Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.
Wet za wet.

Franciszek Valencurt przeszedł salony w amfiladzie pałacu, z podążającym za nim Bretończykiem, poszedłszy do gabinetu wuja, usiadł w fotelu markiza przed przepysznem biurkiem.
— Usiądź mój przyjacielu, rzekł Franciszek Valencourt, wpatrując się jak sędzia śledczy w Bretończyka. Twarz Josona Kerhoëla przybrała pozór skromnej i ograniczonej naiwności, ukrywającej najczęściej u ludu prostego przebiegłość. Joson był mocno oburzony.
Zasadzka jaką na niego zastawiano była za widoczną, aby odtąd nie mieć się na baczności. Bystro zmierzył twarz lisa nań czyhającego lecz jednym rzutem oka tylko.
— Filip postępował z tobą jak z przyjacielem — rozpoczął Franciszek tonem łagodnym.
Bretończyk domyślił się kombinacyj i zawiłych intryg.
Dla czego?
Dla ważnych powodów, z których najgłówniejszym było przewidywanie tego co się dziać miało, tak jak widz przypatrujący się początkowi dramatu, pragnie widzieć i koniec jego.
Pochodziło to z niezmiernego przywiązania do tych, których kochał pan jego. Joson wiedział o szalonej miłości Filipa dla Magdaleny Stefani. Był świadkiem rozwijającej się namiętności do córki pułkownika.
Nie będąc wtajemniczonym w drobiazgowe szczegóły, wiedział przecież, że miłość ta coraz więcej potęgowała się. Wycieczki Filipa nocami, spędzanie każdej wolnej chwili w Passy, podróże w Pireneje. do Szwajcaryi i kąpieli morskich, nakoniec wizyty Magdaleny u Filipa, w małej antresoli przy ulicy Université, gdzie przybywała starannie zawoalowana, oraz wysoki szacunek jakim ją otaczał, dowodziły głębszych zamiarów i uwieńczenia stosunku tego małżeństwem.
Joson Kernhoël był obdarzony dużą dozą inteligencyi. Pod twardą czaszką okrytą rudemi włosami ukrywał niezwykłą przebiegłość. Tacy ludzie bywają niebezpieczni. Nienależy im dowierzać, Filip często mu wskazywał biurko mówiąc:
— Widzisz Joson tę szufladę. Pamiętaj, że zawiera ważne papiery dla osób przezemnie ukochanych. W rasie jakiego wypadku czuwaj nad niemi.
— Lecz wypadek stał się nagle, stroskany i nieprzewidziany.
Bretończyk zapomniał zlecenia swego pana. Zamiast strzec mieszkania opuścił stanowisko w pierwszej zaraz chwili, dał się uwieść nieprzyjacielowi.
Tym nieprzyjacielem był Franciszek Valencourt. Joson nie miał już najmniejszej wątpliwości, fałszywy i podejrzany wyraz twarzy Franciszka nigdy nie wróżył nic dobrego.
O ile uwielbiał szczerość młodszego, jego piękną postać, szlachetne ruchy; o tyle nie cierpiał obłudnej i lichwiarskiej powierzchowności starszego Valoncourt’a, Joson był wściekły sam siebie.
Co miał do czynienia Franciszek w mieszkaniu zmarłego brata, zanim jeszcze był pochowanym?
Joson zainteresowany tym pośpiechem, podążał do domu.
Szuflada z papierami była mu ciągle na myśli. Zrozumiał, że popełnił błąd, a błąd ten nie był do powetowania.
Co robić? Najpierw zjednać sobie zaufanie zdrajcy. Na czynione zapytania, podrapał się w głowę mówiąc:
— Tak zapewne... pan mój również był dobrym dla mnie jak i dla innych. Pan był z natury szlachetnym, z ręką na sercu, uczynny... lecz nie wtajemniczał mnie w interesa.
Franciszek poruszył głową ze znakiem niedowierzania.
— Ależ, czy to możebnem aby chłopiec będący u niego w służbie od lat sześciu...
— Od siedmiu lat, panie!
— Niech i tak będzie... miałby nie nie wiedzieć o jego stosunkach.
— Mało mogę co o tem powiedzieć... Miałbym jedną tylko proźbę... aby mnie pan przyjął do służby. Wszystko będę robił co pan tylko zechce. Byłem bardzo przywiązany do mego pana i domu. Proszę pana zaopiekować się mną, pan pozostał sam jeden dla zastąpienia mi pana Filipa i pana markiza!
— Sam, pomyślał Franciszek czyżby nic nie wiedział o tem małżeństwie?
Tonem zaś uprzejmym rzekł:
— Zobaczymy, zobaczymy mój przyjacielu. Bardzo sobie tego życzę Filip był z ciebie zupełnie zadowolony... często mi o tem wspominał.
— Będę się starał i panu tak służyć. Wypowiedziane było z miną tak szczerą, że Franciszek Valencourt został w niepewności, było li prawdą iż tak niewiele wiedział co się u Filipa działo. Zaczął znów.
— Mów otwarcie. Służący rozsądny, jakim ty jesteś — bo cię uważam za rozumnego Josonie... Bretończyk skromnie się pokłonił, Franciszek Valencourt mówił dalej.
— Mogłeś podejrzewać słabostki... przywiązania swego...
— Przysięgam panu...
— Zawsześmy myśleli, że Filip miał stosunek... przy... który mu przeszkadzał do ożenienia...
Joson założył rękę prawą na lewą w postawie niewinnej, zupełnie naturalnej.
— Zapewne, pan nie żył jak pustelnik, to pewna nawet, powiedział, lecz nigdy nie widziałem, aby przyjmował kogo u siebie...
— Nigdy? Zaczekaj trochę... a może bardzo rzadko... wysoka blondyna zawoalowana.
— Ach! Pozostawała kilka minut i odchodziła.
— Ładna?
— O tak!
— Młoda?
— Ze dwadzieścia pięć lat...
— Jej nazwisko?
— Mogę je panu powiedzieć... chociaż mi pan Filip nic nie mówił, ale często widywałem listy adresowane do pani Magdaleny, ulica Raphael, w Passy. Gdy Lachaume przyszedł po pana, domyśliłem się, że pewnie tam będzie, poszedłem pana zawiadomić...
— Czy ta pani wie, co się stało?
— Ale...
— Zawiadomiłeś ją może?
Joson zrozumiał konieczną potrzebę kłamstwa.
— Jeżeli pan rozkaże, uczynię to, lecz bez pozwolenia nie przyjąłbym na siebie odpowiedzialności...
— Eh! pomyślał Franciszek Valencourt, to dobry chłopiec... dyskretny... ostrożny... uległy.. możnaby rzeczywiście posłużyć się nim.
Kontynuując dalej dodał:
— To dobrze... Zobaczę... Położenie tej pani jest fałszywem, a przədewszystkiem należy uniknąć skandalu, obciążającego pamięć mego biednego brata. Joson obejrzał się.
— Czy nie wiesz nic więcej, mój przyjacielu?
— Nic panie. Zresztą myśl moja jest jakby zbłąkana. Uderzyłem się silnie, czuję jakby potrzebę pójścia na spoczynek... Wzrok się zaciemnia. Jeżeli mnie pan zechce o co jeszcze pytać, jestem na jego rozkazy.
— Później, dosyć na dzisiaj. Idź, wypocznij przyjacielu.
— Czy pan nie ma jakich rozporządzeń do wydania?
— Tak. Powróć do siebie. Zamknij wszystko i nie wpuszczaj nikogo do mieszkania, aż do ukończenia tej smutnej ceremonii.
— Nikogo?
— Bez wyjątku. Niechaj rzeczy zostaną w takim stanie jak są.
— Dobrze panie.
— Zrozumiałeś mnie?
— Może pan być spokojnym.
— Idź, przyjacielu. Jeżeli cię będę potrzebował, przyjdę do ciebie. Nie wychodź, wypocznij, a przyjdziesz do siebie.
— Dziękuję panu.
Jan ledwie się mógł utrzymać na nogach, drżał od zimna, w głowie mu się kręciło.
Po wyjścia Bretończyka Franciszek Valencourt zacierał ręce, mówiąc:
— A więc wszystko idzie dobrze.
Joson z trudnością doczołgał się na ulice Université.
Pierwszym jego czynem było zbadać gabinet swego pana.
Już przy progu uderzył go zapach spalonego papieru.
Ukląkł przed kominkiem. Resztki auto-da-fé odznaczały się cząstkami czarniejszemi.
Poruszył ręką. Popiół był jeszcze gorący, lecz nie podobieństwem było odgrzebać choćby skraweczek zniszczonych listów. Co odkrył ten włóczęga? Co zniszczył? W jakim celu?
Tyle było nierozwiązanych zagadek dla Bretończyka.
Roztworzył też biurko, w którem tkwił jeszcze klucz.
Jedna z szuflad była pustą.
Joson pochwycił się za głowę, wyrywając garść włosów.
Była to właśnie szuflada, na którą mu pan tak często zwracał uwagę.
Złorzeczył sobie jak tylko być może, uważając się za ostatniego nędznika.
Franciszek Valencourt wiedział również jak i on, o istnienia papierów, lecz leżało w jego interesie zniszczyć je.
Joson ciężko się zmartwił, lecz złemu już nie można było zaradzić, jakiś fatalizm zawisł nad wszystkiem.
Ociężały, zmartwiony, chory, nagryzmolił kilka następujących linij.
„Wielkie niebezpieczeństwo grozi pani. Będę pani użytecznym ile tylko można. Niechaj pani nie wyjawia że mnie zna i liczy na moje przywiązanie.

Joson Kerhoël“.

Włożył w kopertę, napisał adres, jak tylko mógł najlepiej: Pani Magdalena, 12, ulica Raphael, w Passy.
Miał jeszcze tyle siły, aby zejść i wrzucić list w najbliższą skrzynkę pocztową. Powrócił do siebie i upadł na sofę, na której znaleziono go nazajutrz ciężko chorym, bez świadomości co się koło niego działo, i to go przyprawiło o pozostanie w łóżku przeszło trzy tygodnie.
Okoliczność ta dopomogła dalszym planom Josona.
Franciszek Valencourt ujęty pozorną szczerością jego odpowiedzi, nie mógł oddalić służącego poważnie pokaleczonego w wypadku, w którym stracił brata, przez co odziedziczył cały majątek wuja.
Postanowił przyjąć Josona do służby.
Był to wielki błąd.
Dla czego? zobaczymy w dalszym ciągu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.