Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część pierwsza/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
Wyrok.

Dla lepszego zrozumienia sceny, która miala nastąpić, trzeba poznać miejsce, gdzie się odbywała. Pawilon, w którym znajdowało się dwoje młodych ludzi było jedno z tych schronień wiejskich, jakie budują sobie czynszownicy, aby wypocząć w chwilach zmęczenia.
Pułkownik Stefani, ponury, prawie dziki spędzał prawie cały swój czas w tym kiosku pierwotnej konstrukcyi.
Umeblowanie było skromne.
Dwa krzesła trzcinowe, szeroka kanapa, na której kładł się po objedzie i stół na drobne rzeczy, jako to: gazety, książki, broń, i pudełko z cygarami.
Nie było okiennic.
To, co ta chatka zawierała, nie kusiło złodziei. Zresztą nie nawiedzają oni okolic spokojnych, gdzie wino i las stanowią bogactwo tych, co uprawiają ziemię, dającą im jakie takie utrzymanie. Zmięszanie młodej dziewczyny było tak widocznem, że to uderzyło jej kochanka.
— Co ci jest? — zapytał, trzymając jej ręce w swoich i patrząc jej w oczy, pełne czułości.
Uśmiech smutny i łagodny przeszedł po zmienionych rysach kochanki.
— Czyż potrzebuję ci to mówić? — wyszeptała.
Zrozumiał, a jedno słowo wyrwało się z ust jego:
— Matka!
Magdalena schyliła głowę i gwałtowny rumieniec okrył jej twarz.
Jednocześnie strumień łez popłynął z jej oczu.
Filip wziął ją w swe objęcia i w uniesieniu miłości przycisnął do siebie.
— A więc — szeptał — dziś podwójnie do mnie należysz. Nic nas nie może rozłączyć. Czego płaczesz?... Uwielbiam cię!
— Zastanów się!
Nad czem?
— Jesteśmy zgubieni. To dziecię — to miłość, ale także i hańba! Wstyd dla mnie... dla mojego ojca.
— Powiem mu wszystko... Wyznam mu naszą miłość, nasze projekty, nasze przyrzeczenia...
— Czyżeś ty nie moją żoną przed Bogiem? Czyż powątpiewasz o mnie?
— Nie, ja także kocham cię, Filipie, jak nie można więcej, ale ty nie znasz mojego ojca.. Co chcesz? To szaleństwo. Próbowałam rozpocząć rozmowę w tej kwestyi. Sama nazwa de Blangy oburza go i wprowadza w wściekłość. On, tak łagodny w każdem zdarzeniu, tak dobry, bezinteresowny, zapomina, o wszystkiem, gdy jest wzmianka nawet tycząca się markiza... A przecież musi nadejść dzień, w którym nie będziemy mogli nic ukryć...
— Cóż to szkodzi! Abym cię tylko posiadał, a przyszłość będzie powabną. Nie jestem bogatym lecz wystarczy nam, aby żyć niezależnie i swobodnie, szczęśliwi jedno z drugiego gdzie w głębi kraju, w Bretanii n p.... Uciekniemy...
— Niepodobieństwo... Ty zależysz od markiza. On się tobą zaopiekował. Wychował cię... Ma prawo do twej wdzięczności. A gdybyś nawet zapomniał o nim pomyśl jeszcze o mym ojcu o mnie; mój ojciec już i tak nieszczęśliwy, tak zrospaczony zgryziony... Byłby to cios, straszniejszy od innych. Obowiązek wzbrania mi opuścić go o ile będę mogła mieszkać przy nim... tem zniosę błąd mej słabości...
— Lecz w tedy co zrobić?..
— Nic... czekać... Chciałam, żebyś o tem wiedział... Teraz namyśl się... Poszukamy sposobu... Może jest jaki. Mamy czas jeszcze...
Zadrżała.
— To straszne — wyszeptała. Odkąd przekonałam się o rzeczywistości, jestem cała wzburzona. Zapomniałam o wszystkiem myśląc tylko o tobie... Łudziłam się zwodniczą nadzieją. Mówiłam sobie, że przyszłość jest długa i obdarzy nas dniami spokoju... że zwalczemy przeszkody... A później, prawda nie myślałam o niczem... bo byłam szaloną, odrętwiałą w upojeniu... dzisiaj obawiam się.
Filip chciał ją uspokoić.
Pocieszał wyrazami najpieszczotliwszymi, jakie kochanek znajduje dla ukojenia ukochanej kobiety.
— Boję się — powtarzała. Mój ojciec domyśla się, jestem pewną. Zmienił się do niepoznania. Zaledwie się do mnie odzywa. Błądzi, przechadza się całemi godzinami po ogrodzie, siada na ławce, z głową wspartą na rękach, ponury, smutny. A przecież nie miałby innego powodu do smutku, o którymbym nie wiedziała. Oprócz Wincentego Arbaud, krewnego mej matki, który mieszka dwadzieścia mil stąd z drugiej strony Dijon’u, nie mamy więcej krewnych, a więc żadnej nadziei.
Smutny nastrój może tylko pochodzić z przypuszczeń. Mam do ciebie jedną proźbę..
— Mów. Jaką?
— Dla mnie, dla niego, Filipie musimy zaprzestać się widywać.
— Niepodobieństwo.
— Kilka dni... może kilka tygodni.
— Nie!
— Trzeba, mówię ci. Teraz wszystko wiesz, zobaczysz... Poszukasz sposobu ocalenia.
— Jest tylko jeden.
— Jaki?
— Poślubię cię.
Przysunął ją ruchem gwałtownym, ujmując w pół, zaczął głosem drżącym, przenikającym do serca młodej dziewczyny:
— Co mówisz o hańbie? Gdyby miłość była występkiem, czyżby ją Bóg wszechmocny wlał w nasze serca. Czy myśmy przyczyną nienawiści tamtych? Odmówić widzenia się, byłoby wyrzec się roskoszy, miłości, na koniec życia. Czyż mógłbym się obejść bez ciebie? Od pierwszego twego spojrzenia, od chwili, gdym usłyszał pierwsze twoje słowa, miłość zawitała do serca mojego, jak śpiew ptaszyny, życie moje oświeciło nowe słońce. Tyś stała się moim celem, a dopiąwszy go nie mogę się od niego oddalić. O naszem połączeniu będę wszędzie głosił, przed nikim go nie skryję. Należysz do mnie i będziesz moją, żeby nie wiem co stać się miało.
— Czyś ty oszalał?
— Niechaj i tak będzie, oszalałem ale z miłości dla ciebie, z pragnienia i radości. Jesteś mą duszą, moim majątkiem, życiem mojem. Co mnie reszta obchodzi.
— Zastanów się.
Nad czem?
— Dziecię, które się narodzi, chcesz wskazać na wzgardę ojca mego, pozbawić je opieki twego wuja? Markiz nigdyby ci nie przebaczył nieposłuszeństwa swym rozkazom. On, milijoner de Blangy jest również hardy, jak biedny samotnik, któremu zamknięto karjerę, zraniono serce, obrażono dumę.
Filip przerwał żywo:
— Pozostaw innych. O tobie teraz trzeba myślić; o twym honorze, spokoju i wypoczynku.
Magdalena położyła mu rękę na ustach.
— Słuchaj jeszcze, błagała. O
wszystko się pokuszę, co będzie można zrobić z mym ojcem... potrosze, wolno... Ty, z twej strony, postarasz się to samo uczynić z markizem... Jeżeli nam się nie uda, nie będziemy sobie mieli nic do wyrzucenia.
— A wtedy?
— Wtedy, będę ci posłuszną... Co mi rozkażesz, zrobię... Uciekniemy, jeżeli będziesz chciał, odmówiemy sobie wszystkiego... ale jeszcze nie teraz... wierz mi!... Kto wie czy nasze usiłowania nie będą uwieńczone pomyślnym skutkiem!
Patrzyła na niego załzawionemi oczami.
— Chcesz? — zapytała.
— Czy masz nadzieję?
Powtarzał, lecz bez przekonania.
— Kto wie?
— Kiedy sobie tego życzysz, będę czekał, pamiętaj tylko, że jeżeli cię wszyscy opuszczą, ja ci zostaję, jeżeli oni tobą pogardzą, ja cię szanuję, jeżeli cię znienawidzą, ja cię uwielbiam.
I jakby na potwierdzenie słów swoich uścisnął ją serdecznie.
— Rozejdźmy się, Filipie — błagała.
— Jeszcze nie.
— Drżę.
— Dlaczego?
— Nie umiem ci powiedzieć.
— Dziecko!
— Czy nie wierzysz w przeczucia?
Potrząsnął głową przecząc i zawołał:
— Przywidzenia!
— Ja pewną jestem, że nam grozi nieszczęście.
Wyrwała się szybko z jego objęcia i odwróciła do okna, wychodzącego na ogród.
— Co ci jest? spytał.
Wskazała palcem na aleję, prowadzącą do domu.
— Tam — rzekła, zdawało mi się, że go słyszę...
— Złudzenie!
— Czyżby to on był?
— Pułkownik?
— Tak, co za wstyd. Odejdź, błagam cię.
Pobiegł na ścieżkę, z za krzaków winnej latorośli i powoi, podsłuchiwał, co się działo w mieszkaniu, otoczonem murem.
Dom zdawał się być w uśpieniu.
Okiennice opuszczone nie przepuszczały żadnego światła.
Bystry wzrok zakochanego nic nie dostrzegł.
— Próżna obawa! wyrzekł do swej kochanki, bladej ze wzruszenia.
— Przecież przypuszczałam...
— Omyłka.
Noc była spokojna. Na pogodnem niebie, świeciły gwiazdy. Miła woń powietrza owiewała dwoje kochających się, zachwyconych sobą.
Powoli Magdalena przestała się trwożyć.
Dała się przekonać temu, którego kochała bez granic. Minuty upływały niepostrzeżenie jedne za drugiemi w upojenia dwóch istot, stworzonych do miłości i wyznających ją sobie wzajemnie.
Godzina przeszła, jak sen.
Młoda dziewczyna zasnęła w tem uniesieniu, pod wpływem którego zapomina się o całym świecie.
Nagle zerwała się, zelektryzowana jakimś odgłosem. Hałas, który się dał słyszeć, doszedł i jego uszu, oddalał się, potem słychać było, jakby zamykające się drzwi z wielką ostrożnością.
Magdalena podbiegła do okna, przy którym usiadł jej kochanek, Z sercem ściśniętem, zobaczyła światło w ojca pokoju.
— Ah! jęknęła, jestem zgubiona! On wie wszystko. Jak złagodzić gniew jego?
Niebyło już wątpliwości.
— Co robić?
Trwoga ich niedługo trwała.
Filip postąpił, jak wypadało na człowieka honoru! Napisał dwa wiersze, w których prosił pułkownika o rękę córki.
Szczera miłość jest naszą wymówką — pisał.
Jeżeliśmy popełnili błąd, pozwól nam go naprawić...
W chwili, gdy kreślił tę proźbę, pióro wypadło ma z ręki.
Dał się słyszeć wystrzał.
Magdalena wydała okrzyk rozpaczliwy.
— Zabił się!
Rzuciła się do domu, odpychając kochanka, który biegł za nią.
— Uciekaj — nakazała, gubisz mnie!
Straszny widok ją czekał.
Nim służący, przebudzeni z głębokiego snu, mogli spostrzec jej nieobecność i wejść do pokoju ojca, ona już tam była.
Pułkownik leżał na łóżka w ubraniu, przy świetle lampy, postawionej na stole, z piersią, przeszytą kulą, ręką skurczoną na cynglu pistoletu, którym się zabił.
Jeszcze oddychał.
Jego oczy na wpół rozwarte zwrócone były na córkę jakby z wyrazem niemego wyrzutu.
Chciała mu się rzucić w objęcia lecz wyraz twarzy umierającego stał się tak dziki, że się odsunęła, a padłszy z jękiem na kolana, wyrzekła:
— Przebacz!
Za całą odpowiedź wskazał jej papier, leżący na stole. Ruch był tak nakazujący, że usłuchała i podniosła się.
Papier zawierał, co następuje:
Domyślałem się największego i ostatniego nieszczęścia, jakie mnie spotkać mogło.
Lecz nie mogłem uwierzyć, aby córka moja była tak podłą i nikczemną, dając się uwieść tym, którzy mnie ograbili i zbezcześcili.
Po przekonaniu się o jej hańbie, nie pozostaje mi już nic więcej na świecie; straciwszy honor i nadzieję, zabijam się bez żalu, pozostawiając winnej ostatnie słowa zrospaczonego ojca:

Bądź przeklętą, Magdaleno!
Pułkownik Stefani.

Kiedy podniosła oczy na umierającego, jego palce, wyciągnięte ku niej, groziły jej jeszcze.
— Łaski! wołała zrozpaczona,
Nie odpowiedział. Umarł.
W pół godziny później weszła służąca, Magdalena zerwała się i pobiegła do pawilonu.
Filip oczekiwał na nią z rysami zmienionymi.
— Mój ojciec zabił się — powiedziała stłumionym głosem, pogrążona w rozpaczy. — Jam przyczyną jego śmierci. Czytaj!
Gdy skończył czytać, Magdalena rzekła z bojaźnią i niedowierzaniem:
— Teraz nie mam nikogo, prócz ciebie!
Zmieniona, zwalczona strasznym wypadkiem powątpiewała o wszystkiem, o sobie samej, o swym kochanku, o całym świecie.
Wziął ją w objęcia, dotknął jej czoła swami ustami, powtarzając z nieskończoną czułością:
— Dla ciebie zawsze, dla ciebie na całe życie! Ale dla twego honoru, dla naszej przyszłości, dla szczęścia naszego dziecka — milczenie!
Znikł w nocnej ciszy tak jak przybył.
Nikt w domu, do którego sprowadził żałobę, nie domyślał się jego obecności.
O 4-ej rano kary kuc powrócił do Blangy, a młody pan porywczo pociągnął za rękę i obudził swego wiernego Bretończyka.
Josou Kerhoël zerwał się.
Z pierwszego rzutu oka, spostrzegł po rysach zmienionych swego pana, że stało się jakieś nieszczęście.
Zapytał go tylko spojrzeniem.
— Miałeś racyją — smutnie powiedział Filip Valencourt, byłbym lepiej zrobił, pozostając tutaj. Ale pamiętaj, — milczenie!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.