Nienawiść i miłość/Część pierwsza/całość
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cała powieść |
| Indeks stron | |
|
Nienawiść i Miłość
przez
KAROLA MEROUVEL’A,
tłomaczona z francuskiego przez L. J.
|
Jak drzewo ma korzenie, rzeka źródła, tak każdy wypadek ma swój początek.
Opowiadanie nasze nie będzie dramatem, lecz raczej niejako wstępem do niego.
Powód do nienawiści, mający wydać haniebne następstwa, był wielki, jak nam to wykaże treść niniejszej powieści.
Chcąc ją wyjaśnić, należy się cofnąć do najświetniejszych czasów ostatniego cesarstwa.
Zamek de Blangy-les-Vignes, położony na zachód, w okolicy lesistej, ciągnącej się siedem mil ku wi, około Beaume, należał podówczas do markiza Rolanda de Blangy-Cussey wielkiego ekscentryka i uczonego, o którym dziś jeszcze wspominają.
Rezydencyja to prawdziwie książęca.
Markiz wydawał świetny objad dla swych sąsiadów, a było to w dniu 10 sierpnia 1862 r.
Liczne i ożywione towarzystwo zabawiało się rozmową, grało w wista, uprzyjemniało sobie czas muzyką lub flirtowało w salonie.
Burgundyja to kraj szczęścia.
Pan de Blangy urodził się w niej i kochał ją tak jak wszystko co było dobrem, delikatnem i smacznem.
Lubił ogólnie to, co dogadzało zmysłom skończonego egoisty i filozofa sławnej sekty epikurejczyków: dobre urzędy, synekury z intratnymi dochodami, piękne kobiety, uczty, a przedewszystkiem pieniądze, które dopełniały, czego tylko zapragnął. Średniego wzrostu, otyły, rumiany, wesoły, a jako człowiek, któremu się dobrze wiodło, pomimo siwych lecz gęstych włosów, cerę miał świeżą, usta wypukłe, twarz uśmiechniętą. Szyja zbyt krótka, twarz mocno zaczerwieniona, znamionowały skłonność do apopleksyi.
Lecz markiz nie myślał o tem, odsuwając wszelkie trwożliwe przypuszczenia.
W sześćdziesiątym siódmym roku życia uważał się jeszcze za młodego, przepędzając czas na bezustannych rozrywkach.
Zbytecznem dodawać, że był bezżennym.
Filozofowie tego rodzaju potępiają małżeństwo i jego kajdany.
A jednak, pomimo to, markiz de Blangy był obarczony dziećmi, na co się często użalał.
Pan de Blangy miał młodszą siostrę; ta znudzona panieństwem, poślubiła w trzydziestym roku życia szlachcica, ziemianina z okolic Conlanges-la-Vineuse, nazwiskiem rodzinnem Boutrais, zwanego pospolicie panem Valencourt od dóbr jakie posiadał.
Ów pan Valencourt dążący za prądem czasu, zastosował postępową uprawę ziemi w swoim majątku tak nieszczęśliwie, iż ta go doprowadziła do ruiny, następstwem czego troski i zgryzoty otworzyły mu grób przedwcześnie.
Żona nie o wiele dłużej przeżyła męża, osierociwszy dwóch synów, poleconych opiece brata.
Wskutek nieświetnych interesów ojca, synowie otrzymali resztki mienia, przynoszące po dziesięć tysięcy franków renty dla każdego.
Markizowi przeciwnie dziwnie się we wszystkiem szczęściło. Senator, dobrze widziany na dworze, poważany przez wybitniejsze osobistości, szybko powiększał swoją ojcowiznę.
Pozostawszy na czele rodziny, chciał zostać srogim, nie będąc w gruncie tak złym, jakim się chciał okazać.
Jeżeli więc jego siostrzeńcy, których w przystępie dobrego humoru nazywał Butrynami albo panami Valencourt, nie znaleźli w nim troskliwego ojca, zdolnego im poświęcać wiele czasu i starań, to przynajmniej, nie opuszczał ich.
W r. 1862 Franciszek i Filip Valencourt, jak zwykle ich nazywano, byli dorosłymi mężczyznami. Jeden 27 lat, drugi 24 — niepodobnymi do siebie, ani pod względem fizycznym, a tem więcej moralnym.
Filip, młodszy, był to piękny brunet, silnej budowy, tryskający zdrowiem, żywy i niepowściągliwy. Jego włos obfity i ciemny zawstydzał niejako rzadkie i żółte włosy starszego; jego cera gorąca i krwista, czyniła, bez porównania bledszą cerę drugiego, bladego z odcieniem żółci, zebranej na powłoce skóry; jego oblicze szczere i serdeczne z nosem prostym, ustami szkarłatnemi, pięknymi zębami, z rękoma wyciągniętemi zarówno do wieśniaka, jak i ludzi odpowiednich swej pozycyi towarzyskiej, zjednywało mu tyle sympatyi, ile przeciwnie usta zaciśnięte, czoło zmarszczone, nos spiczasty, spojrzenie ponure i unikające Franciszka, wzbudzały nieufność, wprost odpychały od niego. Wytworny w obejściu, wysoce grzeczny lecz chłodny, Franciszek Valencourt nie dawał powodu do krytyki, ale też i nikt by się przed nim nie użalił, w obawie, aby nie był zgromionym.
W zebraniu, nadto owego wieczora spostrzegamy wiotką, młodą dziewczynę, o włosach kasztanowatych, cerze brunetki, oczach błyszczących pod gęstemi brwiami, ładną, czyli raczej pociągającą, pomimo niezbyt regularnych rysów z noskiem zadartym, ustami trochę może za szerokiemi — przechodzącą z jednej grupy do drugiej ze śmiałością i pewnością znamionującemi osobę mającą uznanie w domu, wyróżnianą przez gości, niespuszczaną z oka przez markiza, którego zdawała się być dzieckiem rozpieszczonem.
Jego córka? Nie... Tylko jego wychowanica. Panna Ludwika de Chambeyre była sierotą, córką vice hrabiego de Chambeyre, serdecznego przyjaciela senatora.
Ludzie wtajemniczeni utrzymywali, że jej majątek dochodził do dwóch milijonów...
O majątku markiza de Blangy, mówiono, że renta roczna wynosi więcej niż trzy milijony franków.
Markiz przecież był bogatszym niż przypuszczano... Siostrzeńcy też jego, powinniby byli, podług wszelkiego prawdopodobieństwa, odziedziczyć wielki majątek, lecz wujowi podobnego charakteru rozsądniej było, niedowierzać.
Nie było tygodnia, w którymby nie powtarzał obudwom młodym ludziom, żeby liczyli tylko na siebie samych, gdyż on rozporządzi swem mieniem podług własnej chęci.
Kiedy markiz czynił te napomnienia, Filip Valencourt, śmiał się szczerze, bezinteresowny w kwestyjach pieniężnych.
Franciszek naśladował go, lecz uśmiech jego był fałszywy, żółciowy, jak jego cera.
Majątek wuja leżał mu na sercu.
Pieniądz to jego bożyszcze...
W interesach też przeważnie poznajemy charakter... Markiz de Blangy, siedząc w dużym fotelu przed stołem gry, od którego dopiero co się oddalili jego partnerzy, przywołał swą wychowanicę.
— A więc? zapytał tonem ojcowskim. Twoja odpowiedź?
— Jeszcze nie...
— Czegóż więc chcesz?
— Namyślić się...
W tejże samej chwili, wysoki, młody człowiek zbliżył się do kółka utworzonego przez senatora i jego wychowanicę, mówiąc pół głosem do starca:
— Proszę wuja o pozwolenia oddalenia się.
— Już?
— Jedenasta godzina!
Był to Filip Valencourt. Wuj spojrzał srogo, źle pokrywając skrytą czułość i odpowiedział:
— Możesz nas pan opuścić. Nie dopytując się o życie, jakie prowadzisz, ale jeżeli się zdarzają niedorzeczności, na które zamykam oczy, to są głupstwa, których nie będę tolerować... Uważasz, com powiedział?
— Jakto mój wuju?
Markiz pociągnął go silniej ku sobie i rzekł cicho:
— Naprzykład, głupie ożenienie się.
Potem, odsunąwszy się powiedział ostro:
— Dobrej głowie dość na słowie. Idź!
Filip Valencourt pokraśniał jak wiśnia, a opuściwszy głowę, oddalił się. Nagle jednak poczuł maleńką rączkę na swem ramieniu, i wypowiedziane ozięble:
— Potrzebuję pomówić.... natychmiast.
Ton był rozkazujący. Filip podniósł głowę. Twarz Ludwiki de Chambeyre bardzo blada ze wzruszenia, którego nie mogła pokonać, sprawiła na nim silne wrażenie, połączone z pewną obawą.
Widocznie przeczuwał jakieś zwierzenie i lękał się go. Poprowadziła go do fortepianu okrytego w większej połowie, grubą japońską materyją, a siadając na taborecie zaczęła przygrywać pół głosem, podczas gdy Filip z miną znudzonego i niezadowolonego, oparł się o poręcz fotela o dwa kroki od niej.
Nie przestając grać, jak gdyby w melodramacie, akompaniując sobie zaledwie, rzekła:
— Czy wiesz, proponują mi zamążpójście.
— Już!
— Mój opiekun mówi, że mam lat 20 i że czas o tem pomyśleć.
— Jeżeli tak mówi, on, który ma tyle doświadczenia, musi mieć racyją. Usłuchaj go. Jesteś bogata, kochana Ludwiko. Panny, takie jak ty, nie dojrzewają w panieństwie.
— To właśnie o czem myślał twój brat...
— Franciszek!
— On. O czem myślisz?
— Ja? spytał młody człowiek.
— Może marzysz o wycieczkach nocnych jakie odbywasz...
— O wycieczkach? wymówił niewyraźnie zmięszany.
Dokończyła ozięble.
— Od niejakiego czasu...
— Jesteś tego pewną?
— Zupełnie.
Po tej zaczepce, Filip Valeucourt okazał zdziwienie, lecz prędko przyszedł do siebie i tonem najspokojniejszym, odpowiedział dobitnie:
— A więc bezwiednie staję się lunatykiem.
— Bez głupich żartów... sprawa jest poważną.
Filip ustąpił i rzekł:
— Jesteś bardzo zdenerwowaną dzisiejszego wieczora..
Mów. Słucham cię... Powiadasz...
— Że twój brat umizga się do mojego posagu.
— O! odpowiedział Filip zgorszony, chciałaś powiedzieć, do twojej młodości Ludwiko, do twych wdzięków, ogólnie do twej osoby.
Wzruszyła ramionami i uderzyła kilka akordów z taką siłą że aż brzękły struny fortepianu.
— Znam Franciszka, powiedziała. Jest to serce obojętne, oschłe jak zarośla z Motte-Rouge.
Była to miejscowość najnieurodzajniejsza i najniewdzięczniejsza z całego kantonu, istny lodowiec...
— Franciszek przysięga na swych wielkich bogów, że mnie uwielbia, ale czyż on jest zdolnym kochać co innego nad pieniądz, który jest jego bóstwem...
— Oczerniasz go.
— Niechaj i tak będzie!
— Zapewniam cię, że go źle sądzisz...
— Bronić go, to jest być dobrym bratem, ale...
— Bądź szlachetniejszą... Lituj się nad tym biednym Franciszkiem... Zgódź się na to, czego on tak pragnie, oczekuje z niecierpliwością...
Palce młodej dziewczyny pozostawały nieruchome na klawiszach.
— Ty mi to radzisz, ty! zawołała.
— Bez wątpienia.
— Ty! ty! ty! powtarzała z wzrastającym niepokojem.
— Cóż to tak nadzwyczajnego! Czyż nie jestem bratem Franciszka, prawie i twoim? Czyż niepowinienem pragnąć jego szczęścia!
— A z mojego nic sobie nie robisz?
— Jesteś srogą, ale niesprawiedliwą.
— Sądzę, że przymiotom serca i rozumu Franciszka, dajesz pierwszeństwo nad innemi, trochę więc rozsądku z twej strony, a będziesz zupełnie szczęśliwą, zostając jego żoną.
Potrząsnęła głową kilka razy, zacisnęła usta, pierś jej podnosiła się pod wpływem wzruszenia.
— Co ci jest? zapytał młody człowiek z niezmienną cierpliwością. Nigdy cię jeszcze takiej nie widziałem.
— Dosyć, odpowiedziała głosem stłumionym, ranisz mię do głębi duszy, radząc mi poślubić Franciszka, którego nienawidzę... Nigdy ci nie zapomnę tej przykrości, którąś mi wyrządził w tej chwili.
— Ludwiko... mówił, próbując powstrzymać ją.
— Słuchaj uważnie! nie mogę kochać twojego brata, najpierw, że mi jest wstrętnym, a w rzeczywistości...
— Ludwiko... przerwał.
— Nie mogę go kochać przedewszystkiem dla tego, bo kocham innego.
Oczekiwała zapytania... lecz napróżno.
— Ten jednak jest zajęty kim innym. Nie wiem. Jego serce oddane drugiej, dla mnie jest zamkniętem. To jeden jedyny, który zwrócił moją uwagę, jeden któregobym pragnęła posiąść. Dziś rano, miałam jeszcze nadzieję... słabą... lecz jeszcze nie rozpaczałam. Teraz wszystko skończone. Tyle bym go była kochała, gdyby chciał, ile...
Nie dokończyła. Usta jej drżały.
Filip wstał.
— Uważaj... zwrócono na nas uwagę.
— Wszystko mi jedno, czyż nie dosyć powiedziałam?... Do jutra, Filipie.
Wziął jej rękę i przycisnął do ust.
— Jutro! odpowiedział.
W pięć minut potem wychodził z zamku, oddalając wspomnienia jak przykre mary, a zapalając cygaro nucił zwrotkę śpiewki francuskiej:
Przestajesz mnie kochać, jam znów przy tobie.
Doszedłszy do stajni, uderzył po ramieniu służącego, krępego, o rudych włosach, który nań czekał, wyciągnięty na wiązce słomy, przy latarni, pod daszkiem.
— To pan, panie Filipie? — zapytał służący.
— Ja. Koń, czy gotów?
— Osiodłany. Gdybym śmiał...
— No co?
— Powiedziałbym...
— Powiedziałbyś mi, Josonie?...
— ...Że lepiej by pan zrobił, gdyby wybrał inne godziny dla obiegania lasu...
— Dlaczegóż to?
— Widzieli pana jadącego ze strony Bellemaru.
— Kto taki?
— Ten i ów... Paplą już o tem. Udaję, że nie uważam, co mówią... Ale słucham... Pułkownik rozgniewany i z bronią nabitą na ludzi de Blangy... Gdyby się czegoś domyślili.
— To nic, Josonie, mój przyjaciela, to nic. Nie obawiaj się. Ty tu zostaniesz.
— Spać będę do pana powrotu.
— Dobrze.
Służący Filipa Valencourt’a dobrze mu radził.
Służący ten, byłto waleczny żołnierz, przywieziony z Dijon‘u, gdy skończył służbę u znajomego mu kapitana, przyjaciela Filipa Valacourt’a, który mu powiedział:
— Jeżeli potrzebujesz służącego, weź go. Nigdy nie znajdziesz lepszego...
I w istocie tak było. Wojsko – to rodzina, w którem się wzajem poznają. Joson Kerhoël był podrzutkiem z Morbihan’u.
Bretończyk, milczący jak kamień, waleczny jak lew i wierny, jak pies.
Od dwóch lat pozostawszy jedynym służącym młodego pana, Joson Kerhoël przywiązał się namiętnie do niego. Filip Valencourt, nie zwracając uwagi na jego rady, pojechał, ścieżkami lasu, zalegającego okolicę.
Duży kuc szedł kłusem przez dobrą godzinę.
Był z tych, co się oszczędzał, by dłużej wytrwać.
O północy sam zatrzymał się przy skraju gęstych krzaków bukowych, zdobiących pagórek, zwany w kantonie Butte-aux-laies, pewnie na pamiątkę rodziny dzików, która się tam osiedliła.
Tam jeździec zsiadł z konia.
Wdali wszystko było ciemne.
Małe tylko światełko błyszczało w głębi doliny, pomiędzy dwoma zarosłymi pagórkami.
Serce młodego człowieka silniej zabiło.
Oczekiwano go. To światło było celem jego wycieczki.
Przywiązał spokojne zwierzę do pnia zrąbanego drzewa i w kwadrans później przybył do małego parku, otoczonego ze wszystkich stron płotem z cierni i grabiny.
W środku stał skromny domek, którego białość odbijała na ciemnem tle gęstych krzaków i ulicy sadu winem i drzewami wiśniowemi wysadzonej.
Światło przewodniczące nocnemu podróżnikowi, nie ukrywało się w tym domu, lecz w pawilonie, odosobnionym, zbudowanym przy skraju posiadłości otoczonej murem.
Miejsce to zwano Bellemare.
Właściciel tej posiadłości, podobnej więcej do plebanii wiejskiej był to pułkownik pochodzenia korsykańskiego, pobierający pensyją za nieskończoną służbę bo miał dopiero pięćdziesiąt pięć lat lecz chwalebny dokument swych zasług.
Słowa markiza de Blangy, wypowiedziane siostrzeńcowi: „Te niedorzeczności, których nie będę tolerował, n p. to głupie małżeństwo!“ — mogły się zdawać niezrozumiałe. Lecz wuj miał powód ich wypowiedzenia, z powodu ludzkich gawęd, dochodzących uszu bogatego starca.
Jeżeli Joson Kerhoël przestrzegał swego pana, że już mówią o tem w zamku, nie było to bez powodu.
Stróże spotkali go błądzącego o koło około Bellemar’u, zamieszczonego w regestrze kasztelana de Blangy, a będącego własnością pana Stefani.
Pułkownik Stefani i markiz przedstawiali dwa przeciwne żywioły: ogień i wodę.
Nienawidzili się na zabój. Nienawiść ta datowała się oddawna.
W czem leżał jej początek nikt nie umiał wytłomaczyć.
Otrzymawszy nędzną ojcowiznę około Sarten’u, pułkownik Stefani podczas.
swego pobytu w Dijon’ie, ożenił się z miłości.
Żona jego, Burgundka, wniosła mu w posagu mały folwarczek, otoczony, gruntami markıza i domek, w którym się osiedlił.
Wkrótce wszczęły się sprzeczki i procesy między dwoma sąsiadami. Kłótnie o granice powtarzały się często. Nakoniec wskutek wielkich kosztów i krzywd, jakie na pułkownika spadały, zrujnowany prawie do ostatka, został zmuszony sprzedać za niską cenę folwark, stanowiący jedyny dochód przy niewielkiej pensyjce.
Bolesna to była rana dla pułkownika.
Charakter jego, i tak już zgryźliwy i dziki, zgorzkniał jeszcze, gdy za lat kilka spadło nań nowe nieszczęście. Stracił ukochaną żonę.
Od tego czasu przy każdej sposobności żalił się na swego przeciwnika, uważając go za sprawcę swoich nieszczęść.
Markiz też powodowany nieprzyjaźnią, pochodzącą z różnicy charakterów mając wielkie wpływy w Paryżu przedstawił pułkownika jako partyzanta, wywołanego z kraju — w czem nie było może i fałszu, doprowadził do tego, że pułkownik rozjątrzony niesprawiedliwością swoich zwierzchników i nadużyciem prawa, którego się czuł ofiarą, prosił o uwolnienie wtedy, kiedy mógł jeszcze liczyć na długie lata zasług i legalnego awansu.
W 52 roku życia wdowiec, mając tylko córkę w wieku, odpowiednim do zamążpójścia, a nie mogąc jej dać nawet najskromniejszej wyprawy, odpowiedniej swemu stanowisku rozgoryczony nieszczęściami, przepełniony żółcią, znękany daremną żądzą pomszczenia się na swym zaciętym nieprzyjacielu, usunął się od ludzi oczekując godziny odwetu.
Lecz ta nie nadchodziła.
Nawet byłby mógł żyć spokojnie w swej szczupłej własności, z pól í ogrodów, ze swej własnej emerytury, z córką i dwoma służącymi wieśniakami, gdyby nie nienawiść, tłocząca serce z powodu kłótni i żal za straconem stanowiskiem
Żal ten przechodził w stan monomanii, skoncentrował się na śmiertelnej odrazie do markiza i wszystkiego, co go tyczyło zdaleka lub zbliska, Był to jad, który coraz bardziej wpijał się w żyły nieszczęśliwego, i truł go ciągle.
Pułkownik rzucał się w swojej siedzibie, jak lew w klatce, ze wzrokiem utkwionym na pagórki, zakrywające zamek markiza.
Nic nie mogło go oderwać od tej nienawiści.
Jedyna córka jego, Magdalena, napróżno próbowała zagoić nieuleczalną ranę.
Jeżeli kto mógłby tego dokazać, to bezwątpienia tylko to piękne dwudziestoletnie dziewczę, świeże jak róża. Wysoka i zwinna, zdawała się wyrzeźbiona z najczystszego marmuru, zawsze uśmiechnięta i pociągająca, jak gracyja wcielona.
Była prześliczną blondynką; a cudowne promienie włosów, spadały na czoło niskie, jak u greckich posągów; — lśniącej białości zęby odkrywały usta, trochę za grube, ale czerwone, jak wino z pagórków okolicy.
Usuwając się do Bellemare, w otoczeniu tylko lasów, pułkownik Stefani skazywał swą córkę na niebezpieczne zamknięcie u dziecka żadnego rozrywki i nieznanej roskoszy, do której dusza ognista rwała się siłą młodości i gorącego temperamentu. Niespodzianka ta miała się zjawić ze strony, skąd ojciec jej najmniej się spodziewał.
W przepysznym zamku de Blangy, istota również młoda, i namiętna nudziła się w przepychu bogactwa, tak jak córka oficera w pustelniczej samotności.
Byłto Filip Valencourt.
Senator żądał posłuszeństwa, a uległość ta stawała się ciężarem.
Nie to jednak przestraszało Filipa, ale młody człowiek, wbrew swej wrodzonej odwadze i szczerości charakteru, obawiał się zbytecznej obrazy dumy tego starca, dla którego żywił prawdziwe uczucie.
Szukał zadowolenia naturalnej potrzeby swobody, nie opuszczał też najmniejszej sposobności, aby pobujać bez przeszkody po polach i lasach okolicznych, na swym karym kucu darowanym mu przez woja.
Co się stać miało, stało się podczas jednej z takich wycieczek.
W piękny wieczór wiosenny Filip Valencourt spostrzegł, w pewnej odległości od Bellemare, młodą dziewczynę, marzącą w cieniu, z główką, okrytą szerokim słomianym kapeluszem. Zbliżył się. Na szczęk podków kuca po kamykach ścieżynki, wyprostowała się spojrzała i zdała mu się być zachwycającą. Często cała przyszłość zależy od jednego spojrzenia. Jedno spojrzenie Magdaleny stanowiło o losach ich obojga.
Na wsi znajdzie się zawsze pozór do rozpoczęcia rozmowy, choćby tylko zapytaniem o drogę.
Dwoje młodych ludzi zaczęło rozmowę. Ptaszyny krzewin burgundzkich, przysłuchiwały się dźwięcznym ich głosom, świeżym i harmonijnym.
Dowiedziawszy się, że miała przed sobą siostrzeńca markiza de Blangy, Magdalena wydała okrzyk obawy.
— Przestraszam panią? — zapytał łagodnie.
— O! nie panie, lecz gdyby mój ojciec wiedział...
— Mówią, że nienawidzi mego wuja.
— Musi mieć do tego powody...
— Czyżby miały być i między nami?
Nie, nie istniały. Magdalena i Filip powiedzieli sobie spojrzeniem, że były między nimi, młodymi i pięknymi tylko powody do przyjaźni, do miłości.
Wkrótce starali się przekonać o tem.
W kilka dni znów się spotkali i niedługo potem zauważyli, że słowa niedostatecznemi były dla wyrażenia wspólnych, ich uczuć.
Zaczęli pisywać do siebie.
Spróchniały dąb służył im za skrzynkę do listów, jeżeli przypadkiem jakaś niespodziewana okoliczność niepozwalała im się zobaczyć.
Magnes jakiś ciągnął ich do miejsca, gdzie się poraz pierwszy poznali.
Magdalena spędzała tam całe godziny.
Czarny kuc sam już szedł tą drogą.
Nakoniec pewnego dnia pułkownik został wezwany w ważnych interesach do Dijou’n, gdzie zabawił dni kilka.
W piękną pogodną letnią noc, jedną z tych ciepłych nocy, skąpanych w bladym świetle księżyca, które są przeznaczone dla miłości chyba. Filip przesadził po raz pierwszy płotek, wiodący do domku białego i wszedł do pawilonu Magdaleny, niewinnej jeszcze, oczekującej go z bijącem sercom.
Pozostali tak do rana.
Gdy wyszedł wraz z jutrzenką, była już jego kochanką, ale jej przysiągł, że zostanie jego żoną i jedyną jego miłością.
Filip uśpił ją swemi obietnicami upoił przysięgami, zwyciężył proźbami. W chwilę później wychodziła sama z pustego pawilonu, z rumieńcem na czole, z trwogą w duszy.
Dla pułkownika dostatecznym był powód do gniewu! gdyby nawet śmiała ukłonić się komukolwiek, pochodzącemu z przeklętego domu de Blangy.
A teraz...
Dwoje kochanków cieszyło się nadzieją pogodzenia zaprzysiężonej nieprzyjaźni i połączenia dwóch zaciętych przeciwników.
Lecz gdy po długich wahaniach, Magdalena odważyła się wymówić w obecności ojca imię Filipa Valencourt’a ten posiniał na twarzy.
— Gdybym przeczuł, że przemówisz choćby jedno słowo do tych bandytów, wypędziłbym cię stąd i nie pragnąłbym więcej w życiu zobaczyć!..
Nieszczęśliwe dziecko ukryło tajemnice w głębi duszy.
Tegoż samego dnia przy objedzie w Blangy na którym było kilka sąsiadów Filip w zapale swej bezgranicznej namiętności powiedział do wuja:
— Zgadnij wuju, kogo dopiero co spotkałem?
— Gdzież to?
— W lesie, ze strony Bellemare.
— Kogóżby tam można spotkać?
— Kobietę...
— Pewno strzegącą kóz?
— Prześliczną młodą dziewczynę.
— Jak się nazywa?
— Panna Stefani.
Markiz zmierzył śmiałka jednym rzutem oka, zdolnym do zagrzebania go w ziemię.
— Jestto nazwisko, którego ci zakazuję wymawiać kiedykolwiek — zawołał wzburzony wspomnieniami obelg, któremi go pojono.
A tracąc swój takt naturalny, dodał:
— To ostatni hultaj, ten pułkownik Stefani.
Tak się rzecz miała.
W cztery miesiące później, wiosna przeszła, lato ustępowało jesieni. Magdalena i Filip znów podczas nocy zaszli się w tej niebezpiecznej kryjówce, gdzie młoda dziewczyna po raz pierwszy oddała się mu w zachwycie miłości, temu, którego kochała nad życie, nad honor nawet.
W wigiliją Filip nie mógł się z nią zobaczyć, lecz znalazł w wydrążeniu dębu karteczkę o czterech wierszach pisanych drżącą ręką:
„Przyjdź jutro w nocy. Pragnę cię zobaczyć i oznajmić nowinę, która jest zarazem moją rozpaczą i radością:
Twoja biedna Magdalena.
Kiedy młody człowiek, przybył do progu małego pawilonu, Magdalena już go oczekiwała.
Wąskie okienko, obrosłe hordoniem i polną różą, otworzyło się, a blada twarz dziewczyny wychyliła się na ścieżkę.
— Filipie — mówiła drżącym głosem.
— Magdaleno.
Okno było niskie.
W zapale miłości, młody człowiek byłby przeskoczył wieżę.
W dwie sekundy a kochankowie byli już w swych objęciach.
Nie będziemy ich potępiać.
Cóż na to za rada! Był to szal młodości, namiętność nie rezonująca, ale przeparty pociąg dwóch dusz, dążących do siebie, smutny wynik nieprzyjaźni, której nie byli przyczyną, a na nich spadła wina.
Świeca, przyćmiona abażurem słabo przyświecała tej scenie.
Skrytka, w której się znajdowali zakochani była oddalona od domu zaledwie na setkę metrów. Dochodzono do niej przez aleję z leszczyny i innych krzewów.
W ogrodzie panowała zupełna ciemność.
Jedyne światło gwiazd rozsiewało wątpliwą jasność chociaż z poza drzew najbystrzejsze oko nicby nie mogło dostrzec.
W tejże chwili czyjeś kroki skryte dały się słyszeć na opadniętych zeschłych liściach.
Myśliwy na czatach byłby je zalewie dosłyszał.
Filip jeszcze trzymał głowę kochanki w swych objęciach, zdziwiony łzami, spływającemi z jej ócz, nie zdając sobie sprawy z jej zmieszania.
Nic nie słyszał.
Zresztą ten odgłos niepojęty ustal natychmiast.
Dla lepszego zrozumienia sceny, która miala nastąpić, trzeba poznać miejsce, gdzie się odbywała. Pawilon, w którym znajdowało się dwoje młodych ludzi było jedno z tych schronień wiejskich, jakie budują sobie czynszownicy, aby wypocząć w chwilach zmęczenia.
Pułkownik Stefani, ponury, prawie dziki spędzał prawie cały swój czas w tym kiosku pierwotnej konstrukcyi.
Umeblowanie było skromne.
Dwa krzesła trzcinowe, szeroka kanapa, na której kładł się po objedzie i stół na drobne rzeczy, jako to: gazety, książki, broń, i pudełko z cygarami.
Nie było okiennic.
To, co ta chatka zawierała, nie kusiło złodziei. Zresztą nie nawiedzają oni okolic spokojnych, gdzie wino i las stanowią bogactwo tych, co uprawiają ziemię, dającą im jakie takie utrzymanie. Zmięszanie młodej dziewczyny było tak widocznem, że to uderzyło jej kochanka.
— Co ci jest? — zapytał, trzymając jej ręce w swoich i patrząc jej w oczy, pełne czułości.
Uśmiech smutny i łagodny przeszedł po zmienionych rysach kochanki.
— Czyż potrzebuję ci to mówić? — wyszeptała.
Zrozumiał, a jedno słowo wyrwało się z ust jego:
— Matka!
Magdalena schyliła głowę i gwałtowny rumieniec okrył jej twarz.
Jednocześnie strumień łez popłynął z jej oczu.
Filip wziął ją w swe objęcia i w uniesieniu miłości przycisnął do siebie.
— A więc — szeptał — dziś podwójnie do mnie należysz. Nic nas nie może rozłączyć. Czego płaczesz?... Uwielbiam cię!
— Zastanów się!
— Nad czem?
— Jesteśmy zgubieni. To dziecię — to miłość, ale także i hańba! Wstyd dla mnie... dla mojego ojca.
— Powiem mu wszystko... Wyznam mu naszą miłość, nasze projekty, nasze przyrzeczenia...
— Czyżeś ty nie moją żoną przed Bogiem? Czyż powątpiewasz o mnie?
— Nie, ja także kocham cię, Filipie, jak nie można więcej, ale ty nie znasz mojego ojca.. Co chcesz? To szaleństwo. Próbowałam rozpocząć rozmowę w tej kwestyi. Sama nazwa de Blangy oburza go i wprowadza w wściekłość. On, tak łagodny w każdem zdarzeniu, tak dobry, bezinteresowny, zapomina, o wszystkiem, gdy jest wzmianka nawet tycząca się markiza... A przecież musi nadejść dzień, w którym nie będziemy mogli nic ukryć...
— Cóż to szkodzi! Abym cię tylko posiadał, a przyszłość będzie powabną. Nie jestem bogatym lecz wystarczy nam, aby żyć niezależnie i swobodnie, szczęśliwi jedno z drugiego gdzie w głębi kraju, w Bretanii n p.... Uciekniemy...
— Niepodobieństwo... Ty zależysz od markiza. On się tobą zaopiekował. Wychował cię... Ma prawo do twej wdzięczności. A gdybyś nawet zapomniał o nim pomyśl jeszcze o mym ojcu o mnie; mój ojciec już i tak nieszczęśliwy, tak zrospaczony zgryziony... Byłby to cios, straszniejszy od innych. Obowiązek wzbrania mi opuścić go o ile będę mogła mieszkać przy nim... tem zniosę błąd mej słabości...
— Lecz w tedy co zrobić?..
— Nic... czekać... Chciałam, żebyś o tem wiedział... Teraz namyśl się... Poszukamy sposobu... Może jest jaki. Mamy czas jeszcze...
Zadrżała.
— To straszne — wyszeptała. Odkąd przekonałam się o rzeczywistości, jestem cała wzburzona. Zapomniałam o wszystkiem myśląc tylko o tobie... Łudziłam się zwodniczą nadzieją. Mówiłam sobie, że przyszłość jest długa i obdarzy nas dniami spokoju... że zwalczemy przeszkody... A później, prawda nie myślałam o niczem... bo byłam szaloną, odrętwiałą w upojeniu... dzisiaj obawiam się.
Filip chciał ją uspokoić.
Pocieszał wyrazami najpieszczotliwszymi, jakie kochanek znajduje dla ukojenia ukochanej kobiety.
— Boję się — powtarzała. Mój ojciec domyśla się, jestem pewną. Zmienił się do niepoznania. Zaledwie się do mnie odzywa. Błądzi, przechadza się całemi godzinami po ogrodzie, siada na ławce, z głową wspartą na rękach, ponury, smutny. A przecież nie miałby innego powodu do smutku, o którymbym nie wiedziała. Oprócz Wincentego Arbaud, krewnego mej matki, który mieszka dwadzieścia mil stąd z drugiej strony Dijon’u, nie mamy więcej krewnych, a więc żadnej nadziei.
Smutny nastrój może tylko pochodzić z przypuszczeń. Mam do ciebie jedną proźbę..
— Mów. Jaką?
— Dla mnie, dla niego, Filipie musimy zaprzestać się widywać.
— Niepodobieństwo.
— Kilka dni... może kilka tygodni.
— Nie!
— Trzeba, mówię ci. Teraz wszystko wiesz, zobaczysz... Poszukasz sposobu ocalenia.
— Jest tylko jeden.
— Jaki?
— Poślubię cię.
Przysunął ją ruchem gwałtownym, ujmując w pół, zaczął głosem drżącym, przenikającym do serca młodej dziewczyny:
— Co mówisz o hańbie? Gdyby miłość była występkiem, czyżby ją Bóg wszechmocny wlał w nasze serca. Czy myśmy przyczyną nienawiści tamtych? Odmówić widzenia się, byłoby wyrzec się roskoszy, miłości, na koniec życia. Czyż mógłbym się obejść bez ciebie? Od pierwszego twego spojrzenia, od chwili, gdym usłyszał pierwsze twoje słowa, miłość zawitała do serca mojego, jak śpiew ptaszyny, życie moje oświeciło nowe słońce. Tyś stała się moim celem, a dopiąwszy go nie mogę się od niego oddalić. O naszem połączeniu będę wszędzie głosił, przed nikim go nie skryję. Należysz do mnie i będziesz moją, żeby nie wiem co stać się miało.
— Czyś ty oszalał?
— Niechaj i tak będzie, oszalałem ale z miłości dla ciebie, z pragnienia i radości. Jesteś mą duszą, moim majątkiem, życiem mojem. Co mnie reszta obchodzi.
— Zastanów się.
— Nad czem?
— Dziecię, które się narodzi, chcesz wskazać na wzgardę ojca mego, pozbawić je opieki twego wuja? Markiz nigdyby ci nie przebaczył nieposłuszeństwa swym rozkazom. On, milijoner de Blangy jest również hardy, jak biedny samotnik, któremu zamknięto karjerę, zraniono serce, obrażono dumę.
Filip przerwał żywo:
— Pozostaw innych. O tobie teraz trzeba myślić; o twym honorze, spokoju i wypoczynku.
Magdalena położyła mu rękę na ustach.
— Słuchaj jeszcze, błagała. O
wszystko się pokuszę, co będzie można zrobić z mym ojcem... potrosze, wolno... Ty, z twej strony, postarasz się to samo uczynić z markizem... Jeżeli nam się nie uda, nie będziemy sobie mieli nic do wyrzucenia.
— A wtedy?
— Wtedy, będę ci posłuszną... Co mi rozkażesz, zrobię... Uciekniemy, jeżeli będziesz chciał, odmówiemy sobie wszystkiego... ale jeszcze nie teraz... wierz mi!... Kto wie czy nasze usiłowania nie będą uwieńczone pomyślnym skutkiem!
Patrzyła na niego załzawionemi oczami.
— Chcesz? — zapytała.
— Czy masz nadzieję?
Powtarzał, lecz bez przekonania.
— Kto wie?
— Kiedy sobie tego życzysz, będę czekał, pamiętaj tylko, że jeżeli cię wszyscy opuszczą, ja ci zostaję, jeżeli oni tobą pogardzą, ja cię szanuję, jeżeli cię znienawidzą, ja cię uwielbiam.
I jakby na potwierdzenie słów swoich uścisnął ją serdecznie.
— Rozejdźmy się, Filipie — błagała.
— Jeszcze nie.
— Drżę.
— Dlaczego?
— Nie umiem ci powiedzieć.
— Dziecko!
— Czy nie wierzysz w przeczucia?
Potrząsnął głową przecząc i zawołał:
— Przywidzenia!
— Ja pewną jestem, że nam grozi nieszczęście.
Wyrwała się szybko z jego objęcia i odwróciła do okna, wychodzącego na ogród.
— Co ci jest? spytał.
Wskazała palcem na aleję, prowadzącą do domu.
— Tam — rzekła, zdawało mi się, że go słyszę...
— Złudzenie!
— Czyżby to on był?
— Pułkownik?
— Tak, co za wstyd. Odejdź, błagam cię.
Pobiegł na ścieżkę, z za krzaków winnej latorośli i powoi, podsłuchiwał, co się działo w mieszkaniu, otoczonem murem.
Dom zdawał się być w uśpieniu.
Okiennice opuszczone nie przepuszczały żadnego światła.
Bystry wzrok zakochanego nic nie dostrzegł.
— Próżna obawa! wyrzekł do swej kochanki, bladej ze wzruszenia.
— Przecież przypuszczałam...
— Omyłka.
Noc była spokojna. Na pogodnem niebie, świeciły gwiazdy. Miła woń powietrza owiewała dwoje kochających się, zachwyconych sobą.
Powoli Magdalena przestała się trwożyć.
Dała się przekonać temu, którego kochała bez granic. Minuty upływały niepostrzeżenie jedne za drugiemi w upojenia dwóch istot, stworzonych do miłości i wyznających ją sobie wzajemnie.
Godzina przeszła, jak sen.
Młoda dziewczyna zasnęła w tem uniesieniu, pod wpływem którego zapomina się o całym świecie.
Nagle zerwała się, zelektryzowana jakimś odgłosem. Hałas, który się dał słyszeć, doszedł i jego uszu, oddalał się, potem słychać było, jakby zamykające się drzwi z wielką ostrożnością.
Magdalena podbiegła do okna, przy którym usiadł jej kochanek, Z sercem ściśniętem, zobaczyła światło w ojca pokoju.
— Ah! jęknęła, jestem zgubiona! On wie wszystko. Jak złagodzić gniew jego?
Niebyło już wątpliwości.
— Co robić?
Trwoga ich niedługo trwała.
Filip postąpił, jak wypadało na człowieka honoru! Napisał dwa wiersze, w których prosił pułkownika o rękę córki.
Szczera miłość jest naszą wymówką — pisał.
Jeżeliśmy popełnili błąd, pozwól nam go naprawić...
W chwili, gdy kreślił tę proźbę, pióro wypadło ma z ręki.
Dał się słyszeć wystrzał.
Magdalena wydała okrzyk rozpaczliwy.
— Zabił się!
Rzuciła się do domu, odpychając kochanka, który biegł za nią.
— Uciekaj — nakazała, gubisz mnie!
Straszny widok ją czekał.
Nim służący, przebudzeni z głębokiego snu, mogli spostrzec jej nieobecność i wejść do pokoju ojca, ona już tam była.
Pułkownik leżał na łóżka w ubraniu, przy świetle lampy, postawionej na stole, z piersią, przeszytą kulą, ręką skurczoną na cynglu pistoletu, którym się zabił.
Jeszcze oddychał.
Jego oczy na wpół rozwarte zwrócone były na córkę jakby z wyrazem niemego wyrzutu.
Chciała mu się rzucić w objęcia lecz wyraz twarzy umierającego stał się tak dziki, że się odsunęła, a padłszy z jękiem na kolana, wyrzekła:
— Przebacz!
Za całą odpowiedź wskazał jej papier, leżący na stole. Ruch był tak nakazujący, że usłuchała i podniosła się.
Papier zawierał, co następuje:
Domyślałem się największego i ostatniego nieszczęścia, jakie mnie spotkać mogło.
Lecz nie mogłem uwierzyć, aby córka moja była tak podłą i nikczemną, dając się uwieść tym, którzy mnie ograbili i zbezcześcili.
Po przekonaniu się o jej hańbie, nie pozostaje mi już nic więcej na świecie; straciwszy honor i nadzieję, zabijam się bez żalu, pozostawiając winnej ostatnie słowa zrospaczonego ojca:
Kiedy podniosła oczy na umierającego, jego palce, wyciągnięte ku niej, groziły jej jeszcze.
— Łaski! wołała zrozpaczona,
Nie odpowiedział. Umarł.
W pół godziny później weszła służąca, Magdalena zerwała się i pobiegła do pawilonu.
Filip oczekiwał na nią z rysami zmienionymi.
— Mój ojciec zabił się — powiedziała stłumionym głosem, pogrążona w rozpaczy. — Jam przyczyną jego śmierci. Czytaj!
Gdy skończył czytać, Magdalena rzekła z bojaźnią i niedowierzaniem:
— Teraz nie mam nikogo, prócz ciebie!
Zmieniona, zwalczona strasznym wypadkiem powątpiewała o wszystkiem, o sobie samej, o swym kochanku, o całym świecie.
Wziął ją w objęcia, dotknął jej czoła swami ustami, powtarzając z nieskończoną czułością:
— Dla ciebie zawsze, dla ciebie na całe życie! Ale dla twego honoru, dla naszej przyszłości, dla szczęścia naszego dziecka — milczenie!
Znikł w nocnej ciszy tak jak przybył.
Nikt w domu, do którego sprowadził żałobę, nie domyślał się jego obecności.
O 4-ej rano kary kuc powrócił do Blangy, a młody pan porywczo pociągnął za rękę i obudził swego wiernego Bretończyka.
Josou Kerhoël zerwał się.
Z pierwszego rzutu oka, spostrzegł po rysach zmienionych swego pana, że stało się jakieś nieszczęście.
Zapytał go tylko spojrzeniem.
— Miałeś racyją — smutnie powiedział Filip Valencourt, byłbym lepiej zrobił, pozostając tutaj. Ale pamiętaj, — milczenie!
Nazajutrz koło 10 godziny markiz de Blangy siedział przed biurkiem w obszernym salonie, przeznaczonym na gabinet do pracy.
Biurko było zarzucone papierami, listami, dopiero co odebranymi, książkami świeżo nadesłanemi.
Przez otwarte okno dochodziło słońce palące i jasne, z zapachem kwiatów z parku, osrebrzonych rosą po pięknej sierpniowej nocy.
Stary sługa, ubrany we frak i biały krawat, czekał rozkazu swego pana.
Wyraz twarzy wydawał się łagodny poczciwy, lecz oczom przenikliwym nie brakowało odwagi.
— Lachaume, czyś widział dzisiaj pannę de Chambeyre.
— Panna Ludwika przechadza się po parku w alei akacjowej.
— Widzisz ją stąd?
— Doskonale, panie markizie.
— Czy jest sama?
— Przed chwilą panna Ludwika była w towarzystwie pana Franciszka.
— A teraz?
— Pan Franciszek jest nad brzegiem karpiego stawu.
— Proszę cię, idź i poproś mej wychowanicy.
Lachaume nie dał sobie dwa razy rozkaz powtórzyć.
Wyszedł i skierował się do alei akacyjowej, gdzie panna Ludwika przechadzała się jeszcze.
Pewno rozmyślała przez noc całą ale myśli te nie przyniosły pożądanego spokoju jej miotającej się duszy, brwi zmarszczone, usta blade, oczy błyszczące znamionowały wewnętrzną walkę.
Markiz pocierał czoło z pewnym niepokojem.
— Gdyby poślubiła Franciszka myślał, pozbyłbym się dwóch trosk... Ale to trudne do przeprowadzenia. Ona kocha Filipa, biedne dziecko, a Filip jej nie kocha... Tak to bywa na świecie...
Przebiegł dwa czy trzy listy małej wagi i rzucił je do kosza.
Ludwika Chambeyre weszła w towarzystwie Lachaume’a.
— Zostaw nas samych, powiedział łagodnie markiz do swego sługi i zobacz, gdzie są moi siostrzeńcy. Niechaj się nie oddalają.
— A więc? spytał potem młodej dziewczyny.
— Wszystko skończone.
— Twój wybór?
— Zrobiony.
— I poślubiasz?
— Tego z dwóch, który mnie chce.
— Filipa?
Usta dziedziczki wyrażały niesmak, jakby chorego, któremu dają wstrętne lekarstwo.
— Filip Valencourt nie myśli o mnie powiedziała. Ma on inne widoki.
— Jakie?
— Zachowuje je w sekrecie... Zresztą nie starałam się ich poznać.
— A więc Franciszka?
— Tak, Franciszka, drugiego, dodała z taką wybitną pogardą, aż się markiz przestraszył, tak sprzecznym był wyraz jej twarzy z danem zezwoleniem. Lecz senator nie należał do ludzi, dających się opanować wrażeniom, nigdy nie cofnął się od projektu postanowionego.
Myślał:
Czysty zysk! Franciszek Valencourt był trudnym w prowadzeniu, z Filipem nie było kłopotu. Żeniąc bogato starszego, markiz pozbywał się obowiązku rodzinnego, nie nadwerężając swej kiesy.
— Czy mogę mu oznajmić tę szczęśliwą nowinę?
— Franciszek już wie o niej — odpowiedziała dziedziczka, oto nadchodzi.
Rzeczywiście wszedł starszy Valencourt.
— Franciszku — powiedział markiz, podziękuj pannie Ludwice, która się przyczynia do twego szczęścia i majątku.
Dwóch milijonów posagu w onym czasie tak samo, jak i dziś nieznajdowano na bruku.
Wyraz tryumfu opromienił chudą i bladą twarz starszego Valencourt’a.
Schwycił rękę narzeczonej, jak zdobycz jaką, podniósł ją do ast, starannie wygolonych, wedle mody prokuratorów, do których był podobny. Młoda dziewczyna nie odsunęła jej, ale śmiertelna bladość pokryła jej lica.
Franciszek szeptał do ucha banalne słowa:
— „Nie chcę być mężem ale niewolnikiem“.
Na to też odpowiedziała śmiało nawet z naciskiem znaczącym.
— Liczę na to, mój panie, liczę napewno.
Filip, który także nadszedł, zbliżył się do wuja.
Markiz odezwał się półgłosem:
— Niedołęgo! ta dziewczyna ma, słabość do ciebie, a ty jej ustępujesz drugiemu.
— Ten drugi, to mój brat — odpowiedział młody człowiek ze znaczącą obojętnością.
— Pamiętaj, że odtąd jest twoją nieprzyjaciółką.
— Mój wuju!
W kilka minut później Filip Valencourt pod wrażeniem, jakie nań sprawiły słowa starca w gruncie tak prawdziwe spotkał się oko w oko z panną Chambeyre.
Czyż to istotnie było przypadkiem?
Utkwiła swoje czarne spojrzenie w oczach młodego człowieka, raniąc jakby zatrutą szpadą.
— Widzisz — rzekła z gorzką, ironiją — stało się.
— I jestem zdziwiony.
— Dlaczego?
— Jeżeli nienawidzisz Franciszka, jak mi to wczoraj powiedziałaś, dlaczego zaślubiasz go?
Położyła swą długą i wychudłą ręką na ramienia młodego człowieka:
— Zapamiętaj dobrze, — powiedziała, robiąc nacisk na słowa, zaślubiam Franciszka, aby zostać przy tobie, mieszać się w twoje życie, dokuczać ci, ile będę mogła.
— Ależ! Nie wierzę ci!
— Ręczę ci.
— No to odpowiem ci: rób sobie, jak chcesz, Ludwiko, będę cię kochał zawsze szczerą i serdeczną przyjaźnią.
Zbliżyła się jeszcze bliżej, pierś do piersi, aż jej stanik dotykał się Filipa.
— Jak siostrę? powiedziała wolno.
— Bazwątpienia — dodał, przerywając — jak siostrę. Czyż nią nie jesteś?
— Dla tego właśnie nienawidzę się.
Odsunął się, jak gdyby ukąszony przez żmiję. Twarz młodej dziewczyny wyrażała nienawiść. Przecież młodego Valencourt’a nie tak łatwo było przestraszyć. Popatrzył na nią z litością, prawie z współczuciem, wziął jej rękę i przycisnął do ust, nie wymówiwszy ani słowa.
W tejże chwili wszedł służący i powiedział coś na ucho swemu panu, który skoczył na krześle, wykrzyknąwszy.
— A — a...
— Jeden z gajowych przyniósł tę nowinę.
— Jakto ten biedny dyjabeł miałżeby się zastrzelić?
— Zabił się, panie markizie, to jest pewnem.
— Kto taki? — zapytała panna Chambeyre.
— Pułkownik Stefani, ten wściekły Korsykanin, który nie mógł usiedzieć spokojnie.
— Kiedy?
— Tej nocy — odpowiedział Lachaume.
— Czy to tylko pewne?
— Zupełnie pewne, panienko.
Młoda dziewczyna długo patrzyła na Filipa, lecz ten, wytrzymał jej wzrok bez zmięszania się.
— Czy pułkownik Stefani nie pozostawił córki? zapytała.
— Tak jest.
— Wysoką blondynkę, bardzo ładną, którą podziwiano na ludowych zebraniach. Co się z nią stanie?
— Rzeczywiście — rzekł markiz, położenie jej musi być nader przykre. Bez emerytury, bez majątku... Dyjabelne położenie dla młodej dziewczyny.
Markiz de Blangy bystro przyglądał się siostrzeńcowi.
Lecz i ten egzamin wytrzymał Filip równie zwycięsko, jak poprzedni.
— Czy nie wiesz, Filipie, co o tem samobójstwie? — spytała powtórnie młoda dziewczyna.
— Nic zgoła.
— To zadziwiające.
— Dlaczego?
— Mówią, że twój kuc doskonale zna drogę do Bellemare.
— Tak, jak zna inne w lasach mojego wuja. Lubię przejażdżki po lesie.
— To chłopiec bardzo zdolny — pomyślał markiz, trzeba go pchnąć na dyplomatę.
W kilka minut później, w chwili, gdy młody człowiek sądził że jest sam pogrążony w bolesnych marzeniach w cieniu lip stuletnich, czyjaś ręka dotknęła jego ramienia, a głos, podobny do świstu węża, zabrzmiał:
— Z ręką na sumienia, przysięgnij mi, że nie należysz do taj tragedyi.
Był to głos panny Chambeyre.
Zadrżał, wzruszył ramionami, uśmiechnął się z politowaniem i nic nie odpowiedział.
Pięknym jest departament Côte-do’ra piękniejszą w nim jeszcze wioska de Pugny.
Pugny położone jest o siedem mil od Dijon’u, na wschodzie, z drugiej strony Savolles de Magny.
Pugny ma tylko 300 mieszkańców, zamieszkałych około kościoła, pomimo że to punkt główny gminy z sędzią pokoju, notaryjuszem, nauczycielem i wszystkiem, co za tem następuje.
Nie ma w całej Francyi miejsca spokojniejszego, powiem nawet szczęśliwszego.
Nie ma tam wysokich kominów, rzucających kłęby dymu czarnego, ani zakładów hutniczych, w których skazańcy przemysłu chudzi i zakurzeni, męczą się, jak w więzieniach. Kilka domków z różowymi dachami, cienistymi ogrodami, kuchniami, spiżarniami i spichlerzami obficie napełnionymi wznosi się tu i tam pośród pastwisk oblanych potokami; pola przepysznie uprawione, winnice, których filoksera niszczycielka nie śmiała nawiedzić i pagórki, ukoronowane zieleniejącymi krzakami.
Istny raj ziemski!
Oprócz tego raj ten był zamieszkany przez najuczciwszych ludzi na świecie.
Pomiędzy tymi uczciwymi ludźmi było dwóch, którzy chociaż również tyle byli warci, co inni, lecz ich imiona najczęściej wymawiano.
Pierwszy nazywał się podług ksiąg stanu cywilnego gminy Jérome-Anaclet Bouraille.
Bouraille zajmował skromne stanowisko pisarza sędziego pokoju w Pugny ale byłto pisarz, jako człowiek niezwyczajny.
Mały gruby, otyły, z włosami, wpadającemi w odcień czerwony, twarz szeroka i uśmiechnięta, różowa, nos lekko przypłaszczony z ustami szerokiemi bez wąsów.
Bouraille był kawalerem. Dochodził do czterdziestki a został pisarzem, aby tylko mieć zajęcie, być czemś, mieć jakąś rozrywkę po za uprawą pola składającego się z dwunastu morgów roli i winnicy, uchodzących za najlepiej utrzymywane i przynoszących odpowiedni dochód.
Bouraille był bogatym, bo oprócz swej nieruchomości, posiadał renty 5 do 6 tysięcy franków.
Z dochodem z gruntów i z procentem od pieniędzy, pisarz miał się lepiej w Pugny niż milijoner z bulwarów włoskich.
Wydawał niewiele, zarządzał swem gospodarstwem wspólnie z jedną służącą i starym parobkiem, który mu doglądał i robił w polu.
Pieniędzy zaoszczędzonych nie realizował.
Kiedy przypadkiem biedny dłużnik miał sprawę przed sędzią pokoju, regulował jego interes z własnej kieszeni.
W rzeczywistości Bouraille był święty, ale święty w wybornym humorze, zawsze mający do powiedzenia coś wesołego, dobrze jedzący u siebie, lub u swoich przyjaciół, znakomicie pijący i lubiący wszystkie dobre rzeczy, które Bóg nam dał, aby uczynić życie nasze milszem.
Zbyteczna dodawać, że nie miał nieprzyjaciół.
Pomiędzy jego sąsiadami był jeden, z którym przestawał zażyłej niż z innymi.
Ów sąsiad nazywał się Wincenty Arbaud’a mieszkał o półtora kilometra od Pugny w prześlicznym folwarku, le Jonceray.
Jonceray było więcej, niż osada, był to wprost folwark, o 150 morgach łąki, winnicy, roli i lasu.
Dom był obszerny; zabudowania wygodne.
Winceaty Arbaud umiał cenić wszystko, co przynosiło korzyść.
Po zaszłym wypadku w Bellemare, umyślny wysłany z Dijon’u, przybył do Jonceray i oddał panu domu następującą depeszę:
„Kuzynie, wielkie nieszczęście mnie nawiedziło. Ojciec mój umarł. Przybywaj.
Była szósta wieczorem.
Najpierwszym czynem Wincentego Arbaud było wysłać parobka do przyjaciela Bouraille z wyrazem:
„Przybywaj.“
Wincenty Arbaud, był to wysoki mężczyzna, lat 35, silny jak tragarz, z grubym karkiem, twarzą łagodną i przyjemną bez brody, z rumieńcami na twarzy, niebieskiemi oczyma i ciemno blond włosami.
Matka wcześnie mu umarła, ojciec spadł z wozu siana i zabił się na miejscu.
Pozostał sam z ładnym majątkiem i melancholijnem usposobieniem.
Rodzinne nieszczęścia wyryły na twarzy smutek, łatwy do wytłumacznia.
Miał nadto i inną ku temu przyczynę.
Wincenty Arbaud był spowinowacony z rodziną Stefanich przez matkę Magdaleny, jedną z jego dalekich kuzynek.
Pułkownik często przyjeżdżał przepędzać kilka dni w Jouceray, a piękność jego córki uderzyła Wincentego, nie mającego odwagi oświadczyć się z powodu wrodzonej mu nadzwyczajnej nieśmiałości.
Zajęty kuzynką, zwierzał się ze swych uczuć przyjacielowi swemu Bouraille’owi, oczekując szczęśliwej sposobności starania się o rękę Magdaleny.
Prawdę powiedziawszy, żywił w sercu ukrytą nadzieję i pewność dobrego przyjęcia, tak przez ojca, jak i córkę.
Najpierw z przyczyny swojej pozycyi materyjalnej. Przy tem miał dwie osoby za sobą: pułkownika, który życzył sobie zapewnić przyszłość córce, a jeszcze więcej służącą, starą Marion zwaną, chociaż jeszcze nie miała lat 40. Marion oceniała Wincentego Arbaud’a według jego zasług, a miała wielki wpływ na swoją panienką.
Pan z Jonceray liczył wiele na jej poparcie.
Na proźby służącej też tylko wysłała depeszę do kuzyna.
Bouraille nie mógł opuścić przyjaciela w tak ważnej chwili.
Dwaj towarzysze wyruszyli też nazajutrz o dziewiątej rano w najętym powozie do domku pułkownika.
Niewypowiedziany smutek tam panował.
Proboszcz z parafii, uczciwy i szanowany, zezwolił na pochowanie zwłok w ziemi poświęcanej, wbrew przepisom dla samobójców. Mała garstka osób towarzyszyła orszakowi żałobnemu oficera.
Wsie są nieliczne koło Bellemare.
Przy tem nieprzyjaźń markiza de Blangy, którego posiadłości dochodziły do domku pułkownika, przejęta była przez kilku sąsiadów i dzierżawców zamku.
Zresztą ponure usposobienie Korsykanina nie zjednywało mu wiele sympatyi.
Pogrzeb był wzruszający.
Osamotnienie ciężyło na tej nieszczęśliwej córce.
Trzydzieści do czterdziestu osób, postępujących za trumną, nie będąc wtajemniczonemi w interesy wiedziało przecież o tem, że jeżeli szczątki właściciela Bellemare wychodziły jednemi drzwiami, to nędza, lub wstyd i troski wchodziły drugiemi.
Wincenty Arbaud lepiej to jeszcze rozumiał od innych.
Ta okoliczność nie tylko nie zmniejszyła jego chęci posiadania Magdaleny, lecz ją podwoiła nawet, powiększała nawet jego nadzieje, oswabadzając, go od rywali, których się mógł obawiać. Uczciwy człowiek, widząc Magdalenę tak smutną i piękną w sukni żałobnej, skromnej i ubogiej, zrobionej naprędce z materyjału, wziętego w sąsiedniem miasteczku, zaręczał, sobie, że szczęście jego życia, to ona, że użyje wszystkich usiłowań, aby zapomniała o nieszczęściu, że czem mniej będzie posiadała środków do życia, tem większemi otoczy ją wygodami i pocieszy w osamotnieniu.
Wkrótce po skończonej ostatniej posłudze, powrócił na śniadanie do Bellemare wraz z swym przyjacielem Bouraille, z sercem silniej, niż zwykle bijącem Podczas gdy młoda dziewczyna wyszła do swego pokoju dla przytłumienia łkań i osuszenia łez, dwaj przyjaciele otoczyli Marion, weszli z nią do jadalni, pustej jeszcze i zarzucili pytaniami.
Najpierw, jaka przyczyna katastrofy? Z jakiego powodu? Przecież nikt nie pakuje sobie kuli w piersi, nie mając do tego słusznej przyczyny. Marion nie mogła wiele wyjaśnić.
Nic stanowczego nie wiedziała.
Oddawna pułkownik był smutny i w złym humorze. Wincenty Arbaud dobrze o tem wiedział, widując go lat poprzednich w Jonceray. Był to charakter zgryźliwy, niezadowolony, obojętny, którego już nic nie obchodziło. Nie domagał też od kilku miesięcy, nie wyrzekając przecież, lecz ból był wewnętrzny, tem więc przykrzejszy.
Marion utrzymywała, że to był wrzód wewnątrz i ten pękł, zabijając chorego.
Markiz de Blangy był po części przyczyną śmierci pułkownika a potem, czy dymisyja, czy osamotnienie Marion nie wiedziała napewno.
Tylko to było pewnem, że z chwilą, gdy się pułkownik przeniósł do Bellemare, trudno się było do niego przywyknąć. Magdalena nawet złagodzić go nie mogła.
Marion poczęła tyradę na cześć swojej pani. Tak piękna, tak ładna, godząca się ze wszystkiem, zawsze jednakowego humoru.
Niepodobną była do swego ojca.
W jej żyłach nie płynie krew korsykańska, krew burzliwa, zawistna, ale krew dobra, krew burgundzka, jak jej zmarłej matki. W toku rozpraw nad tym przedmiotem Marion była niewyczerpaną.
Bez wad, same przymioty, to anioł boży.
Służąca widocznie nic nie wiedziała o miłości pomiędzy panienką a siostrzeńcem markiza de Blangy.
Wincenty Arbaud byłby ją uściskał za pochwały, udzielane jego ubóstwianej.
Doszli wreszcie do głównego punktu:
— Musi być bardzo biedną teraz, Marion?
— Rzeczywiście tak jak pan myślisz. Czyż nie będzie pobierać pensyi?
— Albo to jest sprawiedliwość! Choć to córka pułkownika!
— I niewielką rentę?
— Kilkaset franków, resztki z małego folwarku.
— A ten domek w Bellemare?
— Przynosi tyle tylko, ile potrzeba na utrzymanie.
— A więc z czego tu żyć? — dodał podchwytując Wincenty Arbaud.
Marion głęboko westchnęła.
— Tak, panie, jak tu żyć?
Zanosiła się od płaczu.
— Gdyby ludzie byli mniej głupi, dwudziestuby było gotowych wziąć skarb taki, ale w dzisiejszych czasach chcą posagu, pełnych sakiew pieniędzy.
— A więc trzeba tylko kogoś dobrego? powiedział Arbaud rozweselony.
— Bezwątpienia!
— Marion zawahała się. Wiedziała dobrze o zamiarach kuzyna z Jonceray, ale jeżeli, jak i inni, usunie się w tem nieszczęściu...
— Gdybym śmiał — wyjąkał.
— Śmieć... ale pewno, mógłby pan. Byłbyś przyjęty z otwartemi rękami.
To byłoby zbawienne dla małej.
Magdalena była zawsze małą dla swej piastunki.
Przecież nie wypowiedział jasno... słyszał... schwycił kilka słów. Ale trzeba, żeby się mężczyzna pierwszy odezwał. Przecież dziewczętom oświadczać się nie przystoi.
Marion, poprostu się wyrażając, prowadziła do celu z odwagą i śmiałością nadspodziewaną.
I byłaby dowodziła pół godziny, gdyby się były drzwi nie otwarty, a w nich nie ukazała się Magdalena, z oczami czerwonemi od łez, wylewanych od dwóch długich dni i straszliwych nocy.
Jej biała, jak mleko płeć, szyja o przepysznych kształtach, odbijająca od czarnej sukni, śliczne włosy i wielkie czułe niebieskie oczy, sprawiały, że Wincenty Arbaud wstrząsnął się cały.
Bouraille nie mógł też zapanować, by nie pomyśleć:
— Do licha, co za piękna dziewczyna!
— Kuzynie, dziękuję ci bardzo, żeś przybył w tej smutnej chwili. Jestem ci wdzięczną z głębi serca.
Nigdy słowa nie zdały mu się tak dźwięcznemi, nigdy muzyka bardziej harmonijna nie doszła jego uszu.
Podczas śniadania zostawał w odurzeniu pod wpływem Magdaleny, na widok której przechodziły go dreszcze żądzy i roskoszy.
Zachwycenie uczyniło go niemym.
Bouraille podtrzymywał rozmowę.
Znał młodą dziewczynę z czasów jej pobytu w Jonceray.
Mówił jej o tamtejszych przyjaciołach, szczęściu, jakiegoby doznali, gdyby jakiś niespodziewany wypadek zaprowadził ją w okolice sędziego pokoju Cavagnela, że czułaby się dobrze wpośród tych zacnych ludzi, którzyby ją przyjęli, jak królowę.
Bezwątpienia, Pougny nie jest to co Paryż, ale można w niem żyć z lepszem wyrachowaniem.
Bouraille przygotował grunt dla swego przyjaciela, który go uderzał nogą pod stołem na znak podziękowania.
Marion, wnosząc półmiski i zmieniając talerze, dopomagała pisarzowi.
— Było to wielkie życzenie pułkownika, aby jego córka mieszkała w Jonceray. Pewno jej o tem mówił setki razy.
Nie wymieniała przecież, pod jakim pozorem mogłaby młoda dziewczyna zamieszkać w domu Arbaud’a, ale łatwo było odgadnąć.
Magdalena, pomimo żalu, który ją pochłaniał, czerwieniła się bezustannie, przeczuwając do czego prowadzi.
Kiedy nakoniec śniadanie zostało skończone, a kawa była już na stole z butelką likieru, Bouraille zachęcał znakami, dawanemi oczami, swego przyjaciela Arbaud’a.
Nadchodziła chwila bezwarunkowego zakończenia.
Pan z Jonceray zrobił wysiłek.
— Moja kuzynko — powiedział — przyszła mi myśl... Nie wiem, czy ona jest dobrą, ale... z twoją zgodą, przedstawię ci ją.
Robił przerwy dla nabrania oddechu.
Magdalena patrzyła z niepokojem.
— Mów, kiedy chcesz, Wincenty — wyrzekła.
— Nie chciałbym być niedyskretnym, ale, zdaje mi się, że będąc twoim jedynym kuzynem, a przytem że jesteś młodą i nie spodziewasz się wielkich rzeczy z pozostałego majątku...
— Wszystko prawda, mój kuzynie.
— Interesy, ja w nich nie celuję, ale je znam trochę, a przytem mam Bouraille’a, który będzie ze mną wspólnie radził. Gdy więc i on jest tutaj, możnaby uregulować, twoje interesy pomiędzy nami, jako rodziną.
Młoda dziewczyna patrzyła na niego dużemi oczyma, jakby pytając.
— No, bądź szczerą. Co ci pozostanie?
— Bardzo mało.
— Co zrobisz więc
— Albo ja wiem?
— Masz kilka tysięcy franków?
— Pięć do sześciu.
— A Bellemare?
— Tak, ale cóż on wart?
Bouraille przyszedł na pomoc przyjacielowi.
— Nie jestto majątek — oznajmił, ale może być wyprawa.
Droga była prostą. Wincenty Arbaud prowadził dalej.
— Nie śmiałbym w tej chwili o wiele prosić — powiedział z uśmiechem. Mam dosyć majątku dla dwojga, aby tylko młoda osoba nie była wymagającą.
A wstając z nadzwyczajnem wzruszeniem dodał:
— Magdaleno, jesteś sama, jesteś biedną, ale ja cię oddawna kocham. Nie proszę cię, abyś mnie poślubiła; bo w chwili, gdy się zamyka grób ojca nie mówi się o małżeństwie. Później, zobaczymy. Proszę cię tylko uważać mój majątek, jako swój i przyjąć mieszkanie u nas. Urządzimy mieszkanie w miasteczku dla ciebie i Marion’y. A gdy zechcesz, Jonceray będzie twojem.
Magdalena spuściła głowę na piersi i zakryła twarz rękami.
— Przyjmij, błagał Wincenty Arbaud. Uczynisz mnie szczęśliwym.
— Chciałabym, Wincenty, lecz nie mogę.
— Ty nie możesz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie pytaj o przyczynę.
Marion zbliżyła się.
— Magdaleno, moje dziecię — zawołała, odmawiasz szczęścia.
— Wiem. Ale... tu Magdalena wstała blada, jak chusta:
— Jesteście moimi przyjaciółmi — mówiła głosem zmieszanym — jestem za dumna, bym kłamała. Jeżeli ci odmawiam, mój kuzynie, to nie dla tego, abym cię nie kochała, lecz dla tego, że nie jestem uczciwą dziewczyną.
Marion rzuciła się:
— Co mówisz? — zawołała.
— Prawdę.
— Ona oszalała, panowie. Ona kłamie!
Magdalena poruszyła głową.
— Nie, powiedziała — nie kłamię. Dlaczegóż miałabym kłamać? Chcecie wiedzieć, dlaczego się mój ojciec zabił? Zabił się, bo mnie zszedł, gdym odzierała z czci jego nazwisko.
Wincenty Arbaud zagłębił się w krześle, jak gdyby piorunem rażony. Bouraille zawołał.
— Pani — błagamy cię opamiętaj się!
— Jestem zupełnie przytomna. Jeżeli się oskarżam, bo was szanuję, nie chcę przed wami nic ukrywać. Moje życie zwichnięte przez mój błąd. Zapomnij o mnie. Do widzenia Wincenty!
Wstała sztywna i blada jak posąg. Pochwycił jej rękę. Ich oczy spotkały się a obojga były łez pełne.
W dziesięć minut wsiadał do powozu ze swym przyjacielem zmieszanym, jak i on, Bouraille przed odjazdem powiedział do osłupiałej Marion’y:
— Wiesz, moja dobra, jak będzie potrzeba, myśl o nas.
Wypadki tej strasznej nocy, przerażająca scena, której był przyczyną i świadkiem, a nakoniec zwierzenie kochanki sprawiły gwałtowną zmianę w charakterze Filipa Valencourt’à.
Do tej pory był zapalony do zabaw, dogadzający swym fantazyjom i chwiejny w zachciankach, jak liść na wietrze.
Zrozumiał, że jako człowiek uczciwy, powinien dotrzymać obietnicy i zostać opieką ofiary, której odtąd zostawał jedyną nadzieją.
Niewiele go kosztowało dotrzymanie dawnych przyrzeczeń.
Magdalena Stefani nie należała do rzędu tych kobiet, którą można się zająć jednego dnia, a zapomnieć nazajutrz.
Smutnego owego wieczoru myślał o swej kochance będąc pod wrażeniem, które się nie miało nigdy zatrzeć. Słyszał zawsze głos z duszy, jej wyrywający się:
— „A teraz mam tylko ciebie.“
Jeżeli miał serce, straszne to wypadki przykuły go na całe życie do ukochanej.
Natura ludzka ma swoje wady, słabostki i występki. Któż może się pochwalić, że jest doskonałym.
Filip Valencourt, był szlachetnym i opłakiwał samobójstwo pułkownika, a przecież samobójstwo to wybawiało go z kłopotu.
Gdyby było potrzeba jednego czynu jego woli dla wskrzeszenia nieszczęśliwego, byłby się zgodził bez namysłu i bez chwili wahania.
A jednak teraz Magdalena pozostała sama. Będzie matką, to było dla niej przyczyną wstydu i radości; ale też będzie wolna. Ojciec jej nie żyje, stawała się panią swoich czynności. Nikomu nie potrzebowała zdawać rachunku nikt nie mógł jej narzucać swej woli.
Oprócz tego należała do niego sercem i duszą. Zanadto go kochała, aby czegokolwiek odmówić mogła. Wiedział, że ślepo pójdzie za jego wolą i życzeniami.
Odtąd Filip Valencourt stawiał sobie pytanie:
Na cóż poświęcać zyski i kompromitować przyszłość? Czyż wszystko nie mogłoby się pogodzić? Tajemnica ich miłości była dobrze ukrytą, przynajmniej tak sądził; jeżeli nawet domyślano się, nikt nie miał pewności o ich stosunkach.
Bellemare niema sąsiadów, chyba kilku ubogich wyrobników, a ci nie mieszali się w ich interesy.
Markiz de Blangy pewien władzy nad siostrzeńcami sądził, że jednem słowem wpłynie na zmianę postanowień i na związek swego faworyta z córką pułkownika.
Zresztą z początku widział w tem tylko miłostkę bez następstwa w swej wysokiej moralności chętnie powtarzał trywialne słowa jednego ze swych kolegów gdy wilk w bliskości, niechaj strzegą stada. Zresztą w gruncie rzeczy kto wie, czy nie byłby zadowolony, mając pretekst do wytoczenia awantury zaciętemu przeciwnikowi z Bellemare.
Niewiele też myślał o tej sprawie, będąc zajętym interesami i przyjemnościami.
Tylko oko zazdrosne jego wychowanicy przenikało tajemnicę samotnego domku.
Śmierć powinnaby była zakończyć niesnaski. Jednakże koniec tragiczny pułkownika nie rozbroił senatora. Nikt z jego domu nie należał do orszaku żałobnego tego, którego prześladował nienawiścią obraził srogą dumą, pognębiał sarkazmami.
Filip Valencourt nie bez trudu musiał się starać o łaskę wuja, dzierżącego jego losy w swem ręku. Poddał się gryząc gniewnie nałożone wędzidło. Jeżeli się ukrywał, to dla tego, aby uniknąć złośliwości i ludzi co do przypuszczań o powodach samobójstwa.
Musiał przejść pewien czas, zanim mógł dojechać do Bellemare.
Rozumiał to dobrze, że ciekawość Ludwiki de Chambeyre ciężyła nad nim, że jest szpiegowanym na każdym kroku.
Przeczuwał instynktownie większy wstręt do jego kochanki aniżeli do niego samego.
Nie mógł przewidzieć, jak okrutnie głucha i cierpliwa uraza panny de Chambeyre pomści się później za jego wzgardę, czyli raczej jego obojętność.
Nakoniec spróbował oszukać tę czujność.
Zbliżała się chwila małżeństwa Ludwiki z Franciszkiem.
Młoda dziewczyna zdawała się być bardzo zajętą przygotowaniami do tej uroczystości, która ją jednak przestraszała jak zmora.
Miała się odbyć nazajutrz.
Wieczorem, gdy zamek pogrążony był w ciemnościach, Filip wyrwał się i pobiegł do małego domku pułkownika.
Sierota uwiadomiona bilecikiem, czuwała przy oknie pawilonu, gdzie się spotykali tyle razy przed straszną katastrofą.
Przez wiele nocy oczekiwała kochanka, lecz napróżno.
Kiedy ją Filip zobaczył, zdała mu się jeszcze piękniejszą w żałobnej sukni, podwyższającej przepyszną białość jej twarz.
Blada, z oczami pełnemi łez, przyjęła go z niekłamaną czułością.
Śmiertelna obawa cisnęła serce biednej dziewczyny.
Co usłyszy?
Co jej powie dwudziesto-czteroletni kochanek, na łasce którego pozostawała.
Czy dotrzyma przysięgi i czynionych obietnic, tak często gwałconych, wyrywanych uniesieniami namiętności, by zgasnąć często bez śladu.
Szybko się upewniła.
Miłość Filipa nie wygasła, namiętność nie zmniejszyła się, przeciwnie więcej jeszcze uwielbiał Magdalenę.
Kochanek opowiedział jej własne cierpienia, trwogę, którą musiał ukrywać, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi.
Opowiadał jej, jak całemi dniami myślał o niej, o jej zmartwieniu, jak długiemi zdawały mu się godziny rozłączenia, jak chciał być przy niej, podtrzymać ją i pocieszyć.
Wśród łez uśmiechała się do niego.
O drugiej w nocy jeszcze był przy niej, Magdalena nawzajem opowiadała mu też, co się działo podczas jego nieobecności.
Dom był smutny, jak grób.
Zatrzymała tylko jedną służącą, wieśniaczkę i starą Marion’ę, którą kochała jak matkę.
Należało sprzedać Bellemare, za któreby się wzięło kilka tysięcy franków.
— A później? Gdzie pójdziesz? zapytał łagodnie Filip.
— Nie wiem.
— To ja wiem — odpowiedział z żywością. Podczas tych kilku dni rozłączenia naszego myślałem tylko o tobie. Możemy ocalić teraźniejszość i przyszłość.
— Ach! powiedziała, powątpiewając.
— Teraźniejszość — to jest miłość, przyszłość znaczy majątek.
— Jakto?
— Radość i szczęście na dzisiaj, nadzieje na później.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Siedzieli na szerokiej kanapie koło siebie, czoła ich stykały się prawie, Filip podniósł do ust rękę młodej dziewczyny i okrył ją pocałunkami.
— Chcę cię prosić o jednę ofiarę.
— Proś!
— Wielką.
— Mów.
— Życie dla biednych jest gorzkiem. Trzeba się ugiąć pod jego jarzmem, poddać się i znosić rozkazy władzcy bo ten od którego się zależy, jest władzcą jakkolwiek by się nazywał. Nie chcę tego poddaństwa dla ciebie, ani dla tego dziecka, które się ma narodzić, jako zadatek naszej miłości. Powiedziałaś mi jednego wieczoru:.. Poszukam... zastanowią się, pomyśl także... szukaj sposobu, zbawienia!.. Otóż szukałem...
— I?.. dodała.
— Znalazłem.
Oczekiwała, strapiona, co miał wyrzec dla jej dobra. Nieokreślony lecz bolesny niepokój szarpał jej duszę. Filip przecież przysiągł że zostanie jej mężem: na cóż mu wybiegi i wykręty?
Uprzedził, jej myśl udając błaganie, nadając swemu głosowi czułość przekonywającą.
— Mój wuj jest również upartym w swej nienawiści, jakim był i pułkownik. Niemożebna sprowadzić go na drogę wyrozumiałej sprawiedliwości. Zbadałem gruntownie, dokąd dojść mogę. Wszystko uczyniłem dla dowiedzenia się co myśli. Nie ma sposobu. To sfinks. Cierpieć nie może wspomnień o twym nieszczęśliwym ojcu tak jak i nienawidził pułkownika za życia. Jesteśmy więc skazani na milczenie... pod karą stracenia jego łaski... Przytem, zrozum mnie dobrze. Chcę cię widzieć bogatą szczęśliwą chcę cię mieć promieniejącą wobec nędzy tego świata, chcę, aby twoje dzieci były wolne od nędzy. Co mamy robić? Ukryć naszę miłość otoczyć ją tajemnicą. Nie będzie ona ani mniej serdeczną, ani mniej trwałą. Nic łatwiejszego. Dzięki majątkowi, którego używam, oczekując dziedzictwa po moim wuju, dzięki jego szczodrobliwości nawet, bo jest bardzo dobrym dla mnie, przygotowałem ci prześliczne gniazdeczko, w odosobnieniu, przy sobie w Paryżu, w miejsca najdogodniejszym w świecie dla okrycia się tajemnicą.
Tam, codzień przychodzić będę do ciebie i tam będziesz nietylko moją kochanką, moją miłością, mem życiem, wszystkiem nakoniec, lecz żoną tylko przed Bogiem do chwili, aż ci dam nazwisko moje przed ludźmi...
— Twoją żoną przed Bogiem — wymówiła.
— Tak. Szanuję twoją skrupulatność... Chcę, abyś była spokojną, ksiądz proboszcz nas połączy, w jednej wsi, znanej jednemu z moich przyjaciół, tam za granicą. Jest on z narodowości Hiszpanem. W jego kraju niema odpowiedzialności za nasze przepisy kościelne.
Magdalena nie znała praw tak, jak adwokat, lecz wyrzekła nieśmiało:
— Małżeństwo to nie będzie prawne. Nasze dzieci...
Przerwał uśmiechając się:
— Mówię ci, że będziemy złączeni przed Bogiem, reszty dopełnimy później.
— Kiedy?
— Gdy tylko będę wolny... tak, jak ty nią jesteś dziś! Cóż nas obchodzi czekać lat kilka, może kilka miesięcy. Jesteśmy młodzi!...
Sierota spuściła oczy i nic nie odpowiedziała.
Jej duma oburzała się na tryumf, który kochanek przedstawiał jej z taką swobodaą, zadowolony i dumny z wynalezienia podejścia, aby się wycofać ze złego położenia, w jakie się wmieszał.
— Ale co z sobą zrobić?
Niewinna, byłaby odrzuciła propozycyję nadającą jej w oczach świata i prawa pozycyją kochanki, a nie legalnej żony.
Winna nie wiedziała co robić?
Zanadto była delikatną i wyniosłego serca, aby bronić praw swoich przed tym, któremu się dobrowolnie oddała, którego kochała z całej swej duszy.
Filip zrozumiał jej wahanie.
On także kochał szczerze i z zapałem młodości. Był jednak synem swego wieku. Dzisiejsza uczciwość, schyliwszy czoło, przyznać należy, nie jest tak prawą i tak nieugiętą, jak była u naszych ojców. Gnie się i lawiruje.
Filip chciał wszystko ocalić: miłość i kiesę. Bronił swej sprawy wyrozumiale.
Odmalował Magdalenie przepyszny horyzont, jaki się przed nimi odkrywał, majątek ich dzieci w ręku kapryśnego i samowolnego starca; zapewnił ją o tajemnicy w wielkim i ładnym Paryżu. Kto się będzie nią zajmował? Przed kim będzie się rumieniła? Kto będzie wiedział o jej pochodzeniu, jej przeszłości i nazwisku?
Pieszczoty dokończyły, co słowa rozpoczęły.
Zanim przecież odpowiedziała, wpatrywała się długo w oblicze ukochanego, badała je.
Filip nie kłamał. Był szczerym, broniąc tego co zwał nadzieją i szczęściem kobiety, którą tyle kochał, iż chciał jej poświęcić swe żądze, ambicyją i majątek, gdyby ich była zażądała...
Ona to się dla niego poświęci.
Po długiem i wymownem spojrzenia była przekonaną i zwalczoną.
Przestała się też i opierać.
Rzuciła się na szyję kochankowi i powiedziała:
— Niechaj tak będzie. Wszystko co chcesz, wypełnię. Nasz los jest w twem ręku...
Usta ich złączyły się, ich dusze spoczęły w długim uścisku, a wzruszenie rozsadzało jej pierś radosnem uczuciem, gdy jej powiedział:
— Magdaleno moja ukochana! Razem na śmierć i życie!
Kontrakt szczerze był zawarty.
Gdy Filip powrócił do gminy de Blangy już pierwsze promienie jaśniejącej jutrzenki przebijały na horyzoncie szerokim pasem.
Przez otwór uchylonej okiennicy kobieta zaledwie okryta, gołemi rękoma, włosami w nieładzie spadającemi na chude ramiona, oparta o framugę okna pierwszego piętra, obojętna na wilgoć porannej rosy, przeglądała swemi czarnemi oczami krzaki parku, wężykowato niknące w alei, na którą zaczęły opadać poczerwienione liście.
Była to panna de Chambeyre.
Spostrzegła Filipa Valencourt, który się prześlizgnął pod cieniem stajen i kładł rękę na serca dla przytłumienia jego bicia.
Jej rysy drobne i nieruchome ściągnęły się pod zjadliwym ciosem zazdrości.
— Nie omyliłam się — pomyślała. — Kocha inną, ale kogo? Ją zapewne.
Zagłębiła paznogcie swej lewej ręki w czarnych warkoczach.
— Ją, bezwątpienia — zawołała — Magdalenę!
— Muszę się upewnić.. To niedołęga! Odpycha kobietę taką — jak ja dla dziewczyny — jak ona!
Filip przechodził pod jej oknem.
Przystanął dla zbadania ruchu w zamku.
— A więc — pomyślał — wszystko śpi jeszcze, nikt nie czuwa. Wejdźmy.
Otworzył pocichu niskie drzwi, prowadzące na schody, i znikł.
Panna de Chambeyre powróciła też do swego pokoju, drżąc z zimna, a poprawiając ogień na kominku, rzekła:
— Piąta godzina, słyszę bijący zegar.
Wpatrzyła się w fotografiją swego przyszłego, umieszczoną przed nią w aksamitnych ramkach.
Widok tej maski, bladej i zimnej, z rysami niewdzięcznymi, uśmiechem fałszywym i wymuszonym, przejął ją dreszczem.
— Spaść z marzenia w taką rzeczywistość — pomyślała, odwracając oczy, co za straszne nieszczęście!
W kilka godzin później wychodziła z małego kościółka de Blangy pod rękę ze swym mężem. Weszła wprowadzona przez opiekuna.
Wszystko było skończone.
Markiz z rozgłosem zakończył sprawę, winszując sobie pozbycie się dwóch ciężarów.
Jednego — swej wychowanicy, drugiego — siostrzeńca. Pozostawał mu do ustalenia teraz tylko jeden, ale ten z łaski Boga, nie niepokoił go.
Odtąd mógł się wyłącznie zająć swoją osobą, oddawszy się lubym i miłym rozkoszom wyrafinowanego egoisty.
W powozie z kościoła, do zamku, Franciszek Valencourt, był rozpromieniony. Różowe marzenia przebijały na jego bladej twarzy. Świadków swej pomyślności przyjmował w wybornym humorze, jakiego, dotychczas u niego nie widziano.
Na jedną chwilę znalazła się młoda pani ze swym szwagrem w dużym salonie.
Filip uścisnął jej rękę z współczuciem, jak gdyby chciał błagać jej o przebaczenie. Doświadczyła tak silnego wzruszenia przy dotknięciu, jego ręki, że niepodobna było tego nie zauważyć.
Zęby młodej kobiety dzwoniły; zbladła, i o mało co nie zemdlała.
— Cierpisz? — spytał zcicha.
Zapanowała nad sobą i odpowiedziała głosem oschłym:
— Bardzo.
— W taki dzień?
— Szydzisz.
— Ludwiko, proszę cię...
— Jestto piękny dzień dla tych, które wychodzą za mąż z miłości...
— A dla ciebie?
— Jest małżeństwem konwenansowem, najwyżej małżeństwem z interesu...
Zrobiła nacisk na tem słowie.
— Z interesu? — zawołał. Ty, tak bogata, Ludwiko gdy Franciszek jest biedny?
— Tak — odpowiedziała stłumionym głosem — jestem bogata, chcę być jeszcze bogatszą, dla tego nie wzięłam męża, lecz, wspólnika, sprzymierzeńca raczej...
— Sprzymierzeńca... Względem kogo?
— Dowiesz się kiedyś.
— Czy to groźbą?
— Może.
— Nienawidzisz mnie może?
— O tak.
— Pięknie tak postępować. Ja przecież żywię dla ciebie prawdziwą przyjaźń.
Wyraz wzgardy osiadł na czole młodej mężatki.
— Czy mi potrzeba tej przyjaźni? — zapytała.
On zaś dodał:
— Wierzaj, że ci życzę tyle szczęścia, ilebym go pragnął dla siebie samego. Spodziewam się, że będziesz szczęśliwą...
Zbliżyła się do niego z oczami zaiskrzonemi.
— Szczęśliwą, tak, będę nią, — powiedziała — chcę tego, jeżeli nie przez miłość, to chociaż dla zadowolenia ambicyi. Dopięcie tego celu niewiele mnie będzie kosztować. Nie takiego szczęścia żądałam, ale wypadki nami rządzą. Za ciebie, Filipie, Bóg winien mi nagrodę. Spodziewam się, że mi jej udzieli. Dzisiaj zapytałeś czy cierpię. Bardzo cierpię....
Oddaliła się szybko, gryząc chusteczkę blademi ustami.
— Adieu, Filipie, — powiedziała jeszcze.
Pozostał przez chwilę, jakby przykuty do ziemi, nieruchomy i zamyślony.
Taka była gorycz w słowach młodej kobiety, taka tęsknota w jej rysach, że został głęboko wzruszonym.
— Czyżby istotnie mnie kochała? — pomyślał.
Lecz obraz Magdaleny ukazał mu się natychmiast.
Jakież myśli nie pierzchną przed wspomnieniami o ukochanej.
— Bah! — powiedział — zapomni. Wszystko się zapomina.
Mylił się.
Są natury, które nie zapominają.
Ludwika de Chambeyre umiała pamiętać.
Milczenie jest siłą. Wszyscy o tem wiedzą.
A wszyscy mówią, aby później żałować.
Małomówni są wyjątkiem.
Markiz de Blangy do nich należał.
Mówił mało i rozumnie, dowiadywał się bez wrzawy i wiedział zawsze to, o czem chciał wiedzieć.
Wszystko, począwszy od wzgardy, przywiązanej do jego osoby, chciwość i wzbogacenie się, chęć wyniesienia się najwyżej, wszystko było budowane na ruinach innych, lecz nie można mu było odmówić jednego przymiotu.
Był o tyle inteligentnym, o ile był sceptykiem, tak silnym, jak egoistą, przenikał myśl innych, umiejąc ukryć swoją.
Bogaty, zaszczycany honorami, poważany przez wszystkich, którzy w departamencie potrzebowali jego pomocy, posady lub protekcyi, mało przywiązywał wagi do nieprzyjaźni jednego usuniętego oficera, zapomnianego w swej pustce, nie obawiając się jej więcej od złośliwej żmii, która czołgając się w krzakach, pragnie przestraszyć ptaka, ginącego w chmurach.
Przypuszczać nawet należy, że byłby zapomniał o swym nieprzyjacielu, gdyby pułkownik nie starał się przypominać sarkazmami przy każdej sposobności o swej egzystencyi, opowiadając wiele o nieuczciwem postępowaniu markiza na zgromadzeniach rolnych, jarmarkach i uroczystościach ludowych.
Rozjątrzony Korsykanin kręcił się około markiza ze złośliwem natręctwem bąka około podróżnego, przechodzącego las w czasie burzy.
Zresztą ten nieszczęśliwy leżał już w ziemi, pozostawił przecież kogoś po sobie.
Spotykając się ze swym bezsilnym nieprzyjacielem, markiz widywał piękną panienkę z Bellemare.
Dla znawcy, jakim był stary dworak, Magdalena nie mogła ujść niepostrzeżona.
Śledził ją więc.
Młoda dziewczyna, towarzysząca ojcu, gdy dowodził garnizonem, była przez parę lat w Saint-Denis.
Pan de Blangy zauważył, że uroda i elegancyja młodej dziewczyny stanowiły niebezpieczne sąsiedztwo zamku.
Rozmaite okoliczności potwierdziły jego mniemanie.
Doszły uszu jego pogłoski, już to przez służbę, lub ogrodników, z któremi chętnie rozmawiał, już to przez jego wychowanicę, Ludwikę Chambeyre.
Wiedział, że Filip błądził niekiedy w strony Bellemare. Zresztą czegoż tam mógł szukać w tej stronie? Jakiż inny magnes pociągał go w te pustelnicze lasy, jeżeli nie piękna buzia dawnej uczennicy z Saint Denis?
Po śmierci oficera, markiz zaczął śledzić, lecz nie mógł dojść prawdy, wiedział przecie, że jego siostrzeniec pozwala sobie od pewnego czasu wycieczek nocnych.
Pan de Blangy miał zasadę postępować wolno, zastanowić się, zanim co powie i nie dowierzać pierwszemu wrażeniu.
Dopiero w sześć tygodni po zaszłej katastrofie, zaczął dochodzić prawdy.
Nie tracił czasu.
Zwolna, badał fizyjognomiją delikwenta i jego postępowanie.
Wuj i siostrzeniec rządzili się wzajemną przebiegłością.
Filip był smutny, unikał rozmowy i rzadko opuszczał zamek.
Pewnego poranku gdy się przechadzał w oddalonej alei, marząc o swej miłości i planach, Lachaume, służący, a raczej poufny markiza, przybliżył się do niego i z szacunkiem, lecz protekcyjonalnym tonom rzekł:
— Panie Filipie, pan markiz chce z panem pomówić.
Lachaume podobny był do rozdawcy wody święconej.
Nawet nie brakło mu płaskiej czapeczki na obnażonej głowie.
Filip spojrzał na niego z pewną obawą; ale łagodny wyraz twarzy służącego uspokoił go.
— Ach! — powiedział machinalnie, wuj mnie prosi.
— Tak panie. Szukam pana od dziesięciu minut... z rozkazu...
— Gdzie jest wuj?
— Znajdzie pan pana markiza w jego gabinecie.
Było to w pierwszych dniach listopada. Starzec nie cierpiący zimna, okryty w szeroki szlafrok, wyciągnięty na wygodnem krześle z poręczami przed kominkiem, oczekiwał młodego człowieka.
Gdy go spostrzegł zbliżającego się krokiem żwawym, głową podniesiona do góry, twarzą wesołą i zadowoloną, poruszył się.
Uśmiech rozjaśnił twarz jego, jak amatora badającego dzieło sztuki i pomyślał:
— Ten przynajmniej, pomimo pochodzenia mieszczańskiego Butryn’ów, jest prawdziwym szlachcicem. Płynie w nim krew Blangi’ch. Tamten — to kucharzysko.
Tamtym — był Franciszek Valencourt, mąż jego wychowanki, Ludwiki de Chambeyre.
To mu przecież nie przeszkadzało z chwilą, gdy się drzwi roztworzyły, przybrać minę ostrą, prawie srogą, marszcząc brwi.
— Kazał mnie wuj poszukać — zapytał Filip.
— Tak, panie. Posłałem w pogoń mego nieocenionego Lachaume’a widzę, że cię odszukał.
— Chcesz ze mną mówić wuju?
— Chcę ci zadać kilka poważnych i interesujących pytań, tyczących się twej przyszłości.
— Jestem na wuja rozkazy.
— Weź krzesło. To, co ci mam powiedzieć, potrwa dosyć długo.
Młody człowiek był posłusznym. Twarz jego nie wyrażała ani bojaźni, ani też niechęci.
— Wyraźnie, ten chłopiec silniejszy odemnie? pomyślał senator — byłbym zachwycony.
Głośno dodał:
— Czy myślisz kiedykolwiek o ustaleniu się, o przyjęciu jakiego urzędowania Filipie?
— Bez wątpienia, wuju.
— Cóż ty umiesz?
— To co umieją młodzi ludzie w moim wieku.
— Dosiadać konia, polować, ubiegać o piękne...
— Jestem doktorem prawa, wuju.
— Dobra rekomendacyja! Doktór prawa! Na Boga! znam ich tuzinami, otaczających przedpokoje ministrów, nie opływają w złoto z ich dyplomami w kieszeni, dopókąd nie obronią wdowy, lub sieroty i nie wzbogacą się jej kosztem. Gdyby to przynajmniej było dosyć wdów lub sierot dla wyżywienia tej zgłodniałej rzeszy. Mogłeś się był ożenić, nie szukając daleko, ale pewno ci co innego bruździ po głowie, oddałeś więc żonę i posag Franciszkowi, który nie był tak głupim, jak ty...
— A czy wuj jest pewnym, że żona i posag dałyby mi pierwszeństwo?
Wuj podrapał się w podbródek.
— To ci mogę powtórzyć, to, że masz wielką nieprzyjaciółkę w naszem otoczenia.
— Oh! wuju.
— Jesteś dyskretnym, i nie obliczasz swoich korzyści, to doskonale, ale nie unikniesz losu. Ależ, zachowaj rozumny spokój. Ludwika cię nienawidzi, do czego i ma prawo, nawiasem mówiąc, daję ci radę do niedowierzania jej na przyszłość, również i komuś jeszcze drugiemu, który ci jest bliskim, ten niepodobny do ciebie.
— Co wuj chce przez to powiedzieć?
— Nic więcej nadto, co powiedziałem. Wracam do cela naszej rozmowy. Co myślisz robić na przyszłość?
— Ale.....
— Rozumiem to, jak urządzisz twoje życie?
Wuj bystro spojrzał w oczy siostrzeńca tak jak żmija.
Filip wytrzymał to spojrzenie bez drgnięcia.
— Nie jestem jeszcze zdecydowanym wuju, — odpowiedział.
— Trzeba już nim być.
Markiz ponowił pytanie — robiąc nacisk na słowa:
— Słowem, jakie stanowisko myślisz obrać... jaką karyjerę?
Siostrzeniec nie wahał się dłużej.
— Taką, jaką zechcesz, wuju.
Markiz otworzył tabakierkę, zapchał nos tabaką, wziął nawet niuch z ukrytem zadowoleniem i pomyślał:
— Tak samo bym odpowiedział, będąc na jego miejscu.
To mu nie przeszkodziło do przybrania uroczystej miny i powiedział:
— Może się łudzisz nadzieją, że kiedy ja zajmuję niezłą pozycyją, i że jesteś moim siostrzeńcem, rodzonym synem mej siostry, że to co posiadam, po mojej śmierci pójdzie prosto na...
— O mój wuju!
— Przyznaj się, że to twoja myśl.
— Przysięgam ci, że mi nigdy na myśl nawet to nie przyszło.
— Tem lepiej. Znasz przysłowie:„ Nie należy liczyć na mających umrzeć“... Dobrze się czuję... Spodziewam się żyć jeszcze długo i nie mam zamiaru robić żadnego zobowiązania na przyszłość. Wychowałem was. Starszy twój brat, który mówiąc między nami, trudnym był do umieszczenia, już mnie nie kłopocze... Nie mogę ukryć, przed tobą że jestem zadowolony pozbywszy się go... Mam tylko ciebie na karku i nie gniewałbym się, gdybym...
— Gdybyś mnie się pozbył, wuju.
— Znakomicie rozumiesz myśli moje. Lecz nie należy przesadzać. Przyjąłem zobowiązanie względem ciebie, chcę się z niego wywiązać honorowo, doprowadzając wszystko do końca. Nie poskąpię ci mojej protekcyi, jeżeli na nią zasłużysz. Jesteś moim siostrzeńcem... Nie mam dzieci... Nazywam się markizem de Blangy-Cussey. Jestem senatorem, komandorem legii honorowej i mnóstwa innych orderów. Mają mnie za bogatego i nie mylą się. Dobrze, że się nazywasz zwyczajnie Boutrain albo Valencourt, to się ceni, lecz wiadomo, że mogę zlać mój tytuł i moje dobra z pewnym wpływem wyższości, a to otwiera wiele drzwi. Z drugiej strony mogę rozwiązać sznurki mego woreczka i dorzucić dziesięć tysięcy liwrów do renty, którą twój ojciec pozostawił, nadwerężonej przez twoje figle, jeżeli mogę wierzyć mej tajnej policyi. Czy to prawda?
— Prawda, mój wuju — odpowiedział Filip.
— Ile ci pozostaje?
— Trzecia część zaledwie.
— Dobrze... Jaką karyjerę wybierasz?...
Filip chciał zostać w Paryżu, tam tylko mógł ukryć swoją miłość.
— Gdybym był adwokatem... zaryzykował.
— Czy tylko będziesz zdolnym bronić sprawy z musu?
— Postaram się... pracując.
Markiz zrobił giest najwyższej wzgardy.
— Pracować... dodał z niesmakiem. Czyż nie wiesz, że konie, pracujące przy owsie, najmniej go jedzą. Prawdziwie, sądziłem cię silniejszym. Czego tobie potrzeba, gdy się ma głowę i rodzinę, mogącą cię wprowadzić w świat, oto dobrej synekury, aby się było dobrze płatnym, a nic nie robiło, jednego z tych miejsc, zachowywanych dla faworytów, a które dopomagają do dobrego ożenienia się... dyplomacyja naprzykład.
— Trzebaby podróżować, opuścić ojczyznę.
Filip zaczął się zdradzać. Markiz znów wpił swój badawczy wzrok.
Siostrzeńca jakby coś natchnęło, zrozumiał swój błąd.
— Opuścić cię wuju — dodał żywo.
— Nie tak żle, nie tak źle — oznajmił markiz. Jesteś dosyć przebiegły, zajdziesz daleko, jeżeli się nie mylę. Dyplomacyja będzie dla ciebie najodpowiedniejszą.
— Wątpię.
— Czyżby dlatego, że trzeba podróżować, jak mówisz?
— Nie to.
— Czy masz jaką miłostkę, która cię utrzymuje.
— Przysięgam ci...
— Może związek?
— Mój wuju!...
— Kochankę zapewne?
Kochanek Magdaleny Stefani był bliskim wyjawienia tajemnicy. Widoczne zmarszczenie brwi markiza wstrzymało go.
Przewidział przepadający spadek, Magdalenę, skazaną na biedę, struchlał wobec tego wuja, od którego doświadczał tyle łask, a przeczuwał serdeczną czułość rozgniewanego i zranionego.
— Zrobię, co rozkażesz, mój wuju — powiedział z wysileniem, które nie uszło uwagi starca.
— Bez żalu?
— Bez talu.
— Donoszą mi, że robisz wycieczki w okolice, że to przejażdżki mają cel...
— Cel czystej rozrywki, mój wuju.
— Że cię często spotykają ze strony Etang-Vergy, w zaroślach Messanges, nawet koło Bellemare.
— O tak! niedaleko, wuju.
— Że ci się nawet zdarza wybiegać podczas nocy, nie chcę wiedzieć w jakim celu...
Filip poczerwieniał po uszy.
Markiz oszczędził mu przykrego kłamstwa.
Zmienił nagle ton i mówił dalej po ojcowsku:
— Byłem i ja młodym, Filipie, odpowiedział — i nie pytam o tajemnice. Więcej jeszcze dodam: „Nie chcę o nich wiedzieć i zabraniam ci o nich mówić dzisiaj lub kiedykolwiek“. Mam moje ideje i nie zniósłbym, aby mi je zniweczono. Szaleństwa młodości, zabawy światowe, figle zamożnych chłopców, wszystko mogę wybaczyć. Czegobym nie przebaczył, to upadku, błędu, jak ten twej nieszczęśliwej matki, głupiego połączenia, jednej z tych słabostek, która prędko niweczy przyszłość i zniewala człowieka, do nierozumnego małżeństwa nakoniec. Małżeństwo jest wielkim czynem młodego człowieka, czy rozumiesz to, Filipie?
— A gdybym został kawalerem?
— Czyżbyś miał tyle rozsądku?
— Czy nie mam z ciebie dodatniego przykładu?
— Pochlebca i skryty. Ten chłopiec, to istny mój portret — pomyślał starzec z zachwytem.
A głośno zakończył:
— Zrozumiałeś mnie. Decyduj. Twój majątek jest w mojem ręku... A więc zgadzasz się być w służbie rządowej?
— Z oczami zamkniętemi, mój wuju.
— Pójdziesz na koniec świata?...
— Jeżeli, potrzeba, wuju — westchnął Filip z sercem zbolałem.
— Niedołęgo! W Paryża trzeba pozostać, przy słońcu, a ja będę czuwać nad tobą.
Nieopisana radość przepełniła pierś młodego człowieka, lecz skorzystał z poprzedniej lekcyi senatora; powstrzymał się i czekał dalszego ciągu.
— Jedziemy za dwa dni — odpowiedział starzec.
Za przybyciem do Paryża, zobaczę się z ministrem i ułożę sprawę. Wejdziesz do jego gabinetu, tam rozpoczniesz karjerę, jeżeli nie jesteś głupcem.
— O jak wuj jest dobrym!
— Nie, spełniam tylko powinność ojca dla spokoju sumienia, ale liczę, że mi przyniesiesz chlubę.
— Będę się starał wuju.
— Bez śmiesznych szaleństw.
— Nie, mój wuju.
— Abyś był w możności przedstawić się właściwie, przeznaczam ci dwadzieścia pięć tysięcy franków.
Markiz jeszcze dodał:
— Jeżelibyś się przypadkiem znalazł w kłopocie udaj się do mnie.
Filip był wzruszony do łez.
Wszystkie przeszkody usuwały się przed nim.
Chciał ucałować rękę swego wuja.
Starzec ją usunął.
— Z obowiązku daję ci tę małą sumę powiedział. Żadnych podziękowań, jedna rada tylko: „Milczenie o tem, co zaszło między nami!“ Jeżeli masz tajemnicę, zachowaj ją dla siebie. Na tym świecie nikomu nie należy dowierzać, nawet swym bliskim i przyjaciołom. Idź!
Wuj nie chciał upewnień.
Filip wyszedł dziękując spojrzeniem w którym przebijała się wdzięczność.
Taka propozycyja sprzyjała doskonale jego zamiarom. Po dniu, który mu się zdawał nieskończenie długim nastała noc.
O wpół do jedenastej, gdy mieszkańcy de Blangy porozchodzili się do swych pokoi, pobiegł do stajni, wziął konia i puścił się galopem.
Trzy lata przeszło, jak sen.
Dnie są za krótkie dla szczęśliwych ludzi.
Było to w połowie marca 1866 roku.
Wieczorem w czasie strasznej zimowej zadymki wjeżdżał powóz, ciągniony przez dwa chude konie, których kości przebijały przez skórę, lecz szybkie podobne do wychudłych górali którzy pomimo to dążą do celu zwinni, jak jaguary, odważni jak lwy. Powóz ten wlókł się po pagórku w odległości piętnastu kilometrów od Echaller.
Echaler jestto małe miasteczko w Nawarze, odległe o dziesięć mil od Bajonny, na drugiej stronie granicy, położone w ostatniem pasmie Pirenejów, tworzących tam jeszcze nagromadzenie prostopadłych gór, wąwozów, potoków i przepaści.
Czas był okropny, wiatr świszczał, zdolny wywrócić pojazd, a śnieg zasypałby oczy pieszym, gdyby się znaleźli na drodze tak pustej, i tak stromej.
Woźnica wynajęty w Bajonnie, okryty zielonym płaszczem przeklinał i klął bezustannie.
— Abyśmy tylko przybyli przed nocą do tej dyjabelnej wsi, mruczał pod nosem, uderzając batem w zwierzęta, których skóra potniała, sprawiając lekką mgłę w mroźnem powietrzu.
Roztworzyły się drzwiczki starej karocy, a w nich ukazała się głowa.
Była to głowa człowieka młodego, i sympatycznego.
— Czy się zbliżamy? zapytał.
— Doprawdy, że nie wiem. Jeżeli jeszcze nie przybędziemy za pół godziny, trzeba będzie zdechnąć na tej drodze.
Powóz doszedł do szczytu górki, woźnica nawoływał na konie, a biedne szkapy pędziły kłusem nieprawdopodobnym na tak zbiedzone zwierzęta. W krótkim też czasie ukazało się podróżnym światło.
Szare sklepienie chmur, wiszące nad niemi, przetarło się.
Była przed nimi nieskończona płaszczyzna, rozciągająca się pod ich stopami.
Woźnica wychylił się, pokazując mały kościółek ukryty w zagłębieniu.
— Nareszcie! wyrwało się z piersi młodego człowieka.
Zwrócił się do towarzyszki podróży, okrytej płaszczem futrzanym, na wpół-śpiącej, skostniałej ze zmęczenia i zimna.
— Dojeżdżamy do celu, moja kochana Magdaleno. Jeszcze kilka minut i będzie koniec naszych trudów.
Kobieta ta była młodą, jak jej towarzysz, bardzo piękną, bardzo bladą i zdawała się być cierpiącą.
Nazywała się Magdalena Stefani.
Poznajemy Filipa Valencourt‘a.
Markiz de Blangy dotrzymał słowa swemu siostrzeńcowi. Od trzech lat Filip był attaché w ministeryjum spraw zagranicznych, z dochodem mało znacznym na początek, ale senator podług obietnicy dokładał dwadzieścia pięć tysięcy franków rocznie.
Było to drobnostką dla wuja, stanowiło bardzo wiele dla siostrzeńca.
Filip opływał w dobrobyt i życie zdało mu się usiane kwiatami. Markiz dawał mu pieniądze, Magdalena szczęście i niezakłócony spokój. Żadna chmurka nie zaciemniła ich horyzontu najmniejszy cień nieporozumienia nie zawitał do ich mieszkania.
W tej też błogosławionej i przepysznej atmosferze czuli się prawdziwie szczęśliwymi.
Posiadali młodość, piękność, siłę, przyszłość, wszystko nakoniec.
Dnie, miesiące, lata upływały szybko, jak błyskawice.
Tajemnica, którą byli zmuszeni otaczać się przed zazdrosnem okiem ludzi, podwajała urok życia.
Wobec tego spokoju, jaki ich otaczał, młody człowiek nie pomyślał prawie o spełnieniu swych przyrzeczeń.
Magdalena bardzo cierpiała z tego powodu: lecz jej kochanek był tak czułym, dobrym, przywiązanym, że przestała powątpiewać.
Zresztą nie brakło mu też pretekstu opóźniania.
Przybyła na świat prześliczna córeczka z imieniem Magdaleny, z takiemi samemi cudownemi niebieskiemi oczyma, pięknymi włosami i niebiańskim uśmiechem.
Później narodził się synek, brunet, jak jego ojciec z temże samem Filipa imieniem, a mając zaledwie trzy lata zapowiadał że będzie również pięknym i silnym.
Możnaż więc było puścić się w drogę, mając tyle obowiązków i zajęcia w Paryżu?
A zobowiązania Filipa dla rodziny!
Zajęcia w ministeryjum, powinności światowe... trzeba je było wszystkie pogodzić Rzeczywiście dnie zdawały się za krótkie. Mijały lotem ptaka, gdyby dzień miał czterdzieści osiem godzin, kochanek Magdaleny umiałby go jeszcze użyć.
Wiek, w którym żyjemy, zdolny jest wszystko wyszydzić, wszystko zniweczyć.
Filip Valencourt nie był niedowiarkiem, był obojętnym.
Kochał Magdalenę, Magdalena byłą jego ciałem i duszą.
Reszta go nie obchodziła.
Kiedy wchodził szczęśliwy kochanek do małego domku w Passy, gdzie zamieszkiwała, otoczona wygodami, elegancyją nawet, znajdował ją często smutną, ubolewającą nad swym stanowiskiem kochanki, zmuszonej ukrywać swą miłość. Tając ukryte cierpienie, przyjmowała z uśmiechem swego wybranego, który przecież dbał tak samo, jak wuj jego, o swe osobiste przyjemności, o swe niezakłócone szczęście przy tej idealnej kobiecie i kolebce dwojga dzieci, łagodnych, jak ich matka, różowych jak aniołki.
Dla świata zamieszkiwał przy ulicy Université jako kawaler ze swym wiernym służącym, Jesonem Kerhoël’em. Bywał w operze w Theâtre Français, nie opuścił ani jednego zebrania, którego wymagało jego stanowisko.
Spotykał też swego wuja, swego brata Franciszka, który mieszkał przy ulicy Saint Germain w pałacu należacym do jego żony.
Mieszkanie to z podwórzem znajdowało się między ogrodami, dość licznie spotykanymi na przedmieścia Saint-Germain.
Wartość jego główną stanowił obszar grantu, na jakim się znajdował.
Gdyby go było sprzedać, możnaby zrobić dobry interes.
Franciszek myślał już o tem.
Z obliczem pargaminowem, zimną krwią jak u gadów, spojrzeniem nikłem lecz pewnem, zapowiadał człowieka przedsiębiorczego, jakim się też stał z czasem.
Markiz de Blangy gładząc podbródek swej wychowanicy mówił ze spokojem.
— Hm! co za nabytek! Ten chłopiec mógłby złoto robić w banku. Będziesz kiedyś wielką milijonerką! Ja ci to przepowiadam. Obecnie należy go zostawić swobodnym niechaj robi fortunę.
Ludwika potwierdziła słowa starca.
Nie potrzebujemy nadmieniać, że mu schlebiała z wielką zręcznością, wobec której reszta zdała się być fałszem. Sądzić nawet wypadało, że należała do spółki w doprowadzeniu małżeństwa, nad którem strasznie cierpiała. Filip nie potrzebował się żalić na nikogo.
Otaczano go uprzejmością ze wszystkich stron. Franciszek okazywał się względem brata jeżeli nie serdecznym to przynajmniej przymuszał się nim być pozornie. Ludwika po kilku miesiącach dziwaczenia się i docinkach jadem zatrutych za to, co zaszło między niemi pogodziła się na pozór z losem.
Względem Filipa, udawała zadowolenie ze swego położenia, pozorną wesołością przynoszącą zaszczyt wytrawnej komedyjantce.
— Śniłam, mówiła raz z udanem wzruszeniem żem była twą żoną, złudzenie to wzbudziło we mnie żal za tem, co już powrócić nie może. Czegóż w istocie żądałam? Żebyśmy byli szczęśliwi! Rządzę się jednak rozumem, jestem zadowolona bez ciebie nawet, życzę abyś i ty był nim także.
Pewnego wieczoru w otwartem oknie wyższego piętra w pałacu de Blangy, oparła się na ramienia Filipa z przymileniem braterskiem zapytując go:
— Ta którą kochasz, czy kocha cię przynajmniej?
Innego dnia powiedziała mu znów, nie bez złośliwości:
— Jest jedna młoda dziewczyna o której chciałabym coś wiedzieć.
Filip zapytał tonem najnaturalniejszym:
— Jak się nazywa?...
— Magdalena Stefani.
— Córka pułkownika?
— Ta sama.
— Ona cię obchodzi?
— Nieskończenie...
— A ciebie?
— Dlaczego mnie o to pytasz?
— Tak sobie... aby się o niej dowiedzieć tak młoda a nieszczęśliwa dziewczyna znajdująca się w bardzo przykrem położeniu obchodzi mnie, dowiadywałam się... wiesz... w Bellemare?
— Miejscowość gdzie mieszkał jej ojciec?
— Tak.
— A więc?
— Sprzedany na kawałek chleba. Miała go opuścić już oddawna.
— Aby iść gdzie? — zapytał kolejno Filip.
— A otóż nikt nie wie w okolicy.
— Znikła?
— Tak też mówią kochany Filipie, znikła.
— To dziwne zakończył młody człowiek.
— W istocie że dziwne.
Tegoż dnia jeszcze żegnając się ze szwagrom, jakby na zakończenie, szturmu, rzuciła mu pocisk ostatni:
— Wuj miał wielką racyją nakłaniając cię do dyplomacyi.
— Tak sądzisz?
— Bez wątpienia. Masz wiele danych do zrobienia karyjery na tej drodze. Zajdziesz daleko jeżeli ci Bóg udzieli życia.
Za całą odpowiedź Filip uścisnął przyjaźnie jej rękę.
Pomimo to, prawie codzień były nowe potyczki.
Stosownie do wyrażenia Filipa Valencourt’a, prawdą było iż panna Stefani dla tych co się nią interesowali, znikła. W trzy miesiące po tragicznej śmierci pułkownika, uregulowała rachunki, sprzedała ruchomości z Bellamare i opuściła dom — pozostawiając okrutne wspomnienia: występku i katastrofy jaki ten błąd pociągnął za sobą.
Opowiadała swoim przyjaciołom jakich miała w okolicy, że jest zmuszoną wyjechać dla znalezienia jakiego zajęcia.
Zabrawszy swą starą służącą, wyjechała. Odtąd nikt nie wiedział co się z nią stało.
Jeden tylko Filip Valencourt mógł był coś o niej powiedzieć.
Droga do jej schronienia była mu najmilszą i zawsze ją odbywał z nową radością.
W każdą wolną chwilę wyrywał się do tej tajemnej siedziby, którą tylko Paryż ukryć potrafił. Prowincyja jest okrutną dla nieprawej miłości, mury w niej są szklane. Próżnowanie i plotkarstwo podniecają ciekawość, złośliwość kumoszek żywi się najdrobniejszymi szczegółami życia drugich i staje się prawie niepodobnem uczynić choćby krok jeden, aby nie był wiadomy publiczności.
Paryż przeciwnie jest rojem miłostek, i jedynym lasem, gdzie te trwożliwe ptaszyny mogą ukryć swoje tajemnicze gniazdeczka.
Bezwątpienia Filip był odpowiedzialnym za opieszałość, powinien był pomyśleć o ustaleniu tych, których kochał; należało mu spojrzeć w zaczerwieniona oczy kochanki, aby w nich wyczytał iż jest matką w niepokoju i wątpliwości.
Lecz był on w wieku zapału, uniesień serdecznych i marzeń.
To złe miało się wyleczyć podróżą od tak dawna spóźnioną. Z łatwością znalazł pretekst do oddalenia się na dni kilka, i udał się też w drogę.
Odbyli podróż z Paryża do Bajonny przytuleni do siebie jak kochanek i kochanka. Ona zachwycająca i ściągająca samochcąc pożądliwe spojrzenia innych podróżnych pobladła i tęskna po odbytej dopiero słabości, on zdobny młodością, elegancyją i urodą stałby się przyczyną szalonej zazdrości bratewej, gdyby go mogła zobaczyć uwijającego się i tkliwego jak narzeczony przy swej towarzyszce podróży.
W Bajonnie wynajęli powóz i przejechali granicę Hiszpanii. Ostatnie promienie dnia zachodziły na ciemnym horyzoncie gdy powóz zatrzymał się przed rogatką.
Filip wydobył zegarek.
— Piąta godzina, powiedział.
San Julija, zawołał chrapliwy głos woźnicy.
Miejsce w którem wysiedli, o ile można było wnosić, było opuszczone i prawie dzikie. Nad brzegiem drogi widziano tylko niskie parterowe domki pokryte dachówką.
Dom ten wznosił się w pewnej odległości od płotu z wawrzynu i bukszpanu, dwa w nim okna rzęsiście oświecone, wskazywały że były zamieszkane i jakby kogoś oczekiwano (widać bowiem było stół okrągły okryty białym obrusem) a na nim nakrycia do posiłku.
— Hola! jest tam kto? zawołał woźnica. Niepotrzebował ponawiać wołania. Wieśniak ubrany w czerwoną kamizelę, wyszedł z budynku, umieszczonego pod gąszczem świerków, któremi okolica jest prawie zasłaną i zbliżył się do powozu.
— To wy, podróżni z Paryża których oczekujemy? zapytał dyjalektem Nawarczyka, jakim mówią mieszkańcy nad granicą od Orthez’u do Barcelony.
— Tak, odrzekł woźnica.
— Proszę wejść, ksiądz proboszcz oczekuje.
— A konie gdzie umieścić? zapytał człowiek z Bajonny, nie widać nawet wozowni, w tej przeklętej wsi.
— Sto kroków dalej, z drugiej strony, mostu jest wioska, tutaj tylko kościół i plebanija; pierwszy dom na prawo, to oberża. Zobaczysz najpierw latarnią, tobie i twoim zwierzętom dobrze tam będzie, dodał pod nosem: Jeżeli nie jesteś wybrednym. A jakby na pożegnanie dorzucił:
— Noc wkrótce przejdzie, dobrej nocy!
Podczas tych objaśnień, dwoje podróżnych wysiadało z pudła wehikułu, zmęczeni długą podróżą i ostrem powietrzem.
Woźnica zaciął konie a powóz potoczył się drogą.
— Proszę wejść, powtórzył Nawarczyk, w czerwonej kamizeli, spełniający u proboszcza obowiązki służącego, ogrodnika, grabarza, i zakrystyjana zarazem.
Mimo tyle zajęcia cierpiał niedostatek proboszcz bowiem kościół i wioska były również biedne. Nareszcie ukazał się i proboszcz na progu domu dla przyjęcia gości.
Przy świetle pochodni ze starego domu wyszedł starzec, którego czoło odsłonięte, rzadkie włosy i pozostały kosmyk na czaszce przypominał zakonnika; lecz twarz sucha jak stara ircha wyrażała szczerość i dobry humor.
Rysy jego więcej zapowiadały zapalonego franta, wytrawnego pijaka, awanturnika, niżeli księdza surowych zasad.
Oczy maleńkie błyszczące, ocienione gęstemi brwiami, usta z wyrazem szczerym znamionowały żądze lub żal za roskoszami świata, całość robiła miłe wrażenie wyrazem dobrotliwym i szlachetnym.
Po kilka serdecznych słowach powitania wprowadził dwoje młodych ludzi do pokoju jadalnego i usadowił ich przed dużym ogniem z drzewa sosnowego, rzucającego blask na podłogę.
Prosił, by się rozgościli.
— Marznie, aż dachówki trzaskają a wy mieliście odwagę opuszczać Paryż w tej porze?
Na wspomnienie Paryża westchnął, a nozdrza jego rozdęły się jakby chciał przyciągnąć zapach stolicy.
— Proboszcz był w Paryżu?... zapytał Filip.
— Pan de Cayrol, nasz wspólny przyjaciel, mówił wam pewno?
— Prawda.
— Mieszkałem tam kończąc nauki. Chmura osiadła na jego łysem czole, poruszywszy ręką jakby dla odpędzenia mar natrętnych, zmienił przedmiot rozmowy i zaczął z miną wesołą:
— Wybaczcie! że was tak źle przyjmuję, robię co mogę: zapewne Cayrol wam opowiadał. Nasi ojcowie żyli w wielkiej przyjaźni, on utrzymał swoją ojcowiznę, ja roztrwoniłem moją, lesz osiągnąłem przynajmniej tę korzyść, że jestem wyrozumiałym dla innych.
Wymawiając te słowa zmierzył okiem znawcy młodą kobietę od stóp do głowy.
Zdjęła salopę, okazując się w pełnej gracyi, w sukni koloru malwy a przepysznie skrojonej.
Spojrzenie było tak wymowne, że młoda kobieta poczerwieniała nie mogąc wymówić ani słowa, ksiądz uspokoił ją natychmiast, bo rozpoczął rozmowę z nadzwyczajną serdecznością.
— Łaska boża spłynęła na mnie. Biskup, hrabia Urgel jest moim kuzynom, jemu zawdzięczam, żem został księdzem. Lubię żyć wspomnieniami, życie jest tak krótkie, nie chciałem przyjąć innego probostwa jak tylko w tej wiosce.
Człowiek umiejący się ograniczać może być szczęśliwym, zresztą nie jestem sam, myślę o tych, którzy, nie żyją a których widzę bezustannie.
Łza, szybko spływająca, sprawiła iż oczy jego stały się jeszcze więcej błyszczącemi. Napomknął też zaraz o celu podróży dwojga młodych ludzi.
— Cayrol opowiedział mi wszystko.
— Gdzie go poznaliście?
— U mego wuja w Burgundyi.
— Był to rozsądny lecz wesoły hulaka.
— Dzięki Bogu, jest nim i długo jeszcze nim będzie, odrzekł Filip.
Hiszpan potrząsł głową.
— Co? Proboszcz powątpiewa? zapytał młody człowiek.
— Pan de Coyrol jest tak jak proboszcz, w sile wieku i szydzi z lat swoich, sądziłem, że go tu znajdę.
— Nie przyjdzie już tutaj więcej, odrzekł proboszcz widocznie zasmucony.
— Co proboszcz mówi?
— Coyrol wziął was w szczególną opiekę, podobał mu się prawy i szczery charakter pana i polecił mi też was w najgorętszych słowach, cieszył się, że będzie waszym świadkiem...
— Jakaż więc przeszkoda?
— Najważniejsza ze wszystkich.
— Proboszcz mnie przestrasza!
— Pan de Coyrol umarł.
— Czyż być może?
— Pan de Coyrol zabił się, przed dwoma dniami, w swoim majątku Puymorons pad Canterets.
— Co proboszcz mówi?
— Pan de Coyrol polował jak zazwyczaj, była to jedyna namiętność jego, kochanka. W pogoni za niedźwiedziem wpadł w przepaść i rozbił czaszkę o skalę.
Magdalena siedząca w kąciku przy ogniu podniosła wzrok przerażony na księdza. Podróż wśród prawdziwego uraganu, wiadomość o strasznej śmierci, to miejsce osamotnione, robiły wrażenie smutnych przepowiedni.
Proboszcz pokazał młodemu człowiekowi list z czarnemi obwódkami.
— Dziś dopiero dowiedziałem się. Matka mi o tem doniosła. Jest zdesperowaną.
Załamał ręce jakby na dowód potwierdzenia.
— Życie jest znikomem zakończył. Mówmy o was.
— Proboszcz jest wtajemniczony w nasze życie? zapytał młody człowiek.
— Tak.
— I zgadza się przyjść nam w pomoc?
— Z całego serca.
— Jakże zdołamy się wywdzięczyć?
— Nie mogę was pogodzić z ludźmi, nie znam praw waszego kraju, lecz mogę was pobłogosławić przed Bogiem.
— O to właśnie prosimy, — reszta zrobi się z czasem. Czy pan odebrał nasze papiery?
— Pan de Coyrol doręczył mi je.
— Czy zapowiedzie już wyszły?
— Wyszły.
Niezbędnem jest, aby do pewnego czasu nie wiedziano o naszem połączeniu się.
— Moi parafijanie, znaleźliby się w prawdziwym kłopocie przy powtórzeniu nazwisk które ich uszy nie należycie słyszały.
— Czy będą świadkowie?
— Perez mój zakrystyjan i sąsiedzi, którzy podpiszą na niewidzialne, nie kłopocząc się o ceremoniją i osoby do do niej należące. Ze wstydem wyznaję, że wieś moja ma zaledwie trzy osoby umiejące pisać.
Moi parafianie wolą raczej łowić pstrągi, zastawiać sidła, lub wabić na lep gołębie, niż do szkoły chodzić.
Utrzymują, że nauka nie warta trudu jakiego wymaga a rezultaty jej są żadne. Czy mają racyją lub nie? nie wiem. Proboszcz zwrócił się do Filipa.
— Czy pan ma jeszcze rodziców?
— Oddawna już nie żyją.
— A narzeczona jest sierotą?
— Tak panie.
— W naszym kraju zainteresowanoby się podobnem małżeństwem.
— A w waszym?
— To zależne, odpowiedział młody człowiek, ale zdaje mi się, że tak. Jak tylko okoliczności pozwolą, pójdziemy do mera.
— Amen, zakończył Hiszpan, a teraz pójdziemy do stołu.
Wiadomość o niespodziewanej śmierci przyjaciela odebrała apetyt zgłodniałemu podróżnemu.
Filip zasmucony bardzo, tym wypadkiem, wyczytał przecież w oczach Magdaleny, tyle radości z urzeczywistnienia jej najpożądańszego życzenia, tyle wdzięczności za spełnienie obietnicy, że i chmaurka zasłaniająca jego oblicze, wkrótce się rozeszła.
Podany posiłek ze szczerą gościnnością, był mile przyjęty.
Nazajutrz o wschodzie słońca proboszcz był już na nogach.
Filip i Magdalena wstali przed innemi.
Ku północy Pireneje zdają się dosięgać stopniowo nieba, na południu przeciwnie grunt zniża się do zupełnej płaszczyzny, którą po części zasłaniała nieprzejrzana mgła.
Dzwon kościelny oznajmił ranne pozdrowienie anielskie.
Proboszcz przechodząc pozdrowił przyjaźnie dwoje przypadkowych parafijan i rzekł:
— Żwawo... śpieszmy się!...
W kilka chwil później, podróżni wchodzili do biednego kościołka ubogiej wioseczki.
Nigdy nie odbywał się ślub z mniejszą okazałością.
Narzeczeni tylko i ksiądz, który ich miał pobłogosławić. Perez zakrystyjan przygotował wszystko do obrządku.
Świeci na ołtarzach byli jedynymi świadkami nowożeńców.
Bez rodziców, bez przyjaciół którzyby jej towarzyszyli do ołtarza, Magdalena pomimo szczęścia jakiego pragnęła, zalewała się łzami.
Przyszły jej na pamięć straszne nieszczęścia poprzedzające ten związek, uczuła się przyciśniętą przeczuciom zgryzot, jakie miały nastąpić.
Kiedy ksiądz zapytał ze słodyczą, prawie z współczuciem narzeczonej,
niedoznającej w tej chwili radości jaka towarzyszy ślubom zawieranym publicznie i uznaniu legalnej małżonki wychodzącej z kościoła przy odgłosie organów, wobec tłumów zachwycających się nią.
— Magdaleno Stefani, czy masz nieprzymuszoną wolą pojąć za małżonka Filipa Valencourt’a tutaj obecnego?
— Tak!... I jakby pod wrażeniem halucynacyi samotna i opuszczona widziała swego ojca zabijającego się powodu jej występku, zdawało się jej, że słyszy głos powtarzający straszne słowa:
„Magdaleno bądź przeklętą “!!
Z rękoma złożonemi, upadła na kolana jak gdyby błagała o łaskę i miłosierdzie tego zjawiska.
Ksiądz wzruszony, zatrzymał się.
Filip ją podniósł a w uniesieniu miłości i litości utulił w swych ramionach.
Hiszpan zaczął wtedy:
— Filipie Valencourt, czy bierzesz za małżonkę Magdalenę Stefani, tutaj obecną?
Zapytany odpowiedział głosem stanowczym i dobitnym.
— Tak!
A podczas gdy ksiądz odmawiał wzniosłą formułę z rytuału:
— Niechaj Bóg którego uwielbiamy otoczy was swą łaską, niechaj użycza wam długich lat szczęścia i dozwoli wam widzieć wasze dzieci i dzieci waszych dzieci do trzeciego i czwartego pokolenia...
Filip szeptał jej namiętnie do ucha:
— Czegóż się obawiasz?
— Drżę.
— Czyż nie jestem przy tobie?
— Boję się.
Przycisnął jej rękę a zagłębiając swój wzrok w niebieskich pomięszanych oczach żony, zawołał.
— Jesteś więc teraz moją i nic świecie nas nie rozłączy!
Akt ślubu został podpisany na wytartym i zakurzonym stole.
Proboszcz i zakrystyjan należeli do tego podpisu, mającego być dopełnionym przez krzyżyki ludzi ze wsi, poświadczających ceremonije, przy których nie asystowali.
O ósmej, małżonkowie wsiedli do starej karocy, udając się drogą do Bajonny, uścisnąwszy zacną rękę biednego proboszcza z San-Julii, pozostawiwszy mu pamiątkę swej wdzięczności i przyjaźni.
We dwoje w powozie, podczas gdy woźnica zachęcał konie których dzwonki odzywały się wesoło. Filip okrywał pocałunkami swoją żonę, powtarzając:
— Jesteś moją i nic, nic w świecie nas nie rozłączy!
Nie liczył na śmierć.
Wspomniała znienacka towarzysza jego młodości, przyjaciela Coyrola. Miały też być i inne jeszcze.
Jest to dworska zasada aby, o szczęściu nie opowiadać.
Ludy szczęśliwe nie mają historyi.
Wyjątkowi jeszcze mniej jej mają.
Rzućmy więc tylko okiem na dwa ubiegłe lata, nieprzynoszące żadnej nadzwyczajnej zmiany, zresztą powiedzieliśmy przecie, że w opowiadaniu naszem nie ma dramatu.
Wypadki zaszłe są tylko wstępem do niego.
W pałacu przy ulicy Saint-Guillaume, w tej szanownej rezydencyi spokojnej, łagodnej, prawie uroczystej o wielkich schodach, wysokich sufitach, z meblami pokrytymi starym adamaszkiem, mającym na ścianach portrety przodków i jaśnie panów z domu Chambeyre; w tej to rezydencyi siedziała jak pająk w pajęczynie, młoda kobieta przemyśliwając bezustannie o nienasyconej zemście ku człowiekowi, który jej zrobił obelgę jakiej córy Ewy nie przebaczają.
Ona się ofiarowywała, a on odmówił.
O tyle więcej Ludwika de Chambeyre, nienawidziła Filipa, o ile brat jego Franciszek, zdawał się mniej godnym posiadania jej za żonę.
Ta istota zimna, niespokojna, chciwa, skąpa, której jedynem zajęciem, jedyną przyjemnością było obliczać ile posiadał przygotowywać regestry, dorzucać nowe do zrealizowanych oszczędności, obrachowywać korzyści jakie mógł osiągnąć. Ten biblijny Harpagon robił wrażenie ohydne i obrzydliwe.
Obejście brata jego grzeczne i wyniosłe, powab, przytem elegancyja i siła wrodzona wprawiały ją w zazdrość i gniew.
Łudziła się nadzieją pozostania jego żoną.
Pieściła się temi marzeniami przez lat kilka. Wierzyła nawet w możebność dojścia do celu by być kochaną.
Przyjaźń Filipa oszukała ją, tak była serdeczną i gorącą. Zresztą miała w swem ręku wszystkie dane do podobania się: młodość, majątek, godnego opiekuna, a przecież nie dostała tego, czego żądała.
Dla czego?
To pytanie nasuwało się jej bezustanku, zajmowało ją, nie dając odpoczynku, tak, jak zajmowały jej męża rachunki i pieniądze.
Oczywiście, że jakaś kobieta opanowała to serce, które ona starała się pozyskać, bo inna piękniejsza może, stanęła między niemi i odebrała szczęście którego pragnęła.
Filip kochał kogo innego.
Ale kogo?
Z jakiego powodu?
Nikt nie znał jego kochanki. A przecież w swej porażce, młoda kobieta przeczuwała rywalkę.
Magdalenę Stefani zapewne!
Ale gdzie ona jest?
Co robi?
Czem mogła być dla Filipa tak nadskakującego, zręcznego, lekkiego, niedbałego o powierzchowność, a który się do nikogo nie przywiązywał.
Ludwika, w swej dzikiej zazdrości dokładała wszelkich starań, aby zbadać tajemnicę, lecz bezskutecznie. Wszystko było pozostawione tylko domysłom.
Joson Kerhoël jedyny służący młodego pana, dogadzał doskonale planom jego a z ukrytą finezyją, zwodniczą potulnością, śledził wszystko, nie zwracając na siebie uwagi. Ludwika miała w usługach młoda dziewczyną dosyć ładną imieniem Zuzannę.
Podsycana przez swą panią, Zuzanna próbowała, dowiedzieć się czego od Bretończyka. Joson zdobył przyjaźń subretki, a niezdradził się z niczem.
Pani Franciszkowa Valencourt przekupywała ludzi nawet dla wyśledzenia szwagra.
Filip ukrył się i nikt nie wiedział o jego związku.
Tak przechodziły dnie, miesiące, i lata, nie zaspokoiwszy ciekawości pożerającej ją, aż nakoniec wyjawiła się sama.
Na wiosnę roku 1868 ulica Saint-Guillaumo, jakoteż domek w Passy powiększyły liczbę mieszkańców. Oprócz bowiem Franciszka i żony jego, biegało dziecko, synek pięcioletni będący rozpaczą matki przez podobieństwo, tak fizyczne jakoteż i moralne, do tego, który mu dał życie.
W trzy lata później Ludwika de Chambeyre miała córeczkę.
W Passy takież same było położenie.
Magdalena miała dwoje prześlicznych dzieciaczków, córeczkę pięcioletnią i trzechletniego synka, przypominającego pierwszą miłość w jej życiu.
Kochała szalenie, poświęcała im dnie całe i nie powierzała nigdy w obce ręce.
Stara Marion tylko cieszyła się zaufaniem swej pani i zastępowała ją podczas krótkiej nieobecności.
Ludwika przeciwnie, powierzała syna służącym, przepędzając czas przy swym dawnym opiekunie którego przyjaźni strzegła z zazdrością godną Holendra, amatora tulipanów dla drogocennych cebulek.
Magdalena była dla swoich dzieci najlepszą matką, jak była dla męża najwdzięczniejszą i najlepszą żoną.
Czy była szczęśliwą?
Niezawodnie, była szczęśliwą, ze swych dzieci, będących jej dumą i radością, była również szczęśliwą przez męża, który całemi siłami starał się, aby zapomniała o tem, co czyniło przykrem położenie kobiety niemogącej się nigdzie pokazać pod rękę z tym, którego kochała, a będąc już jego legalna małżonką, nie mogła się poszczycić jego tytułem, nosić jego nazwisko, potrzeba bowiem było zachować tajemnicę.
A przecież w pewnych godzinach, W głębi duszy, patrząc na główki cherubinków uśmiechających się do niej, obsypujących ja całusami, uczuwała niepokój.
Bezwątpienią wierzyła w miłość Filipa.
Jakże mogło być inaczej?
Leżał u jej kolan, żył tylko dla niej.
Wiedziała o tem, była tego pewną.
Jego wierność miłość bezustannie się potęgująca, dla której piękność Magdaleny była żywiołem niewyczerpanym rozpromieniając wzrok jego, jak ognie przemagające burzę i noc.
Lecz nie umiała panować nad sobą będąc samą, nieokreślony jakiś strach rozsadzał jej pierś i zakuwał umysł.
Przeczuwała niebezpieczeństwo.
Imaginacyja jej rozpalała się.
Zdawało się jej że słyszy jakiś głos wewnętrzny, trwożący ją.
Umysł w bezustannej ekscytacyi przypominał jej przedśmiertne wyrazy, ojca.
„Magdaleno, bądź przeklętą!!!“
Lękała się tej klątwy i wierzyła w spełnienie się jej.
Również jak jej bratowa, trwożyła się, aby nie być zwyciężoną przez rywalkę niedocieczoną i tajemniczą, czuła jakby krążące nad swą głową, i przyszłością jej dzieci niebezpieczeństwo milczące i ciemne, podobne do ptaków ciemności, które spostrzegamy lecz ich nie rozpoznajemy. Gdy tylko Filip wracał do niej, jak widmo jej trwogi pierzchały.
Patrzyła wtedy w te czarne oczy, które ją mierzyły, usta które ją przywoływały, uśmiech szczery i łagodny, dowodzący do jakiego stopnia ją uwielbiał.
Przeczuwane niebezpieczeństwo bliskiem było.
Dziesiątego kwietnia 1868 roku, jedenasta godzina biła na zegarze, w sypialni małego pałacyku w Passy.
Filipa oczekiwano z niecierpliwością a on nie zjawiał się.
Dorożka zatrzymała się przed domem, Magdalena wybiegła na balkon.
Kilka razy biegała do okna, skąd dostrzegała zarysy lasku bulońskiego, zatopionego w jasnym blasku księżyca, kryjącego się za pagórki.
Tym razem niezawiodło jej przeczucie.
On to przybywał.
Weszła szybko do swego pokoju, poprawiła włosy, peniuar z cienkiej wełny obciśnięty na niej, roztworzyła drzwi, stanęła na progu z głową wzniesioną, z wzrokiem zatopionym we wschody.
Filip przeskakiwał stopnie krokiem szybkim, jak człowiek śpieszący po ukończeniu pracy dziennej na pożądany spoczynek.
Schwycił żonę w objęcia, nerwowo, przycisnął do serca, w uniesieniu miłosnem, utkwił w jej oczy swój wzrok a ochłonąwszy z pierwszej pieszczoty rzekł:
— Dałem dziś na siebie czekać!
— Niestety!
— To nie z mojej winy.
— Skąd przybywasz?
— Powiem ci... Co u was słychać?
— Wszystko dobrze!
— Dzieci?
— Śpią. Chodź.
Poprowadziła go za rękę do pokoju za gabinetem toaletowym.
W dwóch kołyskach spały spokojnie, Magdalena i Flip, dzieci miłości, młodej i pełnej życia pary, córka i syn świeże jak kwiaty, promieniujące jak miłość z obrazu Boncher’a z włoskami kręcącemi się w loki, małemi ramionkami rozciągnięte na prześcieradełkach lśniącej białości.
Wszystko było świeże i czyste w tem gniazdku: kreton na ścianach, firanki muszlinowe, związane niebieskjemi kokardami, dywan na podłodze w blade róże i dzieciątka śpiące jedno przy drugiem, śniące o aniołkach.
— Uściskaj je, ale ich nie obudź, powiedziała Magdalena.
Nachylił się nad niemi, końce jego jedwabistych wąsów dotknęły czoła dwojga dzieciątek.
Ta młoda i piękna kobieta, ten mężczyzna elegancki i silny, ci aniołkowie uśpieni w marzeniu — był to obraz prawdziwego szczęścia niezakłóconego, które jeżeli mogło gdzie się znajdować, to tu było niezawodnie.
Zapuścili po cichu firanki i wyszli z pokoju.
— Ach! zawołał Filip, rzucając się na fotel z westchnieniem zadowolenia, jak mi tu jest dobrze!
Bo gdzież nareszcie mogło mu być lepiej, jak nie w tem schronieniu, obszernem jak pudełko do rękawiczek, pachnącem gdzie niczego nie można było porównać z tą anielską i zachwycającą kobietą, przed którą amatorowie arcydzieł dopuszczaliby się szaleństw, gdyby widzieli chociaż jej rysy oddane przez artystę.
— A więc! skąd przybywasz? powtórzyła zbliżając się do niego.
— Skąd? domyślasz się trochę.
— Mów przecież! Z pałacu de Blangy?
— Stamtąd!
— W rodzinnem kółku?
— Tak i nie, byli goście.
— Dużo?
— Szesnaście czy ośmnaście osób.
— I twój brat i bratowa?
— Naturalnie, ci nie opuszczają senatora! Ludwika dogląda go bezustannie, Franciszek chodzi przed nim na palcach. Biedny stary lubi swobodę nie znosi aby go dręczono. Franciszek tego nie nie rozumie.
— Któż był z gości?
— Sama arystokracyja. Hrabia Adriani. Les Parcy... prezes... doktór Chambay....
— A czy były ładne kobiety?
— Doprawdy, że nie zwróciłem uwagi.
— Mówisz tak aby mi pochlebić?
Westchnął głęboko.
— Napewno, miałabyś powodzenie!
— Żartujesz sobie!
— Mówię to, co myślę.
— Niebyło ani jednej.
— A młode panienki były?
— Dwie czy trzy. Mała Galages, bogaczka Vernesse....
Zaczął się śmiać serdecznie.
— Śmieszne, dodał, Ludwika jest przebiegła do ostateczności, udaje, że mnie chce żenić ze wszystkiemi pannami, poszukującemi mężów. Powiedziałem jej: nie będąc moją żoną zostajesz agentką!... Ach gdyby wiedziała...
— Lecz nigdy się nie dowie, powiedziała smutnie Magdalena, nigdy nie będzie wiedziała...
— Kiedyż?
— Kiedyś.
— Nazajutrz, gdy mój biedny wuj odda Stwórcy swą duszę.
— Jak się miewa?
— Nie życzę mu nic złego, jest dobry dla mnie.
— To prawda.
— Niedawno, ujął się za mną w kwestyi żeniaczki.
— Jak?
— Powiedział jej: moja kochana Ludwiko, zostaw Filipa w spokoju. On chce zostać kawalerem. Nie ganię mu tego. Chce iść za moim przykładem.
— Ach!
— Ale wiesz, zdaje mi się, że...
— Proszę, mów.
— Musiał się czegoś domyślać!
— Czy sądzisz?
— Nie zadziwiałoby mnie to, miał minę dziwnie filuterną, przypatrując mi się w ten sposób, z góry — ot — tak wiele to mówiło.
— Byłoby to dla nas nieszczęściem!
— Kto wie? Takim jest fantastykiem. A potem, między nami mówiąc, w miarę jak się starzeje, zdaje się okazywać mi więcej przywiązania, tak jakby się pozbywał egoizmu, który był może tylko formą... udawaniem...
— Gdyby to było możebnem!
— Na tej zasadzie o mało, że się nie zdradziłem.
Wziął rękę Magdaleny i podniósł ją do ust.
— Jakże czułbym się szczęśliwym, powiedział z nadzwyczajną czułością, gdybym mógł ogłosić wszystkim, to jesteś moją!
— Wtedy? zapytała...
— Przyszła mi, myśl...
— Jaka?
— Po spojrzeniu ironicznem lecz łagodnem zarazem, trzeba mi było wszystko wyznać.
— I śmiałbyś?
— Czyżby mógł cię nie kochać, poznawszy cię?
— Strzeż się!
— Tem gorzej. Żegnając się z nim dziś wieczór, powiedziałem: mój wuju, nam ci coś powierzyć.
— Cóż ci powiedział?
— Dobrze mój przyjaciela, ale innego dnia, dziś czuję się zmęczonym.
— Jak wuj zechce. Potem powiedział z pewnym zainteresowaniem się: Czy to co pilnego? Nie mój wuju. Oczy mu się kleiły. Wyprzedzę gości i odjadę, powiedziałem mu. — Dobrze, odrzekł i skinieniem ręki podziękował mi — rzeczywiście zasypiał. Skorzystałem ze sposobności aby wyprowadzić kilku znajomych a inni też niepozostaną dłużej. Śpieszyłem aby cię zobaczyć, wsiadłem w pierwszą lepszą dorożkę jaka mi się nadarzyła. Woźnica skrzywił się jak inni, Passy przestrasza ich, lecz wsunąłem mu w rękę sto su i poleciał jak szalony! A ty? Coś robiła?
Opowiedziała mu zajęcia dnia całego zawsze jednakowe, pielęgnowanie dzieci, słowa wypowiedziane przez maleńką, która szczebiotała jak sroczka, a była tak pocieszną. Spacer do lasku pieszo dla odetchnienia świeżem powietrzem, skorzystania ze słońca dla nabrania sił... a potem nic... Myślała o nim.
Całe jej zwykłe zajęcie.
Słuchał, upajając się jej głosem z oczami zwróconemi ku niej, zachwycając się jej aksamitną płcią śnieżnej białości oczami przezroczystemi usteczkami jak wisienki, roztwierającemi się dla pokazania ząbków czystych jak dyjamenty, jej pierś wyniosła i zdrowa z żyłkami niebieskiemi i przepysznemi rękoma, które peniuar z otwartymi rękawami pokazywał śliczne i świeże.
— Tak, tak stanowczo, dodał, będzie cię uwielbiał, mój wuj. Opowiem mu wszystko... wszystko... jutro!
— W tej chwili, usłyszeli szybko zatrzymujący się pojazd na ulicy, i natychmiast dało się słyszeć gwałtowne poruszenie dzwonka, które ich niepomiernie zadziwiło.
— Czyżby to do nas? rzekł Filip.
— Napewno.
— O tej godzinie?
Wychyliła się z okna.
Joson Kerhoël był już na schodach zdyszany.
— Proszę pana natychmiast, wyjąkał.
— Cóż takiego?
— Pan markiz...
— Czy chory?
— Dostał silnego ataku, kończy...
Filip porwał za palto, włożył na frak i zbiegł ze schodów pędem, by wskoczyć w dorożkę.
Jest siła z którą należy się obliczać.
Ojciec rodziny z wydatkami, kupiec z interesami, doktór z chorymi, ambitny z rachunkami, wszyscy winni jej przeznaczyć oddzielny rozdział. Jest nieprzewidzialną.
Ci, którzy zapominają o tem lub zaniedbają, wystawiają się na krytyczne niespodzianki.
Gdy tylko Filip Valencourt wsiadł do powozu zadawał służącemu tysiączne pytania. Co się stało? kto go przysłał. Jak go zawiadomiono?
Bretończyk nie umiał ma więcej powiedzieć jak to co wyraził w dwóch słowach; mówiono mu, że to atak apoplektyczny.
Lachaume zaufany służący markiza przybiegł na ulicę Universite zdążywszy tylko powiedzieć:
— Markiz prosi pana Filipa. Niechaj się spieszy jeśli nie chce być za późno.
Lachaume był w rozpaczy. Natychmiast odjechał. Pomięszanie jego dowodziło, że niebezpieczeństwo było wielkie. Filip wychylił się z powozu zachęcając woźnicę:
— Sto franków za kurs, pędź tylko!
Koń dał ognia z czterech nóg. Wkrótce po wyjściu siostrzeńca, markiz otoczony kilkoma opóźniającymi się z pożegnaniem, nagle padł na fotel unosząc rękę do głowy, i wydając okrzyk zdradzający uczucie dawno tłumione w sekrecie: Filipie! zawołał.
Stary birbant, sybaryta, który sobie nie odmawiał żadne roskoszy, intrygant przesycony zbytkiem, dworak możny, nasycony honorami został powalony przez tę, która ścina w nadeszłej godzinie wielkich i małych, silnych i słabych.
Senator rozpoczął taniec pozagrobowy, z którym wszystko mija i kręci się w równości wyższej, jedynej która obraca światem.
Doktór Chambay i jego towarzysz sławny chirurg Duparc, serdeczny przyjaciel markiza przybiegli pośpiesznie, lecz poruszyli tylko głową z miną smutnej przepowiedni. Usiłowania ich dla przerwania złego zdziałały tyle tylko, iż konający odzyskał trochę przytomności.
Franciszek Valencourt w niepokoju o zdobycz łupu dla którego nie pragnął ocalenia starca z niebezpieczeństwa stał o kilka kroków od niego.
Ludwika starała się zwrócić uwagę swego dawnego opiekuna, aby odgadnąć ostateczne zamiary.
Oddalił ręką młodą kobietę, której fałszywa boleść nie oszukiwała go a ironija w jego uśmiechu raniła jej serce.
Chociaż był konającym, stary dworak nie łudził się pozorami rozpaczy, nie istniejącej w rzeczywistości. Na zapytania powtarzał tylko głosem coraz słabszym.
— Filipie! Filipie!
Ten, którego przywoływał, nie zjawiał się, nastąpiły ostatnie drgania, wyciągnął się na sofie, na którą go przenieśli. Oddychał jeszcze.
Ludwika rzuciła się na kolana i usłyszała jak wyjąkiwał, sądząc, że mówi do doktorów.
— Testament... biurko... zawiadomić Filipa... niedowierzać bratu!
W kilka sekund później już nie żył. Młoda kobieta pochwyciwszy ostatnie jego wyrazy wyprostowała się. Radość i chytrość malowała się na jej twarzy.
Z sekretu, który uchwyciła, postanowiła skorzystać. Biurko było niedaleko.
Wyraz tryumfu na obliczu Ludwiki trwał zaledwie sekundę. Zbliżyła się do męża rzucając mu dwa słowa:
— Wydziedziczeni... Testament...
Wskazała mu palcem gabinet umarłego. Franciszek głębokiem swem spojrzeniem nakazał milczenie.
Twarze ich wyrażały kłamliwą boleść bo szklanne oczy umierającego zdawały się jeszcze patrzeć.
Pozostali niemi, czekając chwili w w której będą mogli działać podczas nocy w samotności.
Dorożka Filipa Valencourt biegła z nadzwyczajną szybkością.
Woźnica zachwycony bajecznym napiwkiem, a oszołomiony długiem oczekiwaniem około szynków, które zwiedzał z jednego końca Paryża do drugiego, był jednym z tych maruderów, którzy większą część czasu spędzają w bezczynności a uchwyciwszy sposobność do lepszego zarobku poganiał konie z dwojoną energiją. Filip zmięszany tak niespodziewaną wiadomością, zajęty był jedną tylko myślą: Czy przybędę na czas jeszcze? Czy go żyjącym zastanę?
Nie zwracał uwagi na gibotanie się powozu, ani nawoływania woźnicy:
— Prędzej... pośpieszaj...
Bretończyk, zagłębiony w kątku, pocieszał swojego pana, który go nie słuchał.
A widząc go pochmurnym, zgryzionym, zniechęconym, zakończył z poufałością, na jaką pan mu pozwalał, pewny jego przywiązania:
— Zawsze to musiało nastąpić, wcześniej czy później.
Śmierć ma imponującą uroczystość, która przeszkadza myśleć o okolicznościach, jakiemi jest otoczoną.
Filip kochał swego wuja. Słowa Bretończyka doszły uszu jego, jak odgłos szmeru.
Myślał tylko, co się działo, podczas gdy biegł do pałacu de Blangy? Nie pomyślał na sekundę o wieku, ani o majątku markiza.
Czy zdąży uścisnąć po raz ostatni swego wuja, tego starca, który mu zastępował ojca, dla którego żywił w głębi serca uczucie prawdziwe i trwałe? Dorożkarz pędził.
Ulice były puste. Deszcz rzęsisty padał, nieliczni przechodnie usuwali się na chodniki, przed powozem, który zdał się być pędzonym przez półgłówka.
Filip nic nie mógł odgadnąć gdzie się znajduje, drzewa, domy i światła mijały z szybkością sprawiającą zawrót głowy. Patrzył na woźnicę. Człowiek ten uderzał konia wykrzykując jak głuchy: Pośpieszaj! pośpieszaj!
Joson widział zdaleka policyjantów którzy gromili woźnicę, nie mogąc go zatrzymać.
— Koń ten chyba na sprężynach, mówił Filip wzruszając ramionami, i próbował wstrzymać woźnicę.
— Zabijesz nas, zawołał.
Głos stłumiony odpowiedział.
— Niebójta się, mieszczanie, przyjedziecie!
— Panie, zawołał Kerhoël, to waryjat!
Bretończyk miał racyją.
Woźnica był waryjatem cierpiał na delirium, w głowie ma się mięszało.
Przyobiecane sto franków które widniały przed nim, powiększyły złe, przez które miał zdobyć straszną plagę naszego czasu: wódkę!
A na domiar nieszczęścia szkapa, zaledwie zdawało się powłócząca nogami, znarowiona, a pędzona strugami deszczu ulewnego, uniosła się, rozszalała i leciała szybko, jak koń wyścigowy.
Filip zrozumiał niebezpieczeństwo, ale za późno.
Dorożka dążąca najkrótszemi drogami, aby przybyć do celu, minęła ulicę Trocadero, skręciła dla przyspieszenia w uliczkę la Beine, źle oświetloną, gdy nagle się rozległ straszny trzask.
Wehikuł ciężki, który zdawał się być niemożebnym do zdruzgotania, zdatnym do przewożenia największych ciężarów kamieni, zatrzymał się i runął na chodnik, — oś złamała się.
Katastrofa była tak nagłą, że Filip nie mógł ani jej przewidzieć, ani uniknąć.
Nawpół stojący w powozie dla zgromienia pijaka został rzucony o kamień i uderzony tak silnie, że nie dawał znaku życia.
Gdy dwóch stróży, przechadzających się wzdłuż domów, przybyło na miejsce wypadku pierwsza ofiara, którą podnieśli, był dorożkarz, przyczyna wypadku. Opłacił życiem swój nałóg.
Zabił się na miejscu.
Pod kawałami pudła, dawał znaki życia człowiek, wydający przeraźliwe jęki.
Dwaj sierżanci zobaczyli go ze zdziwieniem dotykającego się członków, a że nie miał nic złamanego, wydał westchnienie dające ulgę.
Bretończycy mają wytrzymałe kości. Poczciwy chłopiec został tylko kontuzyjowany.
Ochłonąwszy ze strachu, uspokoił się o siebie i pierwsza myśl jego była o panu.
— Panie! zawołał!
Nikt mu nie odpowiedział.
— Ach! to jeszcze był inny podróżny? zapytał jeden z sierżantów.
— Tak panie! czekają na niego u wuja, który kona.
— Co to za wuj?
— Markiz de Blangy.
— Senator?
— Tak.
— Do licha! On zasłabł?
— Nie przeżyje nocy dzisiejszej.
— A! mój kochany chłopcze, odezwał się drugi, wuj i siostrzeniec odbędą razem ostatnią podróż.
— Panie! zawołał rozpaczliwie Kerhoël.
Nie krzycz tak głośno... to on...
— Gdzie?
— Tam.
W istocie policyjanci podnosili rannego, który podług wszelkiego podobieństwa był w tym samym stanie co i woźnica.
Napróżno jego wierny Bretończyk nachylał się, próbując go ocucić. Nie dawał znaku życia. Duża rana na czole była złą wskazówką.
— Pałac de Blangy niedaleko stąd, zauważył jeden, najlepiej tam go przenieść, niema nic lepszego do zrobienia, dopomożemy ci. Kilka przechodni zatrzymało się. Jeden z nich pobiegł poszukać powozu. Umieszczono rannego, i zwrócono się wolno na ulicę de Lille.
Wielkie drzwi pałacu były otwarte. Z trzech okien salonu widać było światło, i cienie przechodzących. Jeden z doktorów znajdował się tam jeszcze w towarzystwie starszego Valencourt’a i jego żony.
Inni asystujący wymknęli się cichaczem. Zwłoki markiza de Blangy, zmarłego o jedenastej godzinie i czterdzieści minut, spoczywały na sofie, na której skończył.
Można by myśleć, że oczekiwał na siostrzeńca, którego wołał do ostatniego tchnienia, a który nie przyszedł.
Lecz choć twarz zwrócona do drzwi oczy były zamknięte.
W tem weszło trzech ludzi, niosących Filipa Valencourt’a, podobnego do trupa.
— Co to jest? zapytał brat.
— Wypadek.
— Jaki?
— Koń uniósł... powóz się potłukł.
Ludwika przyglądała się temu z bijącem sercem a brwiami sciągniętemi. Co za zbieg okoliczności!
Przybliżyła się do doktora, który ściśle badał rannego.
W dwie minuty, podczas których oddech Franciszka Valencourt, również strapionego, jak jego żona, zdawał się zamierać im w piersiach, doktór objawił:
— Naruszenie mózgu... zgniecione piersi.. serce ściśnione... Umrze najdalej za kwadrans.
Błysk tryumfu oświecił bladą twarz starszego brata, podczas, gdy pierś młodej kobiety rozpierała się długiem westchnieniem, — westchnieniem chciwości i zadowolonej nienawiści. Doktór przecież zastosował wszelkie możebne środki, dla wskrzeszenia ranionego choć na chwilę jeszcze.
Po kilku bezowocnych próbach, pod wpływem szczerej troskliwości i energii, Filip odzyskał przytomność. Błądził spojrzeniem wokoło siebie i okrzyk stłumiony wydobył się z ust, zwalanych krwawą pianą: — Ona!
Joson Kerhoël zmieszany, ledwie żywy, z głową takie zakrwawioną stał koło swego pana.
Zrozumiał i znikł. Umierający zobaczył ruch jego i pomimo boleści, radość ożywiła twarz jego.
— Doktorze, szepnął, prawda?... jestem stracony.
Doktór wymówił kilka słów nadziei.
— Kto wie... cud...
— Nie... czuję... skończone!
— Czy cierpisz?
— Mało... Ile jeszcze żyć moęą?
— Jeśli masz jakie zlecenie, śpiesz się...
— One... są... zabrane!
Ludwika, usłyszawszy te słowa, zaledwie zrozumiałe, stała się jeszcze bledszą.
Zraniony uścisnął lekko rękę doktora szepcząc:
— To dobrze... dziękuję... doktorze. Skinieniem przywołał brata do siebie.
Franciszek zbliżył się, wahając. Ten brat konający, przeciwko któremu kobieta z duszą strutą zazdrością wpajała od chwili zamążpójścia uczucia nienawiści, stawał się rywalem w jego oczach prawie nieprzyjacielem, z chwilą kiedy drugi trup, spoczywający o dwa kroki, ten wuj po którym spadek był tak przepyszną zdobyczą, zdradził w ostatnim okrzyku sekret danego pierwszeństwa.
— Przedstawiały mu się, zamki, dobra lasy, domy, papiery i milijony, nagromadzone, do których od tak dawna wzdychał.
A Filip brat jego, był jedynym spadkobierca.
Testament wuja istniał w biurka, przygotowany własną ręką. Był tam.
Tym aktem ogałacał go, jego, Franciszka! Inaczej pocóżby pisał?
Markiz oddał wszystko swemu faworytowi, Filipowi, a jego, starszego, głowę rodziny, odepchnął.
Nietylko go wuj nienawidził, lecz nim pogardzał.
Czyż nie powiedział Ludwice, sądząc że mówi do doktorów, dając radę swemu faworytowi.
— Niedowierzać bratu! Byłoby więc wszystko dla niego straconem, gdyby Filip był żył!
Mógł się tylko spodziewać kilku cząstek nędznych danych mu jako odczepne lub jałmużnę. Lecz gdyby żył Filip?
Wtedy majątek, dla którego tak się poniżali on i Ludwika byłby dla kogoś drugiego. A jednak ten drugi, fatalnym zbiegiem okoliczności, umierał natychmiast, po śmierci markiza, doktór już go skazał. Oswobodzili się więc od niego, pozostawało mu tylko kilka chwil, a może kilka minut, do przeżycia. Przeszkoda usuwała się.
Spadkobierca po bracie, czy markiz dał mu co lub nie, Franciszek wchodził w posiadanie wszystkiego co Filip pozostawił po sobie, skądkolwiekby był otrzymał majątek.
Takie więc było położenie.
Filip konając przywoływał brata a brat ten sądził, że Filip, żyjąc, byłby dla niego zawadą, i dopiero po jego śmierci, olbrzymia fortuna wuja przejdzie w jego ręce.
Przed zapisem markiza Franciszek byłby się może dopuścił podobnej infamii. Zapis ten pokonał ostatnie skrupuły, ta dusza, zgangrenowana zazdrością i chciwością, te dwie najnędzniejsze namiętności, czyniące tyle spustoszenia, przestały istnieć.
Przecież umiał się hamować. Żadna z tych nikczemnych namiętności nie zdradzała się na jego twarzy.
To, o czem piszemy przez minut kilka, zajęło myśl jego w dwie sekundy. Gdy już nakoniec zbliżył się do brata, umierający zebrał ostatki sił i rzekł:
— Franciszku, jestem skazany.
Starszy ruchem powątpiewania odpowiedział.
— Jestem skazany, powtórzył Filip, mam zaledwie kilka chwil przed sobą.
— Ale...
— Nie przerywaj mi. Nie sądzę, abym był złym bratem, postępowałem z tobą jak z przyjacielem i nie miałem nikogo droższego nad ciebie. Czyż teraz mogę liczyć na ciebie?
— Bezwątpienia.
— Słuchaj, nie żałowałbym tak życia, gdybym nie pozostawiał istot, które uwielbiam...
— Co mówisz!?
— Mam żonę... i dwoje dzieci...
Franciszek Valencourt zsiniał.
— Ty! jęknął.
— Pułkownikównę Stefani... Poślubiłam potajemnie.
— Poślubiłeś!... Tyś żonaty?
— W San-Julii w Hiszpanii... zobaczysz akt... u mnie...
— San-Julia! powtarzał machinalnie starszy.
— Przed dwoma laty...
Ranny wstrzymał się. Pot zimny oblał go. Dusił się.
— Ta żona, te dzieci?... gdzie są? zapytał Franciszek.
— W Passy... chciałbym je zobaczyć... uściskać... po raz ostatni.
— Możnaby...
— Zapóźno... szeptał Filip niknącym głosem... Umieram... już mówić nie mogę... zaledwie patrzę... przybliż się..
Franciszek usłuchał.
— Zawołaj Ludwiki!
Młoda kobieta stała koło męża, notując w pamięci każde słowo umierającego. San Julia.. Passy.
— Ludwiko! jesteś matką, na miłość twych dzieci przysięgnij zaopiekować się moimi!
Służący i doktór odsunęli się szanując zwierzenia umierającego.
Franciszek i Ludwika mogli zaledwie słyszeć słowa niezrozumiałe już prawie.
Ta, która się zwała dawniej panną de Chambeyre, oniemiała.
Może nieszczęśliwy żyje jeszcze! Pośród cieni, które mu wzrok zaciemniały dostrzegł spojrzenie pałające nienawiścią, jakie mu rzucała.
Zrozumiał, że z tej strony niczego się nie mógł spodziewać.
Odwrócił się do brata.
— Franciszku! przysięgnij na cienie matki naszej, że będziesz się opiekował tymi, których pozostawiam po sobie!
— Milcz! rozkazała Ludwika, kładąc rękę na ustach męża.
Straszne cierpienie wyryło się na twarzy Filipa, palce jego wzniosły się w górę w ostatniem drganiu.
Konając, zrozumiał niebezpieczeństwo, grożące tym, których kochał...
Doktór zbliżył się szybko i spytał:
— Co on mówi?
Młoda kobieta odpowiedziała z zadziwiającym spokojem:
— Bredzi!
Usta konającego poruszyły się w najwyższym, lecz próżnym wysiłku.
Już głos się z nich nie wydobył.
Dreszcz śmiertelny przebiegł i za chwilę został nieruchomym.
Umarł.
— Nakoniec, szepnęła Ludwika do ucha mężowi.
— Skończone, zdecydował doktor.
I z pochlebstwem dla żyjących dodał:
— Jesteście odtąd jedynymi reprezentantami rodziny.
— Niestety westchnął hipokryta, Franciszek Valencourt.
W oczach służących i rodziny markiza de Blangy stawał się jedynym spadkobiercą, jedynym panem majątków wuja i wszystkiego, co pozostawił brat jego nieszczęśliwy.
Miał więc prawo rozkazywać. Zwłoki markiza i Filipa przeniesiono do dwóch pokoi pałacu, oczekując dnia.
Była druga godzina nad ranem. Lachaume, służący markiza czuwał przy swym panu z kobietami, będącemi na usłudze.
Parter został opuszczony.
Pozostali sami. Starszy Valencourt i jego żona, swobodni do działania podług woli.
W nieładzie jaki tam panował, nikt ich nie podglądał. Zresztą. na cóźby to czynił?
Poszukiwania ich nie były długie, ani trudne. Markiz sam dał im w rękę nić Aryjadny, po której doszli do kłębka. Franciszek, splądrowawszy parę szuflad, biurko wuja, przepyszny mebel ostatniego wieku, nie omieszkał zabrać pliku opieczętowanego czarną pieczęcią z herbem Blangy i z napisem:
Złamał pieczęć, rozerwał kopertę i wrzucił ją w ogień.
Zaczął czytać, co opiewał papier.
Ja podpisany Roland Feliks, markiz de Blangy Cussey, senator, komandor cesarskiego orderu Legii Honorowej, oznajmiam obecnie sporządzonym aktem moją ostatnią wolę, pisaną w całości, datowaną i podpisaną moją ręką tak, jak wymaga prawo. Postanawiam moim uniwersalnym legatarjuszom i jedynym spadkobiercą Filipa Valencourt, siostrzeńca mojego z wyłączeniem wszystkich innych, pragnąc, aby na wypadek mej śmierci wszystkie moje dobra ruchome i nieruchome bez wyjątku i zastrzeżenia były oddane w jego posiadanie.
— Leguję mu przytem tytuł markiza d’Blangy-Cussey z dodaniem, jego nazwiska Valencourt na mocy wyjątkowej łaski Jego Cesarskiej Mości, który to tytuł jest zachowany w kancelaryi tak dla niego jak i dla jego spadkobierców.
A to na dowód mego serdecznego uczucia z powoda szlachetnego charakteru jego, szlachetności o której się przekonałem wszystkimi możebnymi środkami, jakiemi się posługiwałem.
Sporządzony w Paryżu w pałacu moim piątego kwietnia tysiąc ośmset czterdziestego piątego roku.
Roland Feliks Markiz de Blangy Cossay“.
Franciszek, skończywszy czytanie, stanął bezmyślnie z ustami blademi, nieruchomy, jak gdyby się w posąg przemienił.
Dowiedział się nakoniec prawdziwych uczuć markiza dla siebie.
Zaledwie zdawał sobie sprawę z tego: zasługiwał na niełaskę!
Czegóż się dopuszczał w tej chwili jeżeli nie czynu najohydniejszej podłości? On, bogaty, wykształcony z wyższem wychowaniem, postępował jak ci wydziedziczeni od losu, zmuszeni głodem i nędzą, za pomocą wytrychów otwierać drzwi i kasy, aby rabować i okradać.
Oburzający, niecny postępek! Skorzystał ze śmierci dla złupenia ofiar, podobny do zwierząt, żarłocznych, kopiących pola bitwy lub cmentarza i pożerających trupy!
Ręka jakaś dotknęła jego ramienia.
Zadrżał jak złoczyńca schwytany na gorącym uczynku, Ludwika uspokoiła go mówiąc.
— To ja!
A gdy się nie poruszył dodała: Drżysz, czyżbyś miał tak mało odwagi?
Jednocześnie przebiegła spojrzeniem testament opiekuna.
— A! zawołała zirytowana, obłudnik, oszukaniec, nędznik!
— O kim mówisz? zapytał Franciszek, nie rozumiejąc, co mówiła.
— A o kimże mam mówić, jak nie o tym niegodziwym starcu? A to sobie z nas zażartował!
Widząc męża prawie ogłuszonego, jakby uderzeniem maczugi, zapytała go brutalnie:
— O czem myślisz?
— Myślę, że Filip wybrał odpowiednią godzinę do pójścia na tamten świat.
— Tak myślisz?
Franciszek przebiegł wzrokiem kąty gabinetu, podszedł do drzwi dla zapewnienia się czy kogo nie ma, zamknął je starannie a powracając do żony powiedział, odzyskując zimną krew.
— To jasne.
— Jakto?
— Słuchaj: Filip umarł, któż po nim odziedzicza?
— Oczywiście, że ty.
— Tak, ja, brat jego. Gdyby nawet wuj wszystko mu oddał, cóżby to szkodziło? Majątek na mnie przypada, i jaki majątek? Pałac, Blangy, folwarki, lasy, renty, domy, wszystko, nawet to, co po bracie moim pozostało z jego ojcowizną.
— Ale ta żona? rzuciła Ludwika z oczyma prędzej pełnemi nienawiści niżeli pożądliwości.
— Ta, która mi go odebrała, ta która mi przeszkodziła, aby był moim, moja rywalka, przeklinam ją bo mi zabrała człowieka, którego kochałam, a rzuciła mnie w ręce drugiego, którego ani kochać, ani szanować nie mogę. Powstrzymała się i dodała:
— Ta, o której umierający mówił z takie ubolewaniem.
— Tak, dziewczyna, którą miał poślubić w Hiszpanii, w San Julii, przed księdzem, w tajemnicy...
— Bezwątpienia.
— Komedyja.
— Cóż o tem wiesz?
— Zmyślone.. wymysł.
— Filip niezdolny był do kłamstwa, Przeklinam... więcej niż możesz myśleć...
— Lecz jeżeli mówił o swej żonie... o dzieciach swych... jeśli był żonaty!...
— To żadne małżeństwo!...
— A gdyby jednakowoż było?
— A więc z testamentu, który mamy w ręku zostałby dla nas... Czyż dzieci miały by równe prawa?
Cisza nastąpiła.
W tym wielkim pałacu przez śmierć nawiedzonym, słychać tylko wahadło zegara, wskazującego godziny dla żyjących z niepewnością przeznaczenia.
Ludwika położyła swoje chude ręce na ramieniu męża.
— Słuchaj, połowa takiego majątku, byłaby jeszcze bardzo wielką dla tej
kobiety.
— To prawda, ale to ożenienie!...
Ludwika, zniżając głos, z niepojętą energiją zadecydowała.
— Nie połowy chcę, lecz wszystkiego.
Franciszek udał, że nie zrozumiał. Żona wpatrzyła się w niego swemi czarnemi oczyma, jakby go chciała zamagnetyzować.
— Czy mi ufasz? zapytała.
— Pewno.
— Nie trzeba nikogo wtajemniczać w nasze zamiary...
— Takie i moje zdanie.
Przecież powiedział, San Julia. Wioska...
— Tak.
— Przy Echetar?
— Rzeczywiście.
— Pojadę.
— Kiedy.
— Natychmiast.
— Co za myśl?
— Nikt się nie domyśli. Mogę przez dni kilka nieprzyjmować, wymawiając się niedyspozycyją...
— To prawda.
— Nie będzie to rażącem, po podobnych wypadkach.
— W istocie.
— Z drugiej strony, ty masz prawo, zwiedzenia jego mieszkania.
— Zapewne.
Masz prawo stamtąd wydalić osoby, które zostaniesz.
— Prawda.
— Trzeba wygrać partyją... użyć wszelkich sposobów.
— Niech i tak będzie.
— Ty będziesz działać tutaj.
— Dobrze.
— Ja tam.
— Jak chcesz.
— Pojadę jutro.
Franciszek przerzucał znowu w biurku na wszystkie strony.
Był to jeden z tych cudownych mebli z drzewa różanego, ozdobiony bronzami cudownie rzeźbionymi, robione w wolnych chwilach przez wielkich artystów ostatniego wieku.
Utrzymywano, że zrobione było na rozkaz hrabiego Prowancyi, w istocie było jego własnością do chwili emigracyi.
Z tym tytułem miało wartość historyczną. Ten kosztowny mebel zawierał pozornie przynajmniej papiery bezużyteczne które nie mogły nikogo kompromitować.
Markiz był zanadto porządnym, aby pociągać innych.
Wtedy młoda kobieta dała znak mężowi. Nie miał nic więcej do czynienia w tym domu.
Wyszli, nie spotkawszy nikogo.
Pałac de Blangy zdawał się opuszczonym. Gaz palił się w pustych salonach, lokaje niepewni losu jaki ich czekał, poszli do siebie lub powychodzili za swoimi interesami.
Wielkie drzwi na rozcież otwarte, mogły służyć nawet dla maruderów, i nikt nie byłby im tego zabronił.
Franciszek i jego wspólniczka przechodzili przez dziedziniec, rzucając spojrzenie zadowolenia na tę książęcą rezydencyją, która dotychczas do nich nie należała.
Wątpliwe światło, jasność z kaplicy pogrzebowej, rzucało się z okien pierwszego piętra, gdzie markiz spał snem wiecznym, podczas gdy jego ukochany siostrzeniec, jego spadkobierca, spoczywał także zmarły, jak on, strzeżony przez najemników.
Powóz oczekiwał na ulicy. Należał on do przewrotnego brata, zdrajcy, ukrywającego w kieszeni owoc kradzieży i kłamstwa.
W chwili gdy powóz unosił dwoje winowajców na ulice Saint-Guillaume, skromna dorożka niepostrzeżenie wysunęła się z rogu Orsay na ulicę Lille i zatrzymała się o kilka kroków od pałacu Blangy. Wysiadł z niej Joson, wemknął się w podwórze pałacu wielkiemi otwartemi drzwiami, dostał się na ukryte schody na końca domu i powrócił w kilka minut do dorożki, mówiąc do kobiety znajdującej się wewnątrz.
— Niech pani wyjdzie.
Wyszła blada jak widmo, z sercem bijącem.
Joson zrozumiał życzenie swojego pana. Nieszczęśliwy pragnął zobaczyć raz jeszcze przed śmiercią Magdalenę.
Po odjeździe męża, młoda kobieta, przestraszona niespodziewaną wiadomością, która mogła zmienić ich egzystencyją, została zaniepokojoną.
Na odgłos powozu, wiozącego Bretończyka do Passy, wybiegła na wschody dla prędszego zobaczenia Filipa, z tem przekonaniem, że tylko on przybywać mógł o tej porze. Na widok zmienionej twarzy służącego, przeczuła nieszczęście.
Dusze kochające łatwo się przestraszają.
— Mój mąż! — zawołała.
— Prosi panią — odpowiedział Joson.
— Gdzie jest?
— W pałacu Blangy.
— Mnie?
— Panią; pan markiz umarł.
— A Filip?
— Przytrafił się wypadek... — jąkał Bretończyk, przestraszony wzruszeniem młodej kobiety.
— Dokończ!
— Koń poniósł... powóz się roztrzaskał.
— A Filip?
— Pan jest pokaleczony.
— Czy ciężko?
— Obawiam się.
Magdalena wydała przerażający okrzyk. Oparta o mur, aby nie upaść, sina, trupiej bladości, wszystka krew spłynęła jej do serca.
— Rozumiem — szepnęła — umrze... może już umarł...
Czyż inaczej byłby ją wzywał do pałacu de Blangy, ją, gdy w oczach świata była tylko jego kochanką.
Natychmiast, nie wchodząc do mieszkania, bez kapelusza, bez okrycia, zapominając o wszystkiem, w peniuarze, włosami w nieładzie, wskoczyła do dorożki, gdzie podążył i sługa.
Nie wyrzekła ani słowa.
Po cóż?
Zrozumiała... Filip był umierający... Już go nie zastanie gdy przybędzie.
Niezdolna myśleć, szła naprzeciw swego przeznaczenia z tem uczuciem, jakiego doświadcza skazany na śmierć niechybną.
Wszystko, na co patrzyła, było ciemne i niebezpieczne, Dorożka ją kołysała jak uśpione dziecię. Inteligencyja jej zasnęła, zniweczona uderzeniem piorunu.
Gdy przybyła na ulicę de Lille, była podobną do paralityczki, którą budzą.
— Niechaj pani na mnie zaczeka, nietrzeba aby nas widzieli.
Gdy powrócił, prowadził ją przez podwórze, zawsze oświetlone, zasłaniając ją sobą.
Nikt ich nie śledził.
Franciszek i jego żona już byli u siebie, szwajcar nie zajmował się wchodzącymi, spał spokojnie, obojętny na zmiany, które nie powinny by dotknąć jego osoby.
Wszystko mu było jedno; służyć temu, lub innemu panu.
Bretończyk prowadził młodą kobietę do tego pałacu, gdzie powinna była wejść, jako pani, a przecież wkradała się jak służąca schodami bocznemi.
Grobowe milczenie panowało w koło niej.
Wchodząc na próg, już nie miała najmniejszego powątpiewania. Jej przeczucia sprawdziły się.
Młoda dziewczyna uśpiona, wyciągnięta w fotelu, czuwała przy trupie.
Widok był wzruszający.
Magdalena zbliżyła się do łoża jak automat, stanęła przed tym umarłym, którego głowa spoczywała na poduszce włosy najeżone od krwi z rany, oczy zamknięte, ręce sztywne i zimne z krucyfiksem w rękach, złożonym na piersiach.
Błędnem okiem, bezmyślnie patrzała przed siebie, pogrążona w bezgranicznej rozpaczy.
A więc to jej mąż, jej miłość, ojciec jej dzieci, jedyna istota, do której się przywiązała na tym świecie, nie słyszał jej i nie widział.
Czyż to sen tylko okrutny?
Czy podobna wierzyć żeby on, którego przed kilkoma godzinami trzymała w uścisku, tak pełnego życia, sił, z taką przyszłością, który się do niej uśmiechał z taką czułością:
Umarły!
Zdało się niepodobieństwem, a jednak było rzeczywistością.
Upadła na kolana, oparła swoje ręce na rękach Filipa.
Młoda dziewczyna zbudzona przez Bretończyka, stanęła z nim w oddaleniu przy drzwiach do sąsiedniego pokoju, jakby bronili wejścia.
Nigdy ci nie zapomnę, Justyno, coś dla mnie zrobiła, powiedział Joson.
— Nietrzeba aby wiedziano...
— Dobrze!
Justyna była to dziewczyna z okolic de Blangy, praczka z pałacu, która byłaby wolała, aby ten wypadek przytrafił się był starszemu Valencourt’owi niżeli jego bratu.
Przytem nie była obojętna na nadskakiwania Bretończyka z przyczyny prawdziwej jego uprzejmości.
Boleść Magdaleny, tak milcząca, była rozrzewniającą.
Nakoniec łzy spłynęły strumieniem po jej bladych policzkach. Magdalena obcierała je zlodowaciałą ręką męża, następnie odgarnęła zaschłe włosy, dla zobaczenia rany, którą życie uciekło.
Chętnieby go uniosła ze sobą, chciałaby czuwać przy zwłokach jej drogich, lecz nie śmiała rozpocząć walki z niewidzialnymi nieprzyjaciółmi, przeczuwała ich bowiem, nie znając ich.
Lekki stuk dał się słyszeć w pokoju, gdzie spoczywały zwłoki markiza, czyjeś kroki się zbliżały ktoś nadchodził. Bretończyk odezwał się łagodnie.
— Pani! należy stąd odjechać.
Schyliła się, nie mając odwagi ani się opierać, ani żądać.
Uściskała po raz ostatni tego człowieka, którego już nie miała ujrzeć, szepcząc do ucha smutny wyraz rozłączenia, raniący jej serce.
— Żegnam cię!
Przybita, mdlejąca, zaledwie dowlokła się do wschodów a stamtąd do drzwi. Joson chciał jej towarzyszyć.
Podziękowała mu. Po zamknięciu drzwiczek dorożki, dawszy adres woźnicy doznała wrażenia opuszczenia, samotności, jak gdyby się zabłąkała w pustyni bez granic.
Powóz ruszył, jechała smutna jak noc w tej części miasta źle oświeconej, gdzie niegdzie.
Tak było czarno w duszy nieszczęśliwej, jak i na ulicy.
Nie wiedziała co ją czeka nazajutrz. Czyż niepowinna była wejść do domu gdzie zwłoki Filipa, jej męża spoczywały?
Weszła tam z łaski i protekcyi służącego!
Ona, jego żona, żona Filipa Valencourt’a. Była nią bezwątpienia, dowód istniał przecie. Zdawało jej się, że przy boku pokrwawionego męża nieżyjącego, widziała drugiego trupa swego ojca z przeszytą piersią kulą, który się zabił z jej przyczyny; pomyślała, że miłość jej z krwi, poczęta — we krwi zagasnąć miała.
Przypomniała też wyrzeczone przekleństwo przez pułkownika pozostawione jej jako jedyną spuściznę. Wyrazy te brzmiały w jej uszach.
„Magdaleno, bądź przeklętą!“
Widziała wzrok gniewny konającego ojca, rękę wyciągniętą dla odepchnięcia jedynej córki.
Czyż to przekleństwo wiecznie miało ciążyć nad nią?
Czyż już nie wywarło nieszczęśliwych skutków?
Obraz jej dzieci, mieszał się z przywidzeniami różnemi, myślała o tych niewinnych istotkach, śpiących spokojnie w nieświadomości nieszczęścia, jakie je miało dotknąć.
Czyż to przekleństwo miało spaść i na nie?
Nowa obawa opanowała tę zbolałą duszę.
Pragnęła, aby dorożka, wioząca ją tak powolnie, miała skrzydła, aby się przynajmniej upewnić, czy dzieci nie były jej wydarte?
Koń i woźnica wlokły się znużone całodziennym trudem na głuchej drodze, nieskończonych ulicach.
Magdalena wysiadła, obdarzyła dostatecznie biednego człowieka, starca o przyjemnem oblicza, który jej podziękował, rzekłszy:
Nie martw się, kochana pani i Bóg niechaj ci dopomaga.
Boleść tej kobiety była tak widoczna, że każdy by był nią wzruszony.
Wszedłszy do pokoju, w którym czuwała służąca, zawołała rozpaczliwie: — Umarł!
Odsunęła firanki, osłaniające łóżeczko, przypatrywała się chciwie tym dwom twarzyczkom rumianym i uśmiechniętym, pogrążona w zadumie i przestrachu, upadła na kolana, zawoławszy łkając:
W pałacu przy ulicy Saint-Guillaume u Valencourt’ów, tych szczęśliwców, którzy spełniwszy niegodne łupiestwo, przemyśliwali nad innemi — wszystko było radosne.
Powiew fortuny wiał też ku nim! Wszystko się układało podług ich życzeń.
W chwili, gdy mąż i żona rozstali się na progu pokoi, przedzielonych salonem, gdzie Ludwika przyjmowała swych przyjaciół, Franciszek powiedział:
— A więc ułożone? Jedziesz jutro?
— Wczesnym rankiem.
— W sekrecie?
— W sekrecie.
— Pewna jesteś swojej garderobiany?
— Ręczę za nią. Ona jedna będzie wiedzieć o mojej nieobecności... Przytem nie będzie wiedziała celu mej podróży.
— Jesteś kobietą wyższą.
— Spodziewam się dowieść ci tego.
Zatrzymała męża, który chciał drzwi zamknąć.
— Stajemy się wielkimi zbrodniarzami? powiedziała wesoło.
Widocznie, że szczęśliwą była z tej fortuny, a więcej z piekielnej i ohydnej zemsty.
— Dla czego zbrodniarzami? zaczął starszy Valencourt, niecierpliwy jak zawsze.
— Tak... zdaje mi się...
— Miałem prawo do dziedzictwa po moim wuju... Filip mi je wydarł... przeciw wszelkiej sprawiedliwości... odbieram je...
Z drugiej strony, Filip umarł. Czy ja wiem co o jego przygodach?
Jestem jedynym jego spadkobiercą. Znosząc akt małżeństwa, nieważny wobec prawa, unikamy skandalu, procesu, któregobyśmy nie przegrali...
— Czyś tylko pewny?
— Takie moje zdanie.
Prawo jest za nami. Filip ożenił się w Hiszpanii. Podług formalności przepisów u nas, jego żona byłaby kochanką, jego dzieci nieprawe. A ci intruzi ogołociliby nas może!... A więc?... moje sumienie jest spokojne... Dobrej nocy!
Zbliżyła się do niego, wzruszyła ramionami i rzuciła mu obelgę:
— Wykrętaczu, fałszywy człecze! Obłudniku! — lecz mówiła to bez żółci.
Rzeczywiście była w usposobieniu wesołem.
Nie obraził się, ale uśmiechnął wesoło.
— Występek! jeżeli kto chce tak nazywać, ale występek niewiadomy, występek bezkarny! Niechaj inni postępują jak my!
Podali sobie ręce powtarzając:
— Dobrej nocy!
Rano, o siódmej godzinie, spotkali się na środku salonu, który ich rozdziela. — Pani Valencourt, czarno ubrana, starannie zawoalowana, gotową była była do wyjścia. Franciszek owinięty płaszczem, zawołał jednego ze swoich służących i posłał do mieszkania brata prosić Josona, aby przybył do pałacu de Blangy i oczekiwał go.
— Nie masz mi nic do rozkazania? zapytała męża.
— Nic, działać prędko i dobrze.
— I to wszystko?
— Wszystko.
Wyszła sama przez drzwi ogrodu, na ulicę de Grenelle, wzięła fiakra i kazała się wieść na dworzec kolei z Orleanu, a stamtąd udała się pośpiesznym pociągiem do Bordeaux, podczas gdy jej garderobiana mówiła towarzyszom, że jej pani czuje się niezdrową i pozostanie u siebie.
Franciszek zapytał lokaja wchodzącego.
— Widziałeś Bretończyka?
— Widziałem panie!
— Poszedł?
— Natychmiast... bardzo kuleje... Wczorajszy upadek silnie go dotknął.
— Wychodzę... jeśli się kto będzie o mnie pytać, przysłać do pałacu de Blangy.
— Dobrze panie.
Nie poszedł tam przecież prosto. Zamiast skręcić na ulice de Lille, zwrócił się na Université, udając się do antresoli brata.
Nieboszczyk miał tylko jednego służącego, nieobecnego w tej chwili; Franciszek bowiem kazał go zawezwać do siebie, pragnąc sam pozostać w mieszkaniu.
Stróż wręczył mu klucz, bez cienia podejrzenia, wiedział bowiem, że Filip Valencourt miał tylko jednego spadkobiercę. Franciszek wszedłszy do mieszkania, z całą ostrożnością i przezornością zamknął drzwi za sobą. Mógł więc bez obawy zacząć poszukiwania. Filip nie miał żadnych interesów, które by mu przynosiły jaki zysk. Kawałek ziemi w Burgundyi, kilka winnic i pensyja, jaką mu wuj przeznaczył, stanowiły fundusz na utrzymanie ukochanej i dzieci.
Całem złem, o którem dotychczas świat nie wiedział, był potajemny związek i rodzina, o której myślał bezustannie.
W szufladzie biurka znalazł Franciszek dosyć listów Magdaleny, dowody uczuć najczystszych, najserdeczniejszych. Listy te zawierały całą historyją jego miłości i związku, na mocy których jednak mogła zrobić zastrzeżenia praw swoich. Na spodzie zaś szuflady pod pękiem pamiątek najstaranniej zachowanych, pod przyciskiem do papierów, dwa arkusze złożone we czworo, ze wzmianką na wierzchu: „Bardzo ważne“, uderzyły w oczy tego nędznika, gwałcącego najświętsze obowiązki. Rozłożył je drżącemi rękoma. Trzeba było istotnie mieć czarne sumienie, dla spełnienia tego, czego się dopuszczał tak zły brat, są bowiem czyny dreszczem przejmujące najzatwardzialsze serca.
Pierwszy z tych arkuszy, był aktem małżeństwa w San-Julii wydany przez proboszcza Filipowi, na proźby Magdaleny, zapieczętowany, tak, jak był przyniesiony z poczty. Franciszek włożył go do kieszeni. Drugi arkusz zawierał te kilka wyrazów.
„Mój testament. Zapisuję cały mój majątek, który posiadam w obecnej chwili jakimby on nie był aż do zejścia mego, Magdalenie Stefani, mojej żonie i dwojgu moim dzieciom, Magdalenie Filipowi, zrodzonym z mego małżeństwa z Magdaleną Stefani.
Paryż pierwszego lipca, 1865 roku, podpisany. Filip Valencourt.“
Zbrodniarz ścisnął zęby.
Ten testament niweczył sam przez się wszelkie sfałszowanie. Pozycyja wskutek znalezienia testamentu przedstawiała się następująco. Czy małżeństwo było ważne lub nie, Filip Valencourt zmarły jako spadkobierca, po wuju i w pamięć legata markiza, przekazywał cały swój majątek na Magdalenę Stefani i dwoje dzieci.
Filip, tak jak i brat jego, doktór prawa znał doskonale ważność podobnego aktu.
Pisząc testament spełniał przyrzeczenie i obowiązek uczciwego człowieka.
Ślub udzielony przez proboszcza w San-Julii, łagodził wątpliwość Magdaleny. Testament zabezpieczał przyszłość jej i dzieci. Zabierając ten tytuł nikczemny ten rabuś, Franciszek Valencourt, wykradał nieszczęśliwej i jej dzieciom siedem do ośmiu milijonów majątku po markizie a przytem i to, co pozostawało Filipowi z jego ojcowizny.
Żaden pozór, żadna żądza legalna, nie mogły udaremnić łupiestwa, którego nieboszczyk nie przewidział. Pot wystąpił na czoło niecnego bandyty i milijonera.
Portret brata, zawieszony na ścianie zdawał się śledzić go swemi pięknemi aksamitnemi oczyma, pełnemi przyjaźni i łagodności. Uczuł jakby uderzenie drutem, które go zakłóło pociskiem wyrzutów sumienia. Dla niego, już i tak bogatego, czyż całe skarby świata, zastępowały odwagę przejścia Rubikonu, po za którym miał zginąć w bagnie występnych nędzników zakałą i wstydem ludzkości? Filip był jak najlepszym bratem, Filip byłby z nim podzielił ostatni kawałek chleba, Franciszek Valencourt nie miał serca. I do tego jeszcze za człowiekiem tak złych popędów ukrywała się kobieta. Kobieta tam była. Sam był, nie mając nikogo, coby go pieszczotą napoił, wpływ rozumny i sercowy wywarł.
W takich warunkach nie byłby może tak nisko upadł, cofnąłby się od czynu podłego i poniżającego. Lecz Ludwika Chambeyre tylko przez zemstę zostając jego towarzyszką życia, rządziła nim, a nie kochała go. Ona podałaby mu była nóż w rękę, gdyby morderstwo dogadzało jej zemście. Cóż więc miał obecnie czynić?
Schwycił papier nikomu nieznany, skradł akt, którego istnienia nikt nie podejrzewał.
Po kilku też minutach, łatwo sobie wmówił że była to zaledwie kradzież, a litując się, jakby sam nad sobą, osądził się nierozumnym trwożąc się takiej bagateli.
Zresztą okropność występku niknęła wobec korzyści jakie po skradzenia dowodów Filipa, się przedstawiały.
Uśmiech współczucia dla nieszczęśliwego brata osiadł na ustach, Franciszka. Rzeczywiście Filip nie posiadał wiele rozumu. Trzeba było być zaślepiony w zaufaniu do ludzkości gotowej do pokusy, aby pozwolić poniewierać się papierom tak wielkiej wagi pozostawiając je na łup pierwszego lepszego.
Franciszek uznał swój czyn za, uczciwy. Listy ambarasowały go swą objętością. Rzucił je na kominek, podłożył ognia patrząc z pewnem zadowoleniem gdy się paliły. Spalone resztki zagrzebał w popiele, rozpatrzył uważnie wszystkie meble a nie spostrzegłszy nic podejrzanego zamknął biurko i wyszedł.
Wyniósł z sobą dwa drogocenne akty złożone w pugilaresie. Dostawszy się na ulicę, uczuł się lekkim jak sylf, wyższym i silniejszym. Nic mu już nie ciążyło na głowie.
Cały majątek posiadany przez wuja, należał obecnie już tylko do niego któż się bowiem mógł o niego upomnieć?
Ruchem instynktownym przycisnął do piersi skradziony testament jakby się obawiał by mu go nie odebrano.
Dowód z parafii i od proboszcza były razem, wspólniczka jego podążyła do Bajonny, każde z nich miało nielada zadanie do spełnienia.
Można było ślepo powierzyć Ludwice de Chambeyre podobne zlecenie, gdyż w razie gdyby się jej było co niepowiodło, potrafiłaby się wycofać.
Wszystko mu szło podług życzenia. Obaj zmarli będą pochowani, któż więc stanie przed niemi. Jedna, biedna kobieta bez podpory, bezsilna, znękana boleścią i niezdolna walczyć z wpływami i milijonami. Możebnym byłby proces, ale kiedyby nastąpił?
W najgorszym razie pozostaje ugoda, niebardzo obciążająca budżet tak znakomitego spadku.
Powracając do pałacu de Blangy przybrał minę poważną stosownie do okoliczności, nie przypuszczając, że w wybuchach radości śledziły go dwoje oczu na ulicy de Lille.
Były to oczy Josona Kerhoël. Bretończyk stał jak na cierniach, nie zastawszy w pałacu de Blangy, tego, który po niego od rana przysłał, wyszedł na ulicę. Joson Kerhoël zwąchał kłótnię z powodu wielkiej sukcesyi po markizie.
Myślał o dzieciach swego pana a przewrotna twarz brata wprawiła go w podejrzenie. Radość zdrajcy podwoiła jego niepokój, nagła zmiana jego twarzy zastanowiła go, Franciszek Valencourt będąc dalej od pałacu, miał postać dopiero co odkrywającego zdobycz. W miarę jak się przybliżał, podobnym był do syna tracącego ubóstwianą matkę. Byłto fałsz.
— A!... byłeś u mnie?
— Tak, jak pan rozkazał.
— Przyszła mi inna myśl. Sądziłem że jesteś cierpiącym po wypadku jaki cię spotkał. Poszedłem do mieszkania brata mojego, myśląc, że cię tam znajdę.
— Pan tam był!... dodał Joson, którego niepokój coraz się powiększał.
— Naturalnie! Cóż w tem zadziwiającego?
— Nic. Niechaj mi pan wybaczy, mieszkanie w nieporządku.
— Cóż to szkodzi... Przecież i ty jesteś skaleczony.
— E, proszę pana, słaba kontuzyja.
Uderzenie jakie się dostało Josonowi mogłoby było i najsilniejszego życia pozbawić.
Lecz pochodził z kraju gdzie czaszki są twarde. Franciszek zaczął:
— Chciałem od ciebie pewnych informacyj. Wszedłem i wyszedłem. Chodź, Josonie...
Przeszedł pierwsze piętro, minął podwórze i wszedł do pałacu otoczonego przez bandę ludzi podobnych do kruków towarzyszących śmierci. Joson Kerhoël postępował za nimi zadając sobie pytanie, mocno niepokojony.
— Co on tam robił i dla czego mnie wydalił? Była to zasadzka.
Franciszek Valencurt przeszedł salony w amfiladzie pałacu, z podążającym za nim Bretończykiem, poszedłszy do gabinetu wuja, usiadł w fotelu markiza przed przepysznem biurkiem.
— Usiądź mój przyjacielu, rzekł Franciszek Valencourt, wpatrując się jak sędzia śledczy w Bretończyka. Twarz Josona Kerhoëla przybrała pozór skromnej i ograniczonej naiwności, ukrywającej najczęściej u ludu prostego przebiegłość. Joson był mocno oburzony.
Zasadzka jaką na niego zastawiano była za widoczną, aby odtąd nie mieć się na baczności. Bystro zmierzył twarz lisa nań czyhającego lecz jednym rzutem oka tylko.
— Filip postępował z tobą jak z przyjacielem — rozpoczął Franciszek tonem łagodnym.
Bretończyk domyślił się kombinacyj i zawiłych intryg.
Dla czego?
Dla ważnych powodów, z których najgłówniejszym było przewidywanie tego co się dziać miało, tak jak widz przypatrujący się początkowi dramatu, pragnie widzieć i koniec jego.
Pochodziło to z niezmiernego przywiązania do tych, których kochał pan jego. Joson wiedział o szalonej miłości Filipa dla Magdaleny Stefani. Był świadkiem rozwijającej się namiętności do córki pułkownika.
Nie będąc wtajemniczonym w drobiazgowe szczegóły, wiedział przecież, że miłość ta coraz więcej potęgowała się. Wycieczki Filipa nocami, spędzanie każdej wolnej chwili w Passy, podróże w Pireneje. do Szwajcaryi i kąpieli morskich, nakoniec wizyty Magdaleny u Filipa, w małej antresoli przy ulicy Université, gdzie przybywała starannie zawoalowana, oraz wysoki szacunek jakim ją otaczał, dowodziły głębszych zamiarów i uwieńczenia stosunku tego małżeństwem.
Joson Kernhoël był obdarzony dużą dozą inteligencyi. Pod twardą czaszką okrytą rudemi włosami ukrywał niezwykłą przebiegłość. Tacy ludzie bywają niebezpieczni. Nienależy im dowierzać, Filip często mu wskazywał biurko mówiąc:
— Widzisz Joson tę szufladę. Pamiętaj, że zawiera ważne papiery dla osób przezemnie ukochanych. W rasie jakiego wypadku czuwaj nad niemi.
— Lecz wypadek stał się nagle, stroskany i nieprzewidziany.
Bretończyk zapomniał zlecenia swego pana. Zamiast strzec mieszkania opuścił stanowisko w pierwszej zaraz chwili, dał się uwieść nieprzyjacielowi.
Tym nieprzyjacielem był Franciszek Valencourt. Joson nie miał już najmniejszej wątpliwości, fałszywy i podejrzany wyraz twarzy Franciszka nigdy nie wróżył nic dobrego.
O ile uwielbiał szczerość młodszego, jego piękną postać, szlachetne ruchy; o tyle nie cierpiał obłudnej i lichwiarskiej powierzchowności starszego Valoncourt’a, Joson był wściekły sam siebie.
Co miał do czynienia Franciszek w mieszkaniu zmarłego brata, zanim jeszcze był pochowanym?
Joson zainteresowany tym pośpiechem, podążał do domu.
Szuflada z papierami była mu ciągle na myśli. Zrozumiał, że popełnił błąd, a błąd ten nie był do powetowania.
Co robić? Najpierw zjednać sobie zaufanie zdrajcy. Na czynione zapytania, podrapał się w głowę mówiąc:
— Tak zapewne... pan mój również był dobrym dla mnie jak i dla innych. Pan był z natury szlachetnym, z ręką na sercu, uczynny... lecz nie wtajemniczał mnie w interesa.
Franciszek poruszył głową ze znakiem niedowierzania.
— Ależ, czy to możebnem aby chłopiec będący u niego w służbie od lat sześciu...
— Od siedmiu lat, panie!
— Niech i tak będzie... miałby nie nie wiedzieć o jego stosunkach.
— Mało mogę co o tem powiedzieć... Miałbym jedną tylko proźbę... aby mnie pan przyjął do służby. Wszystko będę robił co pan tylko zechce. Byłem bardzo przywiązany do mego pana i domu. Proszę pana zaopiekować się mną, pan pozostał sam jeden dla zastąpienia mi pana Filipa i pana markiza!
— Sam, pomyślał Franciszek czyżby nic nie wiedział o tem małżeństwie?
Tonem zaś uprzejmym rzekł:
— Zobaczymy, zobaczymy mój przyjacielu. Bardzo sobie tego życzę Filip był z ciebie zupełnie zadowolony... często mi o tem wspominał.
— Będę się starał i panu tak służyć. Wypowiedziane było z miną tak szczerą, że Franciszek Valencourt został w niepewności, było li prawdą iż tak niewiele wiedział co się u Filipa działo. Zaczął znów.
— Mów otwarcie. Służący rozsądny, jakim ty jesteś — bo cię uważam za rozumnego Josonie... Bretończyk skromnie się pokłonił, Franciszek Valencourt mówił dalej.
— Mogłeś podejrzewać słabostki... przywiązania swego...
— Przysięgam panu...
— Zawsześmy myśleli, że Filip miał stosunek... przy... który mu przeszkadzał do ożenienia...
Joson założył rękę prawą na lewą w postawie niewinnej, zupełnie naturalnej.
— Zapewne, pan nie żył jak pustelnik, to pewna nawet, powiedział, lecz nigdy nie widziałem, aby przyjmował kogo u siebie...
— Nigdy? Zaczekaj trochę... a może bardzo rzadko... wysoka blondyna zawoalowana.
— Ach! Pozostawała kilka minut i odchodziła.
— Ładna?
— O tak!
— Młoda?
— Ze dwadzieścia pięć lat...
— Jej nazwisko?
— Mogę je panu powiedzieć... chociaż mi pan Filip nic nie mówił, ale często widywałem listy adresowane do pani Magdaleny, ulica Raphael, w Passy. Gdy Lachaume przyszedł po pana, domyśliłem się, że pewnie tam będzie, poszedłem pana zawiadomić...
— Czy ta pani wie, co się stało?
— Ale...
— Zawiadomiłeś ją może?
Joson zrozumiał konieczną potrzebę kłamstwa.
— Jeżeli pan rozkaże, uczynię to, lecz bez pozwolenia nie przyjąłbym na siebie odpowiedzialności...
— Eh! pomyślał Franciszek Valencourt, to dobry chłopiec... dyskretny... ostrożny... uległy.. możnaby rzeczywiście posłużyć się nim.
— Kontynuując dalej dodał:
— To dobrze... Zobaczę... Położenie tej pani jest fałszywem, a przədewszystkiem należy uniknąć skandalu, obciążającego pamięć mego biednego brata. Joson obejrzał się.
— Czy nie wiesz nic więcej, mój przyjacielu?
— Nic panie. Zresztą myśl moja jest jakby zbłąkana. Uderzyłem się silnie, czuję jakby potrzebę pójścia na spoczynek... Wzrok się zaciemnia. Jeżeli mnie pan zechce o co jeszcze pytać, jestem na jego rozkazy.
— Później, dosyć na dzisiaj. Idź, wypocznij przyjacielu.
— Czy pan nie ma jakich rozporządzeń do wydania?
— Tak. Powróć do siebie. Zamknij wszystko i nie wpuszczaj nikogo do mieszkania, aż do ukończenia tej smutnej ceremonii.
— Nikogo?
— Bez wyjątku. Niechaj rzeczy zostaną w takim stanie jak są.
— Dobrze panie.
— Zrozumiałeś mnie?
— Może pan być spokojnym.
— Idź, przyjacielu. Jeżeli cię będę potrzebował, przyjdę do ciebie. Nie wychodź, wypocznij, a przyjdziesz do siebie.
— Dziękuję panu.
Jan ledwie się mógł utrzymać na nogach, drżał od zimna, w głowie mu się kręciło.
Po wyjścia Bretończyka Franciszek Valencourt zacierał ręce, mówiąc:
— A więc wszystko idzie dobrze.
Joson z trudnością doczołgał się na ulice Université.
Pierwszym jego czynem było zbadać gabinet swego pana.
Już przy progu uderzył go zapach spalonego papieru.
Ukląkł przed kominkiem. Resztki auto-da-fé odznaczały się cząstkami czarniejszemi.
Poruszył ręką. Popiół był jeszcze gorący, lecz nie podobieństwem było odgrzebać choćby skraweczek zniszczonych listów. Co odkrył ten włóczęga? Co zniszczył? W jakim celu?
Tyle było nierozwiązanych zagadek dla Bretończyka.
Roztworzył też biurko, w którem tkwił jeszcze klucz.
Jedna z szuflad była pustą.
Joson pochwycił się za głowę, wyrywając garść włosów.
Była to właśnie szuflada, na którą mu pan tak często zwracał uwagę.
Złorzeczył sobie jak tylko być może, uważając się za ostatniego nędznika.
Franciszek Valencourt wiedział również jak i on, o istnienia papierów, lecz leżało w jego interesie zniszczyć je.
Joson ciężko się zmartwił, lecz złemu już nie można było zaradzić, jakiś fatalizm zawisł nad wszystkiem.
Ociężały, zmartwiony, chory, nagryzmolił kilka następujących linij.
„Wielkie niebezpieczeństwo grozi pani. Będę pani użytecznym ile tylko można. Niechaj pani nie wyjawia że mnie zna i liczy na moje przywiązanie.
Włożył w kopertę, napisał adres, jak tylko mógł najlepiej: Pani Magdalena, 12, ulica Raphael, w Passy.
Miał jeszcze tyle siły, aby zejść i wrzucić list w najbliższą skrzynkę pocztową. Powrócił do siebie i upadł na sofę, na której znaleziono go nazajutrz ciężko chorym, bez świadomości co się koło niego działo, i to go przyprawiło o pozostanie w łóżku przeszło trzy tygodnie.
Okoliczność ta dopomogła dalszym planom Josona.
Franciszek Valencourt ujęty pozorną szczerością jego odpowiedzi, nie mógł oddalić służącego poważnie pokaleczonego w wypadku, w którym stracił brata, przez co odziedziczył cały majątek wuja.
Postanowił przyjąć Josona do służby.
Był to wielki błąd.
Dla czego? zobaczymy w dalszym ciągu.
Nazajutrz po scenie, którąśmy opisali, odbył się z wielką okazałością pogrzeb wuja i siostrzeńca, z kościoła Ś-go Tomasza z Akwinu.
Markiz miał przyjaciół, wielu znajomych i mnóstwo podwładnych z powodu jego wysokiego stanowiska.
Katastrofa zaś w której padł Filip Valencourt, jeden z młodych ludzi, pełnych nadziei w przyszłości, podniecala ciekawość Paryża, zawsze żądnego wrażeń. Kościół nie mógł pomieścić cisnących się tłumów w nawie i pobocznych kaplicach.
Na chórze i obok katafalków płonęły światła różnokolorowe, kościół okryty żałobą nasycała woń kadzideł.
Najsławniejsi śpiewacy mieli się ukazać.
Herby, dowody nieskończonej próżności markiza, zawieszono na obiciach krużganków i naw kościelnych, ordery na trumnie. Długi szereg pojazdów zajął plac i sąsiednie ulice. Pośród publiczności dawały się słyszeć urywki rozmowy światowej, podczas gdy ksiądz na kazalnicy wygłaszał mowę pogrzebową, nie zawierającą nic pochlebnego dla nieboszczyka.
Przytoczymy kilka zdań dwóch znajomych tego, którego miano odprowadzić na wieczny spoczynek. Oficyjant przy ołtarzu:
— Daj im panie wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Senator trącił radcę z izby obrachunkowej:
— Blangy, to był znakomity intrygant!
Radca:
— Przebiegły człowiek, umiejący dbać o swoje dobro. Na ile szacują jego majątek?
Ksiądz:
— Dusze ich opuściwszy ciało, powrócą do ziemi a marność tego świata zniknie z nimi razem.
Senator:
— Mówią o dziesięciu milijonach. Korzystał ile mógł.
Radca:
— Życzyłbym sobie mieć cząstkę jego sprytu.
Ksiądz:
— Gdy najwyższy Sędzia ukaże się na tronie, wszystkie nasze skryto myśli czyny wyjawione będą. Żaden występek nie ujdzie bezkarnie.
Radca:
— Komu teraz przypadnie cały majątek?
Senator zdziwiony:
— Ależ naturalnie pozostałemu siostrzeńcowi.
— Czy to ten pan w żałobie, koło trumny.
— Ten właśnie.
— Niemiła fizyjognomija. Nie znajdujesz tego?
— Każdy ma swoje dane... Mówią, że jest wyrachowanym.
— Czy żonaty?
— Z córką dawnego przyjaciela jego wuja, vice hrabiego de Chambeyre.
— Czy vice-hrabianka jest brunetką, śliczną kobietką?
— Rzeczywiście, że jest ładną.
— Bardzo zalotna... a markiz?
— Złośliwy!
Ksiądz:
— Pamięć dobrego będzie wieczna, Nie będzie się on obawiał potępienia.
Senator:
— Dzięki protekcyi de Blangy, vice-hrabiemu dobrze się działo.
— Przez kobiety dochodzi się.
— O kim mówisz?
— Został ogólnym poborcą... Mówią, że zostawił córce ogromny majątek.
— Dla tego też markiz ożenił jednego ze swych siostrzeńców.
— Kochał więcej drugiego, tego, który uległ tak nie w porę nieszczęśliwemu wypadkowi.
— Właśnie w chwili, gdy odziedziczał tak ogromny majątek.
— Doprawdy, to brak szczęścia.
— Mówią, to był ślicznym chłopcem.
— Bardzo sympatyczny. Głowa zdolna, obejście zachwycające kobiety.
— Lepiejby było, aby się zabił ten, co pozostał.
— Nieszczęście nierobi wyboru.
— Ma już wszystko... pokój wieczny!
Ksiądz:
— Dobra ziemskie pozostają. Szczęśliwi ci którzy przekładają światłość wieczną.
Senator:
— W gruncie rzeczy, Blangy był bez żadnej wartości moralnej.
— Niezbyt uczciwy!
— Bez zasad.
— Nigdy się nie krępował żadnemi skrupułami.
— Miał racyją! Tacy zawsze znajdą miejsce.
— Co sądzisz o tem?
— Masz tam wpływy... Mógłbyś co przemówić za mną.
— I owszem. Nie omieszkam.
Radca na boku:
— On by mi dopomógł! Fałszywy starzec!
Senator na boku:
— Ten nie wart i małego palca Blangich.
Ksiądz:
— Boże, wysłuchaj miłosierne proźby nasze, za te zmarłe dusze, wybacz im przewinienia i przyjmij je do swej chwały.
Chór dodał:
— Amen.
Podobneż rozmowy dawały się słyszeć w całym kościele.
Nikt by nie uronił, nikt nie pożałował.
Towarzyszono pogrzebowi jakby widowisku.
Tylko w bocznej kaplicy schylona na stopniach ołtarza, tłumiła kania młoda kobieta, w wdowim stroju, z głowa wspartą na ręku, oczami zaczerwienionemi od łez wylanych.
Pierś jej tłumiona nadludzkim wysiłkiem, wydawała głuche jęki, konając na ustach.
Pogrążona w rozpaczy, nie zwracała uwagi ani na sąsiadów, ani na śpiewy, rozlegające się w kościele.
Jedna myśl tylko zajmowała jej umysł: jego już niema! Po raz ostatni koło niego.
Strwożona, bojaźliwa, zadawała sobie pytania:
— Więc mnie mają za jego kochankę! Czemże są moje dzieci?
To o nim, to o nich myślała.
Dusza przepełniona goryczą, wkoło niej żałoba, przed nią niepewność.
Bilet Josona Kerhoël potwierdził jej obawę.
Od czasu do czasu podnosiła oczy na katafalk, gdzie jeszcze przez chwilę tylko spoczywały szczątki jej ukochanego.
Filip, jej kochanek, nie śmiała nazwać go mężem. Powątpiewała o wszystkiem, o Bogu nawet, który okazał się tak nielitościwym, wyrywając jej okrutną śmiercią jedynego opiekuna, pozbawiając ją nawet prawa zobaczenia go i uściskania.
Lodowata twarz Franciszka Valencourt, stojącego w pierwszym rzędzie koło dwóch trumien, przestraszyła ją.
Poznała brata Filipa od pierwszego rzutu oka, pomimo że raz jeden tylko widziała go w operze, ukryta w loży z Filipem.
Od niego to może zależał jej dalszy los.
Wiedziona złowrogiem przeczuciem, spodziewała się tylko upokorzeń.
Sprawił na niej wrażenie węża z wytrzeszczonem ślepiem, owiniętego wkoło drzewa, a który ukazaniem swem przestrasza ptaszynę w gnieździe.
Ceremonija się kończyła.
Sama jedna, w dorożce, towarzyszyła na kolej dwom trumnom, mającym być złożonemi na cmentarza de Blangy.
Powróciwszy do siebie, do tego domu, gdzie przed kilkoma dniami jeszcze czuła się tak szczęśliwą, gdzie jej ukochany nie powróci więcej, przycisnęła do zbolałej piersi dzieci, a ściskając je, zawołała z rozpaczą:
— Nie macie już ojca — i powtarzając z największą trwogą modlitwę owej strasznej nocy, rzekła:
— Biedne małe! niechaj was Bóg strzeże!
Nazajutrz rano pociąg pośpieszny z Bordeaux dojeżdżał na stacyją Paryża.
Młoda kobieta wyszła z niego z lekkim tylko woreczkiem w ręku, a wśliznąwszy się w tłum podróżnych, wsiadła szybko do dorożki.
Wkrótce zatrzymała się o kilkanaście kroków od pałacu Chambeyre, na ulicy Saint-Guillaume. Dama zwróciła się na ulicę de Grenelle, a otworzywszy małe drzwiczki ogrodu, przeszła prędko aleję, ocienioną wielkiemi drzewami, i doszedłszy na schody, prowadzące do służby, zapukała.
— Pani szczęśliwie powróciła? — zapytała garderobiana, oczekająca przybycia damy.
— Dziękuję ci. Szczęśliwie.
— Pan kazał mi dać znać natychmiast, gdy pani powróci.
— To też idź i powiedz panu, Zuzanno.
Franciszek Valencourt ze swej strony wywiązał się z powierzonej mu misyi z wielkim taktem, udając boleść, zniesioną z godnością, której trudno nię było spodziewać po otrzymaniu tak wielkiego spadku.
Ludwika de Chambeyre, pozostawszy samą, zrzuciła futro, zdjęła kapelusz, w tejże chwili wszedł i mąż.
Pomimo kilkodniowej rozłąki, nie było miedzy nimi wymiany serdeczniejszego uczucia, jakie przecież naturalnem się być zdaje w małżeństwie, od lat kilku z sobą żyjącem.
— Jak rzeczy stoją? zapytała żywo.
— Zdajesz się być rozpromienioną Ludwiko!
— Mam do tego powody.
Powróciwszy do pierwszego pytania, rzekła:
— A tyś co zrobił?
W kilku słowach opowiedział jej rezultat rannej wycieczki do mieszkania brata, odkrycie akta małżeństwa i testamentu, mocą którego zapisuje wszystko co posiada, Magdalenie Stefani i swym dzieciom. Na wspomnienie tego nazwiska, młoda kobieta rzuciła się z dzikością drapieżnej samicy, wyciągającej pazury i zgrzytającej zębami.
— Dobrze, zadecydowała. Nie umknie ona nam teraz, aleś ty przebiegły Franciszku...
— Dziękuję.
— Głęboko zepsuty.
— Pochlebiasz mi.
— Gdyby ludzie o tem wiedzieli...
— Nie będą wiedzieć!
— Pewien jesteś, że nie było innych dowodów?
— Tak pewnym, jak tylko być może, chyba jakieś nadzwyczajne, nieprzewidziane okoliczności.
Listy miłosne... mało znaczące...
— Ach! dodała wzdrygając się.
— Spalone.
— A więc wszystko idzie dobrze?
— Naturalnie... tylko...
— Co chcesz powiedzieć?
— Posiadamy dopiero to, co jest nam potrzebnem, to prawda... ale jeszcze istnieje jeden akt.
— Jaki?
— Akt małżeństwa w San-Julia. Może to nam bardzo pokrzyżować projekta, lub co najmniej pociągnąć za sobą układ kosztowny, z obawy skandalu. Wiesz przecież jak mi chodzi o honor, więcej, niż o wszystko.
— Więcej niż o majątek wuja, naprzykład? — dodała ironicznie.
— Przynajmniej więcej niż o pewną część jego, — odpowiedział dobitnie.
— A jakiż skutek twoich zabiegów?
Tak niewiele pokładasz we mnie zaufania i znajdujesz mnie niezdolną do poprowadzenia interesu?
— Nie, napewno nie, lecz im więcej się zastanawiam, tem lepiej widzę, że to przedstawia niemało trudności przekupić księdza... zniszczyć księgi parafii...
— W istocie, bardzo trudne, dorzuciła Ludwika z przekąsem. Franciszek Valencourt zaniepokojony powtarzał jak echo:
— Bardzo trudne.
Ludwika popatrzyła na niego z litością.
— Powiedziałam ci raz, odrzekła, chcę całego majątku po wuju, a nie jakiejś jego części... Mam głowę do interesów:.. Ręczę ci, że nie potrzebuje twoich informacyi, nikczemnego zachęcenia... dla przeprowadzenia interesu mi powierzonego.
— Mówię...
— Nikczemnego zachęcenia. Czyż nie wiesz, że od dni kilku dopuszczasz się występku, zasługującego na więzienie! Skraść testament, dwa testamenty... na cóż zasługujesz?...
— Ciszej.
— Nie obawiaj się, kto nas może podsłuchać. Jesteśmy u siebie, drzwi szczelnie zamknięte bronią nas, możemy swobodnie pomówić o interesach. Przytem potrzebuję ci zdać rachunek z odbytej podróży, jak opryszek dowódzcy bandy...
— Ludwiko!
— Jesteś wielkim złoczyńcą, to dowiedzione!
— Błagam cię...
— Pozwól mi mówić. Wyznaję iż pragnąłem więcej niż ty — zniszczenia śladu tego tak dla mnie wstrętnego małżeństwa. Za cenę złota byłabym okupiła sumienie kilku Nawarczyków, uśpiłabym była proboszcza jakim narkotykiem znieczulającym dusze, a słuchaj co za szansa! Powracam czysta jak nowonarodzone dziecię. Wypadek mi dopomógł i sprawę ułatwił.
— Tłomacz się jaśniej.
— Przybywszy bez przeszkody do San-Julia, najszkaradniejszej wiosczyny, jaką kiedy widziałam, zaraz się wzięłam do dzieła.
— Widziałaś księdza?
— Nie.
— A więc?
— Nie bądź tak prędkim. Nie widziałam go z przyczyny bardzo ważnej.
— Opuścił kraj?
— Więcej niż to. Umarł!
— I pochowany? W jaki sposób?
— W najnaturalniejszy w świecie.
— Jakto?
— Umarł na zaraźliwą gorączkę grasującą w jego parafii.
— No, ale jest inny proboszcz na miejsce zmarłego.
— Ma się rozumieć.
— Śmierć więc poprzedniego nie przyniesie nam żadnego pożytku.
— Zaczekaj.
— Szczególniejsze upodobanie, trzymać mnie jak na rozpalonych węglach.
— Bo przez swą niecierpliwość, przerywasz mi.
— Opowiadaj. Już milczę.
— Młody proboszcz zastępujący dawnego zapewnił mnie, że nic nie wie o małżeństwie, o jakie się dopytywałam.
— A książki parafialne?
— Zaraz dokończę. W rok po śmierci dawnego proboszcza, partyzanci Don Carlosa, powstańcy z Nawary, odnieśli porażkę w tej wiosce zwyciężeni przez wojsko hiszpańskie, uchodząc słabsi od swych przeciwników, schronili się do kościoła, a następnie spalili go ze wszystkiem, co się tam znajdowało. A że i księgi tam były, nie pozostało więc żadnego po nich śladu. Widziałam kościół, cztery zczerniałe i chwiejące się ściany, na odbudowanie których wioska jest zbyt ubogą. Msze odprawiają w stodole...
— Może żyje jaki świadek?... Naprzykład, zakrystyjan.
— Wtedy był jakiś Peres, służący proboszcza.
— Cóż się z nim stało?
— Znikł gdzieś... Jedni mówią, że jest ne wyspie Kubie... inni w Ameryce, nie wiadomo gdzie. W uniesienia radości Franciszek Valencourt uścisnął rękę swojej żony.
— Nie odsunęła jej, lecz skurczenie palcy dowodziło, że uścisk ten nie sprawiał jej najmniejszej przyjemności.
— Teraz, zakończyła wstając, sądzę, że możesz ogłosić zwycięztwo i wejść w posiadanie majątku, bez obawy, że się ktokolwiek o niego upomni.
— Ależ ta żona!
Twarz Ludwiki nagle się zmieniła, przybierając wyraz srogi.
— Miałam ci właśnie o niej powiedzieć.
— Bardzo być może, że nas odwiedzi...
— Sądzisz, że przyjdzie.
— Zdziwiony nawet jestem, że tak zwłóczy.
— Gdybyś chciał mi zrobić przyjemność, pozostawiłbyś mi swobodą rozmówienia się z nią.
— Po cóż to żądanie?
— Przypuśćmy, że ci chcę zaoszczędzić pewnej daniny...
— Nie mogę ci tego odmówić.
— Zechciej zrozumieć, że między kobietami łatwiej jest mówić w niektórych kwestyjach. Upewniam cię, że będziesz ze mnie zadowolonym.
Zegar wybił drugą.
— Mój przyjacielu, odparła Ludwika, musisz być strudzonym... Pogrzeb... Przymus, jaki sobie zadawałeś!... Ja także potrzebuję spoczynku.
— Rozumiem to dobrze.
— Wszystko dobrze ułożone, idźmy więc każde do siebie.
— Lecz głównie bez ofiar znacznych... zwrócił uwagę mąż.
— Licz na mnie!
Przeprowadziła go do drzwi pokoju, zamknęła je na klucz, a pozostawszy sama, usiadła na małym taboreciku pokrytym pluszem, z zamiarem pisania kilku listów.
Roztworzyła szufladę od biurka, wyjęła fotografiję, przypatrując się jej z wielką uwagą. Był to Filip Valencourt, w pełni swej świetnej młodości.
— Tak, mówiła, jak gdyby mógł ją usłyszeć; tyle cię nienawidzą, ile bym cię była kochała. Nienawidzę cię boś mną pogardził, boś mnie zniewolił połączyć życie z twym bratem, człowiekiem chciwym i łupieżcą, dla którego złoto jest wszystkiem, dla powiększenia majątku, zdolnym jest do hańby i podłości. Jestem nieszczęśliwą przez ciebie. Przez ciebie godną jestem politowania. A więc, kiedy nie mogę na tobie, bo już nie żyjesz, to pomszczę się na tych, których pozostawiłeś. Zgniotę swemi stopami serce tej kobiety, która mi wydarła twoje. Dumna była z ciebie. Nie ujrzy cię więcej! Spodziewała się nosić twe nazwisko! Nie dozwolę jej tego! Ona jest piękniejszą odemnie! Od łez straci urodę, którą cię uwiodła! Ona posiadała twą miłość, ja będę mieć majątek!.. Żegnam cię Filipie! Spij w grobie, jeżeli możesz! Lecz jeżeli dusza twoja widzi, co się dzieje na tym świecie, dowiesz się, żem obiecała pomścić się i słowa dotrzymam.
Wzburzona i rozszalała w gniewie, rzuciła fotografiją na spód szuflady, a oczy jej iskrzące radością z odniesionego tryumfu, zamknęły się wkrótce z chwilą udania się na spoczynek.
W tejże samej godzinie w małym pałacyku w Passy odbywała się zupełnie odmienna scena.
Magdalena, ubrana w ciemny penioar, obciśnięta sznurem, siedząc na nizkim fotelu, osłabiona, zmęczona, oczy rozpaczliwie zwróciwszy na kolebkę dzieci, zadawała sobie pytania, jaką drogą wyjdzie z przepaści, w której się znajduje.
Wykształcona o tyle, o ile kobieta nią być może, bez znajomych, od czasu bowiem połączenia się z Filipem żyła również w odosobnienia jak i w Bellemare, zrozumiała, że nie znając się na interesach, musi powierzyć tajemnicę życia swego adwokatowi. Obawiała się nie przez wstyd z niej wynikły, lecz niepomyślne zakończenie.
A przecież trzeba było raz coś stanowczego obmyśleć.
Konieczność nagliła.
Za życia kochanka ograniczała się skromnem utrzymaniem, lecz wszystko jest względnem. Ta ścisłość konieczna wymagała czterech tysięcy franków na mieszkanie, trzech służących, kucharkę, garderobianą i starą Marion, której powierzono dozorowanie dzieci.
Suknie jej były skromne, wychodziła kiedy niekiedy z Filipem w sekrecie na spędzenie wieczoru w teatrze, w głębi loży, lub na zakąskę do restauracyi, sam na sam, jak dwoje zakochanych.
Był dumnym z urody swej żony, starał się jej dogadzać ile tylko mógł; w perspektywie wielkiej sukcesyi wydawał cały swój dochód, oszczędzając jednakowoż kapitał.
Ojcowiznę jego stanowił kawałek ziemi, od którego czynsz wybrany był zawsze z góry.
W chwili katastrofy Magdalena miała zaledwie kilka tysięcy franków. Za biżuteryje mogła otrzymać takąż samą sumę. Wystarczało to na bieżące wydatki, ale nie zabezpieczało przyszłości.
Nieraz nad tem myślała osamotniona, podczas nieobecności kochanka brakło jej przecież odwagi dla pomówienia o tem z Filipem.
Byłaby zmuszoną dotknąć przedmiotu bardzo drażliwego, wspomnieć o tej ostateczności, jaka grozi starym i młodym, silnym i słabym.
Nie miała odwagi.
Zresztą był pełen życia, posiadał tyle werwy i zdrowia. Gdy się tylko ukazał, dzieci wskakiwały mu na kolano, żona siadała koło niego, on też pieścił wszystko troje. Magdalena czuła się być upewnioną i szczęśliwą i o przyszłości pod względem materyjalnym mowy nawet być nie mogło.
Przecież nieubłagana i nieproszona ta pani śmierć nie długo dała na siebie oczekiwać, zjawiając się najniespodziewaniej w świecie.
Magdalena pewna była, że Filip bardzo ich kochał, a przez to samo na wypadek nieprzewidzianego nieszczęścia zabezpieczył ich.
Przekonaną była, że brat znajdzie rozporządzenie i postąpi podług wskazówek pozostawionych, a po pierwszych dniach ważniejszych interesów, zawiadomi ją o ostatecznej woli kochanka, czyli raczej męża.
Dnie upływały a najgłębsza tajemnica okalała to ciche schronienie.
Choroba Josona Korhoël była nowem dla niej zmartwieniem, inaczej byłaby o wszystkiem wiedziała, co się dzieje.
Trzeba było raz skończyć. Nie mogła żyć w takiej niepewności. Cóż tu robić?
Najpierw upewnić się jakie ma prawo. Do kogóż się udać?
Przeglądając niekiedy dzienniki, utkwiło jej w pamięci nazwisko jakiegoś de Varnes, adwokata, nabywającego wielkiej sławy.
Publiczność nie wchodzi w środki jakiemi się posługuje renomowany, jest to wada naszego wieku.
Nazwisko tego adwokata obiło jej się również o uszy z powodu ogłoszenia pewnej sensacyjnej sprawy. Postanowiła też odszukać owego adwokata de Vernes. Nazajutrz, ubrawszy się staranniej jak zwykle po raz pierwszy od owej strasznej nocy, uściskała czule dzieci, jakby na zebranie odwagi, wsiadła w omnibus z Passy-Bourse, a wysiadła na placu Opery.
Tam weszła do najbliższej kawiarni, a podczas gdy jej przygotowywano śniadanie, pytała cukiernika o mieszkanie adwokata de Varnes. Dowiedziała się, że jest blisko tak dla niej wiele stanowiącej wyroczni.
Adwokat mieszkał na ulicy Volsey, o kilka kroków od kawiarni.
Przybywała w godzinach przyjęcia u adwokata.
Pan de Varnes, zajmował piękne mieszkanie, urządzone z wielkim przepychem.
Po przybyciu młodej kobiety, wprowadzono ją w obszerny przedsionek, a stamtąd do poczekalni, gdzie się już znajdowało kilka osób.
Lokaj w czarnym ubraniu i białym krawacie, mierząc ją wzrokiem od stóp do głowy, rzekł z szacunkiem:
— Pozwoli pani swój bilet wizytowy.
Czyś był kiedy czytelniku w przedpokoju ministra, prefekta lab innego urzędnika? Czy interesa twoje poprowadziły cię do notaryjusza, adwokat a lub prokuratora?
Czyś miał sposobność zwiedzać wielkie magazyny? Może.
Czy niedyspozycja jaka poprowadziła cię do doktora? Milczenie?
Tem gorzej, lecz należy przypuszczać, że ciebie to spotkało. W podobnych mnie wypadkach, zauważyłeś pewnie, jeżeli należysz do płci silniejszej, że piękna kobieta oczekuje której na poradę, niż inni klijenci.
Rzecz to tak wypróbowana, iż niktby nieśmiał przeczyć.
Córka pułkownika była piękną w całem znaczeniu tego wyrazu.
Nie należała ona do piękności paryskich, umalowanych i wysznurowanych, cały wdzięk ich stanowi znakomicie dobrane ubranie i kokieteryja, posunięta do najwyższego stopnia. W tem to, ów pociąg kunsztowny i szyk z przemijającym efektem.
Magdalena Stefani, była piękna, wieczną pięknością posągową, uczuciem duszy ożywiającem i uszlachetniającem oblicze. Służący adwokata podając panu kartę młodej kobiety, oznaczył znaczącem spojrzeniem:
— Pani, jakie pan nie często przyjmuje!
Znaczenie niewypowiedzianego zawiadomienia, zostało w oka mgnieniu zrozumianem.
Stary mieszczanin, żądający rady o grunt zabrany, został prędko odprawionym.
Pan de Varnes zamknął grubą książkę aktów mówiąc:
— Doskonale, wiem o co rzecz idzie. Wkrótce wniesiemy sprawę.
Jakiś pan napróżno starał się dalej objaśniać. Adwokat zakończył szybko:
— Dobrze. Rozpatrzę sprawę. Porozmawiamy o niej jeszcze, we właściwym czasie.
Ktoś inny, wnoszący sprawę o spór ziemi, wyszedł jednemi drzwiami, przeciwnik jego wchodził drugiemi.
Adwokat i z tym krótko zakończył.
— Potrzebuję pewnych jeszcze objaśnień... Trzeba przyznać..
Czwarty nie był też dłużej przetrzymanym.
— Interes pana wątpliwy. Waham się.
— Panie, liczyłem...
— No dobrze, ale przyjdź pan za tydzień.
— Panie!
— Dziś nie mogę panu więcej powiedzieć. Inni, nie byli zupełnie przyjęci.
Adwokat kazał oznajmić, że na dziś przyjęcie skończone, odłożone do jutra, tymczasem służący wprowadził klijentkę do osobnego saloniku.
Adwokat wypoczął chwilkę.
Wstał, przeszedł się do pokoju, poprawił jasny, miękki i falujący krawat, poprawił palcami blond włosy, już dobrze przerzedzone a widocznie zadowolony z siebie, zasiadł w fotelu, służącym mu za trójnóg do wyroczni, z monoklem w lewem oku, nadającym mu postać sarkastyczną i wyzywającą, oczekiwał ukazania się klijentki.
Przypatrywali się sobie nawzajem, lecz wrażenia były różne. Oczy adwokata objawiały zachwyt.
Służący się nie omylił.
Do dyjabła! Taka klijentka to kąsek królewski! Magdalena przeciwnie, była zdetonowaną i zakłopotaną. Spodziewała się znaleźć starego i poważnego prawnika, surowego jak spowiednik, przyodzianego według dawnej, mody, z szyją obciśniętą wysokim kołnierzykiem à la Guizot, o biuście poważnym, w peruce przy biblijotece zapakowanej wielkiemi tomami w skórę oprawnemi i mocno zakurzonemi.
Nic podobnego nie zastała u pana de Varnes.
Podobny raczej do eleganta bulwarowego, przezwanego fin de siecle, niżeli obrońcy prawa.
I w istocie przepędzał więcej czasu w salonach bawiąc się i flirtując, w teatrach, cyrkach, restauracyjach, niżeli w swym gabinecie lub na sądach w Palais.
Lat trzydzieści dwa, elegancki, wesoły, kokietujący jak kobieta, wygolony; o cerze białej i matowej, zyz w oku, uśmiech wymuszony i złośliwy, (był więcej znanym z sukcesów salonowych, jak przy sądownictwie.
Jako kawaler mógł żyć wygodnie z tego co zarabiał, lecz lubiący karty i młode kobietki, należał do rzędu mających wieczne pustki w kieszeni. Obdarzony subtelnym węchem, więcej zuchwały niż wymowny, intrygant niż mądry, umiał wyzyskać każdą sytucyją tak dla interesu jak i przyjemności.
Syn notaryjasza z obwodu de Seimur, odziedziczywszy niewielki majątek po ojcu, stał się częstym gościem w pałacu de Blangy, z powoda małych przysług wyświadczonych markizowi w czasie wyborów.
Umiejąc korzystać z okoliczności, zapragnął załatwić osobistą sprawę a mianowicie chęć ożenienia się z Ludwiką do Chambeyre.
Odważny i niezniechęcający się byle czem nadskakiwał Ludwice, niezwracając niczyjej uwagi.
Ta wysoka, młoda dziewczyna, brunetka sprytna jak on, ognista, której inteligencyja tryskała, że tak powiemy, z całej istoty, wzbudzała w nim żądze posiadania jej, tem więcej, że w dodatku do tak ponętnej osóbki były i dwa milijony franków.
Lecz panna de Chambayrə dała do zrozumienia, że afekta syna notaryjusza niezbyt mile są przyjmowane, nie dla tego, aby się jej nie podobał, lecz z przyczyn od niej niezależnych.
Z tego powodu adwokat żywił do niej pewną zawiść. Obrażona miłość własna, stracone korzyści, zniweczone nadzieje jedną jej odmową.
Niechęć ta datowała się od lat sześciu pozostając raną niezabliźnianą nad którą górowała próżność urażona.
De Vernes’owi nadarzała się sposobność odwetu. Gabinet w którym się znajdowała Magdalena Stefani uchodził za wzór rodzajowy.
Podobnym był do buduaru i konfesyjonału, zamknięty i niedostępny jak drugi, miękki, elegancki i wyperfumowany jak pierwszy.
Młoda wdowa czuła się zawstydzoną i zakłopotaną jego obecnością. Chciała wyjść nawet.
Lecz dokąd iść? Komu zaufać?
Adwokat zresztą nie pozostawiał czasu do odwrotu. Giestem uprzejmym wskazał krzesło naprzeciw siebie i nie spuszczając z niej oka, usadowił się naprzeciw okna, aby nie stracić najmniejszego wrażenia jej twarzy. Bawiąc się kartą podaną przez służącego rozpoczął głosem bardzo dźwięcznym i stanowiącym wielką zaletę jego talentu.
— Pani Magdalena Stefani.
Skłoniła się.
— Tak panie, to jest...
— Krewna pułkownika Stefani?
— Córka jego!
— Ah!
— Pan znał mego ojca?
Jestem z la Cote d’Or. Ojciec mój był notaryjuszem w okolicy Semur.
— Przypominam sobie, dodała Magdalena, czerwieniejąc. Adwokat odezwał się z nieokreślonym akcentowaniem.
— Pani mówiła... to jest... może panna?...
— Magdalena zbladła. Adwokat ciągnął dalej.
— Nie przez ciekawość zadaję pani to pytanie... lecz z konieczności. Dla nas adwokatów wielka jest różnica w sprawie kobiety w obec męża lub młodej panny, pełnoletniej, mogącej działać swobodnie. Wiadomem to pani zapewne?
— Tak słyszałam o tem.
— Pani jest pełnoletnią?
— Mam lat dwadzieścia sześć.
Adwokat uśmiechnął się dyskretnie. Uśmiech ten zawierał cały dytyramb (pieśń na cześć Bachusa). Dwadzieścia sześć lat, wiek wymarzony, pora najświetniejszego rozwinięcia u kobiet dochodząca do doskonałości. W owym uśmiechu przelotnym był hołd należny i żądza. Takie rzeczy nie wyrażają, się słowami.
Pan de Varnes zdawał się przyglądać karcie, Magdalena więc zaczęła:
— Tak mnie nazywano, ale... jestem zamężna.
— Zamężna!
— Czyli jestem wdową.
— Wdową!
— Zaledwie od dni kilku.
— Dlaczegóż więc?
— Postaram się zaspokoić pana ciekawość. Wyłączne okoliczności... szczególniejsze, w jakich pozostałam, zmuszają mnie poradzenia się pana... tak jak zniewalają mnie zatrzymać nazwisko mego ojca nawet po zamążpójściu.
— Jak się nazywał mąż pani?
— Filip Valencourt.
— Pani mówi?...
— Fllip Valencourt.
Adwokat poruszył się w fotelu.
— Valencourt... powtarzał, ależ ja go znałem... bardzo dobrze nawet... On był kawalerem...
— Nie panie. Filip Valencourt był moim mężem. De Vernas przysunął się do krzesła klijentki.
— Co słyszę, powiedział, wpatrując się w nią natarczywie, jak gdyby chciał zbadać do głębi stan duszy dla wykrycia prawdy. Porozumiejmyż się. Niechaj panią to nie przeraża... Czy mówimy o panu Filipie Valencourt, wysokim, młodym człowieku, mającym około lat trzydziestu?
— O tymże samym.
— Attaché przy ministeryjam spraw zagranicznych?...
— Tak.
— Siostrzeńca markiza de Blangy?
— Tym właśnie.
— Brat Franciszka Valeucourt, obecnie spadkobiercy markiza de Blangy, ożenionego z panną de Chambeyre, córką vice-hrabiego de Chambeyre, byłego poborcy...
— Mąż mój, był tym samym, o którym pan mówi.
— Niedowierzam własnym uszom... Mówi pani o Filipie Valencourt, ofierze strasznego wypadku, jaki miał miejsce przed kilku dniami, opisanym w dziennikach?
— Niestety!
Adwokat odetchnął głośno, klasnąwszy ustami na znak niedowierzania.
— Wszystko to mi się wydaje nadzwyczajne, mówił. Pani utrzymuje, że go poślubiła?...
— Potajemnie.
— Gdzie to?
— W Hiszpanii w wiosce San-Julia.
— Kiedy?
— Dwa lata temu.
— Pani ma dzieci?
— Dwoje.
— Pod czyim nazwiskiem zapisane?
— Pod moim.
— Ależ to mniemane małżeństwo? To bardzo romantyczne, co pani opowiada.
— Co tylko może być najprawdziwszego.
Pan de Vernes wziął nóż do przecinania papierów, i poruszał ręką z pewną żywością, wróżącą niepomyślny wynik. Widocznie cała ta historyja zdała mu się nieprawdopodobną.
— Co mi pani więcej powie jeszcze?
zapytał oschle.
— Potrzebuję pana objaśnić... wyrzekła młoda kobieta, dotknięta tak widocznem niedowierzaniem. Markiz de Blangy posiada w Burgundyi pałac i majątek tejże samej nazwy.
— Wiem... Bywałem tam... często nawet. Czy to pułkownik zamieszkiwał w małym domku, za lasami markiza.
— Tak panie.
— Bellemare?
— Tam właśnie.
— Markiz i pułkownik nienawidzili się. Ich nieprzezwyciężona odraza przeszła w podanie.
— Wszyscy o tem wiedzą.
— Darli z sobą koty, jak to mówią.
— Mój ojciec miał powody do żalenia się na markiza. Prowadzili z sobą procesy. Mój ojciec został zrujnowany, znaglony do podania się do dymisyi... To go rozjątrzyło. Nienawidził pana de Blangy i wszystkiego co się tyczyło jego osoby. Ztąd też pochodzi nasze nieszczęście. Nie uniewinniam się. Spotkałam Filipa Valencourt. Wyznał mi swą miłość, jam mu uwierzyła. Byłam sama i smutna... Cóż więcej mam panu powiedzieć? Kochałam go szalenie i uległam jego usilnym prośbom.
— Słowem, zostałaś pani jego kochanką?
— Prawda.
— Kiedy?
— W Bellemare, w tym czasie gdy brat się jego żenił. Widywał mnie codzień. Spotykaliśmy się w odosobnionym pawilonie. Ojciec nas zeszedł. W upadku moim widział ciężar życia. Rodzina Blangich i tak już mu była bardzo nienawistną. Zgryziony i zrospaczony ostatnim tym ciosem napisał do mnie list z przekleństwem i odebrał sobie życie.
Magdalena zbladła jak chusta.
— Słyszałem o wypadku, lecz nie wiedziałem przyczyny, odrzekł adwokat.
— Nikt go nie posądzał, Filip tejże samej nocy ponowił obietnicę zaślubienia mnie, Lecz zależał od wuja... Nie chciał utracić jego łaski.
— I majątku?
— Może, spodziewał się ocalić przyszłość. Nie mogłam pozostać jego żoną w oczach świata. Zaproponował mi sekretne małżeństwo.
— Paniś się zgodziła?
— Cóż miałam uczynić? Powody przez Filipa stawiane uważałam za rozsądne, zresztą zanadtom go kochała aby się niezgodzić. Zamieszkałam w Passy. Odwiedzał mnie co wieczór. Czas szybko uchodził. On był szczęśliwy.
— A pani?
— I ja nią prawie byłam. Mieliśmy dwoje dzieci. Postanowił dotrzymać przyrzeczenia... Ślub nasz odbył się w San-Julia. Akt złączenia, podług praw Francyi; odłożyliśmy na później.
— I nie dopełniliście go?
— Nie.
Pan de Vernes bębnił palcami po biurku.
— Czy ksiądz dawał ślub?
— Proboszcz wioski San-Julii.
— Lecz we Francyi nie było zapowiedzi?
— Nie wiem.
— Czy jest akt ślubu?
Magdalena potwierdziła kiwnięciom głowy.
— Gdzież jest? zapytał adwokat niecierpliwie.
— O Mąż mój miał kopiję.
— Kto pani o tem powiedział?
— On sam, często mi o tem mówił.
— Powinien był pani oddać.
— Zapewne. Śmierć tak niespodziewanie zabrała go, mówiła młoda kobieta, zalewając się łzami. De Vernes był wzruszonym.
— Pani mówi, że ślub odbył się w Sant-Julia?... zapytał łagodniej. Gdzież to jest?
— W Nawarze; przy Echalar.
— Nigdy tam pani więcej nie była?
— Nigdy.
— Czy mnie pani upoważnia do telegrafowania dla otrzymania dowodów?
— Już to uczyniłam.
— A więc?
— Kościół spalony, ksiądz umarł, akta zaginęły.
— A więc niema dowodów, jesteśmy zgubieni. Ma pani przynajmniej listy?
— Od kogo?
— Od swego kochanka.
— Od mego męża — poprawiła młoda wdowa — mam ich wiele.
— Gdzież są?
— Tu.
Magdalena wydobyła z żalem z kieszeni paczkę listów jej ukochane relikwie.
— Pani mi je pozostawi, przejrzę je w wolnej chwili.
— Dobrze panie.
— Jeszcze jedno pytanie. Jaki jest pani stan majątkowy? To znaczy, jakie pani posiada fundusze na utrzymanie?
— Bardzo szczupłe.
— Jakto?
— Filip otrzymywał ponsyję od wuja; miał też i ziemię w Burgundyi. Żyliśmy dosyć wygodnie. Bywanie w towarzystwie, oddzielne jego mieszkanie, mały domek w Passy pochłaniały wszystkie dochody.
— Tym sposobem po śmierci męża położenie pani staje się krytycznem, Czy niema testamentu?
— Pewno. Filip zrobił go.
— U pani go niema.
— Był u niego wraz z dowodami dla naszych dzieci.
— Czy mieszkanie oddane bratu?
— Tak panie, jak również i to co się w niem znajdowało.
— Do djabła! — pomyślał adwokat, oznaczając dokładnie myśl, jaka mu przyszła. — Nie robiła pani jakich starań?
— Żadnych. Czekałam wezwania od...
— Od kogo?
— Od pana Franciszka Valencourt. Musiał czytać dowody... dowiedzieć się o położeniu...
— Należy się domyśleć — zadecydował de Vernes z sarkazmem na ustach. Tylko pan Franciszek Valencourt, jak i wielu innych, bardzo lubi pieniądze, a pani prawa, jeżeli istniały, były by bezpieczniejszemi w każdych innych rękach... Pomyślę... Zbadam interes... Jest ciężki, bardzo ciężki..
Magdalena wstała. Nogi się pod nią chwiały. Uwaga adwokata pognębiła ją. Myśl o kradzieży papierów, pozostawionych przez męża, zaledwie jej przeszła przez głowę. Odpychała ją z oburzeniem, a de Vernes przypuścił ją natychmiast, jako naturalną w świecie.
— Kiedy mi pan każe przyjść znowu? — wybąknęła, przyciśnięta najsmutniejszemi przeczuciami.
Adwokat zastanowił się na chwilę.
— Pojutrze zechce się pani pofatygować.
— O której godzinie?
— O dziesiątej.
— Dobrze panie.
— Będę na panią czekać.
Podczas gdy Magdalena odchodziła pod wrażeniem największego niepokoju, z głową ociężałą, umysłem przygnębionym. adwokat założywszy ręce na krzyż, przechadzał się po gabinecie zamyślony i niezadowolony. Zwąchał jedną z tych spraw sensacyjnych, jakiej pragnął, proces skandaliczny, przynoszący sławę sprytnemu prawnikowi.
Postanowił pomścić wzgardę, doznana od Ludwiki de Chambeyre. Był bardzo rozstrojony. Umysł jego czynny nasuwał mu liczne kombinacyje, lecz powiedział sobie, że czego nie zdobył na razie, to wszystko teraz. Zdobędzie łaski swej dawnej passyi, pani Valencourt, tem więcej, że z chwilą odziedziczenia spadku po markizie de Blangy stała się potentatką; umysł zaś czynny i żywy robił ją również groźną jak jej pieniądze.
Jak ludzie żądni sławy, z dobrą dozą sprytu, odwrócił się w stronę wschodzącego słońca.
Ta myśl występna, zdrada najświętszych obowiązków stanu, nie była niczem wytłómaczoną, bo listy powierzone mu przez klijentkę potwierdzały prawdziwość słów nieszczęśliwej. Upewnił się już, przeczytując je z pilną uwagą.
Większa część była mniej ważna, inne dowodziły, że Magdalena Stefani istotnie była żoną Filipa Valencourt, że dzieci były też i jego, przyznając ojcowstwo z takąż samą serdecznością i zapałem, jak wyjawiał jej swą miłość.
De Vernes zamknął je pod klucz, rozdzieliwszy na dwie kategoryje: jedne miał oddać, drugie pozostawić jako oręż do walki.
Nakreśliwszy też sobie plan postępowania, zamknął gabinet, ubrał się, wsiadł w dorożkę, każąc się zawieźć do pałacu na ulice Saint-Guillaume.
Jedenasta była, gdy przybył i wręczył lokajowi kartę wizytową. Ten niebawem powrócił, mówiąc:
— Pana niema w domu, lecz jeżeli pan życzy zobaczyć się z panią, to proszę.
De Vernes nie dał się prosić.
Pospiech pani Valencourt w przyjęciu był objawem łatwym do odgadnięcia.
Wszedłszy w posiadanie pałacu de Blangy i mieszkania brata, Franciszek Valencourt spodlił się przyłożeniem ręki do wszystkiego, co mogło usprawiedliwić prawa Magdaleny Stefani i jej dzieci.
Adwokat przeszedł dwa salony, zatrzymując się dopiero w gabinecie, gdzie wszystko było sztywne jak właściciel mieszkania.
De Vernes kończył szybko przegląd mieszkania, gdy małe boczne drzwiczki roztworzyły się, a z pod zasłony z zielonego aksamitu ukazała się postać pani domu w żałobie.
Z żywością jej wrodzoną zbliżyła się do adwokata, wyciągając ręce:
— Pan?! powiedziała. — Co za niespodzianka!
— Przyjemna — zapytał do Vernes a odcieniem złośliwości.
— Dla czegożby nie?
— Nie ma pani do mnie urazy?
— Za co?
— Ośmieliwszy się podnieść oczy...
— Którażby to z kobiet obraziła się kiedykolwiek za coś podobnego...
— Dziękuję za dobre przyjęcie. Przecież muszę pani wyznać, że nie przybywam dla odwiedzenia pani.
— Więc mego męża?
— I to w interesie.
— Bah!
— Adwokat przybywa.
Pomimo że Valencourt’owie spodziewali się co chwila przybycia prawnika, podejmującego się bronić sprawy wdowy po Filipie, jednakowoż Ludwika udała zdziwienie najnaturalniejsze.
— Czy jakie ważne interesy? — zapytała.
— Dosyć.
— Tem gorzej. Wolałabym wizytę człowieka światowego, dawnego przyjaciela.
— Człowiek światowy otrzymał od pani rekuzę, — wycedził adwokat de Vernes — adwokat otrzyma może przez pół, sukcesu.
— Do czegóż ta aluzyja?
— Dla przekonania pani, że są okoliczności, których się nie zapomina i tęsknota nigdy nie przemijająca. Wypowiedział z zadziwiającem wzruszeniem w sceptyku, z hartem pana de Vernes, lecz umiał kręcić słowami dla wywołania efektu.
— Po cóż wspominać przeszłość? odpowiedziała młoda kobieta z żywością. Ona już daleko a pan ma zawiele rozumu, aby się od dawna nie pocieszyć po niezadowoleniu kaprysu.
— To nie był kaprys, przysięgam, a pani się myli...
— Jakto?
— Nie pocieszyłem się, zagłuszyłem się pracą, nauką, zabawą, orgijami i tysiącznemi szaleństwami...
— Bez wymuszonych komplimentów, niegodnych ani panu ani mnie... Dojdźmy do celu... Zrobiony krok, przez człowieka podobnego panu musi mieć ważny powód.
— Bardzo ważny.
— Czy mogę o nim wiedzieć?
— Owszem.
— Jakiż więc?
— Aby dać pani dowód mego przywiązania.
— Pan także nie ma do mnie żalu?
De Vernes pochwycił rękę pani Valencourt mówiąc głosem wzruszonym:
— Mam tylko przyjaźń dla pani... gorącą przyjaźń i proszę niechaj ją pani wystawi na próbą.
Po tem oświadczeniu, pani Valencourt przygryzał usta zamyśliła się chwilkę i rzekła krótko:
— Słucham pana, a ponieważ idzie o interes, niechaj pan wyobrazi sobie, że ma przed sobą mojego męża.
— Czy pani wie, zaczął adwokat, usadawiając się w fotelu w właściwej mu pozie niedbałej, że gdybym był niewiernym sympatii, tak źle, wynagrodzonej, — człowiekiem cierpkim, brudnym i złym, za jakiego mnie mają, miałbym znakomitą sposobność do zakłócenia pomyślności, jakiej używa mój rywal i pani. Ludwika poruszyła głową i ramionami, okazując jakoby nie zrozumiała, do czego to wszystko prowadzi. Nakoniec odezwała się groźno.
— Mówi pan zapewne o pieniądzach o spadku, bo innego szczęścia nie znam.
— Majątek panią olśniewa...
— To prawda, lecz pozbywając się rodziny, dla której wdzięczność i krew nakazywały przywiązanie... Żałoba wdarła się w ten dom... straszna żałoba. Pan de Vernes uśmiechnął się znacząco:
— Czekałem pani odpowiedzi. Uczucie, w tej chwili wygłoszone, przynosi pani zaszczyt... Lecz markiz de Blangy był oryginałem. Można się było spodziewać, że mu przyjdzie fantazyja naprzykład, przełożyć jednego ze swych siostrzeńców z uszczerbkiem dla drugiego. Pan de Blangy nie ukrywał, tak przed znajomymi jak i kuzynami pewnego pierwszeństwa.
— Dla kogo?
— Dla jednego ze swych spadkobierców.
— Którego?
— Tego, który zmarł tak tragicznie.
— Filip?
— Tak, Filipa.
— Mój Boże, dodała młoda kobieta z udaną bezinteresownością, to pierwszeństwo, nie było nam wiadome... przynajmniej mnie... Bylibyśmy uszanowali wolę pana de Blangy, gdyby ją był objawił...
Adwokat zrobił giest ironiczny.
— Jesteś pani piękniejszą niż zwykle, westchnął.
— Powróćmy do interesu.
— Zajmuje on panią? Jak dotąd, to nie wiele, przyznaję.
— Owszem, zaraz do niego dochodzimy. Wiele osób zostało ździwionych brakiem testamentu.
— Naprawdę? zapytała pani Valeucourt zuchwale.
— Z pewnością, potwierdził adwokat. Wszyscy byli przekonani o istnieniu testamentu.
— Któż taki?
— Ludzie ze stanowiskiem. wysoko położeni, którym pan de Blangy zwierzał się...
— Panu może!
— Nie należę do rzędu tych o których mówię, lecz markiz powiedział mi dwa słowa...
Młoda kobieta zbladła, dodając z pozorną obojętnością:
Gdyby testament istniał, znalezionoby go łatwo.
— Niechaj pani pozwoli mi się wyrazić jako prawnikowi.
— Proszę.
— Znalezionoby go, gdyby zainteresowani nie zechcieli, aby zaginął.
Ludwika z tak bladej jak była, stała się purpurową. Podobne wzruszenie nie mogło ujść uwagi adwokata. Zrozumiał, że trafił, zaczął więc za swobodą sędziego śledczego, jak za złoczyńcą schwytanym na gorącym uczynku.
— Przypuśćmy, że staję przed sądem w obronie sprawy powstałych z grobu przeciwników, dla pognębienia pani i odjęcia olbrzymiej fortuny o której dopierośmy mówili.
— Przeciwników? Czyż ich mamy rzeczywiście? zapytała Ludwika, wpijając swoje czarne źrenice w oczy adwokata.
— Bardzo być może.
— A jeżeli ich mamy, czyżbyś się pan podjął bronić ich sprawy?
— Jest to kwestyja do załatwienia między nami. Przecież, gdybym miał dochodzić ich praw, powiedziałbym, że z chwilą gdy pan Blangy wydał ostatnie tchnienie, państwo pozostaliście sami w domu w posiadaniu kluczy od szaf, kas i biurek, że od tej chwili mogliście zniszczyć papiery i dokumenty nieboszczyka, a szczególniej te, które mogły mieć dla was przeciwną wartość.
— Okrutnym pan jesteś.
— Nierawdaż?
— Lecz pan się powodujesz jedynie przypuszczoniami, pozwolę sobie powiedzieć.
— Eh!
— Czyż nie byliśmy jedynymi spadkobiercami mojego opiekuna, zostającego mym wujem przez zamążpójście za pana Franciszka Valenoourt?
— Zapominasz pani o bracie.
Młoda kobietka zmieniła ton ironiczny, jaki przybrała na początku konferencyi.
— Filip miał równe prawa z nami i nikt nie byłby mu ich zaprzeczył, dodała z udanem wzruszeniem. Zginął tragicznie. Nie przypuszczam, abyś nas pan czynił odpowiedzialnymi za zaszły wypadek. Pewno również okrutne oskarżenie powtarzają nasi zacięci nieprzyjaciele.
— Czy pani co wie o tem?
— Wszelka pomyślność ma niechętnych. Z zazdrości do nieprzyjaźni tylko krok jeden. Mój mąż ma prawo do odziedziczenia tytułu wuja.
W każdym razie cały majątek przechodzi w nasze ręce, a to już wystarczającem jest dla wzbudzenia zazdrości. De Vernes kiwnięciem głowy potwierdził to przypuszczenie. Pani Valencourt mówiła dalej:
— Jeżeli markiz miał nawet myśl oddania całego majątku Filipowi ze stratą starszego brata to i tak majątek byłby powrócił do mego męża. Jest obecnie jedynym spadkobiercą swego brata i nie potrzebuje z nikim się dzielić. Wszystkie więc przypuszczalne i dziwaczne podejrzenia upadają same przez się...
De Vernes zatrzymał ją, mówiąc.
— Miałaby pani racyją gdyby... Zawiesił zręcznie przedmiot zasadzki, badając wyraz twarzy młodej kobiety.
Żaden muskuł nie drgnął.
Udała najwyższy spokój, mówiąc łagodnie:
— Niechaj pan kończy, proszę.
— .....Gdyby pan Filip umarł jako pojedyńczy człowiek. Ludwika nie zmieszała się wcale. Była przygotowaną do tego ciosu.
— Nie rozumiem pana, dodała, udając zupełną nieświadomość.
— Będę więc akuratniejszym. Rozumiem przez to, że gdyby Filip Valencourt nie był pozostawił prawych spadkobierców, dzieci, po sobie.
— Przypuszczam, że pan żartuje.
Czyż wyglądam na człowieka szydzącego!
Pani Valencourt wybuchła szczerą wesołością. Pomimo, że humor był tylko udany, lecz zdał się być tak naturalnym, że pan de Vernes zmięszał się.
— Gdyby nie smutne okoliczności, w jakich się znajdujemy, uwierzyłabym zaprawdę, że tu idzie o jaki zakład.
— Niechaj pani nie dowierza.
— Chcesz mnie pan pointrygować, lecz nie uda się to panu. Mój szwagier był kawalerem i nikt nie wiedział o jakimś związku.
— Przecież go miał.
— Poważny?
— I dwoje dzieci, nie pragnących umierać, ręczę pani.
— Dlaczegóżby nie przypuszczać, że był żonatym?
— Był nim.
— Gdzież to?
— Zagranicą.
— Czyż to się można żenić zagranicą?
— Nic się temu nie sprzeciwia.
— W Gret na Gren w kuźni?
— I gdzieindziej jeszcze.
— Bez formalności, przy echu leśnem, incognito?
— Podług przepisów kraju gdzie się jest.
— Za przykładem pana to i szwagier mój byłby zawarł podobny ślub?
— Być może.
— — Gdzież więc?
— Niechaj się pani nie śmieje... w Hiszpanji.
— Ja znam tylko zamki na lodzie, ale nie małżeństwa...
— Przecież istnieje.
— Cóż to za bajki pan tworzy?
— To nie żadna bajka, mówię pani prawdę.
Ucichli oboje jakby dla małego zawieszenia broni.
Pani Valencourt wiedziała lepiej niż kto inny o rzeczywistości tego małżeństwa, lecz wiedziała także, że dowody, dokumenta i świadkowie nie istniały.
Nie badając, o ile to jest przesadzona historyja, pytam przecież, gdzie jest jaki dowód?
— Musi istnieć.
— Pan mówi: że musi istnieć... A więc nie jest pan pewien,
— Filip Valeucourt mówił po kilka razy, że je posiada...
— Jeżeli je posiada, to muszą tam być jeszcze.
— Przepraszam, przerwał, pan Franciszek Valencourt zajął mieszkanie brata, tak jak zajął pałac wuja.
Ludwika nie rozgniewała się, zachowując niezmierną cierpliwość.
— Jesteś pan niedowierzającym i podejrzliwym — powiedziała.
— Wszyscy moi koledzy są takiemiż. Smutne przeświadczenie świata.
— Dostatecznem będzie jedno słowo, aby pana zawstydzić. Mąż mój nie mógłby włożyć merostwa do swej kieszeni.
— W Hiszpanii nie bierze się ślubu w merostwie, lecz w kościele:
— Niech i tak będzie. To znów nie skonfiskuję ani katedry ani najmniejsezego nawet kościółka.
De Vernes dałby się był prędzej zabić, niż miałby powątpiewać o słusznych prawach swej klijentki. Zanadto jasno wiedział, że pani Valencourt grała komedyję, była przygotowana na odwiedziny prawnika ze strony sekretnej rodziny Filipa, wiedziała też jakie dać odpowiedzi na przytaczane argumenta. Wtajemniczona w cały stan rzeczy, przecież to ona i jej mąż zniszczyli papiery wuja i siostrzeńca, dowody zabezpieczające od pretensyj pozostałe ofiary. Bezkarność była im zapewnioną. Są występki, urągające hańbie, a właśnie podstęp Valencourt’a był z ich liczby. Tajemnica otaczała je, nic nie mogło ich zdradzić, a więc i dosiędz. De Vernes postanowił zadać cios decydujący, co też i uczynił.
— Pani tryumfujesz — powiedział, i okazujesz to z wielką śmiałością. Pewnem jest, że pani znasz tę historyję. To co pani opowiedziałem jest zupełną prawdą. Filip Valencourt, zmarły, po wuju miał odziedziczyć cały majątek, a przynajmniej daleko większą część jego.
— Skąd pan wiesz a tem? przerwała.
— Markiz oznajmił to świadkom godnym wiary i łatwym do odnalezienia na każde żądanie. Oprócz tego Filip Valencourt pozostawił żonę i dwoje dzieci.
— Chcesz pan powiedzieć kochankę!
— Żonę... wdowę... proszę słuchać i dać pokój zuchwalstwu!...
— Panie!
— Sądziliście, że się nikt o prawa nie upomni... Pomyliliście się, znajdziemy zaginione księgi... świadków.
A z wyrafinowanym spokojem dodał:
— Są u mnie listy...
Pani Valencourt zdradziła się po raz pierwszy.
— Ah! zawołała na wpół unosząc się. Są listy?
— Pani o nich nie powątpiewasz... Człowiek, który kocha kobietę, pisuje do niej, kiedy jej nie widzi, a Filip uwielbiał swoją... To także znaczy być razem z nią.
— Czytałeś je pan?
— Od początku do końca.
— Co zawierają?
— W każdym wierszu prawie, jest mowa o małżeństwie, dzieciach, miłości, zabezpieczonej przyszłości. Prawdopodobnie, że sprawiedliwość innych uzna ważność tego małżeństwa i jego następstwa. Wystarczające one będą, abyście się zastanowili, lecz przychodzę jako przyjaciel.
Młoda kobieta zdawała się namyślać. Tylko jej rozmyślanie nie było tego, rodzaju, jakie adwokat przypuszczał. Mówiła sobie:
— Są listy... Listy te muszę mieć, za jaką by to nie było cenę. Jak je otrzymać?
Z ostatniemi słowy adwokata, podniosła głowę i przybliżając fotel:
— Pan mówisz, że przychodzisz jako przyjaciel? — rzekła.
— To zależy od pani.
— Cóż trzeba uczynić?
— Powiem pani.
— Wszystko co słyszę, powiedziała, wydaje mi się snem.
— Zanim dalej zajdziemy, pozwól mi pan zadać sobie pytanie.
— Co pani rozkaże?
— Czy mówiąc o przyjaźni, jesteś pan szczerym?
Ton był pieszczotliwy, spojrzenie wymowne.
Ludwika de Chambeyre była porywająca, piękna nie tą czystą pięknością córki pułkownika Stefani, lecz wdziękiem śmiałym i namiętnym, wykazującym żądze.
De Varnes zawahał się na chwilę i westchnął.
— Powinienem panią nienawidzieć. Zdala, sądzę że to możebnem, w bliskości zmieniam zdanie.
— Dla czegoż mnie nienawidzieć?
— Czy pani nie wie o co?
— Że pan nie został przezemnie przyjętym?
— Cóż potrzeba więcej?
Młoda kobieta spoważniała.
— Miałam powody, — powiedział — powody uczciwej dziewczyny, która nie oddaje tego, co do niej nie należy.
— Co pani mówi?
— Prosiłam pana być szczerymi ja też nią będę względem pana. Może się porozumiemy na wspólne nasze szczęście. Kochałam kogo innego, lecz bez nadziei... Byłam zrozpaczoną. Franciszek Valencourt był na miejscu. Opiekun mnie naglił do poślubienia go. Winna byłam wdzięczność panu de Blangy. Zostałam posłuszną. Przyjęłam z jego ręki owe małżeństwo tak samo, jak byłabym się zgodziła na wstąpienie do klasztoru. Kusiła mnie też próżność. Utraciwszy miłość, zapragnęłam bogactwa. Franciszek miał odziedziczyć ogromny majątek po wuju. Ma go. Otrzymałam przynajmniej to zadowolenie. Widzisz pan, że niczego nie skrywam przed panem. Nie mając tego, o czem marzyłam, wzięłam to, co mogłam. Zrób pan tyle. Powierzam panu moją tajemnicę, znam pańską. Działajmy wspólnie. Dopomóżmy sobie. Z pewnością na tem przymierzu zyskasz pan więcej niż ja. Bo my czegoż się mamy obawiać, dodam nawet: czegoż mamy więcej żądać?
Wypowiedziała to z zapałem, znamionującym wyższą inteligencyją. Połączenie cynizmu z honorem i obcesowej szczerości wprowadziło adwokata w prawdziwy zachwyt.
— A! — zawołał — z panią gdzieżbym nie poszedł?
Pani Valencourt była próżna.
— Co za szansa? — zawołała. — Pani de Vernes, żona adwokata, miałaby średni wpływ... Przed markizą de Blangy, a będę nią za dni kilka, jutro może, milijonerką, wszystkie drzwi będą otwarte. Ona panu dopomoże, czego pan tylko zażąda, postara się o spełnienie jego życzeń.
— Jakieby one nie były? — powtórzył adwokat z zaiskrzonemi oczyma.
Pani Valencourt odpowiedziała spojrzeniem swych aksamitnych oczu. Było ono obiecujące...
— A za tą łaskę czego pani żąda? — zapytał de Vernes.
— Nic takiego, coby obciążało pana sumienie.
— Co więc?
— To, coś mi pan opowiedział wzrusza mnie, trudno mi o tom mówić. Ta kobieta... Te dzieci... Jestem także matką... Jeżeli prawdziwe to są dzieci Filipa...
— Pani im dopomoże!
— Wpłynę przynajmniej na męża... Lecz trzeba zbadać... osądzić położenie.
— Zapewne.
— Czy ta kobieta prosiła pana o radę?
— Tak jest.
— Niechaj pan jej poradzi, aby przyszła do mnie... udała się z całem zaufaniem... Niechaj przyniesie papiery, jakie posiada, te które mogą przyznać jej prawo... szczególniej listy pochodzące od Filipa... Przejrzę je w jej obecności... Potem postąpię stosownie, aby uzyskać dla niej zapomogę... Rozumie pan jak to będzie trudno... ale musi mi się udać. Zmuszę pana Valencourt do ofiary mniej więcej nawet znacznej... Czy pan zechce to jej zakomunikować?
— Naturalnie.
— A więc umówione?
— Umówione.
— Przyśle pan swoją klijentkę...
— Kiedy?
— Dziś wieczór... o dziewiątej...
— Będziemy oczekiwać... Dwie kobiety razem... Będzie swobodniejszą... Lecz głównie... listy.
— Dobrze.
— Jeżeli rzeczywiście Filip kochał ją; jeżeli uwierzymy w rzeczywistość tego związku; jeżeli jej dzieci bo nie wierzę w to małżeństwo — są jego, zajmiemy się ich losem.
— Postanowione — powiedział adwokat — lecz mi pani obiecuje...
— Co?
— Przyjaźń mężatki, kiedy mi pani ręki swej odmówiła, będę pamiętać...
— Powiedziałam panu już... miałam przyczynę...
— A teraz?
— O przyszłości pomówimy później, jak mi pan dowiedzie przywiązania...
dopiero co wyznanego...
De Vernes powstał.
Pani Valoncourt podała mu rękę, on ją podniósł do ust.
Te dwie istoty, urobione z jednej materyi, porozumiewały się półsłówkiem!
Oboje wiedzieli, co popełniają; ona nikczemną zdradę, a on ohydne i podłe przeniewierzenie się!... Tam, gdzie Iudzie prości są otwarci, okrutni lub winni, ludzie światowi zachowują formy i to pokrywa ich występek.
Nie wymówili słowa źle brzmiącego lub podejrzanego, a przecież spełniali najokrutniejszą zbrodnię.
De Vernes widział wznoszące się słońce nad horyzontem Valencourt’ów.
Ludwika de Chambayre obdarzona subtelną inteligencyją, dosyć ładna, lecz więcej zachwycająca rozumem, niż urodą, czego zapragnęła, doprowadziła do celu, de Varnes’owi obiecała dopomódz.
Co za przepyszna przyszłość, gdyby została jego kochanką, potrafiłby ją zmusić!... Tymczasem żądała dowodu, nie drożył się...
Wyszedłszy z pałacu de Chambayre wsiadł w dorożkę, wstąpił do siebie, zdzielił listy mu powierzone, zamknął ważniejsze, a pragnąc interes prędko poprowadzić, aby dotrzymać przyrzeczenia, udał się niezwłocznie do małego domku w Passy.
Przybywszy zadzwonił. Marion wprowadziła go do tego domu smutku, gdzie przybywał dla wydarcia ostatniej nadziei.
W chwili, gdy Magdalena wstępowała na próg salonu, adwokat rzucił paczkę listów na stolik.
Jednym rzutem oka zrozumiała wszystko.
— Zła nowiny — wyrzekła.
Adwokat schylił się, nic nie odpowiadając.
— Te listy?
— Niedostateczne... małej wagi... tyczące się serca, jakie się odbiera tysiącami dziennie we wszystkich zakątkach Paryża..
— Więc rzekła załamując ręce — cały interes?...
— Przegrany z góry!
— Pan nie przyjmuje prowadzenia tej sprawy?
— Po cóż, aby stawiać czoło nieszczęściu!..
— Mój Boże — jęknęła Magdalena.
— Nie czuję się pewnym... Niechaj pani poradzi się kogo innego.
—Wymienił prędko kilka prawników, lecz dodał:
— Nie namawiam przecież panią, bo to sprawa bardzo śliska.
Zaczął, więc tłumaczyć słabe punkta interesu bezzasadność jej pretensyj, niepodobieństwo oparcia się na takich podstawach, możebne intrygi z powodu tak wielkiej sukcesyi, a gdy pewnym był, że ją nastraszył, zatrzymał się, wpatrując się w sufit, jakby szukał sposobu do przyjścia z pomocą tak nieszczęśliwej, zdającej się wzruszać go do najwyższego stopnia.
— Ostatnia rada — powiedział — nie adwokata, lecz przyjaciela, bo niechaj mi pani wierzy, że mocno wzruszonym jestem pani położeniem... nie wiem czym powinien?...
— Proszę, niechaj pan mówi, — powiedziała z westchnieniem, zwalczona i zmęczona.
— Brat pana Filipa Valencourt jest obecnie bogaty.
— Wiem o tem.
— Niemożebnem zdaje się, aby nie dopomógł dzieciom brata swego.
— Więc mam żebrać u niego litości? zawołała Magdalena, ścinając usta.
— Nie, ale się uciec do sprawiedliwości, powołać się na uczucia honoru.
— Jakto?
— Przekonać go listami, że pani nie przesadza, że żądania pani, oparte na dowodach zniewalają ją do układu możebnego. Myślę, że to pomyślny skutek odniesie?
— Pan tak sądzi?
— Przez to uniknie się skandalu, szczególniej w chwili, gdy odziedzicza nie tylko majątek, lecz i tytuł swego, wuja... Pewien jestem, że się zgodzi i nie pozostawi bez środków na utrzymanie tej, która jeżeli niebyła żoną, to przynajmniej kochanką brata jego...
— Kochanką! — wyjąknęła Magdalena, zakrywając twarz rękoma.
Mgła zaćmiła jej oczy, serce ścisnęło się. Adwokat wlewał w nią nadzieję, lecz ton niepewny mowy, zbijał otuchę oczekiwania.
— Nie odrzekła, nie potrafię się — tak upokorzyć. To nad moje siły. Czyż pan nie może mi ich zaoszczędzić?
— Niechaj mi pani wierzy, że wszystkiego bym się podjął, by pani oddać tę przysługę... Pragnąłbym spełnić pani życzenie, lecz obecność prawnika jest zawsze denerwującą. Oznacza zamiar szykany... Skrytą nieprzyjaźń... Wyzwie odpór.
— Nie, nie — odpowiedziała Magdalena, to nad moje siły. Uczynię wszystko, będę pracować, zniosę największy afront, jeżeli potrzeba, lecz nie ten! Żebrać u tych, co nas ogałacają, przywłaszczają, to co nam się należy! Nigdy! Nie mogę... Zaprzedam się raczej...
Była bardzo oburzona. Po raz pierw8zy gniew owładnął tę tkliwą i łagodną duszę. W tejże chwili uchyliła się portyjera, oddzielająca salon od sypialni a w niej ukazała się prześliczna blond główka dziecięcia. Oczy niebieskie, zdumiałe, zwróciły się z jakimś wyrazem srogości na głowę adwokata, a odwracając ją czemprędzej na matkę, zobaczyła w jej oczach łzy, rzuciło się obejmując szyję rączkami, jak gdyby chciało stanąć w obronie.
— To pani córeczka? zapytał de Vernes, uderzony nadzwyczajnem, podobieństwem.
— I Filipa Valencourt, powiedziała młoda kobieta, wskazując portret męża, zawieszony na ścianie salonu.
— Jak jej na imię?
— Magdalena tak jak i mnie.
— A Filipina tak, jak memu ojcu, powiedziała do mnie dziewczynka.
— Ile masz lat? zapytał adwokat.
— Mam pięć lat.
De Varnes chciał ująć ją za rączkę, lecz dziecina wyrwała się spłoszona, ukrywając główkę na łonie matki.
— Będzie bardzo piękną, powiedział.
I ten człowiek, tak pozornie łagodny poświęcał jak kat istoty piękne i słabe na żer swego przyrzeczenia. Czyż sumienie nic mu nie wyrzucało? Lecz należał do rzędu tych, których ambicyja zaślepia, przeszedłby po trupie nawet, aby dojść do zamierzonego celu.
Wejście dziecięcia dostarczyło mu bodźca do zapanowania nad sercem matki.
— Pani kocha swoje dzieci? zapytał.
— Czyż można ich nie kochać? wyrzekła.
— Pani środki zostaną wkrótce wyczerpane, jak mi pani wspominała?
— Prawda.
— Jakież są obecnie?
— W biżuteryi, meblach, najwyżej od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy franków!...
— Nędza więc je czeka... i ciężka nędza! Obrażając przeciwników, straci pani wszystko. Odwołując się do uczucia honoru, ocalasz się pani!
Wahała się... Pierś jej ściskała się na myśl podobnego upokorzenia.
— Uczyń to pani dla swoich, powiedział adwokat.
— Niechaj będzie, zadecydowała, przyciskając córeczkę do swej piersi, dla mych dzieci pójdę!
— Jak najprędzej.
— Dziś wieczór.
— Obiecuje mi to pani?
— Tak.
— Bądź pani dobrej myśli!
Poruszyła głową na znak powątpiewania i wstała, adwokat toż samo uczynił.
— Miej pani nadzieję — rzekł — zaszczytną masz pani rolę... Wiem, co mówię... Niechaj pani nie zapomni o listach... to dowody...
— Dobrze.
Poprowadziła go do drzwi. Wychodząc dodał jeszcze:
— Masz pani racyję, jest to wielka ofiara, lecz czyż matki nie bywają bohaterkami?
W powozie napisał ołówkiem te kilka wierszy.
„Interes był ciężki do przeprowadzenia. Płacz i strapienia wielkie. Co za cudowna skrytka, jakie piękne dzieci! Dziś wieczór będziesz pani mieć wizytę oczekiwaną. Do zobaczenia, markizo!“
Kartka była bez podpisu. Przejeżdżając ulicą Saint-Guillaume oddal bilecik odźwiernemu Valencourt’ów.
Przyrzeczenie zostało spełnionem.
Po dniu wielkich męczarni podczas których walczyła, decydowała się, to znów wahała się wdowa po Filipie Valencourt, postanowiła nakoniec podjąć ofiarę. Ósma wybiła na zegarze.
Dzieci, jakby przeczuwające nieszczęście, lecz nie znając jego wielkości, zasmucone łzami, spływającemi z ócz matki, zasnęły.
Magdalena blada jak śmierć w swej czarnej sukni, włożyła kapelusz z czarnej krepy na swe piękne blond włosy i miała się już ku wyjściu, gdy Marion zastąpiła jej drogę.
— Gdzie idziesz? zapytała z poufałością wieśniaczki, badającej córkę.
— Dowiedzieć się, czego się mogę obawiać, a czego spodziewać jeszcze.
— Widziałaś się z adwokatem?
— Tak!
— Cóż on mówi?
— Nic dobrego.
— A więc?...
— Trzeba poszukać..... pracować może!...
— Ty?
— Dla czegóżby nie?
Marion podniosłą rękę z groźbą...
— Ci Blangy‘owie są przyczyną wszystkiego złego. Zgubili ciebie tak jak i zgubili twojego ojca.
— Daj pokój!
— Nie. Ten Filip swojemi obietnicami ugłaskał cię, oszukał...
— Nie obwiniaj go. On umarł. On nas kochał...
— Gdzież więc idziesz?
— Do innych...
— Do jego brata?
— Tak.
— Po co?
— Rzucić się na kolana... Prosić o chleb dla swoich dzieci.
— Przeklęty dom!
— Puść mnie... jest to ostatni próg do przejścia, afront znieść...
— Czy myślisz, że ci to co pomoże?
Magdalena wskazała na pokój w którym spały dzieci.
— Zniosę wszystko dla nich — powiedziała. Potem zobaczymy.
Wyszła, zamknąwszy drzwi za sobą, pozostawiając starą Marion, przeklinającą Valencourt’ów i Blang’ych nieszczędząc im najordynarniejszych przezwisk.
— Ah! łajała, słysząc oddalającą się dorożkę, gdyby nas była usłuchała... Gdyby była poślubiła tego biednego Wincentego, uniknęłaby była wszystkich tych nieszczęść.
Magdalena oddalała się z sercem zranionem, duszą zbolałą, nie wierząc w nie, nie spodziewając się niczego, opuszczona od wszystkich, nieświadoma jakiej deski się czepić w swem nieszczęścia.
Zrozumiała dobrze, że miała tylko nieprzyjaciół. Od tygodnia bezsennych nocy i długich dni zatapiała się w najstraszniejszych rozmyślaniach.
Zdało jej się niepodobieństwem, aby Filip był tak nieoględnym, aby tak szczerze kochając ich, nie był porobił zapisu, zabezpieczającego przyszłość jego rodziny. Imaginacyja rozogniona głowa osłabiona długiem cierpieniem zrodziła niepokój, czując się otoczoną niebezpieczeństwem, jak kuropatwa w sieci szarpała się, by się z niej wydostać.
Jakieś przeczucie mówiło jej, że ma życie złamane, bo nie potrafili żyć bez tego którego tak kochała.
Co za los czeka tę drugą Magdalenę jej córeczkę z blond włoskami, niebieskiemi oczyma, cudownym uśmiechem, nie przewidującą jeszcze nieszczęścia jak grom spadającego na nią. Jak się pokieruje ten syn bez ojca, bez nazwiska, pozostając bez środków do życia.
Byłaby jeszcze więcej drżała, gdyby mogła przeczuć prawdziwe uczucia tych, do których jechała.
Filip Valencourt mówił zawsze o bracie i bratowej Ludwice de Chambeyre serdecznie, nie zdradził najmniejszem słówkiem nienawiści Ludwiki do nieznanej rywalki, którą przeklinała, nigdy Filip nie wyrzekł słówka groźby żonie Franciszka Valencourt czy to przez pogardę, czy uwiedziony fałszywemi oznakami przyjaźni; zapomniał o niej, zagłuszony szczęściem w ostatnich latach swego pożycia. Punkt o dziewiątej dorożka wioząca Magdalenę, zatrzymała się na ulicy Saiat-Guillaume.
Młoda wdowa wysiadła, zapytując odźwiernego:
— Pan Franciszek Valencourt u siebie?
— Raczy pani iść za mną... odrzekł z szacunkiem lokaj, znajdujący się tamże...
Przeszedł podwórze, a postępując ocienioną werendą, wprowadził wizytującą w obszerny przedsionek. Tam polecił ją pannie służącej. Suberetka powtórzyła słowa lokaja.
— Raczy pani iść za mną. A wyprzedzając wdowę, weszła w długi korytarz.
— Raczy pani wejść!
Magdalena weszła. Panna służąca przysunęła jej fotel, umieszczony naprawo od kominka z palącym się ogniem dodając:
— Raczy pani zatrzymać się chwilkę, pan zaraz przyjdzie a nie oczekując odpowiedzi, przymknęła drzwi i znikła. Magdalena pozostała sama.
Samotność w jakiej pozostała przyniosła jej jakoby chwilkę ulgi.
Zapewne, że mało znała świat, lecz podczas dwuletniego pobytu w Saint-Denis, słyszała rozmawiające koleżanki... czytała też w romansach opis obyczajów, prawdziwszych niż historyje dzienników, wiedziała o procesach występków roznamiętniających ludzi i opinię. Trudne położenie, w jakie ją pogrążył wypadek życia, uczyniło ją niedowierzającą i podejrzliwą.
Z pewnem niepokojem przyglądała się mieszkaniu. Nie miało nic przerażającego. Był to salon dla przyjęcia bliższych znajomych, buduar kobiety światowej.
Dwa wysokie okna z małemi szybkami, wychodzącemi na ogród, zasadzony dużemi drzewami, nieprzepuszczały hałasu ulicy. Światło księżyca oblewało je swem promieniem.
Przez drzwi otwarte rozróżniała ciemne zagłębienie sypialni, zdającej się być prawie pustą.
Pomiędzy jej fotelem i drugim na przeciwko z drugiej strony kominka, stał stół podługowaty mahoniowy, z rogami bronzowemi, jakby postawiony z pewnym zamiarem. Na stole list urzędowy, umyślnie otwarty, rzucał się prawie w oczy, Magdalena spojrzała wzrokiem od niechcenia i przeczytała co następuje.
„Kochana pani!
Mam przyjemność zawiadomić panią, że Jego Cesarska Mość przyjął łaskawie proźbę pana Franciszka Valencourt.
Jego Cesarska Mość, wskutek zasług pana de Blangy upoważnia państwa też do noszenia nazwiska i herbów markiza i to zaraz nawet. Ukaz będzie jutro ogłoszony. Tysiączne ukłony i szacunek“.
Magdalena zrozumiała go, a serce jej gwałtowniej zabiło pod razem sztyletującej zazdrości. Wszystko dla innych nie dla niej i jej dzieci. Oczekiwała z niecierpliwością. Najgłębsza cisza panowała w pałacu. Minęło z dziesięć minut czasu.
Nakoniec szelest materyi powłóczącej się po dywanie obudził ją ze znużenia.
Zwróciła głowę w stronę skąd szelest pochodził. Nie był to mężczyzna lecz kobieta, Ludwika de Chambeyre.
Zatrzymawszy się na progu pokoju, podziwiała swą rywalkę z ciekawością połączoną z pogardą i zachwytem, z pogardą dla jej bezsilności, zachwytem dla urody.
Piękność ta tłumaczyła namiętność Filipa Valencourt. Jak ta kobieta musiała być kochaną!
Nigdy jej przedtem nie widziała z tak bliska. Czasami jakimś przypadkiem spotykały się w okolicach Clangy, lecz córka pułkownika Stefani pozostała nieznajomą wychowanicy markiza. Przytem Paryż ze swym przepychem, kokieteryją, tysiącznemi źródłami toalety i rafinerja obyczajów dodał blasku urodzie Magdaleny.
Macierzyństwo dopełniło, upiększyło, rozwijając ją. Nawet ostatnie ciężkie nieszczęścia, dręczące ją od owej strasznej nocy, zaćmiewając jej szczęście udoskonaliło ideał jej piękności, dodając cerze białości marmurowej a oczy powiększone bezsennością świeciły blaskiem gorączkowym i przenikliwym. Powstała.
Postawa imponująca, kształty posągowe, pełne i jędrne, odznaczały się pod materyją cienką i miękką żałobnej sukni.
Ludwikę przeszedł dreszcz zazdrości, lecz z chytrością właściwą silnym naturom, opanowała gestem wybuch nieproszony, złagodziła spojrzenia, a zbliżając się do młodej kobiety z pozorami interesującego się hipokryty, zapytała:
— Z kim mam przyjemność mówić? Nieprzypominam sobie, czym kiedykolwiek panią widziała.
— Owszem.
— Nie pamiętam.
— Miałam przyjemność spotykać panią czasem.
— Gdzie?
— W okolicach Blangy...
— Ach! Jestem córką pułkownika Stefani.
— Rzeczywiście... przypominam sobie... pułkownika Stefani z Bellemare.
— Tak właśnie.
— Pułkownik dokuczał człowiekowi, któremu winnam dozgonną wdzięczność.
— Panu de Blangy.
— Mój opiekun i mój wuj. Ojciec pani wynajdywał powody do zaczepek najniesprawiedliwsze...
— Ojciec mój był zgryzionym. Miał także powody żalić się na pana de Blangy.
— Dajmy temu pokój... Co panią do nas sprowadza?
— Chciałabym widzieć pana Valencourt... pomówić z nim.
— Mąż mój jest zajętym w pała u de Blangy. Przyjdzie za chwilę... lecz mogę go wyręczyć..
Głos młodej kobiety nie był ani groźnym, ani przykrym. Mówiła do wizytującej, jako do obcej lub obojętnej a jakby przeczuwając przyczyną odwiedzin dodała z grzecznością:
— Kto wie czy nie lepiej się stało, że mnie pani tutaj zastała, zamiast mego męża? Są okoliczności, które kobiety lepiej rozumieją niż mężczyźni.
— Niechaj pani mówi, bez obawy. W razie potrzeby, przełożę wiernie panu Valencourt, co mi pani powie. Zaręczam pani przytem, że mąż mój nic nie robi bez poradzenia się ze mną — poczem uprzejmie zaprosiła Magdalenę de zajęcia miejsca w fotelu, z drugiej strony małego stoliczka.
— Czy pani wiadomo, zaczęła nieszczęśliwa, że pan Filip Valencourt miał rodzinę?
— Rodzinę? Z krewnych jest tylko jeden brat, mój mąż... Wypowiedziała to ze szczerością, iż niemożebnem było przypuszczać jakiegokolwiek podejrzenia...
— Czyż pani nigdy nie mówił o stosunku małżeńskim, żonie i dzieciach...
które kochał?...
Pani Valencourt podniosła oczy, brwi zmarszczyła, ramiona skurczyła, udając nieświadomość i nadzwyczajne ździwienie.
— Nie, rzekła — krótko, nie nigdy.
— To dziwne...
— Pani mówi o małżeństwie?
— Tak, o małżeństwie. Pan Filip Valencourt był żonatym.
— Żonatym?
— Jestem jego żoną.
— Stawia mnie pani w niezmiernym kłopocie wymówiła Ludwika z pobłażaniem znakomicie odegranem. Nie mogę ukrywać, że wzbudza pani we mnie wielką sympatyję.
— Chciałabym się pani przysłużyć, być użyteczną, o ile to jest w mej mocy, ale pretensyje roszczone przez panią dążą do przekonania mnie, że mąż mój nie ma racyi, sądząc się jedynym dziedzicem po swym bracia i wuju, wchodząc w posiadanie ich dóbr złączonych. Słowem pani się upominasz o posiadłości... Nie znam się bardzo na interesach. lecz zdaje mi się, że rozumiem... W takim wypadku położenia staje się poważnem, przyznaj pani sama. Ton mowy nowej markizy, stał się prawie żartobliwym. Łagodna mowa przebijała się w wypowiedzianych słowach. Rysy jej wyrażały litość na tak szczególne pretensyje oraz współczucie dla tej śmiejącej je wyrzec.
Kwestyja interesów nie tyczy mnie tak bardzo, posłucham więc pani z zupełną bezstronnością, lecz rozumie pani to dobrze, że w tak nadzwyczajnych wypadkach słowa nie są dostateczne i że dowody są koniecznie potrzebne...
— Ma pani racyję.
— Czy posiada je pani? Różne wersyje dochodziły do Blangy po śmierci pułkownika... Mówiono, niechaj się pani nie obraża za wyrażenie, lecz... to
pani byłaś kochanką Filipa...
Magdalena spuściła głowę. Rumieniec okrasił jej blade lica.
— Rzeczywiście byłam nią rzekła. Jestto błąd, za który ciężko odpokutowywuję...
— Stosunek ten trwał dalej?...
— Do śmierci mego męża!...
— Pani mówi mego męża?
— Filip od pierwszego dnia, w którym uległam jego prośbom, poprzysiągł, że mnie zaślubi... Czuł się zobowiązanym względem wuja, niepozwalającego na to małżeństwo, równie jak i mój ojciec... pomimo różnicy naszych warunków majątkowych... Po samobójstwie pułkownika, samobójstwie z przyczyny mego występku, Filip umieścił mnie w Passy, gdzie i dotąd mieszkam. Mieliśmy dwoje dzieci córkę i syna. Czas szybko upływał... On był szczęśliwy.. Dopiero po urodzeniu syna spełnił swą obietnicę... poślubił mnie...
— W sekrecie?
— W sekrecie.
— Gdzie?
— W San-Julii, wiosce zagranicą w Hiszpanii.
— Bez świadków?
— Proboszcz z parafii spisał akt.... mąż mój miał kopię.
— Czy proboszcz ten żyje jeszcze?
— Umarł.
— A kościół istnieje?
— Został spalony.
— A książki kościelne?
— Znikły.
— Zkąd pani wiesz o tem?
— Telegrafowałam po akt, chcąc go pani przynieść.
— I... nic?
— Nic nie mam.
— To bardzo dziwne, przyznaj pani sama.
— Prawdziwy fatalizm prześladuje mnie...
— Żałuję panią bardzo.
— Strumień łez spłynął po policzkach nieszczęśliwej.
Pani Valencourt ciągnęła dalej:
— Filip źle zrobił, nie mając do nas zaufania. Stawia nas w położeniu bardzo przykrem. Honor nakazuje nam nie opuszczać dzieci, ale mąż mój jest wielkim pozytywistą, trudno więc uznać bez prawnych dowodów. Jestem wzruszoną tem co pani mówisz... i gotowam pani wierzyć... przysięgam pani... Pomyśl pani.. jestem kobietą i matką jak pani.. Nie ma pani jakich wskazówek, świadectw... papierów... listów...
Listy miała przy sobie; zanadto ją to kosztowało, by powierzyć w obce ręce świadectwa miłości gorącej, owe serdeczne przysięgi, wynurzenia młodego serca; lecz należało je pokazać.
Drżącą ręką wyciągnęła z za gorsu paczkę listów; a kładąc na stole rzekła głosem stłumionym:
— Niechaj pani czyta, a przestanie pani powątpiewać.
Wyraz tryumfu, przelotnego jak błyskawica, okrasił twarz Ludwiki. Ostatnia szansa ocalenia, największy dowód dla nieprzyjaciela zależały od jej łaski. Zatopiła swe cienkie palce w tych drogocennych papierach, wyjmując z nich kilka.
— Pozwoli mi je pani?
— Proszę.
— Czy to już wszystkie?
— To są przynajmniej najważniejsze.
Ludwika już je odczytywała.
Magdalena powtórzyła raz jeszcze:
— Czytaj pani, a nie będziesz powątpiewać.
Listy te zawierały dowody najgorętszego, niczem niepotępionego węzła, jaki łączył te dwie istoty, stworzone dla siebie. Za każdą linijką napotkać można było wyznanie najserdeczniejsze, a zarazem pełne szacunku.
Ludwika dysząca, zirytowana, pożerała kartki, świadczące o niekłamanem przywiązaniu, miłości ojca dla dzieci i wiecznej wdzięczności Magdalenie za złożoną ofiarę z siebie samej i swego szczęścia.
Przeważnie były krótkie:
„Umieram z tęsknoty zdala od Ciebie. Do dzisiejszego wieczora“.
Albo:
„Moja kochana żono, pozostanę ze dwa dni w Blangy. Niepodobna mi uniknąć tej pańszczyzny. Cóż to za życie bez Ciebie. Pamiętaj, że Cię uwielbiam i jesteś jedynym moim skarbem, moja ukochana Magdaleno“.
Następny znów zawierał:
„Czyś przyszła do siebie po strachu dzisiejszej nocy o naszą córeczkę? Ja się upewnię, lecz późno wieczorem. W pałacu bezustannie goście. Nudy śmiertelne. Kiedyż przyjdzie chwila, gdy nie będę zmuszonym opuszczać cię, Ciesząc się twem towarzystwem.
Inny brzmiał następująco:
„Wczoraj, co za miły wieczór. Wuj był o dwa kroki w swojej loży. Dlaczegożby mu wszystkiego nie wyznać? Któżby Cię nie uwielbiał tak jak ja Ciebie!...
I tysiące porywów najczulszej miłości coraz więcej się potęgującej!
Żona Franciszka Valencourt, ofiara małżeństwa. z oczami zwróconemi na listy bez zezwolenia sędziów może, lecz świadczącemi do jakiego stopnia była kochaną, czczoną nawet ta kobieta będąca przed nią, doznała wrażenia jakby parzenia rozpalonym żelazem, zazdrość zaślepiła ją.
Oto co myślała:
— Tak chciałabym być kochaną! byłabym nią może, gdyby się ta nie znalazła na mej drodze.
Po razy kilka przeczytywała listy, starając się opanować gniew, nienawiść, jaką dusza jej była przepełnioną.
Magdalena śledziła ją ukradkiem, z trwogą w sercu w długiem oczekiwaniu stanowiącem o jej losie.
Jedyne co spostrzegła w czarnych źrenicach swej rywalki, to błyskawica szybko gasnącą.
Nakoniec Ludwika mająca papiery pod ręką, odwróciła głowę z głosem nabierającym coraz więcej siły w miarę jak mówiła:
— Miałaś pani racyję. Powątpiewanie jest niemożebnem, Filip kochał panią wyjątkową miłością, szaloną, i wcale mnie to nie dziwi.
— Pani!
— Jesteś pani zachwycającą! Gdyby był żył, byłby szczęśliwym mogąc dać pani swoje nazwisko!
— Dał mi je.
— Pani tak mówisz — nic tego nie dowodzi.
— Przecież...
— Wyobrażam sobie coby mój mąż pani na to powiedział, gdy by tu był. Jest wielkim pozytywistą, powiedziałam to pani. Gdzie jest akt małżństwa...
— Przecież pani wie o wszystkich okolicznościach.
— Tak jest to romans ślicznie osnuty... Można by się załapać...
— Filip wszystek swój czas wolny spędzał przy dzieciach...
— Powiedz lepiej pani, że przy tobie! Ja to dobrze rozumiem. To życie idealne, jakiego używał, pociągało go bezustannie...
— Te listy...
— Wiem... Przejrzałam je starannie. Świadczą, że pani ma dwoje dzieci i że je niezmiernie kochał... Córkę i syna?
— Córkę której na imię Magdalena jak mnie..
— Ile ma lat? Pięć i kilka miesięcy...
— Dziecię występku z czasów miłostek z Blangy, nocnych wycieczek, okłamywań Filipa, nie potępiam pani... Wiem co to jest miłość, a szczególniej cierpienie...
Tyle było goryczy, tyle widocznej ironii w jej słowach, że mimo woli Magdalena zamilkła, Ludwika zaczęła:
— Także i syn... nieprawdaż?
— Tak, syn z imieniem Filipa, jak jego ojcu!
— O! jak jego ojcu!... pani to mówisz..
— Przecież listy całą rzecz wyświetlają.
— Nie przeczę.
— Któżby mógł powątpiewać?
— Może... zbadamy... zobaczymy... powiedziała Ludwika, rzucając wokoło spojrzenia gwałtowne badawcze. Najmniejszego hałasu wokoło. Drzwi zamknięto ze wszystkich stron, z wyjątkiem od sypialni, prowadzących do salonu. Stos ognia dopalał się prawie, tworząc zarzewie gorące, wydzielające niebieskie płomyki.
Ruchem gwałtownym jak piorun, Ludwika wrzuciła listy w ogień, Magdalena skoczyła. Ogień pochłaniał resztki.
Nie czyniła daremnych usiłowań dla ocalenia tych ukochanych relikwij.
Jej piękne i szlachetne spojrzenie wyrażało wzgardę.
— Rozumiem teraz wszystko! powiedziała. Przedtem obwiniałam mego kochanego Filipa o nierozsądek i lekkomyślność! Odtąd pamięć jego zostanie mi czystą i świętą. Akt małżeństwa on posiadał, wyście go zniszczyli! Testament, nam przyobiecany, wyście skradli!
— Skąd o tem pani wiesz?
— Kobieta, która w mych oczach dopuszcza się niecnego czynu dla wyrwania nieszczęśliwym dzieciom części dziedzictwa, nie cofnie się przed sekretnym występkiem aby innych ogołocić z ojcowizny.
— Obwiniaj mnie więc! Pomiędzy markizą de Blangy a awanturnicą, upadłą dziewczyną, kochanką rozrzutnika nieumiejącego ocalić przyszłości, sprawiedliwość nie zawaha się!
Magdalena pozostała spokojną i wyniosłą.
— Pani obelgi nie dotkną mnie, powiedziała. Bóg nas osądzi... powtórzę pani to, tylko coś mi przed chwilą powiedziała: żałuję pani.
— Schowaj pani litość dla siebie samej. Zapotrzebujesz jej jeszcze.
— Żałuję pani, powtarzała Magdalena pani, któraś tak bogata i nie masz nic do żądania od świata, plamisz się dla pieniędzy! Zachowaj je pani sobie! Nie wiem co nam przyszłość ukrywa, lecz nie chciałabym za pani majątek obarczać sumienia takim ciężarem. Żegnam panią.
Postąpiła, aby wyjść.
Ludwika zatamowała przejście, a chwytając ją za ręce:
— Patrzaj! — rzekła szalona i dzika, z listów twoich pozostał tylko popiół! Uleciały, zamienione w pyłki niedostrzeżone. Mówisz, że dla złota dopuszczam się podobnej podłości. Kłamiesz!
— A więc dla czegóż?
— Dowiedz się! Było dwóch braci u mojego opiekuna, markiza de Blangy, dwóch towarzyszy mej młodości. Jeden był piękny, szlachetny i zacnego serca. Drugi z duszą podłą, głową uzurpatora. Kochałam pierwszego. Byłam bogatą, młodą, spodziewałam się, że podzieli ze mną uczucie, jakiem mnie natchnął. Nie ukrywałam go przed nim. Po cóż miałam to czynić? Miałam wszystko za sobą, wszystko aż do protekcyi człowieka, od którego zależała przyszłość jego. Zniosłam wstyd, odmowy. Zapora stanęła między nami. Tyś się znalazła na mej drodze. Filip cię zobaczył, pokochał się w twej urodzie. Tyś mi go wydarła, jednem słowem, tyś mi go skradła, tak, jak ja ci zabrałam listy, jedyną broń, jaka ci pozostała przeciwko nam. Nie możesz pojąć, co za cierpienie pociąga za sobą taki zawód, ty, któraś używała szczęścia największego na ziemi, boś należała do istoty ukochanej. I ja bym mu oddała moje ciało, krew, serce i duszę! Byłby z niemi zrobił, coby był chciał. Wszystkobym poświęciła dla osłodzenia mu życia i usłania drogi kwiatami, lecz gdy mnie odepchnął, postanowiłam go tyle znienawidzieć, ilem go kochała. Aby pozostać przy nim i prześladować go ile tylko potrafi kobieta z sercem zranionem, dumą upokorzoną, wystawiłam się na katusze gorsze od tych, jakie ty przechodzisz.
Zaślubiłam człowieka, którym pogardzam, istotę która stała się dla mnie o tyle wstrętna o ile tamten pożądany, zadałam śmierć duszy w uściskach Franciszka Valencourt, nosząc nazwisko skąpca, zdrajcy, w oczach którego pieniądz jest wszystkiem i nie cofnie się przed żadną podłością dla powiększenia stosu złota, jaki już posiada! Mam także syna. — znienawidziłabym go, gdyby to nie było największym występkiem matki, nienawidzieć dziecko. Jestem panią dwunastu milijonów, markizą de Blangy, mam ziemię, lasy, i pałace, nie wiedząc nawet co z niemi zrobić, a jednak czuję się nieszczęśliwszą od nędzarki wlokącej ciężary do portu lub tłukącej kamienie przy drodze, bo tęsknię za tem coś mi wydarła, przykuta do istoty, która wzbudza we mnie pogardę, zrozpaczona straconem życiem połączona z człowiekiem, którego brzydota fizyczna i moralna przypominają mi okazałość brata będącego kochankiem i mężem. Chętnie bym była została jego kochanką i służącą. Żałujesz mnie i masz racyją, bo życie moje byłoby istną plagą niepowetowaną, gdybym się była nie pocieszyła krwawą radością zemsty. Teraz przynajmniej, będę ją mieć zupełną, upajającą. Filip skonał wzywając cię! Jego ostatni okrzyk, ostatnie tchnienie, było dla ciebie. Drżał o twą przyszłość i zgroza trwogi poprzedziła go do grobu. Wszystko nam powiedział o twem małżeństwie, miłości i waszych dzieciach. Swe ukochane istoty nam polecił. Niedołężny sądził, że wzruszy swego brata, tę bryłę kamienia, a mnie rozczuli twem nieszczęściem, mnie, którą, zdeptał swemi stopami! Nie oszukałam go! Umarł ze strachem w oczach, rozumiejąc, że niczego nie może się spodziewać od chciwości Franciszka i mej nieprzebłaganej urazy. Czyhałam na ciebie jak kat na dobrą duszę sądząc, że cię zamęczę. Odtąd pozostajesz samą...
Żyć będziesz trwogą o tych, co pozostają, nieszczęśliwsza niżeli ja w tem ciężkiem życiu, w którem miłość zastąpię ambicyją, stracone marzenia rozkoszą władzy i bogactwa. W żałobie, bez wyjścia w jakie cię popchnął wypadek zniesiesz wstyd i upokorzenie. Pozostanie ci tylko niecny środek: sprzedać innym twą urodę, z której się chełpisz, dla wyżywienia dzieci twego kochanka! Niczego się od nas niespodziewaj. Mąż mój nie zechce dać ani kawałka chleba bękartom swego brata! Filip zdeptał mnie dla ciebie, ja ciebie pogrzebię przez niego. Zrozumiałaś nareszcie? I śmiesz jeszcze powiedzieć: że dla pieniędzy dopuszczam się tak nikczemnych czynów!?
Wzburzona, zatrzymała się.
Magdalena słuchała ze drżeniem, przestraszona, zdrętwiała, jak słabe zwierzątko bez obrony, napadnięte znienacka przez panterę.
Widok tej kobiety egzaltowanej w przystępie szalonej furyi ogarnął Magdalenę zgrozą i współczuciem zarazem. Nie była zdolną odpowiedzieć ani słowa na obelgi jej zadawane, bo jej dusza prawa i szlachetna była daleką od tej myśli.
— Pani, rzekła nakoniec, weszłam do pani z zaufaniem w serca, wychodzę zrozpaczona. Wolę mój los, tak smutnym jak mi się przedstawia, niż twój pani. Będę mieć przynajmniej spokojne sumienie. Każdy błąd otrzyma zasłużoną karę. Niechaj pani pamięta, żeby złe, jakie wyrządzasz moim dzieciom nie spadło na twoje. Moja córka i mój syn nie są bękartami! Mówię prawdę. Filip Valencourt był mężem moim! Kochał nas. Teraz dopiero przejrzałam na oczy. Zniszczyłaś dowody jego miłości, tak jak spaliłaś listy, ostatnie pamiątki, i jak powiedziałaś, ostatnią broń przeciwko wam. Ludzie którzy o tem nie wiedzą, potępią mnie. Nie odwołam się do ich sprawiedliwości, lecz do sprawiedliwości Boga. On was osądzi. Żegnam panią.
— Żegnam, powtórzyła Ludwika! Lecz wiedz o tem: niczyje ucho nie słyszało cośmy mówiły, niczyje oko nie widziało co tutaj zaszło, i to odtąd mieć będziesz tylko przed sobą markizę de Blangy, a ta znać nie chce Magdaleny Stefani, dziewczyny upadłej, sprzedającej się tym, którzy ją będą chcieli kupić. Żegnam!
Magdalena zniosła i tę ostatnią pogardę, nie wymówiwszy ani słowa.
Blada, upokorzona, zniesławiona, była już u wyjścia, gdy nagle w drzwiach pokoju ukazał się szkielet człowieka, zatrzymujący ją.
— Proszę pozostać, powiedział głos suchy nakazujący. Obróciła się.
Byłto Franciszek Valencourt; brwi zmarszczone, usta zaciśnięto, wzrok zimny, cery wypoliturowanej stali.
— To pani Magdalena Stefani? zapytał. Nic nie odpowiedziała. Prosta, nieruchoma, w postawie kobiety, uderzonej gromem.
Zdała się być bez życia. Przeniosła wszystko, ruinę, obelgi, groźbę wiecznej nienawiści dla niej i jej dzieci. Przekleństwo ojca ścigało ją bezustannie.
To czego doznała w tej chwili, przechodziło jej siły, ostatnie przejście stopni Kalwaryi, osłabienie, upadek całej jej istoty, zniechęcenie bezgraniczne, równające się walce topielca przy utracie sił, dobijając brzegu. Franciszek patrzył na nią wzrokiem lodowatym, wzruszony może tą nadmierną boleścią pomimo oschłości mu wrodzonej.
— Pani Valencourt, odezwał się, mówiła z panią z namiętnością kobiety poirytowanej może... Ja nie jestem wzruszonym, ani rozgniewanym, proszę mnie też posłuchać z chwilkę. Niechaj pani siada.
Nieporuszyła się. Głową tylko uczyniła ruch odmowy.
Franciszek Valencourt mówił dalej:
— Wyznaję, iż zaprzeczam pani prawa upominania się jako żonie, błędnie zowiąc mężem brata mego. Gdy się chce uchodzić za mężatkę, daje się dowody.
Magdalena pozostała milcząca.
— Nie będę dochodzić, jaki węzeł mógł panią łączyć z bratem moim Filipem, Wstrzymam się nawet od przykrych uwag w tej kwestyi i przez wzgląd na panią i pamięć na niego. Chcąc wyjść należnie pomimo wątpliwości trudnej do usunięcia w podobnych okolicznościach, szczególniej z powodu uporczywego milczenia brata mojego o tym stosunku, tak względem nas, jak i wuja mego markiza de Blangy i oto co pani proponuję:
Magdalena podniosła wolno głowę.
— Przedewszystkiem obejdziemy się bez skandalu. Nie odwoła się pani do nas więcej sama lub za pośrednictwem ktoby to nie był.
— Cóż dalej?
— Wyjedzie pani i zamieszka na prowincyi w miejscu, gdzie pani zechce i zawiadomi mnie pani, gdy się ustali.
— Potem?...
— Dzieci pani wyrzec się muszą noszenia tytułu Valencourt...
— Czy już wszystko?
— To znaczy, że pani zrzekniesz się swych pretensyi. Przygotuję kilka słów, które pani zechcesz podpisać.
— I?...
— Po takiej umowie zobowiązuję się wypłacać pani sześć tysięcy franków, płatnych w ratach kwartalnych. Mój rządca z Blangy będzie pani tę sumę doręczał. Zgadza się pani?
— Uśmiech wzgardy osiadł na ustach Magdaleny.
— Dziękuję panu, za tyle wspaniałomyślności, wyrzekła.
— Przyjmuje pani?
— Nigdy!
— Jak się pani podoba.
— Dzieci Filipa Valencourt nie są żebrakami, aby odbierać jałmużnę.
— Także wyrażenie!
— Zachowaj pan ten majątek, używaj go sam. Ja nie zakłócę więcej spokoju panu. Jestem tylko kobietą i czuję, że już nie wiele pozostaje mi na tym świecie. Syn mój załatwi później rachunki z tobą lub z twojemi. Sieroty są słabe, lecz Bóg sprawiedliwy. On będzie z niemi! Żegnam!
Wyszła chwiejąc się.
Pani Valencourt zadzwoniła.
— Odprowadź panią, rozkazała przybiegającej pannie służącej.
— Ja, tam byłem, odezwał się Franciszek wskazując na pokój.
— Ah! zawołała obojętnie. Słyszałeś wszystko?
— Wszystko. — A więc kochałaś Filipa?
— Prawda.
— Zaślubiłaś mnie na złość?
— Tak.
— Z powodu Filipa nienawidzisz jego żonę i dzieci?
— Nie taję tego.
— Twa nienawiść dopomogła nam do majątku — dodał z goryczą.
— Czyż się na nią uskarżasz?
Franciszek Valoncourt zastanowił się na chwilę.
— Ludwiko! zawołał z wściekłością.
— Zastanów się. Czy masz mi jaki zarzut uczynić?
— Żadnego.
— Jakaby nie była przyczyna mego poślubienia się czyż nie spełniłam sumiennie moich obowiązków względem ciebie?
— Masz racyją...
— Czyż inna nosiłaby z większą godnością twoje nazwisko?
— Nie sądzę.
— Byliśmy więc stworzeni dla siebie, ja chciwa honorów, ty chciwy pieniędzy! Ja nieprzebłagana gdy chodzi o zaspokojenie mej namiętności, ty, gdy chodzi o twe interesa. Patrzaj! Kimże jesteśmy? Dwojgiem wspólników. Czy nasze interesa nie idą pomyślnie?
Tyś nic nie miał Posiadasz teraz milijony. Gdyby Filip mnie kochał, byłby żył jeszcze, on byłby markizem de Blangy, a teraz ty nim jesteś. Tytuły, majątek, wszystko jest twoje! I miałbyś się żalić!
I kładąc rękę na ramieniu męża zakończyła ze znaczącem spojrzeniem:
— Śpij spokojnie panie markizie. Wyrzuty sumienia dręczą tylko słabe dusze, twoja jest z bronzu.
Spojrzał na kominek i zamyślił się. Skrzypnięcie drzwiami ocknęło go z zadumy, a śmiech ironiczny rozległ się w około.
Ludwiki już nie było, gdzieś znikła.
Prawie jednocześnie Magdalena, złamana, zwalczona tylu ciosami, wchodziła do małego domku w Passy. Oczekiwał na nią mężczyzna.
— Wincenty!
— Magdalena!
Wincenty Arband oczekiwał w towarzystwie Marion.
Wzruszająca to była scena patrzeć na tego tęgiego Burgundczyka, zmięszanego, w stroju wizytowym, surducie z sukna sedańskiego, nie mogącego objąć szerokich jego ramion; pierś jego wypukła rozpychała dziurki od guzików.
Nieśmiały, jak młoda dziewczyna po pierwszej komunii, stanął przed kuzynką; jego twarz czerwona dziwnie odbijała od bladego jak śnieg oblicza Magdaleny.
Zdumienie widoczne w całej jego postawie sprawiało wrażenie, jakiego doznajemy przed arcydziełem, piękniejszem od wyobrażanego.
Od dnia pogrzebu pułkownika w Bellemare Wincenty Arband żył w odosobnienia, ukrywając w sercu głęboką ranę, zadaną z powodu nieprzyjęcia oświadczenia jego o rękę Magdaleny.
Od tego czasu minęło sześć lat.
Nie wybaczył jej tego, lecz nie miał do niej żalu.
Mówił tylko do Bouraille’a:
— Cóż chcesz? Nie byłem dla niej stworzonym!
Jakaż szczera prawda mieściła się w tem krótkiem jego powiedzeniu.
Magdalena traktowała go zawsze serdecznie, po przyjacielsku, jak brata lub krewnego, lecz nigdy nie żywiła dlań głębszego uczucia.
Ten prostak, o budowie herkulesowej, bez żadnego wykształcenia, umiejący mówić tylko o wołach, zbożu lub winogronach, przerażał uczennicę szkoły Saint-Denis.
Nie był to ideał konkurenta wymarzonego przez nią. Piękni i waleczni oficerowie, romantyczni bohaterowie zajmowali jej młodą imaginacyję.
A potem spotkała Filipa Valencourt na drodze swego życia, Filipa, bohatera jej snów złotych.
Wyznanie błędu zmartwiło Wincentego Arbaud, lecz uczciwość jej wzruszyła go.
Bywają istoty, których nie można ani ganić ani nienawidzieć.
Właściciel winnic znał Magdalenę od maleństwa, huśtał ją na swych kolanach, przypominał sobie jej grzeczność i dobroć, wybaczał więc jej wszystko.
Cierpiał bardzo z przyczyny odmowy.
Oddał się pracy więcej dla zagłuszenia serca, niżeli chęci zbogacenia się.
I cóżby mu przyszło z majątku?
Stara matka, mieszkająca z nim razem, umarła, nie mogąc namówić go do ożenienia się.
Nie brakło w okolicy młodych panien, pragnących poślubić Wincentego. Młody, zdrowy i posiadał pieniądze. Lecz czemże były najbogatsze pretendentki wobec utkwionego w pamięci obrazu Magdaleny.
Napróżno mówiła często stara jego matka:
— Jestem stara; jeżeli nie ożenisz się, oczekuje cię smutna samotność.
— Bądź spokojną, matko! Mam Bonraille’a. Bez niego rzeczywiście
umarłbym z nudów.
I dalej trwał w swojem postanowieniu.
Żył samotnie, tając miłość, nie wymówiwszy nawet imienia Magdaleny, najdroższego ze wszystkich mu znanych.
Lata następowały po sobie.
Marion doniosła mu o zaszłej katastrofie, śmierci kochanka, a raczej męża i ruinie majątkowej.
Wyjechał też zaraz z Jonceray, zabierając swego nieodstępnego przyjaciela Bouralle’a, który w czasie wizyty Wincentego przechadzał się po bulwarach Paryża.
Wincenty zjawił się, gotów do wszelkiej przysługi, jakiejby od niego zażądano.
— Toż mnie widzisz! — powiedział nakoniec z wysiłkiem, czyniącym go czerwono- fioletowym.
Magdalena osłupiała!
— Jesteś w Paryżu? — spytała.
Skłamał niezręcznie, jak ludzie tracący nagle śmiałość.
— Przyjechałem za interesami... z Bouraille’m.
— Gdzież on?
— Przechadza się po bulwarach.
— Dlaczegóż nie wejdzie?
— Obawia się, aby nam nie przeszkadzał. Przyszedłem, aby cię odwiedzić... pomówić z tobą.
— Siadaj, Wincenty.
— Dziękuję, nie jestem zmęczony.
A zauważywszy boleść w twarzy Magdaleny, zawołał:
— Co ci jest Magdalena! Jakże jesteś blada!
Zbliżyła się do kominka, dzwoniąc zębami.
— Zimno mi, rzekła.
Upadła na fotel.
Przysunął się, aby ją podtrzymać.
Magdalena podniosła się szybko, nie chcąc się pokazać tak osłabioną i zwalczoną.
Czas był łagodny, wiosenny; pomimo to drżała.
Marion podłożyła polano na kominek, a poruszając węgle, zagrzebane w popiele, powtórzyła zaproszenie Magdaleny:
— Siadaj, Wincenty, będzie ci wygodniej rozmawiać.
Jednocześnie podała szklankę wody swej pani.
Ciepłe ognisko, zimną woda, a głównie obecność osób, tak do niej przywiązanych, przywróciły jej przytomność umysłu.
Rysy jej ożywiły się. Westchnienie ulgi wyrwało się z jej piersi, Wstała, aby zajrzeć do pokoju dziecinnego, gdzie spoczywały ukochane przez nią istoty.
Zobaczywszy je różowe, z cudnym uśmiechem śpiące przy nocnej lampce, powróciła do Wincentego.
Ten ostatni śledził za nią, wstrzymując oddech.
— Prawdę powiedziawszy, wyjąkał nakoniec, dowiedziałem się o twem nieszczęściu i przyjechałem.
Po wyznaniu tak szczerem, tak pełnem dobroci, Magdalena rozrzewniła się. Zakryła twarz rękami, a strumień łez potoczył się po jej licu.
— Magdaleno — ciągnął dalej Arbaud, coraz bardziej ożywiając się, nie trzeba rozpaczać... Wiesz, że cię kocham, jak krewny... jak przyjaciel... może bardziej jeszcze... żądam więcej szczęścia twojego, aniżeli mego własnego. O tem co zaszło, nie mówmy więcej. Często pomimowoli przywiązujemy się do tych, od których chcielibyśmy być jak najdalej; często dzieją się rzeczy niedocieczone.
— Pan Filip Valencourt — wymawiając to nazwisko przygryzł wargi — umiał ci się podobać. Lecz on już nie żyje...
Magdalena zcicha łkała.
— Kiedyś należała do niego, nie powinien był pozostawić cię w takiem położeniu. Bądź szczerą. Pułkownik nie był bogaty — jego żona, moja siostra cioteczna, również niewiele miała. Jeżeli, przypadkiem znajdziesz się w przykrem położeniu materyjalnem, spodziewam się, iż odwołasz się do mnie. Dom w Jonceray nie jest wykwintnie urządzony, lecz za to wygodny i obszerny. Niczyjej uwagi to nie zwróci, gdy zamieszkasz w nim z dziećmi swemi i Marion. Sądzę, jestem jedynym twoim krewnym. Możesz być spokojną, nikt cię nie będzie niepokoił... będziesz mogła urządzić wszystko podług swej woli... oto pocom przyjechał... Mam nadzieję, że mi nie odmówisz.
Z niepokojem ważył słowa, badał każdy ruch twarzy kuzynki, nie dotykając ran duszy, jak zręczny chirurg wprawną ręką opatrujący skaleczenia.
Magdalena, wzruszona, wyjawiła nakoniec cierpienia, katusze i upokorzenia, przebyte od czasu katastrofy, obawę o przyszłość swych dzieci i ohydną intrygę, jakiej padła ofiarą.
Opisała Franciszka Valencourt i jego żonę, jako zaciętych jej wrogów i dzieci przeciwników, od których mogła się spodziewać tylko obelg.
Pozostawszy wdową, nie miała nawet prawa używać nazwiska męża, znalazła się nagle z dwojgiem dzieci bez majątku, bez żadnej podpory.
Wspomniała o groźbie swej rywalki:
— Pozostanie ci jeden tylko środek: sprzedać swą urodę dla nakarmienia dzieci.
Oczy jej zaiskrzyły się z oburzenia.
— Nędznica! — zawołała.
— O kim mówisz? — zapytał Wincenty, zdziwiony podobnym wybuchem gniewu.
— Kiedyś... opowiem ci... Dowiesz się o wszystkiem... Nie teraz... To straszne...
— Jak zechcesz! — odpowiedział tonem uległego niewolnika. Następnie, ująwszy w swe grube ręce delikatne rączki kuzynki, rzekł:
— Słuchaj, może wydaję ci się zbyt, niewykształconym, lecz są rzeczy, które dobrze rozumiem. Blangowie przynieśli ci nieszczęście. Masz racyją. Ci, co pozostali nie uczynią dla ciebie nie dobrego. Tamten, miał na myśli Filipa, powinien był ich poznać i mieć się na ostrożności. Niewiadomo nikomu, kto pierw umiera, a kto pozostaje przy życiu. Ty i twoje niemowlęta niewinne, tam spoczywające, nie pozostaniecie bez opieki.
Wincenty Arbaud z sercem pałającem najświętszem uczuciem, wyznawał swą tajemnicę... swą miłość...
— Można kochać te dzieci, bo są twojemi.
Wyrazy te kojąco działały na duszę Magdaleny.
Wincenty mówił dalej:
— Jeżeli wszyscy cię opuszczają, ja pozostanę ci wiernym na zawsze. Jonceray będzie obchodzić wielką uroczystość z chwilą, gdy próg domu mego przestąpisz. Możesz być pewną, że ani tobie ani nikomu z twoich nie zabraknie niczego, nietylko dokąd ja żyję, lecz nawet gdy mnie na tym świcie nie stanie.
Magdalena podziękowała mu spojrzeniem.
Czyż pułkownik i Marion nie mieli słuszności, pragnąc by w te zacne spracowane ręce oddała swoje?
Wincenty zaledwie śmiał ją podziwiać, znajdując ją tak piękną za piękną nawet, jej królewską postacią, włosami miękkiemi, błyszczącemi, z cerą przezroczystą, rękami białości wosku z różowemi paznogietkami.
Była jakby stworzona do pałacu a nie na folwark.
Miłość Wincentego polegała na głębokim szacunku, równała się jakby miłości archeologa dla znalezionego cennego i delikatnego przedmiotu, który potrzebuje ciągłej opieki dla ochrony od uszkodzeń. Postanowił więc otoczyć na przyszłość matkę i dzieci troskliwą opieką, której bardzo potrzebowały, nie mając dostatecznych sił do zwalczania przeszkód na drodze ich życia.
Na zegarze wybiła jedenasta. Zabierał się do odejścia.
— Nie będę cię dłużej nudził, Magdaleno!
— Szczęśliwą się czuję, widząc cię i dziękuję serdecznie za siebie... I za nich, dodała wskazując sąsiedni pokój.
— Nie obawiaj się niczego. Myśl nad tem, com ci zaproponował. Zobaczysz, jak będziesz przyjętą. Dogadzaniem twojej osobie zajmiemy się wszyscy... Bouraille sędzia pokoju, ojciec Caraguol i inni. To zacni ludzie!
— Wiem o tem.
— Skiń tylko, a będziemy wszyscy na twe usługi. Przyjedziemy po ciebie na kolej. Jeżeli zechcesz, urządzę ci mieszkanie w miasteczku, lecz lepiej ci będzie w moim domu. Każde z nas będzie mieszkać oddzielnie. Dom jest obszerny. Nikt cię nie będzie niepokoić.
— Oby tylko na czas jakiś….. wtrąciła młoda kobieta.
— Czemu nie na całe życie? zapytał. Zresztą jak sama zechcesz. Przybądź tylko. Ze zmianą miejsca i powietrza polepszy się stan twego zdrowia. Potem nastąpi wiosna. To najpiękniejsza pora roku na wsi...
Wolnym krokiem zbliżał się ku drzwiom pragnąc jeszcze pozostać przy kuzynce. Marion przesłała błagalny wzrok w stronę swej pani.
Takie przywiązanie zasługiwało na nagrodę.
Magdalena rzuciła mu się w objęcia. Właściciel winnic uniósł ją zlekka, jak za dawnych czasów, gdy była jeszcze maleńką, przycisnął do piersi, a dwie duże łzy spłynęły z ócz jego.
— Ach! jak dobrym jesteś, powiedziała do głębi wzruszona.
— Dobrym?... Cóż dziwnego?... Wszak wiesz, że cię kocham...
Po chwili, spostrzegłszy zmieszanie Magdaleny dodał:
— Jak brat... jak przyjaciel... jak tylko zechcesz... Do widzenia!
— Do widzenia!
— Napiszesz do mnie?
— Przyrzekam ci.
Wyszedł, z sercem przepełnionem radością, przeskakiwał po cztery stopnie, aby jak najprędzej dotrzeć do przyjaciela:
— No i cóż? zapytał Bouraille.
— Ach! mój przyjacielu...
— No, i cóż się stało!
— Przyjedzie!
Słowa te wyrażały dobitnie całą radość, całe szczęście jego. Bouraille mruczał:
— Biedny chłopiec! Jak on ją kocha.
Magdalena postanowiła stanowczo opuścić Paryż, aby zamieszkać na wsi, gdzie wszystko mogło się ułożyć podług planu, przedstawionego przez Wincentego.
Świat zaś przyklaskiwał, zazdrościł Valencourt’om, korzył się przed nimi. Nikt nie przypuszczał nawet podstępu, spełnionego urzędownie w ciemnościach nocy, przez markizów de Blangy, łącznie z nędznikiem tem — adwokatem zdrajcą prawa.
Ileż to występków ukrywa się bezkarnie w domach plutokracyi, w murach zamków, otoczonych zielonością dziewiczych lasów, lub w poważnych pałacach Paryża i jego przedmieściach. Ileż to słabych przyprowadza się do ruiny, ileż oszukaństw spełnia się w roku iluż sierot pozbawia się ich praw, a przecież sprawcy ich spokojnie spoczywają w swych domach, doznając nawet publicznego poważania.
Pani Franciszkowa Valencourt, ta zazdrosna i mściwa kobieta, miała słuszność, mówiąc po znanej rozmowie z wdową po Filipie, te słowa:
— Śpij spokojnie, markizie.
W kilka dni potem urzędowa gazeta „Officiel“ ogłosiła manifest, mocą którego tytuł markiza de Blangy-Cussey przechodził wraz z jego wielkim majątkiem na jedynego dziedzica, wiernego sługi cesarstwa-Franciszka Valencourt.
Ten ostatni zniknął. Na jego miejscu powstał markiz de Blangy, właściciel jednej z największych posiadłości w Burgundyi.
Ludwika de Chambeyre została markizą. Nie zdobyła miłości, lecz miała majątek, tytuł i rozgłos. Niecne zwycięztwo pocieszało ją.
Przez jakiś czas obawiała się wystąpienia sprawiedliwości w obronie nieszczęśliwej wdowy, tak niegodnie zawiedzionej. Lecz sprawiedliwość bynajmniej nie myślała o niepokojeniu ich.
W jakiś czas zapragnęli Valencoart’owie dowiedzieć się, co też stało się z Magdaleną. Zaczęli się dopytywać. Doniesiono im, że pałacyk w Passy został opuszczony przez właścicielkę wraz z całą jego zawartością. Dokąd udała się mieszkanka tego ustronia, nikt nie mógł objaśnić.
Wkrótce doszło do ich wiadomości, iż Magdalena po zrealizowaniu niektórych przedmiotów, jak mebli, srebra i klejnotów, wyjechała z Paryża z zamiarem zamieszkania w jakiejś miejscowości na prowincyi.
Dokąd wyjechała i gdzie postanowiła zamieszkać, nie troszczyło to ich bynajmniej.
Zresztą w razie chęci zaspokojenia ciekawości niktby tego nie mógł uskutecznić, gdyż nawet sąsiedzi nie znali ani przyczyny ani miejsca, dokąd udała się Magdalena, tak umiejąca otoczyć się tajemnicą.
Naglona przez Marion, opuściła dom w Passy, pozostawiając w nim wiele błogich, a później tak strasznych wspomnień.
Wyjechała z dwojgiem swoich dzieci z przekleństwem na ustach, z nienawiścią w sercu dla tego miasta, ukrywającego tyle podłości, tyle brudów w swem wnętrzu.
Uraza w połączeniu ze wzgardą napełniała żółcią jej serce, pozostawiając niesmak, zniechęcenie do świata, życia i ludzi.
Ile razy wymawiała nazwisko Valencourtów, bolesny uśmiech osiadał na jej usta, unosił pierś drganiem konwulsyjnem.
Wspominaliśmy, że dramat jeszcze się nie odegrał. Mieliśmy słuszność. Będzie miał miejsce ale nie między winnymi a wdową po Filipie Valencourt.
Nastąpi później, za kilkanaście lat, pomiędzy ich dziećmi.
Dzieci Filipa Valencourt i Magdaleny Stefanii były legalnemi. Były one prawnymi dziedzicami majątku ich ojca i markiza de Blangy, ich dziadka, oraz jego tytułów, na mocy testamentu, skradzionego przez Franciszka Valencourt i jego wspólniczkę, Ludwikę de Chambeyre.
Zbrodniarze wszystko zagrabili.
Wdowa po Filipie i jego dzieci nic nie otrzymały.
Wyjechały z Paryża, bez prawa używania nazwiska swego ojca, któremu Magdalena zarzucała nieraz zbytnią ufność w uczciwość brata i jego żony, gorszych, jak pokazało się, od bandytów. Gorszych, gdyż ci ostatni napadają i rozbijają zwykle w celu uchronienia się od strasznych męk głodowych.
Dzieciom Filipa Valencourt wolno było nosić nazwisko matkı, Magdaleny Stefanii.
Franciszek Valencourt i jego żona, od chwili wyjazdu żony Filipa z Paryża, zapomnieli o swych ofiarach do czasu, gdy nowa okoliczność wykryła ich istnienie.
Było to w maju 1869 roku.
W Jouceray, własności Wincentego Arbaud, obchodzono wielką uroczystość.
Trudno było znaleźć miejscowość bardziej uroczą, w swej wspaniałej prostocie, położoną na pochyłości pagórka, zajmującą jednę z najpiękniejszych, najbardziej malowniczych a zarazem najdzikszych dolin Cote-d’Or’u na krańcu Haute-Saone.
Dom został podzielony, stosownie do przyrzeczenia Wincentego, na dwie części.
Jednę zajmowała kuchnia i wspólna sala jadalna. Nad nimi były pokoje niezamieszkałe.
Wincenty Arbaud zamieszkał na końcu domu, podczas gdy Magdalena z dziećmi i Marion zajęły drugą część. Część ta od chwili zamieszkania w niej Magdaleny przybrała charakter bardziej oryginalny, stała się bardziej pociągającą.
Sama właścicielka mieszkania stawała się z dniem każdym bardziej zdrową, okazywała oraz większą poprawę swego stanu psychicznego. Była mniej melancholijną, mniej apatyczną. Wszystkiem powoli zaczęła się interesować: widok pracujących wieśniaków w pola bawił ją, jak gdyby po raz pierwszy coś podobnego widziała. Jednam słowem rozmaitość widoków, nie pozwalając jej zbyt długo zajmować się jednym przedmiotem, zatarły niejako wspomnienie o ukochanym, złagodziły cierpienia biednej kobiety.
Do polepszenia jej stanu przyczynił się w lwiej części Wincenty. Jego delikatne obejścia się, tkliwość, unikanie rozmowy, mogącej wywołać reminescencyję, działały jak balsam cudowny na duszę Magdaleny.
Nie mówił jej nigdy o swej miłości. Nie śmiał.
Postać tej kobiety, w całej swej okazałości w pełni swego rozkwitu, działała nań upajająco, zapalała uśpione w nim dotąd uczucie żądzy.
Pewnego wieczoru było u niego kilka osób na kolacyi.
Był między nimi proboszcz, zacny i czcigodny staruszek, wyrozumiały dla innych, surowy dla siebie; Caragnol, uosobienia skromności, załatwiający wszystkie interesy Wincentego, Bertout, poborca Bouraille, nierozdzielny towarzysz pana domu, hulaka znany, a przytem najbardziej lubiana osobistość w kantonie.
Całe sądownictwo znajdowało się w komplecie.
Rozmowa nie była tak wesołą i ożywioną, jak zwykle. Przyczyną tego był Bouraille. Ten ostatni zwykle wesoły, aż do zbytku, dusza wszystkich zebrań, był dziś jakoś nie w humorze.
Powaga usiadła na jego licu.
Był bardzo zamyślony i nieswój.
Nie wszystko szło podług jego chęci, myśli i woli.
Nakoniec goście zaczęli się rozchodzić.
Po chwili pokój opróżni się cokolwiek.
Pozostali tylko Magdalena, Bouraille i gospodarz domu.
Ten ostatni wstał i pod pretekstem chęci zwiedzenia obór, wyszedł.
Magdalena za przykładem innych zabierała się do odejścia.
— Już jest dosyć późno — rzekła — jedenasta godzina wybiła.
Pisarz zatrzymał ją skinieniem.
— Zechce pani pozostać. Mam jej coś zakomunikować.
Magdalena z pewnym niepokojem zgodziła się.
Zdawało się jej, że pozostanie sam na sam z Bouraille’m było z rozmysłem urządzone. Od pewnego czasu bowiem przypuszczała nastąpienie propozycyi, której tak się obawiała.
Bouraille przygryzał wargi; szukał jakby pretekstu do rozpoczęcia rozmowy.
— Czy pani nie zauważyła, jak Wincenty zmienił się od niejakiego czasu.
— Lecz...
— Zmizerniał...
— Niezauważyłam tego.
— Posmutniał i coraz częściej poszukuje samotności.
— Wincenty nie był nigdy wesołym.
— Przyznaję pani słuszność, lecz dawniej stan jego nie był tak zatrważający.
— Tak pan sądzi?
— W rzeczy samej tak. Bo też dzieją się rzeczy nadzwyczajne! Czyż pani niczego się nie domyślała?
Niestety! Domyślała się. Jakżeż mogło być inaczej?
Miłość Wincentego względem niej była tak widoczną, iż niemożebne było nie zwrócić na nią uwagi.
— Właściwie mówiąc, „nadzwyczajne“ niesłusznie się wyrażam — rzekł pisarz z żywym uśmiechem. — Cóż może być naturalniejszego, jak miłość poczciwego chłopaka względem takiej jak pani kobiety.
Bouraille potarł z zadowoleniem ręce, widząc wrażenie, wywołane temi wyrazami.
Wrażenie to nie było przykrem dla Magdaleny. Nie gniewała się za tą jego odezwę. Od czasu zamieszkania Jonceray miała sposobność poznać tę szlachetną, pełną poświęceń dla swego przyjaciela duszę.
Jednak zbladła tak widocznie, że Bouraille zatrzymał się zmieszany.
— Nie chciałem pani zasmucić — rzekł pani jest pewną tego zapewne. Wszyscy tu panią tak kochamy... czy mogę dalej kontynuować?
— Proszę — wyrzekła.
— Dla tego też położenie, w jakiem się znajdujemy, nie może dłużej pozostawać w takim stanie. Czy przypomina sobie pani, co się działo przed kilka laty?
— Tak.
— Wincenty marzył o poślubieniu pani. Był to krok cokolwiek może za śmiały, ale rzadko kiedy jest się panem swych uczuć. Pułkownik zresztą zachęcał go do tego. Wiedział, że pani znajdzie w nim człowieka, poświęconego jedynie twej osobie. Przytem uczciwość jego i stan majątkowy jest pani znany. Byłabyś pani tu królową, bóstwem jego, miałabyś wszystko, czegobyś tylko zapragnąć chciała. Na jego ustach spoczywa obecnie jeden tylko wyraz: Magdalena! Gdybyś pani wiedziała, ile on cierpiał, odebrawszy wiadomość o złem, jakie cię spotkało. Jednak żadna wymówka nie wymknęła się z ust jego. Mówił nawet nieraz: „Dałby Bóg, aby tego nie żałowała“. Dziś to samo. Trudno przypuścić, coby się z nim stało, gdyby mu pani zabrakło. Zresztą nie będą się dłużej nad tem rozwodzić. Postaram się jeszcze, aby panią przekonać. Jesteś pani dobrą matką i myślisz o swych dzieciach?
— Zawsze.
— A więc sądzę, że tem panią zdołam wzruszyć.
— Jakto?
— Możemy mówić z całą otwartością. Cóż pozostało pani z jej majątku?
— Bardzo niewiele.
— Ile mianowicie?
— Zaledwie jakie kilka tysięcy franków.
— I to wszystko co pani mogła uratować.
— Niestety!
— Chcąc wychować córkę i syna, niedaleko się z taką sumą zajedzie... a gdy dorosną?... później jeszcze...
Pisarz zawahał się przez chwilę. Dotykał przedmiotu drażliwego, trzeba było wywiązać się z tego jak najdelikatniej. Magdalena sama mu w tem dopomogła.
— Wiem, co pan chcesz powiedzieć, zauważyła.
— Cóż takiego?
— Dzieci moje są bez nazwiska?...
— Hm! hm!
— Nie obawiaj się pan obrazić mnie rzekła Magdalena. Dzień i noc myślę o tem nieszczęściu a także i... o przyszłości.
— Nie trzeba zastanawiać się nad tem. Cokolwiek pani postanowiła na teraz, przyszłość ich, jest zapewniona. Pani nie przypuszcza nawet, jak dobrym jest Arbaud.
— Przeciwnie!
— Nie, niepodobna! Wie pani, że jeżeli pani poślubi Wincentego, on zapisze pani cały swój majątek, aby pani miała z czego kształcić swe dzieci na wypadek jego śmierci. Oprócz tego wiem, że Arbaud zrobi wszystko ze swej strony, aby tylko zasłużyć na ten zaszczyt, jaki go spotka, gdy, mu ofiarujesz swą rękę.
— Zaszczyt? wyszeptała Magdalena.
— Tak, zaszczyt, powtórzył pisarz. Czyż za błąd młodej dziewczyny należy rzucić w nią kamieniem? Kto? Ludzie spełniający w ukryciu nieraz większe zbrodnie, większe przestępstwa, na wspomnienie których krew w żyłach się ścina? Ha! ha ha! Możesz pani wierzyć, że przyszły mąż do nich nie należy. On otoczy panią opieką swą, szacunkiem. Chce pani dać dowód...
— Jaki?
— Tyczący się dzieci pani. Ponieważ ojciec ich umarł, nie dając im nazwiska... jestto wielką krzywdą z jego strony... Magdalena podniosła oczy, chcąc zaprzeczyć podobnemu bluźnierstwu.
Jakto! Oskarżać Filipa! I to w jej obecności. On żył wiecznie w jej sercu. Ona go nie obwiniała. Jej zdaniom Filip popełnił jeden błąd tylko: był zanadto prawym, aby przypuścić ohydną intrygę, jakiej pastwą stała się jego ukochana. Czyż mógł przewidzieć? Bouraille ciągnął dalej:
— Wincenty naprawi ten błąd, da swoje nazwisko tym biednym, opuszczonym dzieciom, będzie je kochał, bo one należą do pani.
Magdalena zadrżała.
— Zrobiłby to? zawołała.
— Tak, jakom to już powiedział.
— Bez żadnego żalu?
— Stanowczo!
— Ofiara ta przechodzi ludzkie siły!
— Miłość jego dla pani jest również wielką... bezgraniczną.
— Lecz ja nie mogę przyjąć tej ofiary.
— Czemuż?
— Wymawiać mi będzie potem.
— Nigdy! Zapewniam panią.
— Nie! nie, szeptała do siebie Magdalena, to niepodobieństwo!
— A więc?...
Magdalena zwróciła wzrok swój na pisarza. Drżała ze wzruszenia.
— Nie, nie możemy odtąd nawet mieszkać pod jednym dachem wyszeptała.
— Co słyszę? O! nieszczęśliwy Wincenty!
— Odjedziemy stąd.
Bouraille potrząsnął głową.
— Jak mało zna pani swego kuzyna. Biedny chłopiec ma jeden cel tylko, aby kochać panią i dla niej wszystko poświęcić. I pani wobec tego może mieć zamiar odjechać?
— Ale...
— Zresztą, chciałbym bardzo wiedzieć, dokąd ma pani zamiar udać się? W jakim celu? Co pani zrobi z kilkoma tysiącami franków, mając dwoje dzieci do wychowania? Jak pani sobie poradzi, gdy przyjdzie mieszkanie opłacić zaspokoić naturalne potrzeby dzieci, łożyć na ich kształcenie? Będzie pani pracować. Mrzonki wszystko. Ja znam życie! Niema ani jednego zajęcia stosownego dla pani. U nas na wsi można się zająć dojeniem krów, albo zostać pokojówką w domu jakiego mieszczanina. Jedno i drugie zajęcie nie nadają się dla pani. Nie podobna szorować rondli w rękawiczkach. W Paryżu mogłaby pani znaleźć bardziej odpowiednie zajęcie, lecz tam, jak mówią, nie wszystkim się udaje dostać zatrudnienie, a tem bardziej zatrudnienie, któreby nie pociągało zbytnich ofiar ze strony pani. Nie może pani marzyć nawet o samodzielnem wychowania swych dzieci. Ja i Wincenty wiedzieliśmy już dawno o tem. Z tego powodu postanowiliśmy przyjąć udział...
Magdalena słuchała ze ściśniętem sercem.
— Jaki udział?... W czem?... wyszeptała: — Udział w wychowaniu i kształcenia pani dzieci. Pani zresztą pozostają jeszcze dwie rzeczy do wyboru, albo pani godzi się zostać jego żoną i uczyni go pani najszczęśliwszym z ludzi, albo odepchnie go pani od siebie, a wtedy....
— Wtedy?...
— On wyjedzie...
— Dokąd?
— Daleko, bardzo daleko, aby o pani zapomnieć, zerwać ze wszystkiem, coby mu panią przypominać, a przynajmniej nasuwać na myśl mogło. Zaoszczędził sobie z pięćdziesiąt tysięcy franków w dukatach, zna się doskonale na uprawie winnic. Pojedzie do Algieru, zakupi za te pieniądze kawał gruntu i założy tam winnicę. Myśl zdaje się być dobrą. Można się dorobić majątku, a przytem ciągła praca, rozmaitość widoków, zmiana klimatu pozwoli mu zapomnieć o jego nieszczęśliwem uczuciu. Jest to projekt już zatwierdzony i całkowicie gotów do wykonania. Pani zostawi Jonceray... ze wszystkiem co w niem się znajduje. Przygotowano nawet akt do podpisu.
Będzie pani mogła żyć wygodnie, bez troski o jutro. Majątek przynosi niezłe dochody. Gdyby zaś pani nie mogła sobie z nim poradzić, my wszyscy będziemy na jej rozkazy. Będziemy gotowi wszystko uczynić, aby zapewnić pani spokój i szczęście. Nie odmawiaj temu pani. Błagam!
Młoda kobieta zawahała się. Była zwalczona wielkością przywiązania.
— Czyż to wszystko prawda... jąkała — Wincenty...
— Tak... on, nic nie mówiąc.. sam.
Bouraille przybliżył się, a ujmując drobne rączki Magdaleny, rzekł:
— To się nazywa kochać. Czy pani zna wielu jemu podobnych? Dalej, dobrej myśli tylko, pani! Wspomnij, jak będziesz szczęśliwą.
Westchnęła.
— Zresztą zrób to dla swych dzieci. Jakkolwiek Wincenty częściowo zapewnił ich przyszłość, jednakże przy wspólnej pracy będzie można dać im staranniejsze wychowanie.
— A więc — zawołała z wysiłkiem Magdalena — zobaczymy... Dajcie mi do namysłu dni kilka.
— Nie możemy na to zezwolić, trzeba się odrazu zdecydować.
Bouraille jakby od niechcenia podszedł do okna i roztworzył je. Okno to wychodziło na ogród. Księżyc rzucał jasne promienie na jedną ścieżynkę, ukazując jakiś przedmiot. Przedmiot ten, zauważywszy skrzypnięcie otwieranego okna, zaczął się zbliżać ku niemu.
— Wincenty — szepnął Bouraille — przyjdź bronić swej sprawy, która zdaje się na dobrej jest drodze. Ja zrobiłem co mogłem. Teraz na ciebie kolej.
Wincenty przeszedł ciemną aleję, zawrócił do domu i stanął na progu drzwi, nie śmiejąc wejść do pokoju.
Magdalena chcąc go ośmielić, rzekła:
— Wincenty, przybliż się, chcę z tobą pomówić.
Jednym susem przyskoczył do Magdaleny i padł u nóg jej, nie wymówiwszy ani słowa.
Scena śmieszną wydawać się mogąca dla patrzących, była bardzo poważnie traktowana przez znane już osoby.
Arbud wsparł głowę swą na kolanach Magdaleny. Był obezwładniony... znieczulony. Do przytomności przywiodły go łzy, które zaczęły spadać na twarz jego. Spojrzał na Magdalenę.
— Jestem wzruszona... bardzo wzruszona, Wincenty.
— Odmawiasz mi... Rozumiem...
— Powinnam... serce moje nie jest wolne... jest chore, złamane tylu cierpieniami.
Pierś mówiącej podniosła się. Wybuchnęła głośnem łkaniem.
Wincenty ścisnął jej rączki. Spojrzał na nią błagalnie. Oczy ich spotkały się. Magdalena wyczytała w spojrzenia jego tyle miłości bezgranicznej, tyle pokory, spojrzenie wyrażało prośbę tak wymowną, że zdjęta litością rzekła szybko.
— A więc zgadzam się!
Wincenty Arbaud nie miał siły odpowiedzieć. Nadmiar szczęścia znieruchomił mu organ mowy, chwiejąc się wstał i przycisnął namiętnie rękę Magdaleny do piersi. Szczęście go zaślepiało.
— Kiedy sprawa tak pomyślnie zakończyła się rzekł pisarz, — to wychylimy puchar za zdrowie narzeczonych. Wszystko tak świetnie się składa. Skończą się już bezcelowe gadaniny i plotki. Po chwili dodał:
— A kiedy będzie wesele?
Arbaud rzucił wymowne spojrzenie na Magdalenę. Ta milczała.
— Za miesiąc, rzekł pisarz, zgadzacie się?
Wdowa po Filipie Valencourt schyliła głowę na znak przyzwolenia. Pierwsze lody przełamane. Pozostało tylko spełnienie przyrzeczonego.
Północ wybiła na zegarze. Rozeszli się każdy do swego pokoju.
Wszedłszy do sypialni, Magdalena rzuciła się raczej niż siadła na fotel. Uczuła wyrzuty sumienia, jakby po spełnieniu jakiegoś przestępstwa. Dała się uwieść wymowie Bouraillé’a, broniącego sprawy przyjaciela.
Podziwiała szlachetność kuzyna, uczuwała wdzięczność za jego dobroć bezgraniczną. Pomimo to wyrzucała sobie zezwolenie na małżeństwo, jak gdyby popełniła niewiarę względem tego, którego kochała dotychczas z głębi serca.
Porównywała tamtego z obecnym.
Pierwszy, będąc uosobieniem szlachetności i prawości charakteru, posiadał oprócz tego w wyższym stopniu elegancyją ruchów, delikatność w obejścia. Ten zaś, posiadając pierwsze, nie miał drugiego. Był gburem, nieokrzesanym. Jej, jako kobiecie, wydawało się to niemożebnem do wybaczenia. Czuła, że życie z pierwszym było błogim pobytem w raja, drogi mógł jej zaofiarować tylko prozę wiejskiego życia. Był zamożny. Taki dostatek równa się nędzy. Jednak cofnąć się już nie mogła. Nie chciała. Przecież zobowiązała się słowem. Zresztą ten kielich goryczy będzie przyjemniejszy od poprzednich.
Czyż nie nauczyła się cierpieć? Pozostawał jej jeszcze miesiąc czasu. Bouraille sam oznaczył ten termin. Miesiąc to dosyć długi przeciąg czasu. Będzie miała do zastanowienia się nad nową ofiarą.
Zrobiła to dla dzieci. Zaczęła przypatrywać się im z czułością.
Spały. Pół uchylona kołderka ukazywała ich białe ramionka.
Rzuciła spojrzenie na pokój o gołych belkach, murach pokrytych zwyczajnym papierem w kwiaty, z meblami prostemi, bo piękne jej umeblowanie w Passy było po większej części sprzedane.
Porównywała urządzenie mieszkania dawniejszego z dzisiejszym.
Gniew i żądza zemsty opanowały ją. Majątek markiza de Blangy powinien chociaż w części do nich należeć, jako majątek ojca. Skradziono im majątek, zrobiono je bękartami, którym wieśniak chciał dać swe nazwisko.
Zmuszano ją samą, korzystając z jej nędzy, do małżeństwa, oburzającego ją nie przez nienawiść dla Wincentego, którego dobroć i zacność uwielbiała, lecz że duch jej pragnął innego ojca dla jej dzieci, pięknego jak Filip, którego w halucynacyjach swych często widziała obok siebie.
Widziała też innych Valencourtó’w: Franciszka, jego wspólniczkę Ludwikę de Chambeyre, działającą łącznie z niegodziwym de Varnes, wszystkich tych, którzy przyprowadzili ją do tego położenia:
Dziś była pewną podłości Ludwiki. Nawet wiedziała, jaka była przyczyna.
Wiedziała, że Ludwika kochała Filipa a Filip odepchnął ją pomimo majątku.
Wzgardził nią dla niej, nie mającej nic, prócz urody.
Od chwili tego odkrycia dumną była z niego, kochała go jeszcze bardziej. W Joncernay nie mijał dzień jeden, godzina nawet aby nie spojrzała na portret jego, żeby nie rozmawiała, że tak się wyrazimy z nim.
Będzie musiała zdradzić go, oddać się innemu!
I to wszystko z przyczyny zbrodni nędzników, używających spokojnie owoców swego niecnego postępku.
Są bogaci, szczęśliwi, zaszczyceni honorami.
Załamywała ręce na wspomnienie tak oburzającej niesprawiedliwości. Lecz cóż mogła zdziałać sama przeciwko tym nieprzyjaciołom? Nic!
Zdawało się jej, że po raz pierwszy może duch pułkownika przeszedł koło niej, siejąc ziarna nienawiści i zemsty.
Czuła jakby zaszczepione w jej sercu uczucie, na mocy którego chciałaby wszystko zniszczyć, wszystko zburzyć, co tylko należało do rodziny Valencourt’ów.
Tak, zniszczyć nawet samych właścicieli, aby pomścić się za siebie i za swe dzieci!
Lecz czyż zawsze można uskutecznić to, co powstaje w naszym umyśle, jako projekt lub zamiar jaki... Jakże słabą dziś się czuła?... Rzuciła wzrok na portret swego męża.
Filipie! zawołała, czemu nie żyjesz! Tybyś nie dopuścił do takiego stanu, w jakim się obecnej chwili znajduję.
Załamała ręce, stała tak jak posąg boleści, przyjmującej z rezygnacyją wszystko, co tylko uderza w pierś jego. Zamyśliła się...
W zamyślenia nie zauważyła, jak córeczka jej przebudziła się, a widząc matkę w tak dziwnym stanie, podeszła do niej i z naiwnością dziecięcą zapytała:
— Mamusiu! O czem tak myślisz?
To ją wyrwało z zadumy. Spojrzała melancholijnie na nią. Po chwili, jakby jej myśl jakaś przyszła do głowy, oczy jej zabłysły i rzekła:
— Śpij, dziecię, o czem myślę, dowiesz się później. Po chwili dodała:
— Jeżeli Bóg jest sprawiedliwy, to doda ci sił, abyś mogła mię pomścić! Jam za słaba!
Miesiąc! to wiek dla cierpiących, jedno mgnienie dla ludzi szczęśliwych.
Wdowa po Filipie Valencourt, narzeczona Wincentego Arbaud, myślała, że nie doczeka się końca.
Zwłoka ta wydawała się jej wiecznością. Pierwszego tygodnia nabierała odwagi. Jako kobieta uczciwa chciała dotrzymać danego słowa.
Przyznawała racyją powodom, wyłuszczonym przez Bouraille’a. Magdalena nie łudziła się.
Z chwilą poruszenia tego przedmiotu, spokój jej zakłóconym został. Wszystkie rany niezagojone jeszcze i krwią broczące otworzyły się i rozjątrzyły. Ona, która dawniej znajdowała przyjemność w zajmowaniu się domem, chętnie rozmawiała ze służącymi, odwiedzała swych sąsiadów, szczególniej biednych, niosąc im pomoc materjalną i dobre słowo, zamykała się teraz całemi godzinami.
Często błądziła po lesie ze swą maleńką córeczką, wchodziła na szczyty, dominujące nad doliną i płaszczyzną Jonceray i gorączkowo spoglądała na błyszczącą powierzchnię ogromnego stawu, graniczącego z jednej strony z drogą boczną z Paugny do Pontaillier.
O czem myśleć mogła w tych samotnych przechadzkach?
Często dziecię, jedyny świadek jej smutku i cierpień, zapytywało ją o przyczynę tej nagłej zmiany w jej usposobieniu. Z zadziwiającą w tak młodym wieku inteligencyją, zdawało się pojmować cały ogrom jej nieszczęścia, nienawiść, żal i smutek w sercu.
Była ona jedyną powiernicą tej bezgranicznej boleści. Często Magdalena będąc pewną, iż nikt na nie z ukrycia nie spogląda, brała swą córeczkę na ręce, tuliła gorąco do swego serca i szeptała z niewypowiedzianym żalem:
— „Oh! Magdaleno, Magdaleno, kto nas pomści!?“
Dziecię nie miało nigdy wyrazów tych zapomnieć.
Powracając do Jonceray, czyniła nadludzkie usiłowania, aby zwalczyć niepokój i wahanie się.
Dzień za dniem upływały bez zmiany, i już tylko kilka dni dzieliło ją od uroczystości, mającej się odbyć cicho na wyraźne żądanie narzeczonej.
Lecz w takiem miasteczku, jak Pougny, wszelkie nowiny obiegają z nadzwyczajną szybkością, pędzą po płaszczyznach, wdzierają się na wzgórza, wpadają do domów przez drzwi, okna i kominy.
Tylko nie rozchodzą się daleko, pozostają u przyjaciół i sąsiadów.
Zamek Blangy o dwadzieścia mil stamtąd położony był niezamieszkały. Franciszek Valencourt w Paryżu zamieszkał w pałacu przy ulicy de Lille, opuściwszy skromniejszy pałacyk przy ulicy Saint-Guillame.
Spodziewał się, że już nigdy nie usłyszy o wdowie po bracie i o jej dzieciach. I w istocie, nie dowiedział się o tem małżeństwie zawartym w zaroślach i krzakach.
Nieszczęśliwa, zaczęła swobodnie oddychać. Nareszcie upłynęła i ostatnia niedziela. Zapowiedzie wyszły. Wieczorem w pokoju jadalnym w Jonceray, skromnie oświetlonym kilku woskowemi świecami, zabrali się na proszony obiad przyjaciele domu, zadowoleni i weseli szczęściem Wincentego. Ślub był naznaczony na dzień następny, Magdalena zdawała się być przeistoczoną.
Jej twarz zwykle łagodna, lecz i melancholijna, ożywiła się promykiem radości. Nie uszło to uwagi zebranych, szczególniej jej kuzyna i napełniło serce radością i szczęściem.
Od czasu przybycia z Paryża dotąd nie okazywała tyle spokoju i rezygnacyi. Bouraille’a zastanowiło to bardzo.
— Mówiłem pani, że nie pożałujesz swej ofiary! szepnął jej na ucho. Czyś pani nie jest już wynagrodzoną, widząc ile ludzi szczęśliwymi czynisz?
Westchnęła i uśmiechnęła się. Pisarz w duchu pozazdrościł szczęścia
Wincentemu. Z pewnością podobnej kobiety trudno byłoby znaleźć w promieniu dziesięciu mil w około.
Spokój najpożądańszy panował w Jonceray.
Począwszy od wolarza, a skończywszy na służących, wszyscy cieszyli się tem małżeństwem, wszyscy oddychali z zadowoleniem.
Jeden tylko pasterz, stary Burgundczyk, zezowaty, kulawy, nazwiskiem Marcin Calorgne, zabobonny jak wszyscy jego rodacy, podejrzliwy jak lis, małomówny, lecz w potrzebie wyrażający swe zdanie, dorzucał nutę dysonansu do tego ogólnego chóru radości.
Magdalena umiała zyskać przyjaźń tych, co ją otaczali.
— Bardzo dobra pani — mówiły służące. — U niej serce zawsze jak na dłoni, a jaka uprzejma, grzeczna!
— Nie plećcie głupstw — gderał Calorgne — źle robi nasz pan, żeniąc się z panią Magdaleną. Jemu potrzebna gospodyni, a jej ręce za białe, za bardzo wypieszczone, aby zająć się ciężką pracą. Przytem wielki to nierozsądek kłopotać się o cudze bachory.
Poglądy Calorgne’a nie były tak bezrozumne, jak to się z początku wydawać mogło.
— Biedny człowiek rzuciłby się był do wody, gdyby mu odmówiła — wtrąciła pomywaczka.
— Nie uczynił tego teraz, to zrobi później — mruczał pod nosem wolarz.
Nikt nie podzielał jego zdania.
Córka pułkownika zwracała na siebie ogólną uwagę w Pougny.
Choć rzadko pokazywała się na ulicy, jednak jej skromność i wdzięk wrodzony nie pozwalały zapominać o niej nawet tym, co ją choćby raz tylko widzieli, jednając ogólną sympatyją.
W ciągu ostatniego tygodnia widywano ją jeszcze rzadziej.
Przez cały czas, gdy jej kuzyn zatrudnionym był w polu przy dozorowaniu najemników, była to bowiem wiosna w całym rozkwicie, Magdalena siedziała w swoim pokoju, nie pokazując się wcale.
Wychodziła tylko w godzinach przeznaczonych na posiłek, starając się być ujmującą i uprzejmą dla wszystkich bez wyjątku, w szczególności dla pana domu.
Płonne obawy Wincentego zniknęły, rozwiały się jak dym powiewem wichru porwany.
Sądził, że wszystkie już przeszkody były zwalczone. Czuł, że szczęście jego zaczyna się opierać na trwalszych podstawach. Jeszcze tylko chwil kilka, szybkich jak błyskawica, a osiągnie szczęście, szczęście, którego już sam przedsmak wstrząsał nim do głębi duszy.
Obojętną była mu jej przeszłość, obojętnemi uwagi, obiegająca po okolicy nad jej dawniejszem życiem. Wiedział, że Magdalena jest uosobieniem dobroci, że dała mu słowo, którego się nawet nie śmiał spodziewać, wiedział, że była najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek miał sposobność widzieć, i ten wymarzony, wyśniony ideał miał wkrótce niepodzielnie do niego należeć, należeć ciałem i duszą na zawsze, na całe życia!
Ziszczone więc najgorętsze marzenia.
Cóż przecież ona, jego ubóstwiana, robiła? Pisywała całemi godzinami przy kołysce syna.
Córeczka jej, utkwiwszy swe duże, błyszczące oczy w oblicze matki, śledziła każde jej poruszenie, jej ruch żywszy, zadając sobie pytanie: „Co to będzie, co mama robi?“
Często matka, odpowiadając na nieme jej zapytanie, całowała ją, mówiąc:
— Przeczytasz kiedy dorośniesz.
Dziecię się zapytywało głosem poważnym:
— To mamusi nie będzie, aby mi to opowiedziała?
— Może.
Pióro biegło dalej po papierze.
Kartki zapełniały się za kartkami, linije układały się za linijami na białym, gładkim papierze, a łzy, spływające z oczów wdowy, srebrnemi kropelkami padały na równą powierzchnię, tworząc małe, okrągłe plamki.
Kiedyś, później, mała jej córeczka miała odnaleźć te nieme świadki boleści nieszczęśliwej, odnaleźć. i... zrozumieć.
Ta dziwna praca trwała do wigilii dnia, w którym wreszcie Wincenty dozgonnemi węzły miał się połączyć z ukochaną, dnia, na myśl o którym uczucie niebiańskiego szczęścia napełniało całe istotę Wincentego, dnia, na myśl o którym bolesny kurcz ściekał serce jego przyszłej małżonki, Piąty czerwca nadszedł nareszcie.
Na wschodzie cudownym blaskiem zaróżowiła się jutrzenka, poprzedzająca w ten dzień uroczysty wyjątkowo prześliczny poranek wiosenny.
Od świtu wszyscy w Jonceray byli już na nogach. Chociaż wesele miało się odbyć tylko w najściślejszym kółku, przygotowywano stosy jadła i picia.
Ile ofiar nienasyconego łakomstwa ludzkiego padało pod ciosami noży i toporów! Ile butelek najlepszych trunków wydobyto z piwnic głębokich! — Byłoby czem nakarmić choćby i bataljon zgłodniałych zmęczonych żołnierzy po wielkich manewrach.
— Wincenty Arbaud chodził od jednej do drugiej zachęcając do pracy, dodając rady i napomnienia.
— Dalej, Moniko, wolał wesoło, bierz się do roboty, trzeba się odznaczyć, moja dziewczyno! Będzie proboszcz, lubiący dobre sosy, i ojciec Coraguol, sędzia pokoju. Chodź tu, Zofjo! Prędzej Justyno! Przygotuj wszystko starannie, moja droga. Wszak to dziś wielka dla mnie uroczystość.
Prawda, była to dla niego wielka uroczystość, dzień, który miał być najpiękniejszym w jego życiu.
Rozmarzony bliskiem szczęściem, wszystko widział w różowem świetle. Ach! jak wolno, jak nieznośnie długo upływał ten dzień, jak powoli zbliżał się wieczór, który po załatwieniu wszystkich formalności podczas dnia, otworzy przed nim niebo rozkoszy jakby za dotknięciem laseczki czarodziejskiej, uniesie go w cudowną uroczą krainę miłości. I czegóż się miał obawiać?
Znał kuzynkę od urodzenia, zawsze ją kochał, naprzód uczuciem brata, później jedną z tych namiętności, które druzgocąc, niszcząc najgroźniejsze nawet przeszkody, poświęcają wszystko, choćby z narażeniem własnego życia, aby posiąść ukochaną.
Ona była pierwszą i ostatnią jego miłością, ona natchnęła go tą bezmierna, szaloną namiętnością, tymczasem honor nakazywał mu dawniej milczeć, taić w głębi serca swój ból i rozpacz bezgraniczną. Bouraille, wszystko widzący i wiedzący użył dobitniejszych argumentów dla przekonania Magdaleny i otrzymania od niej przyrzeczenia.
Wincenty mógł się słusznie chlubić tak szczerym, tak prawdziwym przyjacielem. Słaby i czuły, pod powierzchownością szorstką, jak kora dębu, ukrywał swą miłość zawiedzioną, umarłby ze zmartwienia, nie poskarżywszy się przed nikim, gdyby pisarz niepodtrzymywał go i nie podpierał, jak mocna belka podtrzymuje chylący się do upadku mur.
Podtrzymywał go humorem i zdrowym chłopskim rozsądkiem, dotrzymywał mu towarzystwa, nie pozostawiając go ani na chwilę w niebezpiecznej dlań samotności.
Czyż się umiera dla podobnej kobiety, zdolnej upaść, pozwalającej się opanować jednemu z tych rozpustników zepsutych robiących sobie igraszki z gubienia niewinnej dziewczyny! Należało czekać. Zobaczyć, co się dalej stanie. Błędy zawsze otrzymają karę, to pewne i nieuniknione, jak śmierć dla każdego stworzenia. Cierpliwość jest cnotą, nie pozostającą nigdy bez wynagrodzenia.
Wincenty Arbaud był cierpliwym, lecz Bóg raczył wiedzieć, jakie burze szalały w jego sercu, jakiemi katuszami tę cierpliwość opłacał.
Był też za nią sowicie wynagrodzony. Gdy stara Marion zawiadomiła go o wypadku Filipa Valencourt, gdy się dowiedział, że jego ubóstwiana jest wolna, czuł nadziemską prawie radość, lecz nowa niepewność znów przestraszyła go. Nakoniec!
Okrzyk ulgi wydobył mu się z piersi. Nienależy żądać, aby ludzie byli lepszymi, niż są w rzeczywistości.
Najbogatsze nawet kopalnie zawierają zawsze żużle.
Wincenty z Bouraill’em pomknęli do Paryża.
W drodze męczyły go różne pokusy, opanowywały popędy niegodnej radości na myśl iż Magdalena cierpiała także. Był to jego odwet, kompensata za tyloletnią rozpacz i zazdrość.
Bouraille strofował go.
— To niegodne ciebie, mówił. Tyś więcej wart, niżeli ci się zdaje.
Napomnienie to zwróciło jego myśl na inne, szlachetniejsze tory.
Wobec nieszczęśliwej wdowy Wincenty myślał tylko o ukojenia tego bezmiernego bólu, jakiego był świadkiem.
Miłość jego odżyła, tym razem silniejsza jeszcze i szlachetniejsza.
On zawsze uważał ją za godną tej namiętnej miłości, inni powątpiewali o tem. Magdalena dowiodła, że się mylili.
Wszystko w niej zdało mu się pięknem, czystem, i jasnem, jak upajające, wzbudzające żar namiętny spojrzenie jej wielkich, powłóczystych oczu.
Ten tylko, kto kochał, kto cierpiał dla miłości, zrozumie jego radość, jaką na wspomnienie blizkiego szczęścia doznawał. Już niedługo będzie przechodził przy odgłosie dzwonu przez rynek małego miasteczka, prowadząc pod rękę Magdalenę, swą żonę przed Bogiem i ludźmi.
Nieopisana radość jakby aureolą opromieniała twarz jego.
Nie mamy zamiaru bliżej opisywać tu tę uroczystość wiejską.
Spichlerz, przyozdobiony zielonemi girlandami z małych gałązek i polnych kwiatów, zastępował sale bankietową. Monika i jej towarzyszki stały się przedmiotem zasłużonej owacyi.
Niezliczoną moc potraw: indyki, kury, kaczki, leguminy wnoszono i wynoszono bezustannie przez kilka godzın. Wypróżniano butelki starego wybornego wina, a pan, przyjaciele i służba, siedząc przy jednym stole, z zapałem wznosili toasty za pomyślność nowozaślubionych.
Bystry obserwator mógłby przecież zauważyć dwie smutne postacie pośród tego wesołego rozbawionego grona.
Mała Magdalena, córka Filipa Valencourt, siedząc koło matki tuliła się do niej, jakby obawiając się, iż tę jedyną, kochającą ją istotę, wkrótce utraci.
Przy końcu zaś stołu Marcin Calorgne mówił półgłosem do swej sąsiadki, starej wieśniaczki z miasteczka, przyjaciółki Bouraille’a i Arbaud.
— To szczególne, Rozalijo, wesele to przeraża mnie. Dalibóg! zdaje mi się, że ono nam przyniesie nieszczęście.
Nic nie wróżyło smutnego zakończenia tej wesołej uroczystości.
Jeden tylko stary pasterz miał węch marynarza, przewidującego burzę, pomimo, że podróżni widzą najzupełniejszą ciszę.
Jeden też z gości, choć już dobrze podpiły, podzielał też tę niewytłumaczoną instynktowną obawę. Był to Bouraille.
Lecz był on na tyle delikatnym, iż ukrywał swą trwogę wewnętrzną, starając ukryć dźwięczącą w jego głosie nutę smutku i nadać pozory wesołości chwili nad którą krążyła ciemna chmura smutku.
Ukradkiem badał on fizjognomią swej klijentki, której również jak i Wincentemu z duszy i serca życzył jak największej sumy szczęścia, możliwego na tym padole łez i płaczu.
Magdalena czuła jego wzrok, zwrócony na siebie, starała się więc ze wszystkich sił przybrać wyraz spokoju i wesołości, wyraz, który na jej twarzy tak rzadko się pojawiał i który niewymowną sprawiał jej mężowi radość.
Tak... Wincenty był już jej mężem. Wójt i proboszcz podpisali akt ślubny, związek między nimi już nie mógł być rozerwany.
Wdowa po Filipie Valencourt za kilka już godzin zacznie nowe życie, zejdzie z wysokości, na której ją postawiła pamiętna miłość siostrzeńca pana de Blangy, żyć odtąd będzie pośród gminu, pośród małych wiejskich właścicieli, „rur“ jak ich z pogardą nazywano.
Zmuszona oddać się bez miłości człowiekowi, o którym sądziła, iż przynajmniej przez wdzięczność go kocha, uczuła teraz smutną rzeczywistość. Cała groza jej położenia jasno stanęła przed jej oczyma, czuła do niego obojętność, wstręt, nawet, a im bliższą była chwila ofiary, tem większa rozpacz ją ogarniała.
Bouraille rozumiał ten stan jej duszy, ale nie zupełnie. Wyraz twarzy nieszczęśliwej pozostał nie przenikniony, niepojęty, jak książka otwarta a jednak niezrozumiała, bo w obcym nam języku napisana.
Nie był teraz już pewny, czy to małżeństwo z takim trudem i mozołem przez niego do skutku doprowadzone, szczęśliwem w przyszłości będzie.
Z iskrzących się pucharów ognistego wina, bezustannie krążących koło stołu, widział, czy też zdawało mu się, że dostrzegał twarz Magdaleny wzruszeniem zmienioną, jej oczy, rzucające płomienie gniewu, płomienie niebezpieczne dla jego dzieła.
Czy to była halucynacyja rozmarzonego i rozognionego upajającemi trunkami mózgu?
Podczas uczt, podobnych dzisiejszym, byłoby prawie niemożliwem siedzieć ciągle na tem samem miejscu, nie oddalając się od stołu; koniecznemi były jakieś przerwy, antrakty w czasie których możnaby odpocząć i swobodnie odetchnąć świeżem powietrzem, W czasie jednej z takich przerw Bouraille, pragnąc uspokoić Magdalenę, zbliżył się do niej i wziąwszy pod rękę, poprowadził na samotną przechadzkę w ciemnym szpalerze z grabiny najpiękniejszym, jaki znajdował się, w ogrodzie.
— A więc — zapytał półgłosem — czuje się pani szczęśliwą?
— Pocóż to pytanie?
— Bo są chwile, w których śmiałbym o tym powątpiewać.
— Czy na prawdę?
— Tak, — na prawdę. Spojrzawszy na panią kilka razy, zauważyłem jakby cień smutku pod tą przybraną powłoką wesołości...
— Proszę pana o milczenie.
— Przecież to dziś wesele... a nie pogrzeb.
Czyż Bouraille wymówił te słowa w złą godziny jak się to ludziom nawet najdowcipniejszym zdarza?
Magdalena zmieszana wyrzekła.
— Przestraszasz mię pan swojem wyrażeniem.
Nerwowy dreszcz wstrząsnął nią od stóp do głowy.
— Brr! dodała, zdaje mi się, jakbym zlodowaciała.
— Pogoda prześliczna, mamy dziś dzień gorący — mówił Bouraille, wpatrując się w nią przenikliwie swemi małemi, przymrużonemi oczkami.
Wyprostowała się i odrzekła z uśmiechem:
— Sądzi pan, że to tak łatwo zapomnieć o przeszłości... Trzeba na to czasu... Robię, co mogę.
— Czy to prawda?
— Przysięgam panu.
— Niech i tak będzie.
Dzień miał się już ku schyłkowi. Wszystko na świecie skończyć się musi, najweselsza nawet zabawa musi mieć zakończenie.
— Uspokój się pani, powiedział Bouraille. Podejmuję się uwolnić panią od tych natrętów.
— To nie natręci, to przyjaciele.
— Są chwile, w których najlepsi nawet przyjaciele są dla nas niepożądani.
— Nie śpiesz się pan.
— Rozumiem panią, lecz nie wszyscy tak sądzą, jak pani, jest ktoś, co z całej duszy pragnie zakończenia. Bouraille przesadził. Widocznie wypił za wiele wina.
Magdalena zarumieniła się po uszy. Córeczka jej, żyjący portret matki, szybko podbiegła do niej w tej chwili i objąwszy małemi rączkami jej kształtną kibić, tuląc się, szczebiotała:
— Gdzie się mamusia schowała? Myślałam już, że mama zginie.
— Odtąd już cię nie opuszczę.
Bouraille zaczerwienił się i przygryzł wargi. Ta niezrozumiała zazdrość dziecka uderzyła go. Dotrzymał jednakowoż słowa.
W trzy kwadranse później po tym balu wiejskim, który trwałby zapewne do rana, gdyby pozwolono na to młodzieży z Pougny, zawsze ochoczej do zabawy, cisza zaległa na folwarku Jonceray, skąpanym w srebrzystym blasku księżyca.
Magdalena w szarej, skromnej sukni, jednej z tych, jakie jej pozostały po świetnych czasach w Passy, powracała do domu, trzymając za rękę swą małą córeczką.
W tem jakaś ręka nieśmiało dotknęła jej ramienia i drżący głos szepnął jej do ucha.
— Błagam cię, pośpiesz się!
Był to Wincenty. Jak śmiesznym wydawał się jej w swym stroju weselnym, pasującym do niego, jak infuła biskupia żebrakowi. Co za porównanie ze zmarłym.
Bez wątpienia, umysł Magdaleny wyższy był nad takie drobnostki, lecz czasem wystarcza jedna kropelka, aby przepełnić kielich, już przed tem dostatecznie napełniony.
Schyliła swą śliczna, melancholijna główkę, a uśmiechając się z niewysłowioną czułością z cicha wyszeptała.
— Tak... niedługo... za godzinę, lecz teraz cicho.
Wskazała na małą Magdalenę tak, aby tylko mąż mógł jej poruszenie dostrzec.
Rozłączyli się.
Wincenty Arbaud patrzył długo, jak oddalała się wolnym krokiem w aleję sadu, pomiędzy kwatery róż i lilij, cudowną wonią napełniające cały ogród.
Szła, jakby przygnieciona olbrzymim ciężarem, pochylona cokolwiek naprzód, ale zawsze piękna, majestatyczna jak królowa, biała narzutka zsunęła się z jej obnażonych ramion i świeciły one teraz w ciemności oślepiającą prawie białością.
Wincentemu nie przyszło nawet do głowy pójść za nią.
Rozumiał on skromność matki, pragnącej naprzód uśpić swe dzieci, a potem dopiero podążyć do tego, który im ojca zastępował, który tak szczerą i bezinteresowną otaczał je miłością.
Był on jej niewolnikiem prawie, niewolnikiem, który wszystko, życie nawet poświęciłby, aby zadowolnić jedno żądanie, kaprys nawet, swej pięknej władczyni.
Magdalena ujarzmiła go swym tkliwem łagodnem spojrzeniem, zmuszała go do miłości, może być, jeszcze tkliwszej i silniejszej, niż przed ślubem.
Zresztą poczekać jeszcze godzinkę u wrót szczęścia, to niewiele dla niego, który na nią już tyle lat nigdy niewyczerpaną cierpliwością oczekiwał. Błądził po ogrodzie, szukając śladów swej ukochanej, oddychając wonią tych kwiatów, wonią których i ona oddychała.
Z okien parterowych płynęły fale światła.
Ruch w kuchni i w ogrodzie był nie mniejszy, niż rano, ale zupełnie odmiennego rodzaju.
Wszystko teraz sprzątano, ustawiano na zwykłem miejscu.
Dom przedstawiał się jak mrowisko, zniszczone nielitościwą ręką, a szybko i zręcznie naprawiane przez niezmordowane pracownice.
Wszędzie leżały stosy poprzewracanych talerzy, nakryć i wypróżnionych butelek.
Pozostali się już sami tylko domownicy, pomiędzy którymi rej wodził stary Marcin Calorgne, rozgrzany i rozgorączkowany starem dobrem winem.
— Ależ narzeczona rzeczywiście śliczna — mówił — z pewnością na całej przestrzeni i do Dijon nawet trudnoby było znaleźć jej równą piękność.
Arbaud, przechodzący w tej chwili około kuchni, zatrzymał się na chwilę, przycisnąwszy swe silnie bijące serce obudwoma rękami.
— Oh! tak — piękna, piękna, przechodząca najśmielsze nawet marzenia, I ona do niego wkrótce już należyć będzie.
Upojony radością powątpiewał prawie o swojem szczęściu.
Marcin Calorgue mówił dalej.
— Ale mówcie sobie co chcecie, a ja zawsze będę powtarzał, że nie należy wołu zaprzęgać do karety, kwiatka przypinać do kożucha. Nikt mnie nie przekona, że powinno być inaczej. Młoda pani stworzona dla jakiego markiza, a nie dla właściciela winnicy. Kto dożyje — przekona się.
Wincenty Arbaud wsparł się na swej lasce, jakby ogłuszony temi niespodziewanemi słowami.
— Czy ty zamilczysz, złowieszczy kruka — doleciał z kuchni głos jednej ze służących — nie wstydzisz się tak wyrażać o człowieku, który dla ciebie jest tak dobrym i łaskawym.
Pasterz nie uniósł się, lecz odpowiedział z zimną krwią.
— Pana mego kocham więcej może, niż wy tu wszyscy, ale to mi wcale nie przeszkadza mówić prawdy. Jeżeli się mylę, tem lepiej. Trudno zresztą przewidzieć dziś to, co się stać może w niedalekiej przyszłości.
Szmer niezadowolenia powstał koło starego gaduły.
Wszystkie Moniki, Rozalije,Justyny zamierzyły się na niego, gdyby wymówił choć jedno jeszcze słowo, z pewnością rozstrzaskałyby o niego wszystkie talerze, rondle i półmiski.
— Idź spać, stary czarowniku, zakończyła Monika, powaga kuchni... Zawieleś pił, ty pijaku!
Bunt był ogólny, lecz pasterz nie liczył się do rzędu lękliwych.
Zresztą nie obawiał się niczego, podtrzymywany na duchu stosem do połowy powypróżnianych butelek. Powstał, stawiając czoło burzy. Wincenty Arbaud oddalił się. Z ogrodu wyszedł na wieś. Czuł się w melancholijnem usposobieniu.
Rozmowa tego prostaka, rozmowa, w której za grosz nie było sensu, prześladowała go, jak szczekanie psów prześladuje uciekającego trwożliwego zająca.
Zatrzymał się na obrosłym winoroślami pagórku.
Stąd jak na dłoni, mógł obserwować cały dom swój.
Patrzał na okna mieszkań parterowych oświeconych błyszczącym płomieniem świec woskowych, na wiązki chrustu, płonącego na obszernym kominie w kuchni, wreszcie na końcu domu na pierwszem piętrze, w ostatnim oknie na jasnem jego tle poruszała się tam i napowrót jakaś ciemna postać, Magdalena!
Czy godziło się powątpiewać o niej? Gdyby go była nie kochała nie dałaby z pewnością swego zezwolenia na ślub. Czyż zadrżała, wymawiając przed merem uroczyste słowo przysięgi, czyż udawała wzruszenie odpowiadając na pytanie księdza.
— Nie.
Ona go kochała, dowodził tego jej uśmiech słodki i czuły, trochę smutny może, lecz przecież żal i żałoba były tak świeże jeszcze, tak niedawne, dowodziły tego ich wspólne projekty, gdy podczas ostatnich z nim spacerów proponowała mu różne zmiany co do urządzenia domostwa, które byłby porzucił, gdyby nie przyjęła jego oświadczyn.
Co za szaleństwo przejmować się głupiemi przypuszczeniami starego pasterza. Przecież w okolicy wszyscy znali go, wszyscy wiedzieli iż wszelkie bez wyjątku złowróżbne przepowiednie jego nigdy się nie sprawdzały.
I on także nie czuł do niego żalu, przypisywał swój zły humor innym powodom. Postanowił powrócić do Jonceray, gdzie już po tak wesoło przepędzonem dniu zaczęła zalegać cisza.
Zaledwie uczynił kilka kroków, gdy zegar w miasteczka wybił jedenastą godzinę.
Czysty odgłos dzwonka daleko rozbrzmiewał i odbijał się czystem echem po okolicy.
Wincenty zaczął iść prędzej. Pozostawił Magdalenie dłuższą zwłokę niż żądała.
Pewny szczęścia, po cóż się miał śpieszyć? Widział ją wyraźnie przed sobą, świeżą, białą jak lilijka, olśniewającą z rozpuszczonemi blond włosami, rozmarzoną samą w swym pokoiku, z niecierpliwością oczekującą na niego.
Nie chciał być przez nikogo widzianym ostrożnie wśliznął się na schody, przeszedł jak cień przez korytarz, prowadzący do jej mieszkania, i cichutko zatrzymał się przed drzwiami z sercem silnie bijącem ze wzruszenia, z nabiegającą mu do głowy gorącą falą krwi — niezdolny wymówić choćby jednego słowa.
Położył rękę na kluczu i przysłuchiwał się szmerowi wewnątrz.
Zdawało mu się, że uszu jego doszedł jakby szelest materyi przesuwającej się po dywanie, i zaraz potem lekki szmer jakby ktoś zamykał z wielką ostrożnością drzwi z przeciwnej strony pokoju.
Potem zaległa cisza.
Chciał otworzyć drzwi, klucz nie obrócił się w zamku.
Zimny pot oblał go od stóp do głowy, dotkliwy ból ścisnął mu serce.
Co się tam stać mogło?
Wreszcie zastanowił się i uspokoił.
Cóżby się stać mogło w pokoju, obok którego spało dwoje dzieci Magdaleny i stara Marion.
Marion była przecież do niej tak przywiązana, tyle dowodów tego dała.
Zawołał nieśmiało:
— Magdaleno!
Nikt nie odpowiadał.
— E! głupstwo! — próżny przestrach, Marion przecież tam była.
Marion, która użyła całego swego wpływa na panią, aby ją skłonić do zawarcia tego małżeństwa. Wiedział dobrze o tem. Wychwalała jego przymioty: jego dobroć, szlachetność, bezinteresowność, jednem słowem używała wszystkich możliwych środków. Pan z Jonceray miał w niej wspólniczkę, bardziej nawet wpływową, niż Bouraille: przebywając bezustannie z córką pułkownika, zyskała ona nad nią przewagę, macierzyńską prawie.
Marion tam była. Czuwała jeszcze. Był tego pewnym. W ciemnym korytarzu widział cienką, żółtawą smugę światła z lampki nocnej, przeciskającą się przez szczeliny w drzwiach.
Magdalena nie była prawdopodobnie przy dzieciach.
Powróci pewno niebawem.
Oparł się o mur i czekał kilka minut. Wreszcie zastukał, wołając silniej:
— Magdaleno!
Cisza.
Ponowił wołanie, lecz bezskutecznie.
Przerażenie owładnęło nim.
Dwuznaczne słowa pasterza zabłysły mu w głowie.
Dlaczego ten czarownik tak powątpiewał o stosowności tego małżeństwa?
Czyżby miał jaki powód do podobnych przepowiedni. Czyżby Magdalena była próżną, elegantką, czyżby Paryż ją tak zmienił, zepsuł, przekształcił do niepoznania? Marcin Calorgne musiał coś wiedzieć. Ci ludzie błądzący w nocy, po polach, po lasach, przewąchują tajemnicę, jak psy myśliwskie grubą zwierzynę. Zresztą, czyż Magdalena już raz nie upadła?
Na tę myśl włosy najeżyły mu się na głowie, gniew wściekły zamiotał nim, jak silny wicher drobnym listkiem osiny; zdawało mu się, że zwaryjuje. Myśli plątały się... w głowie jego powstawał jakiś bezładny chaos. Chciał zbadać prawdę, silną ręką pochwycił za klucz i roztrzaskał go w tym uściska szalonym.
Popchnął drzwi — były zaryglowane.
Zmienił drogę, zapukał do dziecinnego pokoju.
Usłyszał ciężkie stąpanie.
To Marion.
— Kto tam? zapytała.
— Ja. Wincenty.
— Ty! zawołała zdziwiona służąca.
— Gdzie pani?
— Twoja żona?
— Magdalena?
— U siebie zapewne.
— Nie ma jej.
Marion wzruszyła ramionami.
— Gdzież chcesz, aby była?
Wskazała drzwi, łączące dwa pokoje.
— Wejdź, rzekła z dziwnem spojrzeniem.
Zatrzymał się. Zdjęła go jakaś niewytłumaczona obawa. Przystąpił do kolebki. Dwie główki dziecięce spoczywały na białych, jak śnieg, poduszeczkach.
— Śpią, wyrzekł, zwracając się do Marion.
— Tak, odpowiedziała. Ona była tutaj przed chwilą. Nie mogła uśpić córeczki, a gdy ta wreszcie usnęła, całowała ją długo.. synka także, ale z mniejszą czułością. Zdawałoby się, że więcej kocha małą Magdalenkę. Nie mogła się od niej oderwać.
Dla czego słowa, wyrzeczone przez pasterza, przejmowały dreszczem męża Magdaleny?
Dla czego pozostał nieruchomy, jakby przykuty do ziemi, nie śmiejąc, nie mogąc podnieść oczu na przyległy pokój, o którym przed dwiema niespełna godzinami marzył w upojeniu radości.
— Idźże! zachęcała Marion... Czyż nie dosyć jesteś szczęśliwym.
Spojrzał na nią. Wyraz szczerości i dobroduszności, malujący się na jej obliczu, dodał mu otuchy.
Starał się odepchnąć precz odpędzić od siebie te natrętne myśli, które go napastowały.
Przestąpił próg. Świece były pogaszone. Zbliżył się do łóżka ukrytego za grubą kotarą i cofnął się z zastygłem na ustach wykrzykiem.
Łóżko nie było posłane.
Słaby promyk księżyca, wdzierając się przez otwory w okiennicach, oświecał wnętrze skromnie umeblowanego pokoju.
Gdzie była Magdalena?
W jednej chwili zrozumiał wszystko, zrozumiał nieszczęście, które jak groźna chmura zawisło nad jego domem; bolesny, za duszę chwytający jęk przedarł mu się przez drżące wargi:
— Marion!
Stara służąca ukazała się przy wejściu z lichtarzem w ręku.
Wincenty spostrzegł papiery, rozłożone na stole. Jeden z nich, położony osobno, uderzył go zaraz. Drżącą ręką skreślony nadgłówek brzmiał:
„Do mego męża.“
Z dzikiem wejrzeniem pijany szałem i bólem przebiegł oczyma kilka wierszy.
Na kolanach, z krwawemi łzami w oczach błagam cię o przebaczenie.
Dając ci me zezwolenie myślałam, iż znajdę w sobie dosyć sił, aby dotrzymać danego ci słowa. Nie mogę. Zmarły, którego ukochałam, który mię naprzód zniesławił, podniósł potem, przywołuje mię do siebie: idę się z nim połączyć.
Idę tam z rozpaczą w sercu, z wieczną, niezmytą plamą na sumienia, żem danego słowa dotrzymać nie miała.
Jestem podłą — wiem o tem. Lecz idę, bo tam mię spokój i cisza wieczysta oczekuje.
Z dziećmi memi zrób co chcesz: wypędź je, znienawidź. Masz do tego prawo!
Przychodziła mi do głowy zbrodnicza myśl zabrania ich z sobą.
Ale to zbrodnia nad moje siły!
Żegnam cię Wincenty. Przeklnij mię! Przekleństwo ojca mego ściga mię bezustannie, zawsze. Dorzuć i ty swoje.
Czyż zło, które ci wyrządzam; nie równa się pchnięciu sztyletom w same piersi?
Wiem o tem, klnę się na duszę, iż nie chciałabym tego robić, a jednak czynię to.
Nie jestem złą, a przecież zabijam cię. Pragnęłam cię widzieć szczęśliwym, jak na to zasługujesz. Żegnam cię. Nie spocznę nawet w poświęconej ziemi.
Widzisz, żem przeklęta. Dałby Bóg, aby ta straszna, ostatnia klątwa umierającego starca nie dosięgła mych biednych dzieci.
Po raz ostatni żegnaj mi. Serce mi się krwawi, opuszczając was, ostatnia myśl moja będzie o was, a jednak muszę, muszę, muszę. Żegnam! Żegnam was Magdalena.“
Dokończył tego strasznego listu. I stał tak wyprostowany, nieruchomy, podobny do szaleńca, starającego się zatrzymać wątek poplątanych myśli nagle wydał ryk przeraźliwy i rzucił się ku oknu.
— Magdalena! Niechaj jej szukają. Wstawać... Biegnijcie ze wszystkich stron... wszędzie.
— Staw! tam!
Roztworzył naroścież okno i rzucił się na dół z przeraźliwym krzykiem.
W jednej chwili wszyscy byli na nogach: nawet pasterz zadowolony, iż tak rychło jego przepowiednia się spełniła.
Wobec jednak tak wielkiego nieszczęścia, pogrążającego w czarną rozpacz wszystkich na folwarku, przed kilka godzinami tak wesołym i ożywionym, zachowywał się milcząco.
Wincenty Arbaud nie dał się wyprzedzić innym.
Pobiegł szybko drogą, wiodącą do stawu. Było to wielkie i głębokie bagnisko, otoczone pasem trzcin i traw wyrosłych.
Myśl nieszczęśliwego zaraz w pierwszej chwili uniosła go w to straszne miejsce, umysł targany nadzieją, to najstraszniejszemi przypuszczeniami, cierpiał niewypowiedziane męki.
Gdybyś czytelniku zapóźniony zabłąkał się w tę stronę pola przerżniętego ścieżką, prowadzącą do stawu zobaczyłbyś nie człowieka, lecz widmo z najeżonemi włosami, dążące w szalonym pędzie ku przejrzystej wodzie w głębi doliny.
Służba nadbiegła na drogę nad stawem, badając przestraszonym wzrokiem głębinę wód, usłyszała w pewnej odległości od zdjętych stawideł plusk podobny do plasku wydry, zanurzającej się w wodę w pogoni za uciekającomi rybami, lecz odgłos ten był silniejszy i głośniejszy, poczem spostrzegli na powierzchni wody człowieka, zwracającego się do drogi, unoszącego jakby ciężar jakiś. Pływak szybował po wodzie z nadludzką siłą.
W kilku sążniach dobił do brzegu, a trzymając w rękach nerwowo ciało martwe, wyrwane z otchłani, złożył je na łódce, ukląkł koło niego, przywołując je głosem żałosnym.
Ciało pozostało nieruchome i bez oddechu.
— Doktora! doktora! wołał zrozpaczony. Próżne żądanie!
Aby go znaleść, potrzeba było najmniej dwóch godzin czasu a śmierć nie pozostawiała tak długiej zwłoki.
Przeznaczenie czy klątwa spełniły się. Magdalena nie żyła.
Wincenty Arbaud zrozumiał bezskuteczność swych usiłowań, próśb i pieszczot, schwycił umarłą w swe objęcia i poniósł jako łup najdroższy, odpychając wszystkich, pragnących mubyć pomocą, aż do pokoju z którego wyszła przed kilka godzinami.
O północy spoczywała na swem łożu, spokojna nieruchoma pogrążona w śnie wiecznym, ręce obnażone wyciągnięte na kołdrze odznaczały przepyszne swe kształty, pierś biała jak marmur, szyja utoczona jakby arcydzieło rzeźbiarstwa.
Córka zmarłej mała Magdalena, smutna i pomieszana, nie odwracała swych wielkich przestraszonych ocząt od twarzy matki, jak gdyby chciała je wyryć w pamięci i utrwalić na wieki wspomnienie tej niezatartej nocy.
Filip jej syn, sądząc ją nie umarłą, lecz śpiącą, za mały jeszcze by pojąć nieszczęście chwili, okrywał ręce pocałunkami, dziwiąc się, że są taki zimne.
Wincenty Arbaud skurczony na dywanie, spoglądał kolejno na trupa, dzieci i służbę okiem zbłąkanem, skąd znikła wszelka świadomość.
Zwaryjował.
Gdy w kilka chwil później Bouraille i sędzia pokoju przyzwani czemprędzej weszli do śmiertelnego pokoju pierwszy przedmiot jaki ich uderzył przy liście zmarłej, był gruby kajet z czarną pieczęcią z napisem dużemi literami.
„Dla mej córki Magdaleny gdy dojdzie lat osiemnastu. Dla mego syna, gdy będzie miał dwadzieścia lat“
Było to kompletne opowiadanie opisane przez nieszczęśliwą matką, wypadków i zgryzot przebytych już szczegółowo przez nas skreślonych.
Zwalczona niemożebnemi do przeniesienia cierpieniami, rozjątrzona pomimo swej łagodności i zrezygnowania, zobowiązywała dzieci do zemsty czyniąc nijako ulgę swym bólom.
Bouraille, pozostający ich opiekunem, złożył ten straszny testament w bezpieczne zamknięcie a ściskając w swych objęciach małą Magdalenę patrzącą na niego z dzikiem spojrzeniom, mówił jej na ucho.
— Roskaz twej matki zostanie spełnionym!
W dwa dni później samobójczyni spoczywała na cmentarzu w Pougny tak, jak jej ojciec, w ziemi poświęconej.
Kościół był dla nich łaskawym.
W sześć miesięcy później, nic się powierzchownie nie zmieniło w Jonceray.
Bouraille przywiązany całem sercem i duszą do sierot zostających odtąd jedynemi i prawemi spadkobiercami Wincentego Arbaud, w skutek ożenienia się jego z ich matką, Bouraille zaopiekował się dziećmi swego przyjaciela zarządzając majątkiem jak najlepszy ojciec rodziny. Właściciel Jonceray utraciwszy rozum, dotknięty spokojną melancholiją mającą być z czasem uleczoną żył nie mieszając się do niczego, błądząc po polach, lasach i winnicach uśmiechając się do przedmiotu urojonego śmiechem nieszkodliwym dla innych lecz sprawiającym boleść tym co na to patrzeli.
Dzieci i przyjaciele otaczali go poważaniem i względami.
Nastał straszny rok 1870.
Dziwna rzecz, lecz z pierwszym rozgłosem wojny obłąkany zaczął odzyskiwać przytomność.
O ile nieszczęścia Francyi stawały się smutniejsze, o tyle zauważono powrót zdrowego rozumu.
Największe upodobanie znajdował w towarzystwie malej ośmioletniej Magdalenki, okazującej mu szczególniejsze współczucie.
Zadziwiano się nieraz, słysząc wymawiane zagadkowe słowo dziewczęcia. Zemsta!
W końcu listopada stan zdrowia Wincentego poprawiał się z wielkiemi symtomatami na lepsze tak, że pisarz nie powątpiewał bynajmniej o bliskiem zupełnem wyzdrowieniem przyjaciela.
Trzeciego grudnia, w czasie bardzo niskiej temperatury, koło dziewiątej godziny wieczorem, przy blasku najprzepyszniejszej pełni księżyca, oświecającego opustoszałą okolicę, masa czarnej piechoty pruskiej, brnąc na dwie stopy w śniegu, podążała drogą z Paryża do Lyonu, przez Auxerre.
Awangarda, wychodząca z lasu Buisson, na płaszczyznę ciągnącą się pomiędzy Lacauche i Champigneulies usłyszała nagle strzał, z następującemi po sobie i innemi szybko wystrzeliwanemi, w równych przestankach.
Grad kul i śrutu, szerzył śmierć w szeregach nieprzyjacielskich.
Człowiek, leżący w śniegu, podniósł się, zwracając strzał morderczy na Niemców.
Nic go nie zasłaniało.
Zwycięstwo nie mogło być długiem.
Nazajutrz znaleziono trupa na łożu ze śniegu, przeszytego cięciami bagnetów, podziurawionego od kul jak rzeszoto.
Był to obłąkany z Jonceray, Wincenty Arbaud. Odzyskawszy zmysły, zapragnął śmierci.
Dzieci Magdaleny Stefani i Filipa Valencourt, zwały się Filipem i Magdaleną Arbaud, będąc podwójnemi sierotami.
Ci, co byli sprawcami ich biedy i pozbawienia legalnego nazwiska, zostawszy markizem i markizą de Blangy-Cussey, zapomnieli o nieszczęściach ojczyzny i swych zbrodniach zdała od Paryża, nad brzegami morza Śródziemnego, w przepychu i zachwycie Monte-Carlo, upojeni bezgraniczną pomyślnością.
Słabi i silni, niewinni i winni, odnajdą się później.
- ↑ Tytuł części pierwszej dodany na podstawie wydania Haine et amour par Charles Mérouvel Paris 1891 wydawnictwa E. Dentu https://gallica.bnf.fr/ark:/12148/bpt6k69127p/f4.item.r=Haine%20et%20amour