Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVII.
Przed burzą.

W chwili, gdy nauczycielka zbliżała się do zamku, i ostrożnie miała wchodzie na wschody któremi wyszła, cofnęła się pod drzewa, spostrzegłszy jakiś cień, zbliżający się w tę samą stronę.
Cień ten był okrytym, tak jak i ona czarnym płaszczykiem na jasnej sukni wyglądającej z pod okrycia.
— Teresa wyszeptała nauczycielka. Zkąd powraca? Co za tajemnica? Teresa upozorowała odejście od stołu niedyspozycyą, a teraz powraca sama z parku.
Podejrzenie schadzki przyszło na myśl Magdalenie, wspomniała jednocześnie brata swego Filipa.
— Wszakże panna de Blangy tak często mówiła o stosunku zawartym w Allevard.
Lecz natychmiast odsunęła to nietrafne przypuszczenie, wiedziała bowiem, że Filip bawił w Jonceray o 20 mil od Blangy.
Jednak zamyślona, nieruchoma, zatrzymała się Magdalena na korytarzu pierwszego piętra.
— „Jeżeli rzeczywiście kochali się?“ Jeżeli Teresa, posiadając wyższe serce, patrzała bezinteresowna na różnicę majątkową jaka ich dzieliła, nie należałoż zastanowić się nad postanowieniem?
Przebaczyć urazę, stałoby się niepodobieństwem; lecz mogła usunąć się, wyjechać za Ocean dla uniknięcia nagabywania do zemsty; przyjąć propozycyję Adama Smitha, kochającego ją do najwyższego stopnia, skoro podążał za nią gdzie się ruszyła, czekając spełnienia szalonego przedsięwzięcia.
Przez chwilę stała na korytarzu o kilka kroków od pokoi panny de Blangy, pragnąc ją zapytać, i zachęcić do wyznania, decydując ostatecznie.
Blizka położenia ręki na złoconej klamce drzwi, nagle cofnęła się.
— Czyż to nie niedorzeczność, robić nawet podobne przypuszczenie?
Filip i Teresa! Trzeba by cudu, aby ich połączyć! Czyż honor brata jej, pozwalał podać rękę dziewczynie, niewinnej bez wątpienia, lecz mającej w żyłach krew złodzieja i mordercy?
— Nie! nie zwróci się z drogi.
Pójdzie prosto do celu, nieugięta jak przeznaczenie.
Oddaliła się od pokoi elewki, weszła na drugie piętro, do siebie, a zamknąwszy drzwi na klucz, usiadła przy świetle lampy, przed stolikiem, odczytując z uwagą papiery wyrwane Janowi Rigaud.
Czytała je z wielkiem wzruszeniem wyrazy miłości, zapewnienia czułości jej ojca, rozjątrzyły, jeszcze żywione urazy. Co do joty, wszystko było prawdą w opowiadania jej matki.
Od chwili przestąpienia progu nieprzyjaciela, codzień odkrywała coś nowego.
Nie zadawała sobie nawet pytania, czy papiery te miałyby jaką wartość przed sądem.
Podług jej sposobu zapatrywania się należało unikać wątpliwych sądów ludzkich!
Proces wywołuje upokorzenia, trudy, starania, poniżenia i tysiączne inne tortury pognębiające pieniaczy, aby ostatecznie uledz wpływowi pieniędzy.
Miała inne projekta i sama postanowiła je wykonać. Aby się utwierdzić w złowrogiem postanowieniu, przeczytywała rękopis matki, jej przebyte cierpienia, nawoływania do nienawiści zaklęcia do zemsty, a położywszy się do łóżka, punkt o północy, przy dźwięku srebrzystym zegara, przymknęła do snu powieki, mówiąc: Wkrótce! jutro może!
Wistocie zbliżała się do celu. Od tej chwili nie zawahała się już. Ani wdzięk Teresy, ani jej anielska słodycz nie wzruszały jej.
W tej książęcej siedzibie, gdzie się skrywało tyle podłych czynów, czuła się odurzoną wonią występków, zatruwających jej życie.
A któżby jednak mógł się domyśleć?
Za czasów nawet starego markiza Blangy nie było świetniejszem, przyjęcia nie tak liczne, nie tak uprzejme, pomimo wpływu dawnego kasztelana, senatora i dworaka. Pan de Blangy Franciszek Valencourt był skąpcem, lecz nie z rzędu tych lichwiarzy, jakim jest Gobseck, kreacja genialna wielkiego Balzaka.
Franciszek Valencourt lubił gromadzić złoto, obliczać codzień zyski, jak czyni kupiec ze swą kasą, nie wydał ani grosza za wiele, regulując budżet z wzorowym porządkiem. Nigdy rozchód nie przewyższał dochodu. Lecz przeznaczał na dom tyle, ile wymagał prawdziwy zbytek, dostatek i dom zamożny w całem znaczeniu tego słowa.
Stół, konie, pojazdy, psiarnia, lokaje, służący, wszystko wzorowo urządzone.
Zresztą i żona jego Ludwika de Chambeyr, nie zniesłaby, by inaczej być miało.
Zanadto była dumną aby się poniżyć i wpaść w niecne i obrzydłe skąpstwo. Dwakroć stotysięcy franków wyrzucane na przyjęcie miljona dolarów, podtrzymywało honor domu. Reszta pozostałości układała się w stosy wewnątrz kasy, tworząc sumy ciągle narastające.
Miljoner ten podobnym był do hodowcy drobiu, używającego wszystkich sposobów naturalnych i sztucznych, dla pomnożenia okazów.
Tak zamek de Blangy, jak i pałac przy ulicy de Lille, zawsze były roztwarte dla przyjaciół i znajomych. W pierwszych dniach listopada, zamek de Blangy przepełniony gośćmi. Od jednego końca do drugiego, wszystkie apartamenty zajęte przez przyjaciół z Paryża, sala stołowa, przy każdym obiedzie, wspaniale zastawiona co najmniej na trzydzieści osób.
Czterdzieści psów przeznaczone do polowania na dziki i sarny, a dozorcy i dojeżdżacze otrzymali rozkaz obtoczenia lasu, aby uświetnić ostatnie dnie przed powrotem do Paryża.
Pan de Blangy skryła swe obawy i niepokój. Teresa od czasu schadzki z Filipem i uczynionego przyrzeczenia zdała się ożywiać wewnętrzną radością i nowem życiem; Markiz nawet, obojętny na przyjemności, zajmujące innych, starał się okazywać zadowolenie z rozjaśnionem i wesołem obliczem, biorąc w zabawie większy niż zwykle udział.
Co zaś do gości, ci pochłonięci wygodami, zastawa stołu w tej pięknej okolicy Burgundyi, obfitującej we wszystko, co dogadza podniebieniu, zapaleni do polowania, zajęci intryżkami miłostkami w zamku, zajmowali się tylko tem, co się tyczyło ich osobistych upodobań.
Pod zasłoną jednak lekkiej i wesołej komedyi skrywał się dramat tajemniczy, a nauczycielka pośród tłumu pań, panów, lokai i służby przechodziła jak niezrozumiała zagadka w swej skromnej ciemnej sukni, szykownej, eleganckiej, stosownie do wieczora, wywołując za każdem ukazaniem się, często dolatujące ją słowa:
— Jakże jest piękną!
Stara hrabina de Sivry, swarliwa, zagniewana na swe 72 lat życia, towarzysząca wnuczce, ckliwej blondynce, chudej i płaskiej, o twarzy pokrytej piegami, pragnąc ją zaręczyć z przyszłym markizem da Blangy, mruczała pod nosem:
— Tak, tak, za piękna na służąca! Prawdziwie markiza de Blangy nieroztropnie postąpiła, przyjmując ją.
Inni byli łaskawsi dla tej cudzoziemki uprzejmej i milutkiej, zawsze na miejscu, artystce pod każdym względem obdarzonej zadziwiającą pamięcią, poświęcającą się dla przyjemności innych, grywała bowiem całemi wieczorami, urozmaicając repertuar polkami walcami i innemi tańcami.
Poczem dauserzy, mężczyźni i kobiety, dobiegali do czarodziejskiego Erarda, obsypując pianistkę tysiącznemi komplementami, na które nauczycielka odpowiadała śmiało, naturalnie, często wesoło, nigdy jednak nie uchybiając najsurowszym konwenansom.
Cały tydzień zamek de Blangy przedstawiał jeden ciąg wieczorów, bali i rozrywek bez liku; najmniejsza plamka nie zaciemniała horyzontu spokojnego, jak nieruchome morze, przed zbliżeniem się złowieszczych chmur wytwarzających grom.
Jeden tylko wypadek przeszły niepostrzeżenie dla innych, oburzył nauczycielkę.
Oto jak się rzecz miała:
Młody pan Maurycy, przyszły markiz de Blangy, na którego wdowa de Sivry zakładała sieci jak i wiele innych matek mających córki na wydaniu, nie zwracał uwagi na panienkę piegowatą, pomimo jej wielkiego posagu. Co innego zaprzątało mu głową.
Od dwóch miesięcy jak miss Ellen Vanbury przybyła do Blangy, mnóstwo projektów wkradło się do łowy, syna pana domu, lecz czas upływał, a cel nie był dopięty, pomimo że całemi siłami starał się o uwieńczenie głównej myśli.
— Dziewczyna ta jest idealnej piękności! Musi być moją! — mówił młodzieniec.
Z początku był to kaprys, fantazyja hulaki zblazowanego, pomimo kwiecia wieku 25 lat życia, potem namiętność rozpalona, zdolna do wszystkich szaleństw, żądza młodego człowieka doprowadzona do ostateczności.
Maurycy postanowił raz zakończyć. Przyzwyczajony do ustępstw wszystkich, nie znając innej woli prócz swej własnej, postanowił zmusić nauczycielkę do zniweczenia jej oporu.
Lecz oddawna wyczerpał wszelkie środki. Ofiary, prośby, modły na nic się nie przydały. Oziębłość Angielki mieszała go, pomimo że była zawsze milutką, grzeczną i uśmiechniętą.
Po widzenia się z Janem Rigaud, młoda dziewczyna stała się łatwiejszą, tkliwszą, grzeczniejszą, zachęcającą nawet.
Słuchała z prawdziwą uprzejmością, gdy się znaleźli, sami, wyraźnych i często zuchwałych oświadczeń młodego człowieka.
Ukradkiem rzucała mu spojrzenia przelotne, zrozumiałe dla tych co je zamieniają.
Gdy zaś był nią zajęty w otoczeniu innych, szeptała znienacka:
— Proszę być ostrożnym!
— Zwracają na nas uwagę.
— Kompromitujesz mnie pan.
Dziewczyna nie unikająca propozycyj śmiałych i nalegających, staje się bezbronną i straconą.
Maurycy de Blangy jako doświadczony w tych rzeczach, podwoił usiłowania.
Jednego wieczoru podczas walca, Magdalena dosłyszała jak mówił do Gastona de Brazey, wskazując na nią wzrokiem:
— Dzika bestyja! wpadnie nareszcie w me sidła.
Serce dumnej dziewczyny zabiło silniej z oburzenia i gniewu, lecz za chwilę odpłaciła uśmiechem tę haniebną impertynencyję.
Podobne ucieranie się nie mogło trwać długo, należało raz zakończyć.
W dzień Wszystkich Świętych, po wieczorze, na którym była grzeczniejszą niż zwykle, nauczycielka wchodząc do swego pokoju, poczuła w swem ręku bilecik, a głos znany jej dobrze szepnął tonem poufałym.
— Weź pani i przeczytaj.
Znalazłszy się u siebie, przeczytała co następuje:
„Zaprzysięgłaś doprowadzić mnie do szaleństwa. Dokonałaś tego, jestem waryjatem. Błagam o jedno widzenie się sam na sam, albo nie ręczę za siebie! Jutro dzień Zaduszek, wszyscy zajęci. Proszę przybyć o trzeciej godzinie do pawilonu Djany, przy stawie Łabędzim. Będę tam przed panią. „Czułe uściśnienia Maurycy“. Uśmiech złowrogi osiadł na ustach młodej dziewczyny.
— Tak pójdę, pomyślała, na twe nieszczęście może.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.