Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVII.
Nienawiść kobiety.

Nazajutrz rano pociąg pośpieszny z Bordeaux dojeżdżał na stacyją Paryża.
Młoda kobieta wyszła z niego z lekkim tylko woreczkiem w ręku, a wśliznąwszy się w tłum podróżnych, wsiadła szybko do dorożki.
Wkrótce zatrzymała się o kilkanaście kroków od pałacu Chambeyre, na ulicy Saint-Guillaume. Dama zwróciła się na ulicę de Grenelle, a otworzywszy małe drzwiczki ogrodu, przeszła prędko aleję, ocienioną wielkiemi drzewami, i doszedłszy na schody, prowadzące do służby, zapukała.
— Pani szczęśliwie powróciła? — zapytała garderobiana, oczekająca przybycia damy.
— Dziękuję ci. Szczęśliwie.
— Pan kazał mi dać znać natychmiast, gdy pani powróci. — To też idź i powiedz panu, Zuzanno.
Franciszek Valencourt ze swej strony wywiązał się z powierzonej mu misyi z wielkim taktem, udając boleść, zniesioną z godnością, której trudno nię było spodziewać po otrzymaniu tak wielkiego spadku.
Ludwika de Chambeyre, pozostawszy samą, zrzuciła futro, zdjęła kapelusz, w tejże chwili wszedł i mąż.
Pomimo kilkodniowej rozłąki, nie było miedzy nimi wymiany serdeczniejszego uczucia, jakie przecież naturalnem się być zdaje w małżeństwie, od lat kilku z sobą żyjącem.
— Jak rzeczy stoją? zapytała żywo.
— Zdajesz się być rozpromienioną Ludwiko!
— Mam do tego powody.
Powróciwszy do pierwszego pytania, rzekła:
— A tyś co zrobił?
W kilku słowach opowiedział jej rezultat rannej wycieczki do mieszkania brata, odkrycie akta małżeństwa i testamentu, mocą którego zapisuje wszystko co posiada, Magdalenie Stefani i swym dzieciom. Na wspomnienie tego nazwiska, młoda kobieta rzuciła się z dzikością drapieżnej samicy, wyciągającej pazury i zgrzytającej zębami.
— Dobrze, zadecydowała. Nie umknie ona nam teraz, aleś ty przebiegły Franciszku...
— Dziękuję.
— Głęboko zepsuty.
— Pochlebiasz mi.
— Gdyby ludzie o tem wiedzieli...
— Nie będą wiedzieć!
— Pewien jesteś, że nie było innych dowodów?
— Tak pewnym, jak tylko być może, chyba jakieś nadzwyczajne, nieprzewidziane okoliczności.
Listy miłosne... mało znaczące...
— Ach! dodała wzdrygając się.
— Spalone.
— A więc wszystko idzie dobrze?
— Naturalnie... tylko...
— Co chcesz powiedzieć?
— Posiadamy dopiero to, co jest nam potrzebnem, to prawda... ale jeszcze istnieje jeden akt.
— Jaki?
— Akt małżeństwa w San-Julia. Może to nam bardzo pokrzyżować projekta, lub co najmniej pociągnąć za sobą układ kosztowny, z obawy skandalu. Wiesz przecież jak mi chodzi o honor, więcej, niż o wszystko.
— Więcej niż o majątek wuja, naprzykład? — dodała ironicznie.
— Przynajmniej więcej niż o pewną część jego, — odpowiedział dobitnie.
— A jakiż skutek twoich zabiegów?
Tak niewiele pokładasz we mnie zaufania i znajdujesz mnie niezdolną do poprowadzenia interesu?
— Nie, napewno nie, lecz im więcej się zastanawiam, tem lepiej widzę, że to przedstawia niemało trudności przekupić księdza... zniszczyć księgi parafii...
W istocie, bardzo trudne, dorzuciła Ludwika z przekąsem. Franciszek Valencourt zaniepokojony powtarzał jak echo:
— Bardzo trudne.
Ludwika popatrzyła na niego z litością.
— Powiedziałam ci raz, odrzekła, chcę całego majątku po wuju, a nie jakiejś jego części... Mam głowę do interesów:.. Ręczę ci, że nie potrzebuje twoich informacyi, nikczemnego zachęcenia... dla przeprowadzenia interesu mi powierzonego.
— Mówię...
— Nikczemnego zachęcenia. Czyż nie wiesz, że od dni kilku dopuszczasz się występku, zasługującego na więzienie! Skraść testament, dwa testamenty... na cóż zasługujesz?...
— Ciszej.
— Nie obawiaj się, kto nas może podsłuchać. Jesteśmy u siebie, drzwi szczelnie zamknięte bronią nas, możemy swobodnie pomówić o interesach. Przytem potrzebuję ci zdać rachunek z odbytej podróży, jak opryszek dowódzcy bandy...
— Ludwiko!
— Jesteś wielkim złoczyńcą, to dowiedzione!
— Błagam cię...
— Pozwól mi mówić. Wyznaję iż pragnąłem więcej niż ty — zniszczenia śladu tego tak dla mnie wstrętnego małżeństwa. Za cenę złota byłabym okupiła sumienie kilku Nawarczyków, uśpiłabym była proboszcza jakim narkotykiem znieczulającym dusze, a słuchaj co za szansa! Powracam czysta jak nowonarodzone dziecię. Wypadek mi dopomógł i sprawę ułatwił.
— Tłomacz się jaśniej.
— Przybywszy bez przeszkody do San-Julia, najszkaradniejszej wiosczyny, jaką kiedy widziałam, zaraz się wzięłam do dzieła.
— Widziałaś księdza?
— Nie.
— A więc?
— Nie bądź tak prędkim. Nie widziałam go z przyczyny bardzo ważnej.
— Opuścił kraj?
— Więcej niż to. Umarł!
— I pochowany? W jaki sposób?
— W najnaturalniejszy w świecie.
— Jakto?
— Umarł na zaraźliwą gorączkę grasującą w jego parafii.
— No, ale jest inny proboszcz na miejsce zmarłego.
— Ma się rozumieć.
— Śmierć więc poprzedniego nie przyniesie nam żadnego pożytku.
— Zaczekaj.
— Szczególniejsze upodobanie, trzymać mnie jak na rozpalonych węglach.
— Bo przez swą niecierpliwość, przerywasz mi.
— Opowiadaj. Już milczę.
— Młody proboszcz zastępujący dawnego zapewnił mnie, że nic nie wie o małżeństwie, o jakie się dopytywałam.
— A książki parafialne?
— Zaraz dokończę. W rok po śmierci dawnego proboszcza, partyzanci Don Carlosa, powstańcy z Nawary, odnieśli porażkę w tej wiosce zwyciężeni przez wojsko hiszpańskie, uchodząc słabsi od swych przeciwników, schronili się do kościoła, a następnie spalili go ze wszystkiem, co się tam znajdowało. A że i księgi tam były, nie pozostało więc żadnego po nich śladu. Widziałam kościół, cztery zczerniałe i chwiejące się ściany, na odbudowanie których wioska jest zbyt ubogą. Msze odprawiają w stodole...
— Może żyje jaki świadek?... Naprzykład, zakrystyjan.
— Wtedy był jakiś Peres, służący proboszcza.
— Cóż się z nim stało?
— Znikł gdzieś... Jedni mówią, że jest ne wyspie Kubie... inni w Ameryce, nie wiadomo gdzie. W uniesienia radości Franciszek Valencourt uścisnął rękę swojej żony.
— Nie odsunęła jej, lecz skurczenie palcy dowodziło, że uścisk ten nie sprawiał jej najmniejszej przyjemności.
— Teraz, zakończyła wstając, sądzę, że możesz ogłosić zwycięztwo i wejść w posiadanie majątku, bez obawy, że się ktokolwiek o niego upomni.
— Ależ ta żona!
Twarz Ludwiki nagle się zmieniła, przybierając wyraz srogi.
— Miałam ci właśnie o niej powiedzieć.
— Bardzo być może, że nas odwiedzi...
— Sądzisz, że przyjdzie.
— Zdziwiony nawet jestem, że tak zwłóczy.
— Gdybyś chciał mi zrobić przyjemność, pozostawiłbyś mi swobodą rozmówienia się z nią.
— Po cóż to żądanie?
— Przypuśćmy, że ci chcę zaoszczędzić pewnej daniny...
— Nie mogę ci tego odmówić.
— Zechciej zrozumieć, że między kobietami łatwiej jest mówić w niektórych kwestyjach. Upewniam cię, że będziesz ze mnie zadowolonym.
Zegar wybił drugą.
— Mój przyjacielu, odparła Ludwika, musisz być strudzonym... Pogrzeb... Przymus, jaki sobie zadawałeś!... Ja także potrzebuję spoczynku.
— Rozumiem to dobrze.
— Wszystko dobrze ułożone, idźmy więc każde do siebie.
— Lecz głównie bez ofiar znacznych... zwrócił uwagę mąż.
— Licz na mnie!
Przeprowadziła go do drzwi pokoju, zamknęła je na klucz, a pozostawszy sama, usiadła na małym taboreciku pokrytym pluszem, z zamiarem pisania kilku listów.
Roztworzyła szufladę od biurka, wyjęła fotografiję, przypatrując się jej z wielką uwagą. Był to Filip Valencourt, w pełni swej świetnej młodości.
— Tak, mówiła, jak gdyby mógł ją usłyszeć; tyle cię nienawidzą, ile bym cię była kochała. Nienawidzę cię boś mną pogardził, boś mnie zniewolił połączyć życie z twym bratem, człowiekiem chciwym i łupieżcą, dla którego złoto jest wszystkiem, dla powiększenia majątku, zdolnym jest do hańby i podłości. Jestem nieszczęśliwą przez ciebie. Przez ciebie godną jestem politowania. A więc, kiedy nie mogę na tobie, bo już nie żyjesz, to pomszczę się na tych, których pozostawiłeś. Zgniotę swemi stopami serce tej kobiety, która mi wydarła twoje. Dumna była z ciebie. Nie ujrzy cię więcej! Spodziewała się nosić twe nazwisko! Nie dozwolę jej tego! Ona jest piękniejszą odemnie! Od łez straci urodę, którą cię uwiodła! Ona posiadała twą miłość, ja będę mieć majątek!.. Żegnam cię Filipie! Spij w grobie, jeżeli możesz! Lecz jeżeli dusza twoja widzi, co się dzieje na tym świecie, dowiesz się, żem obiecała pomścić się i słowa dotrzymam.
Wzburzona i rozszalała w gniewie, rzuciła fotografiją na spód szuflady, a oczy jej iskrzące radością z odniesionego tryumfu, zamknęły się wkrótce z chwilą udania się na spoczynek.
W tejże samej godzinie w małym pałacyku w Passy odbywała się zupełnie odmienna scena.
Magdalena, ubrana w ciemny penioar, obciśnięta sznurem, siedząc na nizkim fotelu, osłabiona, zmęczona, oczy rozpaczliwie zwróciwszy na kolebkę dzieci, zadawała sobie pytania, jaką drogą wyjdzie z przepaści, w której się znajduje.
Wykształcona o tyle, o ile kobieta nią być może, bez znajomych, od czasu bowiem połączenia się z Filipem żyła również w odosobnienia jak i w Bellemare, zrozumiała, że nie znając się na interesach, musi powierzyć tajemnicę życia swego adwokatowi. Obawiała się nie przez wstyd z niej wynikły, lecz niepomyślne zakończenie.
A przecież trzeba było raz coś stanowczego obmyśleć.
Konieczność nagliła.
Za życia kochanka ograniczała się skromnem utrzymaniem, lecz wszystko jest względnem. Ta ścisłość konieczna wymagała czterech tysięcy franków na mieszkanie, trzech służących, kucharkę, garderobianą i starą Marion, której powierzono dozorowanie dzieci.
Suknie jej były skromne, wychodziła kiedy niekiedy z Filipem w sekrecie na spędzenie wieczoru w teatrze, w głębi loży, lub na zakąskę do restauracyi, sam na sam, jak dwoje zakochanych.
Był dumnym z urody swej żony, starał się jej dogadzać ile tylko mógł; w perspektywie wielkiej sukcesyi wydawał cały swój dochód, oszczędzając jednakowoż kapitał.
Ojcowiznę jego stanowił kawałek ziemi, od którego czynsz wybrany był zawsze z góry.
W chwili katastrofy Magdalena miała zaledwie kilka tysięcy franków. Za biżuteryje mogła otrzymać takąż samą sumę. Wystarczało to na bieżące wydatki, ale nie zabezpieczało przyszłości.
Nieraz nad tem myślała osamotniona, podczas nieobecności kochanka brakło jej przecież odwagi dla pomówienia o tem z Filipem.
Byłaby zmuszoną dotknąć przedmiotu bardzo drażliwego, wspomnieć o tej ostateczności, jaka grozi starym i młodym, silnym i słabym.
Nie miała odwagi.
Zresztą był pełen życia, posiadał tyle werwy i zdrowia. Gdy się tylko ukazał, dzieci wskakiwały mu na kolano, żona siadała koło niego, on też pieścił wszystko troje. Magdalena czuła się być upewnioną i szczęśliwą i o przyszłości pod względem materyjalnym mowy nawet być nie mogło.
Przecież nieubłagana i nieproszona ta pani śmierć nie długo dała na siebie oczekiwać, zjawiając się najniespodziewaniej w świecie.
Magdalena pewna była, że Filip bardzo ich kochał, a przez to samo na wypadek nieprzewidzianego nieszczęścia zabezpieczył ich.
Przekonaną była, że brat znajdzie rozporządzenie i postąpi podług wskazówek pozostawionych, a po pierwszych dniach ważniejszych interesów, zawiadomi ją o ostatecznej woli kochanka, czyli raczej męża.
Dnie upływały a najgłębsza tajemnica okalała to ciche schronienie.
Choroba Josona Korhoël była nowem dla niej zmartwieniem, inaczej byłaby o wszystkiem wiedziała, co się dzieje.
Trzeba było raz skończyć. Nie mogła żyć w takiej niepewności. Cóż tu robić?
Najpierw upewnić się jakie ma prawo. Do kogóż się udać?
Przeglądając niekiedy dzienniki, utkwiło jej w pamięci nazwisko jakiegoś de Varnes, adwokata, nabywającego wielkiej sławy.
Publiczność nie wchodzi w środki jakiemi się posługuje renomowany, jest to wada naszego wieku.
Nazwisko tego adwokata obiło jej się również o uszy z powodu ogłoszenia pewnej sensacyjnej sprawy. Postanowiła też odszukać owego adwokata de Vernes. Nazajutrz, ubrawszy się staranniej jak zwykle po raz pierwszy od owej strasznej nocy, uściskała czule dzieci, jakby na zebranie odwagi, wsiadła w omnibus z Passy-Bourse, a wysiadła na placu Opery.
Tam weszła do najbliższej kawiarni, a podczas gdy jej przygotowywano śniadanie, pytała cukiernika o mieszkanie adwokata de Varnes. Dowiedziała się, że jest blisko tak dla niej wiele stanowiącej wyroczni.
Adwokat mieszkał na ulicy Volsey, o kilka kroków od kawiarni.
Przybywała w godzinach przyjęcia u adwokata.
Pan de Varnes, zajmował piękne mieszkanie, urządzone z wielkim przepychem.
Po przybyciu młodej kobiety, wprowadzono ją w obszerny przedsionek, a stamtąd do poczekalni, gdzie się już znajdowało kilka osób.
Lokaj w czarnym ubraniu i białym krawacie, mierząc ją wzrokiem od stóp do głowy, rzekł z szacunkiem:
— Pozwoli pani swój bilet wizytowy.
Czyś był kiedy czytelniku w przedpokoju ministra, prefekta lab innego urzędnika? Czy interesa twoje poprowadziły cię do notaryjusza, adwokat a lub prokuratora?
Czyś miał sposobność zwiedzać wielkie magazyny? Może.
Czy niedyspozycja jaka poprowadziła cię do doktora? Milczenie?
Tem gorzej, lecz należy przypuszczać, że ciebie to spotkało. W podobnych mnie wypadkach, zauważyłeś pewnie, jeżeli należysz do płci silniejszej, że piękna kobieta oczekuje której na poradę, niż inni klijenci.
Rzecz to tak wypróbowana, iż niktby nieśmiał przeczyć.
Córka pułkownika była piękną w całem znaczeniu tego wyrazu.
Nie należała ona do piękności paryskich, umalowanych i wysznurowanych, cały wdzięk ich stanowi znakomicie dobrane ubranie i kokieteryja, posunięta do najwyższego stopnia. W tem to, ów pociąg kunsztowny i szyk z przemijającym efektem.
Magdalena Stefani, była piękna, wieczną pięknością posągową, uczuciem duszy ożywiającem i uszlachetniającem oblicze. Służący adwokata podając panu kartę młodej kobiety, oznaczył znaczącem spojrzeniem:
— Pani, jakie pan nie często przyjmuje!
Znaczenie niewypowiedzianego zawiadomienia, zostało w oka mgnieniu zrozumianem.
Stary mieszczanin, żądający rady o grunt zabrany, został prędko odprawionym.
Pan de Varnes zamknął grubą książkę aktów mówiąc:
— Doskonale, wiem o co rzecz idzie. Wkrótce wniesiemy sprawę.
Jakiś pan napróżno starał się dalej objaśniać. Adwokat zakończył szybko:
— Dobrze. Rozpatrzę sprawę. Porozmawiamy o niej jeszcze, we właściwym czasie.
Ktoś inny, wnoszący sprawę o spór ziemi, wyszedł jednemi drzwiami, przeciwnik jego wchodził drugiemi.
Adwokat i z tym krótko zakończył.
— Potrzebuję pewnych jeszcze objaśnień... Trzeba przyznać..
Czwarty nie był też dłużej przetrzymanym.
— Interes pana wątpliwy. Waham się.
— Panie, liczyłem...
— No dobrze, ale przyjdź pan za tydzień.
— Panie!
— Dziś nie mogę panu więcej powiedzieć. Inni, nie byli zupełnie przyjęci.
Adwokat kazał oznajmić, że na dziś przyjęcie skończone, odłożone do jutra, tymczasem służący wprowadził klijentkę do osobnego saloniku.
Adwokat wypoczął chwilkę.
Wstał, przeszedł się do pokoju, poprawił jasny, miękki i falujący krawat, poprawił palcami blond włosy, już dobrze przerzedzone a widocznie zadowolony z siebie, zasiadł w fotelu, służącym mu za trójnóg do wyroczni, z monoklem w lewem oku, nadającym mu postać sarkastyczną i wyzywającą, oczekiwał ukazania się klijentki.
Przypatrywali się sobie nawzajem, lecz wrażenia były różne. Oczy adwokata objawiały zachwyt.
Służący się nie omylił.
Do dyjabła! Taka klijentka to kąsek królewski! Magdalena przeciwnie, była zdetonowaną i zakłopotaną. Spodziewała się znaleźć starego i poważnego prawnika, surowego jak spowiednik, przyodzianego według dawnej, mody, z szyją obciśniętą wysokim kołnierzykiem à la Guizot, o biuście poważnym, w peruce przy biblijotece zapakowanej wielkiemi tomami w skórę oprawnemi i mocno zakurzonemi.
Nic podobnego nie zastała u pana de Varnes.
Podobny raczej do eleganta bulwarowego, przezwanego fin de siecle, niżeli obrońcy prawa.
I w istocie przepędzał więcej czasu w salonach bawiąc się i flirtując, w teatrach, cyrkach, restauracyjach, niżeli w swym gabinecie lub na sądach w Palais.
Lat trzydzieści dwa, elegancki, wesoły, kokietujący jak kobieta, wygolony; o cerze białej i matowej, zyz w oku, uśmiech wymuszony i złośliwy, (był więcej znanym z sukcesów salonowych, jak przy sądownictwie.
Jako kawaler mógł żyć wygodnie z tego co zarabiał, lecz lubiący karty i młode kobietki, należał do rzędu mających wieczne pustki w kieszeni. Obdarzony subtelnym węchem, więcej zuchwały niż wymowny, intrygant niż mądry, umiał wyzyskać każdą sytucyją tak dla interesu jak i przyjemności.
Syn notaryjasza z obwodu de Seimur, odziedziczywszy niewielki majątek po ojcu, stał się częstym gościem w pałacu de Blangy, z powoda małych przysług wyświadczonych markizowi w czasie wyborów.
Umiejąc korzystać z okoliczności, zapragnął załatwić osobistą sprawę a mianowicie chęć ożenienia się z Ludwiką do Chambeyre.
Odważny i niezniechęcający się byle czem nadskakiwał Ludwice, niezwracając niczyjej uwagi.
Ta wysoka, młoda dziewczyna, brunetka sprytna jak on, ognista, której inteligencyja tryskała, że tak powiemy, z całej istoty, wzbudzała w nim żądze posiadania jej, tem więcej, że w dodatku do tak ponętnej osóbki były i dwa milijony franków.
Lecz panna de Chambayrə dała do zrozumienia, że afekta syna notaryjusza niezbyt mile są przyjmowane, nie dla tego, aby się jej nie podobał, lecz z przyczyn od niej niezależnych.
Z tego powodu adwokat żywił do niej pewną zawiść. Obrażona miłość własna, stracone korzyści, zniweczone nadzieje jedną jej odmową.
Niechęć ta datowała się od lat sześciu pozostając raną niezabliźnianą nad którą górowała próżność urażona.
De Vernes’owi nadarzała się sposobność odwetu. Gabinet w którym się znajdowała Magdalena Stefani uchodził za wzór rodzajowy.
Podobnym był do buduaru i konfesyjonału, zamknięty i niedostępny jak drugi, miękki, elegancki i wyperfumowany jak pierwszy.
Młoda wdowa czuła się zawstydzoną i zakłopotaną jego obecnością. Chciała wyjść nawet.
Lecz dokąd iść? Komu zaufać?
Adwokat zresztą nie pozostawiał czasu do odwrotu. Giestem uprzejmym wskazał krzesło naprzeciw siebie i nie spuszczając z niej oka, usadowił się naprzeciw okna, aby nie stracić najmniejszego wrażenia jej twarzy. Bawiąc się kartą podaną przez służącego rozpoczął głosem bardzo dźwięcznym i stanowiącym wielką zaletę jego talentu.
— Pani Magdalena Stefani.
Skłoniła się.
— Tak panie, to jest...
— Krewna pułkownika Stefani?
— Córka jego!
— Ah!
— Pan znał mego ojca?
Jestem z la Cote d’Or. Ojciec mój był notaryjuszem w okolicy Semur.
— Przypominam sobie, dodała Magdalena, czerwieniejąc. Adwokat odezwał się z nieokreślonym akcentowaniem.
— Pani mówiła... to jest... może panna?...
— Magdalena zbladła. Adwokat ciągnął dalej.
— Nie przez ciekawość zadaję pani to pytanie... lecz z konieczności. Dla nas adwokatów wielka jest różnica w sprawie kobiety w obec męża lub młodej panny, pełnoletniej, mogącej działać swobodnie. Wiadomem to pani zapewne?
— Tak słyszałam o tem.
— Pani jest pełnoletnią?
— Mam lat dwadzieścia sześć.
Adwokat uśmiechnął się dyskretnie. Uśmiech ten zawierał cały dytyramb (pieśń na cześć Bachusa). Dwadzieścia sześć lat, wiek wymarzony, pora najświetniejszego rozwinięcia u kobiet dochodząca do doskonałości. W owym uśmiechu przelotnym był hołd należny i żądza. Takie rzeczy nie wyrażają, się słowami.
Pan de Varnes zdawał się przyglądać karcie, Magdalena więc zaczęła:
— Tak mnie nazywano, ale... jestem zamężna.
— Zamężna!
— Czyli jestem wdową.
— Wdową!
— Zaledwie od dni kilku.
— Dlaczegóż więc?
— Postaram się zaspokoić pana ciekawość. Wyłączne okoliczności... szczególniejsze, w jakich pozostałam, zmuszają mnie poradzenia się pana... tak jak zniewalają mnie zatrzymać nazwisko mego ojca nawet po zamążpójściu.
— Jak się nazywał mąż pani?
— Filip Valencourt.
— Pani mówi?...
— Fllip Valencourt.
Adwokat poruszył się w fotelu.
— Valencourt... powtarzał, ależ ja go znałem... bardzo dobrze nawet... On był kawalerem...
— Nie panie. Filip Valencourt był moim mężem. De Vernas przysunął się do krzesła klijentki.
— Co słyszę, powiedział, wpatrując się w nią natarczywie, jak gdyby chciał zbadać do głębi stan duszy dla wykrycia prawdy. Porozumiejmyż się. Niechaj panią to nie przeraża... Czy mówimy o panu Filipie Valencourt, wysokim, młodym człowieku, mającym około lat trzydziestu?
— O tymże samym.
Attaché przy ministeryjam spraw zagranicznych?...
— Tak.
— Siostrzeńca markiza de Blangy?
— Tym właśnie.
— Brat Franciszka Valeucourt, obecnie spadkobiercy markiza de Blangy, ożenionego z panną de Chambeyre, córką vice-hrabiego de Chambeyre, byłego poborcy...
— Mąż mój, był tym samym, o którym pan mówi.
— Niedowierzam własnym uszom... Mówi pani o Filipie Valencourt, ofierze strasznego wypadku, jaki miał miejsce przed kilku dniami, opisanym w dziennikach?
— Niestety!
Adwokat odetchnął głośno, klasnąwszy ustami na znak niedowierzania.
— Wszystko to mi się wydaje nadzwyczajne, mówił. Pani utrzymuje, że go poślubiła?...
— Potajemnie.
— Gdzie to?
— W Hiszpanii w wiosce San-Julia.
— Kiedy?
— Dwa lata temu.
— Pani ma dzieci?
— Dwoje.
— Pod czyim nazwiskiem zapisane?
— Pod moim.
— Ależ to mniemane małżeństwo? To bardzo romantyczne, co pani opowiada.
— Co tylko może być najprawdziwszego.
Pan de Vernes wziął nóż do przecinania papierów, i poruszał ręką z pewną żywością, wróżącą niepomyślny wynik. Widocznie cała ta historyja zdała mu się nieprawdopodobną.
— Co mi pani więcej powie jeszcze?
zapytał oschle.
— Potrzebuję pana objaśnić... wyrzekła młoda kobieta, dotknięta tak widocznem niedowierzaniem. Markiz de Blangy posiada w Burgundyi pałac i majątek tejże samej nazwy.
— Wiem... Bywałem tam... często nawet. Czy to pułkownik zamieszkiwał w małym domku, za lasami markiza.
— Tak panie.
— Bellemare?
— Tam właśnie.
— Markiz i pułkownik nienawidzili się. Ich nieprzezwyciężona odraza przeszła w podanie.
— Wszyscy o tem wiedzą.
— Darli z sobą koty, jak to mówią.
— Mój ojciec miał powody do żalenia się na markiza. Prowadzili z sobą procesy. Mój ojciec został zrujnowany, znaglony do podania się do dymisyi... To go rozjątrzyło. Nienawidził pana de Blangy i wszystkiego co się tyczyło jego osoby. Ztąd też pochodzi nasze nieszczęście. Nie uniewinniam się. Spotkałam Filipa Valencourt. Wyznał mi swą miłość, jam mu uwierzyła. Byłam sama i smutna... Cóż więcej mam panu powiedzieć? Kochałam go szalenie i uległam jego usilnym prośbom.
— Słowem, zostałaś pani jego kochanką?
— Prawda.
— Kiedy?
— W Bellemare, w tym czasie gdy brat się jego żenił. Widywał mnie codzień. Spotykaliśmy się w odosobnionym pawilonie. Ojciec nas zeszedł. W upadku moim widział ciężar życia. Rodzina Blangich i tak już mu była bardzo nienawistną. Zgryziony i zrospaczony ostatnim tym ciosem napisał do mnie list z przekleństwem i odebrał sobie życie.
Magdalena zbladła jak chusta.
— Słyszałem o wypadku, lecz nie wiedziałem przyczyny, odrzekł adwokat.
— Nikt go nie posądzał, Filip tejże samej nocy ponowił obietnicę zaślubienia mnie, Lecz zależał od wuja... Nie chciał utracić jego łaski.
— I majątku?
— Może, spodziewał się ocalić przyszłość. Nie mogłam pozostać jego żoną w oczach świata. Zaproponował mi sekretne małżeństwo.
— Paniś się zgodziła?
— Cóż miałam uczynić? Powody przez Filipa stawiane uważałam za rozsądne, zresztą zanadtom go kochała aby się niezgodzić. Zamieszkałam w Passy. Odwiedzał mnie co wieczór. Czas szybko uchodził. On był szczęśliwy.
— A pani?
— I ja nią prawie byłam. Mieliśmy dwoje dzieci. Postanowił dotrzymać przyrzeczenia... Ślub nasz odbył się w San-Julia. Akt złączenia, podług praw Francyi; odłożyliśmy na później.
— I nie dopełniliście go?
— Nie.
Pan de Vernes bębnił palcami po biurku.
— Czy ksiądz dawał ślub?
— Proboszcz wioski San-Julii.
— Lecz we Francyi nie było zapowiedzi?
— Nie wiem.
— Czy jest akt ślubu?
Magdalena potwierdziła kiwnięciom głowy.
— Gdzież jest? zapytał adwokat niecierpliwie.
— O Mąż mój miał kopiję.
— Kto pani o tem powiedział?
— On sam, często mi o tem mówił.
— Powinien był pani oddać.
— Zapewne. Śmierć tak niespodziewanie zabrała go, mówiła młoda kobieta, zalewając się łzami. De Vernes był wzruszonym.
— Pani mówi, że ślub odbył się w Sant-Julia?... zapytał łagodniej. Gdzież to jest?
— W Nawarze; przy Echalar.
— Nigdy tam pani więcej nie była?
— Nigdy.
— Czy mnie pani upoważnia do telegrafowania dla otrzymania dowodów?
— Już to uczyniłam.
— A więc?
— Kościół spalony, ksiądz umarł, akta zaginęły.
— A więc niema dowodów, jesteśmy zgubieni. Ma pani przynajmniej listy?
— Od kogo?
— Od swego kochanka.
— Od mego męża — poprawiła młoda wdowa — mam ich wiele.
— Gdzież są?
— Tu.
Magdalena wydobyła z żalem z kieszeni paczkę listów jej ukochane relikwie.
— Pani mi je pozostawi, przejrzę je w wolnej chwili.
— Dobrze panie.
— Jeszcze jedno pytanie. Jaki jest pani stan majątkowy? To znaczy, jakie pani posiada fundusze na utrzymanie?
— Bardzo szczupłe.
— Jakto?
— Filip otrzymywał ponsyję od wuja; miał też i ziemię w Burgundyi. Żyliśmy dosyć wygodnie. Bywanie w towarzystwie, oddzielne jego mieszkanie, mały domek w Passy pochłaniały wszystkie dochody.
— Tym sposobem po śmierci męża położenie pani staje się krytycznem, Czy niema testamentu?
— Pewno. Filip zrobił go.
— U pani go niema.
— Był u niego wraz z dowodami dla naszych dzieci.
— Czy mieszkanie oddane bratu?
— Tak panie, jak również i to co się w niem znajdowało.
— Do djabła! — pomyślał adwokat, oznaczając dokładnie myśl, jaka mu przyszła. — Nie robiła pani jakich starań?
— Żadnych. Czekałam wezwania od...
— Od kogo?
— Od pana Franciszka Valencourt. Musiał czytać dowody... dowiedzieć się o położeniu...
— Należy się domyśleć — zadecydował de Vernes z sarkazmem na ustach. Tylko pan Franciszek Valencourt, jak i wielu innych, bardzo lubi pieniądze, a pani prawa, jeżeli istniały, były by bezpieczniejszemi w każdych innych rękach... Pomyślę... Zbadam interes... Jest ciężki, bardzo ciężki..
Magdalena wstała. Nogi się pod nią chwiały. Uwaga adwokata pognębiła ją. Myśl o kradzieży papierów, pozostawionych przez męża, zaledwie jej przeszła przez głowę. Odpychała ją z oburzeniem, a de Vernes przypuścił ją natychmiast, jako naturalną w świecie.
— Kiedy mi pan każe przyjść znowu? — wybąknęła, przyciśnięta najsmutniejszemi przeczuciami.
Adwokat zastanowił się na chwilę.
— Pojutrze zechce się pani pofatygować.
— O której godzinie?
— O dziesiątej.
— Dobrze panie.
— Będę na panią czekać.
— Dziękuje.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.