Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nazajutrz po scenie, którąśmy opisali, odbył się z wielką okazałością pogrzeb wuja i siostrzeńca, z kościoła Ś-go Tomasza z Akwinu.
Markiz miał przyjaciół, wielu znajomych i mnóstwo podwładnych z powodu jego wysokiego stanowiska.
Katastrofa zaś w której padł Filip Valencourt, jeden z młodych ludzi, pełnych nadziei w przyszłości, podniecala ciekawość Paryża, zawsze żądnego wrażeń. Kościół nie mógł pomieścić cisnących się tłumów w nawie i pobocznych kaplicach.
Na chórze i obok katafalków płonęły światła różnokolorowe, kościół okryty żałobą nasycała woń kadzideł.
Najsławniejsi śpiewacy mieli się ukazać.
Herby, dowody nieskończonej próżności markiza, zawieszono na obiciach krużganków i naw kościelnych, ordery na trumnie. Długi szereg pojazdów zajął plac i sąsiednie ulice. Pośród publiczności dawały się słyszeć urywki rozmowy światowej, podczas gdy ksiądz na kazalnicy wygłaszał mowę pogrzebową, nie zawierającą nic pochlebnego dla nieboszczyka.
Przytoczymy kilka zdań dwóch znajomych tego, którego miano odprowadzić na wieczny spoczynek. Oficyjant przy ołtarzu:
— Daj im panie wieczny odpoczynek, a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Senator trącił radcę z izby obrachunkowej:
— Blangy, to był znakomity intrygant!
Radca:
— Przebiegły człowiek, umiejący dbać o swoje dobro. Na ile szacują jego majątek?
Ksiądz:
— Dusze ich opuściwszy ciało, powrócą do ziemi a marność tego świata zniknie z nimi razem.
Senator:
— Mówią o dziesięciu milijonach. Korzystał ile mógł.
Radca:
— Życzyłbym sobie mieć cząstkę jego sprytu.
Ksiądz:
— Gdy najwyższy Sędzia ukaże się na tronie, wszystkie nasze skryto myśli czyny wyjawione będą. Żaden występek nie ujdzie bezkarnie.
Radca:
— Komu teraz przypadnie cały majątek?
Senator zdziwiony:
— Ależ naturalnie pozostałemu siostrzeńcowi.
— Czy to ten pan w żałobie, koło trumny.
— Ten właśnie.
— Niemiła fizyjognomija. Nie znajdujesz tego?
— Każdy ma swoje dane... Mówią, że jest wyrachowanym.
— Czy żonaty?
— Z córką dawnego przyjaciela jego wuja, vice hrabiego de Chambeyre.
— Czy vice-hrabianka jest brunetką, śliczną kobietką?
— Rzeczywiście, że jest ładną.
— Bardzo zalotna... a markiz?
— Złośliwy!
Ksiądz:
— Pamięć dobrego będzie wieczna, Nie będzie się on obawiał potępienia.
Senator:
— Dzięki protekcyi de Blangy, vice-hrabiemu dobrze się działo.
— Przez kobiety dochodzi się.
— O kim mówisz?
— Został ogólnym poborcą... Mówią, że zostawił córce ogromny majątek.
— Dla tego też markiz ożenił jednego ze swych siostrzeńców.
— Kochał więcej drugiego, tego, który uległ tak nie w porę nieszczęśliwemu wypadkowi.
— Właśnie w chwili, gdy odziedziczał tak ogromny majątek.
— Doprawdy, to brak szczęścia.
— Mówią, to był ślicznym chłopcem.
— Bardzo sympatyczny. Głowa zdolna, obejście zachwycające kobiety.
— Lepiejby było, aby się zabił ten, co pozostał.
— Nieszczęście nierobi wyboru.
— Ma już wszystko... pokój wieczny!
Ksiądz:
— Dobra ziemskie pozostają. Szczęśliwi ci którzy przekładają światłość wieczną.
Senator:
— W gruncie rzeczy, Blangy był bez żadnej wartości moralnej.
— Niezbyt uczciwy!
— Bez zasad.
— Nigdy się nie krępował żadnemi skrupułami.
— Miał racyją! Tacy zawsze znajdą miejsce.
— Co sądzisz o tem?
— Masz tam wpływy... Mógłbyś co przemówić za mną.
— I owszem. Nie omieszkam.
Radca na boku:
— On by mi dopomógł! Fałszywy starzec!
Senator na boku:
— Ten nie wart i małego palca Blangich.
Ksiądz:
— Boże, wysłuchaj miłosierne proźby nasze, za te zmarłe dusze, wybacz im przewinienia i przyjmij je do swej chwały.
Chór dodał:
— Amen.
Podobneż rozmowy dawały się słyszeć w całym kościele.
Nikt by nie uronił, nikt nie pożałował.
Towarzyszono pogrzebowi jakby widowisku.
Tylko w bocznej kaplicy schylona na stopniach ołtarza, tłumiła kania młoda kobieta, w wdowim stroju, z głowa wspartą na ręku, oczami zaczerwienionemi od łez wylanych.
Pierś jej tłumiona nadludzkim wysiłkiem, wydawała głuche jęki, konając na ustach.
Pogrążona w rozpaczy, nie zwracała uwagi ani na sąsiadów, ani na śpiewy, rozlegające się w kościele.
Jedna myśl tylko zajmowała jej umysł: jego już niema! Po raz ostatni koło niego.
Strwożona, bojaźliwa, zadawała sobie pytania:
— Więc mnie mają za jego kochankę! Czemże są moje dzieci?
To o nim, to o nich myślała.
Dusza przepełniona goryczą, wkoło niej żałoba, przed nią niepewność.
Bilet Josona Kerhoël potwierdził jej obawę.
Od czasu do czasu podnosiła oczy na katafalk, gdzie jeszcze przez chwilę tylko spoczywały szczątki jej ukochanego.
Filip, jej kochanek, nie śmiała nazwać go mężem. Powątpiewała o wszystkiem, o Bogu nawet, który okazał się tak nielitościwym, wyrywając jej okrutną śmiercią jedynego opiekuna, pozbawiając ją nawet prawa zobaczenia go i uściskania.
Lodowata twarz Franciszka Valencourt, stojącego w pierwszym rzędzie koło dwóch trumien, przestraszyła ją.
Poznała brata Filipa od pierwszego rzutu oka, pomimo że raz jeden tylko widziała go w operze, ukryta w loży z Filipem.
Od niego to może zależał jej dalszy los.
Wiedziona złowrogiem przeczuciem, spodziewała się tylko upokorzeń.
Sprawił na niej wrażenie węża z wytrzeszczonem ślepiem, owiniętego wkoło drzewa, a który ukazaniem swem przestrasza ptaszynę w gnieździe.
Ceremonija się kończyła.
Sama jedna, w dorożce, towarzyszyła na kolej dwom trumnom, mającym być złożonemi na cmentarza de Blangy.
Powróciwszy do siebie, do tego domu, gdzie przed kilkoma dniami jeszcze czuła się tak szczęśliwą, gdzie jej ukochany nie powróci więcej, przycisnęła do zbolałej piersi dzieci, a ściskając je, zawołała z rozpaczą:
— Nie macie już ojca — i powtarzając z największą trwogą modlitwę owej strasznej nocy, rzekła:
— Biedne małe! niechaj was Bóg strzeże!