Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Miesiąc! to wiek dla cierpiących, jedno mgnienie dla ludzi szczęśliwych.
Wdowa po Filipie Valencourt, narzeczona Wincentego Arbaud, myślała, że nie doczeka się końca.
Zwłoka ta wydawała się jej wiecznością. Pierwszego tygodnia nabierała odwagi. Jako kobieta uczciwa chciała dotrzymać danego słowa.
Przyznawała racyją powodom, wyłuszczonym przez Bouraille’a. Magdalena nie łudziła się.
Z chwilą poruszenia tego przedmiotu, spokój jej zakłóconym został. Wszystkie rany niezagojone jeszcze i krwią broczące otworzyły się i rozjątrzyły. Ona, która dawniej znajdowała przyjemność w zajmowaniu się domem, chętnie rozmawiała ze służącymi, odwiedzała swych sąsiadów, szczególniej biednych, niosąc im pomoc materjalną i dobre słowo, zamykała się teraz całemi godzinami.
Często błądziła po lesie ze swą maleńką córeczką, wchodziła na szczyty, dominujące nad doliną i płaszczyzną Jonceray i gorączkowo spoglądała na błyszczącą powierzchnię ogromnego stawu, graniczącego z jednej strony z drogą boczną z Paugny do Pontaillier.
O czem myśleć mogła w tych samotnych przechadzkach?
Często dziecię, jedyny świadek jej smutku i cierpień, zapytywało ją o przyczynę tej nagłej zmiany w jej usposobieniu. Z zadziwiającą w tak młodym wieku inteligencyją, zdawało się pojmować cały ogrom jej nieszczęścia, nienawiść, żal i smutek w sercu.
Była ona jedyną powiernicą tej bezgranicznej boleści. Często Magdalena będąc pewną, iż nikt na nie z ukrycia nie spogląda, brała swą córeczkę na ręce, tuliła gorąco do swego serca i szeptała z niewypowiedzianym żalem:
— „Oh! Magdaleno, Magdaleno, kto nas pomści!?“
Dziecię nie miało nigdy wyrazów tych zapomnieć.
Powracając do Jonceray, czyniła nadludzkie usiłowania, aby zwalczyć niepokój i wahanie się.
Dzień za dniem upływały bez zmiany, i już tylko kilka dni dzieliło ją od uroczystości, mającej się odbyć cicho na wyraźne żądanie narzeczonej.
Lecz w takiem miasteczku, jak Pougny, wszelkie nowiny obiegają z nadzwyczajną szybkością, pędzą po płaszczyznach, wdzierają się na wzgórza, wpadają do domów przez drzwi, okna i kominy.
Tylko nie rozchodzą się daleko, pozostają u przyjaciół i sąsiadów.
Zamek Blangy o dwadzieścia mil stamtąd położony był niezamieszkały. Franciszek Valencourt w Paryżu zamieszkał w pałacu przy ulicy de Lille, opuściwszy skromniejszy pałacyk przy ulicy Saint-Guillame.
Spodziewał się, że już nigdy nie usłyszy o wdowie po bracie i o jej dzieciach. I w istocie, nie dowiedział się o tem małżeństwie zawartym w zaroślach i krzakach.
Nieszczęśliwa, zaczęła swobodnie oddychać. Nareszcie upłynęła i ostatnia niedziela. Zapowiedzie wyszły. Wieczorem w pokoju jadalnym w Jonceray, skromnie oświetlonym kilku woskowemi świecami, zabrali się na proszony obiad przyjaciele domu, zadowoleni i weseli szczęściem Wincentego. Ślub był naznaczony na dzień następny, Magdalena zdawała się być przeistoczoną.
Jej twarz zwykle łagodna, lecz i melancholijna, ożywiła się promykiem radości. Nie uszło to uwagi zebranych, szczególniej jej kuzyna i napełniło serce radością i szczęściem.
Od czasu przybycia z Paryża dotąd nie okazywała tyle spokoju i rezygnacyi. Bouraille’a zastanowiło to bardzo.
— Mówiłem pani, że nie pożałujesz swej ofiary! szepnął jej na ucho. Czyś pani nie jest już wynagrodzoną, widząc ile ludzi szczęśliwymi czynisz?
Westchnęła i uśmiechnęła się. Pisarz w duchu pozazdrościł szczęścia
Wincentemu. Z pewnością podobnej kobiety trudno byłoby znaleźć w promieniu dziesięciu mil w około.
Spokój najpożądańszy panował w Jonceray.
Począwszy od wolarza, a skończywszy na służących, wszyscy cieszyli się tem małżeństwem, wszyscy oddychali z zadowoleniem.
Jeden tylko pasterz, stary Burgundczyk, zezowaty, kulawy, nazwiskiem Marcin Calorgne, zabobonny jak wszyscy jego rodacy, podejrzliwy jak lis, małomówny, lecz w potrzebie wyrażający swe zdanie, dorzucał nutę dysonansu do tego ogólnego chóru radości.
Magdalena umiała zyskać przyjaźń tych, co ją otaczali.
— Bardzo dobra pani — mówiły służące. — U niej serce zawsze jak na dłoni, a jaka uprzejma, grzeczna!
— Nie plećcie głupstw — gderał Calorgne — źle robi nasz pan, żeniąc się z panią Magdaleną. Jemu potrzebna gospodyni, a jej ręce za białe, za bardzo wypieszczone, aby zająć się ciężką pracą. Przytem wielki to nierozsądek kłopotać się o cudze bachory.
Poglądy Calorgne’a nie były tak bezrozumne, jak to się z początku wydawać mogło.
— Biedny człowiek rzuciłby się był do wody, gdyby mu odmówiła — wtrąciła pomywaczka.
— Nie uczynił tego teraz, to zrobi później — mruczał pod nosem wolarz.
Nikt nie podzielał jego zdania.
Córka pułkownika zwracała na siebie ogólną uwagę w Pougny.
Choć rzadko pokazywała się na ulicy, jednak jej skromność i wdzięk wrodzony nie pozwalały zapominać o niej nawet tym, co ją choćby raz tylko widzieli, jednając ogólną sympatyją.
W ciągu ostatniego tygodnia widywano ją jeszcze rzadziej.
Przez cały czas, gdy jej kuzyn zatrudnionym był w polu przy dozorowaniu najemników, była to bowiem wiosna w całym rozkwicie, Magdalena siedziała w swoim pokoju, nie pokazując się wcale.
Wychodziła tylko w godzinach przeznaczonych na posiłek, starając się być ujmującą i uprzejmą dla wszystkich bez wyjątku, w szczególności dla pana domu.
Płonne obawy Wincentego zniknęły, rozwiały się jak dym powiewem wichru porwany.
Sądził, że wszystkie już przeszkody były zwalczone. Czuł, że szczęście jego zaczyna się opierać na trwalszych podstawach. Jeszcze tylko chwil kilka, szybkich jak błyskawica, a osiągnie szczęście, szczęście, którego już sam przedsmak wstrząsał nim do głębi duszy.
Obojętną była mu jej przeszłość, obojętnemi uwagi, obiegająca po okolicy nad jej dawniejszem życiem. Wiedział, że Magdalena jest uosobieniem dobroci, że dała mu słowo, którego się nawet nie śmiał spodziewać, wiedział, że była najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek miał sposobność widzieć, i ten wymarzony, wyśniony ideał miał wkrótce niepodzielnie do niego należeć, należeć ciałem i duszą na zawsze, na całe życia!
Ziszczone więc najgorętsze marzenia.
Cóż przecież ona, jego ubóstwiana, robiła? Pisywała całemi godzinami przy kołysce syna.
Córeczka jej, utkwiwszy swe duże, błyszczące oczy w oblicze matki, śledziła każde jej poruszenie, jej ruch żywszy, zadając sobie pytanie: „Co to będzie, co mama robi?“
Często matka, odpowiadając na nieme jej zapytanie, całowała ją, mówiąc:
— Przeczytasz kiedy dorośniesz.
Dziecię się zapytywało głosem poważnym:
— To mamusi nie będzie, aby mi to opowiedziała?
— Może.
Pióro biegło dalej po papierze.
Kartki zapełniały się za kartkami, linije układały się za linijami na białym, gładkim papierze, a łzy, spływające z oczów wdowy, srebrnemi kropelkami padały na równą powierzchnię, tworząc małe, okrągłe plamki.
Kiedyś, później, mała jej córeczka miała odnaleźć te nieme świadki boleści nieszczęśliwej, odnaleźć. i... zrozumieć.
Ta dziwna praca trwała do wigilii dnia, w którym wreszcie Wincenty dozgonnemi węzły miał się połączyć z ukochaną, dnia, na myśl o którym uczucie niebiańskiego szczęścia napełniało całe istotę Wincentego, dnia, na myśl o którym bolesny kurcz ściekał serce jego przyszłej małżonki, Piąty czerwca nadszedł nareszcie.
Na wschodzie cudownym blaskiem zaróżowiła się jutrzenka, poprzedzająca w ten dzień uroczysty wyjątkowo prześliczny poranek wiosenny.
Od świtu wszyscy w Jonceray byli już na nogach. Chociaż wesele miało się odbyć tylko w najściślejszym kółku, przygotowywano stosy jadła i picia.
Ile ofiar nienasyconego łakomstwa ludzkiego padało pod ciosami noży i toporów! Ile butelek najlepszych trunków wydobyto z piwnic głębokich! — Byłoby czem nakarmić choćby i bataljon zgłodniałych zmęczonych żołnierzy po wielkich manewrach.
— Wincenty Arbaud chodził od jednej do drugiej zachęcając do pracy, dodając rady i napomnienia.
— Dalej, Moniko, wolał wesoło, bierz się do roboty, trzeba się odznaczyć, moja dziewczyno! Będzie proboszcz, lubiący dobre sosy, i ojciec Coraguol, sędzia pokoju. Chodź tu, Zofjo! Prędzej Justyno! Przygotuj wszystko starannie, moja droga. Wszak to dziś wielka dla mnie uroczystość.
Prawda, była to dla niego wielka uroczystość, dzień, który miał być najpiękniejszym w jego życiu.
Rozmarzony bliskiem szczęściem, wszystko widział w różowem świetle. Ach! jak wolno, jak nieznośnie długo upływał ten dzień, jak powoli zbliżał się wieczór, który po załatwieniu wszystkich formalności podczas dnia, otworzy przed nim niebo rozkoszy jakby za dotknięciem laseczki czarodziejskiej, uniesie go w cudowną uroczą krainę miłości. I czegóż się miał obawiać?
Znał kuzynkę od urodzenia, zawsze ją kochał, naprzód uczuciem brata, później jedną z tych namiętności, które druzgocąc, niszcząc najgroźniejsze nawet przeszkody, poświęcają wszystko, choćby z narażeniem własnego życia, aby posiąść ukochaną.
Ona była pierwszą i ostatnią jego miłością, ona natchnęła go tą bezmierna, szaloną namiętnością, tymczasem honor nakazywał mu dawniej milczeć, taić w głębi serca swój ból i rozpacz bezgraniczną. Bouraille, wszystko widzący i wiedzący użył dobitniejszych argumentów dla przekonania Magdaleny i otrzymania od niej przyrzeczenia.
Wincenty mógł się słusznie chlubić tak szczerym, tak prawdziwym przyjacielem. Słaby i czuły, pod powierzchownością szorstką, jak kora dębu, ukrywał swą miłość zawiedzioną, umarłby ze zmartwienia, nie poskarżywszy się przed nikim, gdyby pisarz niepodtrzymywał go i nie podpierał, jak mocna belka podtrzymuje chylący się do upadku mur.
Podtrzymywał go humorem i zdrowym chłopskim rozsądkiem, dotrzymywał mu towarzystwa, nie pozostawiając go ani na chwilę w niebezpiecznej dlań samotności.
Czyż się umiera dla podobnej kobiety, zdolnej upaść, pozwalającej się opanować jednemu z tych rozpustników zepsutych robiących sobie igraszki z gubienia niewinnej dziewczyny! Należało czekać. Zobaczyć, co się dalej stanie. Błędy zawsze otrzymają karę, to pewne i nieuniknione, jak śmierć dla każdego stworzenia. Cierpliwość jest cnotą, nie pozostającą nigdy bez wynagrodzenia.
Wincenty Arbaud był cierpliwym, lecz Bóg raczył wiedzieć, jakie burze szalały w jego sercu, jakiemi katuszami tę cierpliwość opłacał.
Był też za nią sowicie wynagrodzony. Gdy stara Marion zawiadomiła go o wypadku Filipa Valencourt, gdy się dowiedział, że jego ubóstwiana jest wolna, czuł nadziemską prawie radość, lecz nowa niepewność znów przestraszyła go. Nakoniec!
Okrzyk ulgi wydobył mu się z piersi. Nienależy żądać, aby ludzie byli lepszymi, niż są w rzeczywistości.
Najbogatsze nawet kopalnie zawierają zawsze żużle.
Wincenty z Bouraill’em pomknęli do Paryża.
W drodze męczyły go różne pokusy, opanowywały popędy niegodnej radości na myśl iż Magdalena cierpiała także. Był to jego odwet, kompensata za tyloletnią rozpacz i zazdrość.
Bouraille strofował go.
— To niegodne ciebie, mówił. Tyś więcej wart, niżeli ci się zdaje.
Napomnienie to zwróciło jego myśl na inne, szlachetniejsze tory.
Wobec nieszczęśliwej wdowy Wincenty myślał tylko o ukojenia tego bezmiernego bólu, jakiego był świadkiem.
Miłość jego odżyła, tym razem silniejsza jeszcze i szlachetniejsza.
On zawsze uważał ją za godną tej namiętnej miłości, inni powątpiewali o tem. Magdalena dowiodła, że się mylili.
Wszystko w niej zdało mu się pięknem, czystem, i jasnem, jak upajające, wzbudzające żar namiętny spojrzenie jej wielkich, powłóczystych oczu.
Ten tylko, kto kochał, kto cierpiał dla miłości, zrozumie jego radość, jaką na wspomnienie blizkiego szczęścia doznawał. Już niedługo będzie przechodził przy odgłosie dzwonu przez rynek małego miasteczka, prowadząc pod rękę Magdalenę, swą żonę przed Bogiem i ludźmi.
Nieopisana radość jakby aureolą opromieniała twarz jego.
Nie mamy zamiaru bliżej opisywać tu tę uroczystość wiejską.
Spichlerz, przyozdobiony zielonemi girlandami z małych gałązek i polnych kwiatów, zastępował sale bankietową. Monika i jej towarzyszki stały się przedmiotem zasłużonej owacyi.
Niezliczoną moc potraw: indyki, kury, kaczki, leguminy wnoszono i wynoszono bezustannie przez kilka godzın. Wypróżniano butelki starego wybornego wina, a pan, przyjaciele i służba, siedząc przy jednym stole, z zapałem wznosili toasty za pomyślność nowozaślubionych.
Bystry obserwator mógłby przecież zauważyć dwie smutne postacie pośród tego wesołego rozbawionego grona.
Mała Magdalena, córka Filipa Valencourt, siedząc koło matki tuliła się do niej, jakby obawiając się, iż tę jedyną, kochającą ją istotę, wkrótce utraci.
Przy końcu zaś stołu Marcin Calorgne mówił półgłosem do swej sąsiadki, starej wieśniaczki z miasteczka, przyjaciółki Bouraille’a i Arbaud.
— To szczególne, Rozalijo, wesele to przeraża mnie. Dalibóg! zdaje mi się, że ono nam przyniesie nieszczęście.
Nic nie wróżyło smutnego zakończenia tej wesołej uroczystości.
Jeden tylko stary pasterz miał węch marynarza, przewidującego burzę, pomimo, że podróżni widzą najzupełniejszą ciszę.
Jeden też z gości, choć już dobrze podpiły, podzielał też tę niewytłumaczoną instynktowną obawę. Był to Bouraille.
Lecz był on na tyle delikatnym, iż ukrywał swą trwogę wewnętrzną, starając ukryć dźwięczącą w jego głosie nutę smutku i nadać pozory wesołości chwili nad którą krążyła ciemna chmura smutku.
Ukradkiem badał on fizjognomią swej klijentki, której również jak i Wincentemu z duszy i serca życzył jak największej sumy szczęścia, możliwego na tym padole łez i płaczu.
Magdalena czuła jego wzrok, zwrócony na siebie, starała się więc ze wszystkich sił przybrać wyraz spokoju i wesołości, wyraz, który na jej twarzy tak rzadko się pojawiał i który niewymowną sprawiał jej mężowi radość.
Tak... Wincenty był już jej mężem. Wójt i proboszcz podpisali akt ślubny, związek między nimi już nie mógł być rozerwany.
Wdowa po Filipie Valencourt za kilka już godzin zacznie nowe życie, zejdzie z wysokości, na której ją postawiła pamiętna miłość siostrzeńca pana de Blangy, żyć odtąd będzie pośród gminu, pośród małych wiejskich właścicieli, „rur“ jak ich z pogardą nazywano.
Zmuszona oddać się bez miłości człowiekowi, o którym sądziła, iż przynajmniej przez wdzięczność go kocha, uczuła teraz smutną rzeczywistość. Cała groza jej położenia jasno stanęła przed jej oczyma, czuła do niego obojętność, wstręt, nawet, a im bliższą była chwila ofiary, tem większa rozpacz ją ogarniała.
Bouraille rozumiał ten stan jej duszy, ale nie zupełnie. Wyraz twarzy nieszczęśliwej pozostał nie przenikniony, niepojęty, jak książka otwarta a jednak niezrozumiała, bo w obcym nam języku napisana.
Nie był teraz już pewny, czy to małżeństwo z takim trudem i mozołem przez niego do skutku doprowadzone, szczęśliwem w przyszłości będzie.
Z iskrzących się pucharów ognistego wina, bezustannie krążących koło stołu, widział, czy też zdawało mu się, że dostrzegał twarz Magdaleny wzruszeniem zmienioną, jej oczy, rzucające płomienie gniewu, płomienie niebezpieczne dla jego dzieła.
Czy to była halucynacyja rozmarzonego i rozognionego upajającemi trunkami mózgu?
Podczas uczt, podobnych dzisiejszym, byłoby prawie niemożliwem siedzieć ciągle na tem samem miejscu, nie oddalając się od stołu; koniecznemi były jakieś przerwy, antrakty w czasie których możnaby odpocząć i swobodnie odetchnąć świeżem powietrzem, W czasie jednej z takich przerw Bouraille, pragnąc uspokoić Magdalenę, zbliżył się do niej i wziąwszy pod rękę, poprowadził na samotną przechadzkę w ciemnym szpalerze z grabiny najpiękniejszym, jaki znajdował się, w ogrodzie.
— A więc — zapytał półgłosem — czuje się pani szczęśliwą?
— Pocóż to pytanie?
— Bo są chwile, w których śmiałbym o tym powątpiewać.
— Czy na prawdę?
— Tak, — na prawdę. Spojrzawszy na panią kilka razy, zauważyłem jakby cień smutku pod tą przybraną powłoką wesołości...
— Proszę pana o milczenie.
— Przecież to dziś wesele... a nie pogrzeb.
Czyż Bouraille wymówił te słowa w złą godziny jak się to ludziom nawet najdowcipniejszym zdarza?
Magdalena zmieszana wyrzekła.
— Przestraszasz mię pan swojem wyrażeniem.
Nerwowy dreszcz wstrząsnął nią od stóp do głowy.
— Brr! dodała, zdaje mi się, jakbym zlodowaciała.
— Pogoda prześliczna, mamy dziś dzień gorący — mówił Bouraille, wpatrując się w nią przenikliwie swemi małemi, przymrużonemi oczkami.
Wyprostowała się i odrzekła z uśmiechem:
— Sądzi pan, że to tak łatwo zapomnieć o przeszłości... Trzeba na to czasu... Robię, co mogę.
— Czy to prawda?
— Przysięgam panu.
— Niech i tak będzie.
Dzień miał się już ku schyłkowi. Wszystko na świecie skończyć się musi, najweselsza nawet zabawa musi mieć zakończenie.
— Uspokój się pani, powiedział Bouraille. Podejmuję się uwolnić panią od tych natrętów.
— To nie natręci, to przyjaciele.
— Są chwile, w których najlepsi nawet przyjaciele są dla nas niepożądani.
— Nie śpiesz się pan.
— Rozumiem panią, lecz nie wszyscy tak sądzą, jak pani, jest ktoś, co z całej duszy pragnie zakończenia. Bouraille przesadził. Widocznie wypił za wiele wina.
Magdalena zarumieniła się po uszy. Córeczka jej, żyjący portret matki, szybko podbiegła do niej w tej chwili i objąwszy małemi rączkami jej kształtną kibić, tuląc się, szczebiotała:
— Gdzie się mamusia schowała? Myślałam już, że mama zginie.
— Odtąd już cię nie opuszczę.
Bouraille zaczerwienił się i przygryzł wargi. Ta niezrozumiała zazdrość dziecka uderzyła go. Dotrzymał jednakowoż słowa.
W trzy kwadranse później po tym balu wiejskim, który trwałby zapewne do rana, gdyby pozwolono na to młodzieży z Pougny, zawsze ochoczej do zabawy, cisza zaległa na folwarku Jonceray, skąpanym w srebrzystym blasku księżyca.
Magdalena w szarej, skromnej sukni, jednej z tych, jakie jej pozostały po świetnych czasach w Passy, powracała do domu, trzymając za rękę swą małą córeczką.
W tem jakaś ręka nieśmiało dotknęła jej ramienia i drżący głos szepnął jej do ucha.
— Błagam cię, pośpiesz się!
Był to Wincenty. Jak śmiesznym wydawał się jej w swym stroju weselnym, pasującym do niego, jak infuła biskupia żebrakowi. Co za porównanie ze zmarłym.
Bez wątpienia, umysł Magdaleny wyższy był nad takie drobnostki, lecz czasem wystarcza jedna kropelka, aby przepełnić kielich, już przed tem dostatecznie napełniony.
Schyliła swą śliczna, melancholijna główkę, a uśmiechając się z niewysłowioną czułością z cicha wyszeptała.
— Tak... niedługo... za godzinę, lecz teraz cicho.
Wskazała na małą Magdalenę tak, aby tylko mąż mógł jej poruszenie dostrzec.
Rozłączyli się.
Wincenty Arbaud patrzył długo, jak oddalała się wolnym krokiem w aleję sadu, pomiędzy kwatery róż i lilij, cudowną wonią napełniające cały ogród.
Szła, jakby przygnieciona olbrzymim ciężarem, pochylona cokolwiek naprzód, ale zawsze piękna, majestatyczna jak królowa, biała narzutka zsunęła się z jej obnażonych ramion i świeciły one teraz w ciemności oślepiającą prawie białością.
Wincentemu nie przyszło nawet do głowy pójść za nią.
Rozumiał on skromność matki, pragnącej naprzód uśpić swe dzieci, a potem dopiero podążyć do tego, który im ojca zastępował, który tak szczerą i bezinteresowną otaczał je miłością.
Był on jej niewolnikiem prawie, niewolnikiem, który wszystko, życie nawet poświęciłby, aby zadowolnić jedno żądanie, kaprys nawet, swej pięknej władczyni.
Magdalena ujarzmiła go swym tkliwem łagodnem spojrzeniem, zmuszała go do miłości, może być, jeszcze tkliwszej i silniejszej, niż przed ślubem.
Zresztą poczekać jeszcze godzinkę u wrót szczęścia, to niewiele dla niego, który na nią już tyle lat nigdy niewyczerpaną cierpliwością oczekiwał. Błądził po ogrodzie, szukając śladów swej ukochanej, oddychając wonią tych kwiatów, wonią których i ona oddychała.
Z okien parterowych płynęły fale światła.
Ruch w kuchni i w ogrodzie był nie mniejszy, niż rano, ale zupełnie odmiennego rodzaju.
Wszystko teraz sprzątano, ustawiano na zwykłem miejscu.
Dom przedstawiał się jak mrowisko, zniszczone nielitościwą ręką, a szybko i zręcznie naprawiane przez niezmordowane pracownice.
Wszędzie leżały stosy poprzewracanych talerzy, nakryć i wypróżnionych butelek.
Pozostali się już sami tylko domownicy, pomiędzy którymi rej wodził stary Marcin Calorgne, rozgrzany i rozgorączkowany starem dobrem winem.
— Ależ narzeczona rzeczywiście śliczna — mówił — z pewnością na całej przestrzeni i do Dijon nawet trudnoby było znaleźć jej równą piękność.
Arbaud, przechodzący w tej chwili około kuchni, zatrzymał się na chwilę, przycisnąwszy swe silnie bijące serce obudwoma rękami.
— Oh! tak — piękna, piękna, przechodząca najśmielsze nawet marzenia, I ona do niego wkrótce już należyć będzie.
Upojony radością powątpiewał prawie o swojem szczęściu.
Marcin Calorgue mówił dalej.
— Ale mówcie sobie co chcecie, a ja zawsze będę powtarzał, że nie należy wołu zaprzęgać do karety, kwiatka przypinać do kożucha. Nikt mnie nie przekona, że powinno być inaczej. Młoda pani stworzona dla jakiego markiza, a nie dla właściciela winnicy. Kto dożyje — przekona się.
Wincenty Arbaud wsparł się na swej lasce, jakby ogłuszony temi niespodziewanemi słowami.
— Czy ty zamilczysz, złowieszczy kruka — doleciał z kuchni głos jednej ze służących — nie wstydzisz się tak wyrażać o człowieku, który dla ciebie jest tak dobrym i łaskawym.
Pasterz nie uniósł się, lecz odpowiedział z zimną krwią.
— Pana mego kocham więcej może, niż wy tu wszyscy, ale to mi wcale nie przeszkadza mówić prawdy. Jeżeli się mylę, tem lepiej. Trudno zresztą przewidzieć dziś to, co się stać może w niedalekiej przyszłości.
Szmer niezadowolenia powstał koło starego gaduły.
Wszystkie Moniki, Rozalije,Justyny zamierzyły się na niego, gdyby wymówił choć jedno jeszcze słowo, z pewnością rozstrzaskałyby o niego wszystkie talerze, rondle i półmiski.
— Idź spać, stary czarowniku, zakończyła Monika, powaga kuchni... Zawieleś pił, ty pijaku!
Bunt był ogólny, lecz pasterz nie liczył się do rzędu lękliwych.
Zresztą nie obawiał się niczego, podtrzymywany na duchu stosem do połowy powypróżnianych butelek. Powstał, stawiając czoło burzy. Wincenty Arbaud oddalił się. Z ogrodu wyszedł na wieś. Czuł się w melancholijnem usposobieniu.
Rozmowa tego prostaka, rozmowa, w której za grosz nie było sensu, prześladowała go, jak szczekanie psów prześladuje uciekającego trwożliwego zająca.
Zatrzymał się na obrosłym winoroślami pagórku.
Stąd jak na dłoni, mógł obserwować cały dom swój.
Patrzał na okna mieszkań parterowych oświeconych błyszczącym płomieniem świec woskowych, na wiązki chrustu, płonącego na obszernym kominie w kuchni, wreszcie na końcu domu na pierwszem piętrze, w ostatnim oknie na jasnem jego tle poruszała się tam i napowrót jakaś ciemna postać, Magdalena!
Czy godziło się powątpiewać o niej? Gdyby go była nie kochała nie dałaby z pewnością swego zezwolenia na ślub. Czyż zadrżała, wymawiając przed merem uroczyste słowo przysięgi, czyż udawała wzruszenie odpowiadając na pytanie księdza.
— Nie.
Ona go kochała, dowodził tego jej uśmiech słodki i czuły, trochę smutny może, lecz przecież żal i żałoba były tak świeże jeszcze, tak niedawne, dowodziły tego ich wspólne projekty, gdy podczas ostatnich z nim spacerów proponowała mu różne zmiany co do urządzenia domostwa, które byłby porzucił, gdyby nie przyjęła jego oświadczyn.
Co za szaleństwo przejmować się głupiemi przypuszczeniami starego pasterza. Przecież w okolicy wszyscy znali go, wszyscy wiedzieli iż wszelkie bez wyjątku złowróżbne przepowiednie jego nigdy się nie sprawdzały.
I on także nie czuł do niego żalu, przypisywał swój zły humor innym powodom. Postanowił powrócić do Jonceray, gdzie już po tak wesoło przepędzonem dniu zaczęła zalegać cisza.
Zaledwie uczynił kilka kroków, gdy zegar w miasteczka wybił jedenastą godzinę.
Czysty odgłos dzwonka daleko rozbrzmiewał i odbijał się czystem echem po okolicy.
Wincenty zaczął iść prędzej. Pozostawił Magdalenie dłuższą zwłokę niż żądała.
Pewny szczęścia, po cóż się miał śpieszyć? Widział ją wyraźnie przed sobą, świeżą, białą jak lilijka, olśniewającą z rozpuszczonemi blond włosami, rozmarzoną samą w swym pokoiku, z niecierpliwością oczekującą na niego.
Nie chciał być przez nikogo widzianym ostrożnie wśliznął się na schody, przeszedł jak cień przez korytarz, prowadzący do jej mieszkania, i cichutko zatrzymał się przed drzwiami z sercem silnie bijącem ze wzruszenia, z nabiegającą mu do głowy gorącą falą krwi — niezdolny wymówić choćby jednego słowa.
Położył rękę na kluczu i przysłuchiwał się szmerowi wewnątrz.
Zdawało mu się, że uszu jego doszedł jakby szelest materyi przesuwającej się po dywanie, i zaraz potem lekki szmer jakby ktoś zamykał z wielką ostrożnością drzwi z przeciwnej strony pokoju.
Potem zaległa cisza.
Chciał otworzyć drzwi, klucz nie obrócił się w zamku.
Zimny pot oblał go od stóp do głowy, dotkliwy ból ścisnął mu serce.
Co się tam stać mogło?
Wreszcie zastanowił się i uspokoił.
Cóżby się stać mogło w pokoju, obok którego spało dwoje dzieci Magdaleny i stara Marion.
Marion była przecież do niej tak przywiązana, tyle dowodów tego dała.
Zawołał nieśmiało:
— Magdaleno!
Nikt nie odpowiadał.
— E! głupstwo! — próżny przestrach, Marion przecież tam była.
Marion, która użyła całego swego wpływa na panią, aby ją skłonić do zawarcia tego małżeństwa. Wiedział dobrze o tem. Wychwalała jego przymioty: jego dobroć, szlachetność, bezinteresowność, jednem słowem używała wszystkich możliwych środków. Pan z Jonceray miał w niej wspólniczkę, bardziej nawet wpływową, niż Bouraille: przebywając bezustannie z córką pułkownika, zyskała ona nad nią przewagę, macierzyńską prawie.
Marion tam była. Czuwała jeszcze. Był tego pewnym. W ciemnym korytarzu widział cienką, żółtawą smugę światła z lampki nocnej, przeciskającą się przez szczeliny w drzwiach.
Magdalena nie była prawdopodobnie przy dzieciach.
Powróci pewno niebawem.
Oparł się o mur i czekał kilka minut. Wreszcie zastukał, wołając silniej:
— Magdaleno!
Cisza.
Ponowił wołanie, lecz bezskutecznie.
Przerażenie owładnęło nim.
Dwuznaczne słowa pasterza zabłysły mu w głowie.
Dlaczego ten czarownik tak powątpiewał o stosowności tego małżeństwa?
Czyżby miał jaki powód do podobnych przepowiedni. Czyżby Magdalena była próżną, elegantką, czyżby Paryż ją tak zmienił, zepsuł, przekształcił do niepoznania? Marcin Calorgne musiał coś wiedzieć. Ci ludzie błądzący w nocy, po polach, po lasach, przewąchują tajemnicę, jak psy myśliwskie grubą zwierzynę. Zresztą, czyż Magdalena już raz nie upadła?
Na tę myśl włosy najeżyły mu się na głowie, gniew wściekły zamiotał nim, jak silny wicher drobnym listkiem osiny; zdawało mu się, że zwaryjuje. Myśli plątały się... w głowie jego powstawał jakiś bezładny chaos. Chciał zbadać prawdę, silną ręką pochwycił za klucz i roztrzaskał go w tym uściska szalonym.
Popchnął drzwi — były zaryglowane.
Zmienił drogę, zapukał do dziecinnego pokoju.
Usłyszał ciężkie stąpanie.
To Marion.
— Kto tam? zapytała.
— Ja. Wincenty.
— Ty! zawołała zdziwiona służąca.
— Gdzie pani?
— Twoja żona?
— Magdalena?
— U siebie zapewne.
— Nie ma jej.
Marion wzruszyła ramionami.
— Gdzież chcesz, aby była?
Wskazała drzwi, łączące dwa pokoje.
— Wejdź, rzekła z dziwnem spojrzeniem.
Zatrzymał się. Zdjęła go jakaś niewytłumaczona obawa. Przystąpił do kolebki. Dwie główki dziecięce spoczywały na białych, jak śnieg, poduszeczkach.
— Śpią, wyrzekł, zwracając się do Marion.
— Tak, odpowiedziała. Ona była tutaj przed chwilą. Nie mogła uśpić córeczki, a gdy ta wreszcie usnęła, całowała ją długo.. synka także, ale z mniejszą czułością. Zdawałoby się, że więcej kocha małą Magdalenkę. Nie mogła się od niej oderwać.
Dla czego słowa, wyrzeczone przez pasterza, przejmowały dreszczem męża Magdaleny?
Dla czego pozostał nieruchomy, jakby przykuty do ziemi, nie śmiejąc, nie mogąc podnieść oczu na przyległy pokój, o którym przed dwiema niespełna godzinami marzył w upojeniu radości.
— Idźże! zachęcała Marion... Czyż nie dosyć jesteś szczęśliwym.
Spojrzał na nią. Wyraz szczerości i dobroduszności, malujący się na jej obliczu, dodał mu otuchy.
Starał się odepchnąć precz odpędzić od siebie te natrętne myśli, które go napastowały.
Przestąpił próg. Świece były pogaszone. Zbliżył się do łóżka ukrytego za grubą kotarą i cofnął się z zastygłem na ustach wykrzykiem.
Łóżko nie było posłane.
Słaby promyk księżyca, wdzierając się przez otwory w okiennicach, oświecał wnętrze skromnie umeblowanego pokoju.
Gdzie była Magdalena?
W jednej chwili zrozumiał wszystko, zrozumiał nieszczęście, które jak groźna chmura zawisło nad jego domem; bolesny, za duszę chwytający jęk przedarł mu się przez drżące wargi:
— Marion!
Stara służąca ukazała się przy wejściu z lichtarzem w ręku.
Wincenty spostrzegł papiery, rozłożone na stole. Jeden z nich, położony osobno, uderzył go zaraz. Drżącą ręką skreślony nadgłówek brzmiał:
„Do mego męża.“
Z dzikiem wejrzeniem pijany szałem i bólem przebiegł oczyma kilka wierszy.
Na kolanach, z krwawemi łzami w oczach błagam cię o przebaczenie.
Dając ci me zezwolenie myślałam, iż znajdę w sobie dosyć sił, aby dotrzymać danego ci słowa. Nie mogę. Zmarły, którego ukochałam, który mię naprzód zniesławił, podniósł potem, przywołuje mię do siebie: idę się z nim połączyć.
Idę tam z rozpaczą w sercu, z wieczną, niezmytą plamą na sumienia, żem danego słowa dotrzymać nie miała.
Jestem podłą — wiem o tem. Lecz idę, bo tam mię spokój i cisza wieczysta oczekuje.
Z dziećmi memi zrób co chcesz: wypędź je, znienawidź. Masz do tego prawo!
Przychodziła mi do głowy zbrodnicza myśl zabrania ich z sobą.
Ale to zbrodnia nad moje siły!
Żegnam cię Wincenty. Przeklnij mię! Przekleństwo ojca mego ściga mię bezustannie, zawsze. Dorzuć i ty swoje.
Czyż zło, które ci wyrządzam; nie równa się pchnięciu sztyletom w same piersi?
Wiem o tem, klnę się na duszę, iż nie chciałabym tego robić, a jednak czynię to.
Nie jestem złą, a przecież zabijam cię. Pragnęłam cię widzieć szczęśliwym, jak na to zasługujesz. Żegnam cię. Nie spocznę nawet w poświęconej ziemi.
Widzisz, żem przeklęta. Dałby Bóg, aby ta straszna, ostatnia klątwa umierającego starca nie dosięgła mych biednych dzieci.
Po raz ostatni żegnaj mi. Serce mi się krwawi, opuszczając was, ostatnia myśl moja będzie o was, a jednak muszę, muszę, muszę. Żegnam! Żegnam was Magdalena.“
Dokończył tego strasznego listu. I stał tak wyprostowany, nieruchomy, podobny do szaleńca, starającego się zatrzymać wątek poplątanych myśli nagle wydał ryk przeraźliwy i rzucił się ku oknu.
— Magdalena! Niechaj jej szukają. Wstawać... Biegnijcie ze wszystkich stron... wszędzie.
— Staw! tam!
Roztworzył naroścież okno i rzucił się na dół z przeraźliwym krzykiem.
W jednej chwili wszyscy byli na nogach: nawet pasterz zadowolony, iż tak rychło jego przepowiednia się spełniła.
Wobec jednak tak wielkiego nieszczęścia, pogrążającego w czarną rozpacz wszystkich na folwarku, przed kilka godzinami tak wesołym i ożywionym, zachowywał się milcząco.
Wincenty Arbaud nie dał się wyprzedzić innym.
Pobiegł szybko drogą, wiodącą do stawu. Było to wielkie i głębokie bagnisko, otoczone pasem trzcin i traw wyrosłych.
Myśl nieszczęśliwego zaraz w pierwszej chwili uniosła go w to straszne miejsce, umysł targany nadzieją, to najstraszniejszemi przypuszczeniami, cierpiał niewypowiedziane męki.
Gdybyś czytelniku zapóźniony zabłąkał się w tę stronę pola przerżniętego ścieżką, prowadzącą do stawu zobaczyłbyś nie człowieka, lecz widmo z najeżonemi włosami, dążące w szalonym pędzie ku przejrzystej wodzie w głębi doliny.
Służba nadbiegła na drogę nad stawem, badając przestraszonym wzrokiem głębinę wód, usłyszała w pewnej odległości od zdjętych stawideł plusk podobny do plasku wydry, zanurzającej się w wodę w pogoni za uciekającomi rybami, lecz odgłos ten był silniejszy i głośniejszy, poczem spostrzegli na powierzchni wody człowieka, zwracającego się do drogi, unoszącego jakby ciężar jakiś. Pływak szybował po wodzie z nadludzką siłą.
W kilku sążniach dobił do brzegu, a trzymając w rękach nerwowo ciało martwe, wyrwane z otchłani, złożył je na łódce, ukląkł koło niego, przywołując je głosem żałosnym.
Ciało pozostało nieruchome i bez oddechu.
— Doktora! doktora! wołał zrozpaczony. Próżne żądanie!
Aby go znaleść, potrzeba było najmniej dwóch godzin czasu a śmierć nie pozostawiała tak długiej zwłoki.
Przeznaczenie czy klątwa spełniły się. Magdalena nie żyła.
Wincenty Arbaud zrozumiał bezskuteczność swych usiłowań, próśb i pieszczot, schwycił umarłą w swe objęcia i poniósł jako łup najdroższy, odpychając wszystkich, pragnących mubyć pomocą, aż do pokoju z którego wyszła przed kilka godzinami.
O północy spoczywała na swem łożu, spokojna nieruchoma pogrążona w śnie wiecznym, ręce obnażone wyciągnięte na kołdrze odznaczały przepyszne swe kształty, pierś biała jak marmur, szyja utoczona jakby arcydzieło rzeźbiarstwa.
Córka zmarłej mała Magdalena, smutna i pomieszana, nie odwracała swych wielkich przestraszonych ocząt od twarzy matki, jak gdyby chciała je wyryć w pamięci i utrwalić na wieki wspomnienie tej niezatartej nocy.
Filip jej syn, sądząc ją nie umarłą, lecz śpiącą, za mały jeszcze by pojąć nieszczęście chwili, okrywał ręce pocałunkami, dziwiąc się, że są taki zimne.
Wincenty Arbaud skurczony na dywanie, spoglądał kolejno na trupa, dzieci i służbę okiem zbłąkanem, skąd znikła wszelka świadomość.
Zwaryjował.
Gdy w kilka chwil później Bouraille i sędzia pokoju przyzwani czemprędzej weszli do śmiertelnego pokoju pierwszy przedmiot jaki ich uderzył przy liście zmarłej, był gruby kajet z czarną pieczęcią z napisem dużemi literami.
„Dla mej córki Magdaleny gdy dojdzie lat osiemnastu. Dla mego syna, gdy będzie miał dwadzieścia lat“
Było to kompletne opowiadanie opisane przez nieszczęśliwą matką, wypadków i zgryzot przebytych już szczegółowo przez nas skreślonych.
Zwalczona niemożebnemi do przeniesienia cierpieniami, rozjątrzona pomimo swej łagodności i zrezygnowania, zobowiązywała dzieci do zemsty czyniąc nijako ulgę swym bólom.
Bouraille, pozostający ich opiekunem, złożył ten straszny testament w bezpieczne zamknięcie a ściskając w swych objęciach małą Magdalenę patrzącą na niego z dzikiem spojrzeniom, mówił jej na ucho.
— Roskaz twej matki zostanie spełnionym!
W dwa dni później samobójczyni spoczywała na cmentarzu w Pougny tak, jak jej ojciec, w ziemi poświęconej.
Kościół był dla nich łaskawym.
W sześć miesięcy później, nic się powierzchownie nie zmieniło w Jonceray.
Bouraille przywiązany całem sercem i duszą do sierot zostających odtąd jedynemi i prawemi spadkobiercami Wincentego Arbaud, w skutek ożenienia się jego z ich matką, Bouraille zaopiekował się dziećmi swego przyjaciela zarządzając majątkiem jak najlepszy ojciec rodziny. Właściciel Jonceray utraciwszy rozum, dotknięty spokojną melancholiją mającą być z czasem uleczoną żył nie mieszając się do niczego, błądząc po polach, lasach i winnicach uśmiechając się do przedmiotu urojonego śmiechem nieszkodliwym dla innych lecz sprawiającym boleść tym co na to patrzeli.
Dzieci i przyjaciele otaczali go poważaniem i względami.
Nastał straszny rok 1870.
Dziwna rzecz, lecz z pierwszym rozgłosem wojny obłąkany zaczął odzyskiwać przytomność.
O ile nieszczęścia Francyi stawały się smutniejsze, o tyle zauważono powrót zdrowego rozumu.
Największe upodobanie znajdował w towarzystwie malej ośmioletniej Magdalenki, okazującej mu szczególniejsze współczucie.
Zadziwiano się nieraz, słysząc wymawiane zagadkowe słowo dziewczęcia. Zemsta!
W końcu listopada stan zdrowia Wincentego poprawiał się z wielkiemi symtomatami na lepsze tak, że pisarz nie powątpiewał bynajmniej o bliskiem zupełnem wyzdrowieniem przyjaciela.
Trzeciego grudnia, w czasie bardzo niskiej temperatury, koło dziewiątej godziny wieczorem, przy blasku najprzepyszniejszej pełni księżyca, oświecającego opustoszałą okolicę, masa czarnej piechoty pruskiej, brnąc na dwie stopy w śniegu, podążała drogą z Paryża do Lyonu, przez Auxerre.
Awangarda, wychodząca z lasu Buisson, na płaszczyznę ciągnącą się pomiędzy Lacauche i Champigneulies usłyszała nagle strzał, z następującemi po sobie i innemi szybko wystrzeliwanemi, w równych przestankach.
Grad kul i śrutu, szerzył śmierć w szeregach nieprzyjacielskich.
Człowiek, leżący w śniegu, podniósł się, zwracając strzał morderczy na Niemców.
Nic go nie zasłaniało.
Zwycięstwo nie mogło być długiem.
Nazajutrz znaleziono trupa na łożu ze śniegu, przeszytego cięciami bagnetów, podziurawionego od kul jak rzeszoto.
Był to obłąkany z Jonceray, Wincenty Arbaud. Odzyskawszy zmysły, zapragnął śmierci.
Dzieci Magdaleny Stefani i Filipa Valencourt, zwały się Filipem i Magdaleną Arbaud, będąc podwójnemi sierotami.
Ci, co byli sprawcami ich biedy i pozbawienia legalnego nazwiska, zostawszy markizem i markizą de Blangy-Cussey, zapomnieli o nieszczęściach ojczyzny i swych zbrodniach zdała od Paryża, nad brzegami morza Śródziemnego, w przepychu i zachwycie Monte-Carlo, upojeni bezgraniczną pomyślnością.
Słabi i silni, niewinni i winni, odnajdą się później.