pędząc cwałem na miejsce potyczki, gdzie dwie rude bestje, wywrócone do góry nogami ryją ziemię, lecz pomimo odniesionych ran, zrywają się giną w zaroślach i dogorywają o kilkaset kroków.
Inne przebyły bez przeszkody, pędząc dalej, gnane przez gryfony i ogień!
W tej chwili rozległ się przeraźliwy okrzyk, wzywanie pomocy, wrzask rozpaczliwy.
Teresa de Blangy ze szczytu swej skały, pagórka kamieni, zarosłych mchem, dojrzała galopującą kasztankę swego brata.
Koń zatrzymał się. Panna de Blangy nie zdawała sobie sprawy z tego co zaszło.
W około nie było nikogo. Strzelcy ruszyli za psiarnią i zwierzyną, gdy też od strony Bellemare dały się słyszeć nawoływania, widocznie myśliwi tam podążyli.
— Ten wykrzyk! Miss Ellen, słyszała go pani? zapytała panna de Blangy przeraźliwie blada.
— Nie.
— Tam, odrzekła Teresa, wskazując ręką w kierunku, zkąd koń powracał, wydarzyło się jakieś nieszczęście.
— Zdawało ci się...
— Chodźmy, błagam panią... i ty także Zuzanno. Wszystkie trzy pobiegły w stronę skad doleciał je krzyk jakiś. Po drodze spotkały kilku ludzi, wiedzionych również ciekawością, co się tam stać mogło. Na czele ich szedł kupiec drzewa Cassegrain.
— Chodźcie, rzekła, spostrzegłszy, że są jej znajomi, proszę was.
— Co panience jest? zapytał Cassegrain który pomimo, że nienawidził markiza, nie był nieprzyjacielem panny de Blangy, jednającej sobie serca ogółu.
— Nie wiem... jąkała... przewiduję jakieś nieszczęście, biegnijmy razem, tam...
I o kilka kroków dalej oto co spostrzegli
— Ach! mój Boże! wykrzyknęła padając na ziemię. Maurycy! zawołała rozpaczliwym głosem.
Oczy zranionego roztworzyły się, lecz nic nie odpowiedział. Wyciągnięty na gałęziach, leżał przyszły markiz, z twarzą pokrytą śmiertelną bladością.
Rękami skórczonemi przyciskał pierś.
Teresa odsunęła mu ręce.
Przedziurawiona i zakrwawiona kamizelka koło serca, wyjaśniła co się stało!
— Kula zbłąkana, odrzekł kowal. Co za nieszczęście!
Pan Adam Smith przybył do Burgundyi bez rozgłosu; dwie włóki ziemi, zakupione po pułkowniku Stefanim, przewrócone do szczętu, zajmowały czas jego. Od sześciu tygodni zamieszkania w Bellemare, kilkunastu robotników zajętych odbudowaniem i odświeżeniem pustkowia, nachwalić się nie mogło jego książęcej wspaniałości, dobroci i obejścia się z pracującymi.
Wkrótce też został popularnym w okolicy, pozyskawszy tylu przyjaciół, ilu było sąsiadów.
Dozorcy i polowi z Blangy, przejściowi podróżni zawadzali o Bellemare, jak o oberżę, raczeni przez murzyna, Tony’ego szklanicami wina hiszpańskiego. Rozmawiano o wszystkiem.
W kilka tygodni Adam Smith znał okolicę, jak gdyby w niej zamieszkiwał od lat kilkunastu. Znał gruntownie historyją pułkownika Stefaniego i Blangych, starego markiza i jego siostrzeńców, nawet wiedział o przygodach Filipa Valencourt, o tyle o ile wtajemniczeni pozostali dozorcy i sąsiedzi zamku.
Lecz nikt nic nie wiedział o przeszłości, jakoteż i przyszłych zamiarach Amerykanina.
Przybył w najętym powozie z Beaune, nie zwracając niczyjej uwagi.
Jedyną jego rozrywkę stanowił spacer do Blangy, to jest do kawiarni du Commerce.
Wdowa Lebidois i jej córka Wirginja nie omieszkały zawrzeć pewnej serdeczności z obywatelem tak miłym, naturalnym, przesiadającym u nich po kilka godzin nieraz, rozmawiającym swobodnie i zajmująco, z życiem i werwą, a co najważniejsze, płacącym za wszystko drogo.
Z takiemi danemi, Adam Smith wywiadywał się o wszystkiem, nie potrzebując nawet pytać. Łatwo też odgadł, że Magdalena Arbaud, kobieta inteligentna i prawa, zmieniając nazwisko i wchodząc do rodziny Blangych, jako uległa nauczycielka, wtedy kiedy jej ofiarowywał olbrzymi majątek, swobodę i byt niezależny, miała cel sekretny, tajemnicze projekta, których rozwiązania oczekiwał z równąż ciekawością jak i niepokojem.
Nieraz spotykał w parku Blangy, lub na spacerze dwie młode dziewczyny, nauczycielkę i uczennicę, niekiedy markizę i Franciszka Valencourt.
Widywał też Maurycego de Blangy, jego przyjaciół konno w stronie Bellemare, a przypatrując się tym fizjognomjom, snuł podstawę wypadku, w której więcej działała imaginacja, niżeli rzeczywista prawda. Wypadek przy stawie Neuf, wywołał nowe zaciekawienie.
Cassegrain, którego Amerykanin widywał po razy kilka w kawiarni du Commerce, wypowiadał często zagadkowe wyrazy, tyczące się tego zatopienia.
Kupiec drzewa potrząsał znacząco głową, a Adam Smith dosłyszał, jak mówił do wdowy Lebidois:
— Wie kochana pani, na próżno sobie mózg suszyć, nikt tego nie zbada. Pieniędzmi okupuje się wszystko!
Cassegrain miał słuszność, a urazę swoją do markiza de Blangy wyjawiał przeróżnie w setnych złośliwych przytykach.
Adam Smith wywiódł z tych wszystkich wypadków, słów i opowiadań, że jakaś tajemnica cięży nad tym zamkiem, koło którego zamieszkał i że któregokolwiek dnia wybuchnie niespodziewanie, w chwili, gdy się nikt nie spodzieje.
I oto co się stało.
Na odgłos hejnałów, naszczekiwania psów goniących gromadę dzików w lasach Auverny, Amerykanin wiedziony ciekawością, jak i inni, zbliżył się do myśliwych, w towarzystwie nieodstępnego swego służącego Tony.
Ciekawy to widok podobne polowanie. Najgorsze co mogło spotkać, to uderzenie kulek ołowianych, nieumiejętnie skierowanych przez niezręcznego strzelca.
Adam Smith nie trwożył się o coś podobnego. Przybył pierwszy na miejsce obławy, bo też i zarośla jego posiadłości były najbliższemi. Stanął na punkcie kulminacyjnym, za drożyną króliczą, skąd w pewnej odległości wpatrywał się w piękna oblicze Angielki, stojącej po za liniją strzelców.
To właśnie stanowiło dla niego kwintesencję ochoczej zabawy.
Pożerał z rozkoszą swych wielkich wyłupiastych oczów urocze dziewczę, zajmujące go bez przerwy.
Punkt, na którym się zatrzymał Adam Smith z towarzyszącym mu Tonym, była to skała, jakie zalegają lasy Auverny.
W chwili rozpoczęcia strzałów, gdy wrzawa psów ostrzegała o zbliżaniu się zwierzyny, mogącej spowodować otrzymanie zbłąkanej kuli, wśliznął się w zakątek i przysiadł wraz z Tonym, chroniąc się za kamień i kępę dębczaków, której liści spalonych nie zerwały jeszcze wiatry jesienne.
Ztąd mógł napawać się oryginalnym widokiem. Gromada dzików większych i mniejszych, z zgiętemi w półkole grzbietami, najeżoną sierścią i stado centkowanych prosiąt rozżartych cwałowało jak trąba powietrzna, zostawiając za sobą tumany kurzu, a za niemi zgraja gryfonów, tak ścisniętych jeden koło drugiego, iż można je było pokryć jednym płaszczem.
Posypały się strzały jedne za drugiemi, jakby pluton wojska na rozkaz swego dowódcy. Wystraszone prosięta zawróciły koło strzelców, nie wiedząc, gdzie się udać.
Adam Smith i jego towarzysz wcisnęli się w swą kryjówkę, w tejże jednak chwili dziarski chłop, brunet szczupły i muskularny, z oczami zaiskrzonemi, pędząc z całych sił przez las, skurczony we dwoje, zatrzymał się raptem koło skały Amerykanina, obejrzawszy się po za siebie i w zarośla.
Czego szukał?
Adam Smith i Tony dostrzegli jak mierzył w punkt niewidzialny i dał ognia.
Padł strzał, a krzyk przeraźliwy rozległ się w powietrzu. Człowiek przykucnął na ziemi, zatrzymując się kilka sekund skurczony we dwoje, chciał zbiedz poza nagiętemi krzakami.
W tej chwili dwie ręce silne jak kleszcze powaliły go na ziemię, a klątwa przytłumiona wyrwała się z jego gardła.
Tony pochwycił go na rozkaz pana.
— Puszczaj mnie, — mruczał przytrzymany, usiłując się wyrwać, — bo cię zabiję.
— Kim jesteś? — zapytał Adam Smith.
— Po co ci to wiedzieć?
— Jesteś zbrodniarzem.
— Kłamstwo!
— Prawda!
— Jakiem prawem zapytujesz mnie?
— Prawem silniejszego, odpowie spokojnie Amerykanin. — Zabiłeś człowieka.
— A więc tak, prawda, bom miał do tego powody. Jeżeli zawołacie o pomoc, narobicie wrzawy, natychmiast w łeb sobie palnę, — odrzekł stanowczo, a wyraz twarzy energiczny potwierdzał słowa.
— Pod jednym warunkiem! — odezwał się Amerykanin po namyśle kilku sekund. Wyznaj powody, będę twym sędzią. Nie zdradzę cię, chyba, że sumienie mi to nakaże.
— Zgadzam się — wybąkał morderca, widząc ocalenie.
— Nazwisko i imię twoje?
— Jan Rigaud.
— Zatrudnienie?
— Polowy z Blangy.
— Kiedy się zgłosisz?
— Dziś wieczór lub jutro.
— Jutro, zażądał pan Adam Smith.
— Jak się podoba.
— Gdzie?
— W kawiarni du Commerce, u wdowy Lebidois.
— Liczysz może na noc, aby nas zamordować — odrzekł Amerykanin z pogardliwym uśmiechem. — Mylisz się. Pięć minut opóźnienia a uwiadomim sąd...
— Nie obawiajcie się. Nie jestem takim człowiekiem, za jakiego mnie posądzacie. Zgadzacie się?
— Niech i tak będzie. O której godzinie?
— O dziesiątej.
— Będziemy sami?
— Dobrze.
— Puść go więc — rozkazał Adam Smith.
— Do jutra — odpowiedział Rigaud. — Przyrzekacie milczenie?
— Na honor... aż do rozmówienia się. Jesteś wolnym.
— Dziękuję — odrzekł Rigaud, oddalając się.
Adam Smith obtarł czoło. Krótka ta scena wzruszyła go.
Jednem spojrzeniem nakazał Tony’emu zachowanie tajemnicy. Mulat odpowiedział mu wzajemnie.
Adam Smith zawrócił, ogarnięty dolegliwym niepokojem; widział bowiem, jak w oczach jego dopuszczono się morderstwa.
Spokój, z jakim polowy mierzył do swej ofiary, zimna krew jaką zachował, silne postanowienie, wyryte na jego twarzy, uderzyły Amerykanina.
Czyżby nauczycielka wmieszaną być mogła do tej dzikiej zbrodni? Z jakiego powodu?
Może to ona kierowała tą ręką? Jaką rolę odgrywa w tej zawikłanej sprawie?
W kilka minut później Adam Smith i Tony znaleźli się przy ranionym.
Kupiec drzewa, Cassegrain, kowal i jeden z drwali wraz z trzema kobietami, Teresą de Blangy, nauczycielką i Zuzanną stali na miejscu wypadku.
Inni, w zapale polowania, gonili za zwierzyną i psami w stronę Bellemare, skąd rozlegały się nawoływania.
La Ramée oznajmiał wyjście z kniei.
Wesołość innych, zapał myśliwych, wrzawa unosząca się w dal, zastęp przyjaciół, służących i ciekawych czyniła posępniejszą sceną, której Amerykanin jego służący stali się mimowolnymi świadkami.
Na ziemi, zmieszanej z piaskiem i trawą, leżał spadkobierca de Blangy, wyciągnięty, zziajany, zaledwie oddychając, pozbawiony czucia, z oczami zamkniętemi. (book from Wikisource) Przy nim na kolanach, zalana łzami siostra jego Teresa, błagająca o pomoc obecnych, nie mających środka zaradzić nieszczęściu.
Zuzanna i nauczycielka, nieme i pomieszane, oczekiwały ostatniego tchnienia nieszczęśliwego.
— Zrobić czemprędzej nosze, — zawołał Amerykanin, zwracając się do drwala, mającego nóż ogrodniczy u pasa. Przeniesiemy ranionego do mnie. Może jest jaka nadzieja...
— Strzał wymierzony celną ręką, — odezwał się Cassegrain, pokładając słabą nadzieję, zapobieżenia nieszczęściu.
Adam Smith spojrzał się ostro, zniewalając go do milczenia.
— Pozwoli mi pani służyć mym domem... — rzekł Amerykanin, zwracając się do panny de Blangy. Do mnie najbliżej... Poślemy po doktora i może... Młoda dziewczyna — odpowiedziała głośnem łkaniem. Drwal, przy pomocy Cassegrain’a i kowala, sporządzili nosze, na które ułożono ranionego, i smutny pochód ruszył w drogę do Bellemare, podczas gdy Zuzanna pobiegła zawiadomić ludzi, stojących w pewnej odległości przy powozie młodej pani. Ponury to był pochód; młodego człowieka, pełnego życia przed chwilą, niesiono po gruncie pokrytym mchem, piaskiem i badylami, a za nim stąpał koń ranionego rżąc smutnie, jak za poległym na polu bitwy.
O drugiej po południa. Maurycy de Blangy nie odzyskując przytomności, leżał w pokoju, w którym Magdalena Stefani odbierała pierwsze zapewnienia miłości i przysięgi, Filipa Valencourt, upojonego rozkoszą najczystszych uczuć mających tak okrutne następstwa.
W pół godziny później przybył lekarz wioskowy, w powozie panny de Blangy pędząc co koń wyskoczy, ale niestety! po to tylko, aby oznajmić, że dla ranionego nie znajduje środków ratunku.
Jeszcze raz Maurycy de Blangy otworzył oczy, lecz po to tylko aby spojrzeć na nauczycielkę z żalem i rozpaczą.
O godzinie trzeciej wydał ostatnie tchnienie.
Wpół do czwartej, przybyła markiza de Blangy, a znalazłszy już tylko, trupa, padła, jak rażona piorunem obok sofy na której syn jej leżał. Nie wytłomaczona trwoga nurtująca jej serce od niejakiegoś czasu sprawdziła się, przeczucia nieomyliły jej, nieszczęście krążyło nad jej domem.
To kara, za przeszłe i teraźniejsze występki. Miejsce gdzie się w tej chwili znajdowała, doprowadzało ją do szczytu rozpaczy. Przeszłość stanęła, przed jej oczami; wszakże stała w domu Magdaleny Stefani, swej ofiary, którą zdeptała stopami, pognębiła, znienawidziła, i oto tutaj odnajduje drogie szczątki syna swego.
Opamiętawszy się, dzięki sile charakteru, przyciągnęła w swe objęcia córkę klęczącą przy łożu śmierci brata a tuląc ją tkliwie do piersi zawołała:
— Ty, więc jedna, ty jedna! pozostajesz mi. Oprócz ciebie, nic, nic!
Adam Smith badał w tej chwili zimną i poważną twarz nauczycielki i odkrył przelotny wyraz ironii, będący dla niego nowem odkryciem.
Po ogniu jej oczów, po zmianie rysów twarzy przelotnych jak błyskawica, domyślał się rzeczywistości.
Więc ręka tamtego zabiła, lecz wola Magdaleny kierowała nią.
Danym znakiem wezwał młodą dziewczynę do przyległego pokoju, a gdy weszła, odezwał się.
— Potrzebuję z panią pomówić, w sekrecie...
— Dla czego?
— Żądam tego — odpowiedział stanowczo, lecz czule zarazem.
— Pan także, stajesz się mym nieprzyjacielem, zapytała z gorzkim uśmiechem.
— Nie jestem nieprzyjacielem, lecz chcę się dowiedzieć. Muszę się z panią widzieć.
— Ah! musisz pan! Proszę więc rozkazywać.
— W takiem zamieszaniu jak obecnie w Blangy, możesz się pani wymknąć na chwilkę.
— Może.
— Jutro?
— Dobrze.
— Proszę być we wsi.
— W jakiem miejscu?
— Będę panią oczekiwał przy bramie cmentarnej.
— O której godzinie?
— O szóstej.
— Dobrze.
— A teraz pozwól mi pan przypomnieć sobie — zaczęła z pogardliwą dumą, młoda dziewczyna — dane przyrzeczenie.
— Jakie?
— Obiecałeś pan zachowanie sekretu?
— Prawda.
— Jeżeli pan rzekniesz słowo, zdradzisz mnie najmniejszym gestem, nie zobaczymy się nigdy w życiu więcej.
Adam Smith zamyśliwszy się na chwilę, odpowiedział:
— Dałem pani słowo i dotrzymam go. Lecz jestem uczciwym człowiekiem... Potrzebuję się dowiedzieć. Będę pani oczekiwał na wsi.
— Przyjdę rzekła.
Po wyniesieniu zwłok, spadkobiercy de Blangy z domku pułkownika, Adam Smith pogrążył się w smutnej zadumie.
Pomimo wyniosłego obejścia się z jakiem odpychała nauczycielka nieme oskarżenie, mogące ją wzruszyć, przecież pewna wątpliwość opanowała umysł Amerykanina.
Zdała mu się, chociaż pozornie spokojną, lecz miotaną wewnętrznem cierpieniem przebijającem w całej jej postawie. Obawy jego stały się tem żywszemi, że z czasem, pociąg jaki się w nim zrodził dla towarzyszki podróży, wzrastał coraz więcej.
Co dzień, co chwilę, powtarzał to, co powiedział na parowcu z New-Yorku do Hawru, że nigdy nie spotka kobiety również skończonej, łączącej wszystko w swej osobie, siłę, zdrowie, inteligencją, zdolnej zapewnić szczęście o jakim on tylko marzył!
Jakaż bowiem inna mogła połączyć t\ęż samą doskonałość kształtów, niezrównany wdzięk, ideał miłości boskiej i upajającej zarazem. Jednak mimo takiej sympatyi widział, że ona a nie kto inny, jest przyczyną nieszczęść, uderzających w tę możną rodzinę.
Zresztą, czyż go nie przestrzegła?
Nie przyznałaż mu się, że przywozi broń ze swych podróży; że ma misją do spełnienia, która nie potrwa długo, kilka miesięcy, tygodni może, że zadanie jest niebezpiecznem i być może, iż nie przeżyje go?
Cóż więc jaśniejszego?
Adam Smith należał do rzędu ludzi energicznych, stanowczych i rzutnych, jak większa część mieszkańców jego kraju, zmuszonych ukrywać się a czasem wymierzać sprawiedliwość sobie samym.
Zastanawiając się nad tą zagadką opłaciłby drogo człowieka, który by mu ją rozwiązał. Może dopomoże ów Jan Rigaud.
Z wielką niecierpliwością oczekiwał terminu upływa pozostawionego polowemu, sądząc, że z tej strony padnie jakie światło.
Nigdy dzień nie zdał mu się dłuższym, skracał go też jak mógł.
O dziesiątej radio, wstąpił do wdowy Lebidois, gdzie też już był i Cassegrain a najstalszy gość zakłada, który opowiadał o zamieszaniu jakie panowało w zamku.
Markız dowiedział się o nieszczęścin dopiero wieczorem, powróciwszy z wycieczki do Beaune. Szczęście jego zostało bez zaprzeczenia zerwane i odtąd troski i upokorzenia nawiedziły pałac de Blangy.
Zresztą wszystko stawało się podejrzanem.
— Gdyby to był kto inny, to z pewnością sąd wdałby się w ten interes, mówił Cassegrain. Adwokat utopiony w stawie Neuf, syn zabity na polowaniu!
Podczas gdy Amerykanin posilał się z swym nieodłącznym Tony’m, wszedł kamerdyner markiza, a Cassegrain, żyjący z nim w najlepszej zgodzie i zapytał:
— A co, mój dobry Josonie, coś zaczyna nie wszystko iść po myśli u was?
— Niestety — odpowiedział Bretonczyk, poruszając głową.
— Syn zmarł.
— Nieszczęście.
— Kiedy go pochowają?...
— Jutro.
— Dobra gratka dla proboszcza, — dodał Cassegrain, z złośliwym uśmiechem. Wkrótce może będzie i drugi.
— Co przez to rozumiesz? zapytał Kerhoël.
— Panienka coś także źle wygląda.
— Oj, to prawda.
— Od kilku tygodni patrzę na nią, i chociaż nie jestem doktorem, lecz tak coś, jakby patrzała na księżą oborę.
— Wielka byłaby to szkoda, rzekł Bretończyk. To najlepsze stworzenie na ziemi.
Cassegrain podzielał zdanie Kerhoëla. W całem Blangy nie znalazłby pewno i jednego człowieka, inaczej sądzącego o panience, pomimo żywszej urazy do markiza.
— Wyznaj, że od jakiegoś czasu zachodzą wypadki nie świetne... kto to wie, może to następstwo... Są tacy, co coś o tem wiedzą.
Joson Kerhoël udał, że nie słyszy, a szykując się do wyjścia, uścisnął dłonie gości Lebidois, żegnając zaś Cassegrain’a rzekł pół głosem:
— Zamknij gębę. Kto zawiele mówi, ten sam sobie szkodzi. Proś lepiej Boga, aby nam panienkę zachował. Przy niej wszystkim dobrze będzie, a tobie najpierwszemu.
Po odejściu Kerhoëla Cassegrain pozostał sam. Amerykanin skinął nań.
— Dawno jesteście w tej okolicy? — zapytał.
— Urodziłem się tutaj, kończy się pięćdziesiąt dziewięć lat na przyszłe winobranie.
— Do jakiej to historyi dajesz ciagłe przytyki.
— Oni wiedzą wszyscy dobrze. Stary markiz de Blangy był kawalerem i miał tylko dwóch siostrzeńców, dziedziczących po nim, jeden był piękny, drugi brzydki, jeden wesoły, dragi kutwa i oszust. Piękny umarł oddawna, brat jego pozostał. Ten co pozostał odziedziczył cały majątek. Drugi miał kochankę, czy żonę, córkę pułkownika Stefaniego Korsykanina, zamieszkującego w Bellemare, w domku teraz przez pana zajętym i dzieci, którym się nie dostało ani grosza z majątku ich ojca, ani po starym markizie, ich dziadku.
— Ah! dzieci pozostały?
— Dwoje: syn i córka.
— Co się z niemi stało?
— Niewiadomo. Matka musiała powrócić do swego kraju, do Korsyki.
— Czy była ładna?
— O! nawet i bardzo ładna. Widywałem ją często, i zblizka. Piękna jak anioł, a zbudowana cudownie!
— Blondynka czy brunetka?
— Blondynka. I oto co zauważyłem, nie dalej jak wczoraj.
— Gdzieżto?
— U pana w Bellemare.
— Cóż takiego?
— Że nauczycielka panienki jest do niej podobną...
— Naprawdę? — zawołał Amerykanin, jakby uderzony myślą jakąś.
— Jak dwie siostry. Przecież nie mogą być nawet krewnemi bo ta pochodzi z Anglii, a tamta u nas się rodziła.
— Masz racją, odpowiedział Adam Smith, kładąc czterdzieści su na dochód gminy.
Gdy Cassegrain opuścił zakład, aAerykanin zbliżył się do wdowy Lebidois.
— Mam z kimś pomówić dziś wieczór, czy mogłaby mi pani pozwolić małej salki?
— Z całą przyjemnością, — odpowiedziała uprzejmie właścicielka.
— Na godzinę tylko... o dziesiątej.
— I owszem.
— Czy nie będzie nikogo więcej u pani?
— Zapewne, o tej godzinie wszyscy śpią w miasteczku.
— Ah! tak, — odrzekła gospodyni, po chwili namysłu, może przyjdzie Jan Rigaud.
— Właśnie jego oczekuję.
— Tem lepiej, — wtrąciła wdowa z wdzięcznym uśmiechem. Jeżeli sekret, to są... wie pan, drzwiczki od ogrodu.
— Dobrze.
— Bardzo wygodne.
— Do wieczora więc pani Lebidois.
— Do wieczora, panie,
Amerykanin wsiadł w najęty wózek, nie zdradzając zainteresowania się tą historyją a jednak silne odniósł wrażenie: zaczął kombinować, chociaż jeszcze niezbyt pewny. Podobieństwo dwóch kobiet! Imiona te same!
Adam Smith, jako człowiek uczony, czytał i wiedział wiele o zemście wiekowej Korsykaninów... Bez żadnej wątpliwości tkwiła tutaj nienawiść rodzinna, okrutna i straszna, jak wojny religijne, pochłaniające niegdyś tyle ofiar, a nie tak trudne jak przypuszczają do rozniecenia.
Punkt o godzinie 10 wprowadził Adam Smith skrytemi drzwiami czarno ubraną młodą zawoalowaną kobietę do małej zadymionej salki, słabo oświetlonej.
Dama ta usiadła w półcienia, podczas gdy Tony wprowadził drugiemi drzwiami Jana Rigaud, pochmurnego i smutnego, umieszczając jego fuzję w kącie salki.
Smith skłonił się polowemu, dając znak by usiadł.
— A teraz porozmawiajmy, — rzekł Amerykanin, nie traćmy czasu. Aby zabić człowieka, należy mieć ważne powody... jakie są twoje?
— Nienawidziłem śmiertelnie pana Maurycego de Blangy.
— Czy cię w czem pokrzywdził?
— W pieniądzach, nie.
— W czemże więc?
— Miałem do niego dawną urazę.
— Z jakiego powodu?
— Narzeczoną moją... córkę winiarza, uwiódł i poprowadził na złą drogę... a potem porzucił. Umarła w szpitalu w Paryżu.
— I to wszystko?
— Odtąd, stawał mi zawsze na drodze.
— Jakto?
— Chociaż jestem prostym polowym, lecz kochałem tę samą kobietę co i on.
— A kobieta ta oddawała mu pierwszeństwo?
— Ta kobieta jak i inne, odwróciłaby się od pieniędzy.
— Zkąd o tem wiesz?
— Miałem dowody.
— Jakie?
— Podsłuchałem jej rozmowy z panem de Blangy w tedy gdy sądzili, że są sami.
— Nazwisko tej kobiety?
— Po cóż je wymieniać? Czy zresztą mam prawo?
— Czy o mnie chcesz mówić? — zapytała, podnosząc się, kobieta czarno ubrana, odsłaniając woalkę.
— Pani tutaj?! — zawołał Jan Rigaud osłupiały.
— Odpowiadaj.
— Prawda wybąkał.
— Mów dalej, — odrzekła siadając młoda kobieta.
— Więc to z przyczyny miss Vanbury, zabiłeś Maurycego de Blangy?
— Z jej i tamtej!
— Czy pani ta rozkazała ci?
— Nigdy.
— Czy wiedziała, żeś miał spełnić to zabójstwo.
— Nie.
— Czegoś się przez to spodziewał?
— Sądziłem, że tracąc nadzieję pozostania żoną tego młodego człowieka, zgodzi się być moją.
— Żoną... twoją?
— Moją!
— Jakie miałeś dane, aby być przyjętym?
— Miss Vanbury okazywała mi wiele przychylności, przytem posiadam pewną sumkę.
— Ile?
— Sto tysięcy franków!
— Zkąd je masz?
— Zarobiłem.
— Sto tysięcy franków!... prosty polowy?
Jan Rigaud zamilczał.
— Życie twoje jest w mym ręku, zaczął pan Smith, twój honor także... Nie bój się niczego... jeżeli wyznasz prawdę.
— A więc opowiem wszystko, — rzekł połowy w uniesieniu miłości...
Wyznał historyję swego szału, pokusy jakiej się dał uwieźć, żądzy pozostania bogatym, rozpacz w jaką popadł widząc się spodlonym, upadłym, bezpotrzebnie może. Postanowił więc pozbyć się rywala, zagradzającego mu drogę do szczęścia, rozżalony tak na ojca jak i na syna:
— Co dalej się stało, wiadomo już pani, — dodał.
— To więc markiz de Blangy jest przyczyną twej zguby?
— Tak.
— Czy mówisz tylko prawdę?
— Klnę się na Chrystusa Pana!
— Wierzę ci, — powiedział Adam Smith. A ta młoda pani nic ci nieradziła?
— Nic.
— Przysięgnij.
— Przysięgam. Po cóż mi kłamać? Jestem w pana ręku i czuję, że me życie stracone — zakończył Jan Rigaud, obcierając opaloną twarz z oblewającego ją potu.
Tony, na dany znak przez Adama Smitha, wydobył z kieszeni pióro, papier, atrament, kładąc je na stole.
— Jeszcze jedno słowo — powiedział Amerykanin — nie chcę cię zgubić, lecz być może, że kiedyś potrzebne mi będzie twoje wyznanie, nie przeciw tobie, lecz komuś innemu, możniejszemu od ciebie. Obiecuję ci posłużyć się tylko wtedy, kiedy ci to nic szkodzić nie będzie.
— Czego pan żąda?
— Podpiszesz zeznanie, jakie podyktuję. Pisz.
— Życia więc mego pragniesz panie — bełkotał polowy, wpijając paznogcie w swą głowę.
Amerykanin dyktował:
— Ja, niżej podpisany, Jan Rigaud, polowy w służbie markiza do Blangy-Cussey wyznaję, że na rozkaz markiza de Blangy zabiłem, topiąc, znanego...
— Jak się nazywał ten pan? — zapytał Smith.
— De Vernes.
— Czam się zajmował?
— Adwokat z Paryża.
— Pisz dalej.
— De Vernes’a adwokata z Paryża, ponieważ tenże posiadał listy kompromitujące pana de Blangy, jakoteż chciano mu odebrać miljon, za cenę którego sprzedał te papiery. 2-ie. Zabiłem na polowaniu, na oczach panów. Adama Smitha i Tony Barkera, obywateli amerykańskich, pana Maurycego de Blangy, a to z nienawiści jaką ku niemu żywiłem. Podpisano własnoręcznie przezemnie w Blangy 3 listopada 1888 r.
— Podpisz — rozkazał Amerykanin.
Jan Rigaud odsunął się, rysy twarzy mając strasznie zmienione.
— Wolę sobie w łeb palnąć — zabełkotał, rzuciwszy wzrokiem na stojącą w kącie fuzję.
— Janie — rzekła Magdalena, wstając, a zbliżywszy się do polowego, położyła rękę na jego ramienia, to ja ciebie zgubiłam. Gdybym ci nie była wyjawiła prawdziwych mych uczuć, nie byłbyś zabił tego nędznika. Nie kochałam go. Nienawiść i wzgarda tylko zajęły me serce. Każdem słowem dążącem do uczynienia ze mnie swej metresy, ubliżał mi! Później zrozumiesz może co zrobiłam. Dziś ufaj tylko. Ani ja, ani ten pan nie zdradzimy cię! Występek jakiegoś się dopuścił powstał w innej, a nie twojej głowie! Uderzyłeś jak miecz w ręku która go trzyma. Nie obawiaj się i uczyń czego żądają.
Odpowiadam za ciebie jeżeli zabójstwo nie miało innych świadków.
— Jakto, więc to pani? — odezwał się Smith, patrząc ze zdumieniem.
— Tak.
— Kłamie — zawołał Rigaud. — Ja sam...
— Nie zabiłam — odpowiedziała młoda dziewczyna. — Pomściłam się jak kobieta.
— Za co? — zapytał Amerykanin.
— Bo my — odrzekła po chwili namysłu — pochodzimy ze krwi, nie przebaczającej zniewagi, jakiej się dopuścił ten młody człowiek, korzystając z mego ubóstwa, chciał mnie przekupić skradzionem złotem bo... między mną a jego rodzicami pozostał do załatwienia rachunek a hasłem jego vendeta.
— Przyczyna jej?
— To mój sekret, lecz cierpliwości, a wkrótce się wyjaśni.
— Kiedy?
— Dziś 3 listopada. Za dni kilka... a wtedy zwolnię pana z danego przyrzeczenia.
— Dobrze.
— Podpisz Janie — odezwała się łagodnie młoda dziewczyna.
Drżącą ręką podpisał polowy papier, leżący przed nim.
— Jakże pani musi mną pogardzać– zawołał Rigaud, nie śmiejąc spojrzeć na nauczycielkę.
— Pogardzam złodziejami i nikczemnikami, ty nie jesteś ani jednym ani drugim. Pozwól mi dokończyć zadania a wtedy...
— Wtedy? — zapytał.
— Będę twą przyjaciółką... dobrą wróżką jeżeli chcesz, jak teraz byłam złą.
— Dziękuję.
— Potrzebuje mnie pan jeszcze? — rzekł Rigaud, odwracając się do Amerykanina.
— Nie.
Polowy zabrał fuzję i skłoniwszy się, wyszedł.
Adam Smith włożył papiery do portfelu i odprowadził nauczycielkę do drzwi zamku.
Park był pusty i spokojny, przepyszne mieszkanie — ponure jak grób. W jednym z pokoi pierwszego piętra Ludwika de Chambeyre, markiza de Blangy, czuwała, dzika, z okiem suchem, pogrążona w bezdennej rozpaczy, trwodze i wyrzutach sumienia.
Na sofce leżał syn jej umarły, powalony od trafionej kulki, niewiadomo przez kogo chybionej.
Na łóżku, jej córka Teresa, blada, osłabiona, pogrążona w śnie letargicznym.
Markiza podniosła się, doszła do okna i ze wzrokiem, połączonym wzgardą i wstrętem, spojrzała w pawilon, zkąd przebijało światło przez zamknięte okiennice.
To pokój jej męża.
Franciszek Valencourt czuwał także, rozważając z przestrachem nad położeniem, spowodowanem nakoniec wyrzutami sumienia, opanowującemi najsilniejszych i największych oszustów.
Teresa de Blangy do Filipa Arband, ucznia medycyny, 20, ulica Jacob. Paryż.
„Wśród łez i smutku piszę do ciebie. Przypominasz sobie obawy, o jakich wspominałam na cmentarzu de Blangy? Przypuścić nie mogłam, aby się tak prędko sprawdziły.
„Nieszczęście dom nasz nawiedziło.
„Do ciebie się udaję, szukając pociechy i wynurzenia serca.
„Czyż nie jesteś wszystkiem, com ukochała i w czem pokładam zaufanie?
„Brat mój nie żyje! Umarł i to nagle!...
„Już północ, a dopierom go opuściła, wyciągniętego na sofie, z gromnicą w głowach, krucyfiksem na piersiach.
„Tak, śmierć u nas mój przyjacielu.
„Nie potrafię opisać ci mej rozpaczy. Matka moja jest przerażoną. Nieruchoma, jak posąg boleści, siedzi przy swym synu. Dotąd łza jedna nie popłynęła a jej oka.
„Biedna moja matka!
„Mój ojciec, powracając z Beaune, zobaczył zniweczone szczęście swe przed zamkiem w breku, przywożącym trupa mego brata.
„Nie wymówił ani słowa. Pocałował w czoło swego syna i wszedł do pokoju, zkąd dotychczas nie wyszedł.
„Nikt nie może sobie zdać sprawy, jak się to stało? Byliśmy w lesie Auvernay, graniczącym z Bellemare. Ze dwudziesta strzelców, zaczajonych w jednej linii, oczekiwało na dziki, obsaczone przez naganiaczy i psy.
„Z posypaniem się kul, brat mój, towarzyszący konno mnie, mojej nauczycielce i garderobianej, stojąc na otwartem miejscu, został uderzony kulą w pierś.
„Natychmiast upadł.
„Oprócz kilku przechodniów zaciekawionych obławą, nie było nikogo z myśliwych. Co robić? Żadnego ratunku!
„Ale nowy właściciel dawnego domku Stefanich, Amerykanin, zjawił się na pomoc ze swym służącym.
„Domek pułkownika — zwykle tak nazywany w okolicy — leży najbliżej zaszłego wypadku. Przeniesiono tam na noszach brata mego, wysyłając natychmiast po lekarza. Nadaremnie! Wszystkie środki bezowocne“.
„Maurycy odzyskał przytomność, lecz na chwilkę tylko, uścisnął mnie lekko za rękę, nie mogąc już wymówić ani słowa. W godzinę później, gdy nadjechała matka moja, brat mój już nie żył.
„Skąd się wzięła ta kula, nikomu nie wiadomo.
„Nieszczęście było tak niespodziane, iż nikt nie zwrócił uwagi. Myśliwi już odsunęli się daleko, gdyśmy spostrzegły, co się stało z mym nieszczęśliwym bratem. Przypisują to prostemu wypadkowi.
„Filipie, wyznam ci, tobie jednemu, lecz zachowaj to w sekrecie. Uszów moich doszedł straszny wyraz wtedy właśnie, gdy przenoszono konającego brata mego na noszach do domku pułkownika.
„Byli tylko: Amerykanin, jego służący trzech ludzi ze wsi, zmieniający się od czasu do czasu.
„Jeden z nieb, niejaki Cassegrain, szedł za nami o kilka kroków zaledwie. Człowiek ten nie lubi nas z powodu jakichś zatargów z ojcem moim. Rozmawiał z jednym z swych towarzyszy, kowalem Blangy.
„Chociaż mówił po cichu, jednak dobrzem słyszała:
— „Wypadek, dajże pokój! To nie ja w to uwierzę.
— „Wypadki! Coraz częstsze — rzekł tonem ironicznym, sprawiającym mi niewypowiedzianą przykrość. Za wiele ich przytrafia się od pewnego czasu, nie licząc tych, jakie zaszły kiedyś, za dwóch braci Valencourt’ów. Znam ja je! Wypadki, wypadki — mruczał pod nosem.
„Cóż więc zdarzyło się w naszej rodzinie? Jaka tajemnica skrywa się tu? Czyż mamy jakich ukrytych nieprzyjaciół, a jeżeli tak jest, czy zasługujemy na ich nienawiść?
„Szczęśliwa jestem, mając przy sobie dwie istoty przywiązane: Zuzannę, tę biedną dziewczynę, którą się mogę szczycić, bo to nie służąca, lecz przyjaciółka, i nauczycielkę moją, miss Ellen Vanbury.
„Bardzo jest dobrą dla mnie i mej matki. Nie próbowała próżnych ukojeń, stała na uboczu, smutna, dotknięta również jak my tym strasznym ciosem. Nieszczęśliwy brat mój Maurycy zachwycał się jej przymiotami duszy i wdziękiem, olśniewającym ją jak zapach róż. Jakaś siła nieprzezwyciężona pociągała go ku niej, jakiej ulegają wszyscy otaczający ją.
„Zwierzał mi się nieraz i radził się nawet, ja go też zachęcałam. Pewną jestem, że gdyby chciała, byłby się z nią ożenił, lecz nie wiedziała jeszcze o tem i nie dowie się nigdy.
„Największą trudność przedstawiałoby uzyskanie zezwolenia mego ojca, lecz on kochał bardzo Maurycego i pewno niczegoby nie odmówił swemu faworytowi.
„Śmierć wszystko zniweczyła.
„Czyż to po raz ostatni uderza tak nielitościwie w nasz dom? Niestety! może!
„Muszę ci wszystko wyznać, mój kochany Filipie.
„Dotąd miałam nadzieję, wyśmiewałam się z przepowiedni lekarzy... liczyłam na siłę młodości i ich środki.
„Niechaj cię nie przestrasza mój przyjacielu, lecz coraz większa wątpliwość opanowywa mnie.
„Czy to złudzenie lub wpływ smutnych przeczuć, lecz od czasu owego pamiętnego wieczoru, gdyśmy zaprzysięgli wzajemną miłość, od tej nocy gwiaździstej, gdym ci przyrzekła nie należeć do kogo innego, tylko do ciebie, pozostawiając w mej duszy balsam ukajający, nie czuję się tak silną jakbym chciała, ociężałość jakaś napada mnie; chwilami zdaje mi się, że tracę przytomność i ciężki sen osiada na mych powiekach. Nieprzezwyciężone jakieś osłabienie zmusza mnie do pokładania się i nie opuszczania pokoju. Jednak nic mnie nie boli!
„Proszę cię, mój przyjacielu, nie trwóż się. Zresztą wkrótce opuścimy Blangy. Matka moja wyznała mi, że chce jak najprędzej opuścić te straszne miejsce, w których dłużej żyć nie może. Będę więc bliżej ciebie i zobaczę cię.
„Ktoś nadchodzi. Pewno miss Ellen Vanbury, zaniepokojona światłem w mymi pokoju.
„Zmusi mnie do udania się na spoczynek.
„Wistocie jest już i pora. Zegar wskazuje pierwszą.
„Dobrej nocy, Filipie, jutro dokończę listu.
„Spij spokojnie mój przyjacielu i pamiętaj, że wspomnienie o tobie to jedyna moja podpora i pociecha.
„Dnia 5 listopada, 8 godzina zrana.
„Wczoraj nie mogłam pisać. Byłam cierpiąca i nie wychodziłam z pokoju.
„Nic to nadzwyczajnego, po tylu wstrząśnieniach, dnia poprzedniego.
„Miss Vanbury jest bardzo dobrą dla mnie.
„Cały dzień spędziła przy mem łóżka, opowiadając mi o swych podróżach. Rodzina jej nie jest bogata. Jakież to upokarzające i bolesne dla duszy wzniosłej i dumnej zależeć od innych.
„Nigdy się nie uskarża i znosi to z odwagą.
„— Gdybyś pani chciała, nigdybyś mnie nie opuściła, odezwałam się do niej. Uśmiechała się z pewną goryczą, odpowiadając — czyż nie wiem że to niepodobieństwo?
„— Niepodobieństwo! Dla czego?
„— Nie będziesz zawsze swobodną. — Pójdziesz za mąż. A wtedy!...
„— Co wtedy? — zapytałam...
„— Jakżeby się mąż twój zgodził na pozostawienie cudzoziemki u siebie?
„Iść za mąż! Dziwny przybrała wyraz jej twarz, wypowiedziawszy to. Czyżby podzielała okrutne przekonania lekarzy, wysyłających mnie do Allevard?
„Miałażbym więc suchoty, jestże to cierpienie piersiowe?
„Straszne doprawdy!
„To co mnie uspakaja, iż tak źle nie jest, to, że mnie piersi nie bolą. Szkaradny kaszel, który tak mnie męczył, znikł zupełnie.
„Czuję tylko ogólne osłabienie, jakby znużenie.
„Do widzenia... Dzwonią. Chwila rozstania nadchodzi. Co za smutek!
„Wszystko skończone. Zamknął się grób ze szczątkami brata mego.
„Spoczywa na cmentarzu, gdzieśmy się spotkali.
„Roztworzono podziemia mego dziadka, markiza Rolanda de Blangy.
„Pochowane już w nich nich są także zwłoki młodszego jego siostrzeńca Filipa Valencourt, zmarłego śmiercią tragiczną, tegoż dnia co i markiz.
„Jakże bolesną jest ta ceremonija! Śpiewy kościelne, chociaż proste, wzruszają i poruszają do głębi duszy. Bardzo płakałam Filipie, łzy przynoszą mi ulgę.
„Mój ojciec ani matka nie byli w kościele. Ojciec zawsze u siebie zamknięty. Matka nikogo nie przyjmuje. Weszła dziś rano do mego pokoju, przytuliła, uściskała, i wyszła. I ani jednej łzy!
„Jej suche oczy przestraszają mnie. Dom nasz to istny grób. Ah! Filipie, jakże bogactwo nie daje jeszcze szczęścia! Po co przywiązywać się do niego”.
„Wezwany depeszą, doktór Chambay, przybył przed pół godziną.
„Widocznie stan mój budzi obawy.
„Gdy mnie doktór zobaczył, zmarszczy brwi, a opukawszy mnie, wyegzaminowawszy, badał z pół godziny, mówiąc:
„— Nic nie rozumiem! Zobaczymy!
„Na proźby mej matki pozostanie tutaj przez dni kilka.
„Czas przedtem zimny i mglisty wypogadza się i znów jasno i ciepło.
„Piszę tę notatkę na prędce! Ah! Filipie, co za nieszczęście ukrywać się z przyjaciółmi. A tyś moim, najukochańszym, jedynym może.
„Kończę list i każę odnieść na pociąg de Beaune. Odbierzesz go jutro rano. Odpowiedz mi zaraz, zawsze na ręce Zuzanny, bo inaczej list twój nie dojdzie mnie tutaj.
„Twoja nieszczęśliwa przyjaciółka,
Filip Valencourt do Teresy Blangy.
„Bardzo się zmartwiłem wiadomościami jakie od ciebie odebrałem.
„Jakże musiałaś cierpieć; o jakże pragnąłbym być przy tobie, aby ci osłodzić te straszne chwile!
„Wierzaj mi, moja biedna przyjaciółko, że to wypadek, a nie czyjaś zemsta, wyrosła w twej bujnej imaginacyi.
„Jakichże nieprzyjaciół moglibyście mieć? Zkądby się wzięli i co za cel mszczenia się na was?
„Zdrowie twoje nie mogło się pogorszyć do tego stopnia przez dni kilka, jest to tylko skutek smutnych chwil i nieszczęścia, jakie cię nawiedziło w tych dniach. Bądź odważna i nie upadaj na duchu. Wiem tylko, moja najukochańsza, iż jesteś aniołem i że jakąkolwiek by była czyja nienawiść, z pobudek legalnych padnie u stóp twych.
„Ja kocham ciebie. Dałaś mi na to upoważnienie. Od dnia, którego nie potrzebuję ci przypominać, bo jest on wyrytym w mej duszy jak na stali, myślę tylko o tobie, jako przedmiocie mej żądzy, dążeń i celu życia.
„Oddałbym życie, aby cię uchronić od zmartwienia. Pracuję, jak chciałaś, z zapałem, nie aby zostać ciebie godnym, bo to niemożebne, lecz aby cię zadowolnić i zostać ci użytecznym, ile będę mógł.
„Żegnam cię, najmilsza i najukochańsza moja Tereso, zakończając słowami, zajmującemi jedynie myśl moją, pragnienie moje i życzenia: Kocham cię!
Teresa de Blangy do Filipa Arbeaut:
„Wyjeżdżamy dziś wieczorem. To nie odjazd, lecz istna ucieczka. Zaledwie są w stanie upakować walizy. Zamek przedstawia widok zrabowanego miasta.
„Dyspozycyja wydana przez ojca mego o czwartej.
„O dwunastej zjechał sąd dla wyprowadzenia śledztwa.
„Nie umiano ich objaśnić, bo nikt nic nie wie.
„Może sprawca tego wypadku nie wie, że stał się przyczyną tego nieszczęścia.
„Niestety! wszystko, coby uczyniono, nie naprawi nieszczęścia, jakie się stało.
„Zamek obrzydł mym rodzicom.
„Doktór Chambay nakazał i dla mnie zmienić powietrze, utrzymując, że lepiej abym była w Paryżu.
„Pomimo ciężkiego zmartwienia, cieszę się, bo przynajmniej będę przy tobie, oddychać tem samem powietrzem i być pewną, że jesteś blisko mnie, Filipie, to cała moja pociecha.
„Do widzenia, mój przyjacielu.
„Ja także kocham cię.
„Do widzenia.
„Myśl o mnie.
Zjawienie się urzędników sądowych w Blangy wywarło silne wrażenie na właścicielach i mieszkańcach zamku.
Blangy, znane od niepamiętnych czasów, należało do najpierwszych domów w kraju.
Tragiczny koniec młodego markiza, wkrótce po wypadku przy stawie Neuf, wywołałby śledztwo za śledztwem, protokuły i poszukiwania, gdyby coś podobnego przytrafiło się w domu biedniejszej szlachty, lecz tak jak się stało dopiero komentarze w Beaune i okolicy poruszyły władze.
Naturalnie, że nikomu nie przyszła myśl nawet, aby katastrofa, zaszła na polowaniu, była czem innem, jak najprostszym wypadkiem, zdarzającym się nieraz na polowaniach z tak znaczną liczbą strzelców. Zresztą, któż dopuściłby się tej zbrodni? W jakim celu? Jednak, gdy powozy urzędników zatrzymały się przed gankiem zamku, a z nich wysiedli: sędzia śledczy, prokurator i pisarz, a zapytawszy się o pana Franciszka Valencourt, zamkniętego w swym pokoja, zwrócili się odrazu do niego, wypytując o wszystko, co tyczyło mniemanego wypadku zabójstwa; markiz, pomimo swej zimnej krwi i przebiegłości, doznał silnego przestrachu.
Odpowiadał z zupełną uległością na wszystkie pytania; dostarczył potrzebnych objaśnień, usuwając przypuszczenie zbrodni, składając nieszczęście na karb niedocieczonego zrządzenia losów.
Sprawca został ukrytym, żaden z uczestniczących myśliwych nie mógł dostarczyć dowodu.
Urzędnicy powrócili, tak jak i przyjechali z niczem, lecz wizyta ta przejęła strachem markiza. Przyczyna tej obawy pochodziła głównie na myśl o spełnionej zbrodni przez jego spólnika dla ocalenia milijona.
Po zamieszaniu się do tej sprawy, również nikczemnej jak inne, lecz niebezpieczniejszej i kompromitującej go, upad na duchu, upokorzony, zwalczony, niewiedząc, gdzie się obrócić, otoczony ze wszystkich stron nieprzyjasciółmi, zmieniając tylko spólników: znajdę adwokata na zbrodniarza polowego, de Vernes’a na Jana Rigaud.
Przestrach, jaki go ogarnął, rozpoczynał zasłużoną karę, zatruwając mu życie: żałoba, nawiedzająca dom jego, powaliła go.
Syn jego nie żyje, jego syn, jedyna istota, którą kochał i do tego zabity ręką niewiadomą.
Skąd pochodził ten strzał? Kto inny mógł to przypisać wypadkowi, lecz nie ojciec, raga odebrana w pierś koło serca widocznie celowana ręką wprawna.
Nieprzyjaciele więc ukrywali się koło niego!
Wszystko go niepokoiło; smutna i ponura twarz markizy, je milczenie i usunięcie się.
Zamykała go. Zamykała się siebie, niechciała ani widzieć ani rozmawiać z nim.
Stał się więc osobistością godną pogardy swej spólniczki nawet, tej Ludwiki de Chambeyre, radzącej z nim niegdyś razom, kierującej i pomagającej w wspólnej zbrodni, której owoce spożywali przez tak długi czas bez troski i wyrzutów sumienia. To opuszczenie pognębiło go do reszty.
Pozostawiony sam sobie, wahał się, nierozważny, bez przewodnika, opuszczony, złamany.
Godziny niezakłóconej pomyślności minęły bezpowrotnie!
Wiatr się odwrócił; spokój znikł, barometr w Blangy zapowiadał zmiany i burze. Jak tylko więc powozy urzędników z Beaune znikły w alei, markiz postanowił opuścić bezzwłocznie pole bitwy, jak dowódzca przegrywający partyję, wydał rozporządzenie natychmiastowego wyjazdu z pałacu.
Tak jak Teresa donosiła swemu przyjacielowi Filipowi, odjazd ten podobny był do ucieczki — nie ucieczki nawet, lesz rozsypki!
W jednej chwili zamek przedstawiał widok zrabowanego domu. Państwo wyjechali naprzód; pozostała służba pakowała walizy i porządkowała apartamenta. Jan Rigaud śledził to z ukrycia.
Silne wzruszenie ścisnęło mu serce. Widząc oddalających się sądowników, odetchnął swobodniej.
W kilka minut znalazł się na przejeździe dwóch powozów, unoszących markizostwo de Blangy. Franciszek Valoncourt jechał sam w pierwszym ekwipażu, rzuciwszy wymowne spojrzenie swemu wspólnikowi.
Drugie lando zajęły cztery kobiety: markiza de Blangy jej córka, osłabiona i smutna, miss Vanbury i Zuzanna.
Zęby polowego dzwoniły ze złości.
Nigdy nie przypuszczał tak szybkiego rozstania się.
Dla angielki zgubił się..., a ją uwożą i tak niespodziewanie!
Czyż ją jeszcze kiedy zobaczy?
Nauczycielka wychyliła się za drzwiczki landa, a oczy ich spotkały się.
Młoda dziewczyna dostrzegła we wzroku Jana Rigaud ogień, niknący natychmiast. Odczucie niegodziwych postępków odebrało nieszczęśliwemu odwagę i energiję.
Lando przejechało, Jan Rigaud pozostał.
W zamku służba uporządkowywała meble, pokrywała je pokrowcami, wrzucając w nieładzie w kufry i walizy rzeczy, potrzebne w Paryźu.
Kerhoël, przygnębiony nieszczęściami walącemi się na ten dom od przybycia jego protegowanej, którą posądzał, jak i Adam Smith, że jest winną zbrodni zanadto przywiązany do niej, aby ją zdradzić, wydawał rozporządzenia lokajom pewny, że nowa katastrofa grozi i zakończenie jej zbliża się.
Bez zaprzeczenia, iż pragnął pomyślnego wyniku dla tej dziewczyny, będącej uosobieniem odwagi i energii, a której sprawa wołała o pomstę do nieba, lecz tak jak inni, Adam Smith, Jan Rigaud i markiz, nie zdawał sobie sprawy z tych nadzwyczajnych wypadków; Magdalena wywierała na nim wrażenie sfinksa, którego myśl nieodgadnięta i przerażająca, jak wszystko, co ponure i ciemne.
Jak tylko lando minęło bramy wjazdowe, Jan Rigaud wszedł do zamku.
Pierwszą osobą, jaką spotkał, był Bretończyk.
— A co? Josonie, nareszcie zdecydowali się wyjechać?
— Jak widzisz.
— Pouciekali jak roztrzepańcy?
— Tyle wiem co i ty...
— Wierzaj mi, że nawet pojąć nie mogę, — udał polowy.
— A ja przeciwnie, — odpowiedział Kerhoël.
— Jak więc myślisz?
— Że powietrze tej okolicy nie służy markizowi.
— Odkądże to? — zapytał polowy wzruszając ramionami.
— Pomyśl tylko. Adwokat kona niespodziewanie, bez możebności wezwania pomocy..., młody pan pada od kul puszczonych na dziki..., nakoniec panienka prawie w oczach niknie... Zatrważające doprawdy.
— Masz może i racyją.
— Dodajmy do tego panów sądowników, przybywających w odwiedziny bez zaproszenia. Brr... Nic tego nie rozumiesz Rigaud?
— Nic.
— Na miejscu markiza, zrobiłbym to samo.
— Może i dobrze.
— Powietrze tam nie lepsze jak u nas... mruczał polowy, jednak mam ochotę jechać razem.
— Ty?
— Ja.
— Po co?
— Tak sobie.
— Jedź kiedy chcesz. Przyjmą cię jak najlepiej.
— — Zresztą pan markiz żądał... potrzebuje mnie.
Tem lepiej — dodał Kerhoël podejrzliwie. — Kiedy pojedziesz?
— Nie wiem na pewno... Za trzy lub cztery dni...
— Wiesz, co ci powie, gospodarz?
— Słowo, że nie. Dowiem się jak zobaczę. Zdaje mi się, że mnie chce wysłać do swego majątku Seine-et Marne, dodał, chcąc zwieść kamerdynera. Wolałbym tutaj pozostać.
— Źle zrobisz. Tam byłbyś bliżej nas... częściej byśmy się widywali.
— Potrzebujesz może odemnie pomocy?
— Nie, dziękuję.
— Udajecie się w drogę?...
— Dziś wieczór. O północy i kot kulawy nie pozostanie w zamku, z wyjątkiem was.
Joson Kerhoël i Jan Rigaud weszli na schody, parobcy znosili bagaże, kufry, walizy, skrzynie składali je w przedsionku.
Służąca markizy porządkowała w pokojach pani.
— Skończone? — zapytał Bretończyk.
— Prawie. Przejdę do pokojów panienki. Zuzanna prosiła mnie, aby je uporządkować.
— Może ci pomódz?
— I owszem.
Pokoje panny Teresy de Blangy pozostały tak, jak je opuściła. Przepełnione zapachem róż i fijołków, pomieszanym z wonią lekarstw aptecznych.
— Biedna panienka, zaczęła pokojowa, założyłabym się, że nie zobaczy więcej Blangy...
— Przesadzasz... przecież nie jest znów tak chorą, zauważył Bretończyk.
— Chybaś pan nie zauważył, jak się zmieniła od dwóch tygodni?
— Tak, ale...
— Pozostał tylko cień. W oczach jest straszna, rzekła pokojowa wzdychając. Co za nieszczęście być tak bogatą i umrzeć tak młodą! Chcesz, abym ci coś powiedziała, Josonie?
— Co takiego?
— Oto, przeżyliśmy najświetniejsze czasy w zamku, bo podług mnie nie powrócą się one więcej. Pan w bardzo złym humorze... Pani ust nie otwiera... Syn nie żyje... panience pozostaje zaledwie kilka miesięcy... Rodzina skończona... W takim domu co za życie... Co nam lepszego pozostaje, jak usunięcie się każdemu w swój kąt... Szczęściem, że nie jesteśmy bez grosza.
— Tak, wybąkał Joson, niewiadomo jak się to skończy. Rigaud! — zawołał.
Polowy odezwał się z drugiego piętra; skorzystał ze sposobności i wszedł do pokoi Angielki. Chociaż gniazdeczko było pustem, nie mógł się od niego oderwać.
To tutaj żyły; spały, marzyły, obiedwie jego ukochane.
Joson musiał wejść, aby go wywołać z pokoi, pod oknami których wystawał tak często, oparty o drzewa w parku. Teraz wolno mu było wejść, lecz gdy już żadnej z nich nie było.
Rigaud blady i pomieszany, poczerwieniał mocno, spostrzegłszy Bretonczyka przed sobą.
— Pójdziesz na wieś? zapytał Kerhoël.
— Jeżeli chcesz? Trzeba pożegnać przyjaciół.
Przeszli park, podążając do gminy. Piąta zaledwie wybiła, a noc już zapadła, jak zwykle w miesiącu listopadzie.
Światło z kawiarni Labidois oświeciło im drogę, zwykli goście znaleźli się w całym komplecie.
— Odjeżdżacie więc? odezwał się Cassegrain.
— Tak.
— Wszystko zmyka, zakrzyczał Pitard. Tylko biedota pozostaje.
— A właściciel Bellemare? zapytał Bretończyk.
— Ten także uciekł.
— I on też?
— Dziś rano. Dosyć mu już tej dziury.
Bretończyk podrapał się w głowę, nie zdradzając swych myśli. Ów Adam Smith, przybywający razem z nauczycielką w te strony, opuszczał je w tymże samym czasie. Jakie znaczenie mieć może ten cudzoziemiec w całej tej przygodzie? Pewnie, że jest w nią wmieszany, niepodobna jednak odgadnąć.
Po szóstej Bretończyk wychodził od wdowy Lebidois, podając ręce na wszystkie strony, ucałowawszy Wirginją w oba policzki.
— Toż to dopiero będą nudy, piszczał garbus; historje skończone.
— Załóżmy się, rzekł Cassegrain, na chybi trafi.
— O co?
— ....Że za jakie sześć tygodni najdalej, dowiemy się znów czegoś nowego, mówił kupiec drzewa, patrząc na Jana Rigaud, rozmawiającego po cichu z wdową Lebidois.
— Trzymam! oznajmił kramarz. Cassegrain coś kręci.
— Zobaczymy odpowiedział tenże.
Nie wymienili, o co się zakładali, lecz w takich wypadkach honor gra rolę...
Cassegrain nie prorok, a jednak zakład wygrał.
O ósmej, powozy z zamku toczyły się po drodze do Beaune.
O północy, wszyscy służący markiza siedzieli w pociągu do Paryża.
W kąciku pierwszej klasy, ukołysana głuchem toczeniem się kolei żelaznej, Angielka, miss Ellen Vanbury, Magdalena Arbaud, z oczami przymkniętemi, marząc a nie śpiąc, myślała o tem co już zrobiła i czego chce jeszcze dokonać, z złowrogą radością w duszy, złośliwym uśmiechem na ustach.
— Jeszcze dni kilka, a dzieła dokończę!
Pałac de Blangy na ulicy de Lille zawrzał gwarem, lecz życie to było więcej powierzchowne.
Przez dni kilka panował ruch wielki, służba przyjeżdżała i odjeżdżała; dostawcy zgłaszali się; ustawiano meble, wypakowywano rzeczy, lokowano konie w stajniach, jak tłum podróżnych się umieszczający, w oberży.
Po dniach kilku wszystko się uspokoiło; w bogatym i zbytkownym pałacu zapanowała cisza.
Spotykano tylko lokai w liberyi, w żałobie, służące w czarnych sukniach.
Państwo nie pokazywali się i nie przyjmowali. Zresztą i sąsiednie pałace stały jeszcze pustkami; w styczniu dopiero lub później nawet, gromadzi się cała arystokracyja.
Od powrotu kasztelaństwa de Blaugy upłynął tydzień. O dziewiątej wieczorem obiad przeszedł jak i w dnie poprzednie, smutnie i milcząco.
Jedyna to chwila, w której Franciszek Valencourt widywał markizę i tylko przy służących; zamieniali słów kilka czczych i banalnych.
Ludwika de Chambeyre zmieniła się bardzo. Postarzała się przez te dni kilka o lat kilkanaście.
Nic ją nie zajmowało; duszą zbolałą patrzyła na niknący w jej oczach, jedyny już przedmiot miłości, swą jedynaczkę, Teresę.
Spędziwszy kilka godzin przy swej ukochanej, pogrążona w bezdennej rozpaczy, powracała do swych pokoi, samotna w tej przepysznej komnacie, udrapowanej szkarłatnym staroświeckim adamaszkiem, na łóżku szerokiem i niskiem zdawała się zatapiać w bezgranicznym żalu.
Naprzeciw jej okien ogród pałacu z wielkiemi drzewami, okrytemi pożółkłemi liśćmi, opadającemi jeden za drugim na trawnik.
Usiadła na fotelu przed kominkiem, oddana gorzkim rozmyślaniom.
Dnia tego doktór już po raz drugi odwiedzał Teresę. Przez godzinę prawie badał, egzaminował ją, nie mogąc nic stanowczego zadecydować o jej chorobie.
Dziwna jakaś ociężałość, nadzwyczajne osłabienie, rozdrażnienie nerwów, nieustanna senność, tak, jakby ją życie opuszczało, łagodnie, bez cierpienia.
Doktór Chambay smutnie poruszał głową, nie zwiastując nie dobrego.
Odchodząc wyrzekł do matki:
— Trzeba radzić, zobaczyć.... coś zawikłanego! Choroba ta, czyli raczej ociężałość, należała do rzędu cierpień dotąd przez niego nie spotykanych pomimo tyloletniej praktyki. Matkę słowa to przeraziły do najwyższego stopnia.
Od trzech tygodni, po pierwszych symptomatach choroby, nietylko że się stan nie polepszał, lecz z dnia na dzień stawał się groźniejszym.
Z oczami zwróconemi w ogień na kominku, z ustami zaciśniętemi, palcami wpitemi we włosy z prześwitującemi srebrzystemi promieniami zastanawiała się markiza nad przyczyną niezbadanej choroby.
Lekki szmer zwrócił jej uwagę.
Spojrzała w półroztwarte drzwi, prowadzące z jej pokoju do buduaru.
Dawniej mąż jej tylko tędy wchodził. Zmarszczka wyryła się na jej czole. Twarz jej wstręt objawiała. Czyżby to on? Mąż jej. Co tu robi?
Zapukano do drzwi, zamkniętych na klucz. Markiza dopiero za powtórnem stuknięciem podniosła się.
— Kto tam?
— Ja.
— Pan de Blangy?
— Tak.
— Czego chcesz?
— Pomówić z tobą.
— Po co?
— Potrzebuję koniecznie.
Posłyszano stuk odsuwających się zamków, a głos ostry i urywany, odezwał się.
— Wejdź.
Trudno opisać oschłość zamienionych słów półgłosem dwojga małżonków, złączonych tak silnym węzłem z sobą, na życie i śmierć. Markiza powróciła na swe miejsce, wskazując krzesło mężowi.
Twarz Franciszka Valencourt, oświecona odbijającem się światłem lampy, nigdy jeszcze nie była tak bladą.
Oblicze markiza jak i jego żony znamionowało zmęczenie i smutek, lecz połączone z przestrachem, jakiemu podlega zwierzę, obsaczone przez psy, gdy usłyszą pierwsze szczekania, przy swem legowisku.
Chód niepewny, wzrok podejrzliwy, ruchy niespokojne.
— Co mi masz powiedzieć? — zapytała opryskliwie markiza.
Ważne rzeczy.
— Czas źle wybrany. Jestem zmęczona... Straszne przeczucia dręczą mnie... Zdenerwowana, wątpię bym cię mogła słuchać z zimną krwią. Nie możnaby odłożyć tej rozmowy na kiedy indziej?
— Nie.
— Jednak...
— Interes pilny.
— Przestrzegam cię, że w tej chwili jedna mnie rzecz zajmuje... jeden przedmiot tylko... a tym jest zdrowie Teresy.
— Zapewne, masz racyją, dodał z widoczną obojętnością, lecz jest jeszcze coś innego, interesującego cię...
— Cóż takiego?
— Honor naszego imienia.
— Ah! honor! — wtrąciła z wybuchem oburzenia, bardzo jest zachwiany poniżony... skompromitowany... przynajmniej w mych oczach... Złąśmy drogę obrali i jesteśmy ukarani... ja przynajmniej...
— Tak jesteś zgnębiona?
— Rzeczywiście, nie mam więcej odwagi.
— Sądziłem cię silniejszą, — odrzekł ironicznie, któż nas wprowadził na tę drogę, jeżeli nie ty?
— Zbłądziłam... Poddałam się uczuciom obcym dla ciebie... Nienawidziłam kobiety... Zemściłam się okrutnie może, lecz sprawiedliwość nie mogła się wdać w nasze interesa. Obecnie... czy tak samo będzie?
— Zkąd wiesz? — zapytał, obrzucając ją błyskawicą zlodowaciałego spojrzenia.
— Nie... rzekła uspokajając się nagle, czyli raczej nie chcę nic wiedzieć... o twych sprawach podłych i występnych... Udaję, że ich nie rozumiem... I pamiętaj panie de Blangy, że bądź co bądź stanie się... nie należałam do spółki twych czynów... ostatnich naturalnie.. Nie wiedziałam nic o ponurej przygodzie przeszłego miesiąca, tam w Burgundyi, a którą życie moje zostało zatrute, iż zadaję sobie pytanie, czy nie lepsza byłaby śmierć nad egzystencyję zamąconą takiemi niegodziwościami.
— Właśnie, widząc cię tak zgnębioną i słabą, przyszedłem tutaj, odezwał się Fraciszek Valencourt, opierając się o kominek. Masz racyję, nie obawa niebezpieczeństwa, lecz potrzeba obrony sprowadza mnie tu. Usuwasz się odemnie i nie biorę ci tego za złe. Wiem, żeś mnie nigdy nie kochała. Mówiłaś mi to w oczy i nie obraziłem się... W rzeczywistości byliśmy tylko spólnikami... lecz spółka nasza nie może być zerwaną bezkarnie...
— Złączyliśmy się razem, na zawsze, mówił zniżając głos z tymże samym spokojem, na złą i dobrą dolę. Sądzę jednak, że nasza będzie dobrą, zanadto długo trwała, by ją tak łatwo zerwać. Lecz spólnicy wspierają się. Związek stanowi siłę. Pomówmy więc o interesach. Zastanowiłem się nad niemi i jedna rzecz mnie uderza.
— Co takiego?
— Bo... mamy nieprzyjaciela w domu.
— Nieprzyjaciela?
— Lub agenta nieprzyjaciela, co prawie to samo znaczy.
— Tak myślisz?
— Prawie na pewno to mówię. Markiza spojrzała z niedowierzaniem.
— Nie ma skutku bez przyczyny, odpowiedział mąż, choroby bez powodu.
— Nie widzę.
— Poszukajmy. Pewnaś twych ludzi?
— A tyś pewny swoich? dorzuciła markiza.
— Od lat kilkunastu służą u mnie.
— Moi także. Pokojowa od lat 10, Zuzanna przeszło 20.
— A nauczycielka?
— Cudzoziemka, Angielka — odezwała się pani de Blangy, wzruszając ramionami. Co za porównanie? Zna nas zaledwie od pół roku.
— Znasz ją więcej?
— Mistress Hamton polecała mi ją tak gorąco.
Franciszek Valencourt schwycił się za głowę, jakby pragnąc wydobyć myśl jakąś, lecz ta nie zjawiła się.
Odwróciwszy wzrok na markizę, zobaczył, jak nieruchoma, zamyślona, przypominała coś sobie:
— To podobieństwo, mówiła sama do siebie...
— Co mówisz? — zapytał mąż.
— Zaczekaj... Naprowadziłeś mnie na myśl.
— Na jaką?
— Nigdy się jej nie przypatrzyłam z taką uwagą, jak w czasie tej podróży. Przez całą noc patrzyłam na nią, siedziała naprzeciw mnie. Nie spuszczałam z niej oczów.
— O kim mówisz?
— O niej... tej miss Vanbury. W istocie od chwili jej przybycia w nasz dom, żałoba wkradła się...
— Ej, szaleństwo — zawołała, jakby odsuwając myśl podobną, doprawdy, trzeba stracić rozum, aby przywiązywać wagę do takich przypuszczeń Nieszczęścia, nawiedzające nas, pochodzą z twej niegodziwości panie, a nie tej biednej dziewczyny, którą śmiesznie posądzać o coś podobnego. Ta miss Vanbury jest uosobieniem cnót i dobroci! Czy wiesz zkąd pochodzi twój smutek i niepokój? Nie śmiem ci powiedzieć. Chciałabym nie myśleć o tem, lecz nie mogę. Zapewne, śmierć naszego syna to bolesna klęska dla nas, lecz jest to nieszczęście rodzinne, żal, opłacony wylanemi łzami, ale nie grożący naszemu bezpieczeństwu. Okrutny występek, ciążący na nas...
— Cicho!
— Nie obawiaj się, tak jest nikczemnym, iż nie splamię ust moich, wymawiając go... strzeż się tylko, by nie wybuchnął kiedy. Wtedy nazwisko Blangych osławi się pomiędzy winowajcami i nędznikami, przelewającymi krew...
— Milcz! — rozkazał markiz, chwytając ją za ręce.
— ...Za pieniądze... zakończyła z odrazą, podnosząc się.
Franciszek Valencourt nie poruszył się.
— Ah! Słuchaj, — odpowiedziała z gniewem, idź ztąd! Odtąd nie mam nic wspólnego z tobą. Byliśmy rzeczywiście spólnikami kiedyś w niecnej sprawie, w zbrodniczym zamachu, lecz ty! przez chciwość, ja! za popędem innego uczucia. Często, w miarę jak wzrastały nasze dzieci, drżałam, by zło, jakieśmy wyrządzili innym nie spadło na nie... Chciałam powetować... naprawić... Wstyd mnie wstrzymywał... Głupia duma związała mi ręce. Ah! za udział mój... jakże ciężko zostałam ukaraną... Wyrzuty sumienia zatruwają mi sen... Widzę kobietę oburzoną, jej dzieci przeklinające nas... Lecz to jeszcze niczem, w porównaniu... Czegośmy się przedtem dopuścili, bez kwestyi jest podłem i nikczemnem, lecz nie splamiliśmy rąk krwią, dziś, wymawiam te słowa z zawstydzonem czołem, możeszże zaprzeczyć?... Wstręt mi sprawiasz! Pozostaw mnie w spokoju... Idź do siebie... Nie chcę cię ani widzieć, ani z tobą mówić.
Dla świata nic nie zmieni się w pałacu do Blangy, lecz tutaj przynajmniej chcę być u siebie! Obracaj pieniędzmi, chowaj je, rozdaj, wyrzuć przez okno, przekupuj spólników złotem, wszystko ci wolno, jesteś swobodnym. Cóż mnie to obchodzi! Lecz zabraniam ci przejść próg tego pokoju!
Ruchem gwałtownym wskazała drzwi markizowi.
— Dobrze zrobiłem, przychodząc tutaj, odrzekł Franciszek, nie poruszywszy się z miejsca, obojętny na czynioną mu zniewagę. Spóźnione skrupuły, moja kochana. Chwilkę zastanowienia, a przekonasz się o niebezpieczeństwie. Jeżeli zginę, to i ty ze mną. Mam jednak nadzieję, że żadna niedola nie dosięgnie ani mnie ani ciebie. Tymczasem radzę ci napisać do miss Hamton.
— W jakim celu?
— Nauczycielka mnie niepokoi.
— Jeszcze?!
— Bezustannie.
— Powiedziałam już... że niedorzeczność. Zresztą można ją oddalić, jeżeli twój spokój tego wymaga.
— Lecz nie wpierw, póki się nie dowiem, jaką rolę odgrywa.
— Masz jakie dane?
— Poważne... Czem więcej myślę, tem bardziej się lękam...
— Niedorzeczność, doprawdy! Cudzoziemka... zkąd może wiedzieć o przeszłości...
— Może. Proś jednak mistres Hamton czy zaręcza za znajomość miss Vanbury i czy za nią odpowie.
— Jeżeli tak chcesz...
— Koniecznie.
— Owszem, zadowolnię cię.
— Dobrej nocy, — rzekł markiz, zabierając się do wyjścia.
— Nie zapomnij tylko.
— Dobrze.
— Wybadam ją jutro. Dziewczyna ta przestrasza mnie! myślał markiz. Markiza zaś podniosła się i przeszła po pokoju, powtarzając:
— Chyba niema racyi... a przecież podobieństwo to jest tak uderzające. Tak jest zachwycającą. Że też tego nie zauważyłam? To Magdalena, która bezustannie widzę, czyżby to jej córka może?... Też same włosy, płeć, oczy szczególniej, spokojna i majestatyczna. Aby tylko wyrzuty zaprzestały mnie dręczyć i nie popchnęły mnie znów... Napiszę! Dowiem się.
Usiadła przed biurkiem i drżącą ręką nakreśliła:
„Potrzebuję pewnych informacyj o przysłanej mi nauczycielce. Muszę je mieć niezwłocznie. Koniecznem, abyś pani przyjechała do Paryża. Oczekuję przybycia jej jak najprędzej.
„Zwrócę pani sto liwrów za koszta i stracone korzyści.
„Przybywaj pani. Oczekuję jej z niecierpliwością.
„Proszę o niewyjawienie powodu podróży.
„Markiza de Blangy“
Mistress Clary Hampton, 28 Liuclon’s street. London. W.
Zadzwoniła.
Weszła Zuzanna.
— List ten natychmiast na pocztę.
— Dobrze pani.
Na korytarzu garderobiana spotkała nauczycielkę.
— Do pani kraju, rzekła, pokazując list. Magdalena rzuciła okiem.
— Ach! nakoniec, domyślają się... Mistress Hampton napisze lub przyjedzie w sobotę... najwcześniej... Za późno, pani markizo! pomyślała Magdalena.
Nauczycielka, przebudziwszy się nazajutrz, otworzyła okna dla odświeżenia powietrza.
Okna te drugiego piętra wychodziły na dziedziniec pałacowy.
Pałac de Blangy leżał pomiędzy dziedzińcem a ogrodem; tylko pokoje służby leżały z obu stron bramy od ulicy de Lille. Z balkonu był widok na ulicę Orsay a dalej na Sekwanę. Mieszkanie miss Vanbury, prawie takie same, jak zajmowane przez nią w pałacu de Blangy, łączyło się z apartamentami uczennicy, z tą tylko różnicą, że korytarz i schody więcej były oddalone.
Z okien miss Vanbury widniały domy po za bramą pałacową z drugiej strony ulicy de Lille.
Stojąc przy roztwartem oknie, spostrzegła, jak Joson Kerhoël skręcał do mieszkania odźwiernego. Bretończyk podniósł oczy w górę, przesyłając niewyraźny ukłon, a rzuciwszy jednocześnie wzrokiem, zmarszczył brwi, przygryzł usta, jakby ostrzegając o grożącem niebezpieczeństwie.
Zrozumiała go, poruszyła głową, i Joson poznał po jej ożywionych oczach bliskie i pewne ziszczenie jej zamiarów. Wszedł na chwilę do odźwiernego, poczem wyszedł na ulicę.
W tejże chwili roztworzyły się okna mieszkania trzeciego piętra wprost bramy pałacowej, a młoda kobieta ujrzała w nich z wielkim ździwieniem głowę Tony’ego, służącego Adama Smith, patrzącego uważnie na dziedziniec pałacu de Blangy.
Uczucie radości i wdzięczności dla zacnego przyjaciela, zwalczającego tyle przeszkód, uporczywie dążącego za nią, wzruszyło ją do głębi serca. Adam Smith dotrzymywał danego słowa.
W kilka minut potem, znalazł się i Joson Kerhoël w tymże samym oknie, lecz tym razem zajęty rozmową z samym Adamem Smith. Dom ten, przepyszna nieruchomość, jedna z najpiękniejszych w tej dzielnicy miasta, należał do markiza de Blangy i był do wynajęcia. Joson Kerhoël, wysłany od swego pana, który pomimo wszystkiego nie zaniedbywał swych interesów, przedstawiał Amerykaninowi ostatnie warunki.
Nauczycielka widziała, jak Adam Smith przyjmował ulegle narzuconą umowę.
Przesłała swemu towarzyszowi podróży znaczące podziękowanie, w tem zapukano do jej drzwi i weszła Zuzanna.
— Pan markiz panią prosi.
— Gdzie jest? — zapytała zdziwiona nauczycielka.
— W swym gabinecie.
— Może się mylisz... pan markiz nie pani?
— Nie... pan.
— Dobrze. Zaraz idę.
Stanęła nieruchoma, niespokojna, zamyślona.
Czego od niej chciał ten człowiek? Już tylko dni kilka przedzielało ją od ukończenia dzieła. Czyż utonie przy brzegu?
Uśmiech tryumfu osiadł na jej ustach.
— Za późno! powtórzyła. Wiedziała dosyć, będzie się więc śmiało bronić.
Upięła śpiesznie włosy, poprawiła suknię, a spojrzawszy w lustro, zeszła ze schodów. Dom, podobny do pustyni, w okół żadnego ruchu, służący stąpali na palcach jak w domu pogrzebowym.
Po przejściu dwóch gościnnych pokoi zbliżała się do gabinetu markiza, położonego na końcu pałacu nad ogrodem. Joson Kerhoël otworzył jej drzwi.
— Proszę siadać, — odezwał się Franciszek Valancourt, rozmawiając dalej z kamerdynerem. Angielka usiadła naprzeciw biurka.
— Więc, ten pan zgadza się, — rzekł markiz, odwracając się do Bretończyka.
— Na wszystko, panie markizie.
— Kontrakt podpisał?
— Oto jest.
— Zapłacił za pół roku?
— Bez najmniejszej sprzeczki.
— Z cudzoziemcem trzeba się mieć na baczności.
— Pieniądze na biurku pana markiza.
— Dobrze, — odpowiedział, chwytając swemi długiemi palcami cztery bilety po tysiąc franków.
Joson Kernoël wyszedł, markiz dał znak Angielce, by się zbliżyła.
— Pan mnie kazał zawołać, — zapytała akcentem tak znakomicie naśladowanym, iż Franciszek Valencourt wzruszył ramionami, dziwując się sam sobie.
Czyż można powątpiewać o pochodzeniu osoby nie różniącej się niczem od innej mieszkanki z za morza?
Zakasłał się, nie wiedząc, jak zacząć.
— Miss Vanbury, córka moja jest tak wątłego zdrowia, że postanowiliśmy przerwać zupełnie jej naukę.
— Mój Boże! panie markizie, odpowiedziała nie tracąc spokoju, pomimo że postanowienie to grozi mi utratą miejsca, jednak i ja już o tem myślałam... od jakiegoś nawet czasu... Ach! westchnęła. Nie skryję nawet, że mnie to mocno zmartwiło.
— Naprawdę?
— Nie dlatego, odpowiedziała żywo, abym zwątpiła o zdrowiu panny Teresy, lecz że nie ma się też już czego więcej uczyć.
— Takie pani zdanie?
— Bezwątpienia.
— A więc?...
Miss Vanbury westchnęła po raz drugi.
— Z wielkim żalem, muszę opuścić ten dom, gdziem sobie tak upodobała, aby dalej wieść me życie tułacze...
— Martwi to panią?
— Naturalnie.
— Znajdzie pani łatwo nowe miejsce.
— Już się o nie staram, panie markizie.
— Już!
— Pisałam do dwóch mych przyjaciółek w Anglii, prosząc aby mi się o coś odpowiedniego wystarały.
— Czy i do mistress Hampton, wtrącił podejrzliwie Franciszek Valencourt.
— Tak.... i do mistress Hampton....
Ona zawsze na mnie tak łaskawa....
Nastąpiła chwila pauzy. Markiz zakłopotany spokojem nauczycielki, wymawiał sobie, że podejrzenia jego są bezpodstawne.
— Co pani postanawiasz z sobą dalej zrobić, miss Ellen? zaczął, przysuwając swój fotel.
— Alboż ja wiem?
— Gdzie się pani uda?
— Nie wiem. Jestem jak liść na wietrze! Takie nasze przeznaczenie?
— Ma pani krewnych?
— Tak.
— Rodziców?
— Pomarli dawno.
— Brata?
— Tak, brata.
— Gdzież jest?
— Może tutaj może na końcu świata.
— Nie widujesz się pani z nim?
— Nie?
— Dla czego?
— Z powodu niezgodzenia się na pewnym punkcie.
— Brat i siostra:
— Tak... brat i siostra.
— W kwestyi interesów?
— O nie.
— Przecież...
— Powie pan, że to jedyna przyczyna niesnasek rodzinnych...
— Rzeczywiście.
— Interesa mało mnie obchodzą...Kwestyja zasad... uczuć.... Ludzi, których ja nie cierpię... naszych najgorszych nieprzyjaciół... on im wybacza...
— A pani?
— Ja, nie przebaczam... Wyjechałam więc a ponieważ żyć trzeba, podróżowałam, to tu, to tam, z jedną lub drugą rodziną... Życie moje, to dewiza dopiero co przeze mnie wypowiedziana... Jak liść na wietrze... Zresztą stosuje się ona również i do wielu młodych Angielek, podróżujących z jednego końca świata na drugi.
— Prawda.
Franciszek Valencourt zaczynał podpadać urokowi tej walecznej dziewczyny, wyrażającej się z taką pozorną obojętnością, zdolna do wszystkich poświęceń.
„Jak liść na wietrze“! Wyrażenie to uderzyło go.
— Pani dużo podróżowała? zapytał, nie mogąc się napatrzeć tej pięknej kobiecie, na którą dotąd mało zwracał uwagi.
— Wiele.
— Gdzie pani?
— Potrosze wszędzie....
— Mniej więcej?...
— W New-Yorku, Richmond, Nowym Orleanie, Saint Angustin, Florirdzie...
— Tak daleko?...
— I dalej jeszcze.
— Gdzie?
— W Brazylii, Rio-Janeiro, w Santos z rodziną hiszpańską, posiadającą obszerne posiadłości w Gujanie angielskiej, Georgetowa, nad Dememari. O, to kraj zajmujący, pełen niespodzianek...
— Pod jakim względem?
— Ciekawe rzeczy zobaczyć można.
— Naprzykład?
— Za długo opowiadać.
— A gdybym panią poprosił?...
— Indjanie — nie wiem dla czego zowią indjan narodem dzikim — przewyższają naszych lekarzy pod wielu względami... W Georgetown znałam kilku posiadających sekreta bajeczne... tyczące się trucizn naprzykład.
— Czy sekreta takie odkrywają?
— Zapewne, że nie... Podobni do mnie pod jednym względem...
— Jakim?
— Pieniądze nie kuszą ich... Cóżby z niemi robili w swych dziewiczych lasach, olbrzymich przestrzeniach, w których królują? Swemi lekami usypiają nieprzyjaciół snem wiecznym, sokami wyciśniętemi z rodzaju maku dzikiego wprowadzają w nieczułość, podobną do śmierci. My się mamy za silnych, co za porównanie! Pustynia odkrywa im tajemnice, o jakich nasi uczeni nie mają nawet wyobrażenia.
— Wspomniałaś pani o krzywdzie, jaką ci wyrządzono.
— Oh! panie, historja ta jest tak dawną; zapomniałam już o niej prawie, tak smutną, iż sprawia mi boleść myśleć o niej. Popioły, jakich lepiej nie poruszać.
— Cóż to było? Jeżeli jestem niedyskretnym, miss Ellen, nie opowiadaj mi.
— Spadek przywłaszczony nieprawnie, podstępnie.
— Pani mówi? zapytał Franciszek, podnosząc się.
— Mówię o majątku nieprawnie przywłaszczonym, testamencie zniszczonym, skradzionym...
— A miało miejsce?
— Przed laty kilkunastu... Proszę, panie markizie, nie dotykaj ran, które czas zagoił... Mówmy o czem innem. Sądziłam, że mnie pan wezwał, aby mi wymówić służbę. Powiedziałam, żem przygotowana. Proszę o znak tylko, a natychmiast, chociaż z żalem, nie ukryję tego... oddalę się... i pójdę gdzieindziej... Gdzie? Nie wiem nic jeszcze... Na los szczęścia...
— Czekam na rozkazy, odrzekła, podnosząc się.
— Proszę, pozostań pani jeszcze.
Dziwne wrażenie wywierała na nim. Nie mogąc oderwać wzroku od jej pięknych ocząt. Z wyrazem pozornego chłodu, a jednak zdało się, że patrzy łagodnie, z chęcią podobania się. Nie zdolny do uniesień, szału, a jednak widok tej cudownej dziewczyny, podniecającej go, poruszał do głębi tę duszę, zajętą dotąd wyłącznie rachunkami i spekulacją, mającą jeden cel tylko: pieniądz! Potrzebował się zresztą zagłuszyć, zapomnieć, jak przestępca po dokonanej zbrodni, szukający innej rozrywki odurzającej, aby zapomnieć.
Franciszek Valencourt, wpatrując się w Angielkę, nie chciał by odeszła. Jakieś pragnienie czy żądza opanowały go. Czemże była? Biedną dziewczyną, przystępną dla pokusy. Czy nie miał dosyć na opłacenie swej fantazyi, kaprysu, zabawki, aby się rozerwać?
Markiza okazywała mu tylko nieprzezwyciężony wstręt i najgłębszą wzgardę. Kiedyż się pomści nareszcie za tyle upokorzeń? Nie miałże złota pod dostatkiem, dla kogoż je teraz gromadzi? Pozostała tylko córka, a i jej życie zagrożone.
Nauczycielka podniosła się.
— Zaczekaj pani, rzekł, wyciągając rękę, gdzie się pani śpieszy?
— Nigdzie.
— Chciałbym z panią pomówić... może... serjo nawet.
— O czem?
— Nie teraz... miss Ellen!... później, to nie pora...
— Przestrasza mnie pan.
— Dla czego? Przeciwnie, chciałbym panią uspokoić.
— Pod jakim względem?
— Co do jej przyszłości.
— Czyżby pan mógł?
— Naturalnie... Alboż nie posiadam w mem ręku wszystkiego, czego potrzeba?
— Miałżeby pan jakie łaskawe zamiary względem mnie?
— A gdyby tak było, miss Ellen?
— O, proszę mi je wyjawić! Z biednemi, jak my, dziewczętami, wszystko wolno. Zresztą, dodała uśmiechając się, pan jest tak bogatym!
Podniosła się, a Franciszek Valencourt nie zatrzymywał jej.
— Nie gniewa się pani?
— Za co?
— Prawdziwie interesujesz mnie pani więcej niż myślisz... Zobaczymy, lecz proszę o sekret...
— Proszę się nie obawiać.
— Kiedy?
— Jak pan zechce.
Odprowadził ją do drzwi, a gdy je miała roztworzyć, wziął ją za rękę.
Zadrżała gwałtownie.
— Przestraszam panią!
— O! teraz już nie, odpowiedziała ze znaczącem uśmiechem.
— Chwała Bogu!
Wzrok swój zagłębiła w szarych oczach Franciszka Valencourt, przejmując go rozkoszą.
— Dziś wieczór, chce pani?... szepnął na ucho.
— Po co?
— Porozmawiamy, jak pani powiedziałem.... seryjo.
— Pozwól mi się pan namyślić.
— Czego się pani możesz obawiać?
— A więc... niechaj będzie, rzekła po chwili namysłu, dziś wieczór, kiedy pan życzy... Gdzie?
— Tutaj, w mym gabinecie.
— O której?
— O dwunastej?
— Dobrze. Godzina występków! dodała z dziwnym uśmiechem, przechodząc drzwi.
— Ta dziewczyna jest niebezbieczna, pomyślał, tracę przy niej rozum... Za piękną jest... Ona chcę się namyślić... Ja, także...
— Domyśla się... wyszeptała Magdalena... Ani minuty do stracenia. Jutro możesz mnie wypędzić. Wszystko się skończy!
Filip Arbaud od trzech tygodni znajdował się w Paryżu, gdy go doszedł list panny de Blangy.
List ten pogrążył go w smutnej niepewności właśnie, gdy się łudził najmilszemi nadziejami. Czuł, że miłość Teresy dość silna, aby zwalczyć wszystkie przeszkody. Był niemal pewnym, iż dawne krzywdy, nienawiść Magdaleny, stłumi pojednanie tego cudownego dziewczęcia.
A oto dwie straszne nowiny uderzyły jak grom, niwecząc jego marzenia.
Teresa cierpiąca; przepowiednie doktorów spełniały się; choroba, podkopująca jej organizm, silniejsza od jej młodości.
Brat jej w grobie.
Od listu tego niepokój opanował Filipa Arbaud.
Następujące po sobie nieszczęścia w doma de Blangy, w czasie właśnie gdy pogróżki Magdaleny spełnić się miały, nie zdały mu się naturalnemi i, coraz bardziej zastanawiając się, wierzył, iż jakaś niewidzialna ręka kieruje niemi.
Wszakże Magdalena nie pozostała we Francyi. Donosiła Bouraille’owi o ukończeniu swojego przedsięwzięcia, obiecując powrócić w krótkim czasie.
Co się z nią stało? Gdzie jest? W jakiej okolicy?
Wiedział o adresie siostry na ulicy de Sèze, lecz nigdy jej tam nie spotkał. Tam przesyłano jej listy, które odbierała osoba nieznajoma. Żona odźwiernego nie mogła dostarczyć innych wiadomości nad to, że mieszkanie stało umeblowane, komorne z góry za rok cały uiszczone, lecz oddawna nie widziano lokatorki.
Powracając z Ameryki, była w Paryżu, a w 24 godzin znikła jak cień.
Filip napisał do Bouraille’a, lecz i ten nie wiele więcej wiedział od gospodyni z ulicy de Sèze. Od trzech miesięcy ani słówka od Magdaleny.
Pomimo to jednak list Bouraille’a tchnął jakby jakiemś zadowoleniem, a kończył się temi słowy: „Spodziewaj się mnie wkrótce u siebie. Zawiadomię cię jeszcze telegramem o dnia stanowczego przyjazdu“.
Podobna niespodzianka nie mało zastanowiła wychowańca winiarza.
W chwili gdy Magdalena opuszczała gabinet markiza, Filip będąc zamknięty w swem skromnem mieszkanku na ulicy Jacob, odczytywał listy Teresy de Blangy.
Mieszkanie jego uczniowskie składało się z dwóch pokoi trzeciego piętra; jeden służył za sypialnię, drugi za salę do nauki.
Książki rozłożone na stołach, mnóstwo czaszek, gipsu, figurek niepowykończanych, biustów obnażonych, słowem trudno odgadnąć, czy to mieszkanie rzeźbiarza czy lekarza.
Zastukano do drzwi.
— Proszę wejść — zawołał uczeń.
Młody człowiek 25 do 26 lat, niski, blondyn, z okiem żywem, obliczem wesołem wszedł do pokoju Filipa.
— Wyglądasz jak pensyjonarz — powiedział.
— Bez przezwisk tylko.
— W tej chwili... Jadłeś już co? Już?
— Jedenasta. Chodźmy do Foyota.
— Do djabła! zaczekaj trochę.
— Wczorajszego objadu jeszczem nie strawił.
Nowo przybyły Limoussin uchodził za chłopca z przyszłością, szczery, stanowczy, pracowity a skromny. Rówieśnicy prawie, zaprzyjaźnili się sobą.
Filip złożył listy, wkładając je do kieszeni żakietki.
— Dalej, w drogę zawołał Limoussin. Niechaj żyje swoboda!
Zastukano po raz drugi.
— Depesza do pana Arbaud — zawołał telegrafista.
— Do mnie?
— Oto jest.
„Przybywam dziś wieczór. Oczekuję cię na objad o 8-ej przed Brabantem.
— Kto telegrafuje? — zapytał Limoussin.
— Zacny bardzo człowiek, nasz opiekun. Przyjeżdża.
— Dziś?
— Wieczorem.
— Nic więc nie przeszkadza rano.
— Idziesz?
— Za chwilkę.
— Toż to maruda dopiero:
Zanim Arbaud wziął kapelusz, pogładził go rękawem, włożył palto, towarzysz jego już wyszedł na korytarz. Filip, podążając za nim, spotkał się oko w oko z kobietą czarno ubraną, gęsto zawoalowaną.
— Pan Filip? odezwała się.
— Ten sam.
— Poznaję pana. Proszę, oto list.
— Pani przybywa?
— Od niej. Przeczytać proszę. Nie poznaje mnie pan: Zuzanna! — rzekła podnosząc woalkę.
— Przepraszam. Jestem tak zmieszanym.
Limouissin szedł naprzód, podczas gdy przyjaciel jego czytał list:
„Pragnę cię widzieć. Może to raz ostatni. Miałam racyją, mówiąc, że niedługie przede mną życie. Codzień czuję się słabszą. Może to złudzenie, lecz zdaje mi się, że życie mnie opuszcza i ulata. Potrzebuję odwagi, a ty jeden możesz mi jej dodać.
„Nie martw się. Nie cierpię prawie.
„Doktorzy odchodzą w tej chwili, a po ich minach widzę, iż nie rozumieją mej choroby.
„Przybywaj. Zuzanna ci powie, jak masz postąpić.
„Do dziś wieczora, mój jedyny przyjacielu; gdyby nie myśl o tobie, czułabym się nawet szczęśliwą, kończąc tę doczesną pielgrzymkę.
„Dom nasz, to istny grób.
„Do wieczora, nieprawdaż?
— Czy idziesz? — wolał z dołu kolega.
Filip nie słyszał, stał odrętwiały.
— Więc tak jest źle? — odezwał się nareszcie.
— Bardzo źle.
— Co jej jest?
— Doktorzy dopiero co wyszli, i nie wiedzą co począć, nie skrywają niebezpieczeństwa.
— Cóż radzą?
— Nic. Wyjechać na południe, lecz strach bierze wyruszyć w podróż.
— Bardzo cierpi?
— Nie. Jakieś nagłe osłabienie, coraz większa ociężałość, ogólne znużenie, bezustanna senność, bez gorączki.
— To dziwne.
— Przyjdzie pan?
— Naturalnie... lecz jak?
— O wpół do jedenastej małe drzwiczki od ogrodu ze strony ulicy Orsay będą roztwarte, a ja przy nich, ztąd poprowadzę pana dalej.
— Dobrze.
— Nie potrzebuje się pan niczego obawiać. Panienka sama będzie.
— Do wieczora Zuzanno. Dziękuję ci — odpowiedział z wysiłkiem.
— Co za nieszczęście! — mówiła garderobiana, oddalając się.
Limoussin, zniecierpliwiony, wchodził znów na schody, a spostrzegłszy nareszcie Filipa, zawołał:
— Co się z tobą dzieje, zakochanyś, czy co, u dyjabła? E, co ci jest, wyglądasz jak z trumny wyjęty!
— O gdybym w niej był! wyszeptał Filip.
— Ty to mówisz!
— Zrozpaczony jestem.
— Umarł kto? Krewny może!
— Więcej niż krewny... młode dziewcze, do której niezmiernie jestem przywiązany...
— Kochanka więc:
— Ah Boże! nie... Nic świętszego i czystszego nad tę przyjaźń. Nie pytaj... Sił mi brak do wypowiedzenia, zresztą czyż mam prawo?... Jesteś moim przyjacielem!...
— Z pewnością.
— Powiem ci, że może nie ma niewinniejszego stosunku.
— Umarła?
— Jeszcze nie.
— Jest więc nadzieja?
— Powątpiewam.
— Co jej jest?
— Niezbadane cierpienie... Straszne mi myśli przychodzą...
— Jakież więc?
— Ja.... zaledwie śmiem przypuścić.
— Ależ przecie?
— Zdaje mi się, że ją.... trują, mówił wolno, opierając rękę na ramieniu kolegi.
— Czy to możebne?...
— Dziwi mnie, iż na podobną myśl nie wpadli doktorzy, leczący ją.
— Którzy? czy ze znanych?
— Nie tylko znanych, lecz sławnych... doktór Chambay.
— Tam do kata! On! Jest więc bogata!
— Jedynaczką od dni kilku... Brat jej zabity na polowaniu... Majątek ogromny... Przez to ginie, pewno... Intrygi się zawiązują... Za wiele powiedziałem.
Dochodzili do ulicy de Seine, podążając wolno na Luxembourg.
Zasiedli w małym kąciku u Foyota.
— Jedz że, zachęcał kolega, — bo choćbyś umarł z głodu na nic by ci się to nie przydało. O czem myślisz?
— Oddałbym połowę życia, aby zbadać jej chorobę i wyleczyć ją.
— A możesz rozpoznać?
— Kto wie.
— Kiedy?
— Dziś wieczór.
W chwili, gdy Filip Arbaud i jego kolega siedzieli przy stole u Foyota, pisarz z Pougny, pozostawiając dom i papiery, dążył do Paryża, w przedziale pierwszej klasy; dotąd jeździł drugą, a często nawet i trzecią.
Bouraille stawał się rozrzutnym, ten uczciwy i spokojny Burgundczyk, nieprzyjaciel swarów i wszelkich zatargów podążał na wojnę. Lecz wobec przedsięwziętego celu, cóż znaczyło kilka luidorów mniej lub więcej?
Był o tyle zamożnym, iż koszta procesu brał na swoją kieszeń, a nie czerpał ich z dochodów Jonceray. Bouraille postanowił poruszyć wszystkich opiekunów kościoła, adwokatów i woźnych. Rozpoczynał proces w interesie swych dawnych pupilów, lecz uzbrojony od stóp do głów, przygotowany na wszystko.
Odkąd wtajemniczył się w historyją Valencourt’ów i wiedział, że jego mała Magdalenka stanowczo zmierzała do przedsięwziętego celu, chęć dopomożenia jej zniewoliła go do zdobycia broni, chociaż nie tej samej natury, jaką posiadała jego pupilka.
Pisarz z Pougny dostarczał dowodów prawnych i legalnych.
Podczas swej bytności w Hiszpanii, zobowiązał jednego ze swych kolegów do odszukania regestrów parafii San-Julia i świadków ślubu, głównie niejakiego Peresa, zakrystjana, grabarza i służącego proboszcza, z tegoż czasu.
Sekretarz ten, człowiek wielkich zalet, punktualny, przebiegły jak kontrabandzista, spełniający sumiennie przyjęte na siebie obowiązki tem więcej, iż Bouraille w razie pomyślnego skutku, przyrzekł wypłacenie tysiąca dukatów.
Suma ta, przedstawiająca skarb bajeczny dla biednego góralczyka z Nawarry, sprawiła, iż sekretarz postanawiał poruszyć niebo i ziemię, aby dostarczyć żądanych dowodów, mogących tak sowitą przynieść gratkę. I oto, jak je zarobił.
Po przerzuceniu i zbadaniu doszczętnem w San-Julii i okolicach, świadków, ludzi i dowodów, tracił nadzieję wyświetlenia czego szukał; gdy oto, pewnego ranka wchodzi nieznajomy, nędznie odziany, niski, z siwą brodą, ogorzały, z twarzą pokrytą zmarszczkami, pytając sekretarza:
— Pan potrzebuje regestrów parafii San-Julia?
— Rzeczywiście tak, odpowie pisarz ździwiony.
— Ile panu dają za odnalezienie ich.
— Tysiąc dukatów.
— Podzielmy się, a przyniosę je panu.
— Kim jesteście?
— Peresem, dawny zakrystjan.
— Bah!
— Prawdę mówię. Obleciałem świat kusząc fortunę....
— I szczęście wam nie posłużyło? zauważył pisarz, rzuciwszy okiem, na zniszczoną odzież zakrystjana.
— Niestety! bawiłem w Hawannie, San-Domingo — nędza wszędzie. Co robić! Przejrzało się świata. Powróciwszy do kuzynów, w San-Julia, dowiedziałem się o poszukiwaniu regestrów... Zawsze myślałem, że kiedyś zapytają o szczegóły tego wyjątkowego małżeństwa: przybyło ich dwoje, francuzów, piękni jak aniołowie; pora straszna, śnieg, zawieja, oczekiwaliśmy na nich z proboszczem... O, pamiętam, jak gdyby to wczoraj było...
— A regestra?
— W czasie pożaru, przyszedł mi na myśl ten ślub.
— I...
— Wyrwałem kilkanaście kart z regestru, wrzuciłem w kufer, który odjeżdżając zostawiłem a kuzynów…….
— Ten kufer?..
— Odnalazłem go tak, jak pozostawiłem...
— Z papierami?...
— Rozumie się.... kiedy je chce oddać!...
— Ocalasz mi życie!
— A nie możnaby zażądać więcej? wtrącił Peres, który doświadczywszy biedy, nauczył się oceniać pieniądz.
— Cena umówiona, odpowiedział pisarz, wytrzeszczywszy oczy.
— Nie wymagając.... grzecznie.... może się zgodzą...
— Zobaczymy.... zobaczymy, wtrącił sekretarz.
Oba góralczyki spojrzeli się na siebie, prędko porozumiawszy się. Warto próbować, przedstawić żądanie i nie tracąc czasu, wysłano list de kolegi z Pougny.
Odpowiedź zadawalniająca niezwłocznie nadeszła.
— „Proszę wysłać zakrystjana i papiery. Płacę koszta podróży, podwajając przyrzeczoną sumę. Dołączam pięćset franków jako zasiłek“
Po przyjeździe Peresa, sprawdziwszy, jako dowody małżeństwa Filipa Valencourt i Magdaleny Stefani w całości, kupił nowy garnitur u krawca z Dijon dla małego, opalonego jak Kabyl człowieczka, i ruszył z nim razem do Paryża.
Jakaż radość opromieniała tego zacnego Bouraille’a. Co za tryumf, mając dowody w ręku, dowieść markizowi de Blangy kradzieży, oszukaństwa względem wdowy po własnym bracie i jego dzieci.
Wobec więc tak szczęśliwego zbiegu okoliczności nie miałże odżałować kilka franków więcej? Jedyna nuda niecierpliwiąca go w pociągu, iż nie mógł skrócić czasu pogawędki z Peresem. Jeden nie mówił po francusku, drugi ani słowa po hiszpańsku.
Co za rozkosz stanąć przed tym Franciszkiem Valencourt, celem jego nienawiści od chwili, gdy się dowiedział jakiej zbrodni dopuścił się ten nędznik, bogacz, milijoner, gnębiący i spiskujący względem żony i dzieci brata. O wpół do szóstej stanęli w Paryża w jednym z najwięcej uczęszczanych hoteli w bliskości dworca kolei Lyońskiej. O trzy kwadranse na siódmą Bouraille, świeżo wygolony, wymuskany, w świątecznym surdacie, z obliczem wypogodzonem i uśmiechniętem, w towarzystwie Hiszpana, którego strzegł jak oka w głowie, wchodził do restauracyi Brébanta, do której w kilka minut przybył i Filip Arbaud.
— Jak się miewasz? Co cię zniewoliło do opuszczenia Pougny, zawołał młody człowiek, ucałowawszy w obydwa policzki swego zacnego opiekuna.
— Wkrótce się dowiesz. Tymczasem przekąśmy.
— Chętnie, — odpowiedział Filip, zmuszając się do ukrycia dręczącego go smutku, przypatrując się z ciekawością Hiszpanowi.
— Kto jest twój towarzysz?
— Powiem ci.... później...
— Długo myślisz pozostać w Paryżu?
— Już chciałbyś mnie wypędzić?
— Nie.... lecz zdziwiony jestem, widząc cię tutaj...
— Przekąśmy, przerwał Bouraille, wchodząc na schody, prowadzące do salonów pierwszego piętra. Bouraille przesadzał się w gościnności. Ostrygi, ryby, kuropatwy, doskonałe wina, desery, wszystko się znalazło na stole trzech nowoprzybyłych gości Brébanta.
— Ależ po co aż tyle, zauważył — Filip, nie poznają cię...
— Daj pokój, wtrącił Bouraille, dziś wielka uczta!
Bouraille rozpromieniony, zadowolony na myśl samą miłego wrażenia i szczęścia swych ukochanych pupilów, gdy przedstawi im dowody, poniżające Franiszka Valencourt, powracając im prawa do sukcesyi i nazwiska ojca. Już widzi rozweseloną twarz przyszłego doktora, a szczególniej milutką buzię nieodżałowanej swej ukochanej Magdalenki, niemającej więcej powodu rozstawać się z niemi.
Nie miałże więc przyczyny do wyprawienia uczty?
Chciał się też upoić, zagłuszyć, nabrać odwagi do rozprawy, jak przewidywał, burzliwej.
— Powiedzże mi nareszcie, kochany wujaszku, po coś przybył do Paryża?
Bouraille uśmiechnął się. Wujaszkiem zwała go Magdalenka, chcąc rozweselić opiekuna.
— Nie możesz tego jeszcze wiedzieć — odpowiedział.
— Taki wielki sekret?
— Musi nim pozostać na godzin jeszcze kilkanaście.
— Tyczy się może mojej siostry
— Tak.
— Czy wiesz gdzie ona jest? — zapytał żywo Filip.
— Nie, lecz sądzę, że się wkrótce dowiem.
— Kiedy?
— Jutro może. Cierpliwości! Wszystko będzie na czas.
Nie zapytywał już więcej Bouraille’a, mówiąc tylko tyle, aby ukryć ile możności smutek go dręczący.
Marzył o widzeniu się z Teresą.
W jakim stanie ją znajdzie? Czego nowego się dowie?
Perez milczący z fajeczką machinalnje zapaloną po jaki raz trzydziesty, zajadał z wielkim apetytem.
O w pół do dziesiątej, na szczęście Filipa, wszyscy trzej wstali od stołu. Bouraille, znużony podróżą, oznajmił chęć udania się na spoczynek.
Wychodząc z restauracyi, pisarz ująwszy wychowańca pod rękę, zapytał: Możesz mi powiedzieć, gdzie jest pałac de Blangy?
— Na co potrzebna ci ta wiadomość? — zawołał, odwracając się gwałtownie Filip.
— Tak sobie, przez ciekawość! Mówiono o nim, że podobno jest bardzo pięknym...
— Są inne, godniejsze widzenia.
— Cóż to szkodzi. Gdzież on jest?
— Ale....
— Musisz go znać... w twej dzielnicy.
— Masz rację. Zaczekaj. Zdaje mi się na ulicy de Lille, naprzeciw Tailleries.
— Ulica de Lille. Dobrze — odparł Bouraille. Czy tylko się nie mylisz? Nie wiem czemu, chciałbym go zobaczyć. Dobrej nocy!
— Dobrej nocy.
— Do jutra. Po południu będę u ciebie. Rano mam interesy.
Uściskali się i każdy ruszył w swoją strone.
— Co się stało z Bouraille’m? Nie poznaję go — myślał Filip, a spostrzegłszy zbliżający się omnibus, wsiadł weń, zdążając szybko na ulicę Orsay.
Adam Smith, gdyby zechciał, urządziłby najęty lokal z wielkim komfortem. Cel, na jaki go zajął, nie potrzebował przepychu, lecz wygodnego pomieszczenia, skąd mógłby widzieć co się dzieje w pałacu de Blangy i w razie potrzeby, wziąść udział w walce, która, rozumiał, że jest na ukończeniu, pomimo, iż wiedział niedokładnie główną jego przyczynę. Ciekawość jego podniecona do najwyższego stopnia, miłość dla Magdaleny coraz silniejsza, dodawały bodźca do zainteresowania się i chęci dopomożenia wszelkiemi możliwemi ze swej strony środkami odważnemu i nieugiętemu dziewczęciu, wyjątkowo spotkanemu w jego życia.
Tak jak i Bouraille, wszystko czego się dotąd dowiedział o Franciszku Valencourt, zrodziło w nim wstręt nieprzezwyciężony i wzgardą za spełnienie niecnego występku, uznając go winnym kary i upokorzenia.
W chwili, gdy Filip Arbaud rozstawał się z Bouraille’m na bulwarze Montmartre, skręcając na Orsay, młoda kobieta czarno ubrana, okryta ciemnem futerkiem, rzuciwszy wzrokiem na lewo i prawo, aby się przekonać czy nie jest przez kogo szpiegowaną, wybiegła szybko wjazdową bramą z pałacu de Blangy na ulice de Lille, a zmyliwszy naumyślnie drogę na bulwar Saint-Germain, na wypadek gdyby ją śledzono, zawróciła szybko do domu Amerykanina.
— Gdzie mieszka pan Adam Smith? zapytała odźwiernego.
— Trzecie piętro, drzwi na lewo.
Wbiegła żwawo na schody, a dotknąwszy dzwonka elektrycznego, zobaczyła mulata, roztwierającego jej drzwi.
— Pan Smith tutaj?
— Tak pani.
— Proszę oznajmić, iż jedna pani chce się z nim widzieć.
— Pozwoli pani dalej.
Amerykanin, spojrzawszy na przybyłą, zawołał zdziwiony tak niespodziewaną wizytą.
— Pani!?
— Ja. Mam z panem do pomówienia.
— Zastaje mnie pani jak w przenośnym obozie — odezwał się Amerykanin zdejmując z niej okrycie, przysunawszy fotel do kominka. Dotrzymuję słowa, gdzie się pani obrócisz, ja za nią. Paniś w pałacu de Blangy, jam jej sąsiadem.
— Tem lepiej, potrzebuję pana pomocy.
— Grozi pani jakie niebezpieczeń-| stwo?
— Nie. Dzięki Bogu! Zabezpieczyłam się przeciw niemu. Okoliczności czyli raczej Opatrzność dopomaga mi sama. Zbliżam się do celu... Powinnabym się czuć szczęśliwa...
— A nie jesteś nią?
— Niestety!
— Wyrzut sumienia, dodała smutnie, obciąża...
— Jaki?
— Śmierć młodego człowieka... Rozumie mnie pan!...
— Przecież nie paniś go zabiła!
— Zapewne, że nie... Jednak gdybym była chciała, żyłby jeszcze... Podrażniłam zazdrość marzyciela... Dopuściłam się ohydnej rozkoszy, przyprowadzając go do szaleństwa... Nie przedstawiało mi to żadnej trudności... Co pan chce?... Nienawidziłam młodego pana... Cierpieć go nie mogłam z powodu jego ojca i matki, za jego pochodzenie, za udaną miłość wyjawianą mi z takim cynizmem, jak gdybym była rzeczą do sprzedania... Słowem, wstręt we mnie wzbudzał! Złość mnie zaślepiała.
— Jednak zobaczywszy grób ten roztwierający się, brakło mi odwagi, zapytywałam się sama siebie: mamże prawo dalej wymierzać sprawiedliwość?... A jednak poprzysięgłam i przyobiecałam komu innemu.
— Komu?
— Nieboszczce.
— Pani matce?
— Tak. Skąd pan wie o tem?
— Domyślam się. Pani się nie nazywasz Magdalena Arbaud.
— Tak. Lecz jest jeszcze inne nazwisko, które pragnę odebrać. Ojca mego. Pan moim przyjacielem!
— Na zawsze!
— Kiedy tak, proszę o pomoc. Zdaje mi si, ze nie upadnę, lecz kto wie? Jestem kobietą a mam do czynienia z możnymi przeciwnikami.
— Co pani każe?
— Powiem panu, lecz najpierw, ponieważ nie chcę abyś mną pogardzał, chodzi mi bowiem o jego szacunek i przyjaźń jaką mnie zaszczycasz i rozrzewniasz do głębi duszy, należy pana wtajemniczyć we wszystko. Potem, osądzisz mnie. U nas często samym należy się bronić: Ja sama, bez podpory, postanowiłam powetować zło jakie nam wyrządzono i karę za nie. Posłuchaj pan.
W rzewnych słowach opowiedziała mu historię matki, stosunek jej z Filipem Valencourt jako kochanka a potem męża, scenę w pałacu Chambeyre, gdzie jej bratowa markiza de Blangy, wyjawiła powód nienawiści, jak ją wypędzono spaliwszy listy jej męża, ostatnie dowody wdowy i sierot, obrażającą ofiarę Franciszka Valencourt nędznej pensyi sześciu tysięcy franków, gdy skradł milijony i żądanie wyrzeczenia się nazwiska dla siebie i dzieci, przywiązanie się Wincentego Arbaud, jego szlachetność, rozpacz nieszczęśliwej kobiety doprowadzająca ją do samobójstwa a jego do obłędu. Czyż taką zbrodnię wolno pozostawić bezkarnie? Dla tego wyjechała! Jeździła szukać środków pomszczenia i ukarania.
Oczekiwała godziny przychylne] i oto wybija nakoniec.
— Gdybym się nie dostała do domu tego nędznika, zasztyletowałabym go na ulicy.
Adam Smith patrzał na nią z zachwyceniem, taka właśnie kobieta stawała się jego ideałem i władczynią serca.
— Ah! pojęcia pan nie masz, jak dusza korsykańska jest wytrwałą i cierpliwą! Przodkowie nasi zachowują zemstę wiekami całemi, krew przelana jeszcze ich nie uspakaja! Ja nie mam już ich siły, upadam na duchu... Podtrzymaj mnie panie!
— Ale jak?
Przysunęła swój fotel bliżej Amerykanina i długo rozmawiała z nim po cichu, jak gdyby obawiała się, by mury nie rozniosły echa.
W miarę jak opowiadała fizjonomia Adama Smith z początku zaniepokojona, coraz więcej tchnęła zadowoleniem.
— Przyznaje więc pan?
— Uwielbiam panią.
— Obiecuje pan podtrzymać?
— Całemi silami.
— Więc jutro?
— Będę tam.
— Potem, może pan odjechać do Bostonu.
— A pani?
— Kto przewidzieć może, gdzie jutro będę o tej godzinie — wyszeptała, podnosząc się.
— Idź pani — odrzekł Amerykanin, nie zatrzymując jej, niechaj Bóg Cię wspomaga!
— Bóg nakazuje przebaczać, a ja się mszczę!... Gdybym się nie pomściła i to okrutnie, nie doznałabym nigdy spokoju duszy, czułabym się przeklętą, jak i moja matka!
— Zapomniałam jeszcze — rzekła zawracając na progu przedsionka.
— Czego?
— Jednej proźby — dodała, wyjmując z za rękawa zwinięty kajet.
— Oto bodziec! Mogliby mi go wyrwać, trudno wiedzieć co się stać może. Zechciej mi go pan schować. Gdy będziesz sam dzisiejszego wieczoru przeczytaj... a potem sądź mnie. Jest to testament mej matki!
Naciągnęła woalkę na twarz i wyszła.
Adam Smith widział ze swych okien, jak przechodziła przez pustą ulicę, potem weszła do bramy pałacu de Blangy, i znikła we drzwiach z drugiej strony podwórza, zaledwie oświetlonego jedną latarnią gazową na schodach, prowadzących do służby.
Amerykanin, powróciwszy do siebie, siadł przed biurkiem i z ciekawością i oburzeniem zarazem na postępowanie Valeucourt’ów, zadecydował po przeczytaniu zeszytu:
— Tak, będę tam!
W tejże chwili nauczycielka na skręcie pierwszego piętra cofnęła się przestraszona ukazaniem się mężczyzny.
Wkrótce przyszła do siebie:
— Ah! to ty Josonie?
— Ja.
— Masz mi co do powiedzenia?
— Kilka słów tylko.
— Mogą nas zejść.
— Proszę tu wejść szepnął, podnosząc portjerę próżnego pokoju oświetlonego padającem światłem z ulicy.
— Zaniepokojony jestem.
— Czem?
— Pan Maurycy nie żyje...
— Więc cóż?
— Jestem pani oddany...
— Posądzasz mnie o zamordowanie ludzi, wyrzekła z goryczą.
— Śmierć ta jest niewytłomaczoną. Wierzę, żeś pani nie brała w niej udziału i przestań o niej mówić.... Tylko...
— Kończ proszę.
— Panna Teresa dogorywa...
— Tak sądzisz?
— Doktorzy nie skrywają swej obawy nawet przed markizą... Tracą nadzieję uratowania jej... Słuchaj pani...
— Słucham, odrzekła zimno.
— Dopomagałem pani całemi siłami... Nieprawdaż?
— Prawda.
— W żyłach syna płynęła krew ojca. Córka jest aniołem...
— I prosisz mnie o szczędzenie jej... Zrozumiałam cię, Josonie?
— Nie obwiniam cię pani, mówił Joson, łkając. Lecz to nieszczęśliwe dziecko nie powinno odpowiadać za winy innych, i jeżeli... Zatrzymał się, przyszła mu myśl tak straszna, iż nie śmiał jej wyjawić.
— Dalej odważnie, przerwała łagodnie. Rozumiem twój przestrach. Jutro wszystko się zakończy. Uważaj, co się dziać będzie i nie trwóż się! Bądź co bądź by się stało, udaj, że mnie nie znasz. Nie przybywaj na pomoc. Jakiekolwiek by ci wydał rozkazy pan Franciszek Valencourt — nazwisko to wymówiła ze wstrętem i pogardą, trudną do opisania — spełniaj bez wahania. Dziękuję ci Josonie i nie proszę o nic więcej!
— Czy pani sadzi, że ja chcę cię opuścić lub zdradzić?
— Nie, mój przyjacielu, pojąć nawet nie możesz, jak ci wdzięczną jestem! Dziś nie pytaj o więcej, muszę milczeć. Do jutra! mówiła oddalając się szybko, pozostawiwszy Bretończyka niepewnym i zaniepokojonym.
Od czasu wejścia do tego domu, dzięki Josonowi pozyskawszy jego zaufanie, nie zwierzała mu swych projektów. Nieszczęścia, nawiedzające dom ten, były niczem w porównaniu z tem, jakie miało spaść niebawem. Szybko pogarszający się od dni kilku stan panny de Blangy budził poważne obawy. Była już i tak wątłego zdrowia, a raptem zmizerniała, zmieniła się tak, że pozostał zaledwie jej cień. Wszyscy ją kochali, służba przepadała za nią jedną może; Zuzanna, przyjaciółka Bratończyka, pogrążona w najwyższym smutku, zastanowiła się nad chorobą, nie mającą środków zaradczych.
Doktór Chambry wyznał, iż dotąd nie znalazł się nigdy w podobnym wypadku, nie widział takich objawów choroby, bo przekonał się iż żadne jej lekarstwo nie pomagało.
Koniec fatalny zdawał się nieuniknionym.
Joson Kerhoël był przerażony równie jak Zuzanna i markiza, której miłość macierzyńska, zbudzona rozczarowaniem do świata, wzrosła do potęgi najświętszego tego uczucia na ziemi.
Lecz nie wnikając w tajemnice choroby, nie przypuszczały tego, czego domyślał się Bretończyk. Skrywał to jednak w głębi duszy, nie wiedząc co postanowić, nie śmiał obwiniać swej protegowanej, córki dawnego i ukochanego pana, opłakiwał smutny koniec młodego i niewinnego dziewczęcia, pragnąc ją ocalić, nieszkodząc tej, którą obwiniał.
Magdalena powiedziała: że rozstrzygnięcie bliskie, bo jutro! Należało zaczekać godzin kilka!
Joson, zamyślony, powracał do swego pokoju, położonego na końca korytarza, przy apartamentach markiza.
Przechodząc koło pokoi panny de Blangy, zatrzymał się. Cisza w około.
Po kilka minutach drzwi się roztworzyły, a z nich wyszła markiza blada, znękana, z głową opuszczoną, pochylona, istny posąg boleści. Zmieniła się do niepoznania, jak by piętnaście lat przybyło jej od dni kilku.
W końcu lata wyglądała jeszcze tak młodo, zaledwie kilka zmarszczek pokrywało twarz. Teraz zgarbiona we dwoje, opuszczona, podstarzała, rażona tylu ciosami.
Przechodząc koło Josona, nie spostrzegła go nawet i weszła do swego pokoju. Po wyjściu markizy z pokoju córki, Zuzanna pośpieszyła do drzwiczek ogrodu ze strony Orsay, roztworzyła je, a zbliżywszy się do młodego człowieka, przechodzącego się po chodniku, zawołała:
— Panie Filipie? Jestem.
— Proszę za mną.
Przaz dwa wielkie okna pokoju panny de Blangy, wychodzącego na ogród, zwykle przedzierało się światło, wiosenne powietrze i woń kwiatów. Lecz to, pora zimy! Widok więc smutny, drzewa ogołocone z liści, trawniki pożółkłe, z za brzegów Sekwany wysokie drzewa ogrodu Tailleries ukazywały front domów ulicy Rivoli.
Wnętrze pokoju zastąpiło czego brakło na zewnątrz.
Duże łóżko z lampasem niebieskim i pokryciem tegoż koloru, zachodziło na środek pokoju wprost kominka z palącem się bezustannie ogniem. Firanki artystycznie udraperowane, podbite jasnemi koronkami, zwieszały się od sufitu. Lazar otaczał gniazdeczko młodej blondynki, do której wszystko się powierzchownie uśmiechało. Dywany, krzesła nizkie i miękkie, zegar, arcydzieło ostatniego wieku, wszystko świeże, milutkie, eleganckie i pachnące.
A jednak wpośród takiego przepychu młode to dziewczę dogorywało, czyli raczej gasło stopniowo, jak lampa w której się olej wypala.
Zawsze ładna, bez skargi na bladych ustach, leżała wyciągnięta w kaskadzie jedwabi, okrywających ją, z rękoma omdlałemi i zimnemi, zagłębionemi w puchu kołder.
Oczy jej wybladłe i chorobliwe, zwrócone na drzwi z prawej strony jej łóżka, jakby oczekiwały kogoś. Wkrótce posłyszała kroki, zbliżające się do jej pokoju, promień radości ożywił jej śliczne rysy, napiętnowane znużeniem.
Ten, którego prosiła o przybycie, stał już przy niej.
— Jesteśmy! zawołała Zuzanna.
— Pozostaw nas samych.
Panna służąca przysunęła fotel bliżej poduszki swej pani i sama oddaliła się.
Panna de Blangy podsunęła się wyżej, wyciągając rękę do odwiedzającego ją:
— Jakże się czuję szczęśliwą, widząc cię mój przyjacielu! — wyszeptała.
Filip Arbaud nachylił się i pocałował wychudłą podaną sobie rączkę wpatrując się w chorą swemi wielkiemi czarnemi oczami.
— Po co ta próżna obawa?
— Nie mówmy o mnie, Filipie, powiedziała, poruszając smutnie głową, lecz o tobie. Pracujesz?
— Z zapałem. Pragnąłbym wszystko zbadać!
— Dlaczego?
— Aby cię ocalić.
— A ja Filipie, jakże pragnę żyć!
Jakże wiele wypowiedziała w tych niewielu słowach. Okrzyk ten, w zapale uniesienia ku wybranemu swego serca, zawierał wszystko, co skrywała miłość i młodość, znacząc:
— Kocham cię!
— Bądź dobrej myśli Tereso — rzekł, nachylając się nad łóżkiem.
Przez chwilę pozostali w milczeniu, serca ich rozmawiały. Filip powiódł z wzrokiem z niedowierzaniem w około pokoju.
— Nie obawiaj się niczego, Zuzanna nas strzeże; matka moja dopiero co wyszła. A zresztą — dodała z anielskim uśmiechem — chora ma prawo żądać doktora podług swej woli. Jesteś moim, Filipie, najlepszym, bo jakem cię zobaczyła, doprawdy, jestem silniejsza, czuję się lepiej, odżyłam.
— Siadaj, proszę — mówiła wskazując na fotel. — Spodziewałam się, że mi poświęcisz kilka godzin czasu.
Gdy usiadł, pociągnęła go bliżej siebie, opowiadając mu o swych projektach, powziętych w długich godzinach samotności.
— Jestem samą teraz, samą, jedynaczką, od strasznego wypadku, pozbawiającego mnie brata. Jedyną nadzieją mej matki, nadzieją wątłą i kruchą! Wiesz przecież, że jedynaczki zwykle są psute, Filipie? Nic im się nie odmawia! Pragną dla nich szczęścia! Jakżeby mogło być inaczej? Nie ma więc przeszkód, nie będzie więc i tajemnicy!
— Co przez to chcesz powiedzieć?
— Jak tylko będzie mi lepiej, wyznam wszystko matce, wszystko, rozumiesz, nasze spotkanie w Allevard, w górach, gdzie mnie wysyłano po zdrowie i gdziem mogła znaleźć szczęście. Wytłomaczę jej, iż jedynem mem marzeniem, od którego zależą moja przyszłość, zdrowie i radość, są złączone z tobą; że bez ciebie niepodobna mi żyć, iż zdrowie, o które się tak troszczą, nie ma dla mnie żadnej, inaczej, wartości. Zobaczysz, że mnie usłuchają!
— Szaleństwo!
— Przekonasz się!
— Rozumie się. Ale wpierw trzeba się leczyć, wyzdrowieć. Teraz ty mnie posłuchaj.
— Cóż takiego?
— Doktór cię bada. Co mówi doktór Chambay?
— On... nic.
— Ale przecież?
— Bierze mnie za puls, przygląda mi się, potrząsa głową, przepisuje napoje, ulepki... i odchodzi.
— Musi przecież coś mówić jeszcze?
— No tak — dodała z naturalną wesołością, powtarzał po razy kilka: — To coś nadzwyczajnego, zupełnie niezwykłego! Co jest jednak ciekawsze, że i jego koledzy, których sprowadza i którzy, wierzaj mi, są niżej krytyki, pan Desgraves, doktór Tribonnier, powtarzają identycznie, potrząsając głową, to samo co i on: To coś nadzwyczajnego! Ale jednak doktor Tribonnier zmienia... wyrażenie. Powiedział: To szczególne, to szczególne!
— Co to jest? — zapytał Filip Arbaud, przypatrując się szklance, stojącej na geridonie.
— Napój, z przepisu doktora Chambay.
— Jak smakuje?
— Czuć kwiatem pomarańczowym. Niezły.
— Kto tu przychodzi?
— Kiedy?
— W dzień... wieczór... nocą?
— Po co się pytasz?
— Aby wiedzieć.
— Dziwną masz minę przy tem zapytaniu?
— Odpowiedz mi, proszę. Czy pewną jesteś przywiązania tych, co cię otaczają?
— Oh! z pewnością! Zresztą widzę tylko w mym pokoju, którego od czasu naszego przyjazdu do Paryża nie opuszczam, moją matkę, Zuzannę... i...
— I jeszcze?
— Miss Vanbury?
— Twoją nauczycielkę?
— Tak. Czasami, rzadko, mego ojca i pokojówkę mojej matki...
— To już wszyscy?
— Prawie.
— A z gości?
— Nikogo dotąd. Od czasu żałoby dom zamknięty. Paryż nie lubi ludzi smutnych.
— I nie cierpisz Tereso? pytał młody człowiek, zamyślając się.
— Mój Boże, nie. Wcale. Słabnę, tracę apetyt, oh! zupełnie; zdaje mi się, że z przyjemnością przespałabym cały tydzień. Codzień mi trudniej wstać z łóżka. Jakaś ogólna anemija, coraz większa, niepojęta.
— To coś nadzwyczajnego, doprawdy!
— A widzisz i ty mówisz, jak doktór Chambay i jego sławni towarzysze.
— Za wiele honoru.
— Aby się rozweselić, mój przyjacielu — odrzekła z anielską słodyczą. Wyglądasz tak smutnie. Łza potoczyła się z aksamitnych oczu Filipa, starał się ją ukryć, lecz panna de Blangy ujęła go tkliwie za rękę.
— Bądź naturalnym Filipie, płacz, kiedy potrzebujesz. Łzy ulgę przynoszą, a ja dowiem się, że mnie kochasz, lecz nigdy więcej, jak ja ciebie.
Jesteś aniołem!
— Może, lecz aniołem, rozpościerającym swe skrzydła do lotu w sfery dusz! Czy tam będę lub nie, wierzaj mi mój przyjacielu, że zawsze myśleć będę o tobie, a wspomnienie towarzyszyć mi będzie, gdzie się wszystko kończy. Lecz przestańmy mówić o tem... zbyt przykre.
Łzy Filipa spadały jedna za drugą na rękę chorej, którą okrywał pocałunkami.
— Ufasz więc wszystkim, co cię otaczają?
— Czyż może być inaczej!?
— Jak dawno tu służba jest w zamku?
— Od lat kilkunastu.
— A ta młoda dziewczyna?
— Jaka?
— Angielka.
— Perła!
— Pewną jesteś?
— Gdybyś ją znał, powiedziałbyś to samo co ja, co i wszyscy.
— Jednak dzieją się tu rzeczy niepojęte.
— Podejrzliwym jesteś.
— Bo drżę o ciebie.
Zegar wybił pół godziny, Filip się podniósł.
— Chciałbym cię widzieć bezpieczną, odzyskującą siły.
— Odchodzisz już?
— Czyż nie czas?
— Już?
— Niestety!
— Pozostań jeszcze. Kto wie, kiedy się znów zobaczymy?
— Kiedy będziesz chciała.
— Jutro w ręku Boga, — rzekła, poruszając smutnie głową.
— Ah! niedaleko będę. Nie mógłbym się oddalić. Nie mógłbym żyć w niepewności. Na ulicy oczekiwać będę. O, gdybyś wiedziała, jak cię kocham... wyszeptał, klękając przy łóżku i obsypując pocałunkami rękę Teresy.
Nagle Teresa, przed chwilą z głową podniesioną, biustem nachylonym, aby lepiej widzieć Filipa, upadła na poduszki.
— Tereso! zawołał rozpaczliwie.
— Nic... to... nic. Obecność twoja dodała mi siły. Odchodzisz. Osłabienie napada mnie, oczy się zamykają, uczuwam senność, jakiej oprzeć się nie mogę.
Niedokończyła, głowa opadła na bok, oczy chorej, pomimo wysileń, nie otworzyły się. Spała. Oddech regularny puls także, chociaż bardzo słaby. Usta uśmiechnięte.
W chwili, gdy Filip Arbaud przywoływał garderobianą posłyszał szelest materyi we drzwiach z lewej strony w głowach łóżka, poczem zastukano tak delikatnie, iż trudnością dosłyszeć można było, kto nadchodził o tej godzinie.
Może markiza zaniepokojona, lub kto inny, nie chcący być widzianym. Po co? Głos, wstrząsający młodym człowiekiem, wymówił:
— Panno Zuzanno!
Nikt nie odpowiadał. Instynktownie Filip schronił się za wezgłowie łóżka pomiędzy jedwabne draperyje z przeciwnej strony drzwi wchodowych.
I oto, co spostrzegł, przejęło go dreszczem strachu.
Młoda kobieta czarno ubrana, wysmukła, elegancka, z pięknemi blond włosami, cerą olśniewającej białości, nachyliła się nad łóżkiem uśpionej.
Filip drżał jak liść.
Tę kobietę, on poznał... To Magdalena jego siostra. Szybko schwyciła szklankę z geridonu, dolała kilka kropel płynu bezbarwnego, stawiając napowrót naprzeciw światła lampy. Woda nie straciła swej przezroczystości.
Filip chciał przemówić, ale głos zamarł mu w piersi. Magdalena dotknęła łagodnie jedną ręką ramienia swej elewki, a drugą uniosła jej głowę, dając do powąchania sole orzeźwiające.
— śpisz? wyszeptała.
— Tak, wyjąkała Teresa, otwierając oczy jak we śnie.
— Jak się czujesz?
— Dobrze.
— Samą jesteś?
— Nie wiem... tak... która godzina?
— Dwunasta wkrótce... Chciałam cię odwiedzieć przed udaniem się na spoczynek.
— Dziękuję.
— Piłaś ulepek?
— Jeszcze nie.
— Trzeba słuchać rad doktora.
— Napij się, — rzekła Magdalena, przysuwając szklankę do ust chorej.
Panna do Blangy zrobiła gest, zdradzający iż wszelkie środki uważa za zbyteczne.
— Musisz się napić, — zawołała nauczycielka.
— Mój Boże! jeżeli trzeba... proszę — odezwała się głosem słabiutkim, dotykając ustami podanego napoju.
Filip chciał zawołać: — Tereso, nie pij! — lecz oskarżenie było tak strasznem, iż pozostał osłupiały, w niemożności wymówienia jednego słowa. Oprzytomniawszy, rzucił się, aby wyrwać szklankę z rąk siostry, lecz za późno.
Filip postąpił krok naprzód, rysy jego wyrażały przestrach i oburzenie zarazem.
Magdalena wstrzymywała go ruchem nakazującym.
Okryła go spojrzeniem wyrzutu, prawie wzgardy, kładąc palec na ustach na znak milczenia.
Zwyciężony, upadł na kolana obok łóżka chorej, zakrywszy twarz rękoma.
Teresa, nie rozumiejąca nic z tego, co zaszło, patrzyła na obydwoje oczami łagodnemi, anielskiemi prawie.
Po pierwszem spojrzeniu, przesłanem bratu, Magdalena nie zwracała więcej uwagi na jego obecność, zwątpienie i boleść, jakie go pożerały.
Tryumf radości, zadowolonej zemsty zabłysnął na jej twarzy.
Przemiana była tak nagłą i widoczną, iż zwróciła uwagę samej ofiary.
Zmieszanie jej przyjaciela, oziębłość tej cudzoziemki, w której przywiązanie wierzyła tak ślepo, rzuciło jakby promień światła pannie de Blangy.
Czyżby przypuszczenia i podejrzenia, wypowiedziane przed kilku minutami przez Filipa miały racyję bytu?
Przelękła się, lecz obawa ta nie uderzyła już jej z tak wielką siłą, czuła się jak rozmarzona. Myśli, coraz zawilsze, zaciemniały jej umysł, szum w uszach, głowa coraz cięższa, oczy mgłą zachodziły. Na wskroś jednak widziała scenę, jakiej miała nigdy nie zapomnieć: przyjaciela, klęczącego u jej wezgłowia, nie śmiejącego podnieść oczu, przestraszonego okrutną tajemnicą, jakiej stał się świadkiem i tej wysokiej młodej kobiety w czerni, wyprostowanej, nieruchomej, pięknej pięknością posągów, ze spojrzeniem pełnem śmiałości i dzikiej dumy, a zarazem współczucia, wpatrującej się z groźnem w chorą naleganiem.
— Spij! — doleciało uszu Teresy.
I prawie natychmiast wpadła w zupełną niemoc, podobną do śmierci, gdyby nie oddech ledwie dostrzegalny, unoszący jej wątłą pierś.
Wtedy nauczycielka wzięła szklankę, nalała świeżej wody i wylała ją w ogień, na którym wybuchł maleńki niebieski płomyk. Wytarła szklankę chusteczką, a postawiwszy ją na gerydonie, zabierała się do wyjścia.
Filip Arbaud zagrodził jej drogę.
— Dla czego opuszczasz mnie? — zawołał.
— Aby uniknąć niepotrzebnego tłomaczenia.
— A jeżeli zażądam?
— Nie otrzymasz go.
— A więc to ty?!
— Więc cóż!
— Nieszczęśliwa, zabijasz ją... jak tamtego.
— Jej ojciec pozabijał innych.
— Ona umrze!
— Być może! — Nedz...! Niedokończył, nakazujące spojrzenie siostry zmusiło go do szacunku.
— Jeżeli masz mi jakie zarzuty uczynić, śpiesz się, bo i mnie pilno! Chcesz uciec?
— Później... nie dziś... jutro może.
— Mówisz jutro?
— Tak.
— Wszystko się skończy?
— Spodziewam się.
— Ona umrze! — zawolał Filip, wyciągając ręce do panny de Blangy.
— Jesteś doktorem i kochasz ją — rzecze Magdalena z uśmiechem złośliwym, sardonicznym, okrutnym.
— Więc cóż?
— Ocal ją.
— Chciałbym z poświęceniem własnego życia.
— Jest środek... szukaj go.
— Środek! — zawołał, chwytajac tę nadzieję, jak tonący źdźbła trawy, trzciny nadbrzeżnej.
— Napewno. Wasi doktorzy nie znają go.
— A ty?
— Ja wiem o nim! Lecz to mój sekret i moja siła!
— Mówisz prawdę? Czyś słyszał, abym kiedy kłamała?
— Magdaleno, błagam cię, zaklinam na to co ci jest najświętszego, na naszą przyjaźń, odkryj mi ten sekret!
— Czy myślisz — powiedziała, odpychając go bez gniewu, — że poświęciwszy najpiękniejsze lata mej młodości, z narażaniem życia i zdrowia dla osiągnięcia tego celu, cofnę się w ostatniej chwili? Nie znasz mnie jeszcze. I zresztą, cóż cię to może obchodzić?
— To o życie dla siebie błagam cię.
— I o życie nieprzyjaciółki.
— O życie dla dziewczęcia, za którą wylałbym krew moją.
— I chcesz mojej głowy także, mojego honoru — przerwała z krwawą ironiją.
— Ach! — zawołał, stając się groźnym także, nie umieszczaj mnie pomiędzy dwoma uczuciami, twojem i tego anioła, któremu nie masz nic do zarzucenia!..
— Wybór prędko zrobisz.
— Błagam cię!
— Na nic się nie przyda!
— Magdaleno!
— Więc ją kochasz!?
— Z całej mej duszy!
— Ja, córkę tego Filipa Valencourt, który nas zdeptał stopami!
— Czyż ona tego przyczyną.
— Ja, córkę Ludwiki Chambeyre urągającej naszej matce, którą przygniotła obelgami jak się kamienuje gady tylko, którą wyrzuciła na ulicę jak śmiecie, lub upadłą kobietę, wyrywając jej wszystko co posiadała, co do niej należało, co było jej dumą, radością i przyszłością. Ty ją kochasz!?
— Bo zbrodni tych nie ona się dopuściła!
— Kochasz ją?! — powtarzała Magdalena.
— Prawda! Kocham i bardzo!
— Ach! — zawołała drżąca i piękna — oto, czegom się obawiała! Syn znieważonych kocha córkę złodziei! Zapomina o matce żyjącej z dwojgiem dzieci z litości wieśniaka, posiadającego więcej serca, niżeli ci bandyci światowi, później rzucającej się w wodę z rozpaczy i żalu po tem co straciła! Zapomina o jej prośbach, rozkazie, okrzyku żalu, zawierającym jej nienawiść: „Pomścij mnie“! I owego Wincentego Arbaud, tego wzoru odwagi, przywiązania i słodyczy, powtarzającego w obłędzie, prowadząc mnie za rękę: Zemsta! Nie pamiętasz o tem? Przebaczasz! Kochasz! Ach! Boże! Przecierpieć tyle wzgardy, upokorzeń i zapomnieć tak prędko zadanych ran. Ty, może, ja nie! A przecież jednakowa krew płynie w naszych żyłach!
— Magdaleno! — błagał młody człowiek.
— Zostaw mnie w spokoju. Wielka różnica między nami. Ty ją kochasz, a ja nienawidzę, jak wszystko co się tyczy tego podłego domu. Tak, nienawidzę jej, mniej niż innych może, lecz o tyle, że nie opłakiwałabym jej śmierci! Chcąc trafić w serce matki, należało ugodzić w córkę, w jedyną, co jej pozostawała jeszcze, tak jak aby dotknąć ojca trzeba pozbawić go majątku. Czekaj końca, a zobaczysz. Przestrzegałam cię! Czyżem ci nie powiedziała, że kiedyś wejdę tutaj i pomszczę się. Pozwól mi działać. Pomszczę ciebie i siebie!
— Okropność! Syn umarł!
— Syn, żywy portret ojca. Wiesz co chciał zrobić z twej siostry? Metresę! Czemże byłam dla niego? Biedną dziewczyną. Rozumiesz. Oto czem się stali!
Śmiech dumy i wzgardy osiadł na ustach Magdaleny.
— Porozumiejmy się! Byłabym metresą, sowicie opłacaną, utrzymywaną jak kobiety wielkich panów, jako rzecz do sprzedania za dobrą cenę. Oto majątek w podobnym ręku. Kupuje się dziewczynę za pieniądze skradzione ojcu! Młody ten człowiek umarł, a ty opłakujesz jego zgon tragiczny to bardzo szlachetnie... Uspokoję twe sumienie, pełne świętej bojaźni. Nie ja go zabiłam! Nic nie ma wspólnego między mną, a tem morderstwem, nie wmieszałam się w nie, jak może sądzisz, Nie wydalam ani rozkazu, ani dostarczyłam broni zabójcy. Byłabym go nawet zaoszczędziła, mówiła zniżając głos... znajdując, iż obmyślona przezemnie zemsta gorsza od śmierci dla niego samego i rodziny. Tu, przeciwnie, rzekła, wskazując na pannę de Blangy, bladą jak chusta, prawie bez życia. To moje dzieło! Widzisz, że się nie usprawiedliwiam! Samam to zrobiła! To ja mą własną ręką wlałam tę nieznaną twym mędrcom truciznę; przeze mnie ta ubóstwiana dziewczyna traciła zdrowie, polepszające się z dnia na dzień, ożywiona radością i miłością, jaką skrywałeś przedemną.
Zamilkła.
Brat jej wpatrywał się w nią oczami zbłąkanemi.
— Słuchaj Magdaleno! — błagał, nie wiem czy śnię, lub przytomnym jestem.
To co słyszę, jest tak strasznem, iż zdaje mi się igraszką przywidzenia. Ty! tak dobra, szlachetna, zdolną jesteś do podobnych czynów! Jest w tem jakaś niezbadana tajemnica. Dziecię to, to anioł z nieba, ktokolwiek byliby jej rodzice, jakiekolwiek krzywdy nam wyrządzili, ona jest niewinną, przysięgam ci. Nie ma czystszej duszy nad jej, większej dobroci, szlachetniejszego serca! I ty byś ją zabiła!? To być nie może! Nie możesz obarczać sumienia takim wyrzutem. Zagryzłbym się! Chcesz, abym ci przysiągł na kolanach. Jesteś wszystkiem, com ukochał do chwili, gdym ją spotkał, wszystkiem, co kocham z nią jeszcze. Słuchaj mnie z łaski swojej. Zastanów się. Jej ojciec nas uciskał! Jej matka urągała naszej.
— Zgniotę ich wzajemnie!
— Masz wolną wolę, rób jak chcesz! uczucia twoje sprawiedliwe, przyznaję, nienawiść legalna, widzisz, że nie stawiam tamy twym projektom, lecz ona! oszczędź ją, dla mnie, przez litość. Możesz ją ocalić, powiedziałaś! Nie mogę uwierzyć aby myśl tak ohydnego morderstwa wykiełkowała w twej duszy! Innych, oddaję ci. Nie znam twego celu, nie wiem planów! Błagam cię dla niej o życie! Daj mi ją! Jeżeli mi odmówisz, bąkał, wzruszony do tego stopnia, że zaledwie mógł mówić, nie oskarżę cię, ciebie, mojej siostry, towarzyszki mej młodości przyjaciółki na wieki, lecz naprawdę, na pamięć naszej matki, której spełniasz wolę, przysięgam, że się zabiję!
— Ach! jak ją kochasz! wyszeptała.
— Tak, umrę, jeżeli ona żyć przestanie!
— A więc prawda!... powiedziała Magdalena dzika, wpijając wzrok w swą ofiarę, źle zrobiłeś nie będąc szczerym względem mnie... Wyrzekłabym się wszystkiego. Przesiedliłabym się na zawsze. Nigdy nie bylibyśmy się więcej zobaczyli, bo to nikczemne co robisz. Lecz dziś zapóżno!... Czekaj... Opuść ten dom!...
— Ale ona!
— Jutro jej los rozstrzygnie się o statecznie i nasz może.
— Co to znaczy?
— Dowiesz się.
— A ona czy żyć będzie?
— Zależy to od innej.
— Od kogo?
— Jaj matki!
Promień radości ożywił oblicze Filipa.
— Kiedy tak, spokojnym jestem. Matka nie skarze na śmierć swej córki, jak?...
— Nie próbuj dochodzić i do widzenia!
— Do widzenia.
Portyjera nad drzwiami podniosła się. Filip Arbaud miał odchodzić, gdy w tejże chwili głowa Zuzanny wychyliła się z za jedwabi.
— Ah! pani tu?
— Jak widzisz.
— A panienka?
— Śpi.
— Jakże blada!
—Jak umarła.
— Śpi — powtórzyła Angielka. Posiedź przy niej.
— Całą noc?
— Za chwilę zmienię cię. Potrzebuję godziny czasu. Potem powrócę. Do widzenia panie Arbaud — rzekła, zwracając się do Filipa, wpatrzonego w pannę de Blangy. Jeżeli pan zechcesz odwiedzić jutro tę młodą panienkę, przychodź do pałacu z czołem wzniesionem. Nikt ci nie wzbroni wejścia, upowniam.
— Tutaj? bąkał Filip oniemiały, nic nierozumiejąc.
— Zapytasz o pannę Magdalenę.
— O której godzinie?
— O dwunastej.
Skłoniła się i odeszła. Filip nie próbował jej zatrzymać, nasłuchiwał, jak suknią szeleściła po dywanie przedsionka i wielkim korytarza.
Gdzie zdążała?
Zamiast wejść do siebie, skręciła na główne schody i pomimo tak spóźnionej godziny, zeszła, nie robiąc z tego tajemnicy.
Zuzanna zadziwiona podniosła firankę u okna. Dawny gabinet starego markiza de Blangy, położony na końcu pałacu, w tym samym stanie jak za czasów senatora, wychodził czterema oknami na dziedziniec i ogród. Garderobiana dostrzegła światło w gabinecie markiza, a więc czuwał jeszcze. Angielka się tam udała, co to ma znaczyć?
Filip stal nieruchomy przy uśpionej pannie de Blangy. Zdawała się bez duszy! Wziął ją za dłoń, puls bił, lecz bardzo słabo, oddech jak u nowonarodzonego dziecka.
Możnaby przypuścić, iż kona, lecz sądził niezdolną siostrę swoją do tak ohydnego występku.
O zabicie podstępne bezbronnego dziecka, nie mógł posądzać Magdaleny.
Przecież powiedziała, że od matki tylko zależy jej życie, a ich losy rozstrzygną się jutro. Zapewnienie siostry uspokoiło go.
Filip ujął ręce uśpionej uścisnąwszy je namiętnie; — były zimne, dotknął następnie swemi ustami czoła Teresy, lecz i ono lodowate jak ręce. Jak ją opuścić w takiej chwili? Zuzanna zrozumiała wahanie się, podeszła bliżej.
— Powróci pan jutro bez przeszkód, słyszał pan?
— Tak, powrócę, bełkotał nieprzytomny. Oczy miał wlepione w oblicze Teresy, nogi jak przykute do podłogi. Garderobiana zdjęta litością, odprowadziła go od łóżka chorej.
Chwiejącego się sprowadziła ze schodów; przeszedł ogród, a znalazłszy się na Orsay, nie zdawał sobie sprawy, gdzie był, w głowie mu się mąciło, przed oczami ciemno, nieprzytomny patrzał prawie machinalnie.
— Dożyjeż ona jutra?
Zuzanna, powracając do pokoju panienki, spojrzała w okna apartamentu markiza, a widząc światło jaśniejsze niż poprzednio, ciekawa jak wszystkie kobiety, podeszła cichaczem pod drzwi.
Odgłos dwóch zmieszanych głosów doleciał jej uszów, jeden kobiety, to nauczycielki, drugi męzki.
Zuzanna nie zawiodła się.
Miss Vaubury była w pokoju markiza.
Franciszek Valeacourt należał do rzędu gadów, zwierząt z zimną krwią, rozgrzewających się z trudnością. Jeżeli zdolnym był się unieść, to na chwilę tylko, powściągając się natychmiast. Ubiegając się za kobietami, przygodami buduarowemi, figle hulaków uważał za czas i pieniądze bezużytecznie stracone.
Jednak i na tym sztywnym i zimnym hipokrycie i chciwcu lodowatym jak Szpitzbergen, a tępym jak kant granitowy przylądka południowego, piękna i ponętna Angielka wywarła silne wrażenie. Dreszcze lubieżne, powiew obcej mu rozkoszy wstrząsał nim całym za dotknięciem ręki pięknej blondynki.
Siłą tylko rozumu i zimnej krwi panował, by nie przekroczyć granic konwenansów wobec zadania, jakie przedsięwziął.
Coraz większa niepewność i domysły co do tożsamości miss Vanbury na nowo nim owładnęły.
Wyrazy, rzucone pobieżnie o wyrządzonej krzywdzie, skradzionym testamencie, przywłaszczonym majątku, o ile na nie z początku nie zwracał uwagi, zajęty uroczem stworzeniem, znajdującem się przed nim, utkwiły mu w pamięci, zastanawiając go niepomiernie. Rozumiał, że przymówka ku niemu, a nie ku innym była wymierzoną.
Markiz więc z niecierpliwością oczekiwał nocnej schadzki z młodą i uroczą kobietą, pewny, że oprócz rozkoszy napawania się tem ponętnem stworzeniem, wybada wszystko, co go niepokoiło.
Mając się za silnego i możnego, nie obawiał się niczyjego podstępu i postanowił zabawić się z odwiedzającą go pociechą, jak tygrys z gazelą.
Zamknięty w swym gabinecie, rozparty w wygodnym fotelu przed ogniem kominka, oczekiwał przybycia Angielki.
Mimowolnie przyszły mu na myśl ostatnie słowa miss Vanbury, wypowiedziane z ironiczną wesołością:
„Godzina dwunasta! godzina występku!“
Franciszek Valencourt, przypomniawszy je, doznał niemiłego wstrząśnienia.
Wszakże około północy wrzucono z jego rozkazu do stawu Nenf wspólnika de Vernes’a.
O północy szperał w tym przepysznym biurku, oparty w tejże chwili o nie poręczą fotelu, kradnąc testament wuja.
Północ! I oto sunie krokiem pewnym i śmiałym ta, której oczekiwał z taką niecierpliwością; drzwi, przymknięte od wielkiego salonu, roztwierają się na oścież, a głos dźwięczny i harmonijny wymawia:
– To ja!
Markiz powstał; ruchem sztywnym jak cała jego osoba, automatycznym, nie mogąc się nagiąć, aby się stać uprzejmym, wskazał młodej kobiecie fotel w bliskości siebie.
— Siadaj pani, proszę. — Napróżno silił się na uśmiech. — Oczekuję pani z niecierpliwością.
Wskazała na zegar.
— Punktualnie, jak termin wekslowej wypłaty, rzekła uśmiechając się, o mało co mógłbyś się pan na mnie żalić, bo mnie zatrzymano...
— Tak późno!
— Przy pańskiej córce.
— Nic, nie lepiej?
— Sądzę, że nawet gorzej.
Markiz westchnął.
— Co się też dzieje w tym domu, wtrącił, a odsuwając narzucającą się mu myśl, przybrał zwykły spokój.
— Wie pani, żeś mnie mocno zainteresowała przeszłym razem.
— Ja?
— Nie kto inny. Historyja ta romantyczna, o którejś pani wspomniała zainteresowała mnie.
— Cóż pana mogą obchodzić cudze nieszczęścia?
— Posądza mnie pani, o zupełny brak serca Czyżbym mógł być obojętnym dla pani?
— Dlaczegóżby nie?
— Mówiłem pani, żeś mnie mocno ujęła, miss Ellen.
— Pusto słowa panie markizie. Czemże jestem dla pana? Przejezdną cudzoziemką. Dziś, jutro może, znajdę się znów o sto, albo tysiąc mil. Przejdę próg tego domu i już mnie zapomną.
— Pani należy do rzędu tych, które gdy się raz zobaczy, trudno zapomnieć, a ja patrzę od trzech miesięcy i zachwycam się nią.
— Oh! Wierzaj pani, to moje najszczersze zdanie.
— Obraża pan moją skromność, panie markizie, proszę być ostrożnym.
— Alboż pani nie zna swej wartości, miss Ellen?
— Przysięgam.
— Przypominano pani to często!
— Niestety! — dodała z goryczą. — Spotykałam w życiu nie jednego zuchwalca, śmiejącego mi dowieść, że biedne dziewczęta nie zasługują na delikatne obejście się, zmuszone znosić niecne pochlebstwa i zniewagę, uważane są jak murzynki na targu. Pan sam, panie markizie...
— Nie posądzaj mnie pani.
— Dlaczegóż więc wezwałeś mnie pan tutaj? mówiła ożywiając się. Dlaczego naznaczyłeś mi schadzkę w salonie, gdzie sam tylko jesteś, jeżeli nie po to, aby mi zrobić propozycyję, której nie śmiałbyś w dzień i przy ludziach uczynić? Przyszłam z zawstydzonem czołem, a pan jako gospodarz, gdybym obraziła jego miłość własną wyrzuciłbyś mnie może jutro, jak to spotyka wiele młodych dziewcząt.
— Mylisz się, miss Ellen.
— Myślę przeciwnie.
— Uczucia moje względem pani są inne, niż przypuszczasz.
— Dałby Bóg!
Przysunął fotel, chwytając za rękę młodą kobietę. Wzdrygnęła się, jakby od dotknięcia gadu, lecz nie usunęła ręki.
— Posłuchaj mnie miss Ellen. Przed chwilą powiedziałem, że żałoba nawiedziła dom mój. Najsmutniejsze przeczucia dręczą mnie. Czy córka, którąś pani dopiero co opuściła, żyć będzie? Kto wie? Wkrótce pozostanę sam, z tą fortuną, jakiej mi zazdroszczą... bez krewnych... bez rodziny... nie mając nikogo aby się przywiązać...
Pomiędzy mną a markizą jest mur, którego nie mamy ochoty przeskoczyć, ani ja ani ona. Jesteśmy rozłączeni, jak gdyby ocean nas dzielił. Świat o tem nie wie. W każdej okoliczności należy bronić honoru swego imienia. Pani jesteś za sprytną, za inteligentną, abyś nie zrozumiała tego, co się skrywa tak starannie i wiesz to, o czem mówią również dobrze jak ja!
— Co dalej?
— Pod powierzchownością surową, srogą może, kryje się grunt czuły, serdeczny, potrzeba uczucia, jak sądzę, niezbędna każdemu człowiekowi. Jestem bogatym, wiesz pani o tem, niezmiernie bogatym, i mogę dać szczęście kobiecie, która zgodziłaby się stworzyć mi moje... w sekrecie... Tak pani, obsypię ją wszystkiem, otoczę zbytkiem, należnym jej, jak słońce roślinom a blask dyjamentom.
— Widzi pan, przerwała bez gniewu, dochodzimy do celu o jakim dopiero co mówiłam.
— Czy to obraża panią?
— Słucham dalej!
— Tą kobietą będziesz pani, jeżeli zechcesz, miss Ellen! Któraż inna byłaby zdolną natchnąć, nie powiem, namiętnością przelotną, lecz przywiązaniem serdecznem, trwałem. Gdzie znaleźć doskonalszą piękność, wyższą inteligencyję.
— Za tę piękność i inteligencję, jaką cenę pan daje? — zapytała głosem prawie pieszczotliwym.
— Jakiej pani zażądasz!
— Oh!
— Naznacz pani sama.
— Ostrożnie, bo pana zrujnuję.
— Nie obawiaj się pani.
— Namyśl się pan, odpowiedziała, usuwając lekko rękę, prawdopodobnie pożałujesz pan wkrótce uniesienia, tak zadziwiającego a człowieka również poważnego z pozoru, surowych obyczaji. Ja także się namyślę.
— Długo?
— Nie, jeżeli mam wierzyć w pana szczerość.
— Niezawodnie. Nie pojmujesz pani, jakieś mnie zajęła. Więc ta historja?
— Jaka historja? — zapytała żywo.
— Pani.
— Ah!
— Myślisz pani, żem o niej zapomniał?
— Chcesz jej pan posłuchać? Tylko, że jest tak dawną.
— Cóż to szkodzi!
— A przytem tak smutną!
— Czy rzeczywiście, jak pani to mówi?
— Więcej, jak pan sądzi.
— Podwaja pani moją ciekawość.
— Chociaż przykro mi bardzo poruszać to wspomnienia.
— Sekret powierzony lżejszym do zniesienia, miss Ellen, powiedział łagodnie, czule prawie, z uśmiechem fałszywym, wykrzywiającym mu usta.
— Tak pan sadzi?
— Tak twierdzą, a ja podzielam to zdanie.
— Ustępuje pana naleganiu, rzekła z dziwnem spojrzeniem. Jeden mnie tylko skrupuł wstrzymuje.
— Jaki?
— By nie zakłócić pana spokoju, już i tak zamąconego nawiedzającemi go nieszczęściami.
— Co pani chcesz przez to powiedzieć? zapytał, ściągając brwi, i patrząc śmiało w oczy Angielce, jakby odgadując intencję wywołania zaczepki.
— Nie, odpowiedziała, jak tylko, że spokój pana już i tak zatruty od kilku tygodni, powiększyłby się jeszcze, gdy opowiem to, o co pan prosi.
— Oh! przestań się pani trwożyć, – rzekł z gestem pełnym pychy, spokój markiza de Blangy nie zawisł od przygód podobnej natury, gdyby nawet były najciekawsze.
— Zapewniasz mnie pan, więc zaczynam.
— Słucham.
— Historja ta ma dwie części. Opowiem pierwszą tylko.
— A drugą?
— Dokończę jutro.
— Jak się pani podoba.
— Kiedyś przed 20, może 25 laty a może i dawniej jeszcze, żył stary senator kawaler niezmiernie bogaty. Ów bogacz, potomek dawnej szlacheckiej rodziny, posiadał między innemi włościami majątek dziedziczny w Burgundyi...
— Pani mówisz?... przerwał Franciszek Valencourt zbliżając swój wychudły tułów.
— Mówię w Burgundyi!
— Cóż dalej?
— Własność tę stanowił obszerny pałac i wielkie lasy. Senator, w podeszłym już wieku, w tym czasie, sąsiadował z pułkownikiem emerytem... Pułkownik ten, pochodzenia korsykańskiego z okolic Sartene, okręgu najdzikszego bez zaprzeczenia tej części wiekowej nienawiści, zwanej tam wendettą. Senator miał dwóch siostrzeńców, pułkownik miał córką jedynaczkę. Senator był bogatym, pułkownik ubogim, lecz młody człowiek, z perspektywą odziedziczenia ogromnego majątku, może kochać biedną panienkę. I oto co się stało. Jeden z siostrzeńców senatora, młodszy, bardzo piękny, szlachetny, odważny, pokochał córkę pułkownika, również piękną, dobrą, zacną, uczciwą. Imię jej było Magdalena... Jej kochanek zwał się Filip.
Światło, padające z lampy przyćmionej abażurem wprost na twarz markiza, dawało możność zobaczenia zmienionych jego rysów, z wyrazem niesłychanego okrucieństwa, podobnego do wilka, przyciśniętego głodem, przed rzuceniem się na upatrzoną ofiarę.
Przeczucia nie myliły go. Dziewczyna ta była nieprzyjaciółką. Lecz skąd się wzięła? Kim była?
— Mówić dalej? zapytała nauczycielka, wpatrując się w markiza swemi wielkiemi przezroczystemi oczami.
— Naturalnie.
— Senator i pułkownik nienawidzili się. Za co? Za długie i niepotrzebne opowiadanie. Dwoje kochających się, pragnęli pogodzić sąsiadujących nieprzyjaciół próbowali mówić o tem z popędów, jakie ich wiązały z sobą. Zrozumieli, iż na razie myśl o małżeństwie stała się niemożliwą. Kochali się bardzo, zdolni do poświęcenia się jedno dla drugiego, gdy oto nastąpiła nieprzewidziana katastrofa. Pułkownik, przekonany o shańbieniu swej córki przez siostrzeńca człowieka znienawidzonego przez siebie, odebrał sobie życie. O samobójstwie tem mówiono dość długo. Pewno pan przypomina sobie?
Franciszek Valencourt odzyskał swą zimną krew, trzymając się zasady, że niebezpieczeństwo przewidziane staje się łatwiejszem do odparcia.
— Słucham dalej.
— Magdalena, pozostawszy wkrótce matką, ubóstwiając swego kochanka, zgodziła się na wszystkie jego żądania. Po urodzenia się drugiego dziecięcia synka, przybyła do Paryża, a Filip pociągany w wir świata, uspokoił przyszłość swej ukochanej i dzieci, poślubiając ją sekretnie w Hiszpanii, przy błogosławieństwie i ślubie, udzielonym przez księdza podług praw tamtejszego kraju w San-Julia, przy granicy francuskiej.
— A potem? — odezwał się Franciszek Valencourt, gryząc usta, aby utrzymać pozorny spokój.
— Filip, poślubiwszy Magdalenę, skrywał jeszcze dość długo swoje ożenienie się przed wujem i źle bardzo zrobił.
— Dlaczego?
— Bo wuj kochał go więcej, niż drugiego siostrzeńca, którym pogardzał... byłby wszystko wybaczył, nawet to małżeństwo.
— Zkąd pani wiesz o tem?
— Wiem... lecz to szczegół małoznaczący. Wszystko ma swój koniec. Życie senatora przeszło jak i u innych. Pewnego wieczoru, w chwili gdy Filip, jego siostrzeniec, zaledwie wyszedł, dostał ataku apoplektycznego. Filip dążył do Passy do swej żony, i zanim jego wierny służący zdołał zawiadomić go, senator skonał. Zapomniałam nadmienić, że był także markizem!
— Kończ pani!
— Tak panu pilno?
— Historja ta wzrusza mnie do najwyższego stopnia... powiedział, udając obojętnego.
— Będzie więcej interesującą jeszcze... bądź pan spokojnym.
— Słucham pani.
— Wtedy nastąpiła krwawa katastrofa. Działo się to o północy. Dorożka, wioząca do Paryża Filipa i jego służącego, powożona przez warjata, wywraca się na ulicy la Reine, Filip wypada, uderza głową o pryzmę kamieni i niestety! w pół godziny leży konający, przy swym przed chwilą zmarłym wuju. Scena odbywała się w wielkim salonie jednego z najpiękniejszych pałaców przedmieścia Saint-Germain. Działo się tam — rzekła młoda kobieta, wskazując na przyległy salon.
Franciszek Valencourt nie poruszył się, lecz usta jego drżały, drgania konwulsyjne miotały nim od stóp do głów.
— Filip konał, zaczęła znów młoda kobieta, lecz nie tracił jeszcze przytomności. Wuj wyjawił swoje pierwszeństwo w ostatniej chwili, przywołując Filipa, a odpychając starszego siostrzeńca.
Filip blizki śmierci, polecał żonę i dzieci temu drugiemu, imieniem Franciszkowi, żyjącemu jeszcze. Żona tego właśnie Franciszka opowiedziała wszystko wdowie po bracie jej męża. Franciszek pozostał niewzruszonym i nic nie przyrzekł. Filip umarł. Pozostawszy jedynym panem pałacu senatora, Franciszek szperał po meblach — w biurku na którem pan się właśnie opierasz — wyjął testament, jaki się w niem znajdował i tym sposobem pozbawił żonę i dzieci Filipa majątku, odziedziczonego po jego wuju. Nazajutrz udał się do mieszkania swego brata, otworzył biurko brata i skradł Magdalenie i jej dzieciom majątek ich ojca i nazwisko, zabierając akt małżeństwa ich matki.
Pozostały listy. Przy pomocy nędznika adwokata sprowadzono Magdalenę do jednej kobiety, o której nie chcę mówić. Cierpi wiele, bardzo wiele od dni kilku, a jeszcze więcej cierpieć będzie jutro...
Franciszek Valeacourt zsiniał.
— Jutro! przerwał. — Dlaczego?
— Cierpliwości... Kobieta ta, wrzuciła listy w ogień, znieważając okrótnie swą rywalkę za to tylko, że była kochaną przez tego, którego i ona kochała.
W jakiś czas potem Magdalena umarła. Skończyła tak tragiczną śmiercią, iż nie mam siły dziś powtórzyć jej. Pozostawiła dzieci na łasce, zależnej od litości zacnego człowieka, który dostał pomieszania zmysłów i zabił się z rozpaczy.
Oto koniec pierwszej części panie markizie. Jak się panu podoba?
— Niebezpieczna dla tej, co wie o niej, — odpowiedział ozięble Franciszek Valencourt, rzucając zlodowaciałe spojrzenie swych czarnych oczów na młodą kobietę.
Uśmiechnęła się, poruszając głową.
— Gdybym się pana obawiała, nie opowiadałabym. Przed kilku dniami milczałabym. Dziś... zgubionym pan jesteś... zgubionym bez ratunku... Jeżeli kto pana może ocalić, to tylko ja.
— Kim jesteś? zawołał, doskoczywszy do niej, chwytając gwałtownie za ramiona, ty, co śmiesz brawować w mym domu, ty, co się nie lękasz mnie grozić?
Usunęła się bez użycia siły zakładając ręce na piersi.
— Nie potrzebuję grozić, i nie przyśpieszę twego upadku. Wyrzekłeś sam: „żałoba wdarła się w dom mój“. Wszystko się wali koło pana... Jutro, pan sam, nie będziesz...
— Uważaj!
— Za późno...
— Może...
— Jeżeli mnie zabijesz, jak zabiłes tego nędznika de Vernes’a...
— Nieszczęśliwa!
— Na cóżby się przydało, dokończyła spokojnie, powtarzając:
— Zgubionym pan jesteś! Lecz nie przezemnie panie markzie, dodała z pełną powagą, lecz przez swe własne postępowanie... Nadchodzi zawsze chwila, w której przestępca błąka się i sam zdradza. Dam panu jednak jedną radę.
— Ty?
— Dlaczegóżby nie? Chcę być może szlachetną, lecz pan mnie pojąć nie możesz, zaślepiony swą wielkością.
— Mów więc.
— Wymierz pan sam sobie sprawiedliwość, osądź się.
— Jakto?
— Są dwa sposoby dla człowieka prawego.
— Nie potrzebuję niczyjej rady.
— Niech i tak będzie.
— Twoje imię?
— Powiedziałam: jutro. Dobrej nocy panie de Blangy.
— Nie wyjdziesz ztąd.
— Wyjdę.
— Nie! — odrzekł, stając między Angielką a drzwiami, nie wpierw przynajmniej, zanim się nie dowiem wszystkiego.
— Wyjdę i sam mi pan zrobisz miejsce.
— Tak sądzisz?
— Pewną jestem, lub byłbyś pan najpodlejszym z ludzi... większym nędznikiem, niż przypuścić mogłam... pomimo tylu niegodziwości. Jest kwadrans na drugą, powiedziała, wskazując na zegar. Jeżeli za kwadrans nie będę przy pana córce i nie spędzę przy niej nocy, umrze!
— Ah! to przyczyna niezbadanej choroby, jakiej padła ofiarą... Trucizna...
— Może!... Dużom podróżowała... Indyjanin z Gujany łatwo by ją ocalił. Wasi doktorzy zabijają. Bezpotrzebnie nawet zawiadamiać ich. Proszę mnie przepuścić. Nienawidzę cię panie markizie, lecz upadłeś już tak nizko, iż cię nawet nie żałuję. — Gdyby nie ja, dawnobyś już pan był w Mazas! Powstrzymaję ręce, gotowe powalić cię... i zaoszczędzam ci wstydu tak jak i ocalę twą córkę od śmierci. Proszę mnie puścić! A że jeszcze mam czas, zadowolnię pana. Chciałeś wiedzieć moje imię. Mam je dwa. Oto pierwsze.
A zbliżywszy się bliziatko do markiza rzekła:
— Nazywam się: zemstą, wendetą. Puść mnie. Jutro się dowiesz drugiego!
Usunął się, nie wymówiwszy ani słowa i krokiem niepewnym dowlókł się do fotelu przy biurku.
Bezwładny, szalony, z okiem błędnem, włosami najeżonemi otworzył machinalnie biurko, wyjął szufladkę z środkowego przedziału, podobnego do cymborjum w ołtarzach, za dotknięciem ukrytej sprężyny, — rozsunęła się z boku deseczka, ukazując skrytkę niezbyt głęboką, Skrytka ta zawierała kilka papierów, któremi ruchem automatycznym i machinalnym zaczął się bawić.
— Ach! to one mnie skusiły — bełkotał — one mnie zgubiły!
Był to testament starego markiza de Blangy i Filipa Valencourt. Franciszek osłupiały mówił dalej do siebie:
— Ta kobieta kto to jest? Zkąd wie o wszystkiem? Jej córka może! Mówiła prawdę! Niebezpieczeństwo nieuniknione. Ginę!
Pochwycił się za głowę obydwoma rękami, oparł rękami na pulpicie biurka, siedząc nieruchomie przez kilka minut.
— Ustępstwem może ocalę resztę — pomyślał. — Skoczył raptownie, przebudzony lekkiem stuknięciem. Joson Kerhoël stał przy biurku.
— Czego tu chcesz!? — zawołał gwałtownie.
— Zobaczyłem światło... Zląkłem się, czy pan markiz nie zasłabł...
— Nie spałem jeszcze... Daj mi spokój. Mam interes...
Bretończyk nie widział dotychczas nigdy skrytki w biurku, nie domyślał się jej nawet.
Zmieszanie pana, pragnącego odwrócić jego uwagę od wydobytych papierów, podwoiło baczność Bretończyka. Zrozumiał o co chodziło! Papiery pożółkłe, szufladki wyjęte — nowe odkrycie.
— Pan markiz nie jest cierpiącym? — zapytał.
— Nie.
— Nie jestem potrzebnym panu markizowi?
— Nie.
— Przepraszam pana markiza, żem mu przeszkodził.
— Idź! Nie... pozostań.
Włożył napowrót papiery do skrytki, zamknął ją, wsunął szufladki na swe miejsca i wstał.
— Nie śpisz jeszcze, Josonie?
— Zajęty byłem czeladzią, panie markizie.
— Ty?
— Jednym z dozorców z Blangy, który przyjechał nocnym pociągiem.
— Polowym?
— Tak, panie markizie... Janem Rigaud... Pan markiz wie... Jan Rigaud... Mówi, że potrzebuje się widzieć z panem markizem.
— Powiedz, że dobrze, lecz jutro rano.
Franciszek Valencourt udał się wolnym krokiem do swej sypialni, a idąc, rozmyślał nad ostatniem przez siebie wypowiedzianem słowem.
— Jutro! Ona także powiedziała: Jutro! Co się dziać będzie?
Czyś kiedy, czytelniku, został zaskoczony podczas twej morskiej podróży mgłą tak gęstą, iż na kilka sążni przed sobą nic nie odróżniasz?
Zjawisko to, znane wszystkim żeglującym w piękne dni wiosenne, rybakom, sternikom, kapitanom w odległych podróżach, marynarzom, turystom, amatorom nawet morskich przejażdżek. W tej zaimprowizowanej ciemności łódki rybaków wpadają na siebie, wioślarze grożą ci przecięciem na dwoje, tak, że ani możesz przeszkodzić ani przewidzieć zalania cię wodą; najsilniejsze ognie nie przebiją tego braku światła.
Franciszek Valencourt, po rozmowie z nauczycielką, znajdował się w położenia sternika lub rybaka, zaskoczonego mgłą.
Władze jego inteligencyi, przedtem zdrowe i jasne, zostały zagmatwane, energija umysłu stracona. Nie wiedział, gdzie się obrócić.
Cała przeszłość stanęła mu żywo przed oczyma, rozumiał, iż niebezpieczeństwo groziło mu tem większe, bo miał przeciw sobie nieznajomych.
Kto był tą przeciwniczką, stającą nagle przed nim?
Nie znał jej, nie mógł się nawet domyślać.
Córka jego brata?
Jakże więc wytłomaczyć jej pochodzenie angielskie, podróże do Ameryki, rekomendacyję mistres Hampton, posiadającej takie zaufanie markizy?
Kto jej wyjawił nietylko występek skradzenia testamentów, lecz i morderstwo przy stawie Neuf, wiadomem tylko jemu samemu i Janowi Rigaud? Zkąd szczegóły śmierci Filipa? Wskazała przecież salon, w którym skonał, i biurko, skąd wykradziono testament?
Franciszek Valencourt nie wierzył w cuda, a tajemnice czarodziejskie nie przestraszały go; lecz struty tem odkryciem, zwiastującem inne, spędził noc w najstraszniejszych męczarniach.
O ósmej rano był już na nogach, mizerny, z oczami zapadłemi, spojrzeniem zaćmionem, śmiejąc zaledwie pomyśleć nad położeniem przez noc. Był prześladowany niezmierną chęcią ucieczki, jak zwierz na czatach w swem legowisku, podsłuchujący zdała głosu myśliwych.
Kamerdyner markiza wszedł na palcach do pokoju.
— To ty, Josonie?
— Pan markiz już wstał. Dopiero ósma. Zdaje mi się, że dzień nie będzie zbyt pomyślnym dla pana markiza — ze smutkiem mówię to panu.
— Jakto?
— Wiadomości o zdrowiu panny Teresy bardzo niepomyślne.
— Ach!
— Panienka pogrążona od wczoraj w głębokim śnie, bez możności przebudzenia jej, bardzo osłabiona, bardzo słaba...
— Kto przy niej?
— Nauczycielka spędziła całą noc przy niej. Pani markiza i Zuzanna...
— Doktorzy?
— Pani markiza uwiadomiła ich. Przybędą niezwłocznie; szczególniej doktór Chambay.
Joson Kerhoël, również przygnębiony jak pan jego, kręcił się po pokoju. Poprawiał firanki, porządkował przedmioty potrzebne do ubrania pana.
— Ach! zapomniałem... daruje pan markiz.. jestem tak pomieszanym.
— Cóż takiego?
— Pytano już o pana markiza.
— Tak wcześnie?
— Najpierw lokator z przeciwka... Wie pan markiz...
— Cudzoziemiec?
— Ten właśnie... Oryginał, śledzący nas od niejakiegoś czasu. Ten, co to mieszkał przy Blangy, w Bellemare domku pułkownika.
Bretończyk, obserwując swego pana, dostrzegł, jak ten zadrżał na to wspomnienie z odruchem żalu czy bojaźni.
Miałże więc tylko słuchać o Bellemare, pułkowniku Stefanim i przeszłości, którą pragnąłby zniweczyć oddaniem połowy swej fortuny? Połowy! Dałby i więcej!
Chodziło o jego ocalenie.
— Bardzo zadziwiłem się, proszę pana markiza — mówił Bretończyk, zobaczywszy tego cudzoziemca w naszem sąsiedztwie, akurat wprost pałacu. — Pan mu odnajął mieszkanie.
— Czego on chce?
— Służący, mulat, nie powiedział.
— Nie przyjmę go dzisiaj.
— Napiera się. Zdaje się, że ma do powiedzenia panu markizowi coś bardzo ważnego.
— Niemożebne.
— Służący zaręcza.
— Dobrze, zobaczymy. Czy już wszystko?
— Nie, panie. Był także przed kilka minutami nizki mężczyzna, tłusty, miłej twarzy.
— Zkąd?
— Z Burgundyi. Wyglądał na wieśniaka, zdaje się zamożnego, bogatego winiarza. Tak się domyślam.
— Nazwisko jego?
— Nie powiedział. Mówił, że to niepotrzebne, bo go pan markiz nie zna; przyjdzie później. Na ulicy czekał na niego jakiś jeszcze człowiek, opalony. Wychodziłem od odźwiernego...
— Jak wyglądał ten z ulicy?
— Nizki jak tamten, lecz chudy jak szczapa, nerwowy jak akrobata, a czarny jak kruk. Musi to być Hiszpan lub Włoch.
Joson Kerhoël dostrzegł nowe wstrząśnienie. Wyraz „Hiszpan“ przypomniał mu inny epizod z przeszłości, tyczący się ślubu brata jego w San-Julii.
— Jan Rigaud chce się widzieć z panem markizem.
— Dobrze, wiem.
— Rigaud mówi, że mu pilno i potrzebuje śpiesznie pomówić z panem markizem.
— Dobrze. Zejdź Josonie i uprzedź go. Zaraz go przyjmę. Potem, weźmiesz dorożkę i pojedziesz najpierw do Towarzystwa kredytowego lyonskiego, potem do Izby Obrachunkowej w Banku.
Nakreślił na prędce liczbę na kilku arkusikach karnetu czekowego, oderwał je, a wręczając Bretończykowi, powiedział:
— Idź Josonie.
W pięć minut później markiz wchodził do swego gabinetu.
Rzeczywiście pisarz z Pouguy był w pałacu de Blangy. Bouraille i w Paryżu nie zmienił trybu życia; wstał bardzo rano.
Wygolony, czerwony jak pigwa, okazały w swym surducie ze świecącego sukna jak jaki dziedzic, w wysokim wykrochmalonym kołnierzu, ocierającym się o uszy, w kapeluszu cokolwiek wytartym w górze od leżenia w szafie od lat 10, wyglądał na zadowolonego z siebie.
Pytając oficyjalistę z izdebki pałacu de Blangy, mierzącego Bouraille’a od stóp do głowy: „Czy markiz u siebie?“ nakazał mimowolnie szacunek tej powadze od dzwonka.
— Pan markiz jeszcze nie przyjmuje — odpowiedział odźwierny.
— Kiedyż więc?
— Może za godzinę.
— Proszę go zawiadomić, że się śpieszę. Mam interes.
— Ach!
— Bardzo ważny, ręczę.
— Dobrze.
— Liczę na ciebie... inaczej napiszę...
— Niepotrzeba.
— Powrócę niedługo.
— Może pan pozostawi swoją kartę?...
— Nie mam. Proszę powiedzieć, że interes nagły, bardzo nagły.
Kładąc nacisk na każdym wyrazie, z miną stanowczą, zmuszał do zaciekawienia.
Powrócił do towarzysza, oczekującego go na ulicy, Peresa, dawnego zakrystyjana w San-Julia.
Co robić?
Pochodzili trochę po ulicy; czas suchy i zimny: pisarz zaprosił swego towarzysza na pół filiżanki kawy czarnej.
Wpół do dziewiątej powrócił znów do pałacu de Blangy, a że mu robiono trudności wprowadzenia go do markiza, rozgniewał się, mówiąc:
— A toć gorzej u was, jak u jakiego ministra — mruczał. Proszę powiedzieć, że to interes pilny, tyczący się ślubu w Hiszpanii.
Myśl odniosła pożądany skutek.
Został natychmiast przyjętym.
Peres pozostał na dziedzińcu.
Nie obawiał się wypytywań, dawny zakrystyjan nie umiał ani słowa po francusku.
Joson Kerhoël złożył na biurko swego pana, trzy paczki, po sto tysięcy franków każda. Stanowiło to wartość trzech czeków, poruczonych mu przez markiza do odebrania.
— Pan markiz sprawdzi? — zapytał.
— Niepotrzeba. Rachunek przyniosłeś?
— Naturalnie.
— Dobrze. Odejdź Josonie, lecz nie oddalaj się.
Oblicze Franciszka Valencourt jakby wypogodzone, wyrażało wiele odwagi i gotowości udziału energiczniejszego.
Rozpromieniona twarz, ukazała się za aksamitnemi portjerami. Uśmiech pogardy osiadł na zaciśniętych ustach markiza.
Ten prowincjonalista gruby i nizki nie mógł stać się niebezpiecznym.
— Życzyłeś waspan pomówić ze mną?
— Pan jest markizem de Blangy? zapytał Bouraille.
— Ten sam. Proszę się śpieszyć, w wyjątkowo smutnych zastałeś mnie wasan okolicznościach... Córka moja ciężko chora... niebezpiecznie. Wzywają mnie.
— Krótko skończę.
— Wasana nazwisko?
— Bouraille, panie markizie.
— Nigdy nie słyszałem tego nazwiska.
— Nie tak rozpowszechnione jak Napoleona, lecz ono jest mojem.
— Pan przybywa?...
— Pomówić w kilka słowach o dawnym bardzo interesie...
— Tyczącym się pana?
— Nie, dzieci brata pańskiego!
— Ah! pan jesteś pełnomocnikiem?
— Nie.
— Adwokatem?
— Też nie.
— Czemże więc?
— Pisarzem sądu pokoju z Pougny.
— Pougny?... Nieznam.
— Jest to wioska w Burgundyi, lecz nie w okolicach Blangy.
— O co więc chodzi?
— Brat pana był żonatym.
— Nie myślę.
— Man dowody.
— Wiem, że nie istnieją.
— Szukał ich pan?
— I nic nie znalazłem.
— Mnie się lepiej powiodło.
— Panu?
— Mnie. Zapytasz mnie pan, z jakiego tytułu zajmuję się tem małżeństwem?
— Rzeczywiście.
— Trzeba, abyś pan wiedział.. że byłem opiekunem dzieci pańskiego brata pana Filipa Valencourt... Pozostawił dwoje. Syna ucznia medycyny i córkę. Synowi na imię Filip jak ojcu, a córce Magdalena, jak jej matce.
— Czem się zajmuje córka?
— Podróżuje od lat kilku.
— Gdzie?
— Wszędzie potrosze — za granicą i sądzę nawet, że ma nieświetne zamiary względem pana. Jest to najlepsza w świecie osóbka, lecz ma swoje ideje.
— Jakie ideje? — zapytał Franciszek Valeucourt, zaczynając domyślać się.
— Utrzymuje, że jej wyrwano spadek po ojcu i coś więcej jeszcze. Korsykanka przez swego dziada, a pan wie, iż osobniki tego kraju są przerażające. Aby ją uspokoić, puściłem się w drogę. Nie o pieniądze nam chodzi, nie pragniemy zaszczytów; dzieci te mają z czego żyć.
— Ah!
— Po pańsku nawet, lecz wobec charakteru małej, boję się, aby sprawa nie przybrała smutnych następstw.
— Co asana na tę myśl naprowadza?
— To i owo... jedno i drugie... Powiedziałem sobie, że dając jej satysfakcję, uspokoję ją. Mam akt.
— Niepodobieństwo!
— Akt małżeństwa w San-Julia, regestra parafii, sprowadzam nawet zakrystjana parafii... niejakiego Peresa... Pozostaje tylko o nasz dział się umówić.
— Jaki dział?
— Ze spadku.
— Ale!...
— Działamy w interesie dzieci... żądamy naszej części.
— Upomnijcie się.
— Po to właśnie przyszedłem.
— Może mi pan przedstawić ten akt?
— Mówiąc prawdę, — rzekł Bouraille, ściągając usta, niezaufałbym panu markizowi.
Franciszek spojrzał, lecz nie gniewał się, widocznie osądził się sprawiedliwie.
— Niechaj mi pan markiz wskaże swego notarjusza, a pomówię z nim.
— Udamy się do sadu i zobaczymy.
— Czy nie lepiej ułożyć się? Nie mogę przymusić, lecz kto wie, czy pan nie pożałuje, gdy już może będzie za późno. W Jonceray, nie brak nam pieniędzy, wystarczy nam na koszty procesu.
— Jakie są pana dane?
— Powiedziałem to i owo. Zresztą zacząwszy proces wyjawimy prawdę, niezbyt pochlebną, — lepiej uniknąć wrzawy. Zgodzą się. Wychowańcy moi ufają mi, nie są złymi.
— Słowem, czego pan chcesz?
— Tam do licha! Tego, co na nas przypada. Nie wielki rachunek do załatwienia, razem z procentami. Potrzebujemy wiedzieć ile było a ile jest. Czy dzieci te naturalne lub legalne, zawsze są czemś. Należy rozważyć w dobrej wierze.
Franciszek Valencourt zastanowił się. Może niewielkim datkiem zaspokoi żądanie, zresztą i tak już niepokój w domu, trzeba zapobiedz.
— Wygląda pan na uczciwego człowieka, panie...
— Bouraille.
— Owszem, chcę naprawić uszczerbek mimowolny.
— Oh! mimowolny!
— Jeżeli pokrzywdzono je, o czem jednak powątpiewam, zobaczymy. Rzeczywiście, można się ułożyć.
— Bardzo dobrze. Kiedy?
— Proszę o zwłokę.
— Zna pan przysłowie: trzeba kuć żelazo...
Zastukano do drzwi, wszedł Joson Kerhoël.
— Amerykanin czeka... chce koniecznie pomówić z panem markizem.
— Widzisz, że jestem zajęty.
— Proszę naznaczyć czas, przerwał Bouraille.
— Jutro o tej samej porze.
— Niechaj będzie jutro.
— Żegnam panie...?
— Bouraille.
— Żegnam panie Bouraille.
— Do jutra panie markizie.
— Ten nicpoń zgodniejszy niż przypuszczałem, myślał pisarz odchodząc. Obawia się widocznie.
— Pan Adam Smith, — zaanonsował Jonson.
Bouraille, spostrzegłszy na progu gabinetu mężczyznę, również rumianego jak on, lecz młodszego, wyższego i silniejszego, pomyślał:
— To człowiek, z jakim nie chciałbym się zmierzyć!
Przy wyjścia z salonu zbliżył się do niego Bretończyk.
— Pan jest panem Bouraillem?
— Tak.
— Kilka słów do pana, odrzekł Bretończyk, podając mu kartkę złożoną. Proszę jej nie czytać tutaj... na ulicy.
Pisarz, zmieszany tą konfidencyją, zapomniał o Hiszpanie, drżącym od zimna na dziedzińcu pałacu.
Szczęściem dla zakrystjana Kerhoël go spostrzegł i zapytał:
— Pan przyszedł z panem Bouraillem? Powróci zaraz.
Hiszpan patrzał, nic nie rozumiejąc, poczem wyrzekł słów kilka, dyjalektem swej okolicy, z których Joson zrozumiał o tyle, iż Nawarczyk uskarżał się na szkaradną temperaturę.
Bretończyk poprowadził zakrystjana do izdebki odźwieranego, aby się ogrzał przy piecu.
Bouraille zaś zatrzymał się na rogu ulicy i z osłupieniem i radością przeczytał podany bilecik.
„Zobaczyłam cię przez okno. Jak wszedłeś i co robisz w tym niegodziwym domu? Pozostaw mi swobodę działania; interesa nasze są w dobrem ręku, a jeżeli chcesz mi wyrządzić wielką przysługę, idź, poszukaj Filipa, sprowadź go do pałacu de Blangy i zapowiedz, aby cobądź zobaczy, lub usłyszy, zachował milczenie, a nie powątpiewał o mnie. Za dwie godziny pomszczę okrutnie moją matkę.
Bouraille stał jak przykuty, dowiedział się czego najwięcej się lękał. Magdalena już tu przybyła. Stanął za późno! Należało więc tylko spełnić jej zlecenia.
Za dwie godziny.
Wsiadł w przejeżdżającą dorożkę, a w kilka minut był już na ulicy Jacob.
Filipa nie zastał w domu, lecz szczęściem ten wkrótce powrócił.
Smutny i niespokojny rzucił się w objęcia Bouraille’a, nie wymówiwszy ani sołwa. Bilecik siostry dodał ma odwagi.
Pobieżnie opowiedział pisarzowi scenę poprzedzającej nocy, spotkanie w Allevard, stosunek swój z panną de Blangy, schadzkę w pokoju chorej, przestrach, skoro poznał Magdalenę pod postacią nauczycielki.
— Chodź, rozkazał Bouraille, popychając go do dorożki.
Poczciwy ten człowiek, zajęty jedną tylko myślą, — niesienia pomocy swej wychowanicy, tak z nią sympatyzował, że odczuwał jej nienawiść do markiza, a przypatrzywszy się bliżej temu, który ich ogołocił, uczuł nieprzezwyciężony wstręt i wzgardę.
Dorożka zatrzymała się przed pałacem de Blangy w czterdzieści minut po wyjściu stamtąd Bouraille’a.
Niezwykły ruch zastąpił ponurą ranną ciszy.
Służba poprzestraszana, patrzyła w okna dolne pałacu. Hiszpan, obojętny na to, co się w koło niego działo, ogrzewał się w izdebce odźwiernego, gdzie też wkrótce wszedł i służący Amerykanina.
W wielkim salonie, swobodnie, jak we własnym domu rozsiadł się Adam Smith w fotelu. Bouraille i Filip mogli go naśladować. Przepowiednia Magdaleny sprawdziła się: weszli i nikt nie zagrodził im drogi.
Oto jak się to stało.
Joson Kerhoël wprowadził Adama Smitha do gabinetu markiza.
Rozstając się z Bouraille’m, aby przyjąć obywatela Stanów Zjednoczonych, Franciszek Valencourt pozostał jak rybak z kampanii z czasów Horacyjusza, który omijając Scylię, wpadł na Charybde. Scylla jedną skalą, Charybda drugą.
Z dwóch skał, Bourailla i Smitha Smith stał się groźniejszym.
Franciszek nie zyskał na zamianie.
Zobaczywszy Amerykanina, ruszył ramionami, jakby zadając sobie pytanie:
— Czemu przypisać tę niespodziewaną wizytę?
— Mówi pan po angielska? — zapytał Amerykanin.
— Bardzo słabo.
— Tem gorzej. Więc chociaż mi trudno, będę mówić po francusku. Nazywam się Adam Smith, ze Smith-house, par Boston, w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Franciszek Valencourt mrugał oczami.
— Nic nie rozumiem, o co chodzi?
— Rodzina moja pochodzi z Francyi, zaczął Amerykanin. Kocham bardzo mój dawny kraj, często też go odwiedzam. To może pana objaśni, dla czegom zakupił przed kilka tygodniami małą posiadłość w okolicach puńskich koło Beaune.
— Tak?
— Lecz miałem do tego i inny jeszcze powód.
— Skoro już mnie pan chcesz wtajemniczać w swe drobne interesa, więc zapytuję, jaki to powód? — odrzekł markiz z pewną dumą.
Adam Smith, nie zwracając uwagi, mówił:
— Otóż jadąc z New-Jorku do Hawru, poznałem w drodze śliczną panienkę, bardzo inteligentną, interesującą i postanowiłem nie opuścić jej. Młoda ta kobieta dostała się do pałacu de Blangy... zakupiłem więc dom w sąsiedztwie. Powróciła do Paryża, zamieszkałem naprzeciw niej, a przez to samo i pana.
— Rozumiem doskonale, ale...
— Zatrzymaj się pan. Okoliczność ta, szczególnym zbiegiem okoliczności, wmieszała mnie w pańskie interesa.
— W moje interesa?...
— Dowiesz się pan zaraz jak. Nie będą one świetne między nami. Śmiem wyjawić, że jesteś hardym nicponiem.
— Panie!
Adam Smith jednym ruchem uspokoił Franciszka Valencourt; gdyby chciał, mógłby go zgruchotać jednym prztyczkiem.
— Słuchaj pan, jeżeli się interesuję pana sprawami, to tylko przez tę młodą kobietę.
— Kończmy!
— Ho! ho! jakże pan jesteś żywym! Otóż żebyś pan wiedział, iż jeżeli jej pan wyrządzisz najmniejszą krzywdą, natychmiast udam się do najbliższego komisarza i opowiem mu pewne awantury, jakie tu zaszły... Oto, co właśnie mnie tu sprowadza.
Franciszek Valeucourt chciał zaprzeczyć.
— Mam dowody, mój panie, — przerwał Amerykanin. — I choć jesteś wielkim miljonerem, przytrzymają jegomościa i dziś wieczór nie przenocujesz w twym pałacu.
— Groźby pańskie, panie Smith, nie przejmują mnie, — odrzekł markiz, udając odważnego.
— To bardzo źle! Zawiele mam dowodów, aby pana natychmiast kazać zatrzymać, gdybyśmy się znajdowali w Ameryce. Nie znam dobrze waszych praw, lecz sądzę, że nie są łagodniejszemi od naszych.
— Mówmy wyraźniej.
— Obiecałem być dyskretnym, lecz powiem tylko jedno słowo. Pamiętasz pan staw Neuf i tego, który tam życie postradał? To nie był prosty wypadek.
Ofiara została zamordowaną, a zbrodniarz był pańskim wspólnikiem...
— Gadaniny! — odpowiedział, Franciszek Valencourt.
— A człowiek ten, kończył Smith, mniej jest winnym od pana; ulegając namiętnej miłości, podczas, gdyś pan podpadł żądzy niskiej i podłej chciwości, on biedny, a pan bogaty.
— W kim kochał się ten człowiek? zapytał Franciszek Valencourt, drżąc ze wściekłości!
— W kobiecie, która pana nienawidzi i chce go zgubić...
— Powiedział?
— Może.
— A więc dobrze, mój panie, rzekł Franciszek Valencourt podnosząc się. Masz dowody, być może. Uprzedziłeś mnie. Dziękuję. Jak mnie wyzwiesz, będę się bronił. Kłaniam.
Takie nastąpiło pożegnanie. Amerykanin chciał jeszcze chwilkę pozostać, lecz zobaczył na zegarku, iż brakowało dziesięciu minut do jedenastej.
We drzwiach gabinetu ukazał się Joson Kerhoël, blady i zmieszany.
— Proszą pana markiza.
— Gdzie?
— Zaraz, do panienki.
Franciszek Valencourt, podążając do drzwi, nagle cofnął się, bladszy niż przedtem. W salonie stało dwóch mężczyzn czarno ubranych, z powagą i surowością, wskazującą urzędników sądowych.
Jeden z nich p. Dalton, zastępca generalnego prokuratora, najlepszy przyjaciel ze świetnych czasów zamku de Blangy.
Po pierwszem wzruszeniu, markiz, starając się okryć zmieszanie, zbliżył się do sądowników.
— Panowie tu!? wyszeptał.
— Tak, odrzekł zastępca. Straszne rzeczy dzieją się w tym domu. Czytaj, powiedział, podając depeszę dawnemu przyjacielowi, dopiero co odebrana od doktora Chambay:
„Jestem zaniepokojony.
„Niewiem czy milczeć, czy mówić?
„Bądź przyjacielem markiza a zarazem i moim.
„Spełniono wielką zbrodnię w jego pałacu i sądzę, że winny nie może daleko się ukrywać.
„Przybywaj natychmiast.
— Kto są ci panowie? zapytał Amerykanin Josona Kerhoëla.
— Ten wyższy — urzędnik sądowy.
— Kto ich wezwał?
— Nie umiem panu powiedzieć. Zdaje mi się, że doktór.
— Co się stało?
— Panienka umiera... Może już umarła, — odrzekł Bretończyk łkając.
— Wyglądasz na poczciwego człowieka, — rzekł Amerykanin biorąc Josona za ramię. Przywiązanym jesteś do twej młodej pani?
— Naturalnie.
— Boisz się o nią?
— Bardzo.
— Mogę cię uspokoić.
— Co pan mówi?
— Nie bój się, nie umrze.
— Zkąd pan wie?
— To sekret i nie mogę go zdradzić. Joson westchnął.
— Jesteś przyjacielem miss Vanbury? wtrącił Adam Smith.
— Cicho, na miłość Boga! — wyszeptał Bretończyk. — A pan?
— Ja... przyszedłem jej bronić... I pozostaję tu.
Zastępca i jego towarzysz, poprzedzeni przez markiza, weszli na wielkie schody pałacu.
Wtedy to Bouraille i Filip Arbaud weszli do salonu. Nikt nie strzegł wejścia. Magdalena miała racyję, iż będą swobodnie przechadzać się po pałacu. Śmierć, nawiedzająca dom, roztwiera podwoje dla wszystkich. Sądzono, że Teresa de Blangy umarła.
Joson Kerhoël, spostrzegłszy Filipa, stanął jak wryty, nieruchomy, z ustami roztwartemi. Chciał pobiedz do niego. Adam Smith przeszkodził.
— Zaczekaj, powiedział.
Wielki ruch zapanował w przyległym salonie, oddzielonym tylko szeroką framugą bez drzwi. Trzej służący nieśli młodą dziewczynę, okrytą w biały wełniany peniuar, i położyli na szerokiej sofie, obitej ponsowym jedwabiem, tej samej na której niegdyś skonał Filip Valencourt.
Za niemi postępowali: zastępca prokuratora i jego towarzysz, doktór Chamabyi jeden z najsławniejszych jego kolegów doktór Bertauld, pan de Blangy i markiza na wpół żywa. Obok doktorów, nauczycielka z podniesioną w górę głową, odpowiadając bez zakłopotania na zapytania. Zuzanna i jakaś stara dama, sądząc po ubraniu i powierzchowności Angielka, weszła za wszystkiemi.
Dla wyjaśnienia tej sceny, musimy się cofnąć o kilka godzin.
Pani de Blangy, wszedłszy rano do pokoju córki, zastała ją śpiącą. Zuzanna rozparta w szezlągu, spała także. Przy zasłoniętych firankach markiza nie mogła dokładnie dojrzeć rysów córki. Niechcąc jej przerywać snu, wyszła na palcach.
O dziewiątej znów powróciła... garderobiana spała jeszcze.
Zuzanna, przebudzona przez markizę przecierała oczy, nie zdając sobie sprawy z tak głębokiego snu. O tej godzinie przychodził właśnie doktór Chambay, odwiedzający chorą najmniej dwa razy dziennie przyprowadzając zawsze jednego ze swych renomowanych towarzyszy. Dnia tego przyszedł z doktorem Bertauld’em, naczelnym lekarzem Instytutu, człowiekiem wielkiej powagi naukowej. Doktór Bertauld odznaczył się dziełem o pierwiastkach chemicznych i rozprawą o truciznach.
Od kilka dni, śledząc chorobę niezbadaną Teresy de Blangy, doktór Chambay zaczął podejrzywać zbrodniczą rękę, trującą jego młodą pacyjentkę, a po rozmowie ze swym przyjacielem, Daltonem, zastępcą prokuratora, utwierdził się w swych domysłach.
Tragiczny koniec Maurycego de Blangy, choroba jego siostry, pogarszająca się do tego stopnia, iż nauka medycyny nie notowała dotąd nic podobnego, naprowadziła na rozmaite przypuszczenia.
Urzędnik sądowy i doktór zgodzili się na jedno.
Lecz gdzie winowajca? Jaki cel mógł mieć?
Przyzwany doktór Chambay i jego kolega do chorej, zadecydowali, iż żyć dłużej nad godzin kilka nie może. Doktór Chambay zadecydował nawet, że umiera!
Doktór Bertauld, potwierdził, że już umarła!
Podług wszelkiego prawdopodobieństwa, ostatni miał mieć słuszność.
Oddech wstrzymany, serce albo już bić przestało, lub pulsowało tak słabo, iż trudno je było odczuć. Teresa, blada jak wosk, nie objawiała najmniejszego cierpienia; lustro przytknięte do ust chorej zapociło się nieznacznie.
Doktór Bertauld szukał dowodu objawu, znaku, mogącego dać mu jaką wskazówkę. Szklanka, zoczona na gierydonie przy łóżku chorej, zawierała zaledwie kilka kropel wody. Przytknął ją do ust, była bez smaku, resztę wylał na rozpalone węgle, woda ulotniła się płomieniem zielonkowatym, ledwie dostrzegalnym, lecz wystarczającym do wyświetlenia.
— Trucizna! — zawołał.
Badano Zuzannę, lecz ta nic nie wyjawiła pomimo, że i jej przychodziły różne myśli, lecz aby dowieść należało oskarżyć nauczycielkę, posiadającą sympatje wszystkich protegowaną przez jej przyjaciela Josona Kerboëla.
Nikt inny nie miał przystępu do chorej o każdej porze dnia i godzinie.
Markiza zrozpaczona, wierząc w nieuniknione nieszczęście, wymawiała się od dania bezużytecznych objaśnień.
Pogrążona w bezdennej boleści, stała u wezgłowia swej córki, trzymając jej zlodowaciałe ręce, z głową ukrytą w puchu pościeli, tłumiąc łkania.
Wtedy to właśnie doktór Chambay przesłał ową depeszę do zastępcy prokuratora, prosząc, aby jednocześnie zabrał z sobą drugiego urzędnika.
Posłaniec zastał go na ulicy Malagnais, konferującym z jednym ze swych przyjaciół panem Descharmes, zdolnym adwokatem, który udał się z nim razem do pałacu de Blangy.
O kwadrans na dwunastą zastępca i obadwaj doktorzy stali w pokoju panny de Blangy.
Chwila uroczysta. Doktorzy dowodzili występku. Drzwi, któremi weszła nocy poprzedniej nauczycielka do pokoju uczennicy rozwarły się znowu. Weszła niemi miss Vanbury spokojna i poważna jak zwykle.
— Panowie szukacie winowajcy? — zapytała, bez zakłopotania urzędników.
— Tak pani.
— Oto jest — rzekła kładąc rękę na piersiach.
— Pani!? — zawołał zastępca.
— Ja, ja sama.
— Miss Vanbury? szeptała markiza, podnosząc głowę.
— Jakaś pani chce widzieć się z panią markizą! — rzekła Zuzanna, dotykając ramienia pani de Blangy.
— Kto taki?
— Cudzoziemka.
— Mistress Hampton?
— Tak, mistress Hampton.
— Proś, niech wejdzie.
W tej chwili ukazała się we drzwiach Angielka mistress Hampton, która po odebraniu listu od markizy udała się niezwłocznie w drogę.
— Zna pani tę kobietę? zapytała pani de Blangy, wskazując na nauczycielkę wyprostowaną, z miną wyzywającą.
— Nie, odrzekła stara dama zdumiona.
— A! zaczęłaś mnie pani podejrzywać — odezwała się nauczycielka. Pomyśleliście nareszcie, że przeszłość wasza wytworzy nieprzyjaciół! Ludwika de Chambeyre wspomniała o nich!...
Markiza spuściła oczy. Dama poskromiona zamarła, dusza jej pokryła się jedną raną.
— Aby wyświetlić podejrzenia, wezwaliście mistress Hampton. To przyczyna waszego a nie mojego upokorzenia, należało mnie wybadać. Mistress Hampton nie może mnie znać, bo mnie nigdy nie widziała.
— Kto pani jesteś? — zapytała Angielka osłupiała.
— Przyjaciółką miss Vanbury, która mi dopomogła bezwiednie w zadaniu wymierzenia kary.
— To dopuszczenie się fałszu, zauważył zastępca prokuratora.
Nauczycielka skrzywiła pogardlıwie usta.
— Dopuszczono się tu większego, oprócz ohydnych zbrodni...
— Pani nazwisko? — zapytała zastępca.
— Prawdziwe? Owszem powiem je. Nazywam się Magdaleną.
Markiza wydała okrzyk przerażenia.
— Ach! poznajesz mnie pani nakoniec. Długo się przewlekło... Jednak, mówią, żem podobna do matki.
— Nazywam się Magdalena Stefani córka ofiary.. Nazywam się także Magdalena Arbaud, córka nieszczęśliwego człowieka dającego nam swe nazwisko z litości, wkrótce nazwę się Magdaleną Valencourt, córką, brata Franciszka Valencourt, który okradł wdowę, a sieroty mszczą się. Wiecie teraz kim jestem?
— Ah! szeptała markiza zrozpaczona, przerażona, jak gdyby patrzała na trupa powstającego z grobu, to podobieństwo, te rysy, te oczy... Powinnam się była domyśleć... to ona!
— Aby ich dosiądz, potrzebowałam wejść w ten dom, mówiła Magdalena, i pod pozorem nauczycielki dostałam się. Możecie mnie wtrącić do więzienia, rzekła, odwracając się do doktorów i zastępcy... nie na mnie skandal padnie. Nie stłumią mego głosu, tak jak stłumili głos mej matki. Aresztujcie mnie więc, nie ulęknę się wcale, lecz wtedy nie ja, zabiję to młode dziewczę niewinne, odpowiadające za cudze zbrodnie... lecz wy. Ona nie umarła jeszcze!
Markiza padła na kolana, składając ręce.
— Życie w niej zatrzymane, odrzekła Magdalena. Pomimo waszej głębokiej nauki, nie wskrzesicie jej. Indjanin Bonis z Gajany, w Georgetown albo Sainte-Marie de Betem bieglejszym jest od was w środkach trujących. Tego, który mi odkrył ten sekret tutaj nie ma aby wam pomógł...
— Pani ją możesz ocalić? — zawołał doktor Chambay, chwytając ją za ręce.
— Nic łatwiejszego!
— A bez pani umrze?
— Próbujcie ją przebudzić, lecz uprzedzam, że z uderzeniem dwunastej będzie za późno...
— Nie spełnisz pani tej zbrodni! — odezwał się zastępca.
— Przypatrz mi się pan dobrze, powiedziała. Matkę moją sponiewierali swemi stopami. Pozbawiła się życia z rozpaczy. Jestem Korsykanka! Poprzysięgłam zemstę i dotrzymuję słowa! Odejmijcie mi głowę, a nic nie zdziałacie siłą.
Tak niezłomne postanowienie wybiło się na obliczu Magdaleny, iż pan Datou zrozumiał bezużyteczność wszelkich usiłowań.
— Nie na tom strawiła lata mej młodości, żywiła nienawiść przez lat tyle szukała w całym świecie środków zadowolenia się, przybrała nazwisko obce i zniosła służbę, gdzie żyję, aby się wyrzec zemsty, gdy ją mam w swem ręku. Skażcie mnie na tortury, groźcie jak chcecie, nie ustąpię.
Doktór Bertauld rozmyślał, — oddech umierającej coraz był słabszy.
— Chwile policzone, — rzekł. Trzeba się poddać.
Wtedy dopiero wszedł Franciszek Valeucourt, smutny i ponury. Przysłuchiwał się cały tej scenie z rogu pokoju; gdyby mógł trupem położyć tę, która się stała panią jego losu, nie żyłaby ani chwilki.
— Pani! warunki! — błagała pani de Blangy.
— Wynieść to młode dziewczę do sali, w której ojciec mój wydał ostatnie tchnienie, a tam, gdzieście wy odrzucili jego ostatnią prośbę, nie tak nieubłagana jak wy, podyktuję moją.
Markiza wahała się. Co za wstyd dla ich rodziny, imienia, domu! Upadek gorszy, od śmierci.
— Spieszyć się, wolała Magdalena, chwile policzone.
— Niech i tak będzie wykrzyknęła zrozpaczona markiza. Wszystko, aby ją ocalić. Smutny pochód ruszył z miejsca.
Franciszek Valencourt rzucił się pierwszy do drzwi.
Magdalena zastąpiła mu drogę.
— Panie przysięgam, że jeżeli zechcesz umknąć, w łeb ci wypalę, — rzekła, wyjmując z kieszeni rewolwer.
Punkt o jedenastej panna de Błangy, leżała na tej samej sofie, na którą przed dwudziestu laty wniesiono skaleczonego Filipa Valencourt’a podczas strasznej nocy, w której stary markiz i jego ulubieniec przenieśli się do wieczności.
W obszernej i wspaniałej sali zapanowała przerażająca cisza. Uczucia obecnych wielce się różniły.
We drzwiach gabinetu stała markiza. W załomie framugi, łączącej dwie sale przyjęć, widniała najpierw głowa Bouraille’a, z oczami wytrzeszczonemi, obserwującemi najmniejszy ruch z nadzwyczajnym zainteresowaniem się. Przy nim Fliip, wiedziony nieprzezwyciężoną siłą, zbliżał się potrosze do sofy, na której leżała Teresa de Blangy. Bouraille, zaciekawiony, posuwał się za nim. Gdy się znaleźli koło Magdaleny, ta odwróciła się w stronę markizy i jej męża, a głosem oschłym, przerywanym rzekła:
— Pozwolą mi państwo przedstawić sobie mego brata Filipa.
Markiza zsunęła się do stóp córki, zakrywając twarz rękoma.
Franciszek Valencourt odwrócił się z przestrachem. Kain, zobaczywszy widmo Abla, byłby nie inaczej przerażonym...
— On! wyszeptała markiza. Poznała go. Jej dawna miłość, szał młodości, Filip przez nią ubóstwiany, niedościgły, odżył w swym synie, jak Magdalena, córka pułkownika Stefani, jej rywalka, odrodzona w swej córce...
Tylko Filip, z aksamitnemi oczami swego ojca, nie wyglądał na zdolnego do nienawiści, niemożebnej w duszy, powleczonej ciałem szlachetnego rycerza, o obliczu łagodnem i prawem. Magdalena Stefani, matka słaba i zrezygnowana, niezdolna bronić się, przelała w swą córkę swe rysy i piękność skończoną, podczas gdy dzika i nieokiełznana natura Stefanich niemożebna do zwalczenia, przeszła w jej duszę.
Pod aksamitnemi draperjami gabinetu stał Adam Smith, nieruchomy, przyparty do muru, świadek nieczuły, gotów powstrzymywać tę kobietę, zachwycając się jako typem niezłomnej woli i energii, pewny wygranej jej sprawy.
Obok niego, zaniepokojony i niepewny z sercem ściśnionem, wierny jak pies boloński, Joson Kerhoël, wpatrzony Filipa, przypominającego mu tyle wspomnień i w Magdalenę, którą pragnął ocalić od zarzutu, szlachetną nawet w zemście.
W szybach okien mulat Adama Smith i Hiszpan Bouraille’a, wraz z kilku służącymi, zaciekawionymi jak przechodnie na ulicy.
Doktór Bertauld, ufając zapewnieniu nauczycielki, przypatrywał się wszystkiema z zajęciem, pewien, że stanowić będzie w przyszłości nowe odkrycie dla jego pracowni.
Lecz strasznym był widok Franciszka Valencourt, pod wzrokiem nakazującego i przenikliwego spojrzenia Magdaleny i markizy, zajętej już tylko córką, przy której klęczała, pożerając ja wzrokiem trawiącej gorączki.
— Litości! — szepnęła głosem stłumionym.
Magdalena uśmiechnęła się z goryczą.
— Tu, odrzekła, umarł mój ojciec, on was także błagał, polecając żonę i dzieci. Pamiętacie, coście zrobili?
— Pani warunki? odezwał się głosem ledwo zrozumiałym markiz.
— Oto...
— Mów pani prędko!
— Najpierw należy mi odpowiedzieć na kilka pytań.
— Niech i tak będzie.
— Pan de Blangy, pański wuj, pozostawił testament na korzyść Filipa, naszego ojca... wyście go skradli!
Dłonie Franciszka Valeucourt zacisnęły się konwulsyjnie, nie odpowiedział.
— Czy to prawda? zapytała Magdalena.
Markiz uporczywie milczał, usta toczyły pianę.
— Prawda, odpowiedziała markiza.
— Mocą tego testamentu przekazał cały swój majątek i tvtuły młodszemu siostrzeńcowi, prawda?
— Prawda, powtórzyła markiza.
— Jeszcze nie wszystko. Ojciec nasz przekazał nam cały swój majątek z chwilą skonstatowania aktu małżeństwa w San-Julia. Testament ten znajdował się a niego. Franciszek podstępem usunął służącego swego brata, aby ukraść testament, tak jak i skradł testament wuja. Czy prawda?
— Prawda — wyjąkała markiza.
— Ukrył akt małżeństwa naszych rodziców, tak jak i skrył testamenty. Prawda?
— Prawda wyszeptała.
— Listy pozostałe u mojej matki, dowody wystarczające może, powierzył markiz pani, a panie rzuciła je w ogień. Czy prawda?
— Prawda.
— Mieliście spólnika, nędznika, zdradzającego tych, którzy położyli w nim zaufanie. Chcecie, abym państwu powiedziała, co się z nim stało!
— Magdaleno! — błagał Filip, pragnąc ją zatrzymać.
— Precz i daj mi spokój! Jeżeli ty kochasz, ja nienawidzę! Ty przebaczasz, ja się mszczę.
— Magdaleno — błagała kolejno markiza — litości!
— A paniś miała litość nad mą matką?
— Proszę cię!
— Ojciec mój błagał was. Matka czołgała się u nóg waszych. Coś jej pani odpowiedziała? Że zmiażdżysz jej serece! I uczyniłaś to.
— Nagrodzimy wyrządzone krzywdy.
— A łzy wylane, rozpacz, doprowadzającą ją do samobójstwa?
— Syn mój umarł! — szeptała markiza — córka umiera. Czyż to nie dosyć?
— Chcę, abyście wzajemnie wyleli łez tyle, ileście nam wydarli. Żądam, abyście wyznali wszystkie niegodziwości, ukrywane pod waszym obłudnym honorem... wszystkie występki...
— Cicho, na miłość Boga!
— Tytuły, zapewniające nam majątek, imię. Gdzie są?
Franciszek Valencourt nie poruszył nawet ustami. Kolana pod nim drżały. Wściekłość porażki wstrząsała nim.
— Gdzie są? — pytała markiza.
— Ja pani powiem, ja — odrzekła Magdalena, wskazując na gabinet.
— Tam są!
— Widziałem je — wtrącił Joson.
— Byłem otoczony zdrajcami — myślał Franciszek Valencourt.
— Żądam tych aktów. Żądam dowodu małżeństwa mojego ojca.
— Przynoszę ci je — odezwał się Bouraille.
—Oblicze Magdaleny rozpromieniło się.
— Należy zgodzić się — rzekł Adam Smith, zwracając się do markiza, albo ogłoszę, prawdę skrywaną jeszcze przez uczucie litości.
Zastępca prokuratora rzucił złowrogie spojrzenie Franciszkowi Valancourt; pani de Blangy prosiła wejrzeniem błagalnem.
Markiz podszedł do biurka, roztworzył je, a przynosząc paczkę pożółkłych papierów, wyjętych podczas nocy ze skrytki, rzucił je pod nogi młodej dziewczynie, nie wymówiwszy ani słowa, chcąc się usunąć.
— Pozostań pan — rozkazał zastępca prokuratora — mam z panem do pomówienia.
Bouraille zbierał z pośpiechem rozrzucone papiery.
— Moja córka, moja córka! — wołała markiza.
Magdalena zażądała, by jej przyniesiono szklankę wody, do której wlała kilka kropli jakiegoś płynu, zabarwiającego wodę na różowo.
Zuzanna podniosła głowę uśpionej, opierając o podsunięte poduszki.
Nauczycielka odkorkowała flakon z jakąś solą i podała ją do oddychania chorej.
Silny zapach fijolków i gorzkich migdałów rozszedł się po salonie.
Magdalena rozwarła bez trudu usta chorej, wlewając część płynu ze szklanki.
Pani de Blangy, blizka omdlenia z oczami rozpłomienionemi, wpatrywała się w córkę, nie dającą znaku życia.
Oprócz niej, był ktoś drugi, doświadczający równego ściśnięcia serca, a tym był Filip.
Mówił prawdę do swej przyjaciółki z Allevard, iż fortuna, tak wielka nawet jak Blangych, nie miała dla niego znaczenia.
Kochał z najczystszą bezinteresownością.
Wszystko inne nikło przed dwoma życzeniami.
— Aby Teresa żyła, a Magdalena pozostała niewinną!
Doktór Bertauld, chciwy wiedzy, nachylony z jednej strony nad głową chorej, śledził najmniejsze poruszenia dwóch młodych dziewcząt, zadając sobie pytanie, jakiej był natury środek usypiający, a jakim antydot, za pomocą którego pokonywano go.
Doktór Chambay myślał tylko o pomyślnym rezultacie.
Upłynęło dziesięć minut, dziesięć wieków udręczeń i drgań śmiertelnych dla matki Teresy i jej kochanka.
Franciszek Valencourt, oszołomiony przygnębiającemi ciosami, rozważał okropność swego położenia.
Duma i skąpstwo zagłuszały uczucie ojcowskie. Jak wilk przyparty lub sarna, gnana przez sforę psów, nasłuchując rozlegającej się trąby, zadawał sobie pytanie, jaki środek ocali go od śmierci.
Doktór Bertanld odetchnął nakoniec.
Twarz chorej pokryła się lekkim rumieńcem, serce bić zaczęło, ręce utraciły sztywność, oddech powracał stopniowo.
A gdy srebrny dźwięk zegara wydzwonił dwanaście uderzeń, Teresa roztworzyła zmieszane z początku oczy, jak dziecię, które zasnęło w ciemności, a budzi się w olśniewającem je świetle, lub jak chory, znieczulony przed poddaniem się gwałtownej operacyi, powraca pomaleńku z letargu, w jaki wtrąconym został.
Wzrok jej błądził po salonie, szukając matki, która się do niej rzuciła, jak rozżarta lwica, odnajdująca swe małe, wyrwane jej przemocą, potem innej jeszcze twarzy, dziwiąc się, że jej nie spostrzega.
Dojrzała ją nareszcie, a oczy jej spotkały utkwiony wzrok kochanka, nakazujący milczenie.
Dwa strumienie łez spłynęły po obliczu młodego człowieka; zrozumiała go.
Lecz natychmiast ogarnął chorą niezwykły niepokój; miejsce, gdzie się znajdowała, ci ludzie czarni, ustawieni w koło niej, wielka sala, zmieniona w rodzaj pretoryjum, jak gdyby chodziło o sąd doraźny, przestraszały ją.
— Co to jest? — zapytała Magdaleny, stojącej przy niej i wpatrującej się w nią badawczo.
— Nic. Napij się! — odrzekła, podając jej szklankę.
— Skończone — dodała Magdalena! nachylając się nad poduszką — żyć będziesz, abyś tylko była szczęśliwą. A odwracając się do markizy wyrzekła:
— Dotrzymałam przyrzeczenia, danego mej matce i została pomszczoną.
— Oh, jak okrutnie — wyszeptała Ludwika de Chambeyre.
— Dotrzymałam też obietnicy, danej pani. Teresa żyje! Żegnam państwa, nie zobaczymy się więcej. Chodź Filipie.
Młody człowiek, oddalając się, przesłał niemem dotknięciem swych ust całą swą duszę w spojrzeniu i pocałunku, zrozumianym przez pannę de Blangy. Przechodząc mały salonik, Magdalenę, doleciał czyjś głos: „Pani“! Odwróciła się, przed nią stał Jan Rigaud ponury, z rysami zmienonemi.
— Jedno słówko, proszę panią.
Podeszła do okna.
— Więc pani jesteś córka Filipa Valencourt?
— Tak.
— Teraz dopiero rozumiem wszystko.
— Co takiego?
— Żeś pani weszła do pałacu de Blangy, aby dokonać pomszczenia się.
— Przyznaję!
— Więc mnie pani wzięłaś za igraszkę?
— Może więc i mnie zabijesz? — rzekła, patrząc mu śmiało w oczy.
— Ach! jak mną pani musi pogardzać — bełkotał blednąc.
— Nie pogardzam tobą Rigaud — rzekła, biorąc go za ręką. Masz wyrzuty sumienia, trzeba je zmazać. Ja mam swoje także. Boję się, czym nie nadużyła mych praw. Gwałtowność namiętności oszałamia nas. Postaram się zapomnieć. Przesiedlę się.
— Pani wyjeżdża?
— Może.
— I nie zobaczę pani więcej?
— Przyjdź do mnie pod nr. 12 na ulicę de Sèze, za dwie godziny. Będę tam. Chcę z tobą pomówić.
— Przyjdę.
— Widzisz więc, że się ciebie nie boję rzekła z uśmiechem, opuszczając go.
W przedsionku dopędził ją doktór Bertauld.
— Może mi pani poświęcić jedną minutę?
— Pięć nawet, doktorze.
— Odkryj mi pani swój sekret.
— To nie mój, doktorze.
— Czyim więc jest?
— Tych, co mi go sprzedali.
— Drogo?
— Nie. Za kilka piastrów.
— A gdybym pragnął poznać go?
— Należy mnie naśladować.
— Jak?
— Zrobić jak ja. Jechać do Georgetown albo Sainte-Marie-de Selom.
— Za daleko.
— Cóż to znaczy odległość dla protektora nauki. Ja tam pojechałam, ja.
— Dobrze, pojadę.
— W Georgetown zapyta pan o ulicę Santa Lucia.
— Dziękuję pani.
— Na tej ulicy mieszka stara kobieta, dobrze znana, zwaną La Maroni, jak rzeka.
— Rozumiem.
— Zna wszystkie napoje miłosne i dekokty Indjanina Bonis i dzikich z Gujan. Lubi bardzo pieniądze i jasne materyje. Za trzydzieści piastrów i 25 metrów byle jakich materyi, aby tylko żółte lub czerwone, dowie się pan, czego będzie chciał, tylko...
— Jest tylko jeden?
Tak, straszny, doktorze.
— Jaki?
— Aby dostać potrzebnych roślin rodzaju ciemiernika, kory sosen i grochu z brzegów Yari, trzeba znaleźć przyjaciół, zgadzających się odsprzedać. Inni, głównie chemicy angielscy, nieustraszeni i bogaci, kusili się i nie dosięgli celu.
— Zniechęcasz mnie pani.
— Indjanin z Gujany nie lubi europejczyka. To jego nieprzyjaciel, a może nie ma racyi? A zresztą kto wie, czy Maroui żyje.
— Zobaczę, namyślę się — odrzekł doktór Bertauld, gładząc brodę.
Magdalena skłoniła się i odeszła. Na progu przedsionka czyjaś ręka dotknęła jej, uścisnąwszy serdecznie, to wierny Bretończyk Joson Kerhoël tryumfował razem z nią.
Adam Smith usunął się przed markizem, gdy tenże wchodził do gabinetu.
Amerykanin tak szorstkim jak był, uczuł dreszcz wzruszającego nim uczucia litości.
Nie urąga się przestępcy, mającemu być skazanym na śmierć.
Przeszedł salon koło Teresy, którą wybadywał doktór Chambay, kłaniając się urzędnikowi, na którego dany znak zatrzymał się:
— Kim pan jesteś? — zapytał.
— Adam Smith, obywatel amerykański.
— Co pana tu sprowadza?
— Wypadek. Jestem lokatorem pana de Blangy. Jan Rigaud zadrżał, spostrzegłszy człowieka, trzymającego w swym ręku jego honor i swobodę, rozmawiającego z urzędnikiem sadowym.
— Czy to pan mieszkał w okolicach Blangy? — zapytał pan Dalton.
— Tak.
— W dawnym domku pułkownika Stefani?
— Kupiłem go.
— Nie masz pan co do nadmienienia w sądzie o tem, co zaszło w Blangy?
— Nic.
Adam Smith pożegnał urzędnika, a przechodząc koło kominka z palącem się ogniem, oczy jego zwróciły się w stronę polowego, bladego i drżącego. Amerykanin wydobył szybko papier ze swej kieszeni, rozłożył go tak, aby Rigaud dostrzegł co zawierał i wrzucił w stos ogniska. Jan Rigaud, nie dowierzając temu co widział, z trudnością wyrzekł:
— Dziękuję!!
Pan Dalton wchodził do gabinetu markiza. Franciszek Valencourt siedział przed kunsztownem biurkiem swego wuja, siedział z głową wspartą na lewem ręku, twarz konwulsyjnie mu drgała, palce drugiej ręki skurczone były na poręczy fotelu, oko zaognione od trawiącej go gorączki, siny, włosy miał rozczochrane, jak skończony waryjat. Wściekłość porażki mięszała mu zmysły.
Wszystko przepadało: majątek, o który mu tak chodziło... honor świata, jedyna zaleta jego postępowania pozór świętoszka, skrywającego tyle niegodziwości.
Upokorzeniu jego towarzyszyło dziesięciu świadków.
Zastępca, przechodząc, stanął przed markizem z rękoma założonemi na krzyż, jakby wyzywając zdanie rachunków ze spełnionych zbrodni.
Oblicze Daltona groźne było lecz smutne.
— A więc? — zapytał sądownik.
Markiz podniósł swe błędne oczy.
— Co pan postanawiasz? — zapytał zastępca.
— Chcesz mnie zgnębić, jak i tamci! Cóż chcesz, abym zrobił?
— Ano, — jak sądzisz, jakim być powinien dziś mój obowiązek?
Franciszek Valencourt wcisnął głębiej palce we włosy, milcząc uporczywie.
— Mój obowiązek wytknięty, — odrzekł Dalton. Powinienbym cię kazać zaaresztować... Za wiele uszów słyszało, za wiele oczów patrzało! Skradliście testamenty, poniszczyliście akta, przywłaszczyliście majątek wam nie należny. I to jeszcze nie wszystko!
— Cóż więcej?
— Domyślam się i innych występków... Gdyby sprawiedliwość chciała, gdyby zaczęto śledzić niewyświetlone wypadki, cóżby wykryto? Pojmujesz mój kłopot. Byłem waszym przyjacielem... przyjmowanym w twym domu.
— Więc cóż? — zapytał markiz, odwracając się.
— Pozwól mi dać sobie radę...
— Jaką?
— Podać sposób ocalenia...
— Ty!?
— Jedyny, jaki ci pozostaje w obecnej chwili.
— Mów.
— Nie aresztują umarłych.
— Rozumiem cię...
— Dwie sekundy odwagi, a zakończysz niepotrzebne badania. Ocalisz honor imienia. Zobaczę twych przeciwników... świadków... Zamilczą. Kto jest ten cudzoziemiec wychodzący ztąd?
— Alboż ja wiem? Knuto przeciw mnie spisek którego i w tej chwili nie mogę jeszcze zrozumie. Zkąd się wzięła ta dziewczyna?... Nie wiem dotąd...
Jak mogła odgadnąć przeszłość do najdrobniejszych szczegółów?... Kto mógł jej to powiedzieć, pojęcie moje przechodzi...
— Tak, mówił sądownik, dopuszcza się ohydnych czynów, wyobrażając sobie że wszystko przewidziano. Raz się nie opatrzy, wybucha skandal.
Zdawało ci się, że jesteś bardzo silnym, lecz nie przedsięwziąłeś ostrożności... Skończone. Jesteś stracony! Przecież nie mogę zapomnieć, jak byłem przyjmowany u was. A przytem masz żonę... córkę niewinną, należy je ocalić!
— Więc?...
— Daję ci 24 godzin czasu do namysłu. Do tej pory udam, jakobym nic nie widział, nic nie słyszał.
— Dziękuję.
— Zrozumiałeś?
— Doskonale.
— 24 godzin — powtarzał zastępca. — Ani minuty dłużej. Jutro w południe termin upływa.
Franciszek Valencourt skłonił się, pan Dalton wyszedł.
Pozostawszy sam, markiz rozważał nad swem położenieim.
Odebrać sobie życie! Minuta odwagi. Ale opuścić nagromadzone skarby! Wyrzec się ich! Jakże ciężko!
Paczka biletów, podniesionych przez Josona Kerhoël z banku, leżała rozrzucona w nieładzie na biurku.
Trzykroć sto tysięcy franków!
Niewiele dla człowieka, posiadającego tak olbrzymią fortunę, lecz dostateczne na wyżycie poza granicami państwa... jako początek... podstawa dla zrobienia majątku.
W 24 godzin mógł już być daleko, jednak wahał się.
Co świat na to powie, gdzie się udać? Ręka sprawiedliwości wszędzie go dosięgnie.
Czas naglił... należało raz coś postanowić... zdecydować się!
Palnąć sobie w łeb najkrótsze wyjście, lecz gdyby wplątać w tę przygodę i tryumfującą Magdalenę, dla której uczuł dziką nienawiść, igrającą z nim z taką śmiałością, pognębiając bez sposobu do wyjścia.
Tak zamyślony, wahający się, niepewny co z sobą począć, podniósł się, gdy czyjeś wejście zatrzymało go na miejscu.
Jan Rigaud wszedł do gabinetu markiza.
— Czego chcesz?
— Pomówić z panem.
— O co ci cbodzi?
— Dostałem od pana markiza piękną sumkę pieniędzy.
— Więc cóż?
— Te pieniądze parzą mi palce.
— Co dalej?
— Odnoszę je panu.
— I w tym celu przyjechałeś do Paryża?
— Tak odpowiedział śmiało polowy.
— Ach, stajesz się uczciwym i ty także, Rigaud! — zawołał z pogardą Franciszek Valencourt.
— Nie posiadałem materyjału na nieuczciwego człowieka, panie markizie. Pan mnie skusił, ja ustąpiłem... Zresztą miałem cel...
— Jaki?
— Kochałem kobietę. Sądziłem, to posiadając pieniądze zbliżę się do niej.
— Jaką kobietę?
— Teraz mogę panu powiedzieć.
— Nauczycielkę
— Córkę pańskiego brata!
— Magdalenę?
— Ją.
— Rozumiem. Jeszcze jeden zdrajca... Dla niej zdradziłeś mnie, Rigaud!
— Prawdę pan mówi... Dla niej.
— Zawsze ona... wszędzie ona — bełkotał Franciszek Valencourt, tupiąc nogami. — Ach! gdybym jej oddał złe za złe, umierałbym zadowolony.
Pan!
Franciszek Valencourt wstał z fotelu, a opierając się o kominek, w wybuchu szalonej złości mówił:
— Pozostaje mi tylko jeden środek: zabić się! Oto, do czego mnie doprowadziła! Ach! ta kobieta! I ty utrzymujesz, że ją kochasz. Może i tobie obiecywała kochać! Kłamała. Wyśmiewała się z ciebie, jak i wyśmiewała z innych. Wszyscy za nią, Joson Kerhoël, Amerykanin, wszyscy! Teraz dopiero przejrzałem, lecz zapóźno. Jestem jak lew z połamanemi kłami, powyrywanemi pazurami. Pobity!... Zwalczony!... W każdym razie jednak mogę powstać jeszcze, oddać wet za wet, raz za raz.
Jak szatan wygnany z nieba, wściekły za zrzucenie go z jego wysokości w przepaść kału i błota, tak i markiz, rozstając się z rolą, światowego człowieka, zrozpaczonego swym upadkiem, zbliżył się do biurka, wziął garść biletów bankowych, mówiąc dalej:
— Powtarzam ci Rigaud, wyśmiewała się z ciebie. Podniecała twe dzikie żądze swą przepyszną urodą, poznaję to... Tam jej siła. To broń kobieca, broń niebezpieczna, której nie należy dowierzać! Robiła ci obietnice, aby ich nie dotrzymać! Tyś ubiegał się o jej względy, a ona je miała dla innych... Niedołęgo! W pieniądze ci się trzeba zaopatrzyć... w wielkie pieniądze. Gdybyś do mnie przyszedł, byłbyś je miał. Niemi kupuje się resztę. Przynęciłbyś ją! Mężczyzna, którego ona kocha, pragnie go, słucha, to ten cudzoziemiec, jej kochanek zapewne, bogaty jak kopalnie złota, nie opuszczający jej, czuwając jak kura nad swemi pisklętami. Ona dążyła do celu, do zemsty. On wszędzie koło niej, tam w Blangy, tu w Paryżu. Skończone. Teraz i znać nie chce! Stałeś się narzędziem w jej reku. I chcesz, abym ci powiedział! Odgaduję i twoje postępowanie. Zabiłeś de Vernes’a przezemnie, zabiłeś mego syna przez nią! Krew na twem ręku! Ja mogę też coś powiedzieć... ja, co już niczego się nie obawiam!... oskarżyć cię... zgubić jednem słowem. Jednak! przebaczam ci wszystko... i jeszcze zobaczę cię, pod jednym jednak warunkiem. Widzisz te pieniądze? Tu jest majątek. Dam ci je, jeżeli mi dopomożesz do pomszczenia się. Możesz się z nią zobaczyć?
— Pewno.
— Kiedy?
— Niedługo.
— Gdzie?
— U niej.
— Gdzie mieszka?
— Na ulicy de Sèze, 12.
— Zkąd wiesz?
— Czeka na mnie.
Twarz Franciszka Valencourt zajaśniała szatańską radością.
— Przynajmniej rozumiesz czczość twej miłości?
— Tak panie.
— Spodziewaj się tylko zawodów!
— Zapewne.
— Ileż pogardy doznasz!
— Pewno.
— Oczekuje cię jednak! Czego chce od ciebie?
— Nie wiem... pewno dać pieniędzy także.
— Może... jest teraz bogatą. I przyjmiesz?
— Nie.
— Musisz ją nienawidzieć!
— Rzeczywiście.
— Słuchaj mnie więc!
— Słucham.
— Waham się, co robić... Uciec czy...
— Zabić się?
— Tak.
— A teraz...
— Decyduję się! Za kilka godzin pójdą na tamten świat, więcej wart od tego.
— Pani markiza?...
— Nienawidzi mnie.
— Córka?...
— Kobiety nie rozumieją zaszczytów... wartości pieniędzy... Nie wiem, jakie są Teresy pojęcia... Może i ona wstręt tylko uczuje do ojca, wzbogacającego ją.
— Więc pan postanowił?
— Próbowałem łudzić się. Widzę, że napróżno. Nie mam innego wyjścia. Życie dopisywało mi. Nie pożałuję go, lecz... jeżeli zabiorę z sobą nieprzyjaciółkę. Dopomożesz mi?
— Czego pan żąda?
— Całą tę fortunę daję ci. Trzy kroć sto tysięcy franków. Zostaniesz bogatym... z tem co już posiadasz!...
— A potem?
— Pistolet nabity, rzekł Franciszek Valencourt, wyjmując z szuflady biurka istne arcydzieło Devismesa z czasów, gdy jeszcze mało używano rewolwerów.
Broń dawała dwa strzały bardzo silne.
— Jedną kulką tutaj, powiedział, wskazując na swe czoło, a najpiękniejsza kobieta w świecie nie będzie się podobać. Przestaniesz być zazdrosnym, boś ty szalenie o nią zazdrosny, kiedyś zabił mego syna przez nią... Tyś go zabił!...
— Co dalej panie markizie? pytał Rigaud coraz bledszy.
— Mówisz, że idziesz do niej?
— W tej chwili.
— W zamęcie Paryża strzał nie zwróci niczyjej uwagi.
— Jednak niebezpiecznie.
— Ależ... Wchodzisz, wychodzisz, i wszystko skończone.
— Ryzykuję życie.
— Gdybym nabijał te pistolety przed wybraniem się w daleką podróż, byłbym ich pewny w twym ręku?
— Odpowiem, że tak... Lecz jeżeli potem odmówię?...
— Źle byś zrobił... Druga podobna sposobność nie trafi ci się w życiu.
— No, nakoniec...
— Oto jakby się stać mogło. Biorę dorożkę i jadę zamiast ciebie... Powiedziałeś, ulica de Séze 12?
— Tak.
— Magdalena, jak?
— Magdalena Arbaud.
— Czego się mam obawiać? Cudowny koniec, dopiero by mówiono. Mam dwa naboje: jeden dla niej... drugi dla mnie, mówił Franciszek Valeacourt z pewną wesołością.
Myśl ta widocznie uśmiechała mu się, zgodna jak najlepiej z jego przekonaniami.
— Tożby Dalton zadziwił się. Ci urzędnicy mają tylko jeden cel: zająć opiniję publiczną, zmuszając, ją do mówienia o sobie! Braknie przestępcy, brakuje dowodu zbrodni; kulka wszystko zakończy.
— Więc, — rzekł Rigaud ozięble, pan ją sam zabije... własną ręką?
— Dla czegóżby nie? A potem siebie...
— Ma pan racyję.
— No, co, decydujesz się? Trzy kroć sto tysięcy franków! Wejść, wyjść, zniknąć! Cóż prostszego!
Jan Rigaud zamyślił się; wziął pistolet i powyjmował naboje.
— Doskonale — a zwracając się do markiza — rzekł tonem najpoufalszym w świecie.
— Wyznaję szczerze, iż trudno o większego zbrodniarza nad pana!
— Tak sądzisz?
— Z pewnością. Interes znakomicie ułożony.
— Nieprawda?
— Jak z adwokatem! Tylko mnie pan źle znasz.
— Bah!
— Istotnie, tak jak mówię! odezwie się polowy tonem sarkastycznym.
— Zadziwiasz mnie?! — rzekł Franciszek Valencourt, pytając, czy rzeczywiście może liczyć na niego.
— Istotnie, bierzesz mnie pan za zbrodniarza z rzemiosła. Mylisz się, mój panie. Raz mnie tylko skusiłeś i to mnie zgubiło... Szalałem za tą dziewczyną, która weszła na grunt nieprzyjacielski, dla stoczenia walki. Myślałem, że jest biedną i że ją posiądę, posiadając majątek. Nie o pieniądze jej chodziło. Gdym jej wyznał moją zbrodnię, wstrząsła się, lecz litowała się nademną. Potem szalałem, znienawidziwszy pańskiego syna, który mi wyrwał narzeczoną, olśniewając ją złotem, tak jak pan skusiłeś mnie swoim. Zgubiłem go dla tego tylko, bo w nim płynęła krew pana, pana, któryś mnie też spodlił, poniżył, nienawidziłem go jeszcze więcej, bo namawiał z cyniczną czelnością tę cudowną Magdalenę, chcąc ją przekupić, oszołomić swemi propozycjami, jakich używał względem wszystkich biednych dziewcząt; zabiłem go jak lisa lub jastrzębia w przystępie wściekłości. Widzi pan! występki rzadko się ukrywają... Jest sprawiedliwość. Widziano mnie. Ta młoda dziewczyna wiedziała com zrobił, pomimo wstrętu dla pana i wszystkiego co się jego tyczyło, wymawiała mi to morderstwo jak podłość, lecz mnie nie zdradziła. A pan mnie namawiasz, bym ją zabił. Ja jej nie nienawidzę! Pana nienawidzę, pana jednego! Przyszedłem odnieść pieniadze. Oto je pan masz! nie chcę ich! Sam siebie się wstydzę, gdy na nie patrzę. Życie zwichnięte przez pana. Dosyć już narobiłeś złego... nie zrobisz już więcej! — rzekł, nabijając pistolet.
— Nagroda za występek, weź je pan i rzucił pakiet biletów bankowych do już leżących na stole.
Nikogo nie było w gabinecie, ani w około. Teresę przeniesiono do jej pokoju, matka zamknęła się z nią razem.
— Jeżeli masz pan jakie zlecenia, instrukcje do wydania, mów prędko. Przełożę je wiernie. Markiz nie zerwał się z miejsca, nie uciekł, ani bronił się.
— Prawdziwą przysługę panu wyświadczam... rzekł Jan Rigaud spokojnie. Nie miałbyś pan odwagi sam zakończyć.
Polowy przewyższał pana wysokim wzrostem. Franciszek Valencourt siedział głęboko w fotelu... Opór był niemożebny.
Czekał strzału bez drgnięcia, przeciwnie uśmiech żółciowy osiadł na wązkich jego ustach. Jan Rigaud raptownym ruchem zwrócił broń w czoło nędznika i dał ognia.
Kulka padła między oczy.
Markiz rażony przechyli się na bok, głowa wsparta na biurka, ręka lewa zwieszona na bok.
Jan Rigaud położył pistolet na dywanie u nóg markiza.
Drzwi się roztworzyły, a w nich u kazał się Joson Kerhoël, nadbiegły na huk strzału.
— Pan markiz się zabił — rzekł zimno połowy.
Punkt o trzeciej po południu, Magdalena wyszła z pałacu de Blangy. Wsiadła czemprędzej w dorożkę, dążąc do siebie.
Potrzebowała spokoju i samotności. Czuła się zmęczona, jak po przejściu dalekiego kursu. Czyn, dokonany z nadludzkim wysiłkiem w chwili podniecenia moralnego nastroju, gwałtownej enrgii, wywołał znużenie i zmęczenie.
Przygnębiona moralnie, zdenerwowana, bezsilna, po ukończenia przedsięwziętego dzieła wyrzucała sobie zło, jakie wyrządziła.
Zadając sobie pytanie, czy służyło jej prawo wymierzenia kary z taką srogością, czy nie przekroczyła rozkazów zirytowanej matki, poznała dopiero teraz, że brat jej miał słuszność odciągając ją od pomszczenia się.
Śmierć Maurycego da Blangy obciążala jej sumienie. Nie próbowała zagłuszać się czczemi wymówkami, rozumiała, że nie kto inny, lecz ona sama stała się przyczyną zbrodni. Dopuściła się ohydnej rozkoszy, podniecając dziką zazdrość u Jana Rigaud.
Pomimo, że już oddawna pałał nienawiścią do młodego pana i zaprzysiągł wieczną urazę, lecz ona jedną kroplą przepełniła czarę, podsycając ostatecznie gniew polowego.
Inni nie rozumieli tego... Magdalena dobrze wiedziała!
Wyparła się uczucia litości w obec swego nieprzyjaciela, zbudzając dzikie instynkta Jana Rigaud, który stał się powodem do zatracenia rodu jej wstrętnego.
Zagłuszyła własne swe serce, uderzając w serce markizy i pragnąc ją zmiażdżyć swemi stopami, jak to uczyniono z jej matką.
Największe upokorzenie wyrządzone Franciszkowi Valencourt, zniesławiając szczęśliwych, pokrywając ich kałem błota, nie przyniosły jej pożądanego zadowolenia. Widziała swych nieprzyjaciół upadłych, znękanych, powalonych wyznaniem ich niegodziwości.
Markiz de Blangy, zwracając testamenty, zeznawał przez to samo o okradzeniu wdowy, dzieci i sierot, przywłaszczeniu ich praw i tytułów.
Pomimo to jednak Magdalena czuła się zwalczoną.
Zachowanie się jej brata Filipa, wstawianie się za panną de Blangy, obawa jego, gdy widział ją w niebezpieczeństwie, straconą dla siebie, przesłany jej pocałunek, oświeciły Magdalenę o tem, jak serdeczne żywił uczucia dla tego uroczego i anielskiego dziewczęcia.
W chęci powetowania czego się dopuściła?
Oto okryła żałobą dom ten, odtąd skazany na bolesne wspomnienia i niezatartą hańbę.
Winni ukarani, niewinni cierpieli wraz z nimi.
Brat jej Filip, tak bezinteresowny, obojętny w kwestyjach pieniężnych, łagodny i prawy, czyż wybaczy zło, wyrządzone tej młodej dziewczynie, raniące boleśnie jej serce, z chwilą gdy się dowie o zniewadze uczynionej tym, których winna szanować.
Czy zapomni walki, w której siostra Filipa okazała się tak okrutną?
Zwalczona, padła bez siły i odwagi.
Wygrana walki nie podtrzymała jej.
Z chwilą gdy dorożka stanęła przed jej mieszkaniem, zapłaciła woźnicy i szybko weszła do siebie.
Odźwierna podążyła za nią, wręczając te słów kilka:
„O szóstej będę a pani.
Spiesznie pobiegła na piąte piętro, a wszedłszy do swego pokoju, rzuciła się na krzesło.
Najokropniejsze myśli zamącały jej głowę; pragnęła wyjechać jak najprędzej, nie zobaczywszy nikogo z rannych widzów przejścia w pałacu de Blangy, zamknąć się w klasztorze w górach, zagrzebać się na wieki, nie dając znaku życia o sobie.
To znów myślała, że stałaby się niewdzięczną dla Bouraille’a, tak dobrego dla niej, który nie miał słowa zarzutu dla swej ukochanej Magdalenki, pozwalając się raczej wtrącić do więzienia niżeli pozbawić się zobaczenia z nim.
— Takąż okaże się dla brata, kochającego ją serdecznem, stałem uczuciem.
Czem zostanie dla ekscentryka Adama Smitha, pomagającego jej ze wszystkich sił i przekonywającego ją o swej miłości rozmaitemi sposobami?
Zaprawdę nie kochała go zmysłami ognistej i szalonej namiętności, lecz uczucie jej zrodzone było z najczystszej sympatyi ku człowiekowi, zapominającemu o swych interesach, sprawach, przyjemnościach nawet, aby myśleć tylko o niej i zajmować się jej bezpieczeństwem.
Więcej niż kiedykolwiek potrzebowała podpory i opieki.
Po odniesionem zwycięstwie spodziewała się tryumfu, odniesionego z broni, po którą jeździła za transatlantyk, wielkiej radości, rozkoszy upajającej, a doznała zawodu, rozczarowania, znużenia i bolesnych wyrzutów sumienia.
Łatwiej przyszło powołać się na bolesne wspomnienia cierpień swej matki, przypomnieć słowa nieszczęśliwego Arbaud’a, gdy jako warjat powtarzał, szepcząc na ucho swej ukochanej Magdalenie straszne słowo: „Zemsta!“. Jednak gorzko wyrzucała sobie spełnienie swego postanowienia.
Chcąc się uspokoić i podźwignąć opuszczającą ją odwagę, odczytywała najsmutniejsze ustępy opowiadania swej matki, miejsca utkwione w jej pamięci jak wyuczona lekcyja.
Zapał, podtrzymujący ją, póki zemsta nie została nasycona, opuszczał ją.
Z palcami, wpitemi we włosy, okiem wpatrzonem w pismo, któregoby wolała nigdy nie widzieć, siedziała nieruchoma, wymawiając sobie, iż odtąd nie ma prawa widzieć się z bratem, którego bodaj była rady posłuchała, nie ośmieli się stanąć wobec tej Teresy, której przyszłość zakłóciła, niwecząc jej nadzieje, poniżając dom rodziców, gdy nagle posłyszała kroki, zbliżające się do drzwi jej mieszkania.
Kto do niej przychodzi?
Wkrótce poruszono za dzwonek.
Czoło Magdaleny zachmurzyło się, podeszła jednak ku drzwiom, a otwierając, zobaczyła Jana Rigaud.
Zapomniała o zaproszeniu i żałowała swego pośpiechu. I znów zostanie sam na sam z tym człowiekiem, zdrajcą i zbrodniarzem.
Co mu powie? Co w zamian usłyszy?
Polowy, ponury i smutny, postał przez chwilkę na progu jej pokoju, lecz wahając się, czy wejść, lub zawrócić zadziwiony różnicą skromnego, prawie ubogiego poddasza, a przepychem ì zbytkiem pałacu de Blangy.
— Wejdź, odezwała się łagodnie. Siadaj, proszę — rzekła, przysuwając krzesło, zbliżającemu się krokiem niepewnym, polowemu.
Nie śmiał usiąść, a obracając kaszkietem w ręku, wyjąknął stłumionym głosem:
— Pani się mnie nie boi?
— Czemużbym się miała ciebie obawiać Rigaud? mówiła tymże łagodnym tonem, wzruszając ramionami.
— Pani wie, com zrobił?
— I cóż z tego?
— Pani mnie nie wypędza?
— Na równi zawiniliśmy, mój przyjacielu.
— Paniś miała powody. Działy się rzeczy, których się nie domyślałem. Dopiero co rozmawiałem długo z kimś, co panią kocha, on także, lecz inaczej niż ja...
— Z Josonem Kerhoël? — zawołała Magdalena.
— Tak, z Josonem. Znał pani ojca i matkę... Opowiedział mi, ile cierpiała, ile przeniosła od tych.... Pani się pomściła... Miałaś pani prawo... Ale ja!
— Staraj się zapomnieć...
— Nie, — rzekł, wstrząsając głową... Zapomnieć, nie, nie mogę — mówił drżącym od wzruszenia głosem, wyciągając swe długie, nerwowe palce na stole.
— Patrz pani na me ręce... Wstręt we mnie budzą... Starałem się oszołomić, zatrzeć przeszłość, zapomnieć, jak paniś wyrzekła... Niepodobieństwem... Za wiele na nich krwi. Najpierw tam, woła na mnie krew adwokata... Przerażający... pokryty ranami, jam go domordował.... wrzuciłem napowrót do wody... jak dzika bestyja, opłacona przez tego nicponia, mego pana... Potem krew inna, syna... Straciłem rozum w tej chwili! Patrzałem, marzyłem o rzeczach, niemogących istnieć... teraz dopiero rozumiem... Sądziłem, że pani również biedna jak poprzednia Angielka, która, powróciwszy do kraju, umarła... ze zmartwienia... ze wstydu także — mówił dalej głosem zmienionym. — Zgubił ją, urągał potem... Wiedziałem o tem. My co się wałęsamy dniem i nocą, dowiadujemy się tajemnic nieznanych innym... Myślałem, że to samo spotka panią. I oto dla czegom go zabił, — kończył z dziką energiją i mieniącemi się rysami. — Jedyny to sposób, aby nie umknął... Tłumiłem mą urazę od lat sześciu! stała się śmiertelna... Porwał mi mą narzeczoną tak, jak jego ojciec wykradł pani majątek. Zrobił ją nieszczęśliwą, dziewczyną straconą, bo nie posiadała rozumu potrzebnego dla zabawiania podobnych ludzi! Wstydziła się sama siebie! Zachorowała i zmarła na barłogu w szpitalu. Przed śmiercią wszystko mi wyznała w liście, z którym się noszę bezustannie. Była wieśniaczką, lecz wyglądała jak jaka markiza...
Człowiek ten zawsze stawał na mej drodze ze swemi przeklętemi pieniędzmi, zmieniając tego potwora w „półboga!“ Umarł... przeklinałem go, lecz krew jego skalała też me ręce... Jeszcze nie wszystko.
— Cóż jeszcze? — pyta przestraszona Magdalena.
— Myślą, że markiz sam się życia pozbawił, rzekł Jan Rigand, zniżając głos.
— Markiz nie żyje! wykrzyknęła młoda dziewczyna.
— Nie żyje... pani nie wie?... Już byłaś daleko od tego domu przeklętego...
Urzędnik z sądu rozmawiał z nim... Dał mu dobrą radę... palnąć sobie w łeb... Joson mi to powiedział... I rzeczywiście, jedyny to środek... Należało raz zakończyć... Blangy-Cussey nie zasiądzie na ławie oskarżonych... a prokurator groził... Pan mnie kazał zawołać... Wie pani, co mi proponował?
— Cóż takiego?
— Widział się zgubionym... bez punktu wyjścia i chciał zakończyć życie, tak jak zaczął złem...
— Jakiem?
— Domyśli się pani, jak się oburzał na panią... Cóżby to była za radość dla niego, przed rozstaniem się z tym światem!... Ofiarowywał mi pieniądze, za... zabicie pani! Dał mi broń, pistolet... Straszył mnie jeżeli, odmówię... I rzeczywiście mógł spełnić swe groźby... nie mając się niczego więcej obawiać...
Odmówiłem pieniędzy... Rzuciłem mu na biurko sto tysięcy franków, ofiarowane mi za tamtego i...
— Dokończ!
— Wyświadczyłem mu ostatnią przysługę, oswobadzając panią od nieprzyjaciela...
— Jakto?!
— Uczyniłem to, co radził prokurator,
— Cóż takiego?
— Palnąłem mu w łeb!
— Ty! zawołała Magdalena z okrzykiem zgrozy.
— Ja!...
Po pauzie dodał.
— Nikt się nie domyśla, nawet Joson. To szczęście dla markiza. Nawet urzędnik sądowy, jego dawny przyjaciel, powie, że był to zbrodniarz, lecz odważny i dobrze zakończył!... Powiedziałem kamerdynerowi: Pan markiz zabił się przy mnie!
— Spodziewano się, odpowiedział Joson. Szczęściem, że wszystko zakończyło się. Panienka ocalona!
— Nie obwiniają mnie! Lecz widzi pani, to już za wiele... Będą mi zawsze stali na oczach... wszyscy!... Nie zapomnę ich.
— Jednak trzeba Rigaud, nakazywała Magdalena, zmieszana tem nowem odkryciem... Dopomogę ci...
— Więc?...
— Będę podróżować...
— Pani wyjezdza!...
— Tak... Odjadę... powrócę do kraju, zkąd przyjechałam... Mam przyjaciół, znajomych, chociaż z drugiej strony Oceanu... Tej nocy już będę daleko! Jutro wsiądę na statek... Nie mów nikoma o mych projektach. Pozostań w Paryżu przez dni kilka, nikt cię nie będzie niepokoił, ręczę ci. Smierć markiza zakończy wszystkie klęski. Masz rację, największy przestępca ginie, kto się zajmie innemi? Oto zaproponuję ci...
Dziwna radość i nadzieja wstąpiły w serce Jana Rigaud. Nie śmiejąc podnieść oczu na Magdalenę, która mówiła dalej, słuchał uważnie.
— Każde z nas ma za co odpokutować. Ja wzięłam udział w tych błędach... Nienawiść zaślepiała mnie. Trzeba opuścić ten kraj, zamieszkać gdzieindziej. Pragnę cię widzieć bogatym, szczęśliwym! Za dni kilka odbierzesz sumę wystarczającą... dwa kroć sto tysięcy franków. Z temi pieniędzmi osiądziesz na jednej z kolonii w Tunisie... Majątku bez trudu się dobijesz... Napiszesz do mnie... Będę cię podtrzymywać całemi siłami. Potem ożenisz się podług upodobania...
— Ach! — zawołał z niesmakiem — i znów pani ofiarujesz mi pieniądze.
— Aby cię ocalić, a nie zgubić! Tamteś źle nabył... Te, to dowód przyjaźni.
— Nie chcę ich!
— To swoboda... niezależność!
— Dziękuję. Nie przyjmę — odrzekł polowy, zachmurzając się tak nagle, aż się Magdalena przestraszyła.
Spostrzegł wywarte wrażenie, a z giestom, jakby po użycia gorzkiego lekarstwa, dodał głosem stłumionym:
— Przepraszam panią! To moja kara! Nie obawiaj się mnie pani. Powiedziałem, że nie mogę zetrzeć krwi rozlanej... Jest jeszcze inna rzecz, która nigdy nie ustąpi. Żegnam, panno Magdaleno, i dziękuję. Bądź pani szczęśliwą!
— Przyjmij, błagała, jeżeli chcesz odjąć mi jeden wyrzut sumienia.
— Po co! Pieniędzy nie potrzebuję...
— Może zmienisz postanowienie?
— Nie sądzę — odpowiedział, wzruszając ramionami.
— Wtedy pomyślisz o mnie?
Zdawał się nie słyszeć i zawracał do drzwi.
— Jeśliś pani tak dobra — rzekł, zatrzymując się — zrób mi jedną łaskę.
— Jaką?
— Podaj mi pani swą rączkę...
Magdalena zadowolniła jego żądanie. Rigaud schwycił ją, jak najcenniejszą zdobycz, uścisnął, poczem zerwał się z miejsca i jednym susem znalazł się za drzwiami, uszu nauczycielki doszły ostatnie słowa:
— Żegnam panią!
— Biedny człowiek, co się z nim stało? Jeszcze jedna ofiara...
I znów sama, zmieszana, smutna, wzruszona łagodnością tego człowieka energicznego i gwałtownego, z ognistemi żądzami, stającym się przy niej pokornym i zrezygnowanym, jak gdyby nie chciał powiększać jej zmartwień, już i tak ją trapiących. Pochłonięta różnemi myślami, ocuconą została silnem pociągnięciem dzwonka. Opamiętawszy się, podeszła ku drzwiom.
Bouraille stał przed nią.
Ten także, jak i Jan Rigaud, z zadziwieniem rozglądał się po uczniowskiej stancyi.
— Pomyśleć, że jesteś tutaj, a mnie też dotąd nie przyszła myśl poszukać cię.
— Nie byłbyś mnie tam znalazł, odrzekła smutnie; — wolałabym raczej schronić się do antypodów, niżeli cię spotkać. Zrobiłam, com chciała, mówiła zapamiętale! Źlem postąpiła, lecz nic w świecie nie skłoniło by mnie do zaniechania przedsięwziętego celu... Chcesz mi robić wymówki?... Zaprzestań lepiej, już to niepotrzebne. Nie naprawisz przeszłości!
— Co ci jest? zapytał Bouraille zmieszany. Nie poznaję cię?
— Bądź otwartym... Brzydzisz się mną!
— Ja! zawołał pisarz zgorszony, przechadzając się po pokoju i z ciekawością przyglądając się skromnemu umeblowaniu.
— Więc to tu schroniłaś się, opuściwszy nas blisko przed pięciu laty?... A ileż ja ci się naszukałem, w Paryżu naśledziłem!
— Nigdy nie pozostawałam długo.
— Ile naprzykład?
— Po kilka miesięcy... Potem jeździłam... objeżdżałam świat.
— Biedna Magdalenko! Nakoniec odnajdujemy cię! Teraz już nas nie opuścisz, spodziewam się!
— Nie będziecie mogli na mnie patrzeć... Wstręt w was wzbudzę.
— Co za myśl!
— Pomyśl tylko... tyle nieszczęść.
— Jakich nieszczęść?
— Tych, co zaszły w Blangy... Umarłych!
— Albożeś ty ich przyczyną?
— Syn rażony kulką!
— Nie przez ciebie!
— Zapewne. Ojciec...
— Ah! już wiesz!
— Tak.
— Kto ci powiedział?
— Co cię to obchodzi.
— Franciszek Valencourt nikczemnik jakieb mało!
— Przerażające, tyle śmierci!
— Pozostaw ich w spokoju! nie myślę już o nich. Tobą wyłącznie zajęty jestem. Nie jestżeś moją ukochaną małą Magdalenką? Valencourt’owie okradli was, prześladowali. Otrzymali to, na co zasłużyli. Nie powinnaś sobie nic mieć do wyrzucenia. Postaramy się, abyś w naszem otoczeniu zapomniała o przykrych tych dniach. Sami zapomnimy także. Majątek twój obrócisz dla dobra społeczeństwa. Jest to święty obowiązek tych, którym się dobrze powodzi. Powrócisz z nami do Jonceray. Wyrugujesz, zatrzesz w pamięci lata nieszczęśliwe. Uspokoisz się. Przychodzę, aby cię zabrać. Zabiorę cię z sobą, nie pozostawię samej! Za nic w świecie nie opuszczę się. Uczepię się ciebie i nie puszczę! — rzekł, wyciągając do niej swe ramiona.
Magdalena, rozczulona, rzuciła się w objęcia. Bouraille tulił ją, pieścił, pocieszał, mówił ze łzami w oczach:
— Nie masz nic sobie do zarzucenia, ukarałaś tylko. Bądź spokojna. Gdybyś wiedziała, jak cię wszyscy kochamy, jak będziesz pośród nas szczęśliwą, pieszczoną. Zechcesz wyjść za mąż, a młodzieży nie braknie! Piękna i bogata dziewczyna jak ty! Jesteś teraz bogatą, bardzo bogatą, miljonerką. Zajmę się interesami! Przejrzałem papiery! Wszystkie w porządku! Żadnych przeszkód, ani sporu.
— Nie dla pieniędzy działałam! — odrzekła, wyrywając się z ojcowskich uścisków Bouraille’a. Co mnie obchodzą pieniądze! Miałam ich dosyć, dzięki naszemu szlachetnemu Arbaud, dzięki tobie, zacny mój przyjacielu!
— Przecież nie zrzeczesz się twych praw!
— A mój brat? Jego tu niama! On na mnie ciężko obrażony! Co?
Bouraille ściągnął swe grube wargi, zakłopotany, nic nie odpowiedział.
— Widzisz, zamilkłeś! kochał pannę de Blangy, spotkali się w górach tego lata, w okolicach Allevard i odtąd pisywali do siebie! Czemu mi się nie zwierzył? Czemu nie wyznał wszystkiego? Poświęciłabym... kosztowałoby mnie to wiele, lecz powróciłabym tam, zkąd przyjechałam. Zraniona w serce, nie byłabym mu może wybaczyła podobnej słabości, lecz nigdy więcej niesłyszałby o mnie i niestanęłabym im na przeszkodzie, Teraz wszystko skończone! Nieprawdaż?
Zapytywała go swemi, niezbadanemi jak morze oczyma.
— Pewno bardzo jest smutny? — zapytała Magdalena.
— Tak, — odpowiedział pisarz, westchnąwszy.
— I to przezemnie!
— Nie, przez prosty wypadek.
— Czyżby tego zła nie można z czasem naprawić? pytała Magdalena smutna, niespokojna.
— Kto wie? Z czasem!...
— Co mówił?
Bouraille postanowił wszystko, co wiedział opowiedzieć a mianowicie:
Filip zrozpaczony miejsca sobie znaleść nie może, kochał siostrę, kochał pannę de Blangy, walka uczuć. Nie potępiał siostry, uniewinniał i słusznie ukochaną przez siebie Teresę.
Opowiedział też, że w chwili, gdy mieli wychodzić z jego uczniowskiego mieszkanka, chcąc szukać siostry. Zuzanna, garderobiana, panny de Blangy, przybiegła w dorożce, wręczając Filipowi bilecik.
Był krótkim, zawierał zaledwie te słów kilka.
Ojciec mój odebrał sobie życie niestety! I on już nie żyje!
„Zanadtoście pomszczeni!
„Żegnam cię.
Magdalena słuchała, z głową spuszczoną, oczami zwróconemi ka ziemi.
— Widzisz więc, że na tyle złego trudno zaradzić — rzekła smutnie.
— Daj pokój, zawołał Bouraille biorac ją za ręce, zobaczysz. Cierpliwości, wszystko się ułoży. Pogoda nastaje po deszczu, wiosna po zimie. No dalej rzekł z energiją, lecz serdecznie, ufasz mi?
— Niezawodnie.
— Pozwól mi działać podług siebie. Chodź.
— Gdzie?
— Do Filipa... pocieszyć go.
— Musi mnie nienawidzieć!
— Ciebie! Swoją Magdalenkę? Bluźnisz!
— Czyż nie wiesz! — rzekła, siląc się na uśmiech, — zakochani... nie tak łatwo wybaczają temu kto im wejdzie w drogę!
— Wybaczy ci. Bądź pewną! Czyż można by się na ciebie gniewać?
— Jesteś pewnym?
— Do licha!
— To dobrze! pozostaw mnie, przyjdę. Naznacz miejsce.
— W restauracyi, czy chcesz?
— Będziecie na obiedzie?
— A cóż, mamy umrzeć z głodu?
— Dobrze. Jaka pogoda?
— Prześliczna, bardzo sucho.
— Zejdźmy się lepiej przed Operą. Zgadzasz się?
— Naturalnie. O kilka kroków tylko. O której?
— W pół do ósmej.
— Zgoda, idę wprost do twego brata.
— Powiedz mu, że go zawsze kocham!
— Jakże chętnie zabrałbym cię z sobą — rzekł Bouraille z westchnieniem, z żalem zbliżając się do drzwi.
— Kiedyż zaraz do was przyjdę.
Pisarz się uśmiechnął.
— Ale bo widzisz... teraz cię trzymam, a potem boję się, byś nam nie uciekła!
Magdalena spojrzała z uczuciem serdeczności i wdzięczności zarazem.
— Czyż nie wiesz, że czy zbliska czy zdaleka, myślą o was i że nic na świecie nie zastąpi mi was. Uściskaj mnie!
Bouraille ucałował tę anielską twarz, jasne oczy, a odchodząc, rzekł z uśmiechem zadowolenia:
— Przybywaj! Do widzenia!
— Do widzenia.
Zaledwie wyszedł za próg, usiadła i szybko napisała:
„Podzielam twój smutek, dowiadając się, do jakiego stopnia kochasz tę biedną dziewczynę, niewinnie odpowiadającą za postępowanie swych rodziców.
„Lecz co się stało, odstać się już nie może! Nie od nas zależy naprawić to.
Rozumiem, lecz również już za późno, do jakiego stopnia jesteś zirytowany mem postępowaniem.
„Być może, iż miałeś słuszność, radząc mi przebaczenie lub pogardę tym, którzy nam wyrządzili tyle przykrości. Wolę raczej nie myśleć o tem. Usuwam, ile mogę, wspomnienia tych smutnych wypadków, tak świeżo zaszłych, kiedy ostatnie ofiary nie są jeszcze pochowane.
„Aby mnie jednak nie podejrzewano o chciwość, pozostawiam ci swobodę postąpienia z majątkiem de Blangych jak uważasz za najwłaściwsze. Ja swej części zrzekam się i nie chcę ni szeląga. Nie chcę być dłużej zawadą ani dla ciebie, ani dla tej, którą kochasz. Obecność moja za bolesna dla tego nieszczęśliwego dziewczęcia, widzącego we mnie przyczynę swych nieszczęść i hańby rodziny.
„Spodziewam się także — licząc na ciebie, bo nie wiem czy nienawiść moja do tych, co z nami tak haniebnie postąpili, wygasła, — że poniżenie to nie nabierze rozgłosu, a publiczność nie dowie się o prawdziwych powodach śmierci, którą można upozorować tysiącznemi innemi przyczynami.
„Ile to podłości skrywa się w tajemnicy! Ile dramatów rodzinnych!
„Przez przyjaźń więc dla ciebie czynię to, com powinna była zrobić przed temi nieszczęściami. Rozpoczynam moje życie tułacze.
„Być może, że za jakie lat kilkanaście, kiedyś, zobaczymy się jeszcze.
„Będę do ciebie pisywać donosząc ci wszystko o sobie.
„Słuchaj i powiedz tej, którą kochasz i ona ciebie wzajemnie, że najszczerszem i najserdeczniejszem mem życzeniem, obyście na zawsze zachowali wspólne wasze uczucia i aby je Bóg dobry pozwolił uwieńczyć pomyślnym dla was obojga skutkiem.
„Powrócę chyba wtedy, kiedy czas ułagodzi jej zbolałą duszę, a ona sama zawezwie mnie do siebie.
„Żegnam cię więc, mój kochany Filipie. Nie staraj się zmienić mego postanowienia. Na nic by się nie przydało. Zresztą będzie za późno. Gdy list ten odbierzesz, będę już daleko.
„Żegnam cię raz jeszcze. Powiedz Bouraille’owi, iż brak mi słów na wyrażenie mu mej wdzięczności za tyle jego dobroci i przywiązania. Niechaj czyni z mym majątkiem co zechce. Pozostawiam ma zupełną swobodę i wolną wolę do działania.
„Proś go zawsze o opiekę nad sobą. Czyż jest drugi na świecie przyjaciel, zasługujący na większe zaufanie i przywiązanie bez granic, tak z mojej jak i twej strony?
„Niechaj się nie niepokoi. Nie narażam się na żadne niebezpieczeństwo, a chociaż wasza biedna Magdalena będzie zdala od was, pamiętajcie, że myślą i sercem zawsze z wami.
„Twoja siostra, Magdalena Valencourt“.
Podpisawszy list odzyskanem nazwiskiem, składała go właśnie gdy we drzwiach ukazał się Joson Kerhoël.
— A! przecież panią znajduję! — zawołał. Podskoczyła żywo ku niema z wyciągniętemi rękoma.
— Mój zacny, poczciwy Josonie, jakże ci wyjawię mą wdzięczność za tyle poświęcenia i przywiązania?
— Szczęśliwą więc już pani jesteś?
— Niestety!
— Pani markiza mnie do panienki przysyła.
— Czego chce odemnie?
— Proszę przeczytać.
Pani de Blangy upokarzała się przed córką swej ofiary.
„Gotową jestem do oddania pani majątku jej należnego.
„Lecz błagam panią o oszczędzenie skandalu nieuniknionego już może.
„Błagam w imieniu mej córki, której zdrowie już i tak wątłe, silnie nadwyrężone. Gniew pani sprawiedliwy. Poniżenie nasze uśmierzyło go zapewne. Byliśmy nielitościwi. Bądź pani szlachetną!
„Nie dość, że pani się zemściła??
— Co mam robić?
— Przebaczyć, wyrzekł, patrząc na nią swemi wiernemi oczyma — dla panny Teresy! — dodał...
Magdalena pisała:
„Matka moja umierając wydała mi rozkazy. Spełniłam je. Wyjeżdżam znów, pozostawiając zupełną swobodę działania bratu memu, podług jego uznania. Jest to szlachetny chłopiec, i nie potrzebuje się pani obawiać go. A oto jaka przyczyna: Kocha pannę Teresę. Dowiedziałam się za późno. Żegnam panią. Dałby Bóg abyś pani zapomniała. Abym i ja też nie myślała więcej o tem!
Magdalena Valencourt“.
Zakończywszy list, wręczyła go stojącemu przy niej Josonowi.
— Czytaj, proszę.
Bretończyk przeczytał a Magdalena pytała;
— A co, zadowolony jesteś?
Podziękował jej spojrzeniem pełnem przywiązania.
— A teraz? gdzie pani się udaje?
— Napiszę później. Dziś, mogę ci tylko powiedziec: dzięki ci Josonie, dzięki z całego mego serca. Czego tylko zapragniesz, mów, a jestem na twe rozkazy.
— Nic więcej prócz twej życzliwości panno Magdaleno.
Podała mu rękę, on ją uścisnął.
— Zawsze cię wspominać będę Josonie jako najuczciwszego i najzacniejszego i mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas gdy się zobaczymy. Żegnaj mi.
Po wyjściu Bretończyka spojrzała na zegarek, była przeszło piąta.
Poskładała w walizy wszystkie swoje rzeczy niezbędne na drogę, suknię, bieliznę, trochę bizuterji i pamiątki z któremi się nie rozstawała nigdy.
Wkrótce wszystko było gotowe. Bagaż ani zbyt ciężki nie był ani za duży.
Obliczyła pieniądze, portmonetka zawierała kilka biletów bankowych, razem cztery do pięciu tysięcy franków.
Na kominku, leżała jedna z tych niebieskich książeczek kompanii Zachodniej z godzinami pociągów. Pospieszny do Hawru ruszał o trzy kwadranse na siódmą. Odetchnęła. Przygotowania zabrały jej kilka minut, reszta poułatwiana.
Punkt o szóstej zeszła na dół, aby zamówić dorożkę na kolej.
Na schodach spotkała Adama Smith. Ubrana czarno, bardzo skromnie, podała mu rękę na przywitanie.
— Gdzie pani jedzie?
— Do New-Yorku.
— Doskonale, — rzekł Amerykanin z rozjaśnionem obliczem.
— Dążę za panią.
— Jak się panu podoba. Przecież...
— Przestań pani czynić mi zarzuty. Pani podróżujesz. I ja mam prawo podróżować. Jedziesz pani do New-Yorku. Nic nie zabrania obywatelowi wyswobodzonej Ameryki zamieszkać tam... Po co pani jedziesz?
— Pan nie rozumie?
— Nie.
— A przecież bardzo proste. Mój brat kocha Teresę de Blangy. Nie mogę pozostać między nimi. Pamięć urazy dzieliłaby nas... Muszę być dla nich przedmiotem zgrozy... dla pana także!
— Ja, uwielbiam panią... Oko za oko, ząb za ząb!... O której pociąg?
— Kwadrans na siódmą.
— Wybornie! mamy czas jeszcze. Co za cudowną podróż odbędziemy! O której statek odchodzi?
— Jutro o dziesiątej...
— Chciałbym już być na morzu...
— Dla czego?
— Aby się upewnić, że pani nie zmienisz zdania.
— Może mi pan zrobić pewną przyjemność, panie Smith?
— Z zachwytem, miss Arbaud.
— Nie jestem już miss Arbaud, lecz miss Valencourt, a jednak przykro mi rozstawać się z nazwiskiem tego szlachetnego człowieka.
— Ah! co znaczy pani nazwisko, miss Magdaleno! Nie pani nazwisko, lecz panią kocham.
— Cicho! panie Smith! Na schodach! Gdyby kto usłyszał.
— Co za przyjemność!... Co za radość!...
— Idź pan za swojemi interesami, a ja pójdę za mojemi, mam niektóre zlecenie do dania. Na wypadek gdybyśmy się nie znaleźli na kolei do Hawru, wysiadę w New-Yorku, w hotelu de France, na piątej ulicy.
— Dobrze, miss Arbaud. Opuszczam panią. W New-Yorku, hotel de France na piątej. Umówione. Wyborną posiadam pamięć. Amerykanin zesunął się jak strzała z dwóch pięter, wybiegając na ulicę.
Magdalena zatrzymała się z panią Pichat odźwierną.
— Mam panią o coś prosić — rzekła była nauczycielka, kładąc dwa bilety po sto franków na stoliku.
— Z przyjemnością pani.
— Opuszczam Paryż.
— Już!
— W tej chwili.
— Na długo?
— Nie wiem.
— Gdzie pani jedzie?
— Napiszę za kilka tygodni w kwestyi mego mieszkania. Ta mała sumka na podziękowanie za jej usłużność i przysługę, o jaką ją proszę.
— O co chodzi?
— Widziała pani mężczyznę, który był u mnie przed dwoma godzinami.
— Nizki, tłusty?
— Tak.
— W czarnym surducie?
— Ten właśnie.
— Czerwony na twarzy, włosy siwe krótko przystrzyżone?
— On sam. Ma na mnie czekać przed Operą, o siódmej....
— Dobrze.
— Pozna go pani?
— Pomiędzy tysiącem. Achiles popilnuje za mnie.
Achilesem zwał się kamerdyner pierwszego piętra. Jak rok długi, tak nic miał nie do roboty.
Pan jego, stosownie do pory, wyjeżdżał do Nicei, Monte-Carlo, Tronville, Tichy, Mont Dore, a jeżeli czasem pozostał w Paryżu, nie wychodził ze swego kółka,.
Właśnie Achiles schodził do mieszkania odźwiernej na pogawędkę.
Był to jeden z zapamiętałych wyznawców celibatu, człowiek 40 letni, tak jak jego pan, używał życia o ile się dało, korzystał ze sposobności i przyjemności, a myśląc zawsze o zapewnieniu sobie przyszłości, odkładał coraz drobną sumkę na bok.
— A pani waliza panno Magdaleno? — zapytała odźwierna.
— Pójdę po komisjonera na róg.
— Nie potrzeba odezwał się Achilles.
— Ciężka?
— Nie bardzo.
— Niechaj pani pozwoli mi klucza, jeżeli mi pani ufa.
— O! jak jest dobrym.
Rzeźki Achiles skoczył na schody, a pani Pichat wołała za nim.
— Piąte piętro, trzecie drzwi na lewo.
— Wiem, wiem. Dosyć rozmawialiśmy o panience.
— A nie zapomni pani, pani Pichat, mężczyzna nizki i otyły, nazywa się Bouraille.
— Nazwisko łatwe do zapamiętania.
— Napisałam je pani. Będzie on w towarzystwie młodego człowieka 24 do 25 lat. Oto list.
— Dobrze.
— Dla tego młodego pana.
— Nazywa się...
— Filip Arbaud.
— Jak pani niegdyś?
— To mój brat.
— Patrzcie!
— Nie omyli się pani?
— Proszę być spokojną.
— Dorożka z Urbaine przejeżdżała koło drzwi, Magdalena zatrzymała ją, lokaj też nadchodził z walizką na plecach.
— Oto jest i dorożka, również w porę.
— Połóż rzeczy na koźle — wołała odźwierna.
— Już.
— Jakże panu podziękować — odezwała się Magdalena z uśmiechem.
— O za taką bagatelkę! A klucz?
— Proszę oddać pani Pichat.
— I znów pani w drogę? — mówiła poczciwa kobiecina.
— Niestety!
— Może na długo?
— Niewiadomo — odpowiedziała, uścisnąwszy rękę pani Pichat, a półgłosem odezwała się do woźnicy.
— Dworzec Saint-Lazare.
— Mniej jednej pięknej kobiety w Paryża — mówiła pani Pichat do lokaja.
— Gdzie jedzie?
— Nie wiem.
— Bogata?
— Nie umiem powiedzieć, aleby nią była, gdyby chciała...
— Jakto?
— Taka elegancka i milutka...
— Są piękne dziewczyny, a nie mają szczęścia — wtrącił kamerdyner, rozumując.
— Znałam i ja takie — odpowiedziała pani Pichat, westchnąwszy.
Myślała o sobie. Bywa się sprawiedliwą dla innych, nigdy dla siebie.
O siódmej pani Pichat spełniła dane zlecenie. Z listem w ręku udała się na plac Opery. Trzech mężczyzn stało na wskazanem miejscu pod latarnią gazową.
Odźwierna bez trudności poznała nizkiego mężczyznę, odwiedzającego po południa jej lokatorkę. Tem łatwiej poznała go, bo zachowanie się pisarza zdradzało człowieka, przychodzącego po raz pierwszy na schadzkę.
— Pan Bouraille? — zapytała zbliżywszy się.
— Ja sam odpowiedział Burgundczyk zdziwiony.
— Może mi pan wskazać młodego pana, który miał być z nim i nazywa się...
— Filip Arbaud.
— Tak, właśnie.
— To ja — odezwał się student, którego twarz zmieniła się nagle pod wrażeniem bolesnego przeczucia.
— List do pana.
— Od mej siostry?
— Tak, od panny Magdaleny.
Młody mężczyzna odebrał go w milczeniu. Obejrzał go. Wiedział, że mógł mu zwiastować tylko smutną nowinę; przebiegł go śpiesznie, mówiąc do Bouraille’a:
— Chodźmy ztąd. Nie mamy na co czekać.
— Nie przyjdzie?
— Wyjechała.
— Oto czegom się obawiał — powiedział Bouraille, kładąc rękę na sercu.
— Gdzie się udała? — pytał Filip.
— Nie wiem.
— Przecież się z nią widziałeś?
— Chodźmy stąd — wołał Bouraille, oddalajac się chwiejnym krokiem.
Smutny był obiad.
Perez towarzyszący im jak wierny pies, nie rozumiał co się stało.
Po obiedzie, Filip powrócił z Peresem i ciężko zmartwionym pisarzem do siebie. Tegoż wieczoru wysłał dwa listy do pałacu de Blangy.
Pierwszy, zaadresowany do matki, brzmiał:
„Siostra moja odjechała. Nie wiem nawet w jakim celu. Pogrążona w rozpaczy i przygnębiona tylu nieszczęściami matka nasza, pozostawiła nam swą wolę. Magdalena spełniła ją okrutnie. Lecz dusza jej za wielka, by żałowała majątku. Jej oburzenie pochodziło z innych przyczyn. Obecnie, po spełnieniu rozkazu matki, pewno sama ubolewać będzie nad tem, co zaszło. Niechaj pani nadal pozostaje w spokoju.
„Wszystko się skończyło. Nie potrzebuje się pani nas obawiać ani powątpiewać. Nikt więcej nie upomni się oto, coby nie przypadało na nas.
„Niechaj pani pozostanie i nadal właścicielką bogactw, wywołujących tyle nienawiści i zemsty i raczy pani wierzyć, iż z duszy i serca życzę jej spokoju i szczęśliwego zakończenia jej cierpień.
„Uniżony sługa
P. S. Za jedyną łaskę, wzamian poświęcenia się mego i mej siostry... błagam panią o doręczenie dołączonego listu, pannie Teresie.
Drugi list brzmiał:
„Wyjeżdżam z Paryża na dni kilka lub tygodni może.
„Okrutne wypadki, dopiero co zaszłe, w których nie brałem żadnego udziału, wyjaśnią pani powód mego przeszłego smutku, tłomacząc wiele punktów przedtem niezbadanych w mem postępowaniu.
„Czem będziemy odtąd? Nieprzyjaciółmi, jak nasi rodzice? Niepodobieństwem. W górach Allevard szukałem spokoju i ukojenia. Anielskie oblicze pani przyniosło mi je. Dałby Bóg, abyś i pani znalazła je ze swej strony.
„Oddalając się, żegnam panią, lecz z życzeniem, aby po tylu troskach i żałobie, spokój i cisza powróciły do niej, aby jej zdrowie nie ucierpiało od cierpień i wstrząśnień tylu.
„Należałoby się pani rozerwać.
„Proś pani matki swej, aby cię wywiozła w lasy drzew pomarańczowych Algeryi, pod jej modre niebo kilka miesięcy, a powrócisz pani zdrowa i silna, jeżeli życzenia serca, szczerze jej oddanego, mogą co dla pani stanowić.
„Żegnam panią, panno Tereso. Wybacz mi pani i wierz, że brat chciałby opatrzyć ranę, zadaną bezwiednie ręką siostry.
„Jeszcze raz, żegnam panią.
W chwili, gdy posłaniec odniósł obydwa listy do pałacu de Blangy, pociąg pośpieszny do Hawru przebiegł trzecią część swej drogi.
Nazajutrz, Bouraille, Filip Arbaud i ich orszak, złożony z Peresa, byłego zakrystyjana w San-Julia spieszyli na pociąg lijoński, dążący do Dijon.
W pałacu de Blangy czyniono przygotowania do pogrzebu markiza.
Pani de Blangy zaniechała wszystkich ceremonii. Życzyła sobie, by zwłoki jej męża przewieziono do Bargundyi i pochowano na cmentarzu, gdzie już spoczywali jej syn Maurycy, wuj stary senator i Filip Valencourt.
Nic łatwiejszego jak stłumić skandal w ognisku świateł gdzie tysiączne spojrzenia tłumu zwrócone są na najmniejszy wypadek.
Nie uwierzonoby. Jednak święta to prawda Paryż, jedyne miasto we Francyi może, gdzie nie wiedzą na jednem piętrze, co się dzieje pod i nad niem, w rozdzieleniu sufitem tylko.
Mówiono mało o zaszłych wypadkach w pałacu de Blangy.
Ogłoszono, jakoby markiz umarł nagle. Przez dni kilkanaście szeptali w salonach fałszywie jedni i drudzy, o przyczynie nieprzewidzianego zakończenia. Inni wierzyli w rzeczywistość pozbawienia się życia, w warunkach wszelkiej powierzchownej pomyślności. Lecz gadaniny rychło ucichły.
Paryżanie zanadto są zajęci własnemi interesami, sprawami, lub przyjemnościami, aby zastanawiać się zbyt długo nad sprawami i interesami drugich.
W tłumie tym samobójcy i umarli nikną natychmiast w ciżbie żyjących.
O dziesiątej z rana wynoszono z pałacu z ulicy de Lille zwłoki tego, który się zwał Franciszkiem Valencourt, markizem Blangy-Cussey, w potrójnych trumnach: aksamitnej, dębowej, i ołowianej.
O tej samej porze w Hawrze syrena transatlantyku „la Bretagne”, która przedtem przywiozła Magdalenę do Francyi, wychodziła z doku w podróż daleką. Niebo było jasne, powietrze chłodne.
W chwili gdy dorożka unosiła Magdalenę z ulicy da Sèze na pociąg z dworca Saint-Lazare, mężczyzna, siedzący w oknie handlu win na rogu ulicy Vignon, śledził za nią, a rzuciwszy zapłatę, wybiegł szybko. Był nim polowy z de Blangy.
Jan Rigaud umiał szybko chodzić i nie byle która z dorożek dorównać mu mogła, Popędził więc za woźnicą, unoszącym przedmiot jego marzeń. Jednocześnie stanął z nią na dworcu Saint-Lazare.
Magdalena, wysiadłszy, rozkazała zabrać walizę do bagaży, a sama poszła za biletem. Powracając na salę pasażerską, posłyszała za sobą znany jej głos:
— Panno Magdaleno!
Odwróciła się, Jan Rigaud stał za nią, co ją niepomiernie zadziwiło.
— Pani odjeżdża? — zapytał.
— Wszakżem cię przestrzegła.
— Prawda, a gdzie pani jedzie.
— Przed siebie.
— Więc się więcej nie zobaczymy?
— Bardzo być może.
— Słyszałem, dokąd pani wzięłaś bilet — rzekł Rigaud, ciężko przygnębiony.
— Nie robię z tego tajemnicy.
— Stałem za panią.
— No i co?
— Jedzie pani do Hawru. Możesz mi pani powiedzieć, nie mam zamiaru ani pani dokuczać, ani jej szkodzić.
— Rzeczywiście, jadę do Hawru.
— A ztamtąd odpływają statki do Ameryki.
Skłoniła głową.
— Pani także wsiądziesz?
— Bardzo być może.
— Jutro?
— Tak, jutro O której?
— O dziesiątej.
— Dziękuję.
— Tylko tyle chciałeś się dowiedzieć?
— Nic więcej nad to. Zobaczymy się jeszcze raz przed odjazdem?
— Gdzie?
— Dowie się pani.
— Więc nie chcesz posłuchać mej rady?
— Nie mogę.
— Wszystko możebne, gdy nie brakuje odwagi.
— Jedną rzecz może mi ją dać.
— Co takiego?
— Pani przyjaźń.
— Masz ją!
— Mówi pani przez dobroć. Brak w niej serca.
— Przysięgam ci.
— Nie przysięgaj pani, życzę szczęśliwej podróży!
— Namyśl się Rigaud, rzekła łagodnie i zgódź się o co proszę. Daj tylko znak.
Świst lokomotywy przerwał rozmowę. Magdalena, wchodząc na stopnie damskiego przedziału pierwszej klasy, rzuciła tkliwe spojrzenie polowemu, wychyliwszy się jeszcze raz z wagonu, czy nie dojrzy kogo ze znajomych.
Jednocześnie Jan Rigaud wchodził do przedziału drugiej klasy, sadowiąc się w samym zakątku wagonu.
Uprzedził młodą kobietę, iż się jeszcze zobaczą przed odjazdem.
Myśl ta mocno ją zajęła.
Po co jedzie do Hawru, gdzie go nic nie pociąga? Po przybyciu na miejsce nie zobaczyła go, jadąc do hotelu Continental nie spotkała go także. Adama Smitha i jego wiernego mulata również nie było.
Pozostała znów sama, smutna, opuszczona, jak przed laty kilku, gdy jechała szukać broni przeciw swym możnym nieprzyjaciołom, a której użyła z tak strasznem następstwem. Zniechęcenie ostateczne opanowało ją.
Młoda kobieta po odniesionem zwycięstwie odjeżdżała tak smutną, jak przed laty kilku, jako młoda dziewczyna, słaba i niepewna przyszłości. Smutniejsza nawet, bo po doznanym tryjumfie czuła się rozczarowaną, znużoną, z żalem w sercu, z trwogą w duszy, za szlachetną i czułą, bez sposobu powetowania tylu łez i śmierci.
Teraz dopiero zrozumiała rady swego brata.
Jakże zatęskniła za spokojem skromnego domku w Jonceray, gdzie przeżyła tyle dobrych lat, otoczona przyjaźnią i sercem mieszkańców Pougny.
Wszakże tam osłodzono jej najcięższe chwile sierocego dziecięctwa, po bolesnych wspomnieniach jej młodocianego serduszka.
Tam żyła i kochała ją jej matka!
Samotność dobrowolna, opuszczenie rodzinnego kraju, pognębiły ją do reszty.
Potrzebowała podpory, serca, a nie było nikogo koło niej.
Gdybyż Adam Smith mógł być przy niej, on, co zawsze był w dobrym humorze, serdeczny, otaczając ją najszczerszą przyjaźnią!
Niestety! widocznie pozostał w Paryżu, kiedy go nie widziała ani na pociągu, ani w hotelu, a teraz nie ma go i na okręcie.
Tydzień strasznej samotności pomiędzy morzem i niebem.
Oto co ją oczekiwało.
Odżałować nie mogła postanowienia tak nagłego wyjazdu.
Tydzień śmiertelnej nudy wobec jej przerażających myśli, przestraszał ją.
Za późno, by się cofnąć.
„La Brétagne“ poruszał się z miejsca, już wychodził z doku, wchodząc do portu.
Cóż wspanialszego nad tego olbrzyma, posuwającego się zwolna, gotowego do długiej walki z niebezpieczeństwem Oceanu.
Na końca grobli portowej stał ktoś, ścigający z natężoną uwagą poruszenia olbrzyma, wsparty na parapecie, z okiem rozognionem, szukał pomiędzy tłumem podróżnych na pomoście jednej znajomej mu twarzy.
W miarę jak „la Brétagne“ zbliżał się, wzruszenie jego powiększało się, jak gdyby każdy ruch parowca skracał chwile jego życia.
Nakoniec odróżnił tę, której szukał.
Była samą, osamotnioną.
Ona także szukała człowieka, którego nie dostrzegała pomiędzy krewnymi i przyjaciółmi, przybyłymi dla przesłania ostatniego pożegnania odjeżdżającym.
Ona, zadawała sobie też pytanie, czy nagle nie zjawi się kto przed nią, a kulka nie dosięgnie jej, zanim „la Brétagne“ wyruszy z portu.
Szalona miłość Jana Rigaud dobrze jej znana.
Nie powiedziałże jej w wigiliją dnia tego, że się zobaczą jeszcze przed odjazdem?
Wyjeżdżała. Za minut kilka będzie już daleko, chwila więc była decydująca.
Nagle zadrżała, dreszcz ją przeszedł.
O kilka sążni, na samym końcu grobli, dostrzegła polowego.
Z kaszkietem w ręku, przesłał jej ukłon, na który mu odpowiedziała, starając się uśmiechnąć. Powiała chustką na znak pożegnania.
Jednocześnie rozległ się wystrzał armatni, jako znak odbijania od brzegu.
Lecz oto co się w tej chwili stało.
Zanim najbliżej stojący Jana Rigaud zdążyli domyślić się jego zamiarów, zdjął swą koszulkę, cisnął o płytę kamienną, poczem jednym skokiem rzucił się przez parapet w morze.
Ogólny okrzyk wydobył się z piersi widzów; nieopisany zgiełk zapanował na pomoście.
Od trzymasztowego statku norweskiego, czekającego w przystani, odczepiono czemprędzej łodzie ratunkowe, zdążając dzielnie z pomocą nieszczęśliwemu, szukającemu śmierci w otchłani Oceanu.
Lecz czem więcej usiłowań, by go wyratować, tem energiczniej szarpał się, aby się nie poddać i zginąć.
Przez 20 minut, podróżni z la „Brétagne“ i obecni na grobli, przypatrywali się wzruszającej scenie desperata, pragnącego uniknąć ocalenia.
Każda z łodzi norweskich zajęta była przez czterech ludzi wiosłujących z nadzwyczajną śmiałością, którzy, co chwila zdawało się, że pochwycą tonącego, otoczywszy go z dwóch, stron.
Magdalena oniemiała, z sercem ściśnionem, śledziła walkę tego człowieka, umierającego dla niej, ostatnia ofiara dramatu, którego stała się smutną bohaterką, gdy nagle poczuła czyjąś rękę, dotykającą lekko jej ramienia.
— Pan to?! — rzekła zdziwiona, spostrzegając Adama Smitha.
— Naturalnie. Myślała pani, że ją pozostawię samą w takiem położeniu!
— Kiedy pan przyjechał?
— Nocnym pociągiem.
— Interesa wstrzymały mnie w Paryżu... a przytem nie chciałem pani przestraszyć. Kto odgadnie myśli kobiety! Obawiałem się, abyś się pani nie zlękła.
— Ja się pana nie lękam, przeciwnie, dodajesz mi pan otuchy!
Nastąpiła chwila milczenia, poczem odezwała się smutnie Magdalena.
— Widziałeś pan?
— Widziałem.
— Przerażające zakończenie.
— Przewidywałem je.
— Pan!
— Rigaud domyślał się, iż podążam za panią.
— Czekał więc na pana?
— Mówiłem z nim dziś rano. Starałem się zmusić go do zmienienia postanowienia. Ofiarowałem mu pomoc, majątek, aby tylko usunąć od pani zmartwienia!
— Szlachetnym pan jesteś. Odmówił?
— Odpowiedział mi: Zabiłem innych... zabiję i siebie.
— Biedny chłopiec!
Dodał przy tem: „Powiedz jej pan, niechaj nie będzie złych myśli, ona jest niewinną... Nienawidziłem Maurycego nietylko z jej przyczyny, lecz i innej, Róży, mej narzeczonej. Poprzysiągłem pomścić się!... Stało się.“
— Dzielny chłopiec! — zakończył Adam Smith.
Od „La Brétagne“ odwiązano remerker. Szruba potężnego okrętu poruszyła pianę za sobą.
Wtem podróżni dojrzeli, jak majtkowie statku norweskiego łowili coś na kształt gałgana, występującego na powierzchnię wody. Zapytali przesłanemi znakami.
Marynarze smutnie poruszyli głowami.
Desperat nie żył.
Słońce grudniowe, przyświecające tej smutnej scenie, wyłoniło się z po za chmur, a ziemia stopniowo znikała z oczu podróżnym we mgle nadbrzeżnej. Adam Smith ujął drżące ręce młodego dziewczęcia i, z niebywałem wzruszeniem a człowieka z tak silnym hartem duszy, wyrzekł:
Osiem miesięcy upłynęło od ostatnich wypadków w pałacu de Blangy.
Rok 1889 pamiętny był dla Filipa Arbaud, jako rok ukończenia kursów medycznych.
Po wyjeździe Magdaleny, Filip wyjechał na dni kilka do Pougny, poczem powrócił do Paryża dla ukończenia nauk.
Bronił z powodzeniem rozprawy kandydata stopnia akademickiego.
Nakoniec nauka uwieńczona pomyślnym skutkiem i Filip Arbaud, po doktoryzowaniu się, postanowił jeszcze jakiś czas pozostać w Paryżu. Bardzo często, błądząc samotnie, przechadzał się koło pałacu de Blangy, wiecznie zamkniętego jak grób.
Kiedy niekiedy tylko roztwierała się główna brama, a z niej wychodził odźwierny dla pogawędzenia z sąsiadami. Stróż ten, zresztą, niewiele mógł powiedzieć, co się dzieje z państwem.
Markiza z córką i kilkoma służącymi wyjechała do Algeru. Joson Kerhoël pomimo podejrzeń jego wierności, Zuzanna garderobiana jej córki i kilka najdawniejszych służących towarzyszy paniom.
Odźwierny wiedział tylko, iż pani de Blangy zamieszkiwała willę w okolicy Algeru, w górnej Mustapha, obok pałacu gubernatora, zmuszona do tego pobytu z obawy o zdrowie córki, pomimo, że i sama markiza podupadła na siłach.
O smutnych wypadkach, poprzedzających podróż markizy, odźwierny milczał uporczywie, nie zaspokoiwszy ciekawości przyjaciół przyległych ulic pałacu de Blangy.
Zresztą, i sam nie umiał sobie wytłómaczyć tych wypadków. Ile razy przechodził Filip koło tego domu, tak ożywionego niegdyś, a opuszczonego i milczącego obecnie, serce jego biło gwałtowniej. Napróżno oczekiwał roztworzenia się okiennicy, podniesienia rolety, a za nią ukazania się wyrytej w jego sercu twarzy.
Wszystko zamknięte; najmniejszej wiadomości od tej, o której myślał bezustannie.
Siostra jego Magdalena również nie dawała znaku życia o sobie. Co się z nią stało? Smutek więc jego coraz się powiększał. Szukał ukojenia w nauce, oddał się jej z zapałem i nakoniec został doktorem.
Pewnego wieczoru, w ostatnich dniach lipca koło siódmej godziny powracając do swego małego mieszkanka na ulicę Jakob, spotkał przy bramie wchodowej mężczyznę, oczekującego nań.
To Bouraille, ubrany jak w dnie wielkich uroczystości, a przytem dziwnie rozpromieniony i uradowany.
Wewnętrzna radość wybiła się na jego szerokiej dobrodusznej i uczciwej twarzy.
— Ty w Paryżu! — zawołał Filip.
— Dopiero com przyjechał.
— Po co?
— Powiem ci, lecz wpierw ubierz się.
— Przecież jestem ubrany.
— Nieładnie. Należy się wystroić panie doktorze.
— Cóż się znów stało?
— Idziemy w świat.
— W jaki?
— Zobaczysz. Mogę ci tylko powiedzieć, iż wierzę w dobre wiadomości i dla tego też odbyłem podróż tę z wielką przyjemnością.
Filip, zadawalniając opiekuna, przebrał się i w kilka minut schodził razem ze swym przyjacielem Bouraille’m.
— Gdzie idziemy?
— Zobaczysz — odpowiedział Bouraille, zatrzymując dorożkę.
Przed Operę — zawołał, a gdy wsiedli dał pupilowi bilecik, odebrany z Ameryki.
„Mój najukochańszy przyjacielu“!
„Nie stawiłam się przed ośmiu miesiącami na umówioną schadzkę przed Operą, wybacz mi i niemiej do mnie żalu. Chcę powetować błąd mój. Wtorek 31 lipca, plac Opery, o siódmej wieczorem.
„P. S. Przy prowadź z sobą Filipa, mam dla niego pomyślne wiadomości.“
Młody człowiek przycisnął bilecik do serca, niezdolny wymówić ani słowa.
Zkąd szczęście mogłoby zabłysnąć dla niego, jeżeli nie od panny de Blangy?
Lecz jakim sposobem Magdalena dowiedziała się, co się stało z Teresą?
Przed Operą oczekiwała ich miła niespodzianka. Magdalena tam była!
Magdalena tryskająca zdrowiem, jaśniejąca świeżością, z obliczem rozpromieniouem, zadowolona, szczęśliwa, piękna, zwracająca uwagę przechodniów.
Nie była samą.
Ubrana w skromną popielatą suknię, nadzwyczaj elegancką, powabniejsza niż zwykle, rzuciła się na szyję Bouraill’owi i bratu.
— Nakoniec widzę was! — zawołała.
Pisarz nie mógł przyjść do siebie, wzruszenie i szczęście tamowały mu oddech w piersi.
— O! gdybyście wiedzieli — mówiła Magdalena — jak tęskniłam za wami, chociaż jestem również nie wdzięczną, mówiąc wam to, jak byłam, opuszczając was.
— Mój mąż, pan Adam Smith — rzekła Magdalena, biorąc pod rękę swego towarzysza.
Bouraille głęboko westchnął.
— Mężatka! I skrywałaś to przed nami, twemi przyjaciółmi!
— Chciałam wam sama przedstawić mojego męża. A teraz zabieram was z sobą — rzekła wesoło. — Jedziemy na obiad na Champs-Elysses.
— Do kogo?
— Zobaczycie.
Przepyszne lando, zaprzężone w dziarskie konie, stało o kilka kroków. Na dany znak przez Adama Smitha, lando potoczyło się pod sklepienie jednego z pałaców, zbudowanego ze zbytkiem i przepychem.
— Podarunek od mego męża — szepnęła do Bouraille’a, wchodząc na schody wykwintnie ozdobionego mieszkania.
— Więc jesteś bogatą? — zapytał pisarz z oczami zaiskrzonemi.
— Bogatą i szczęśliwą, kiedy jestem przy was. Amerykanin wpatrywał się czule w swą żonę, co dało możność poznania, do jakiego stopnia był w niej zakochanym.
Podano obiad w sali jadalnej, wytwornie zastawionej.
Bouraille usiadł po prawej, Filip po lewej stronie. W czasie obiadu nachyliła się do ucha brata.
— Zawsze ją kochasz? — zapytała.
— Tak.
— Masz jakie od niej wiadomości?
— Nie, żadnych.
— To ja je mam.
— Wspomniałaś, że dobre — rzekł Filip z sercem ściśnionem.
— Jak tylko być może najpomyślniejsze. Doktorzy pomylili się. Słońce Algeru przemieniło ją.
— Co mówisz?
— Zdrowie jej zadawalniające. Zmartwienia przechodzą. Podróżując, zapomina się. Ja także zapomniałam!
— Co się z nią teraz dzieje?
— Powraca.
— Do Paryża?
— Nie, do Blangy.
— Kiedy?
— Prawdopodobnie dziś jeszcze...
Filip zadrżał.
— Ty — odezwała się Magdalena — będziesz tam jutro.
— Czy to być może!
— Czytaj rzekła, podając mu list — tylko głośno.
List był od Teresy de Blangy do Magdaleny.
„Czas pewien upłynął od naszych nieszczęść. Dzięki twej i brata twego szlachetności, honor naszego imienia ocalony o tyle, o ile nim mógł być“.
„Matka moja serdecznie wam dziękuje za waszą szlachetność. Co do mnie, proszę cię wybaczyć mi krzywdy, wyrządzone wam przez moich, jak ja wybaczam ci twoje sprawiedliwe urazy. Mojem najserdeczniejszem życzeniem, aby dzieci wyrugowały z pamięci winy tych, którzy już nie żyją.
„Nie mam pojęcia, jak jest usposobionym względem mnie Filip. Pozostawiłam mu czas do namysłu. Czyż potrzebuję ci donosić, iż od smutnej i tragicznej śmierci mego ojca, moja matka i ja uważamy majątek jako nie nam należny. To, co moja matka posiadała, wystarcza dla nas, i dałby Bóg, abyśmy były nigdy innego nie znały.
„Od chwili, jak przybyłyśmy do Algieru, zdrowie moje polepsza się z dnia na dzień. Dom, jaki zajmujemy, odosobniony i otoczony ze wszystkich stron wielkiemi ogrodami drzew palmowych i pomarańczowych. Mało co wychodzimy.
Matka moja upodobała tę samotną pustkę. Zamyśla wstąpić do klasztoru, nie aby zaprzysiądz śluby, lecz jako pensyjonarka. Spodziewam się, że zaniecha tego zamiaru. Zmieniła się do niepoznania. Podstarzała o jakie lat kilkanaście, włosy jej jak szronem pokryte. Potrzeba, abyś koniecznie powróciła do Francyi dla uregulowania waszych interesów, gdyż my nie możemy przyjąć ofiary, jaką nam uczyniliście.
„Od Josona Kerhoëla dowiedziałam się o twoim adresie. Wiem, żeś pisała do niego, dowiadując się o mem zdrowiu i stanie mej duszy; nie umiem ci dostatecznie podziękować, wzruszyłaś mnie do głębi serca. Zuzanna ze swej strony, odkryła mi wiele rzeczy. Wierzaj mi, moja kochana Magdaleno, że już przedtem domyśliwałam się części prawdy. Niestety! nienawiść rodzinna zgubną bywa. Nie chcę myśleć nawet o tej ohydnej przeszłości i usiłuję puścić ją w niepamięć. Gdy list ten otrzymasz, będziemy już w drodze do Francyi, lecz nie do Paryża. Jakiś czas zamieszkamy w Blangy. Najpierw samabym chciała się z tobą widzieć, aby zaoszczędzić matce tej przykrej rozmowy. Wszystko ci wytłomaczę.
„Gdy przybędziesz, oznacz godzinę i miejsce, gdzie cię spotkać mogę.
„Od chwili mego powrotu do Blangy, małe drzwiczki ze strony parku wychodzące na cmentarz będą otwarte.
„Otrzymawszy choćby słówko od ciebie, oczekiwać cię będę z niecierpliwością.
„Postanawiamy często chodzić na te świeże mogiły, błagając łaski i przebaczenia dla istot tam pochowanych.
„Do rychłego zobaczenia się, moja kochana Magdaleno.
„Dusza moja nie zdolna do urazy a i twoja powinna je zapomnieć, nie dając przystępu dawnym żalom i bólom.
„Pozwól mi przesłać sobie najserdeczniejsze uściśnienie z mego wygnania, a życząc ci zupełnego spokoju, polecam się twemu sercu i pamięci.
Anielskie to dziewczę dołączyło maleńkie postscriptum.
„Gdy zobaczysz Filipa, twojego brata, daj mu przeczytać ten list, przeznaczony zarówno dla ciebie, jak i dla niego.
List zaadresowano: Pani Adam Smith, Magdalena z Valencourt’ów w Smith-House, par Boston, Stany Zjednoczone Ameryki“.
— Odpisałaś? — zapytał Filip.
— Wczoraj, kilka słów.
— Jakich?
— Czwartek, przy małych drzwiczkach parku, o dziewiątej wieczorem.
— I będziesz tam?
— Nie. Poślę zastępcę...
— My pojedziemy do Bellemare, — rzekła, odwracając się do męża. Wszystko przygotowane na nasze przyjęcie.
Jesteśmy ludźmi niewymagającymi, mówiła z uśmiechem, zadowolnimy się małem. Bellemare, jedyna to posiadłość, jakiej pragniemy w Burgundyi, lecz nie ustąpię ci także mego działu z Jonceray. Zachowamy go jako naszą wspólną własność, jako pamiątkę po naszych dzisiejszych przyjaciołach i dawnym szlachetnym ojcu naszym.
Bouraille uścisnął rękę Magdaleny. Oczy poczciwego pisarza zaszły łzami, na wspomnienie przyjaciela Wincentego Arbaud. Nazajutrz wszyscy czworo podążyli do Beaune.
Skromny, wynajęty powóz zawiózł ich do Bellemare.
Tony, totumfacki Amerykanina, pojechał naprzód.
Własność pułkownika całkiem przekształcona. Nie mając większego niż kiedyś znaczenia, domek został doprowadzony do stanu wzorowego porządku, umeblowany bez zbytku, lecz z dostateczną wygodą. Ogród, przepysznie utrzymany, ozdobiony był kwiatami.
Mały pawilonik, gdzie zaszła pierwsza scena tego rodzinnego dramatu, urządzono tak, jak i przedtem. Dwoje ludzi strzegło pagórka: mąż i żona.
Z dobrym gospodarskim objadem oczekiwano gości.
Bouraille szczęśliwy był jak król w pośród tych dwojga dzieci, podzielając ich szczęście.
Adam Smith rad i zadowolony, dawał dowody swej bezgranicznej miłości dla tej dziewczyny odważnej i wytrwałej, którą podtrzymywał i której dopomagał wszelkiemi silami, lecz której zawdzięczał najdoskonalsze szczęście.
Jeden tylko Filip był wzruszony, zdenerwowany, niespokojny.
Gdy zmierzch zaczął zapadać, mały wózek, rodzaj koszyka, zaprzągnięty w ładnego karego kuca, podobnego do tego, jakim kiedyś przyjeżdżał jego ojciec z Blangy na schadzkę z Magdalena Stefani, zatrzymał się przed drzwiami.
Tony siedział na koźle.
Młody doktór uściskawszy siostrę, szwagra i opiekuna, wsiadł szybko do przygotowanego ekwipażu.
Na wyjezdnem Magdalena szepnęła.
— Odważnie! Jesteś kochanym!
Powozik ruszył w drogę.
Wkrótce zmrok zapadł zupełnie.
Księżyc jasny; odbijający majestatycznie od ciemno-niebieskiego tła nieba, przyświecał razem z gwiazdami, rozsianemi jak dyjamenty, dwóm podróżnym, przejeżdżającym gęsty las obszernych włości de Blangy.
Dziesięć minut przed dziesiątą kuc zatrzymał się w zaroślach, otaczających wioskę.
Młody człowiek wysiadł, podczas gdy Tony strzegł kuca w tem oddalonem miejscu.
Filip szybko przeszedł należące do gminy pustkowie. Światło żółtawe wychodziło z okien kawiarni, wdowy Lebidois i zdala od drogi, na progu domów, kilku mieszkańców oddychało świeżem powietrzem wieczora po skwarze dnia nużącego.
Filip przeszedł w cieniu, jak owego wieczoru, gdy przybywał z Jonceray na wezwanie Teresy. Wkrótce wszedł na cmentarz, zdążając do małych drzwiczek parku.
Były otwarte.
W otworze, stała kobieta, lecz nie w bieli, jak podczas ich pierwszego spotkania. Ubrana w czarną żałobną suknię. Kobietą ta była panna de Blangy.
Na widok młodego człowieka, cofnęła się o kilka kroków, lecz opamiętawszy się, powróciła do niego, mówiąc:
— O jak twa siostra jest dobrą! Po pierwszem przywitaniu, wzięła go w milczeniu pod rękę, podprowadzając do grobu skromnego, z czarnego marmuru, przy którym uklękła.
Z głową wspartą na ręku, pozostała chwil kilka, pogrążona w modlitwie.
Filip widział jak pierś jej podnosiły łkania, słysząc niemal spływające zły po jej policzkach.
— Tereso! zawołał:
Podniosła się zwolna, on ją przyjął w roztwarte ramiona, a usta ich połączyły się w serdecznym pocałunku.
Teresa i Filip pobrali się i są najszczęśliwszem po dziś dzień małżeństwem.
Pani de Blangy nie wstąpiła do klasztoru, lecz mieszka na ustroniu, czyniąc dobrze ile tylko może, pragnąc powetować krzywdy dawniej wyrządzone. Oddaliła się do niewielkiego zamku w pewnej odległości od Blangy.
Joson Kerhoël i Zuzanna pozostaną prawdopodobnie do końca życia przy nowo zaślubionych.
Okrutna przepowiednia doktorów mylną stała się co do zdrowia Teresy. Młoda mężatka cieszy się doskonałem zdrowiem, jeżdżąc przez wdzięczność, a nie potrzebę, co zima pod cudne niebo Algieru, gdzie mąż jej zakupił wygodną posiadłość.
Adam Smith i Magdalena zamieszkują kolejno Smith-house i Paryż, czasami Bellemare lub Blangy, a najczęściej Jonceray, który odnowiono i powiększono, przeznaczając je jako miejsce zebrań szczęśliwej rodziny.
Celem głównym odnowienia domu w Jonceray była chęć okazania dozgonnej wdzięczności Bouraille’owi i przyjaciołom z Pugny, których przybrane dzieci Wincentego Arbaud otaczają poszanowaniem i najszczerszą czułością. Obsypują dobrodziejstwy wszystkich, którzy im dopomagali w ich przeciwnościach.
Peres, dawny zakrystjan w San-Julia, został najbogatszym właścicielem swej okolicy w obwodzie dwumilowym.
Marcin Colorgne żyje z renty; stara Marion dogorywa w spokoju w Jonceray.
I nie ma szczęśliwszych w okolicy. Pieniądze, nagromadzone przez Franciszka Valencourt, spływają obficie na ubogich i wspomagają nędze.
Teresa i Filip dopomagają dyskretnie sąsiadom z Pugny, używając form jak najdelikatniejszych, by nie obrazić ich godności osobistej.
Cassegrain, Pitard i inni goście z kawiarni de Commerce, sławią swych nowych właścicieli.
A występki tajemnicze, mało komu znane, zacierają się i nikną, jak ziemia, zaorana pługiem rolnika lub motyką ogrodnika, ukazuje na wiosnę swe szaty zdobne w zielone plony i barwne kwiaty.
- ↑ Tytuł części pierwszej dodany na podstawie wydania Haine et amour par Charles Mérouvel Paris 1891 wydawnictwa E. Dentu https://gallica.bnf.fr/ark:/12148/bpt6k69127p/f4.item.r=Haine%20et%20amour
- ↑
Brakujący fragmenty str. 587-588 uzupełniono tłumaczeniem Wikiskryby Wydarty na podstawie „Haine et amour“ Charles Mérouvel, Wydawnictwo E. Dentu Paris 1891 r., str. 349-350 [[1]]