Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Dwie nowiny.

Nazajutrz koło 10 godziny markiz de Blangy siedział przed biurkiem w obszernym salonie, przeznaczonym na gabinet do pracy.
Biurko było zarzucone papierami, listami, dopiero co odebranymi, książkami świeżo nadesłanemi.
Przez otwarte okno dochodziło słońce palące i jasne, z zapachem kwiatów z parku, osrebrzonych rosą po pięknej sierpniowej nocy.
Stary sługa, ubrany we frak i biały krawat, czekał rozkazu swego pana.
Wyraz twarzy wydawał się łagodny poczciwy, lecz oczom przenikliwym nie brakowało odwagi.
— Lachaume, czyś widział dzisiaj pannę de Chambeyre.
— Panna Ludwika przechadza się po parku w alei akacjowej.
— Widzisz ją stąd?
— Doskonale, panie markizie.
— Czy jest sama?
— Przed chwilą panna Ludwika była w towarzystwie pana Franciszka.
— A teraz?
— Pan Franciszek jest nad brzegiem karpiego stawu.
— Proszę cię, idź i poproś mej wychowanicy.
Lachaume nie dał sobie dwa razy rozkaz powtórzyć.
Wyszedł i skierował się do alei akacyjowej, gdzie panna Ludwika przechadzała się jeszcze.
Pewno rozmyślała przez noc całą ale myśli te nie przyniosły pożądanego spokoju jej miotającej się duszy, brwi zmarszczone, usta blade, oczy błyszczące znamionowały wewnętrzną walkę.
Markiz pocierał czoło z pewnym niepokojem.
— Gdyby poślubiła Franciszka myślał, pozbyłbym się dwóch trosk... Ale to trudne do przeprowadzenia. Ona kocha Filipa, biedne dziecko, a Filip jej nie kocha... Tak to bywa na świecie...
Przebiegł dwa czy trzy listy małej wagi i rzucił je do kosza.
Ludwika Chambeyre weszła w towarzystwie Lachaume’a.
— Zostaw nas samych, powiedział łagodnie markiz do swego sługi i zobacz, gdzie są moi siostrzeńcy. Niechaj się nie oddalają.
— A więc? spytał potem młodej dziewczyny.
— Wszystko skończone.
— Twój wybór?
— Zrobiony.
— I poślubiasz?
— Tego z dwóch, który mnie chce.
— Filipa?
Usta dziedziczki wyrażały niesmak, jakby chorego, któremu dają wstrętne lekarstwo.
— Filip Valencourt nie myśli o mnie powiedziała. Ma on inne widoki.
— Jakie?
— Zachowuje je w sekrecie... Zresztą nie starałam się ich poznać.
— A więc Franciszka?
— Tak, Franciszka, drugiego, dodała z taką wybitną pogardą, aż się markiz przestraszył, tak sprzecznym był wyraz jej twarzy z danem zezwoleniem. Lecz senator nie należał do ludzi, dających się opanować wrażeniom, nigdy nie cofnął się od projektu postanowionego.
Myślał:
Czysty zysk! Franciszek Valencourt był trudnym w prowadzeniu, z Filipem nie było kłopotu. Żeniąc bogato starszego, markiz pozbywał się obowiązku rodzinnego, nie nadwerężając swej kiesy.
— Czy mogę mu oznajmić tę szczęśliwą nowinę?
— Franciszek już wie o niej — odpowiedziała dziedziczka, oto nadchodzi.
Rzeczywiście wszedł starszy Valencourt.
— Franciszku — powiedział markiz, podziękuj pannie Ludwice, która się przyczynia do twego szczęścia i majątku.
Dwóch milijonów posagu w onym czasie tak samo, jak i dziś nieznajdowano na bruku.
Wyraz tryumfu opromienił chudą i bladą twarz starszego Valencourt’a.
Schwycił rękę narzeczonej, jak zdobycz jaką, podniósł ją do ast, starannie wygolonych, wedle mody prokuratorów, do których był podobny. Młoda dziewczyna nie odsunęła jej, ale śmiertelna bladość pokryła jej lica.
Franciszek szeptał do ucha banalne słowa:
— „Nie chcę być mężem ale niewolnikiem“.
Na to też odpowiedziała śmiało nawet z naciskiem znaczącym.
— Liczę na to, mój panie, liczę napewno.
Filip, który także nadszedł, zbliżył się do wuja.
Markiz odezwał się półgłosem:
— Niedołęgo! ta dziewczyna ma, słabość do ciebie, a ty jej ustępujesz drugiemu.
— Ten drugi, to mój brat — odpowiedział młody człowiek ze znaczącą obojętnością.
— Pamiętaj, że odtąd jest twoją nieprzyjaciółką.
— Mój wuju!
W kilka minut później Filip Valencourt pod wrażeniem, jakie nań sprawiły słowa starca w gruncie tak prawdziwe spotkał się oko w oko z panną Chambeyre.
Czyż to istotnie było przypadkiem?
Utkwiła swoje czarne spojrzenie w oczach młodego człowieka, raniąc jakby zatrutą szpadą.
— Widzisz — rzekła z gorzką, ironiją — stało się.
— I jestem zdziwiony.
— Dlaczego?
— Jeżeli nienawidzisz Franciszka, jak mi to wczoraj powiedziałaś, dlaczego zaślubiasz go?
Położyła swą długą i wychudłą ręką na ramienia młodego człowieka:
— Zapamiętaj dobrze, — powiedziała, robiąc nacisk na słowa, zaślubiam Franciszka, aby zostać przy tobie, mieszać się w twoje życie, dokuczać ci, ile będę mogła.
— Ależ! Nie wierzę ci!
— Ręczę ci.
— No to odpowiem ci: rób sobie, jak chcesz, Ludwiko, będę cię kochał zawsze szczerą i serdeczną przyjaźnią.
Zbliżyła się jeszcze bliżej, pierś do piersi, aż jej stanik dotykał się Filipa.
— Jak siostrę? powiedziała wolno.
— Bazwątpienia — dodał, przerywając — jak siostrę. Czyż nią nie jesteś?
— Dla tego właśnie nienawidzę się.
Odsunął się, jak gdyby ukąszony przez żmiję. Twarz młodej dziewczyny wyrażała nienawiść. Przecież młodego Valencourt’a nie tak łatwo było przestraszyć. Popatrzył na nią z litością, prawie z współczuciem, wziął jej rękę i przycisnął do ust, nie wymówiwszy ani słowa.
W tejże chwili wszedł służący i powiedział coś na ucho swemu panu, który skoczył na krześle, wykrzyknąwszy.
— A — a...
— Jeden z gajowych przyniósł tę nowinę.
— Jakto ten biedny dyjabeł miałżeby się zastrzelić?
— Zabił się, panie markizie, to jest pewnem.
— Kto taki? — zapytała panna Chambeyre.
— Pułkownik Stefani, ten wściekły Korsykanin, który nie mógł usiedzieć spokojnie.
— Kiedy?
— Tej nocy — odpowiedział Lachaume.
— Czy to tylko pewne?
— Zupełnie pewne, panienko.
Młoda dziewczyna długo patrzyła na Filipa, lecz ten, wytrzymał jej wzrok bez zmięszania się.
— Czy pułkownik Stefani nie pozostawił córki? zapytała.
— Tak jest.
— Wysoką blondynkę, bardzo ładną, którą podziwiano na ludowych zebraniach. Co się z nią stanie?
— Rzeczywiście — rzekł markiz, położenie jej musi być nader przykre. Bez emerytury, bez majątku... Dyjabelne położenie dla młodej dziewczyny.
Markiz de Blangy bystro przyglądał się siostrzeńcowi.
Lecz i ten egzamin wytrzymał Filip równie zwycięsko, jak poprzedni.
— Czy nie wiesz, Filipie, co o tem samobójstwie? — spytała powtórnie młoda dziewczyna.
— Nic zgoła.
— To zadziwiające.
— Dlaczego?
— Mówią, że twój kuc doskonale zna drogę do Bellemare.
— Tak, jak zna inne w lasach mojego wuja. Lubię przejażdżki po lesie.
— To chłopiec bardzo zdolny — pomyślał markiz, trzeba go pchnąć na dyplomatę.
W kilka minut później, w chwili, gdy młody człowiek sądził że jest sam pogrążony w bolesnych marzeniach w cieniu lip stuletnich, czyjaś ręka dotknęła jego ramienia, a głos, podobny do świstu węża, zabrzmiał:
— Z ręką na sumienia, przysięgnij mi, że nie należysz do taj tragedyi.
Był to głos panny Chambeyre.
Zadrżał, wzruszył ramionami, uśmiechnął się z politowaniem i nic nie odpowiedział.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.