Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Wincenty!
— Magdalena!
Wincenty Arband oczekiwał w towarzystwie Marion.
Wzruszająca to była scena patrzeć na tego tęgiego Burgundczyka, zmięszanego, w stroju wizytowym, surducie z sukna sedańskiego, nie mogącego objąć szerokich jego ramion; pierś jego wypukła rozpychała dziurki od guzików.
Nieśmiały, jak młoda dziewczyna po pierwszej komunii, stanął przed kuzynką; jego twarz czerwona dziwnie odbijała od bladego jak śnieg oblicza Magdaleny.
Zdumienie widoczne w całej jego postawie sprawiało wrażenie, jakiego doznajemy przed arcydziełem, piękniejszem od wyobrażanego.
Od dnia pogrzebu pułkownika w Bellemare Wincenty Arband żył w odosobnienia, ukrywając w sercu głęboką ranę, zadaną z powodu nieprzyjęcia oświadczenia jego o rękę Magdaleny.
Od tego czasu minęło sześć lat.
Nie wybaczył jej tego, lecz nie miał do niej żalu.
Mówił tylko do Bouraille’a:
— Cóż chcesz? Nie byłem dla niej stworzonym!
Jakaż szczera prawda mieściła się w tem krótkiem jego powiedzeniu.
Magdalena traktowała go zawsze serdecznie, po przyjacielsku, jak brata lub krewnego, lecz nigdy nie żywiła dlań głębszego uczucia.
Ten prostak, o budowie herkulesowej, bez żadnego wykształcenia, umiejący mówić tylko o wołach, zbożu lub winogronach, przerażał uczennicę szkoły Saint-Denis.
Nie był to ideał konkurenta wymarzonego przez nią. Piękni i waleczni oficerowie, romantyczni bohaterowie zajmowali jej młodą imaginacyję.
A potem spotkała Filipa Valencourt na drodze swego życia, Filipa, bohatera jej snów złotych.
Wyznanie błędu zmartwiło Wincentego Arbaud, lecz uczciwość jej wzruszyła go.
Bywają istoty, których nie można ani ganić ani nienawidzieć.
Właściciel winnic znał Magdalenę od maleństwa, huśtał ją na swych kolanach, przypominał sobie jej grzeczność i dobroć, wybaczał więc jej wszystko.
Cierpiał bardzo z przyczyny odmowy.
Oddał się pracy więcej dla zagłuszenia serca, niżeli chęci zbogacenia się.
I cóżby mu przyszło z majątku?
Stara matka, mieszkająca z nim razem, umarła, nie mogąc namówić go do ożenienia się.
Nie brakło w okolicy młodych panien, pragnących poślubić Wincentego. Młody, zdrowy i posiadał pieniądze. Lecz czemże były najbogatsze pretendentki wobec utkwionego w pamięci obrazu Magdaleny.
Napróżno mówiła często stara jego matka:
— Jestem stara; jeżeli nie ożenisz się, oczekuje cię smutna samotność.
— Bądź spokojną, matko! Mam Bonraille’a. Bez niego rzeczywiście
umarłbym z nudów.
I dalej trwał w swojem postanowieniu.
Żył samotnie, tając miłość, nie wymówiwszy nawet imienia Magdaleny, najdroższego ze wszystkich mu znanych.
Lata następowały po sobie.
Marion doniosła mu o zaszłej katastrofie, śmierci kochanka, a raczej męża i ruinie majątkowej.
Wyjechał też zaraz z Jonceray, zabierając swego nieodstępnego przyjaciela Bouralle’a, który w czasie wizyty Wincentego przechadzał się po bulwarach Paryża.
Wincenty zjawił się, gotów do wszelkiej przysługi, jakiejby od niego zażądano.
— Toż mnie widzisz! — powiedział nakoniec z wysiłkiem, czyniącym go czerwono- fioletowym.
Magdalena osłupiała!
— Jesteś w Paryżu? — spytała.
Skłamał niezręcznie, jak ludzie tracący nagle śmiałość.
— Przyjechałem za interesami... z Bouraille’m.
— Gdzież on?
— Przechadza się po bulwarach.
— Dlaczegóż nie wejdzie?
— Obawia się, aby nam nie przeszkadzał. Przyszedłem, aby cię odwiedzić... pomówić z tobą.
— Siadaj, Wincenty.
— Dziękuję, nie jestem zmęczony.
A zauważywszy boleść w twarzy Magdaleny, zawołał:
— Co ci jest Magdalena! Jakże jesteś blada!
Zbliżyła się do kominka, dzwoniąc zębami.
— Zimno mi, rzekła.
Upadła na fotel.
Przysunął się, aby ją podtrzymać.
Magdalena podniosła się szybko, nie chcąc się pokazać tak osłabioną i zwalczoną.
Czas był łagodny, wiosenny; pomimo to drżała.
Marion podłożyła polano na kominek, a poruszając węgle, zagrzebane w popiele, powtórzyła zaproszenie Magdaleny:
— Siadaj, Wincenty, będzie ci wygodniej rozmawiać.
Jednocześnie podała szklankę wody swej pani.
Ciepłe ognisko, zimną woda, a głównie obecność osób, tak do niej przywiązanych, przywróciły jej przytomność umysłu.
Rysy jej ożywiły się. Westchnienie ulgi wyrwało się z jej piersi, Wstała, aby zajrzeć do pokoju dziecinnego, gdzie spoczywały ukochane przez nią istoty.
Zobaczywszy je różowe, z cudnym uśmiechem śpiące przy nocnej lampce, powróciła do Wincentego.
Ten ostatni śledził za nią, wstrzymując oddech.
— Prawdę powiedziawszy, wyjąkał nakoniec, dowiedziałem się o twem nieszczęściu i przyjechałem.
Po wyznaniu tak szczerem, tak pełnem dobroci, Magdalena rozrzewniła się. Zakryła twarz rękami, a strumień łez potoczył się po jej licu.
— Magdaleno — ciągnął dalej Arbaud, coraz bardziej ożywiając się, nie trzeba rozpaczać... Wiesz, że cię kocham, jak krewny... jak przyjaciel... może bardziej jeszcze... żądam więcej szczęścia twojego, aniżeli mego własnego. O tem co zaszło, nie mówmy więcej. Często pomimowoli przywiązujemy się do tych, od których chcielibyśmy być jak najdalej; często dzieją się rzeczy niedocieczone.
— Pan Filip Valencourt — wymawiając to nazwisko przygryzł wargi — umiał ci się podobać. Lecz on już nie żyje...
Magdalena zcicha łkała.
— Kiedyś należała do niego, nie powinien był pozostawić cię w takiem położeniu. Bądź szczerą. Pułkownik nie był bogaty — jego żona, moja siostra cioteczna, również niewiele miała. Jeżeli, przypadkiem znajdziesz się w przykrem położeniu materyjalnem, spodziewam się, iż odwołasz się do mnie. Dom w Jonceray nie jest wykwintnie urządzony, lecz za to wygodny i obszerny. Niczyjej uwagi to nie zwróci, gdy zamieszkasz w nim z dziećmi swemi i Marion. Sądzę, jestem jedynym twoim krewnym. Możesz być spokojną, nikt cię nie będzie niepokoił... będziesz mogła urządzić wszystko podług swej woli... oto pocom przyjechał... Mam nadzieję, że mi nie odmówisz.
Z niepokojem ważył słowa, badał każdy ruch twarzy kuzynki, nie dotykając ran duszy, jak zręczny chirurg wprawną ręką opatrujący skaleczenia.
Magdalena, wzruszona, wyjawiła nakoniec cierpienia, katusze i upokorzenia, przebyte od czasu katastrofy, obawę o przyszłość swych dzieci i ohydną intrygę, jakiej padła ofiarą.
Opisała Franciszka Valencourt i jego żonę, jako zaciętych jej wrogów i dzieci przeciwników, od których mogła się spodziewać tylko obelg.
Pozostawszy wdową, nie miała nawet prawa używać nazwiska męża, znalazła się nagle z dwojgiem dzieci bez majątku, bez żadnej podpory.
Wspomniała o groźbie swej rywalki:
— Pozostanie ci jeden tylko środek: sprzedać swą urodę dla nakarmienia dzieci.
Oczy jej zaiskrzyły się z oburzenia.
— Nędznica! — zawołała.
— O kim mówisz? — zapytał Wincenty, zdziwiony podobnym wybuchem gniewu.
— Kiedyś... opowiem ci... Dowiesz się o wszystkiem... Nie teraz... To straszne...
— Jak zechcesz! — odpowiedział tonem uległego niewolnika. Następnie, ująwszy w swe grube ręce delikatne rączki kuzynki, rzekł:
— Słuchaj, może wydaję ci się zbyt, niewykształconym, lecz są rzeczy, które dobrze rozumiem. Blangowie przynieśli ci nieszczęście. Masz racyją. Ci, co pozostali nie uczynią dla ciebie nie dobrego. Tamten, miał na myśli Filipa, powinien był ich poznać i mieć się na ostrożności. Niewiadomo nikomu, kto pierw umiera, a kto pozostaje przy życiu. Ty i twoje niemowlęta niewinne, tam spoczywające, nie pozostaniecie bez opieki.
Wincenty Arbaud z sercem pałającem najświętszem uczuciem, wyznawał swą tajemnicę... swą miłość...
— Można kochać te dzieci, bo są twojemi.
Wyrazy te kojąco działały na duszę Magdaleny.
Wincenty mówił dalej:
— Jeżeli wszyscy cię opuszczają, ja pozostanę ci wiernym na zawsze. Jonceray będzie obchodzić wielką uroczystość z chwilą, gdy próg domu mego przestąpisz. Możesz być pewną, że ani tobie ani nikomu z twoich nie zabraknie niczego, nietylko dokąd ja żyję, lecz nawet gdy mnie na tym świcie nie stanie.
Magdalena podziękowała mu spojrzeniem.
Czyż pułkownik i Marion nie mieli słuszności, pragnąc by w te zacne spracowane ręce oddała swoje?
Wincenty zaledwie śmiał ją podziwiać, znajdując ją tak piękną za piękną nawet, jej królewską postacią, włosami miękkiemi, błyszczącemi, z cerą przezroczystą, rękami białości wosku z różowemi paznogietkami.
Była jakby stworzona do pałacu a nie na folwark.
Miłość Wincentego polegała na głębokim szacunku, równała się jakby miłości archeologa dla znalezionego cennego i delikatnego przedmiotu, który potrzebuje ciągłej opieki dla ochrony od uszkodzeń. Postanowił więc otoczyć na przyszłość matkę i dzieci troskliwą opieką, której bardzo potrzebowały, nie mając dostatecznych sił do zwalczania przeszkód na drodze ich życia.
Na zegarze wybiła jedenasta. Zabierał się do odejścia.
— Nie będę cię dłużej nudził, Magdaleno!
— Szczęśliwą się czuję, widząc cię i dziękuję serdecznie za siebie... I za nich, dodała wskazując sąsiedni pokój.
— Nie obawiaj się niczego. Myśl nad tem, com ci zaproponował. Zobaczysz, jak będziesz przyjętą. Dogadzaniem twojej osobie zajmiemy się wszyscy... Bouraille sędzia pokoju, ojciec Caraguol i inni. To zacni ludzie!
— Wiem o tem.
— Skiń tylko, a będziemy wszyscy na twe usługi. Przyjedziemy po ciebie na kolej. Jeżeli zechcesz, urządzę ci mieszkanie w miasteczku, lecz lepiej ci będzie w moim domu. Każde z nas będzie mieszkać oddzielnie. Dom jest obszerny. Nikt cię nie będzie niepokoić.
— Oby tylko na czas jakiś….. wtrąciła młoda kobieta.
— Czemu nie na całe życie? zapytał. Zresztą jak sama zechcesz. Przybądź tylko. Ze zmianą miejsca i powietrza polepszy się stan twego zdrowia. Potem nastąpi wiosna. To najpiękniejsza pora roku na wsi...
Wolnym krokiem zbliżał się ku drzwiom pragnąc jeszcze pozostać przy kuzynce. Marion przesłała błagalny wzrok w stronę swej pani.
Takie przywiązanie zasługiwało na nagrodę.
Magdalena rzuciła mu się w objęcia. Właściciel winnic uniósł ją zlekka, jak za dawnych czasów, gdy była jeszcze maleńką, przycisnął do piersi, a dwie duże łzy spłynęły z ócz jego.
— Ach! jak dobrym jesteś, powiedziała do głębi wzruszona.
— Dobrym?... Cóż dziwnego?... Wszak wiesz, że cię kocham...
Po chwili, spostrzegłszy zmieszanie Magdaleny dodał:
— Jak brat... jak przyjaciel... jak tylko zechcesz... Do widzenia!
— Do widzenia!
— Napiszesz do mnie?
— Przyrzekam ci.
Wyszedł, z sercem przepełnionem radością, przeskakiwał po cztery stopnie, aby jak najprędzej dotrzeć do przyjaciela:
— No i cóż? zapytał Bouraille.
— Ach! mój przyjacielu...
— No, i cóż się stało!
— Przyjedzie!
Słowa te wyrażały dobitnie całą radość, całe szczęście jego. Bouraille mruczał:
— Biedny chłopiec! Jak on ją kocha.