Nienawiść i miłość/Część druga/XXX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nie tak dawno, jak Burgundyja, Autunois i Charolais, posiadały najsławniejsze psiarnie, tresowane do rugowania wilków, dzików i sarn, licznie zalegających niegdyś te okolice, pozbawione dróg, zajęto stawami, pokryte lasami i zaroślami, trudnemi do przebycia.
Nic dziwnego, że zwierzyna coraz więcej niknie w naszych okolicach, jakieżto bowiem masy padają przy tak udoskonalonej broni, a szczególniej wobec mnóstwa tępicieli zwierzyny.
Blangy jednak miało jej dosyć w swych posiadłościach. Ostatni bowiem właściciele tej magnackiej siedziby, jak stary markiz i jego siostrzeniec Franciszek Valencourt, więcej zajęci interesami, a głównie gromadzeniem pieniędzy, niżeli łowiectwem, utrzymywali psiarnie i ujeżdżaczy jako tradycyję rodzinną dla przyjemności gości, a nie swej własnej.
Blangy-Crosey, za czasów Restauracyi, figurowało pomiędzy łowczymi z godłem Burgundyi z takimże tytułem jak Marey-Gassendi, de Moreton, les Vitry i les Pracomtal i myśliwymi, wsławionymi w kraju.
Za czasów ostatniego markiza i jego siostrzeńca Franciszka Valencourt, urząd dojeżdżacza, przezwany żartobliwie la Brisée albo la Ramce (tropiciela) uważano za korzystną synekurę.
Franciszek Valencourt, zajęty cyframi i spekulacyją, przemieszkiwał zaledwie trzy miesiące w Blangy.
Syn zaś jego Maurycy, znany bałamut, nie znajdował przyjemności w polu ani lasach, dla tego Paryż i kobiety stały się przedmiotem czci i wiary, pozostawiał więc w spokoju sarny i dziki w ich legowiskach, pozwalając im swobodnie plądrować po okolicy.
Z tej też to przyczyny urządzano co jesień istną rzeź, aby zapobiedz zbytecznemu rozmnażaniu się dzikiego zwierza, grożącemu winnicom i okolicznym obywatelom.
Jedna z takich obław miała się odbyć nazajutrz po dniu Zadusznym.
Od piątej rano stary pijak i próżniak Morvondeau, zajmujący w Blangy miejsce dojeżdżacza od niepamiętnych czasów, odgłosem trąby zwiastował dzień ten radosny.
Donośne to nawoływanie w połączeniu z wyciem szczekaniem psów, gryfonów, rasy, sięgającej czasu pradziadów de Blangy, pobudziły nietylko mieszkańców, lecz i gości pałacu.
Czas nie zapowiadał się świetnie; zimno, pochmurno, powietrze wilgotne i mgliste. Co robić? niepodobieństwem się cofnąć. Kasztelan de Blangy zwołał ze znajomych, w okół pięciu mil sąsiadających, pospolite ruszenie.
Ruch ogólny zapanował w zamku i dworskich zabudowaniach, przyjaciele zwoływali się w oczekiwania pożądanej rozrywki. Damy miały też towarzyszyć w powozach, zabawa więc zapowiadała się w całem znaczeniu tego słowa, świetnie.
O dziewiątej, gdy goście zgromadzeni w sali jadalnej, kończyli śniadanie, ukazał się stary Morvondeau i dwóch polowych, zwiastując pocieszające nowiny o wytropienia w wyrębach Auverny gromady dzików.
Oblicza myśliwych rozjaśniły się, doniesienie dojeżdżacza przyjęto entuzjastycznym hurra. Postanowiono nać się drogą de Bligny aż do Chene-creux, zkąd już na umówione stanowisko łatwo dojść choćby spacerem, obliczając na jedenastą polowanie w całej pełni.
Dwa breki miały powieźć gości do Chene-creux.
— Pojedziesz i ty także Tereso? odezwał się Maurycy, spoglądając raczej w stronę nauczycielki, odpowiadające jmu nieznacznym poruszeniem powiek, znaczących tyle co.
— Zobaczymy się!
Przy drzwiach sali jadalnej, Jan Rigaud oczekiwał towarzysza la Ramée.
— A więc? zadecydowano?
— Tak. Jedziesz ze mną?
— Naturalnie.
— Zagrzejemy się, odpowiedział dojeżdżacz.
Jan Rigaud rzucił wzrokiem na wnętrze sali.
Dopijano kawy.
Maurycy de Blangy wstał, a nachyliwszy się po za krzesłem siostry, mówił coś do niej po cichu, utkwiwszy oczy w Angielce, siedzącej naprzeciw.
Miss Ellen Vanbury, uśmiechała się z wdziękiem.
Janowi Rigand ścisnęło się serce; szybko podążył za przyjacielem.
— Pośpieszajmy, rzekł, spóźnimy się.
— Nie ma obawy.
Grytony, pozwiązywane paramı, prowadzono już drogą pod dozorem służącego.
La Ramée Rigaud wsiedli na mały wózek, a przybywszy na miejsce, umieścili go w chacie węglarza.
Miejsce znakomicie obrane.
Pomimo mglistego czasu, rozjaśniającego się potrosze, zdala odkrywał się krajobraz, uwielbiany kiedyś przez Filipa Valencourt, podążającego do swej ubóstwianej kochanki, zmarłej tak tragiczną śmiercią.
Poniżej szereg braków ciągnął się w głąb doliny Bellemare, widniejącej jak kwadrat ogrodu warzywnego.
— Wiesz co starucha, zaczął la Ramée, zwierzęta wyruszą z kniei tam oto. Anglik, ale wychodząc od siebie, przypatrzy się polowaniu.
Anglikiem zwano Adama Szmith nabywca domku pułkownika.
— Szlachetny to człowiek, jak mówią, — odrzekł Jan Rigaud, lecz cóż to za myśl zakopać się tam!
— Każdy ma swój gust, — dodał la Ramée, zbliżając się do psów.
— To mi to psy! Zobaczysz, jak pójdą mój poczciwy Rigaud.
— Dobrze!
— Czem masz nabitą dubeltówkę?
— Kulami, do licha. Czy myślisz, że strzelę do dzika?
— Ostrożnie z prosięciem, jeżeli zawróci w twą stronę.
— Nie chybię! jeżeli będę mógł.
Jan Rigaud, również spokojny i zadowolony, jak inni myśliwi i goście markiza sąsiedzi i leśnicy przybywający brykami, pieszo, drogą lub lasem, aby należeć do obławy.
Kolejno ukazał się i Maurycy do Blangy w długich butach z ostrogami na pięknej kasztance ze szpicrutą w ręko, w garniturze z bronzowego aksamitu; bardzo mu było do twarzy w małym tejże barwy kapelusiku.
— A to ty, Rigaud? Strzelcy są tam rozstawieni wzdłuż ścieżyny króliczej. Ztamtąd dojrzą wzgórze prawie na dwieście metrów. Miejsce dobre?
— Znakomite panie Maurycy.
— Dobrze.
— Jest ich tylko dwie, moja siostra i nauczycielka, inne obawiały się niepogody.
— Pan pozostanie na koniu?
— Tak. Dosyć broni i bez obaw.
— Gdzie pan będzie?
— Ja niedaleko mej siostry... Postaraj się popędzić jakiego młodego dzika w tę stronę. Sprawi im to przyjemność.
— I owszem, odrzekł, śmiejąc się Jan Rigaud, lecz trzeba aby się nawinął. Jak ruszą gdzie indziej, to nie moja w tem wina.
— Naturalnie, próbuj, a będziesz mógł. A ty la Ramée gotów jesteś?
— Czekam rozkazów pana.
— Dobrze.
Maurycy de Blangy spiął konia i znikł w pośród lasu koto Rousse-brune. Jan Rigaud, zamieniwszy jeszcze kilka słów z dojeżdżaczem, rozwiązującym psy zawrócił w dragą stronę, skracając drogę w kierunku jakim się udał młody człowiek, przemykając pod drzewami jak zając.
Czyś kiedy czytelniku był na polowania z psami gończemi w głębi gęstego lasu? Zanim rozpocznie się ono, następuje chwila ogólnej ciszy, że się tak wyrazimy, uroczystej. Strzelcy wstrzymują oddech, podsłuchając najmniejszy szum, sprawiany powiewem wiatru. — Słyszysz tylko szmer zeschłych liści krzewiny lub gałęzi poruszanych przejściem psów.
Na drużynie króliczej ze trzydziestu myśliwych ukrytych za drzewami, lub w głębi rowów z bronią w ręku.
Na przeciw wzgórze, miejscami ogołocone, pokryte krzewinami, jałowcem ciernistym, sosnami, brzozami, lub dębami, pośród których ta i ówdzie przyświeca cypel skały.
Poniżej drożyny na kamieniu wyższym od innych, zwanym w okolicy la Rousse-brune, od ciemnego koloru znajdowały się Teresa de Blangy i jej nauczycielka w towarzystwie Zuzanny.
Markiza i jej mąż pozostali w domu, obojętni na przyjemności swych gości.
W środka drogi między strzelcami i damami, młody pan Maurycy na koniu nie odrywał oczu od pięknej Angielki. Przez kilka minut trwała cisza, przerywana zaledwie przez kilka bażantów, spłoszonych przez uwijającą się w krzakach psiarnię.
Wkrótce posłyszano szczekanie z początku jedno, potem dwa, inna przyłączyły się do pierwszych, i nagle szczekanie i wycie coraz silniejsze oznajmiają chwilą stanowczą.
Polowanie rozpoczęte. Ziemia dadni jak pod natarciem konnicy, dziczyzna pociąga za sobą psów w odwrotną stronę ścieżki, kulejąc gwałtownie, siejąc obawę nieudanej wyprawy.
Następuje odwrót, zbliżanie się gryfonów uwijających się za stadem prosiąt i starych dzików, pędzących przed niemi.
Granie psiarni coraz głośniejsze, gryfony rozżarte, róg starego dojeżdżacza rozbrzmiewa w koło. Chwila najsilniejszych wrażeń.
Dziki, w zwartych masach, z ziejącym ogniem w zaślepienia pędzą z pochyłości jak sarny, staczają się jak kule i wpadają na strzelców. Gromada obsaczona, przymuszona, rzuca się na drożyną króliczą.
Posypał się ogień z ręcznej broni, młody pan Maurycy, porwany widokiem, spina konia, pędząc cwałem na miejsce potyczki, gdzie dwie rude bestje, wywrócone do góry nogami ryją ziemię, lecz pomimo odniesionych ran, zrywają się giną w zaroślach i dogorywają o kilkaset kroków.
Inne przebyły bez przeszkody, pędząc dalej, gnane przez gryfony i ogień!
W tej chwili rozległ się przeraźliwy okrzyk, wzywanie pomocy, wrzask rozpaczliwy.
Teresa de Blangy ze szczytu swej skały, pagórka kamieni, zarosłych mchem, dojrzała galopującą kasztankę swego brata.
Koń zatrzymał się. Panna de Blangy nie zdawała sobie sprawy z tego co zaszło.
W około nie było nikogo. Strzelcy ruszyli za psiarnią i zwierzyną, gdy też od strony Bellemare dały się słyszeć nawoływania, widocznie myśliwi tam podążyli.
— Ten wykrzyk! Miss Ellen, słyszała go pani? zapytała panna de Blangy przeraźliwie blada.
— Nie.
— Tam, odrzekła Teresa, wskazując ręką w kierunku, zkąd koń powracał, wydarzyło się jakieś nieszczęście.
— Zdawało ci się...
— Chodźmy, błagam panią... i ty także Zuzanno. Wszystkie trzy pobiegły w stronę skad doleciał je krzyk jakiś. Po drodze spotkały kilku ludzi, wiedzionych również ciekawością, co się tam stać mogło. Na czele ich szedł kupiec drzewa Cassegrain.
— Chodźcie, rzekła, spostrzegłszy, że są jej znajomi, proszę was.
— Co panience jest? zapytał Cassegrain który pomimo, że nienawidził markiza, nie był nieprzyjacielem panny de Blangy, jednającej sobie serca ogółu.
— Nie wiem... jąkała... przewiduję jakieś nieszczęście, biegnijmy razem, tam...
I o kilka kroków dalej oto co spostrzegli
— Ach! mój Boże! wykrzyknęła padając na ziemię. Maurycy! zawołała rozpaczliwym głosem.
Oczy zranionego roztworzyły się, lecz nic nie odpowiedział. Wyciągnięty na gałęziach, leżał przyszły markiz, z twarzą pokrytą śmiertelną bladością.
Rękami skórczonemi przyciskał pierś.
Teresa odsunęła ma ręce.
Przedziurawiona i zakrwawiona kamizelka koło serca, wyjaśniła co się stało!
— Kula zbłąkana, odrzekł kowal. Co za nieszczęście!
— Zbłąkana! zamruczał Cassegrain spoglądając na nauczycielkę, wyprostowaną, z zaciśniętemi astami, wzrokiem utkwionym w Maurycego, bladą jak marmur.