Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
Arbaud i Bouraille.

Pięknym jest departament Côte-do’ra piękniejszą w nim jeszcze wioska de Pugny.
Pugny położone jest o siedem mil od Dijon’u, na wschodzie, z drugiej strony Savolles de Magny.
Pugny ma tylko 300 mieszkańców, zamieszkałych około kościoła, pomimo że to punkt główny gminy z sędzią pokoju, notaryjuszem, nauczycielem i wszystkiem, co za tem następuje.
Nie ma w całej Francyi miejsca spokojniejszego, powiem nawet szczęśliwszego.
Nie ma tam wysokich kominów, rzucających kłęby dymu czarnego, ani zakładów hutniczych, w których skazańcy przemysłu chudzi i zakurzeni, męczą się, jak w więzieniach. Kilka domków z różowymi dachami, cienistymi ogrodami, kuchniami, spiżarniami i spichlerzami obficie napełnionymi wznosi się tu i tam pośród pastwisk oblanych potokami; pola przepysznie uprawione, winnice, których filoksera niszczycielka nie śmiała nawiedzić i pagórki, ukoronowane zieleniejącymi krzakami.
Istny raj ziemski!
Oprócz tego raj ten był zamieszkany przez najuczciwszych ludzi na świecie.
Pomiędzy tymi uczciwymi ludźmi było dwóch, którzy chociaż również tyle byli warci, co inni, lecz ich imiona najczęściej wymawiano.
Pierwszy nazywał się podług ksiąg stanu cywilnego gminy Jérome-Anaclet Bouraille.
Bouraille zajmował skromne stanowisko pisarza sędziego pokoju w Pugny ale byłto pisarz, jako człowiek niezwyczajny.
Mały gruby, otyły, z włosami, wpadającemi w odcień czerwony, twarz szeroka i uśmiechnięta, różowa, nos lekko przypłaszczony z ustami szerokiemi bez wąsów.
Bouraille był kawalerem. Dochodził do czterdziestki a został pisarzem, aby tylko mieć zajęcie, być czemś, mieć jakąś rozrywkę po za uprawą pola składającego się z dwunastu morgów roli i winnicy, uchodzących za najlepiej utrzymywane i przynoszących odpowiedni dochód.
Bouraille był bogatym, bo oprócz swej nieruchomości, posiadał renty 5 do 6 tysięcy franków.
Z dochodem z gruntów i z procentem od pieniędzy, pisarz miał się lepiej w Pugny niż milijoner z bulwarów włoskich.
Wydawał niewiele, zarządzał swem gospodarstwem wspólnie z jedną służącą i starym parobkiem, który mu doglądał i robił w polu.
Pieniędzy zaoszczędzonych nie realizował.
Kiedy przypadkiem biedny dłużnik miał sprawę przed sędzią pokoju, regulował jego interes z własnej kieszeni.
W rzeczywistości Bouraille był święty, ale święty w wybornym humorze, zawsze mający do powiedzenia coś wesołego, dobrze jedzący u siebie, lub u swoich przyjaciół, znakomicie pijący i lubiący wszystkie dobre rzeczy, które Bóg nam dał, aby uczynić życie nasze milszem.
Zbyteczna dodawać, że nie miał nieprzyjaciół.
Pomiędzy jego sąsiadami był jeden, z którym przestawał zażyłej niż z innymi.
Ów sąsiad nazywał się Wincenty Arbaud’a mieszkał o półtora kilometra od Pugny w prześlicznym folwarku, le Jonceray.
Jonceray było więcej, niż osada, był to wprost folwark, o 150 morgach łąki, winnicy, roli i lasu.
Dom był obszerny; zabudowania wygodne.
Winceaty Arbaud umiał cenić wszystko, co przynosiło korzyść.
Po zaszłym wypadku w Bellemare, umyślny wysłany z Dijon’u, przybył do Jonceray i oddał panu domu następującą depeszę:
„Kuzynie, wielkie nieszczęście mnie nawiedziło. Ojciec mój umarł. Przybywaj.

Magdalena Stefani.“

Była szósta wieczorem.
Najpierwszym czynem Wincentego Arbaud było wysłać parobka do przyjaciela Bouraille z wyrazem:
„Przybywaj.“
Wincenty Arbaud, był to wysoki mężczyzna, lat 35, silny jak tragarz, z grubym karkiem, twarzą łagodną i przyjemną bez brody, z rumieńcami na twarzy, niebieskiemi oczyma i ciemno blond włosami.
Matka wcześnie mu umarła, ojciec spadł z wozu siana i zabił się na miejscu.
Pozostał sam z ładnym majątkiem i melancholijnem usposobieniem.
Rodzinne nieszczęścia wyryły na twarzy smutek, łatwy do wytłumacznia.
Miał nadto i inną ku temu przyczynę.
Wincenty Arbaud był spowinowacony z rodziną Stefanich przez matkę Magdaleny, jedną z jego dalekich kuzynek.
Pułkownik często przyjeżdżał przepędzać kilka dni w Jouceray, a piękność jego córki uderzyła Wincentego, nie mającego odwagi oświadczyć się z powodu wrodzonej mu nadzwyczajnej nieśmiałości.
Zajęty kuzynką, zwierzał się ze swych uczuć przyjacielowi swemu Bouraille’owi, oczekując szczęśliwej sposobności starania się o rękę Magdaleny.
Prawdę powiedziawszy, żywił w sercu ukrytą nadzieję i pewność dobrego przyjęcia, tak przez ojca, jak i córkę.
Najpierw z przyczyny swojej pozycyi materyjalnej. Przy tem miał dwie osoby za sobą: pułkownika, który życzył sobie zapewnić przyszłość córce, a jeszcze więcej służącą, starą Marion zwaną, chociaż jeszcze nie miała lat 40. Marion oceniała Wincentego Arbaud’a według jego zasług, a miała wielki wpływ na swoją panienką.
Pan z Jonceray liczył wiele na jej poparcie.
Na proźby służącej też tylko wysłała depeszę do kuzyna.
Bouraille nie mógł opuścić przyjaciela w tak ważnej chwili.
Dwaj towarzysze wyruszyli też nazajutrz o dziewiątej rano w najętym powozie do domku pułkownika.
Niewypowiedziany smutek tam panował.
Proboszcz z parafii, uczciwy i szanowany, zezwolił na pochowanie zwłok w ziemi poświęcanej, wbrew przepisom dla samobójców. Mała garstka osób towarzyszyła orszakowi żałobnemu oficera.
Wsie są nieliczne koło Bellemare.
Przy tem nieprzyjaźń markiza de Blangy, którego posiadłości dochodziły do domku pułkownika, przejęta była przez kilku sąsiadów i dzierżawców zamku.
Zresztą ponure usposobienie Korsykanina nie zjednywało mu wiele sympatyi.
Pogrzeb był wzruszający.
Osamotnienie ciężyło na tej nieszczęśliwej córce.
Trzydzieści do czterdziestu osób, postępujących za trumną, nie będąc wtajemniczonemi w interesy wiedziało przecież o tem, że jeżeli szczątki właściciela Bellemare wychodziły jednemi drzwiami, to nędza, lub wstyd i troski wchodziły drugiemi.
Wincenty Arbaud lepiej to jeszcze rozumiał od innych.
Ta okoliczność nie tylko nie zmniejszyła jego chęci posiadania Magdaleny, lecz ją podwoiła nawet, powiększała nawet jego nadzieje, oswabadzając, go od rywali, których się mógł obawiać. Uczciwy człowiek, widząc Magdalenę tak smutną i piękną w sukni żałobnej, skromnej i ubogiej, zrobionej naprędce z materyjału, wziętego w sąsiedniem miasteczku, zaręczał, sobie, że szczęście jego życia, to ona, że użyje wszystkich usiłowań, aby zapomniała o nieszczęściu, że czem mniej będzie posiadała środków do życia, tem większemi otoczy ją wygodami i pocieszy w osamotnieniu.
Wkrótce po skończonej ostatniej posłudze, powrócił na śniadanie do Bellemare wraz z swym przyjacielem Bouraille, z sercem silniej, niż zwykle bijącem Podczas gdy młoda dziewczyna wyszła do swego pokoju dla przytłumienia łkań i osuszenia łez, dwaj przyjaciele otoczyli Marion, weszli z nią do jadalni, pustej jeszcze i zarzucili pytaniami.
Najpierw, jaka przyczyna katastrofy? Z jakiego powodu? Przecież nikt nie pakuje sobie kuli w piersi, nie mając do tego słusznej przyczyny. Marion nie mogła wiele wyjaśnić.
Nic stanowczego nie wiedziała.
Oddawna pułkownik był smutny i w złym humorze. Wincenty Arbaud dobrze o tem wiedział, widując go lat poprzednich w Jonceray. Był to charakter zgryźliwy, niezadowolony, obojętny, którego już nic nie obchodziło. Nie domagał też od kilku miesięcy, nie wyrzekając przecież, lecz ból był wewnętrzny, tem więc przykrzejszy.
Marion utrzymywała, że to był wrzód wewnątrz i ten pękł, zabijając chorego.
Markiz de Blangy był po części przyczyną śmierci pułkownika a potem, czy dymisyja, czy osamotnienie Marion nie wiedziała napewno.
Tylko to było pewnem, że z chwilą, gdy się pułkownik przeniósł do Bellemare, trudno się było do niego przywyknąć. Magdalena nawet złagodzić go nie mogła.
Marion poczęła tyradę na cześć swojej pani. Tak piękna, tak ładna, godząca się ze wszystkiem, zawsze jednakowego humoru.
Niepodobną była do swego ojca.
W jej żyłach nie płynie krew korsykańska, krew burzliwa, zawistna, ale krew dobra, krew burgundzka, jak jej zmarłej matki. W toku rozpraw nad tym przedmiotem Marion była niewyczerpaną.
Bez wad, same przymioty, to anioł boży.
Służąca widocznie nic nie wiedziała o miłości pomiędzy panienką a siostrzeńcem markiza de Blangy.
Wincenty Arbaud byłby ją uściskał za pochwały, udzielane jego ubóstwianej.
Doszli wreszcie do głównego punktu:
— Musi być bardzo biedną teraz, Marion?
— Rzeczywiście tak jak pan myślisz. Czyż nie będzie pobierać pensyi?
— Albo to jest sprawiedliwość! Choć to córka pułkownika!
— I niewielką rentę?
— Kilkaset franków, resztki z małego folwarku.
— A ten domek w Bellemare?
— Przynosi tyle tylko, ile potrzeba na utrzymanie.
— A więc z czego tu żyć? — dodał podchwytując Wincenty Arbaud.
Marion głęboko westchnęła.
— Tak, panie, jak tu żyć?
Zanosiła się od płaczu.
— Gdyby ludzie byli mniej głupi, dwudziestuby było gotowych wziąć skarb taki, ale w dzisiejszych czasach chcą posagu, pełnych sakiew pieniędzy.
— A więc trzeba tylko kogoś dobrego? powiedział Arbaud rozweselony.
— Bezwątpienia!
— Marion zawahała się. Wiedziała dobrze o zamiarach kuzyna z Jonceray, ale jeżeli, jak i inni, usunie się w tem nieszczęściu...
— Gdybym śmiał — wyjąkał.
— Śmieć... ale pewno, mógłby pan. Byłbyś przyjęty z otwartemi rękami. To byłoby zbawienne dla małej.
Magdalena była zawsze małą dla swej piastunki.
Przecież nie wypowiedział jasno... słyszał... schwycił kilka słów. Ale trzeba, żeby się mężczyzna pierwszy odezwał. Przecież dziewczętom oświadczać się nie przystoi.
Marion, poprostu się wyrażając, prowadziła do celu z odwagą i śmiałością nadspodziewaną.
I byłaby dowodziła pół godziny, gdyby się były drzwi nie otwarty, a w nich nie ukazała się Magdalena, z oczami czerwonemi od łez, wylewanych od dwóch długich dni i straszliwych nocy.
Jej biała, jak mleko płeć, szyja o przepysznych kształtach, odbijająca od czarnej sukni, śliczne włosy i wielkie czułe niebieskie oczy, sprawiały, że Wincenty Arbaud wstrząsnął się cały.
Bouraille nie mógł też zapanować, by nie pomyśleć:
— Do licha, co za piękna dziewczyna!
— Kuzynie, dziękuję ci bardzo, żeś przybył w tej smutnej chwili. Jestem ci wdzięczną z głębi serca.
Nigdy słowa nie zdały mu się tak dźwięcznemi, nigdy muzyka bardziej harmonijna nie doszła jego uszu.
Podczas śniadania zostawał w odurzeniu pod wpływem Magdaleny, na widok której przechodziły go dreszcze żądzy i roskoszy.
Zachwycenie uczyniło go niemym.
Bouraille podtrzymywał rozmowę.
Znał młodą dziewczynę z czasów jej pobytu w Jonceray.
Mówił jej o tamtejszych przyjaciołach, szczęściu, jakiegoby doznali, gdyby jakiś niespodziewany wypadek zaprowadził ją w okolice sędziego pokoju Cavagnela, że czułaby się dobrze wpośród tych zacnych ludzi, którzyby ją przyjęli, jak królowę.
Bezwątpienia, Pougny nie jest to co Paryż, ale można w niem żyć z lepszem wyrachowaniem.
Bouraille przygotował grunt dla swego przyjaciela, który go uderzał nogą pod stołem na znak podziękowania.
Marion, wnosząc półmiski i zmieniając talerze, dopomagała pisarzowi.
— Było to wielkie życzenie pułkownika, aby jego córka mieszkała w Jonceray. Pewno jej o tem mówił setki razy.
Nie wymieniała przecież, pod jakim pozorem mogłaby młoda dziewczyna zamieszkać w domu Arbaud’a, ale łatwo było odgadnąć.
Magdalena, pomimo żalu, który ją pochłaniał, czerwieniła się bezustannie, przeczuwając do czego prowadzi.
Kiedy nakoniec śniadanie zostało skończone, a kawa była już na stole z butelką likieru, Bouraille zachęcał znakami, dawanemi oczami, swego przyjaciela Arbaud’a.
Nadchodziła chwila bezwarunkowego zakończenia.
Pan z Jonceray zrobił wysiłek.
— Moja kuzynko — powiedział — przyszła mi myśl... Nie wiem, czy ona jest dobrą, ale... z twoją zgodą, przedstawię ci ją.
Robił przerwy dla nabrania oddechu.
Magdalena patrzyła z niepokojem.
— Mów, kiedy chcesz, Wincenty — wyrzekła.
— Nie chciałbym być niedyskretnym, ale, zdaje mi się, że będąc twoim jedynym kuzynem, a przytem że jesteś młodą i nie spodziewasz się wielkich rzeczy z pozostałego majątku...
— Wszystko prawda, mój kuzynie.
— Interesy, ja w nich nie celuję, ale je znam trochę, a przytem mam Bouraille’a, który będzie ze mną wspólnie radził. Gdy więc i on jest tutaj, możnaby uregulować, twoje interesy pomiędzy nami, jako rodziną.
Młoda dziewczyna patrzyła na niego dużemi oczyma, jakby pytając.
— No, bądź szczerą. Co ci pozostanie?
— Bardzo mało.
— Co zrobisz więc
— Albo ja wiem?
— Masz kilka tysięcy franków?
— Pięć do sześciu.
— A Bellemare?
— Tak, ale cóż on wart?
Bouraille przyszedł na pomoc przyjacielowi.
— Nie jestto majątek — oznajmił, ale może być wyprawa.
Droga była prostą. Wincenty Arbaud prowadził dalej.
— Nie śmiałbym w tej chwili o wiele prosić — powiedział z uśmiechem. Mam dosyć majątku dla dwojga, aby tylko młoda osoba nie była wymagającą.
A wstając z nadzwyczajnem wzruszeniem dodał:
— Magdaleno, jesteś sama, jesteś biedną, ale ja cię oddawna kocham. Nie proszę cię, abyś mnie poślubiła; bo w chwili, gdy się zamyka grób ojca nie mówi się o małżeństwie. Później, zobaczymy. Proszę cię tylko uważać mój majątek, jako swój i przyjąć mieszkanie u nas. Urządzimy mieszkanie w miasteczku dla ciebie i Marion’y. A gdy zechcesz, Jonceray będzie twojem.
Magdalena spuściła głowę na piersi i zakryła twarz rękami.
— Przyjmij, błagał Wincenty Arbaud. Uczynisz mnie szczęśliwym.
— Chciałabym, Wincenty, lecz nie mogę.
— Ty nie możesz?
— Nie.
— Dlaczego?
— Nie pytaj o przyczynę.
Marion zbliżyła się.
— Magdaleno, moje dziecię — zawołała, odmawiasz szczęścia.
— Wiem. Ale... tu Magdalena wstała blada, jak chusta:
— Jesteście moimi przyjaciółmi — mówiła głosem zmieszanym — jestem za dumna, bym kłamała. Jeżeli ci odmawiam, mój kuzynie, to nie dla tego, abym cię nie kochała, lecz dla tego, że nie jestem uczciwą dziewczyną.
Marion rzuciła się:
— Co mówisz? — zawołała.
— Prawdę.
— Ona oszalała, panowie. Ona kłamie!
Magdalena poruszyła głową.
— Nie, powiedziała — nie kłamię. Dlaczegóż miałabym kłamać? Chcecie wiedzieć, dlaczego się mój ojciec zabił? Zabił się, bo mnie zszedł, gdym odzierała z czci jego nazwisko.
Wincenty Arbaud zagłębił się w krześle, jak gdyby piorunem rażony. Bouraille zawołał.
— Pani — błagamy cię opamiętaj się!
— Jestem zupełnie przytomna. Jeżeli się oskarżam, bo was szanuję, nie chcę przed wami nic ukrywać. Moje życie zwichnięte przez mój błąd. Zapomnij o mnie. Do widzenia Wincenty!
Wstała sztywna i blada jak posąg. Pochwycił jej rękę. Ich oczy spotkały się a obojga były łez pełne.
W dziesięć minut wsiadał do powozu ze swym przyjacielem zmieszanym, jak i on, Bouraille przed odjazdem powiedział do osłupiałej Marion’y:
— Wiesz, moja dobra, jak będzie potrzeba, myśl o nas.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.