Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
Pożegnanie.

Joson zrozumiał życzenie swojego pana. Nieszczęśliwy pragnął zobaczyć raz jeszcze przed śmiercią Magdalenę.
Po odjeździe męża, młoda kobieta, przestraszona niespodziewaną wiadomością, która mogła zmienić ich egzystencyją, została zaniepokojoną.
Na odgłos powozu, wiozącego Bretończyka do Passy, wybiegła na wschody dla prędszego zobaczenia Filipa, z tem przekonaniem, że tylko on przybywać mógł o tej porze. Na widok zmienionej twarzy służącego, przeczuła nieszczęście.
Dusze kochające łatwo się przestraszają.
— Mój mąż! — zawołała.
— Prosi panią — odpowiedział Joson.
— Gdzie jest?
— W pałacu Blangy.
— Mnie?
— Panią; pan markiz umarł.
— A Filip?
— Przytrafił się wypadek... — jąkał Bretończyk, przestraszony wzruszeniem młodej kobiety.
— Dokończ!
— Koń poniósł... powóz się roztrzaskał.
— A Filip?
— Pan jest pokaleczony.
— Czy ciężko?
— Obawiam się.
Magdalena wydała przerażający okrzyk. Oparta o mur, aby nie upaść, sina, trupiej bladości, wszystka krew spłynęła jej do serca.
— Rozumiem — szepnęła — umrze... może już umarł...
Czyż inaczej byłby ją wzywał do pałacu de Blangy, ją, gdy w oczach świata była tylko jego kochanką.
Natychmiast, nie wchodząc do mieszkania, bez kapelusza, bez okrycia, zapominając o wszystkiem, w peniuarze, włosami w nieładzie, wskoczyła do dorożki, gdzie podążył i sługa.
Nie wyrzekła ani słowa.
Po cóż?
Zrozumiała... Filip był umierający... Już go nie zastanie gdy przybędzie.
Niezdolna myśleć, szła naprzeciw swego przeznaczenia z tem uczuciem, jakiego doświadcza skazany na śmierć niechybną.
Wszystko, na co patrzyła, było ciemne i niebezpieczne, Dorożka ją kołysała jak uśpione dziecię. Inteligencyja jej zasnęła, zniweczona uderzeniem piorunu.
Gdy przybyła na ulicę de Lille, była podobną do paralityczki, którą budzą.
— Niechaj pani na mnie zaczeka, nietrzeba aby nas widzieli.
Gdy powrócił, prowadził ją przez podwórze, zawsze oświetlone, zasłaniając ją sobą.
Nikt ich nie śledził.
Franciszek i jego żona już byli u siebie, szwajcar nie zajmował się wchodzącymi, spał spokojnie, obojętny na zmiany, które nie powinny by dotknąć jego osoby.
Wszystko mu było jedno; służyć temu, lub innemu panu.
Bretończyk prowadził młodą kobietę do tego pałacu, gdzie powinna była wejść, jako pani, a przecież wkradała się jak służąca schodami bocznemi.
Grobowe milczenie panowało w koło niej.
Wchodząc na próg, już nie miała najmniejszego powątpiewania. Jej przeczucia sprawdziły się.
Młoda dziewczyna uśpiona, wyciągnięta w fotelu, czuwała przy trupie.
Widok był wzruszający.
Magdalena zbliżyła się do łoża jak automat, stanęła przed tym umarłym, którego głowa spoczywała na poduszce włosy najeżone od krwi z rany, oczy zamknięte, ręce sztywne i zimne z krucyfiksem w rękach, złożonym na piersiach.
Błędnem okiem, bezmyślnie patrzała przed siebie, pogrążona w bezgranicznej rozpaczy.
A więc to jej mąż, jej miłość, ojciec jej dzieci, jedyna istota, do której się przywiązała na tym świecie, nie słyszał jej i nie widział.
Czyż to sen tylko okrutny?
Czy podobna wierzyć żeby on, którego przed kilkoma godzinami trzymała w uścisku, tak pełnego życia, sił, z taką przyszłością, który się do niej uśmiechał z taką czułością:
Umarły!
Zdało się niepodobieństwem, a jednak było rzeczywistością.
Upadła na kolana, oparła swoje ręce na rękach Filipa.
Młoda dziewczyna zbudzona przez Bretończyka, stanęła z nim w oddaleniu przy drzwiach do sąsiedniego pokoju, jakby bronili wejścia.
Nigdy ci nie zapomnę, Justyno, coś dla mnie zrobiła, powiedział Joson.
— Nietrzeba aby wiedziano...
— Dobrze!
Justyna była to dziewczyna z okolic de Blangy, praczka z pałacu, która byłaby wolała, aby ten wypadek przytrafił się był starszemu Valencourt’owi niżeli jego bratu.
Przytem nie była obojętna na nadskakiwania Bretończyka z przyczyny prawdziwej jego uprzejmości.
Boleść Magdaleny, tak milcząca, była rozrzewniającą.
Nakoniec łzy spłynęły strumieniem po jej bladych policzkach. Magdalena obcierała je zlodowaciałą ręką męża, następnie odgarnęła zaschłe włosy, dla zobaczenia rany, którą życie uciekło.
Chętnieby go uniosła ze sobą, chciałaby czuwać przy zwłokach jej drogich, lecz nie śmiała rozpocząć walki z niewidzialnymi nieprzyjaciółmi, przeczuwała ich bowiem, nie znając ich.
Lekki stuk dał się słyszeć w pokoju, gdzie spoczywały zwłoki markiza, czyjeś kroki się zbliżały ktoś nadchodził. Bretończyk odezwał się łagodnie.
— Pani! należy stąd odjechać.
Schyliła się, nie mając odwagi ani się opierać, ani żądać.
Uściskała po raz ostatni tego człowieka, którego już nie miała ujrzeć, szepcząc do ucha smutny wyraz rozłączenia, raniący jej serce.
— Żegnam cię!
Przybita, mdlejąca, zaledwie dowlokła się do wschodów a stamtąd do drzwi. Joson chciał jej towarzyszyć.
Podziękowała mu. Po zamknięciu drzwiczek dorożki, dawszy adres woźnicy doznała wrażenia opuszczenia, samotności, jak gdyby się zabłąkała w pustyni bez granic.
Powóz ruszył, jechała smutna jak noc w tej części miasta źle oświeconej, gdzie niegdzie.
Tak było czarno w duszy nieszczęśliwej, jak i na ulicy.
Nie wiedziała co ją czeka nazajutrz. Czyż niepowinna była wejść do domu gdzie zwłoki Filipa, jej męża spoczywały?
Weszła tam z łaski i protekcyi służącego!
Ona, jego żona, żona Filipa Valencourt’a. Była nią bezwątpienia, dowód istniał przecie. Zdawało jej się, że przy boku pokrwawionego męża nieżyjącego, widziała drugiego trupa swego ojca z przeszytą piersią kulą, który się zabił z jej przyczyny; pomyślała, że miłość jej z krwi, poczęta — we krwi zagasnąć miała.
Przypomniała też wyrzeczone przekleństwo przez pułkownika pozostawione jej jako jedyną spuściznę. Wyrazy te brzmiały w jej uszach.
„Magdaleno, bądź przeklętą!“
Widziała wzrok gniewny konającego ojca, rękę wyciągniętą dla odepchnięcia jedynej córki.
Czyż to przekleństwo wiecznie miało ciążyć nad nią?
Czyż już nie wywarło nieszczęśliwych skutków?
Obraz jej dzieci, mieszał się z przywidzeniami różnemi, myślała o tych niewinnych istotkach, śpiących spokojnie w nieświadomości nieszczęścia, jakie je miało dotknąć.
Czyż to przekleństwo miało spaść i na nie?
Nowa obawa opanowała tę zbolałą duszę.
Pragnęła, aby dorożka, wioząca ją tak powolnie, miała skrzydła, aby się przynajmniej upewnić, czy dzieci nie były jej wydarte?
Koń i woźnica wlokły się znużone całodziennym trudem na głuchej drodze, nieskończonych ulicach.
Magdalena wysiadła, obdarzyła dostatecznie biednego człowieka, starca o przyjemnem oblicza, który jej podziękował, rzekłszy:
Nie martw się, kochana pani i Bóg niechaj ci dopomaga.
Boleść tej kobiety była tak widoczna, że każdy by był nią wzruszony.
Wszedłszy do pokoju, w którym czuwała służąca, zawołała rozpaczliwie: — Umarł!
Odsunęła firanki, osłaniające łóżeczko, przypatrywała się chciwie tym dwom twarzyczkom rumianym i uśmiechniętym, pogrążona w zadumie i przestrachu, upadła na kolana, zawoławszy łkając:
— Boże mój! Boże mój, rób ze mną co ci się podoba, ale łaski! łaski! dla nich!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.