Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIV.
Skryte występki; zbrodnia bezkarna.

W pałacu przy ulicy Saint-Guillaume u Valencourt’ów, tych szczęśliwców, którzy spełniwszy niegodne łupiestwo, przemyśliwali nad innemi — wszystko było radosne.
Powiew fortuny wiał też ku nim! Wszystko się układało podług ich życzeń.
W chwili, gdy mąż i żona rozstali się na progu pokoi, przedzielonych salonem, gdzie Ludwika przyjmowała swych przyjaciół, Franciszek powiedział:
— A więc ułożone? Jedziesz jutro?
— Wczesnym rankiem.
— W sekrecie?
— W sekrecie.
— Pewna jesteś swojej garderobiany?
— Ręczę za nią. Ona jedna będzie wiedzieć o mojej nieobecności... Przytem nie będzie wiedziała celu mej podróży.
— Jesteś kobietą wyższą.
— Spodziewam się dowieść ci tego.
Zatrzymała męża, który chciał drzwi zamknąć.
— Stajemy się wielkimi zbrodniarzami? powiedziała wesoło.
Widocznie, że szczęśliwą była z tej fortuny, a więcej z piekielnej i ohydnej zemsty.
— Dla czego zbrodniarzami? zaczął starszy Valencourt, niecierpliwy jak zawsze.
— Tak... zdaje mi się...
— Miałem prawo do dziedzictwa po moim wuju... Filip mi je wydarł... przeciw wszelkiej sprawiedliwości... odbieram je...
Z drugiej strony, Filip umarł. Czy ja wiem co o jego przygodach?
Jestem jedynym jego spadkobiercą. Znosząc akt małżeństwa, nieważny wobec prawa, unikamy skandalu, procesu, któregobyśmy nie przegrali...
— Czyś tylko pewny?
— Takie moje zdanie.
Prawo jest za nami. Filip ożenił się w Hiszpanii. Podług formalności przepisów u nas, jego żona byłaby kochanką, jego dzieci nieprawe. A ci intruzi ogołociliby nas może!... A więc?... moje sumienie jest spokojne... Dobrej nocy!
Zbliżyła się do niego, wzruszyła ramionami i rzuciła mu obelgę:
— Wykrętaczu, fałszywy człecze! Obłudniku! — lecz mówiła to bez żółci.
Rzeczywiście była w usposobieniu wesołem.
Nie obraził się, ale uśmiechnął wesoło.
— Występek! jeżeli kto chce tak nazywać, ale występek niewiadomy, występek bezkarny! Niechaj inni postępują jak my!
Podali sobie ręce powtarzając:
— Dobrej nocy!
Rano, o siódmej godzinie, spotkali się na środku salonu, który ich rozdziela. — Pani Valencourt, czarno ubrana, starannie zawoalowana, gotową była była do wyjścia. Franciszek owinięty płaszczem, zawołał jednego ze swoich służących i posłał do mieszkania brata prosić Josona, aby przybył do pałacu de Blangy i oczekiwał go.
— Nie masz mi nic do rozkazania? zapytała męża.
— Nic, działać prędko i dobrze.
— I to wszystko?
— Wszystko.
Wyszła sama przez drzwi ogrodu, na ulicę de Grenelle, wzięła fiakra i kazała się wieść na dworzec kolei z Orleanu, a stamtąd udała się pośpiesznym pociągiem do Bordeaux, podczas gdy jej garderobiana mówiła towarzyszom, że jej pani czuje się niezdrową i pozostanie u siebie.
Franciszek zapytał lokaja wchodzącego.
— Widziałeś Bretończyka?
— Widziałem panie!
— Poszedł?
— Natychmiast... bardzo kuleje... Wczorajszy upadek silnie go dotknął.
— Wychodzę... jeśli się kto będzie o mnie pytać, przysłać do pałacu de Blangy.
— Dobrze panie.
Nie poszedł tam przecież prosto. Zamiast skręcić na ulice de Lille, zwrócił się na Université, udając się do antresoli brata.
Nieboszczyk miał tylko jednego służącego, nieobecnego w tej chwili; Franciszek bowiem kazał go zawezwać do siebie, pragnąc sam pozostać w mieszkaniu.
Stróż wręczył mu klucz, bez cienia podejrzenia, wiedział bowiem, że Filip Valencourt miał tylko jednego spadkobiercę. Franciszek wszedłszy do mieszkania, z całą ostrożnością i przezornością zamknął drzwi za sobą. Mógł więc bez obawy zacząć poszukiwania. Filip nie miał żadnych interesów, które by mu przynosiły jaki zysk. Kawałek ziemi w Burgundyi, kilka winnic i pensyja, jaką mu wuj przeznaczył, stanowiły fundusz na utrzymanie ukochanej i dzieci.
Całem złem, o którem dotychczas świat nie wiedział, był potajemny związek i rodzina, o której myślał bezustannie.
W szufladzie biurka znalazł Franciszek dosyć listów Magdaleny, dowody uczuć najczystszych, najserdeczniejszych. Listy te zawierały całą historyją jego miłości i związku, na mocy których jednak mogła zrobić zastrzeżenia praw swoich. Na spodzie zaś szuflady pod pękiem pamiątek najstaranniej zachowanych, pod przyciskiem do papierów, dwa arkusze złożone we czworo, ze wzmianką na wierzchu: „Bardzo ważne“, uderzyły w oczy tego nędznika, gwałcącego najświętsze obowiązki. Rozłożył je drżącemi rękoma. Trzeba było istotnie mieć czarne sumienie, dla spełnienia tego, czego się dopuszczał tak zły brat, są bowiem czyny dreszczem przejmujące najzatwardzialsze serca.
Pierwszy z tych arkuszy, był aktem małżeństwa w San-Julii wydany przez proboszcza Filipowi, na proźby Magdaleny, zapieczętowany, tak, jak był przyniesiony z poczty. Franciszek włożył go do kieszeni. Drugi arkusz zawierał te kilka wyrazów.
„Mój testament. Zapisuję cały mój majątek, który posiadam w obecnej chwili jakimby on nie był aż do zejścia mego, Magdalenie Stefani, mojej żonie i dwojgu moim dzieciom, Magdalenie Filipowi, zrodzonym z mego małżeństwa z Magdaleną Stefani.
Paryż pierwszego lipca, 1865 roku, podpisany. Filip Valencourt.“
Zbrodniarz ścisnął zęby.
Ten testament niweczył sam przez się wszelkie sfałszowanie. Pozycyja wskutek znalezienia testamentu przedstawiała się następująco. Czy małżeństwo było ważne lub nie, Filip Valencourt zmarły jako spadkobierca, po wuju i w pamięć legata markiza, przekazywał cały swój majątek na Magdalenę Stefani i dwoje dzieci.
Filip, tak jak i brat jego, doktór prawa znał doskonale ważność podobnego aktu.
Pisząc testament spełniał przyrzeczenie i obowiązek uczciwego człowieka.
Ślub udzielony przez proboszcza w San-Julii, łagodził wątpliwość Magdaleny. Testament zabezpieczał przyszłość jej i dzieci. Zabierając ten tytuł nikczemny ten rabuś, Franciszek Valencourt, wykradał nieszczęśliwej i jej dzieciom siedem do ośmiu milijonów majątku po markizie a przytem i to, co pozostawało Filipowi z jego ojcowizny.
Żaden pozór, żadna żądza legalna, nie mogły udaremnić łupiestwa, którego nieboszczyk nie przewidział. Pot wystąpił na czoło niecnego bandyty i milijonera.
Portret brata, zawieszony na ścianie zdawał się śledzić go swemi pięknemi aksamitnemi oczyma, pełnemi przyjaźni i łagodności. Uczuł jakby uderzenie drutem, które go zakłóło pociskiem wyrzutów sumienia. Dla niego, już i tak bogatego, czyż całe skarby świata, zastępowały odwagę przejścia Rubikonu, po za którym miał zginąć w bagnie występnych nędzników zakałą i wstydem ludzkości? Filip był jak najlepszym bratem, Filip byłby z nim podzielił ostatni kawałek chleba, Franciszek Valencourt nie miał serca. I do tego jeszcze za człowiekiem tak złych popędów ukrywała się kobieta. Kobieta tam była. Sam był, nie mając nikogo, coby go pieszczotą napoił, wpływ rozumny i sercowy wywarł.
W takich warunkach nie byłby może tak nisko upadł, cofnąłby się od czynu podłego i poniżającego. Lecz Ludwika Chambeyre tylko przez zemstę zostając jego towarzyszką życia, rządziła nim, a nie kochała go. Ona podałaby mu była nóż w rękę, gdyby morderstwo dogadzało jej zemście. Cóż więc miał obecnie czynić?
Schwycił papier nikomu nieznany, skradł akt, którego istnienia nikt nie podejrzewał.
Po kilku też minutach, łatwo sobie wmówił że była to zaledwie kradzież, a litując się, jakby sam nad sobą, osądził się nierozumnym trwożąc się takiej bagateli.
Zresztą okropność występku niknęła wobec korzyści jakie po skradzenia dowodów Filipa, się przedstawiały.
Uśmiech współczucia dla nieszczęśliwego brata osiadł na ustach, Franciszka. Rzeczywiście Filip nie posiadał wiele rozumu. Trzeba było być zaślepiony w zaufaniu do ludzkości gotowej do pokusy, aby pozwolić poniewierać się papierom tak wielkiej wagi pozostawiając je na łup pierwszego lepszego.
Franciszek uznał swój czyn za, uczciwy. Listy ambarasowały go swą objętością. Rzucił je na kominek, podłożył ognia patrząc z pewnem zadowoleniem gdy się paliły. Spalone resztki zagrzebał w popiele, rozpatrzył uważnie wszystkie meble a nie spostrzegłszy nic podejrzanego zamknął biurko i wyszedł.
Wyniósł z sobą dwa drogocenne akty złożone w pugilaresie. Dostawszy się na ulicę, uczuł się lekkim jak sylf, wyższym i silniejszym. Nic mu już nie ciążyło na głowie.
Cały majątek posiadany przez wuja, należał obecnie już tylko do niego któż się bowiem mógł o niego upomnieć?
Ruchem instynktownym przycisnął do piersi skradziony testament jakby się obawiał by mu go nie odebrano.
Dowód z parafii i od proboszcza były razem, wspólniczka jego podążyła do Bajonny, każde z nich miało nielada zadanie do spełnienia.
Można było ślepo powierzyć Ludwice de Chambeyre podobne zlecenie, gdyż w razie gdyby się jej było co niepowiodło, potrafiłaby się wycofać.
Wszystko mu szło podług życzenia. Obaj zmarli będą pochowani, któż więc stanie przed niemi. Jedna, biedna kobieta bez podpory, bezsilna, znękana boleścią i niezdolna walczyć z wpływami i milijonami. Możebnym byłby proces, ale kiedyby nastąpił?
W najgorszym razie pozostaje ugoda, niebardzo obciążająca budżet tak znakomitego spadku.
Powracając do pałacu de Blangy przybrał minę poważną stosownie do okoliczności, nie przypuszczając, że w wybuchach radości śledziły go dwoje oczu na ulicy de Lille.
Były to oczy Josona Kerhoël. Bretończyk stał jak na cierniach, nie zastawszy w pałacu de Blangy, tego, który po niego od rana przysłał, wyszedł na ulicę. Joson Kerhoël zwąchał kłótnię z powodu wielkiej sukcesyi po markizie.
Myślał o dzieciach swego pana a przewrotna twarz brata wprawiła go w podejrzenie. Radość zdrajcy podwoiła jego niepokój, nagła zmiana jego twarzy zastanowiła go, Franciszek Valencourt będąc dalej od pałacu, miał postać dopiero co odkrywającego zdobycz. W miarę jak się przybliżał, podobnym był do syna tracącego ubóstwianą matkę. Byłto fałsz.
— A!... byłeś u mnie?
— Tak, jak pan rozkazał.
— Przyszła mi inna myśl. Sądziłem że jesteś cierpiącym po wypadku jaki cię spotkał. Poszedłem do mieszkania brata mojego, myśląc, że cię tam znajdę.
— Pan tam był!... dodał Joson, którego niepokój coraz się powiększał.
— Naturalnie! Cóż w tem zadziwiającego?
— Nic. Niechaj mi pan wybaczy, mieszkanie w nieporządku.
— Cóż to szkodzi... Przecież i ty jesteś skaleczony.
— E, proszę pana, słaba kontuzyja.
Uderzenie jakie się dostało Josonowi mogłoby było i najsilniejszego życia pozbawić.
Lecz pochodził z kraju gdzie czaszki są twarde. Franciszek zaczął:
— Chciałem od ciebie pewnych informacyj. Wszedłem i wyszedłem. Chodź, Josonie...
Przeszedł pierwsze piętro, minął podwórze i wszedł do pałacu otoczonego przez bandę ludzi podobnych do kruków towarzyszących śmierci. Joson Kerhoël postępował za nimi zadając sobie pytanie, mocno niepokojony.
— Co on tam robił i dla czego mnie wydalił? Była to zasadzka.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.