Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXI.
Przyrzeczenie.

Magdalena postanowiła stanowczo opuścić Paryż, aby zamieszkać na wsi, gdzie wszystko mogło się ułożyć podług planu, przedstawionego przez Wincentego.
Świat zaś przyklaskiwał, zazdrościł Valencourt’om, korzył się przed nimi. Nikt nie przypuszczał nawet podstępu, spełnionego urzędownie w ciemnościach nocy, przez markizów de Blangy, łącznie z nędznikiem tem — adwokatem zdrajcą prawa.
Ileż to występków ukrywa się bezkarnie w domach plutokracyi, w murach zamków, otoczonych zielonością dziewiczych lasów, lub w poważnych pałacach Paryża i jego przedmieściach. Ileż to słabych przyprowadza się do ruiny, ileż oszukaństw spełnia się w roku iluż sierot pozbawia się ich praw, a przecież sprawcy ich spokojnie spoczywają w swych domach, doznając nawet publicznego poważania.
Pani Franciszkowa Valencourt, ta zazdrosna i mściwa kobieta, miała słuszność, mówiąc po znanej rozmowie z wdową po Filipie, te słowa:
— Śpij spokojnie, markizie.
W kilka dni potem urzędowa gazeta „Officiel“ ogłosiła manifest, mocą którego tytuł markiza de Blangy-Cussey przechodził wraz z jego wielkim majątkiem na jedynego dziedzica, wiernego sługi cesarstwa-Franciszka Valencourt.
Ten ostatni zniknął. Na jego miejscu powstał markiz de Blangy, właściciel jednej z największych posiadłości w Burgundyi.
Ludwika de Chambeyre została markizą. Nie zdobyła miłości, lecz miała majątek, tytuł i rozgłos. Niecne zwycięztwo pocieszało ją.
Przez jakiś czas obawiała się wystąpienia sprawiedliwości w obronie nieszczęśliwej wdowy, tak niegodnie zawiedzionej. Lecz sprawiedliwość bynajmniej nie myślała o niepokojeniu ich.
W jakiś czas zapragnęli Valencoart’owie dowiedzieć się, co też stało się z Magdaleną. Zaczęli się dopytywać. Doniesiono im, że pałacyk w Passy został opuszczony przez właścicielkę wraz z całą jego zawartością. Dokąd udała się mieszkanka tego ustronia, nikt nie mógł objaśnić.
Wkrótce doszło do ich wiadomości, iż Magdalena po zrealizowaniu niektórych przedmiotów, jak mebli, srebra i klejnotów, wyjechała z Paryża z zamiarem zamieszkania w jakiejś miejscowości na prowincyi.
Dokąd wyjechała i gdzie postanowiła zamieszkać, nie troszczyło to ich bynajmniej.
Zresztą w razie chęci zaspokojenia ciekawości niktby tego nie mógł uskutecznić, gdyż nawet sąsiedzi nie znali ani przyczyny ani miejsca, dokąd udała się Magdalena, tak umiejąca otoczyć się tajemnicą.
Naglona przez Marion, opuściła dom w Passy, pozostawiając w nim wiele błogich, a później tak strasznych wspomnień.
Wyjechała z dwojgiem swoich dzieci z przekleństwem na ustach, z nienawiścią w sercu dla tego miasta, ukrywającego tyle podłości, tyle brudów w swem wnętrzu.
Uraza w połączeniu ze wzgardą napełniała żółcią jej serce, pozostawiając niesmak, zniechęcenie do świata, życia i ludzi.
Ile razy wymawiała nazwisko Valencourtów, bolesny uśmiech osiadał na jej usta, unosił pierś drganiem konwulsyjnem.
Wspominaliśmy, że dramat jeszcze się nie odegrał. Mieliśmy słuszność. Będzie miał miejsce ale nie między winnymi a wdową po Filipie Valencourt.
Nastąpi później, za kilkanaście lat, pomiędzy ich dziećmi.
Dzieci Filipa Valencourt i Magdaleny Stefanii były legalnemi. Były one prawnymi dziedzicami majątku ich ojca i markiza de Blangy, ich dziadka, oraz jego tytułów, na mocy testamentu, skradzionego przez Franciszka Valencourt i jego wspólniczkę, Ludwikę de Chambeyre.
Zbrodniarze wszystko zagrabili.
Wdowa po Filipie i jego dzieci nic nie otrzymały.
Wyjechały z Paryża, bez prawa używania nazwiska swego ojca, któremu Magdalena zarzucała nieraz zbytnią ufność w uczciwość brata i jego żony, gorszych, jak pokazało się, od bandytów. Gorszych, gdyż ci ostatni napadają i rozbijają zwykle w celu uchronienia się od strasznych męk głodowych.
Dzieciom Filipa Valencourt wolno było nosić nazwisko matkı, Magdaleny Stefanii.
Franciszek Valencourt i jego żona, od chwili wyjazdu żony Filipa z Paryża, zapomnieli o swych ofiarach do czasu, gdy nowa okoliczność wykryła ich istnienie.
Było to w maju 1869 roku.
W Jouceray, własności Wincentego Arbaud, obchodzono wielką uroczystość.
Trudno było znaleźć miejscowość bardziej uroczą, w swej wspaniałej prostocie, położoną na pochyłości pagórka, zajmującą jednę z najpiękniejszych, najbardziej malowniczych a zarazem najdzikszych dolin Cote-d’Or’u na krańcu Haute-Saone.
Dom został podzielony, stosownie do przyrzeczenia Wincentego, na dwie części.
Jednę zajmowała kuchnia i wspólna sala jadalna. Nad nimi były pokoje niezamieszkałe.
Wincenty Arbaud zamieszkał na końcu domu, podczas gdy Magdalena z dziećmi i Marion zajęły drugą część. Część ta od chwili zamieszkania w niej Magdaleny przybrała charakter bardziej oryginalny, stała się bardziej pociągającą.
Sama właścicielka mieszkania stawała się z dniem każdym bardziej zdrową, okazywała oraz większą poprawę swego stanu psychicznego. Była mniej melancholijną, mniej apatyczną. Wszystkiem powoli zaczęła się interesować: widok pracujących wieśniaków w pola bawił ją, jak gdyby po raz pierwszy coś podobnego widziała. Jednam słowem rozmaitość widoków, nie pozwalając jej zbyt długo zajmować się jednym przedmiotem, zatarły niejako wspomnienie o ukochanym, złagodziły cierpienia biednej kobiety.
Do polepszenia jej stanu przyczynił się w lwiej części Wincenty. Jego delikatne obejścia się, tkliwość, unikanie rozmowy, mogącej wywołać reminescencyję, działały jak balsam cudowny na duszę Magdaleny.
Nie mówił jej nigdy o swej miłości. Nie śmiał.
Postać tej kobiety, w całej swej okazałości w pełni swego rozkwitu, działała nań upajająco, zapalała uśpione w nim dotąd uczucie żądzy.
Pewnego wieczoru było u niego kilka osób na kolacyi.
Był między nimi proboszcz, zacny i czcigodny staruszek, wyrozumiały dla innych, surowy dla siebie; Caragnol, uosobienia skromności, załatwiający wszystkie interesy Wincentego, Bertout, poborca Bouraille, nierozdzielny towarzysz pana domu, hulaka znany, a przytem najbardziej lubiana osobistość w kantonie.
Całe sądownictwo znajdowało się w komplecie.
Rozmowa nie była tak wesołą i ożywioną, jak zwykle. Przyczyną tego był Bouraille. Ten ostatni zwykle wesoły, aż do zbytku, dusza wszystkich zebrań, był dziś jakoś nie w humorze.
Powaga usiadła na jego licu.
Był bardzo zamyślony i nieswój.
Nie wszystko szło podług jego chęci, myśli i woli.
Nakoniec goście zaczęli się rozchodzić.
Po chwili pokój opróżni się cokolwiek.
Pozostali tylko Magdalena, Bouraille i gospodarz domu.
Ten ostatni wstał i pod pretekstem chęci zwiedzenia obór, wyszedł.
Magdalena za przykładem innych zabierała się do odejścia.
— Już jest dosyć późno — rzekła — jedenasta godzina wybiła.
Pisarz zatrzymał ją skinieniem.
— Zechce pani pozostać. Mam jej coś zakomunikować.
Magdalena z pewnym niepokojem zgodziła się.
Zdawało się jej, że pozostanie sam na sam z Bouraille’m było z rozmysłem urządzone. Od pewnego czasu bowiem przypuszczała nastąpienie propozycyi, której tak się obawiała.
Bouraille przygryzał wargi; szukał jakby pretekstu do rozpoczęcia rozmowy.
— Czy pani nie zauważyła, jak Wincenty zmienił się od niejakiego czasu.
— Lecz...
— Zmizerniał...
— Niezauważyłam tego.
— Posmutniał i coraz częściej poszukuje samotności.
— Wincenty nie był nigdy wesołym.
— Przyznaję pani słuszność, lecz dawniej stan jego nie był tak zatrważający.
— Tak pan sądzi?
— W rzeczy samej tak. Bo też dzieją się rzeczy nadzwyczajne! Czyż pani niczego się nie domyślała?
Niestety! Domyślała się. Jakżeż mogło być inaczej?
Miłość Wincentego względem niej była tak widoczną, iż niemożebne było nie zwrócić na nią uwagi.
— Właściwie mówiąc, „nadzwyczajne“ niesłusznie się wyrażam — rzekł pisarz z żywym uśmiechem. — Cóż może być naturalniejszego, jak miłość poczciwego chłopaka względem takiej jak pani kobiety.
Bouraille potarł z zadowoleniem ręce, widząc wrażenie, wywołane temi wyrazami.
Wrażenie to nie było przykrem dla Magdaleny. Nie gniewała się za tą jego odezwę. Od czasu zamieszkania Jonceray miała sposobność poznać tę szlachetną, pełną poświęceń dla swego przyjaciela duszę.
Jednak zbladła tak widocznie, że Bouraille zatrzymał się zmieszany.
— Nie chciałem pani zasmucić — rzekł pani jest pewną tego zapewne. Wszyscy tu panią tak kochamy... czy mogę dalej kontynuować?
— Proszę — wyrzekła.
— Dla tego też położenie, w jakiem się znajdujemy, nie może dłużej pozostawać w takim stanie. Czy przypomina sobie pani, co się działo przed kilka laty?
— Tak.
— Wincenty marzył o poślubieniu pani. Był to krok cokolwiek może za śmiały, ale rzadko kiedy jest się panem swych uczuć. Pułkownik zresztą zachęcał go do tego. Wiedział, że pani znajdzie w nim człowieka, poświęconego jedynie twej osobie. Przytem uczciwość jego i stan majątkowy jest pani znany. Byłabyś pani tu królową, bóstwem jego, miałabyś wszystko, czegobyś tylko zapragnąć chciała. Na jego ustach spoczywa obecnie jeden tylko wyraz: Magdalena! Gdybyś pani wiedziała, ile on cierpiał, odebrawszy wiadomość o złem, jakie cię spotkało. Jednak żadna wymówka nie wymknęła się z ust jego. Mówił nawet nieraz: „Dałby Bóg, aby tego nie żałowała“. Dziś to samo. Trudno przypuścić, coby się z nim stało, gdyby mu pani zabrakło. Zresztą nie będą się dłużej nad tem rozwodzić. Postaram się jeszcze, aby panią przekonać. Jesteś pani dobrą matką i myślisz o swych dzieciach?
— Zawsze.
— A więc sądzę, że tem panią zdołam wzruszyć.
— Jakto?
— Możemy mówić z całą otwartością. Cóż pozostało pani z jej majątku?
— Bardzo niewiele.
— Ile mianowicie?
— Zaledwie jakie kilka tysięcy franków.
— I to wszystko co pani mogła uratować.
— Niestety!
— Chcąc wychować córkę i syna, niedaleko się z taką sumą zajedzie... a gdy dorosną?... później jeszcze...
Pisarz zawahał się przez chwilę. Dotykał przedmiotu drażliwego, trzeba było wywiązać się z tego jak najdelikatniej. Magdalena sama mu w tem dopomogła.
— Wiem, co pan chcesz powiedzieć, zauważyła.
— Cóż takiego?
— Dzieci moje są bez nazwiska?...
— Hm! hm!
— Nie obawiaj się pan obrazić mnie rzekła Magdalena. Dzień i noc myślę o tem nieszczęściu a także i... o przyszłości.
— Nie trzeba zastanawiać się nad tem. Cokolwiek pani postanowiła na teraz, przyszłość ich, jest zapewniona. Pani nie przypuszcza nawet, jak dobrym jest Arbaud.
— Przeciwnie!
— Nie, niepodobna! Wie pani, że jeżeli pani poślubi Wincentego, on zapisze pani cały swój majątek, aby pani miała z czego kształcić swe dzieci na wypadek jego śmierci. Oprócz tego wiem, że Arbaud zrobi wszystko ze swej strony, aby tylko zasłużyć na ten zaszczyt, jaki go spotka, gdy, mu ofiarujesz swą rękę.
— Zaszczyt? wyszeptała Magdalena.
— Tak, zaszczyt, powtórzył pisarz. Czyż za błąd młodej dziewczyny należy rzucić w nią kamieniem? Kto? Ludzie spełniający w ukryciu nieraz większe zbrodnie, większe przestępstwa, na wspomnienie których krew w żyłach się ścina? Ha! ha ha! Możesz pani wierzyć, że przyszły mąż do nich nie należy. On otoczy panią opieką swą, szacunkiem. Chce pani dać dowód...
— Jaki?
— Tyczący się dzieci pani. Ponieważ ojciec ich umarł, nie dając im nazwiska... jestto wielką krzywdą z jego strony... Magdalena podniosła oczy, chcąc zaprzeczyć podobnemu bluźnierstwu.
Jakto! Oskarżać Filipa! I to w jej obecności. On żył wiecznie w jej sercu. Ona go nie obwiniała. Jej zdaniom Filip popełnił jeden błąd tylko: był zanadto prawym, aby przypuścić ohydną intrygę, jakiej pastwą stała się jego ukochana. Czyż mógł przewidzieć? Bouraille ciągnął dalej:
— Wincenty naprawi ten błąd, da swoje nazwisko tym biednym, opuszczonym dzieciom, będzie je kochał, bo one należą do pani.
Magdalena zadrżała.
— Zrobiłby to? zawołała.
— Tak, jakom to już powiedział.
— Bez żadnego żalu?
— Stanowczo!
— Ofiara ta przechodzi ludzkie siły!
— Miłość jego dla pani jest również wielką... bezgraniczną.
— Lecz ja nie mogę przyjąć tej ofiary.
— Czemuż?
— Wymawiać mi będzie potem.
— Nigdy! Zapewniam panią.
— Nie! nie, szeptała do siebie Magdalena, to niepodobieństwo!
— A więc?...
Magdalena zwróciła wzrok swój na pisarza. Drżała ze wzruszenia.
— Nie, nie możemy odtąd nawet mieszkać pod jednym dachem wyszeptała.
— Co słyszę? O! nieszczęśliwy Wincenty!
— Odjedziemy stąd.
Bouraille potrząsnął głową.
— Jak mało zna pani swego kuzyna. Biedny chłopiec ma jeden cel tylko, aby kochać panią i dla niej wszystko poświęcić. I pani wobec tego może mieć zamiar odjechać?
— Ale...
— Zresztą, chciałbym bardzo wiedzieć, dokąd ma pani zamiar udać się? W jakim celu? Co pani zrobi z kilkoma tysiącami franków, mając dwoje dzieci do wychowania? Jak pani sobie poradzi, gdy przyjdzie mieszkanie opłacić zaspokoić naturalne potrzeby dzieci, łożyć na ich kształcenie? Będzie pani pracować. Mrzonki wszystko. Ja znam życie! Niema ani jednego zajęcia stosownego dla pani. U nas na wsi można się zająć dojeniem krów, albo zostać pokojówką w domu jakiego mieszczanina. Jedno i drugie zajęcie nie nadają się dla pani. Nie podobna szorować rondli w rękawiczkach. W Paryżu mogłaby pani znaleźć bardziej odpowiednie zajęcie, lecz tam, jak mówią, nie wszystkim się udaje dostać zatrudnienie, a tem bardziej zatrudnienie, któreby nie pociągało zbytnich ofiar ze strony pani. Nie może pani marzyć nawet o samodzielnem wychowania swych dzieci. Ja i Wincenty wiedzieliśmy już dawno o tem. Z tego powodu postanowiliśmy przyjąć udział...
Magdalena słuchała ze ściśniętem sercem.
— Jaki udział?... W czem?... wyszeptała: — Udział w wychowaniu i kształcenia pani dzieci. Pani zresztą pozostają jeszcze dwie rzeczy do wyboru, albo pani godzi się zostać jego żoną i uczyni go pani najszczęśliwszym z ludzi, albo odepchnie go pani od siebie, a wtedy....
— Wtedy?...
— On wyjedzie...
— Dokąd?
— Daleko, bardzo daleko, aby o pani zapomnieć, zerwać ze wszystkiem, coby mu panią przypominać, a przynajmniej nasuwać na myśl mogło. Zaoszczędził sobie z pięćdziesiąt tysięcy franków w dukatach, zna się doskonale na uprawie winnic. Pojedzie do Algieru, zakupi za te pieniądze kawał gruntu i założy tam winnicę. Myśl zdaje się być dobrą. Można się dorobić majątku, a przytem ciągła praca, rozmaitość widoków, zmiana klimatu pozwoli mu zapomnieć o jego nieszczęśliwem uczuciu. Jest to projekt już zatwierdzony i całkowicie gotów do wykonania. Pani zostawi Jonceray... ze wszystkiem co w niem się znajduje. Przygotowano nawet akt do podpisu.
Będzie pani mogła żyć wygodnie, bez troski o jutro. Majątek przynosi niezłe dochody. Gdyby zaś pani nie mogła sobie z nim poradzić, my wszyscy będziemy na jej rozkazy. Będziemy gotowi wszystko uczynić, aby zapewnić pani spokój i szczęście. Nie odmawiaj temu pani. Błagam!
Młoda kobieta zawahała się. Była zwalczona wielkością przywiązania.
— Czyż to wszystko prawda... jąkała — Wincenty...
— Tak... on, nic nie mówiąc.. sam.
Bouraille przybliżył się, a ujmując drobne rączki Magdaleny, rzekł:
— To się nazywa kochać. Czy pani zna wielu jemu podobnych? Dalej, dobrej myśli tylko, pani! Wspomnij, jak będziesz szczęśliwą.
Westchnęła.
— Zresztą zrób to dla swych dzieci. Jakkolwiek Wincenty częściowo zapewnił ich przyszłość, jednakże przy wspólnej pracy będzie można dać im staranniejsze wychowanie.
— A więc — zawołała z wysiłkiem Magdalena — zobaczymy... Dajcie mi do namysłu dni kilka.
— Nie możemy na to zezwolić, trzeba się odrazu zdecydować.
Bouraille jakby od niechcenia podszedł do okna i roztworzył je. Okno to wychodziło na ogród. Księżyc rzucał jasne promienie na jedną ścieżynkę, ukazując jakiś przedmiot. Przedmiot ten, zauważywszy skrzypnięcie otwieranego okna, zaczął się zbliżać ku niemu.
— Wincenty — szepnął Bouraille — przyjdź bronić swej sprawy, która zdaje się na dobrej jest drodze. Ja zrobiłem co mogłem. Teraz na ciebie kolej.
Wincenty przeszedł ciemną aleję, zawrócił do domu i stanął na progu drzwi, nie śmiejąc wejść do pokoju.
Magdalena chcąc go ośmielić, rzekła:
— Wincenty, przybliż się, chcę z tobą pomówić.
Jednym susem przyskoczył do Magdaleny i padł u nóg jej, nie wymówiwszy ani słowa.
Scena śmieszną wydawać się mogąca dla patrzących, była bardzo poważnie traktowana przez znane już osoby.
Arbud wsparł głowę swą na kolanach Magdaleny. Był obezwładniony... znieczulony. Do przytomności przywiodły go łzy, które zaczęły spadać na twarz jego. Spojrzał na Magdalenę.
— Jestem wzruszona... bardzo wzruszona, Wincenty.
— Odmawiasz mi... Rozumiem...
— Powinnam... serce moje nie jest wolne... jest chore, złamane tylu cierpieniami.
Pierś mówiącej podniosła się. Wybuchnęła głośnem łkaniem.
Wincenty ścisnął jej rączki. Spojrzał na nią błagalnie. Oczy ich spotkały się. Magdalena wyczytała w spojrzenia jego tyle miłości bezgranicznej, tyle pokory, spojrzenie wyrażało prośbę tak wymowną, że zdjęta litością rzekła szybko.
— A więc zgadzam się!
Wincenty Arbaud nie miał siły odpowiedzieć. Nadmiar szczęścia znieruchomił mu organ mowy, chwiejąc się wstał i przycisnął namiętnie rękę Magdaleny do piersi. Szczęście go zaślepiało.
— Kiedy sprawa tak pomyślnie zakończyła się rzekł pisarz, — to wychylimy puchar za zdrowie narzeczonych. Wszystko tak świetnie się składa. Skończą się już bezcelowe gadaniny i plotki. Po chwili dodał:
— A kiedy będzie wesele?
Arbaud rzucił wymowne spojrzenie na Magdalenę. Ta milczała.
— Za miesiąc, rzekł pisarz, zgadzacie się?
Wdowa po Filipie Valencourt schyliła głowę na znak przyzwolenia. Pierwsze lody przełamane. Pozostało tylko spełnienie przyrzeczonego.
Północ wybiła na zegarze. Rozeszli się każdy do swego pokoju.
Wszedłszy do sypialni, Magdalena rzuciła się raczej niż siadła na fotel. Uczuła wyrzuty sumienia, jakby po spełnieniu jakiegoś przestępstwa. Dała się uwieść wymowie Bouraillé’a, broniącego sprawy przyjaciela.
Podziwiała szlachetność kuzyna, uczuwała wdzięczność za jego dobroć bezgraniczną. Pomimo to wyrzucała sobie zezwolenie na małżeństwo, jak gdyby popełniła niewiarę względem tego, którego kochała dotychczas z głębi serca.
Porównywała tamtego z obecnym.
Pierwszy, będąc uosobieniem szlachetności i prawości charakteru, posiadał oprócz tego w wyższym stopniu elegancyją ruchów, delikatność w obejścia. Ten zaś, posiadając pierwsze, nie miał drugiego. Był gburem, nieokrzesanym. Jej, jako kobiecie, wydawało się to niemożebnem do wybaczenia. Czuła, że życie z pierwszym było błogim pobytem w raja, drogi mógł jej zaofiarować tylko prozę wiejskiego życia. Był zamożny. Taki dostatek równa się nędzy. Jednak cofnąć się już nie mogła. Nie chciała. Przecież zobowiązała się słowem. Zresztą ten kielich goryczy będzie przyjemniejszy od poprzednich.
Czyż nie nauczyła się cierpieć? Pozostawał jej jeszcze miesiąc czasu. Bouraille sam oznaczył ten termin. Miesiąc to dosyć długi przeciąg czasu. Będzie miała do zastanowienia się nad nową ofiarą.
Zrobiła to dla dzieci. Zaczęła przypatrywać się im z czułością.
Spały. Pół uchylona kołderka ukazywała ich białe ramionka.
Rzuciła spojrzenie na pokój o gołych belkach, murach pokrytych zwyczajnym papierem w kwiaty, z meblami prostemi, bo piękne jej umeblowanie w Passy było po większej części sprzedane.
Porównywała urządzenie mieszkania dawniejszego z dzisiejszym.
Gniew i żądza zemsty opanowały ją. Majątek markiza de Blangy powinien chociaż w części do nich należeć, jako majątek ojca. Skradziono im majątek, zrobiono je bękartami, którym wieśniak chciał dać swe nazwisko.
Zmuszano ją samą, korzystając z jej nędzy, do małżeństwa, oburzającego ją nie przez nienawiść dla Wincentego, którego dobroć i zacność uwielbiała, lecz że duch jej pragnął innego ojca dla jej dzieci, pięknego jak Filip, którego w halucynacyjach swych często widziała obok siebie.
Widziała też innych Valencourtó’w: Franciszka, jego wspólniczkę Ludwikę de Chambeyre, działającą łącznie z niegodziwym de Varnes, wszystkich tych, którzy przyprowadzili ją do tego położenia:
Dziś była pewną podłości Ludwiki. Nawet wiedziała, jaka była przyczyna.
Wiedziała, że Ludwika kochała Filipa a Filip odepchnął ją pomimo majątku.
Wzgardził nią dla niej, nie mającej nic, prócz urody.
Od chwili tego odkrycia dumną była z niego, kochała go jeszcze bardziej. W Joncernay nie mijał dzień jeden, godzina nawet aby nie spojrzała na portret jego, żeby nie rozmawiała, że tak się wyrazimy z nim.
Będzie musiała zdradzić go, oddać się innemu!
I to wszystko z przyczyny zbrodni nędzników, używających spokojnie owoców swego niecnego postępku.
Są bogaci, szczęśliwi, zaszczyceni honorami.
Załamywała ręce na wspomnienie tak oburzającej niesprawiedliwości. Lecz cóż mogła zdziałać sama przeciwko tym nieprzyjaciołom? Nic!
Zdawało się jej, że po raz pierwszy może duch pułkownika przeszedł koło niej, siejąc ziarna nienawiści i zemsty.
Czuła jakby zaszczepione w jej sercu uczucie, na mocy którego chciałaby wszystko zniszczyć, wszystko zburzyć, co tylko należało do rodziny Valencourt’ów.
Tak, zniszczyć nawet samych właścicieli, aby pomścić się za siebie i za swe dzieci!
Lecz czyż zawsze można uskutecznić to, co powstaje w naszym umyśle, jako projekt lub zamiar jaki... Jakże słabą dziś się czuła?... Rzuciła wzrok na portret swego męża.
Filipie! zawołała, czemu nie żyjesz! Tybyś nie dopuścił do takiego stanu, w jakim się obecnej chwili znajduję.
Załamała ręce, stała tak jak posąg boleści, przyjmującej z rezygnacyją wszystko, co tylko uderza w pierś jego. Zamyśliła się...
W zamyślenia nie zauważyła, jak córeczka jej przebudziła się, a widząc matkę w tak dziwnym stanie, podeszła do niej i z naiwnością dziecięcą zapytała:
— Mamusiu! O czem tak myślisz?
To ją wyrwało z zadumy. Spojrzała melancholijnie na nią. Po chwili, jakby jej myśl jakaś przyszła do głowy, oczy jej zabłysły i rzekła:
— Śpij, dziecię, o czem myślę, dowiesz się później. Po chwili dodała:
— Jeżeli Bóg jest sprawiedliwy, to doda ci sił, abyś mogła mię pomścić! Jam za słaba!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.