Nienawiść i miłość/Część druga/XXXI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pan Adam Smith przybył do Burgundyi bez rozgłosu; dwie włóki ziemi, zakupione po pułkowniku Stefanim, przewrócone do szczętu, zajmowały czas jego. Od sześciu tygodni zamieszkania w Bellemare, kilkunastu robotników zajętych odbudowaniem i odświeżeniem pustkowia, nachwalić się nie mogło jego książęcej wspaniałości, dobroci i obejścia się z pracującymi.
Wkrótce też został popularnym w okolicy, pozyskawszy tylu przyjaciół, ilu było sąsiadów.
Dozorcy i polowi z Blangy, przejściowi podróżni zawadzali o Bellemare, jak o oberżę, raczeni przez murzyna, Tony’ego szklanicami wina hiszpańskiego. Rozmawiano o wszystkiem.
W kilka tygodni Adam Smith znał okolicę, jak gdyby w niej zamieszkiwał od lat kilkunastu. Znał gruntownie historyją pułkownika Stefaniego i Blangych, starego markiza i jego siostrzeńców, nawet wiedział o przygodach Filipa Valencourt, o tyle o ile wtajemniczeni pozostali dozorcy i sąsiedzi zamku.
Lecz nikt nic nie wiedział o przeszłości, jakoteż i przyszłych zamiarach Amerykanina.
Przybył w najętym powozie z Beaune, nie zwracając niczyjej uwagi.
Jedyną jego rozrywkę stanowił spacer do Blangy, to jest do kawiarni du Commerce.
Wdowa Lebidois i jej córka Wirginja nie omieszkały zawrzeć pewnej serdeczności z obywatelem tak miłym, naturalnym, przesiadającym u nich po kilka godzin nieraz, rozmawiającym swobodnie i zajmująco, z życiem i werwą, a co najważniejsze, płacącym za wszystko drogo.
Z takiemi danemi, Adam Smith wywiadywał się o wszystkiem, nie potrzebując nawet pytać. Łatwo też odgadł, że Magdalena Arbaud, kobieta inteligentna i prawa, zmieniając nazwisko i wchodząc do rodziny Blangych, jako uległa nauczycielka, wtedy kiedy jej ofiarowywał olbrzymi majątek, swobodę i byt niezależny, miała cel sekretny, tajemnicze projekta, których rozwiązania oczekiwał z równąż ciekawością jak i niepokojem.
Nieraz spotykał w parku Blangy, lub na spacerze dwie młode dziewczyny, nauczycielkę i uczennicę, niekiedy markizę i Franciszka Valencourt.
Widywał też Maurycego de Blangy, jego przyjaciół konno w stronie Bellemare, a przypatrując się tym fizjognomjom, snuł podstawę wypadku, w której więcej działała imaginacja, niżeli rzeczywista prawda. Wypadek przy stawie Neuf, wywołał nowe zaciekawienie.
Cassegrain, którego Amerykanin widywał po razy kilka w kawiarni du Commerce, wypowiadał często zagadkowe wyrazy, tyczące się tego zatopienia.
Kupiec drzewa potrząsał znacząco głową, a Adam Smith dosłyszał, jak mówił do wdowy Lebidois:
— Wie kochana pani, na próżno sobie mózg suszyć, nikt tego nie zbada. Pieniędzmi okupuje się wszystko!
Cassegrain miał słuszność, a urazę swoją do markiza de Blangy wyjawiał przeróżnie w setnych złośliwych przytykach.
Adam Smith wywiódł z tych wszystkich wypadków, słów i opowiadań, że jakaś tajemnica cięży nad tym zamkiem, koło którego zamieszkał i że któregokolwiek dnia wybuchnie niespodziewanie, w chwili, gdy się nikt nie spodzieje.
I oto co się stało.
Na odgłos hejnałów, naszczekiwania psów goniących gromadę dzików w lasach Auverny, Amerykanin wiedziony ciekawością, jak i inni, zbliżył się do myśliwych, w towarzystwie nieodstępnego swego służącego Tony.
Ciekawy to widok podobne polowanie. Najgorsze co mogło spotkać, to uderzenie kulek ołowianych, nieumiejętnie skierowanych przez niezręcznego strzelca.
Adam Smith nie trwożył się o coś podobnego. Przybył pierwszy na miejsce obławy, bo też i zarośla jego posiadłości były najbliższemi. Stanął na punkcie kulminacyjnym, za drożyną króliczą, skąd w pewnej odległości wpatrywał się w piękna oblicze Angielki, stojącej po za liniją strzelców.
To właśnie stanowiło dla niego kwintesencję ochoczej zabawy.
Pożerał z rozkoszą swych wielkich wyłupiastych oczów urocze dziewczę, zajmujące go bez przerwy.
Punkt, na którym się zatrzymał Adam Smith z towarzyszącym mu Tonym, była to skała, jakie zalegają lasy Auverny.
W chwili rozpoczęcia strzałów, gdy wrzawa psów ostrzegała o zbliżaniu się zwierzyny, mogącej spowodować otrzymanie zbłąkanej kuli, wśliznął się w zakątek i przysiadł wraz z Tonym, chroniąc się za kamień i kępę dębczaków, której liści spalonych nie zerwały jeszcze wiatry jesienne.
Ztąd mógł napawać się oryginalnym widokiem. Gromada dzików większych i mniejszych, z zgiętemi w półkole grzbietami, najeżoną sierścią i stado centkowanych prosiąt rozżartych cwałowało jak trąba powietrzna, zostawiając za sobą tumany kurzu, a za niemi zgraja gryfonów, tak ścisniętych jeden koło drugiego, iż można je było pokryć jednym płaszczem.
Posypały się strzały jedne za drugiemi, jakby pluton wojska na rozkaz swego dowódcy. Wystraszone prosięta zawróciły koło strzelców, nie wiedząc, gdzie się udać.
Adam Smith i jego towarzysz wcisnęli się w swą kryjówkę, w tejże jednak chwili dziarski chłop, brunet szczupły i muskularny, z oczami zaiskrzonemi, pędząc z całych sił przez las, skurczony we dwoje, zatrzymał się raptem koło skały Amerykanina, obejrzawszy się po za siebie i w zarośla.
Czego szukał?
Adam Smith i Tony dostrzegli jak mierzył w punkt niewidzialny i dał ognia.
Padł strzał, a krzyk przeraźliwy rozległ się w powietrzu. Człowiek przykucnął na ziemi, zatrzymując się kilka sekund skurczony we dwoje, chciał zbiedz poza nagiętemi krzakami.
W tej chwili dwie ręce silne jak kleszcze powaliły go na ziemię, a klątwa przytłumiona wyrwała się z jego gardła.
Tony pochwycił go na rozkaz pana.
— Puszczaj mnie, — mruczał przytrzymany, usiłując się wyrwać, — bo cię zabiję.
— Kim jesteś? — zapytał Adam Smith.
— Po co ci to wiedzieć?
— Jesteś zbrodniarzem.
— Kłamstwo!
— Prawda!
— Jakiem prawem zapytujesz mnie?
— Prawem silniejszego, odpowie spokojnie Amerykanin. — Zabiłeś człowieka.
— A więc tak, prawda, bom miał do tego powody. Jeżeli zawołacie o pomoc, narobicie wrzawy, natychmiast w łeb sobie palnę, — odrzekł stanowczo, a wyraz twarzy energiczny potwierdzał słowa.
— Pod jednym warunkiem! — odezwał się Amerykanin po namyśle kilku sekund. Wyznaj powody, będę twym sędzią. Nie zdradzę cię, chyba, że sumienie mi to nakaże.
— Zgadzam się — wybąkał morderca, widząc ocalenie.
— Nazwisko i imię twoje?
— Jan Rigaud.
— Zatrudnienie?
— Polowy z Blangy.
— Kiedy się zgłosisz?
— Dziś wieczór lub jutro.
— Jutro, zażądał pan Adam Smith.
— Jak się podoba.
— Gdzie?
— W kawiarni du Commerce, u wdowy Lebidois.
— Liczysz może na noc, aby nas zamordować — odrzekł Amerykanin z pogardliwym uśmiechem. — Mylisz się. Pięć minut opóźnienia a uwiadomim sąd...
— Nie obawiajcie się. Nie jestem takim człowiekiem, za jakiego mnie posądzacie. Zgadzacie się?
— Niech i tak będzie. O której godzinie?
— O dziesiątej.
— Będziemy sami?
— Dobrze.
— Puść go więc — rozkazał Adam Smith.
— Do jutra — odpowiedział Rigaud. — Przyrzekacie milczenie?
— Na honor... aż do rozmówienia się. Jesteś wolnym.
— Dziękuję — odrzekł Rigaud, oddalając się.
Adam Smith obtarł czoło. Krótka ta scena wzruszyła go.
Jednem spojrzeniem nakazał Tony’emu zachowanie tajemnicy. Mulat odpowiedział mu wzajemnie.
Adam Smith zawrócił, ogarnięty dolegliwym niepokojem; widział bowiem, jak w oczach jego dopuszczono się morderstwa.
Spokój, z jakim polowy mierzył do swej ofiary, zimna krew jaką zachował, silne postanowienie, wyryte na jego twarzy, uderzyły Amerykanina.
Czyżby nauczycielka wmieszaną być mogła do tej dzikiej zbrodni? Z jakiego powodu?
Może to ona kierowała tą ręką? Jaką rolę odgrywa w tej zawikłanej sprawie?
W kilka minut później Adam Smith i Tony znaleźli się przy ranionym.
Kupiec drzewa, Cassegrain, kowal i jeden z drwali wraz z trzema kobietami, Teresą de Blangy, nauczycielką i Zuzanną stali na miejscu wypadku.
Inni, w zapale polowania, gonili za zwierzyną i psami w stronę Bellemare, skąd rozlegały się nawoływania.
La Ramée oznajmiał wyjście z kniei.
Wesołość innych, zapał myśliwych, wrzawa unosząca się w dal, zastęp przyjaciół, służących i ciekawych czyniła posępniejszą sceną, której Amerykanin jego służący stali się mimowolnymi świadkami.
Na ziemi, zmieszanej z piaskiem i trawą, leżał spadkobierca de Blangy, wyciągnięty, zziajany, zaledwie oddychając, pozbawiony czucia, z oczami zamkniętemi. (book from Wikisource) Przy nim na kolanach, zalana łzami siostra jego Teresa, błagająca o pomoc obecnych, nie mających środka zaradzić nieszczęściu.
Zuzanna i nauczycielka, nieme i pomieszane, oczekiwały ostatniego tchnienia nieszczęśliwego.
— Zrobić czemprędzej nosze, — zawołał Amerykanin, zwracając się do drwala, mającego nóż ogrodniczy u pasa. Przeniesiemy ranionego do mnie. Może jest jaka nadzieja...
— Strzał wymierzony celną ręką, — odezwał się Cassegrain, pokładając słabą nadzieję, zapobieżenia nieszczęściu.
Adam Smith spojrzał się ostro, zniewalając go do milczenia.
— Pozwoli mi pani służyć mym domem... — rzekł Amerykanin, zwracając się do panny de Blangy. Do mnie najbliżej... Poślemy po doktora i może... Młoda dziewczyna — odpowiedziała głośnem łkaniem. Drwal, przy pomocy Cassegrain’a i kowala, sporządzili nosze, na które ułożono ranionego, i smutny pochód ruszył w drogę do Bellemare, podczas gdy Zuzanna pobiegła zawiadomić ludzi, stojących w pewnej odległości przy powozie młodej pani. Ponury to był pochód; młodego człowieka, pełnego życia przed chwilą, niesiono po gruncie pokrytym mchem, piaskiem i badylami, a za nim stąpał koń ranionego rżąc smutnie, jak za poległym na polu bitwy.
O drugiej po południa. Maurycy de Blangy nie odzyskując przytomności, leżał w pokoju, w którym Magdalena Stefani odbierała pierwsze zapewnienia miłości i przysięgi, Filipa Valencourt, upojonego rozkoszą najczystszych uczuć mających tak okrutne następstwa.
W pół godziny później przybył lekarz wioskowy, w powozie panny de Blangy pędząc co koń wyskoczy, ale niestety! po to tylko, aby oznajmić, że dla ranionego nie znajduje środków ratunku.
Jeszcze raz Maurycy de Blangy otworzył oczy, lecz po to tylko aby spojrzeć na nauczycielkę z żalem i rozpaczą.
O godzinie trzeciej wydał ostatnie tchnienie.
Wpół do czwartej, przybyła markiza de Blangy, a znalazłszy już tylko, trupa, padła, jak rażona piorunem obok sofy na której syn jej leżał. Nie wytłomaczona trwoga nurtująca jej serce od niejakiegoś czasu sprawdziła się, przeczucia nieomyliły jej, nieszczęście krążyło nad jej domem.
To kara, za przeszłe i teraźniejsze występki. Miejsce gdzie się w tej chwili znajdowała, doprowadzało ją do szczytu rozpaczy. Przeszłość stanęła, przed jej oczami; wszakże stała w domu Magdaleny Stefani, swej ofiary, którą zdeptała stopami, pognębiła, znienawidziła, i oto tutaj odnajduje drogie szczątki syna swego.
Opamiętawszy się, dzięki sile charakteru, przyciągnęła w swe objęcia córkę klęczącą przy łożu śmierci brata a tuląc ją tkliwie do piersi zawołała:
— Ty, więc jedna, ty jedna! pozostajesz mi. Oprócz ciebie, nic, nic!
Adam Smith badał w tej chwili zimną i poważną twarz nauczycielki i odkrył przelotny wyraz ironii, będący dla niego nowem odkryciem.
Po ogniu jej oczów, po zmianie rysów twarzy przelotnych jak błyskawica, domyślał się rzeczywistości.
Więc ręka tamtego zabiła, lecz wola Magdaleny kierowała nią.
Danym znakiem wezwał młodą dziewczynę do przyległego pokoju, a gdy weszła, odezwał się.
— Potrzebuję z panią pomówić, w sekrecie...
— Dla czego?
— Żądam tego — odpowiedział stanowczo, lecz czule zarazem.
— Pan także, stajesz się mym nieprzyjacielem, zapytała z gorzkim uśmiechem.
— Nie jestem nieprzyjacielem, lecz chcę się dowiedzieć. Muszę się z panią widzieć.
— Ah! musisz pan! Proszę więc rozkazywać.
— W takiem zamieszaniu jak obecnie w Blangy, możesz się pani wymknąć na chwilkę.
— Może.
— Jutro?
— Dobrze.
— Proszę być we wsi.
— W jakiem miejscu?
— Będę panią oczekiwał przy bramie cmentarnej.
— O której godzinie?
— O szóstej.
— Dobrze.
— A teraz pozwól mi pan przypomnieć sobie — zaczęła z pogardliwą dumą, młoda dziewczyna — dane przyrzeczenie.
— Jakie?
— Obiecałeś pan zachowanie sekretu?
— Prawda.
— Jeżeli pan rzekniesz słowo, zdradzisz mnie najmniejszym gestem, nie zobaczymy się nigdy w życiu więcej.
Adam Smith zamyśliwszy się na chwilę, odpowiedział:
— Dałem pani słowo i dotrzymam go. Lecz jestem uczciwym człowiekiem... Potrzebuję się dowiedzieć. Będę pani oczekiwał na wsi.
— Przyjdę rzekła.