Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVIII.
Pawilon Djany.

Najsmutniejszym dniem roku, śmiało nazwać możemy dzień drugiego listopada, czyli dzień Zaduszny.
Pamiętną była jesień r. 1888, ciepła i sucha jak najpiękniejsze wieczory letnie; takim też pozostał i do końca miesiąc listopad. Przed kawiarniami i na bulwarach, pełno publiczności.
W Burgundyi, czas również suchy i łagodny, wyjątkowa pogoda na tak spóźnioną porę.
Drugiego więc listopada, a przypadał dzień ten w piątek, o 9 rano, dzwony małego kościołka de Blangy ozwały się żałośnie i monotonnie, jak jęki żyjących za tymi, którzy nas opuścili na zawsze.
W około zamku smutno i poważnie. Dwaj młodzi ludzie wyszli z frontu zamku, stąpając wolno koło siebie, patrzyli na zabudowania gminy.
— Przeklęty dzień — rzekł wicehrabia de Brazzy do swego przyjaciela Maurycego — zły prognostyk. Brr..
— Dla czego? — zapytał młody de Blangy, wzruszając ramionami, zadowolony z siebie, ubrany bardzo starannie, z cygarem w ustach i laseczką w ręku.
— Ech, święto zmarłych i piątek.
— Głupstwo! — odrzekł Maurycy. — Co będziemy robić?
Można było rozmaicie czas zabić. Lecz panowie ci, jako paryżanie, nie lubili świąt. Młody Brazzy chciał za polować w parku na króliki, lecz użycie broni w dzień Zaduszny uważano za niewłaściwe.
Wicehrabia zaproponował przejażdżkę konną.
Maurycy przyjął propozycją ozięble.
— Mam milsze zajęcie — przerwał z zagadkową miną.
— Cóż takiego?
— Ach...
Przyjaciel popatrzył na niego ciekawie, lecz grzecznie, nie nalegając. Dokończyli papierosów spacerując. I znów z kwadrans czasu upłynął.
Wicehrabia nudził się tam więcej, że przyjaciel jego nie zdał się zdania jego podzielać.
Maurycy de Blangy wyglądał bardzo świetnie. Od czasu do czasu tylko odwracał się, to na lewo, to na prawo, czasem do góry, w okna pierwszego lub drugiego piętra szczególniej, jakby coś pragnął odkryć lub zobaczyć.
Wicehrabia de Brazzy, śledząc za przyjacielem, utrzymywał, że coś się nowego święci.
— No, przyznaj się, czego oczekujesz? — zapytał.
Czego oczekiwał? Maleńkiego znaczku, mrugnięcia okiem szybkiego jak błyskawica, znaczącego więcej, niż całe frazesy. Słowem, odpowiedzi na bilecik wręczony nauczycielce w przeddzień.
Wicehrabia spostrzegłszy damy, wychodzące z drugiej strony pałacu, podążył za niemi i razem udali się do kościoła w Blangy, na mszę rozpoczętą.
Należało przejść dobry kilometr, zasłany opadniętemi liśćmi.
Kościół dobrze wybrał dzień tej smutnej uroczystości za zmarłych, gdy natura sama okrywa się żałobą, a zbliżająca się zima dreszczem przejmuje.
Jak tylko znikł pan de Brazzy, okno przed którym stał jak przykuty Maurycy de Blangy, roztwarło się, a w niem w obcisłej czarnej sukni ukazał się przechylony biust kobiety.
Różowe paluszki młodej dziewczyny poruszały z pewnem wzruszeniem otwartym bilecikiem. Zanim jednak nachyliła się do wielbiciela, rzuciła wzrokiem w około zamku, a jakby dostrzegłszy to, czego żądała, odwróciła się szybko do Maurycego, skłaniając głowę z najwdzięczniejszym uśmiechem na jaki tylko zdobyć się mogła.
— Dobrze! niezadługo — rzekła. — O trzeciej, nieprawda? — zapytała, jakby niepewna, czy dobrze pamięta, poczem okno szybko zamknęła, a młody człowiek oddalając się zwolna, zanucił w zapale uniesienia kilkowiersz, nienataralny w tych zblazowanych ustach:

Urągam śmierci, bo walczyć pragnę

Za Boga, honor i mą kochaną.
Podług mej woli, wszystko ja nagnę,

I wobec świata, okrzyknę — wybraną!

Lecz zamiast miecza, miał zwyczajną laseczkę trzcinową, a ramię jego nie zdało się zbyt silnem w potrzebie obrony.
Ale tryumfował i to podnosiło go pod obłoki. Cała ta scena jednak miała świadka, dostrzeżonego przez nauczycielkę, ukrywającego się za drzewami, okalającemi zamek.
Był nim Jan Rigaud.
Podczas minionego tygodnia polowy wiódł życie jak tygrys w klatce, chcący wyrwać kraty pazurami, lub je przegryźć zębami.
Po kilkanaście razy próbował zbliżyć się do angielki, lecz ta najwidoczniej unikała go.
Odżałować nie mógł, że pozwolił umknąć tej kobiecie, będącej na jego łasce, uwięzionej w czterech murach jego domu, bez możności wołania o pomoc z obawy wypędzenia i poniżenia!
Narzekał na swą słabość, upokorzony jak wilk przez gromiącą go kozę.
Gryzł palce ze złości, na [złość], że dał się uwieść zagrożeniem śmiercią. Ot zwyczajne kuglarstwo i nic więcej, myślał. A jednak zmuszała go ona do mimowolnego szacunku.
Jak przedtem tak i po owej wieczornej wizycie, zawsze znalazła wdzięczny uśmiech, przyjazne spojrzenie, lecz wszystko to przesyłała mu zdala i to go nietylko nieuspakajało, lecz jątrzyło jeszcze bardziej.
A więc dla tego drugiego, jego rywala, poświęcała czas swój wolny, rozmawiając z nim całemi godzinami w domu parku, lub na innej przechadzce.
Była to walka dwóch rywali o kobietę, wzbudzającą wściekłą zazdrość, lecz walka nierówna, bo między bogaczem a biednym, panem a służącym.
Walka ta doprowadziła polowego do najwyższego gniewa na młodego panicza, którego zwycięztwo stawało się coraz pewniejsze.
Rigaud, wyraźnie dosłyszał, godzinę trzecią; widział bilecik w ręku Angielki; gest jej, uśmiech, wszystko, kazało się domyślać schadzki.
Stanowczo i krótko zdecydował: albo przeszkodzić schadzce, albo być na niej obecnym.
Tylko wnętrze zamku mogło być wzbronionem, po za nim, miał zupełną swobodę.
Ranek spędził w dreszczach śmiertelnych.
Widział, jak goście markiza wchodzili i wychodzili, jedni do kościoła, drudzy na spacer, pieszo po parku lub konno po okolicy.
Nastąpiło śniadanie, goście rozeszli się znowu.
Polowy krążąc koło zamku, dostrzegł jak Maurycy wyszedł, zawrócił się i znikł w krzakach, ze strony pawilonu Djany.
W kilka chwil powrócił. Rigaud śledząc zkąd wychodził, ujrzał wznoszące się kłęby dymu nad pawilonem.
Co znaczy ten dym? pomyślał polowy.
Chyłkiem podążył w stronę, zkąd się dym wydobywali w kilka minut doszedł do pawilonu Djany.
Był to jeden budynków ostatniego wieka, schronienie mitologiczne, gdzie pradziadowie Blangich, oddawali cześć bogini Venus.
Świątynia ta leżała na stromej wyniosłości, a stóp której, przejrzysta jak lustro lśniła sadzawka, zazieleniona roślinami wodnemi, a po niej szybowały dwa łabędzie, jak dwie żywe gondole. Wierzba płacząca zwieszała swe gałęzie nad wodą; o kilkanaście kroków dalej, wysoka kamienna statua, zdała się zapraszać do wypoczynku.
Jan Rigaud wszedł do wnętrza pawilonu. Dym, służący ma za przewodnika, wydobywał się z ognia rozpalonego, na obszernym kominku, widocznie dla ogrzania schronienia tak mało uczęszczanego.
Miejsce to przedstawiało dziwny obraz. Na popękanej miejscami podłodze, niskie i szerokie jak łóżka, trze nowe kanapy, z wytartemi złoceniami, oczekiwały gości. Na suficie, lepiej zachowanym, niżeli inne pamiątki, nadzy amorkowie baraszkowali w bezwstydnych pozach. Sofa, okryta rozpadłym w szmaty dywanem, zajmowała jedną stronę ściany; lustra porozbijane odbijały światło czterech ścian, z których jedna mieściła schody prowadzące na poddasze, skąd spłoszone ukazaniem się głowy polowego, wyleciało kilka wystraszonych sów.
A więc tu miano się zejść na schadzkę, pomyślał. Co mieli sobie do powiedzenia? Jak mogła młoda dziewczyna przyjąć tak kompromitujące sam na sam. Czyżby już była metresą Maurycego? Jakiż wiec posiadał talizman podbijano tyle serc kobiecych? On, taki brzydki niemiły, szydzący, impertynent i dumny. Ah! był bogatym i w tem właśnie sekret.
Krew zawrzała w żyłach Jana Rigaud. Postanowił być cierpliwym. Niebawem usłyszał stąpania po piasku zbliżającej się pary.
Gdzie się ukryć?
Spojrzał na schody, prowadzące aa zakurzone poddasze, ze szczątkami zgniłych mebli: drzewem spleśniałem zasnutem pajęczyną. Sunął szybko na ostatnie schody, kładąc się na podłodze.
— Nie obawiaj się pani! Wejdź! odezwał się, znany głos Maurycego de Blangy, wprowadzającego z sobą nauczycielkę.
Miss Ellen Vanbury spokojna jak zwykle, przynajmniej powierzchownie, przypatrywała się z ciekawością szczególniejszemu apartamentowi, mówiąc akcentem brytańskim:
— Ah! jak tu dziwacznie. Po co mnie pan tu sprowadza?
— Po co? Aby być samemu z panią, abyś się pani raz dowiedz ale o czem myślę, czego pragnę, co chcę. Siadaj pani, miss Ellen — prosił zakochany, przyciągając z trudnością, trzcinową kanapę przed ogień na kominka.
— Sądzisz pan, że jesteśmy tutaj zupełnie bezpieczni? — zapytała Angielka.
— Niezawodnie. Od pół wieku nikt nie zachodzi do tej ruiny. Pewnym nawet jestem, że matka moja nie wie o jej istnieniu.
— Chociaż pan tak przypuszczasz, nie jestem jednak spokojną, dążmy prosto do celu. Czego pan żądasz odemnie? zapytała młoda dziewczyna, siadając bez ceremonji na kanapie, uchyliwszy keronki od płaszczyka ukazując gołą szyję, lśniącą od białości przy czarnej materyi sukni.
Powiedziała to tonem oschłym, lecz wynagrodziła go spojrzeniom łagodnem i pieszczotliwym.
Polowy dosłyszał słowa nie widząc spojrzenia.
Maurycy usiadł też koło nauczycielki.
— Nie tak blisko, bardzo proszę, nie tak blisko — rzekła usuwając się jak nimfa chroniąca się w wierzby, pragnąca by za nią pogoniono.
Młody człowiek westchnął czule.
— Do rzeczy — nagliła Angielka — pośpieszajmy, proszę.
— A więc do rzeczy, czyż nie wiesz czego pragnę miss Ellen. Jesteś piękną i kocham cię. Co mówię, uwielbiam cię.
— Cóż mnie to i w czem może obchodzić?
— Co panią może obchodzić i w czem odpowiedział Maurycy, z pewnością zwycięzcy. — Oryginalne pytanie, słowo honoru! Co to panią może obchodzić, miss Ellen: Ależ tyczy się to pani w najobszerniejszym tego słowa znaczeniu, chodzi bowiem o jej przyszłość, szczęście, majątek, swobodę, wygody, nakoniec o wszystko.
— Nie widzę...
— Bo te piękne oczy zamykają się mimowolnie...
— Tłomacz się pan jaśniej — przerwała Angielka — nie rozumiem zawiłości. Z tego com dotąd pojąć zdołała, nie znając waszych zwyczaji panowie Francuzi i to Francuzi paryżanie, to sadzę, że mi pan proponujesz bym została jego metresa?
Upajająca była w tej chwili z wyziewającą z jej włosów wonią fijołków, różową cerą z niebieskiemi żyłkami, oczami szafiru, pociągającemi niezwykłym urokiem.
Maurycy popatrzył na nią, zastanawiając się nad odpowiedzią. Metresa! Na pewno mógłby się szczycić każdy najmożniejszy, zdobywszy również piękną i ponętną kobietę, zresztą zachowanie się jej i wejrzenie nie zdradzały oburzenia na podobną propozycyją.
— Owszem nie zaprzeczę, zadecydował zuchwale jeżeli pani chcesz wiedzieć, taki mam zamiar.
— Jak to pan rozumiesz?
— Że nie spotkałem dotąd dziewczyny, godnej pozostać pani garderobianą, że jesteś boskiem stworzeniem, uczynię panią najszczęśliwszą z kobiet, zazdrościć pani będą inne dobrobytu i rozkoszy, jakiemi cię otoczę, w zamian za wszystkie boskie wrażenia, jakie ci zawdzięczę.
— Naprawdę? — zapytała szyderczo.
Prześcigał się w obietnicach i projektach.
Któż im zabroni żyć z sobą wiecznie? Czyż małżeństwo nie jest instytucyją, chylącą się do upadku i przestarzałą? Posiadając majątek, łatwo bez sakramentu obejść się można. Ojciec jego skąpiec i kutwa lecz chętnie roztworzy mu kredyt w swej kasie, jako jedynemu spadkobiercy i istocie przez się kochanej a w dobry czy zły rok, wyrwie mu sto tysięcy franków, pod najrozmaitszemi pretekstami. Odtąd ona jedna pozostanie jego miłością, szczęściem marzeniem, celem życia. Ze stu tysiącami franków zamieszkają w pałacyku; konie, pojazd, służba; złożą przepyszne gniazdko, a ona w niem zostanie ptaszkiem niebieskim. Czyż potrzebuje trwożyć się o przyszłość? Jako uczciwy człowiek zapewni ją, zresztą nie należała do rzędu tych, od których by się można odsunąć.
Mówił z takim zapałem, iż uwierzył, że ją upewnił, gdyż nauczycielka słuchała z uwagą, uprzejmością i zainteresowaniem się nawet, szczególniej gdy trafiającym według siebie do jej przekonania zakończył:
— Ostatecznie, jedyny to sposób ocalenia się od prawdziwej biedy. Nauczycielka! Cóż więcej niepewnego, jak sługa źle ubrana! Bez pieniędzy! Bez nadziei! Za kilka miesięcy nauka siostry skończy się, musi ich opuścić, aby znów poszukać innego miejsca.
Ofiarowywał jej życie niezależne, zbytkowne stosownie do jej talentów i urody. Później, pomyślą poważniej, teraz oboje są młodzi, należy więc użyć najpiękniejszych lat.
— Zgadzasz się pani? — zapytał, ujmując ją za rączki. W tej chwili doleciał uszu młodej dziewczyny niewyraźny hałas z wyższego piętra. Oczy się jej zaiskrzyły, ktoś tam jest, zapewne Rigaud. Zadziwiła się, iż go dotąd nie spostrzegła.
Maurycy, pewny zwycięztwa nie zwrócił na to uwagi:
Tak, to polowy, przechylony nad schodem, blady z gniewu i zazdrości, gotowy wyskoczyć; straszna obawa ścisnęła mu serce, niepewny, strwożony oczekiwał odpowiedzi nauczycielki.
— Nie, odrzekła stanowczo miss Vanbury, Zapanowała cisza, Maurycy de Blangy zmieszany tak nieprzewidzianą odpowiedzią, zachęcony przedtem spojrzeniem i uśmiechem młodej dziewczyny, nie zdawał sobie sprawy z tego co usłyszał. Jakto! odmawiać szczęścia, gardzić majątkiem niwecząc takie świetne warunki, skazując się na życie smutne, i niepewne!
— Zdaje mi się, że to sen, wyszeptał.
— Zadziwia to pana, nieprawdaż? powiedziała Angielka.
— Istotnie... z punktu, któremu pani nie uwierzysz.
— Nie ma w tem nic nienaturalnego.
— Jakto?
— Będę szczera, proszę mnie posłuchać, — rzekła nauczycielka tonem pewnym, czystym lecz pełnym goryczy.
— Kochany panie, jestem pozytywistką i bardzo praktyczną. Nie uwierzysz pan może, ale oto, co panu powiem: tak mnie wychowano. My, biedne dziewczyny, kształcimy się w Londynie w innych warunkach i zasadach, niżeli wasze paryżanki. Większa część z nich byłaby zachwycona pana ofiarami, winszując sobie spotkania człowieka tak zakochanego i bogatego. Zgadzam się, że przedstawia to życie świetne, wesele, zbytkowne, lecz na jakiś czas tylko. Angielka z dobrej rodziny nie przyjmie czegoś podobnego. My żądamy czego innego.
— Czegóż więc?
— Łatwo pan odgadniesz.
— Ożenienia się?
— Tak, jak pan myślisz. Uprzedzam pana, że nie myślę o niem. Gdybyś mi pan oświadczy się, musiałabym się dobrze namyślić. Zresztą jest ktoś inny co mnie pragnie poślubić, lecz muszę panu powiedzieć, że ten ktoś nie zrówna panu, przynajmniej pod względem majątku. Tamten posiada kapitalik ograniczony, sto tysięcy franków.
Nie jest to wiele lecz mając energiję, odwagę, śmiałość, młodość i sto tysięcy franków, zagranicą dochodzi się do zamożności. Pewną jestem. Dużom podróżowała, miałam sposobność przekonać się.
— I myślisz pani przyjąć?
— Zastanawiam się jeszcze.
— Powiedziałaś pani, że będziesz szczerą...
— Jestem nią... Ten człowiek dość mi się podoba...
— Sto tysięcy franków, toż nędza!
— Panu, co posiadasz milijony, wolno tak mówić! Ja, co nie mam nic, myślę inaczej.
— Więc nie zgadzasz się pani na moją propozycyję? — zapytał młody człowiek, przygryzając wargi, zbliżywszy się do miss Vanbury, zdającej się być zupełnie spokojną.
— Na to?
— Na to, co pani ofiarowuje?
— Kochany panie, jest to hańba, wstyd nietylko dwójznacznego położenia, lecz wprost niegodziwego. Przyjmuję pana propozycję za zniewagę największą, jaką tylko można uczynić kobiecie i...
— Nie zgadzasz się?
— Za nic.
— Zastanów się pani?
— Nad czem?
— Pomyśl pani, że w pewnych razach opinija usprawiedliwia, pokrywa złota olśniewa tłumy i przestają badać, co się pod nią znajduje.
— Rozmyśliłam się już.
— Pozostaniesz pani nieugiętą?
— Również dziś jak i jutro.
— Spodziewałem się innego rezultatu dzisiejszej schadzki, — rzekł Maurycy de Blangy, ściskając dłonie. Była pani tak uprzejmą...
— Oh! Ujętą przynajmniej!...
— Złudzenie!
— Nie zdawałaś się obrażoną za pewną swobodę... słuchając z jednostajnym humorem, uśmiechnięta...
— Za cóż miałabym się gniewać? W Anglii nikt nie śmiałby mi zrobić podobnej propozycyi, lesz wasze obyczaje różnią się wielce od naszych.
— Prawda.
Maurycy odwrócił się i zaczął obrywać tapety, opadające z murów.
Młoda dziewczyna również podniosła się, stanęła, niezdecydowana, wahająca się, przysuwając małe nóżki do płomieni kominka
Widocznie tak jak jej adorator został zawiedziony, ona też liczyła na inny rezultat tej schadzki. Jednak należało raz zakończyć.
Po chwili wahania się, otoczyła szyję i włosy zarzutką hiszpańską, spojrzała w jedno z luster zwilgotniałych, szykując się ku wyjściu.
Doszedłszy do progu, spojrzała wzrokiem rozgoryczonym na statuę Djany, doprowadzonej do stanu Wenus i Milo, z odłamkami tkwiącemi w trawie, gdy nagle poczuła konwulsyjne drgania czyjejś dłoni na swem ręku.
— Słowo jeszcze — prosił młody człowiek lecz tym razem głosem zmienionym od wzruszenia.
— Czego pan chcesz? — rzekła, zwracając się.
— Jesteś pani piękną, dochodzę do szaleństwa! — zawołał Maurycy, przyprowadzając ją przed kominek.
— Inni mi to powiedzieli przed panem jeszcze.
— Pragnę, abyś pani była moją.
— Za jaką cenę?
— Za cenę jakiej pani zażądasz.
— Jedną mnie pan tylko ujmiesz.
— Wiem o tem...
— A więc?
— Zgadzam się, kiedy pani tak chcesz.
— Ja niczego nie chcę.
— Zaprzestańmy próżnej gry słów. Chciałem z pani mieć metresę... Chcesz pani zostać mą żoną?
— Czy na seryjo pan to mówisz? — zapytała, poruszając głową.
— Zupełnie seryjo i naprawdę.
— Jak panu wierzyć?
— Zanadto mnie pani źle sądzisz... Idę za prądem czasu. Małżeństwo uważam za bezużyteczne, krępujące swemi węzłami i zobowiązywaniami. Przysięgam pani, że nie potrzebujesz mnie przykuwać kajdanami, bo mi się więcej podobasz, nad wszystkie inne dotąd spotykane kobiety. Nie chciałem pani tego wyznać przez głupią miłość własną. Kocham panią zapamiętale... i daję tego dowód!
— Ojciec mój ubóstwia pieniądze. Podwoiłby majątek, gdyby bez przerwy dalej pracował nad jego powiększeniem, lecz nie trwóż się pani... zrobi wszystko, czego zażądam. Byłabyś pani najnieszczęśliwszą z metres. Będziesz najpiękniejszą z markiz. Jeszcze raz pani pytam... Przystajesz? — rzekł, wyciągając do niej rękę.
Magdalena ze swobodą angielską podała ma swoją.
— Kobieta pyszni się podobną ofiarą. Nie powiem, aby mnie propozycyja pana nie wzruszyła, lecz nie chcę nie zawdzięczać niespodziance. Teraz pan się zastanów.
— Niepotrzebnie.
— Proszę o to bardzo.
— Nie zmienię, com powiedział.
— Dobrze, dam pana odpowiedź...
— Kiedy?
— Jutro... wieczór... w salonie.
— Dobrze.
— Lecz pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Że pan przedtem nic nie powiesz nikomu.
— Nawet mojej matce?
— Nawet matce.
— A Teresie? — Nikomu... Jedno słowo, a wszystko zerwane.
— Cóż to za kaprys?
— Co pana to obchodzi!
— Kiedy pani tak chcesz, zgadzam się. Jednak... jeszcze coś pani wyznam...
— Pan!
— Wie pani, że na myśl tę naprowadziła mnie Teresa, ona panią tak kocha, jakże radą będzie zowiąc ją swa bratową.
— Ach! wykrzyknęła angielka, marszcząc brwi.
— Teresa nie ma słów na pochwały dla pani przymiotów, talentów...
— Siostra pana jest aniołem, odpowiedziała nauczycielka sprzecznym ze słowami tonem, wypowiedzianemi głosem ostrym, jakby gniewliwym, jak się trafia, gdy komuś nienawistnemu zawdzięcza się przysługę.
— Umówione — zakończyła Angielka. Jutro wieczór... zastanowią się.. pomyślę... Zadanie to wstrząsa mnie... byłam tak nieprzygotowaną. Tylko sza! milczenie!
— Kiedy pani żądasz...
— Przed nikim, ani słówka.
— Daję pani na to słowo.
— Rozstańmy się. Nieobecność moja może zwrócić uwagę!
— Lecz się spodziewam!... rzekł Maurycy podnosząc rękę młodej dziewczyny do ust. — Nie bronię panu... Odejdź już, proszę.
Pozostała sama, nieruchoma... Spojrzała za odchodzącym.
Teraz nadstawiła ucha i wyraźnie dosłyszała kroki nad swą głową... Dzika radość odbiła się na jej twarzy, dowiedziała się, czego chciała.
Dochodziła końca alei, gdy Jan Rigaud ukazał się we drzwiach wiodących na schody.
Rysy twarzy polowego były zmienione skutkiem wrażenia, jakiemu uleg,ł chcąc podsłuchać rozmowy Maurycego de Blangy z młodą nauczycielką.
Poprowadziła intrygę z nadzwyczajną zręcznością, a przytem okoliczności sprzyjały nadspodziewanie. Starała się doprowadzić polowego do wściekłości, zmuszając go do usłużenia jej; nie potrzebowała już szukać sposobu, tak jak się stało, nie mogło być lepiej.
Odtąd Maurycy de Blangy stał się jedyną przeszkodą między Janem Rigaud i kobietą, będącą w jego oczach uosobieniem rozkoszy zmysłowych i idealnych, dla jakich byłby zaprzedał swą duszę.
Z jaką przebiegłością wyjawiła Maurycemu, domyślając się obecności polowego, iż zdecydowała się przyjąć jego oświadczenie! Jakże mu pochlebiła i wzruszyła, przekładając polowego nad wielkiego bogacza i magnata.
Usiadł na trzcinowej kanapie, na której dopiero co siedziała jego ubóstwiana, z głową wspartą na ręku, oczami zaszłemi krwią, utkwionemi w węglach ognia, rozważając słowa tak niedawno słyszane. Niestety! coraz więcej zastanawiał się nad nierówną walką służącego i pana, spadkobiercy tylu milijonów.
Nuż ustąpi ostatniemu. Na tę myśl rwał włosy. A więc nie, nie, nie będzie jej miał. Wcześniej czy później, on, polowy, służący, przeszkodzi.
Stał się zbrodniarzem raz jeden i tylko dla niej, już nie tak wiele kosztować go będzie uczynić to samo po raz wtóry.
— Pierwsze początki tylko trudno, powtarzał Rigaud.
Zerwał się z siedzenia, pchnął brutalnie spleśniałą kanapkę, rozsypującą się na podłogę, trzasnął drzwiami i szybko przebiegi park, udając się na wieś. O szóstej, roztwierał drzwi w kawiarni du Commerce.
Przywitano go huraganem okrzyków.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.