Nienawiść i miłość/Część pierwsza/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jest siła z którą należy się obliczać.
Ojciec rodziny z wydatkami, kupiec z interesami, doktór z chorymi, ambitny z rachunkami, wszyscy winni jej przeznaczyć oddzielny rozdział. Jest nieprzewidzialną.
Ci, którzy zapominają o tem lub zaniedbają, wystawiają się na krytyczne niespodzianki.
Gdy tylko Filip Valencourt wsiadł do powozu zadawał służącemu tysiączne pytania. Co się stało? kto go przysłał. Jak go zawiadomiono?
Bretończyk nie umiał ma więcej powiedzieć jak to co wyraził w dwóch słowach; mówiono mu, że to atak apoplektyczny.
Lachaume zaufany służący markiza przybiegł na ulicę Universite zdążywszy tylko powiedzieć:
— Markiz prosi pana Filipa. Niechaj się spieszy jeśli nie chce być za późno.
Lachaume był w rozpaczy. Natychmiast odjechał. Pomięszanie jego dowodziło, że niebezpieczeństwo było wielkie. Filip wychylił się z powozu zachęcając woźnicę:
— Sto franków za kurs, pędź tylko!
Koń dał ognia z czterech nóg. Wkrótce po wyjściu siostrzeńca, markiz otoczony kilkoma opóźniającymi się z pożegnaniem, nagle padł na fotel unosząc rękę do głowy, i wydając okrzyk zdradzający uczucie dawno tłumione w sekrecie: Filipie! zawołał.
Stary birbant, sybaryta, który sobie nie odmawiał żadne roskoszy, intrygant przesycony zbytkiem, dworak możny, nasycony honorami został powalony przez tę, która ścina w nadeszłej godzinie wielkich i małych, silnych i słabych.
Senator rozpoczął taniec pozagrobowy, z którym wszystko mija i kręci się w równości wyższej, jedynej która obraca światem.
Doktór Chambay i jego towarzysz sławny chirurg Duparc, serdeczny przyjaciel markiza przybiegli pośpiesznie, lecz poruszyli tylko głową z miną smutnej przepowiedni. Usiłowania ich dla przerwania złego zdziałały tyle tylko, iż konający odzyskał trochę przytomności.
Franciszek Valencourt w niepokoju o zdobycz łupu dla którego nie pragnął ocalenia starca z niebezpieczeństwa stał o kilka kroków od niego.
Ludwika starała się zwrócić uwagę swego dawnego opiekuna, aby odgadnąć ostateczne zamiary.
Oddalił ręką młodą kobietę, której fałszywa boleść nie oszukiwała go a ironija w jego uśmiechu raniła jej serce.
Chociaż był konającym, stary dworak nie łudził się pozorami rozpaczy, nie istniejącej w rzeczywistości. Na zapytania powtarzał tylko głosem coraz słabszym.
— Filipie! Filipie!
Ten, którego przywoływał, nie zjawiał się, nastąpiły ostatnie drgania, wyciągnął się na sofie, na którą go przenieśli. Oddychał jeszcze.
Ludwika rzuciła się na kolana i usłyszała jak wyjąkiwał, sądząc, że mówi do doktorów.
— Testament... biurko... zawiadomić Filipa... niedowierzać bratu!
W kilka sekund później już nie żył. Młoda kobieta pochwyciwszy ostatnie jego wyrazy wyprostowała się. Radość i chytrość malowała się na jej twarzy.
Z sekretu, który uchwyciła, postanowiła skorzystać. Biurko było niedaleko.
Wyraz tryumfu na obliczu Ludwiki trwał zaledwie sekundę. Zbliżyła się do męża rzucając mu dwa słowa:
— Wydziedziczeni... Testament...
Wskazała mu palcem gabinet umarłego. Franciszek głębokiem swem spojrzeniem nakazał milczenie.
Twarze ich wyrażały kłamliwą boleść bo szklanne oczy umierającego zdawały się jeszcze patrzeć.
Pozostali niemi, czekając chwili w w której będą mogli działać podczas nocy w samotności.
Dorożka Filipa Valencourt biegła z nadzwyczajną szybkością.
Woźnica zachwycony bajecznym napiwkiem, a oszołomiony długiem oczekiwaniem około szynków, które zwiedzał z jednego końca Paryża do drugiego, był jednym z tych maruderów, którzy większą część czasu spędzają w bezczynności a uchwyciwszy sposobność do lepszego zarobku poganiał konie z dwojoną energiją. Filip zmięszany tak niespodziewaną wiadomością, zajęty był jedną tylko myślą: Czy przybędę na czas jeszcze? Czy go żyjącym zastanę?
Nie zwracał uwagi na gibotanie się powozu, ani nawoływania woźnicy:
— Prędzej... pośpieszaj...
Bretończyk, zagłębiony w kątku, pocieszał swojego pana, który go nie słuchał.
A widząc go pochmurnym, zgryzionym, zniechęconym, zakończył z poufałością, na jaką pan mu pozwalał, pewny jego przywiązania:
— Zawsze to musiało nastąpić, wcześniej czy później.
Śmierć ma imponującą uroczystość, która przeszkadza myśleć o okolicznościach, jakiemi jest otoczoną.
Filip kochał swego wuja. Słowa Bretończyka doszły uszu jego, jak odgłos szmeru.
Myślał tylko, co się działo, podczas gdy biegł do pałacu de Blangy? Nie pomyślał na sekundę o wieku, ani o majątku markiza.
Czy zdąży uścisnąć po raz ostatni swego wuja, tego starca, który mu zastępował ojca, dla którego żywił w głębi serca uczucie prawdziwe i trwałe? Dorożkarz pędził.
Ulice były puste. Deszcz rzęsisty padał, nieliczni przechodnie usuwali się na chodniki, przed powozem, który zdał się być pędzonym przez półgłówka.
Filip nic nie mógł odgadnąć gdzie się znajduje, drzewa, domy i światła mijały z szybkością sprawiającą zawrót głowy. Patrzył na woźnicę. Człowiek ten uderzał konia wykrzykując jak głuchy: Pośpieszaj! pośpieszaj!
Joson widział zdaleka policyjantów którzy gromili woźnicę, nie mogąc go zatrzymać.
— Koń ten chyba na sprężynach, mówił Filip wzruszając ramionami, i próbował wstrzymać woźnicę.
— Zabijesz nas, zawołał.
Głos stłumiony odpowiedział.
— Niebójta się, mieszczanie, przyjedziecie!
— Panie, zawołał Kerhoël, to waryjat!
Bretończyk miał racyją.
Woźnica był waryjatem cierpiał na delirium, w głowie ma się mięszało.
Przyobiecane sto franków które widniały przed nim, powiększyły złe, przez które miał zdobyć straszną plagę naszego czasu: wódkę!
A na domiar nieszczęścia szkapa, zaledwie zdawało się powłócząca nogami, znarowiona, a pędzona strugami deszczu ulewnego, uniosła się, rozszalała i leciała szybko, jak koń wyścigowy.
Filip zrozumiał niebezpieczeństwo, ale za późno.
Dorożka dążąca najkrótszemi drogami, aby przybyć do celu, minęła ulicę Trocadero, skręciła dla przyspieszenia w uliczkę la Beine, źle oświetloną, gdy nagle się rozległ straszny trzask.
Wehikuł ciężki, który zdawał się być niemożebnym do zdruzgotania, zdatnym do przewożenia największych ciężarów kamieni, zatrzymał się i runął na chodnik, — oś złamała się.
Katastrofa była tak nagłą, że Filip nie mógł ani jej przewidzieć, ani uniknąć.
Nawpół stojący w powozie dla zgromienia pijaka został rzucony o kamień i uderzony tak silnie, że nie dawał znaku życia.
Gdy dwóch stróży, przechadzających się wzdłuż domów, przybyło na miejsce wypadku pierwsza ofiara, którą podnieśli, był dorożkarz, przyczyna wypadku. Opłacił życiem swój nałóg.
Zabił się na miejscu.
Pod kawałami pudła, dawał znaki życia człowiek, wydający przeraźliwe jęki.
Dwaj sierżanci zobaczyli go ze zdziwieniem dotykającego się członków, a że nie miał nic złamanego, wydał westchnienie dające ulgę.
Bretończycy mają wytrzymałe kości. Poczciwy chłopiec został tylko kontuzyjowany.
Ochłonąwszy ze strachu, uspokoił się o siebie i pierwsza myśl jego była o panu.
— Panie! zawołał!
Nikt mu nie odpowiedział.
— Ach! to jeszcze był inny podróżny? zapytał jeden z sierżantów.
— Tak panie! czekają na niego u wuja, który kona.
— Co to za wuj?
— Markiz de Blangy.
— Senator?
— Tak.
— Do licha! On zasłabł?
— Nie przeżyje nocy dzisiejszej.
— A! mój kochany chłopcze, odezwał się drugi, wuj i siostrzeniec odbędą razem ostatnią podróż.
— Panie! zawołał rozpaczliwie Kerhoël.
Nie krzycz tak głośno... to on...
— Gdzie?
— Tam.
W istocie policyjanci podnosili rannego, który podług wszelkiego podobieństwa był w tym samym stanie co i woźnica.
Napróżno jego wierny Bretończyk nachylał się, próbując go ocucić. Nie dawał znaku życia. Duża rana na czole była złą wskazówką.
— Pałac de Blangy niedaleko stąd, zauważył jeden, najlepiej tam go przenieść, niema nic lepszego do zrobienia, dopomożemy ci. Kilka przechodni zatrzymało się. Jeden z nich pobiegł poszukać powozu. Umieszczono rannego, i zwrócono się wolno na ulicę de Lille.
Wielkie drzwi pałacu były otwarte. Z trzech okien salonu widać było światło, i cienie przechodzących. Jeden z doktorów znajdował się tam jeszcze w towarzystwie starszego Valencourt’a i jego żony.
Inni asystujący wymknęli się cichaczem. Zwłoki markiza de Blangy, zmarłego o jedenastej godzinie i czterdzieści minut, spoczywały na sofie, na której skończył.
Można by myśleć, że oczekiwał na siostrzeńca, którego wołał do ostatniego tchnienia, a który nie przyszedł.
Lecz choć twarz zwrócona do drzwi oczy były zamknięte.
W tem weszło trzech ludzi, niosących Filipa Valencourt’a, podobnego do trupa.
— Co to jest? zapytał brat.
— Wypadek.
— Jaki?
— Koń uniósł... powóz się potłukł.
Ludwika przyglądała się temu z bijącem sercem a brwiami sciągniętemi. Co za zbieg okoliczności!
Przybliżyła się do doktora, który ściśle badał rannego.
W dwie minuty, podczas których oddech Franciszka Valencourt, również strapionego, jak jego żona, zdawał się zamierać im w piersiach, doktór objawił:
— Naruszenie mózgu... zgniecione piersi.. serce ściśnione... Umrze najdalej za kwadrans.
Błysk tryumfu oświecił bladą twarz starszego brata, podczas, gdy pierś młodej kobiety rozpierała się długiem westchnieniem, — westchnieniem chciwości i zadowolonej nienawiści. Doktór przecież zastosował wszelkie możebne środki, dla wskrzeszenia ranionego choć na chwilę jeszcze.
Po kilku bezowocnych próbach, pod wpływem szczerej troskliwości i energii, Filip odzyskał przytomność. Błądził spojrzeniem wokoło siebie i okrzyk stłumiony wydobył się z ust, zwalanych krwawą pianą: — Ona!
Joson Kerhoël zmieszany, ledwie żywy, z głową takie zakrwawioną stał koło swego pana.
Zrozumiał i znikł. Umierający zobaczył ruch jego i pomimo boleści, radość ożywiła twarz jego.
— Doktorze, szepnął, prawda?... jestem stracony.
Doktór wymówił kilka słów nadziei.
— Kto wie... cud...
— Nie... czuję... skończone!
— Czy cierpisz?
— Mało... Ile jeszcze żyć moęą?
— Jeśli masz jakie zlecenie, śpiesz się...
— One... są... zabrane!
Ludwika, usłyszawszy te słowa, zaledwie zrozumiałe, stała się jeszcze bledszą.
Zraniony uścisnął lekko rękę doktora szepcząc:
— To dobrze... dziękuję... doktorze. Skinieniem przywołał brata do siebie.