Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.
Małżeństwo w Hiszpanii.

Miejsce w którem wysiedli, o ile można było wnosić, było opuszczone i prawie dzikie. Nad brzegiem drogi widziano tylko niskie parterowe domki pokryte dachówką.
Dom ten wznosił się w pewnej odległości od płotu z wawrzynu i bukszpanu, dwa w nim okna rzęsiście oświecone, wskazywały że były zamieszkane i jakby kogoś oczekiwano (widać bowiem było stół okrągły okryty białym obrusem) a na nim nakrycia do posiłku.
— Hola! jest tam kto? zawołał woźnica. Niepotrzebował ponawiać wołania. Wieśniak ubrany w czerwoną kamizelę, wyszedł z budynku, umieszczonego pod gąszczem świerków, któremi okolica jest prawie zasłaną i zbliżył się do powozu.
— To wy, podróżni z Paryża których oczekujemy? zapytał dyjalektem Nawarczyka, jakim mówią mieszkańcy nad granicą od Orthez’u do Barcelony.
— Tak, odrzekł woźnica.
— Proszę wejść, ksiądz proboszcz oczekuje.
— A konie gdzie umieścić? zapytał człowiek z Bajonny, nie widać nawet wozowni, w tej przeklętej wsi.
— Sto kroków dalej, z drugiej strony, mostu jest wioska, tutaj tylko kościół i plebanija; pierwszy dom na prawo, to oberża. Zobaczysz najpierw latarnią, tobie i twoim zwierzętom dobrze tam będzie, dodał pod nosem: Jeżeli nie jesteś wybrednym. A jakby na pożegnanie dorzucił:
— Noc wkrótce przejdzie, dobrej nocy!
Podczas tych objaśnień, dwoje podróżnych wysiadało z pudła wehikułu, zmęczeni długą podróżą i ostrem powietrzem.
Woźnica zaciął konie a powóz potoczył się drogą.
— Proszę wejść, powtórzył Nawarczyk, w czerwonej kamizeli, spełniający u proboszcza obowiązki służącego, ogrodnika, grabarza, i zakrystyjana zarazem.
Mimo tyle zajęcia cierpiał niedostatek proboszcz bowiem kościół i wioska były również biedne. Nareszcie ukazał się i proboszcz na progu domu dla przyjęcia gości.
Przy świetle pochodni ze starego domu wyszedł starzec, którego czoło odsłonięte, rzadkie włosy i pozostały kosmyk na czaszce przypominał zakonnika; lecz twarz sucha jak stara ircha wyrażała szczerość i dobry humor.
Rysy jego więcej zapowiadały zapalonego franta, wytrawnego pijaka, awanturnika, niżeli księdza surowych zasad.
Oczy maleńkie błyszczące, ocienione gęstemi brwiami, usta z wyrazem szczerym znamionowały żądze lub żal za roskoszami świata, całość robiła miłe wrażenie wyrazem dobrotliwym i szlachetnym.
Po kilka serdecznych słowach powitania wprowadził dwoje młodych ludzi do pokoju jadalnego i usadowił ich przed dużym ogniem z drzewa sosnowego, rzucającego blask na podłogę.
Prosił, by się rozgościli.
— Marznie, aż dachówki trzaskają a wy mieliście odwagę opuszczać Paryż w tej porze?
Na wspomnienie Paryża westchnął, a nozdrza jego rozdęły się jakby chciał przyciągnąć zapach stolicy.
— Proboszcz był w Paryżu?... zapytał Filip.
— Pan de Cayrol, nasz wspólny przyjaciel, mówił wam pewno?
— Prawda.
— Mieszkałem tam kończąc nauki. Chmura osiadła na jego łysem czole, poruszywszy ręką jakby dla odpędzenia mar natrętnych, zmienił przedmiot rozmowy i zaczął z miną wesołą:
— Wybaczcie! że was tak źle przyjmuję, robię co mogę: zapewne Cayrol wam opowiadał. Nasi ojcowie żyli w wielkiej przyjaźni, on utrzymał swoją ojcowiznę, ja roztrwoniłem moją, lesz osiągnąłem przynajmniej tę korzyść, że jestem wyrozumiałym dla innych.
Wymawiając te słowa zmierzył okiem znawcy młodą kobietę od stóp do głowy.
Zdjęła salopę, okazując się w pełnej gracyi, w sukni koloru malwy a przepysznie skrojonej.
Spojrzenie było tak wymowne, że młoda kobieta poczerwieniała nie mogąc wymówić ani słowa, ksiądz uspokoił ją natychmiast, bo rozpoczął rozmowę z nadzwyczajną serdecznością.
— Łaska boża spłynęła na mnie. Biskup, hrabia Urgel jest moim kuzynom, jemu zawdzięczam, żem został księdzem. Lubię żyć wspomnieniami, życie jest tak krótkie, nie chciałem przyjąć innego probostwa jak tylko w tej wiosce.
Człowiek umiejący się ograniczać może być szczęśliwym, zresztą nie jestem sam, myślę o tych, którzy, nie żyją a których widzę bezustannie.
Łza, szybko spływająca, sprawiła iż oczy jego stały się jeszcze więcej błyszczącemi. Napomknął też zaraz o celu podróży dwojga młodych ludzi.
— Cayrol opowiedział mi wszystko.
— Gdzie go poznaliście?
— U mego wuja w Burgundyi.
— Był to rozsądny lecz wesoły hulaka.
— Dzięki Bogu, jest nim i długo jeszcze nim będzie, odrzekł Filip.
Hiszpan potrząsł głową.
— Co? Proboszcz powątpiewa? zapytał młody człowiek.
— Pan de Coyrol jest tak jak proboszcz, w sile wieku i szydzi z lat swoich, sądziłem, że go tu znajdę.
— Nie przyjdzie już tutaj więcej, odrzekł proboszcz widocznie zasmucony.
— Co proboszcz mówi?
— Coyrol wziął was w szczególną opiekę, podobał mu się prawy i szczery charakter pana i polecił mi też was w najgorętszych słowach, cieszył się, że będzie waszym świadkiem...
— Jakaż więc przeszkoda?
— Najważniejsza ze wszystkich.
— Proboszcz mnie przestrasza!
— Pan de Coyrol umarł.
— Czyż być może?
— Pan de Coyrol zabił się, przed dwoma dniami, w swoim majątku Puymorons pad Canterets.
— Co proboszcz mówi?
— Pan de Coyrol polował jak zazwyczaj, była to jedyna namiętność jego, kochanka. W pogoni za niedźwiedziem wpadł w przepaść i rozbił czaszkę o skalę.
Magdalena siedząca w kąciku przy ogniu podniosła wzrok przerażony na księdza. Podróż wśród prawdziwego uraganu, wiadomość o strasznej śmierci, to miejsce osamotnione, robiły wrażenie smutnych przepowiedni.
Proboszcz pokazał młodemu człowiekowi list z czarnemi obwódkami.
— Dziś dopiero dowiedziałem się. Matka mi o tem doniosła. Jest zdesperowaną.
Załamał ręce jakby na dowód potwierdzenia.
— Życie jest znikomem zakończył. Mówmy o was.
— Proboszcz jest wtajemniczony w nasze życie? zapytał młody człowiek.
— Tak.
— I zgadza się przyjść nam w pomoc?
— Z całego serca.
— Jakże zdołamy się wywdzięczyć?
— Nie mogę was pogodzić z ludźmi, nie znam praw waszego kraju, lecz mogę was pobłogosławić przed Bogiem.
— O to właśnie prosimy, — reszta zrobi się z czasem. Czy pan odebrał nasze papiery?
— Pan de Coyrol doręczył mi je.
— Czy zapowiedzie już wyszły?
— Wyszły.
Niezbędnem jest, aby do pewnego czasu nie wiedziano o naszem połączeniu się.
— Moi parafijanie, znaleźliby się w prawdziwym kłopocie przy powtórzeniu nazwisk które ich uszy nie należycie słyszały.
— Czy będą świadkowie?
— Perez mój zakrystyjan i sąsiedzi, którzy podpiszą na niewidzialne, nie kłopocząc się o ceremoniją i osoby do do niej należące. Ze wstydem wyznaję, że wieś moja ma zaledwie trzy osoby umiejące pisać.
Moi parafianie wolą raczej łowić pstrągi, zastawiać sidła, lub wabić na lep gołębie, niż do szkoły chodzić.
Utrzymują, że nauka nie warta trudu jakiego wymaga a rezultaty jej są żadne. Czy mają racyją lub nie? nie wiem. Proboszcz zwrócił się do Filipa.
— Czy pan ma jeszcze rodziców?
— Oddawna już nie żyją.
— A narzeczona jest sierotą?
— Tak panie.
— W naszym kraju zainteresowanoby się podobnem małżeństwem.
— A w waszym?
— To zależne, odpowiedział młody człowiek, ale zdaje mi się, że tak. Jak tylko okoliczności pozwolą, pójdziemy do mera.
— Amen, zakończył Hiszpan, a teraz pójdziemy do stołu.
Wiadomość o niespodziewanej śmierci przyjaciela odebrała apetyt zgłodniałemu podróżnemu.
Filip zasmucony bardzo, tym wypadkiem, wyczytał przecież w oczach Magdaleny, tyle radości z urzeczywistnienia jej najpożądańszego życzenia, tyle wdzięczności za spełnienie obietnicy, że i chmaurka zasłaniająca jego oblicze, wkrótce się rozeszła.
Podany posiłek ze szczerą gościnnością, był mile przyjęty.
Nazajutrz o wschodzie słońca proboszcz był już na nogach.
Filip i Magdalena wstali przed innemi.
Ku północy Pireneje zdają się dosięgać stopniowo nieba, na południu przeciwnie grunt zniża się do zupełnej płaszczyzny, którą po części zasłaniała nieprzejrzana mgła.
Dzwon kościelny oznajmił ranne pozdrowienie anielskie.
Proboszcz przechodząc pozdrowił przyjaźnie dwoje przypadkowych parafijan i rzekł:
— Żwawo... śpieszmy się!...
W kilka chwil później, podróżni wchodzili do biednego kościołka ubogiej wioseczki.
Nigdy nie odbywał się ślub z mniejszą okazałością.
Narzeczeni tylko i ksiądz, który ich miał pobłogosławić. Perez zakrystyjan przygotował wszystko do obrządku.
Świeci na ołtarzach byli jedynymi świadkami nowożeńców.
Bez rodziców, bez przyjaciół którzyby jej towarzyszyli do ołtarza, Magdalena pomimo szczęścia jakiego pragnęła, zalewała się łzami.
Przyszły jej na pamięć straszne nieszczęścia poprzedzające ten związek, uczuła się przyciśniętą przeczuciom zgryzot, jakie miały nastąpić.
Kiedy ksiądz zapytał ze słodyczą, prawie z współczuciem narzeczonej, niedoznającej w tej chwili radości jaka towarzyszy ślubom zawieranym publicznie i uznaniu legalnej małżonki wychodzącej z kościoła przy odgłosie organów, wobec tłumów zachwycających się nią.
— Magdaleno Stefani, czy masz nieprzymuszoną wolą pojąć za małżonka Filipa Valencourt’a tutaj obecnego?
— Tak!... I jakby pod wrażeniem halucynacyi samotna i opuszczona widziała swego ojca zabijającego się powodu jej występku, zdawało się jej, że słyszy głos powtarzający straszne słowa:
„Magdaleno bądź przeklętą “!!
Z rękoma złożonemi, upadła na kolana jak gdyby błagała o łaskę i miłosierdzie tego zjawiska.
Ksiądz wzruszony, zatrzymał się.
Filip ją podniósł a w uniesieniu miłości i litości utulił w swych ramionach.
Hiszpan zaczął wtedy:
— Filipie Valencourt, czy bierzesz za małżonkę Magdalenę Stefani, tutaj obecną?
Zapytany odpowiedział głosem stanowczym i dobitnym.
— Tak!
A podczas gdy ksiądz odmawiał wzniosłą formułę z rytuału:
— Niechaj Bóg którego uwielbiamy otoczy was swą łaską, niechaj użycza wam długich lat szczęścia i dozwoli wam widzieć wasze dzieci i dzieci waszych dzieci do trzeciego i czwartego pokolenia...
Filip szeptał jej namiętnie do ucha:
— Czegóż się obawiasz?
— Drżę.
— Czyż nie jestem przy tobie?
— Boję się.
Przycisnął jej rękę a zagłębiając swój wzrok w niebieskich pomięszanych oczach żony, zawołał.
— Jesteś więc teraz moją i nic świecie nas nie rozłączy!
Akt ślubu został podpisany na wytartym i zakurzonym stole.
Proboszcz i zakrystyjan należeli do tego podpisu, mającego być dopełnionym przez krzyżyki ludzi ze wsi, poświadczających ceremonije, przy których nie asystowali.
O ósmej, małżonkowie wsiedli do starej karocy, udając się drogą do Bajonny, uścisnąwszy zacną rękę biednego proboszcza z San-Julii, pozostawiwszy mu pamiątkę swej wdzięczności i przyjaźni.
We dwoje w powozie, podczas gdy woźnica zachęcał konie których dzwonki odzywały się wesoło. Filip okrywał pocałunkami swoją żonę, powtarzając:
— Jesteś moją i nic, nic w świecie nas nie rozłączy!
Nie liczył na śmierć.
Wspomniała znienacka towarzysza jego młodości, przyjaciela Coyrola. Miały też być i inne jeszcze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.