Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Kręte drogi.

Wypadki tej strasznej nocy, przerażająca scena, której był przyczyną i świadkiem, a nakoniec zwierzenie kochanki sprawiły gwałtowną zmianę w charakterze Filipa Valencourt’à.
Do tej pory był zapalony do zabaw, dogadzający swym fantazyjom i chwiejny w zachciankach, jak liść na wietrze.
Zrozumiał, że jako człowiek uczciwy, powinien dotrzymać obietnicy i zostać opieką ofiary, której odtąd zostawał jedyną nadzieją.
Niewiele go kosztowało dotrzymanie dawnych przyrzeczeń.
Magdalena Stefani nie należała do rzędu tych kobiet, którą można się zająć jednego dnia, a zapomnieć nazajutrz.
Smutnego owego wieczoru myślał o swej kochance będąc pod wrażeniem, które się nie miało nigdy zatrzeć. Słyszał zawsze głos z duszy, jej wyrywający się:
— „A teraz mam tylko ciebie.“
Jeżeli miał serce, straszne to wypadki przykuły go na całe życie do ukochanej.
Natura ludzka ma swoje wady, słabostki i występki. Któż może się pochwalić, że jest doskonałym.
Filip Valencourt, był szlachetnym i opłakiwał samobójstwo pułkownika, a przecież samobójstwo to wybawiało go z kłopotu.
Gdyby było potrzeba jednego czynu jego woli dla wskrzeszenia nieszczęśliwego, byłby się zgodził bez namysłu i bez chwili wahania.
A jednak teraz Magdalena pozostała sama. Będzie matką, to było dla niej przyczyną wstydu i radości; ale też będzie wolna. Ojciec jej nie żyje, stawała się panią swoich czynności. Nikomu nie potrzebowała zdawać rachunku nikt nie mógł jej narzucać swej woli.
Oprócz tego należała do niego sercem i duszą. Zanadto go kochała, aby czegokolwiek odmówić mogła. Wiedział, że ślepo pójdzie za jego wolą i życzeniami.
Odtąd Filip Valencourt stawiał sobie pytanie:
Na cóż poświęcać zyski i kompromitować przyszłość? Czyż wszystko nie mogłoby się pogodzić? Tajemnica ich miłości była dobrze ukrytą, przynajmniej tak sądził; jeżeli nawet domyślano się, nikt nie miał pewności o ich stosunkach.
Bellemare niema sąsiadów, chyba kilku ubogich wyrobników, a ci nie mieszali się w ich interesy.
Markiz de Blangy pewien władzy nad siostrzeńcami sądził, że jednem słowem wpłynie na zmianę postanowień i na związek swego faworyta z córką pułkownika.
Zresztą z początku widział w tem tylko miłostkę bez następstwa w swej wysokiej moralności chętnie powtarzał trywialne słowa jednego ze swych kolegów gdy wilk w bliskości, niechaj strzegą stada. Zresztą w gruncie rzeczy kto wie, czy nie byłby zadowolony, mając pretekst do wytoczenia awantury zaciętemu przeciwnikowi z Bellemare.
Niewiele też myślał o tej sprawie, będąc zajętym interesami i przyjemnościami.
Tylko oko zazdrosne jego wychowanicy przenikało tajemnicę samotnego domku.
Śmierć powinnaby była zakończyć niesnaski. Jednakże koniec tragiczny pułkownika nie rozbroił senatora. Nikt z jego domu nie należał do orszaku żałobnego tego, którego prześladował nienawiścią obraził srogą dumą, pognębiał sarkazmami.
Filip Valencourt nie bez trudu musiał się starać o łaskę wuja, dzierżącego jego losy w swem ręku. Poddał się gryząc gniewnie nałożone wędzidło. Jeżeli się ukrywał, to dla tego, aby uniknąć złośliwości i ludzi co do przypuszczań o powodach samobójstwa.
Musiał przejść pewien czas, zanim mógł dojechać do Bellemare.
Rozumiał to dobrze, że ciekawość Ludwiki de Chambeyre ciężyła nad nim, że jest szpiegowanym na każdym kroku.
Przeczuwał instynktownie większy wstręt do jego kochanki aniżeli do niego samego.
Nie mógł przewidzieć, jak okrutnie głucha i cierpliwa uraza panny de Chambeyre pomści się później za jego wzgardę, czyli raczej jego obojętność.
Nakoniec spróbował oszukać tę czujność.
Zbliżała się chwila małżeństwa Ludwiki z Franciszkiem.
Młoda dziewczyna zdawała się być bardzo zajętą przygotowaniami do tej uroczystości, która ją jednak przestraszała jak zmora.
Miała się odbyć nazajutrz.
Wieczorem, gdy zamek pogrążony był w ciemnościach, Filip wyrwał się i pobiegł do małego domku pułkownika.
Sierota uwiadomiona bilecikiem, czuwała przy oknie pawilonu, gdzie się spotykali tyle razy przed straszną katastrofą.
Przez wiele nocy oczekiwała kochanka, lecz napróżno.
Kiedy ją Filip zobaczył, zdała mu się jeszcze piękniejszą w żałobnej sukni, podwyższającej przepyszną białość jej twarz.
Blada, z oczami pełnemi łez, przyjęła go z niekłamaną czułością.
Śmiertelna obawa cisnęła serce biednej dziewczyny.
Co usłyszy?
Co jej powie dwudziesto-czteroletni kochanek, na łasce którego pozostawała.
Czy dotrzyma przysięgi i czynionych obietnic, tak często gwałconych, wyrywanych uniesieniami namiętności, by zgasnąć często bez śladu.
Szybko się upewniła.
Miłość Filipa nie wygasła, namiętność nie zmniejszyła się, przeciwnie więcej jeszcze uwielbiał Magdalenę.
Kochanek opowiedział jej własne cierpienia, trwogę, którą musiał ukrywać, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi.
Opowiadał jej, jak całemi dniami myślał o niej, o jej zmartwieniu, jak długiemi zdawały mu się godziny rozłączenia, jak chciał być przy niej, podtrzymać ją i pocieszyć.
Wśród łez uśmiechała się do niego.
O drugiej w nocy jeszcze był przy niej, Magdalena nawzajem opowiadała mu też, co się działo podczas jego nieobecności.
Dom był smutny, jak grób.
Zatrzymała tylko jedną służącą, wieśniaczkę i starą Marion’ę, którą kochała jak matkę.
Należało sprzedać Bellemare, za któreby się wzięło kilka tysięcy franków.
— A później? Gdzie pójdziesz? zapytał łagodnie Filip.
— Nie wiem.
— To ja wiem — odpowiedział z żywością. Podczas tych kilku dni rozłączenia naszego myślałem tylko o tobie. Możemy ocalić teraźniejszość i przyszłość.
— Ach! powiedziała, powątpiewając.
— Teraźniejszość — to jest miłość, przyszłość znaczy majątek.
— Jakto?
— Radość i szczęście na dzisiaj, nadzieje na później.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Siedzieli na szerokiej kanapie koło siebie, czoła ich stykały się prawie, Filip podniósł do ust rękę młodej dziewczyny i okrył ją pocałunkami.
— Chcę cię prosić o jednę ofiarę.
— Proś!
— Wielką.
— Mów.
— Życie dla biednych jest gorzkiem. Trzeba się ugiąć pod jego jarzmem, poddać się i znosić rozkazy władzcy bo ten od którego się zależy, jest władzcą jakkolwiek by się nazywał. Nie chcę tego poddaństwa dla ciebie, ani dla tego dziecka, które się ma narodzić, jako zadatek naszej miłości. Powiedziałaś mi jednego wieczoru:.. Poszukam... zastanowią się, pomyśl także... szukaj sposobu, zbawienia!.. Otóż szukałem...
— I?.. dodała.
— Znalazłem.
Oczekiwała, strapiona, co miał wyrzec dla jej dobra. Nieokreślony lecz bolesny niepokój szarpał jej duszę. Filip przecież przysiągł że zostanie jej mężem: na cóż mu wybiegi i wykręty?
Uprzedził, jej myśl udając błaganie, nadając swemu głosowi czułość przekonywającą.
— Mój wuj jest również upartym w swej nienawiści, jakim był i pułkownik. Niemożebna sprowadzić go na drogę wyrozumiałej sprawiedliwości. Zbadałem gruntownie, dokąd dojść mogę. Wszystko uczyniłem dla dowiedzenia się co myśli. Nie ma sposobu. To sfinks. Cierpieć nie może wspomnień o twym nieszczęśliwym ojcu tak jak i nienawidził pułkownika za życia. Jesteśmy więc skazani na milczenie... pod karą stracenia jego łaski... Przytem, zrozum mnie dobrze. Chcę cię widzieć bogatą szczęśliwą chcę cię mieć promieniejącą wobec nędzy tego świata, chcę, aby twoje dzieci były wolne od nędzy. Co mamy robić? Ukryć naszę miłość otoczyć ją tajemnicą. Nie będzie ona ani mniej serdeczną, ani mniej trwałą. Nic łatwiejszego. Dzięki majątkowi, którego używam, oczekując dziedzictwa po moim wuju, dzięki jego szczodrobliwości nawet, bo jest bardzo dobrym dla mnie, przygotowałem ci prześliczne gniazdeczko, w odosobnieniu, przy sobie w Paryżu, w miejsca najdogodniejszym w świecie dla okrycia się tajemnicą.
Tam, codzień przychodzić będę do ciebie i tam będziesz nietylko moją kochanką, moją miłością, mem życiem, wszystkiem nakoniec, lecz żoną tylko przed Bogiem do chwili, aż ci dam nazwisko moje przed ludźmi...
— Twoją żoną przed Bogiem — wymówiła.
— Tak. Szanuję twoją skrupulatność... Chcę, abyś była spokojną, ksiądz proboszcz nas połączy, w jednej wsi, znanej jednemu z moich przyjaciół, tam za granicą. Jest on z narodowości Hiszpanem. W jego kraju niema odpowiedzialności za nasze przepisy kościelne.
Magdalena nie znała praw tak, jak adwokat, lecz wyrzekła nieśmiało:
— Małżeństwo to nie będzie prawne. Nasze dzieci...
Przerwał uśmiechając się:
— Mówię ci, że będziemy złączeni przed Bogiem, reszty dopełnimy później.
— Kiedy?
— Gdy tylko będę wolny... tak, jak ty nią jesteś dziś! Cóż nas obchodzi czekać lat kilka, może kilka miesięcy. Jesteśmy młodzi!...
Sierota spuściła oczy i nic nie odpowiedziała.
Jej duma oburzała się na tryumf, który kochanek przedstawiał jej z taką swobodaą, zadowolony i dumny z wynalezienia podejścia, aby się wycofać ze złego położenia, w jakie się wmieszał.
— Ale co z sobą zrobić?
Niewinna, byłaby odrzuciła propozycyję nadającą jej w oczach świata i prawa pozycyją kochanki, a nie legalnej żony.
Winna nie wiedziała co robić?
Zanadto była delikatną i wyniosłego serca, aby bronić praw swoich przed tym, któremu się dobrowolnie oddała, którego kochała z całej swej duszy.
Filip zrozumiał jej wahanie.
On także kochał szczerze i z zapałem młodości. Był jednak synem swego wieku. Dzisiejsza uczciwość, schyliwszy czoło, przyznać należy, nie jest tak prawą i tak nieugiętą, jak była u naszych ojców. Gnie się i lawiruje.
Filip chciał wszystko ocalić: miłość i kiesę. Bronił swej sprawy wyrozumiale.
Odmalował Magdalenie przepyszny horyzont, jaki się przed nimi odkrywał, majątek ich dzieci w ręku kapryśnego i samowolnego starca; zapewnił ją o tajemnicy w wielkim i ładnym Paryżu. Kto się będzie nią zajmował? Przed kim będzie się rumieniła? Kto będzie wiedział o jej pochodzeniu, jej przeszłości i nazwisku?
Pieszczoty dokończyły, co słowa rozpoczęły.
Zanim przecież odpowiedziała, wpatrywała się długo w oblicze ukochanego, badała je.
Filip nie kłamał. Był szczerym, broniąc tego co zwał nadzieją i szczęściem kobiety, którą tyle kochał, iż chciał jej poświęcić swe żądze, ambicyją i majątek, gdyby ich była zażądała...
Ona to się dla niego poświęci.
Po długiem i wymownem spojrzenia była przekonaną i zwalczoną.
Przestała się też i opierać.
Rzuciła się na szyję kochankowi i powiedziała:
— Niechaj tak będzie. Wszystko co chcesz, wypełnię. Nasz los jest w twem ręku...
Usta ich złączyły się, ich dusze spoczęły w długim uścisku, a wzruszenie rozsadzało jej pierś radosnem uczuciem, gdy jej powiedział:
— Magdaleno moja ukochana! Razem na śmierć i życie!
Kontrakt szczerze był zawarty.
Gdy Filip powrócił do gminy de Blangy już pierwsze promienie jaśniejącej jutrzenki przebijały na horyzoncie szerokim pasem.
Przez otwór uchylonej okiennicy kobieta zaledwie okryta, gołemi rękoma, włosami w nieładzie spadającemi na chude ramiona, oparta o framugę okna pierwszego piętra, obojętna na wilgoć porannej rosy, przeglądała swemi czarnemi oczami krzaki parku, wężykowato niknące w alei, na którą zaczęły opadać poczerwienione liście.
Była to panna de Chambeyre.
Spostrzegła Filipa Valencourt, który się prześlizgnął pod cieniem stajen i kładł rękę na serca dla przytłumienia jego bicia.
Jej rysy drobne i nieruchome ściągnęły się pod zjadliwym ciosem zazdrości.
— Nie omyliłam się — pomyślała. — Kocha inną, ale kogo? Ją zapewne.
Zagłębiła paznogcie swej lewej ręki w czarnych warkoczach.
— Ją, bezwątpienia — zawołała — Magdalenę!
— Muszę się upewnić.. To niedołęga! Odpycha kobietę taką — jak ja dla dziewczyny — jak ona!
Filip przechodził pod jej oknem.
Przystanął dla zbadania ruchu w zamku.
— A więc — pomyślał — wszystko śpi jeszcze, nikt nie czuwa. Wejdźmy.
Otworzył pocichu niskie drzwi, prowadzące na schody, i znikł.
Panna de Chambeyre powróciła też do swego pokoju, drżąc z zimna, a poprawiając ogień na kominku, rzekła:
— Piąta godzina, słyszę bijący zegar.
Wpatrzyła się w fotografiją swego przyszłego, umieszczoną przed nią w aksamitnych ramkach.
Widok tej maski, bladej i zimnej, z rysami niewdzięcznymi, uśmiechem fałszywym i wymuszonym, przejął ją dreszczem.
— Spaść z marzenia w taką rzeczywistość — pomyślała, odwracając oczy, co za straszne nieszczęście!
W kilka godzin później wychodziła z małego kościółka de Blangy pod rękę ze swym mężem. Weszła wprowadzona przez opiekuna.
Wszystko było skończone.
Markiz z rozgłosem zakończył sprawę, winszując sobie pozbycie się dwóch ciężarów.
Jednego — swej wychowanicy, drugiego — siostrzeńca. Pozostawał mu do ustalenia teraz tylko jeden, ale ten z łaski Boga, nie niepokoił go.
Odtąd mógł się wyłącznie zająć swoją osobą, oddawszy się lubym i miłym rozkoszom wyrafinowanego egoisty.
W powozie z kościoła, do zamku, Franciszek Valencourt, był rozpromieniony. Różowe marzenia przebijały na jego bladej twarzy. Świadków swej pomyślności przyjmował w wybornym humorze, jakiego, dotychczas u niego nie widziano.
Na jedną chwilę znalazła się młoda pani ze swym szwagrem w dużym salonie.
Filip uścisnął jej rękę z współczuciem, jak gdyby chciał błagać jej o przebaczenie. Doświadczyła tak silnego wzruszenia przy dotknięciu, jego ręki, że niepodobna było tego nie zauważyć.
Zęby młodej kobiety dzwoniły; zbladła, i o mało co nie zemdlała.
— Cierpisz? — spytał zcicha.
Zapanowała nad sobą i odpowiedziała głosem oschłym:
— Bardzo.
— W taki dzień?
— Szydzisz.
— Ludwiko, proszę cię...
— Jestto piękny dzień dla tych, które wychodzą za mąż z miłości...
— A dla ciebie?
— Jest małżeństwem konwenansowem, najwyżej małżeństwem z interesu...
Zrobiła nacisk na tem słowie.
— Z interesu? — zawołał. Ty, tak bogata, Ludwiko gdy Franciszek jest biedny?
— Tak — odpowiedziała stłumionym głosem — jestem bogata, chcę być jeszcze bogatszą, dla tego nie wzięłam męża, lecz, wspólnika, sprzymierzeńca raczej...
— Sprzymierzeńca... Względem kogo?
— Dowiesz się kiedyś.
— Czy to groźbą?
— Może.
— Nienawidzisz mnie może?
— O tak.
— Pięknie tak postępować. Ja przecież żywię dla ciebie prawdziwą przyjaźń.
Wyraz wzgardy osiadł na czole młodej mężatki.
— Czy mi potrzeba tej przyjaźni? — zapytała.
On zaś dodał:
— Wierzaj, że ci życzę tyle szczęścia, ilebym go pragnął dla siebie samego. Spodziewam się, że będziesz szczęśliwą...
Zbliżyła się do niego z oczami zaiskrzonemi.
— Szczęśliwą, tak, będę nią, — powiedziała — chcę tego, jeżeli nie przez miłość, to chociaż dla zadowolenia ambicyi. Dopięcie tego celu niewiele mnie będzie kosztować. Nie takiego szczęścia żądałam, ale wypadki nami rządzą. Za ciebie, Filipie, Bóg winien mi nagrodę. Spodziewam się, że mi jej udzieli. Dzisiaj zapytałeś czy cierpię. Bardzo cierpię....
Oddaliła się szybko, gryząc chusteczkę blademi ustami. — Adieu, Filipie, — powiedziała jeszcze.
Pozostał przez chwilę, jakby przykuty do ziemi, nieruchomy i zamyślony.
Taka była gorycz w słowach młodej kobiety, taka tęsknota w jej rysach, że został głęboko wzruszonym.
— Czyżby istotnie mnie kochała? — pomyślał.
Lecz obraz Magdaleny ukazał mu się natychmiast.
Jakież myśli nie pierzchną przed wspomnieniami o ukochanej.
— Bah! — powiedział — zapomni. Wszystko się zapomina.
Mylił się.
Są natury, które nie zapominają.
Ludwika de Chambeyre umiała pamiętać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.