Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.
Pomieszanie szyków.

Towarzystwo u wdowy Lebidois było liczne, zgromadzili się prawie wszyscy zwykli goście. Pitard, garbaty kupiec sukienny, kowal, Cassegrin, wójt gminy, otaczali stół okrągły, radząc o interesach ogółu.
Jan Rigaud skłonił się najpierw tym powagom, a przy podawania ręki posypały się tysiączne wymówki przyjacielskie.
— Zkąd przybywasz?
— Nigdzie cię nie widać.
— Jakże się miewasz od czasu twej przygody, mój stary druhu Rigaud?
— Coś tak osowiał!
Wirginija zbliżyła się też do polowego, który nic nie odpowiadając, wzruszał ramionami, uśmiechając się, lecz jak zauważył Pitard, że się bardzo zmienił, pożółkł i postarzał. Córka gospodyni kawiarni poprowadziła polowego do trójkątnego stolika, a mama Lebidois zasypała innemi pytaniami.
— Janie, co się z tobą dzieje, wiekiśmy się nie widzieli. Co ci jest?
— Mnie, nic.
— Bądź otwartym, wiesz co mówią?
— Słowo daje, że nie.
— Ze jesteś zakochanym?
— Bah!
— I to do szaleństwa.
— A w kimże? zapytał marszcząc brwi.
— Eh! w tej pięknej Angielce.
— Kto o tem mówi?
— Kto? wszyscy... Pitard...
— Gdybym był pewien, zgniótłbym go jak ślimaka, odrzekł żniżając głos.
— Cassegrin także, dodała Wirginija.
— Głupi!
— Kowal...
— Idjota!
— Więc to nieprawda, nie!
— Głupstwa i nic więcej.
— Czem panu służyć? zapytała Wirginija odetchnąwszy swobodnie.
— Nie wiem.
— Może absyntu?
— Niech Bóg broni... Co innego może.
— Na co pan ma apetyt?
— Pół filiżanki kawy.
— Pan już po obiedzie?
— Nie chce mi się jeść.
— Jakto być może?
— Sam nie wiem czemu.
W tejże chwili wszedł drugi dozorca, rosły chłopak, dobrze wyglądający, czerstwy i zdrów, prawdziwa twarz burgundzka.
— Jak się mamy Anzelmie, — odezwał się Cassegrain zapraszając, by usiadł przy nim. Ho! a toż cała straż markiza umówiła się na dziś wieczór; a nachyliwszy się do ucha przybyłego, szepnął:
— Czemuż to nic nie je twój kolega? — rzekł, wskazując na Jana Rigaud.
— Alboż ja wiem?
— Przyznał się Wirginii?
— Może to ów dzień pamiętny pozbawił go apetytu, wtrącił grzechotka Pitard.
— Jaki dzień? — zapytała machinalnie wdowa Lebidois.
— Dzień Zaduszny, przypomniał sobie zmarłych! — odezwał się handlujący drzewem.
— Dlaczego to?
— Rozumie się... od czasu jak utopił paryżanina w stawie Neuf, to i jeść nie chce. Kiepsko wygląda, klnę się na bogów!
— Nie lubię jak mi wspominacie o tem, zamruczał polowy, tupiąc nogą. Zrobiłbyś mi przyjemność Cassegrain’ie nie gadając o tem.
— Cóż to za przykrość! mój poczciwy Rigaud.
— Nie można i słowa powiedzieć, bo zaraz obraza, — zauważył Pitard! W Blangy już nie tak wesoło!
— Plugastwo! — odpowiedział polowy, czepiając się stołu skurczonemi palcami, oczy, przysłonięte gęstemi brwiami groźnie spoglądały; lecz wkrótce zaśmiał się jak przy wejściu.
— Zresztą mówcie, skoro chcecie. Widocznie nie miał wielu przyjaciół, gdy go nikt nie żałował, mnie obchodził tylko tyle, co Adami z Ewą, Chciałem poświęcić własną skórę za niego... nie udało się, tem gorzej. Moja kawa, Wirginijo!
— Grzeje się, panie Rigaud.
Towarzystwo, przez chwilę rozerwane, rozpoczęło znów pogawędkę, i grę w karty lub domino, przerwane wejściem Jana Rigaud.
W gruncie polowy był dosyć lubianym. Obowiązek swój spełniał sumiennie, nie wyrządzając nikomu krzywdy.
— Podobno jutro wielkie polowanie w zamku? zaczął Cassagrain, wygrawszy partyję.
— Anzelm może cię objaśnić. Objeżdżał dziś las z naganiaczami...
— Prawda.
— W której stronie? — zapytał Pitard.
— W zaroślach d’Auverny.
— Musi w nich być dosyć dzików, — odezwał się kowal, zapalony tępiciel zwierzyny.
— O tak...rzekł Anzelm, uderzając go po ramieniu. Gdybyśto ich miał w swej solówce, wystarczyły by ci na pewien czas.
— Mniej więcej?
— La Ramée wie o dwóch stadach rudych bestyi i tuzinie prosiąt wypasionych jak stare. Są także dwie maciory i to olbrzymie. Ostrożnie z uderzeniem w ryja! Puszczą całą psiarnię. To ciekawe, jeżeli wszystko pójdzie po myśli. Spróbujemy popędzić je na strzelców. Warto zobaczyć. Ja myślę, że się zwrócą na płaszczyznę Bellemare, aby się dostać do Mergeis. Puścić psiarnię w nieładzie, to znaczy popędzić w las, nie naganiając zwierza bez tropu.
— To gratka dla gościa z domu pułkownika! — zauważył garbaty. Temu oddać trzeba pierwszeństwo. Czy wiedzą, kto to jest?
— Pewno, że wiedzą — odezwał się Cassegrain. Reperuje chałupinę od fundamentów. Czas już było, waliła się. Musi być bogatym.
— Z jakiego kraju przybywa?
— Cudzoziemiec, Anglik.
— Dziwny to umysł zagrzebać się w takiej dziurze.
— Dziury! — odezwał się kowal.
— Często do nas zachodzi, wtrąciła Wirginija. To prawdziwy pan, nie oblicza się z kieszenia.
— I z językiem także, — dodała wdowa.
— Co wam opowiada? — zapytał Rigaud.
— Zapytuje się o państwa z zamku, panienkę, tak sobie dla przepędzenia czasu i o innych, także o nauczycielkę.
— Ta dopiero urocza dziewczyna, przerwał Cassegrain.
— Tak myślisz! — rzekł Anzelm, towarzysz Jana Rigaud, grający w domino z kupcem drzewa.
— Naturalnie!
— Są inni twego zdania.
— Któż taki?
— Nie jeden.
— Domino! — zawołał Cassegrain. Z kim mówisz, Anzelmie?
— Wiesz o tem tak dobrze jak i ja.
— Doprawdy, że nie.
— Nasz dobry pan, uwija się koło niej jak może... Lecz tym razem dobrze zaczerpnie funduszu papy.
— Jakto?
— Bernard, pana Maurycego służący utrzymuje, że wszystkoby dla niej poświęcił.
— Robił już to samo i dla innych, nie wartych jej.
— Nie tak głośno... Rigaud słucha.
— Wtedy pan Maurycy dopiął celu?
— Zupełnie lecz obecna nauczycielka nie tak łatwa jak tamta... Tak się nie stanie.
— Przedostatnia?... — dodał Cassegrain przypominając sobie.
— Pamiętasz... bladocha, biała jak wosk. Umarła niewiadomo z czego... ze zmartwienia!
— Z jego pewno przyczyny?
— Właśnie.
— Do dyjabla!
Wirginija nalewając nareszcie żądaną kawę, — odezwała się z pewną dumą.
— O tak, to panienka teraźniejsza Angielka... ślicznie ułożona trzeba to przyznać, lecz ta nie tak łatwo da się pokonać... ręczę za nią i dobrze zrobi. Ja już dopatrzyłam i jeżeli potwór uprze się, musi zaryzykować!...
Wirginija dowodziła tak głośno, że połowa gości wdowy Lebidois odwróciła się.
— Jakto zaryzykować? krzyknął Pitard.
— Ożenić się, lub nie nie otrzyma!.. Zobaczycie.
Matka nakazała milczenie córce, i rozmowa przeszła na zwykły tor.
Jan Rigaud zbliżył się do kantoru.
— Wirginijo, czy nie kłamiesz?
— Słowo daje, że nie.
— Pan Maurycy mówił z tobą o tej dziewczynie?
— O jakiej?
— O Angielce.
— Kilkanaście razy.
— Co mówił?
— Że za nią szaleje. Marzy tylko o niej. Wiesz co ci powiem Rigaud?
— Co takiego?
— On się z nią ożeni, jeżeli jej inaczej nie zdobędzie.
— Pewnaś tego?
— Zupełnie.
Jan Rigaud zacisnął konwalsyjnie usta.
— Może racyja, pani Lebidois. Lecz czy to się zakończy tak bez przeszkód?...
Zdanie to zwróciło uwagę wdowy Lebidois.
– Pewnym jestem mówił dalej polowy, że na małżeństwo z panną niebogatą, wnoszącą tylko swą osobę i nic więcej nie tak chętnie zgodzą się rodzice.
Wdowa dotknęła ręki polowego mówiąc aby nie być od nikogo słyszaną.
— Zazdrosnym jesteś, mój ty biedny Rigaud, — przyznaj się.
— Ja?
— Tak, jak o inne, o córkę winiarza i przeszłą nauczycielkę. Wjechała ci w głowę.
— Miss Evelina? — zapytał obojętnie.
— Tak.
— Gdybym nawet o niej myślał, moja dobra pani Lebidois, do czegóżby mnie to doprowadziło, — odrzekł, wzruszając ramionami.
— I ja sobie zadaję to samo pytanie.
— Takie panny pogardzają naszym stanem mówił polowy, przypominając sobie słowa nauczycielki w pawilonie Djany. Ona nim nie pogardzała, o wszem wygrana po jego stronie, lecz nieszczęście Maurycy stawał na przeszkodzie.
— Doprawdy, ciągnął dalej żywo, nie rozumiem co za szaleństwo posądzać mnie o podobne myśli, przecież ich nikomu nie wypowiadam. Wielki to nierozsądek patrzeć wyżej siebie. Już mnie męczą te ludzkie języki. Ożeniłbym się gdybym miał odpowiednie utrzymanie i należy mi o tem nawet pomyśleć, już pora przestać żyć jak wilk.
— Doskonale, winszuję, Rigaud.
— Gdyby ktoś chciał być rozsądniejszym i wstrzymać się... zobaczonoby. Spojrzał właśnie na powracającą z tacą zastawioną kieliszkami piołunówki, Wirginiję.
Matka podchwyciła to spojrzenie:
— Ona właśnie, to tylko dla ciebie. Śliczna para: Tyś brunet, ona blondynka...
— I ja tak myślę.
— Jedynaczka. z zasobem grosza bez długu.
— Za bogata dla mnie.
— No, dalej! bez obawy. Pola w dobrym stanie... kawiarnia idzie dobrze.
— Gdyby, tak się dało urządzić... westchnął Rigaud, pozostałbym na miejscu. Pani byś się zajmowała interesami, jak teraz.
— Kiedy zechcesz, pogadamy...
— Cicho! Nie przy ludziach... Za dni kilka, zajdę wieczorem... koło 10-ej gdy już nikogo nie będzie. Nie ma nic pilnego!
Wdowa spojrzała z zadowoleniem, W kwadrans potem kawiarnia opustoszała.
Pora obiadowa, każdy podążał w swoją stronę. Pozostali tylko Pitard, Anzelm i Cassegrain.
— Do jutra — żegnał Jan Rigaud, podając rękę. Jak wam czas pozwoli, podążajcie w stronę Auverny. Obława obiecuje... zawsze czas się nieźle spędzi. Dobrej nocy, przyjaciele.
— Dobrej nocy, Rigaud.
— Cóż on się tak dziś rozgadał, on, od którego trudno wydobyć słowa? — zauważył kupiec drzewa.
— Bo — odpowiedział Anzelm — zwaryjowany na Angielce, jak niegdyś na swej narzeczonej i tej przyszłej zmarłej nanczycielce. Wścieka się, bo pan Maurycy ugania się za miss Eveliną.
Anzelm zaśmiał się na całe gardło, spoglądając na Pitard’a, Cassegrain’a i wdowę Lebidois.
— Nie masz racyi, tak go posądzać, — przerwała wdowa, gdyż w tej chwili mówił mi o ożenieniu się.
— Żartuje pani!
— Wcale nie.
— Bah! z kimże?
— Jesteście mymi przyjaciółmi... mogę wam więc powiedzieć... z Wirginiją.
— Patrzcie no go, patrzcie no! To także myśl. Winszuję pani Lebidois.
— Ho! ho! małżeństwo z Wirginiją — szydził Anzelm, wychodząc z Pitardem i Cassegrain’em. Wiecie, jak się nazywa taka przebiegłość Rigaud’a, papo Cassegrain!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.