Nienawiść i miłość/Część druga/XXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Znasz czytelniku wielkie wiejskie chaty, gdzie, zdala od zgiełku i namiętności miast, człowiek prowadzi życie spokojne i pracowite, przerywane niekiedy wypadkami: ślubu, narodzin lub śmieci? Ludzie w nich żyją jak zegary, których wagi, naciągnięte co rano, zdążają ku schyłkowi dnia, zniżając się do kresu.
Spędziwszy tam dni kilkanaście, powróć choćby w lat 20, a poznasz każdego, tak i twarze ich mało się zmieniają.
W Jonceray wszystko szło właściwym trybem.
Nazajutrz po rozmowie Jana Rigaud z nauczycielką, ziszczającą jego nadzieje, koło 10 z rana, stara Marion, nakrywała do stołu w dużej sali, koło kuchni.
Sala ta nie wyglądała zbytkowniej od pokoju służących, lecz podłoga świeżo zaprawiona, sprzęty miejskie zastawione fajansami, krzesła z drzewa wiśniowego i stół okrągły, świeciły się od czystości.
W głębi, pomiędzy oknami, duża szafa, założona bielizną, roztaczała woń świeżej lawendy.
Jakim był dom Wincentego Arbaud przed 20 laty, takim pozostał pod despotycznemi rządamı Bouraille’a. Dawne służące pozostały na swych stanowiskach.
Marion rządziła domem; nakrywszy w tej chwili na jedną osobę, zajrzała do pieca, zastawionego półmiskami na śniadanie.
Marion podstarzała, zgarbiona i niezadowolona, troszczyła się o dzieci, nieobecną Magdalenę i Filipa, bawiącego w Pougny, smutnego i skrzywionego jak środa na piątek. Powodu nie wyjawiła nikomu.
Marion wyszedłszy za drzwi dla zwiedzenia podwórza, spotkała się z wysokim starcem, chudym, żółtym, opalonym, w kapeluszu spłowiałym na potarganych włosach i torbą skórzaną na plecach.
— To ty, Calorgne’ie? zapytała Marion, znajomego nam pasterza.
— Przecież nie mój duch..
— Czego chcesz...
— Śniadania, odpowiedział, wydobywając z torby naczynie blaszane z pokrywką.
— Nie powrócisz na południe?
— Nie... dni są coraz krótsze... Trzeba korzystać ze słońca...
— Masz słuszność.
— A co mi dacie? zapytał węsząc zapach smacznych potraw stojących na piecu.
— Kawałek słoniny.
— O mam jej już dosyć. Dziękuję.
— Może chcesz fasoli?
— Dziękuję.
— Sałaty?
— Dla śmiechu chyba mówisz to, moja dobra Marion, rzekł pasterz z gestem pogardy. Wiesz, że nie jestem roślinożernym.
Marion poszła do śpiżarni, ukrajała dwa kawały z uda baraniny, a oddając je pasterzowi, zapytała:
— A zjesz to?
— O to, to smaczny kąsek. I owszem. Przecież to zgroza objadać tak tych biednych wychowańców.
— Niby cię to obchodzi, że to kosztuje, stary krokodylu, mruczała służąca.
Calorgne zapakowawszy kawałki baraniny w blaszane pudełko, dołożył pół bochenka chleba do torby szykował się do wyjścia, gdy w tem zatrzymał się na progu, jakby coś sobie przypominał.
— A to nakrycie dla kogo? zapytał, zobaczywszy przez drzwi od sali, roztwarte na oścież.
— Dla kogo? dla naszego biednego młodego pana.
— Sam jeść będzie?
— Zapewne, chyba, że ciebie poprosi Calorgne’u.
— Nie byłbym gorszym od innego towarzysza. Zresztą wyświadczyłem mu dziś małą przysługę.
— Ty?
— Tak. Zabił ładną kuropatewkę, o jakiej nawet nie myślał.
— Gdzież to?
— Wałęsałem się po polu Benoît. Pies stanął... nie zwrócił uwagi. Wiesz czem się zajmował? Czytał list jakiś, Musiałem mu powiedzieć: „Niechaj panicz strzela!“ I nie spudłował... Gdybym nie ja, żyłoby jeszcze biedactwo... Pan Filip czegoś taki smutny, moja dobra Marion.
— Niestety!
— A o siostrze jego, naszej dobrej pannie Magdalenie, nic nie słychać?
— Niestety dodała Marion, załamując ręce, odwróciwszy się, aby ukryć wzruszenie.
— Nie ma żadnych wiadomości?
— Żadnych.
— To dziwne, doprawdy dziwne, rzekł pasterz, potrząsając głową. Czy pamiętasz Marion, ów dzień wesela, młodej pani, matki panny Magdaleny, przepowiedziałem nieszczęście.
— Ah! ty przebrzydły czarowniku!
— Nie jestem czarownikiem, Marion tak samo jak i ty... głupstwo, czary tam jakieś, lecz mam węch, rzekł dotykając końca trędowatego nosa.
— Tak, tak, rozumie się odpowiedziała służąca, aby się go pozbyć; no idź już, idź... do swych zajęć.
— Powiedz Marion, nie masz tam gdzie resztki wina choćby na dwie butelki? a wydobywszy flaszę z dyni uderzył w nią ręką, ukazując, że jest pusta.
W moim wieku woda nie jest zdrową, a winnice w Jonceray dostarczają wina dosyć rocznie.
Służąca poszła do kuchni, dając mu znak, by szedł za nią.
— Jak cię psuję, dodała, odkorkowując pełną butelkę. Ta, była na śniadanie dla pana Filipa.
— Musi być najlepsze!
— Naturalnie. Biedny chłopiec ma tylko tę przyjemność, że mu się dogadza ile można.
Zawartość butelki znikła w flaszy Marcina Calorgne’a.
— Dziękuję ci moja kochana. Z takim zapasem dzień spędzi się wesoło. A ojczulek Bouraille? nigdy go nie widać.
— Bardzo rzadko przynajmniej.
— Zadziwiające, on co każdego ranka przyłaził w nasze strony.
— Wyjechał.
— Bach! on, co tak lubi w domu siedzieć.
— Tak.
— Odkąd?
— Od tygodnia, za interesami.
— Za interesami, czyż je ma jakie?
— Idź, do swych owiec, Calorgne’ie. Tracimy czas nad niczem... Czyż ja wiem jakie interesa może mieć pan Bouraille?
— Hm! hm! chrząknął Calorgne podejrzliwie, dom w Jonceray więcej go obchodzi niż jego własny. Zobaczymy coś nowego... Tak jak jest nie pozostanie... Coś czuć w powietrzu Marion!
— Daj mi święty pokój.
— Tak, zobaczymy i to nie długo!... wtrącił Calorgne, ściągając swe obwisłe wargi... Coś się kluje!...
— No, dobrze, dobrze!
— Do widzenia Marion, nie gniewaj się, moja dobra! Jak się chmury gromadzą, muszą powietrze rozsadzić.
— Co za gaduła!
— Dziękuję ci, Marion. Młody pan czyta listy cały dzień... pisarz objeżdża drogi... To nie po naszemu!
— Przestaniesz raz przecie?
— Już idę. Jednak dobrze człowiekowi mając taką dobrą gospodynię jak ty, Marion, takich panów jak nasi!
— O! co do panów, Calorgne’ie, to ci nie zaprzeczę. To mało takich na świecie! Do widzenia, do wieczora.
— Do wieczora. Marion!
Odszedł pasterz kulejąc, odwiązał psa, otworzył drzwi owczarni, wygnał owieczki, a uderzając kijem po torbie przeszedł podwórze z dwustu owcami, pchającemi się za nim. Popędziwszy swe stado na ugór, usiadł na kamieniu.
Znów jakieś nowe matactwo pomyślał.
W tejże właśnie chwili nadszedł pisarz, z rozjaśnionem obliczem.
— Dobry dzień, panu Bouraille’owi, rzekł pasterz, pokłoniwszy się.
— Dzień dobry, Calorgne’ie.
— Pan wraca z podróży, jak mówią?
— Tak, dziś rano.
— Jak się panu droga powiodła?
— Nie zupełnie dobrze.
— Lecz i nie źle, jeżeli można sądzić z dobrej miny. Pan do nas na śniadanie?
— Tak. Pan Filip jest tam?
— O i nawet zabił dziś ładną kuropatewkę.
— Tem lepiej.
— Niechaj pan popatrzy na nasze owce! W całym departamencie nie ma piękniejszego stada.
— Prawda. Do widzenia, Calorgne’ie.
— Dobry człeczyna, w wyśmienitym humorze, pomyślał Calorgne, patrząc za oddalającym się.
Wkrótce pisarz stanął w Jonceray.
Stara Marion spostrzegłszy go, wydała okrzyk radości.
— Ach! nareszcie, przybywa... Tęschniliśmy za panem. Nasz młody pan uraduje się.
— Ja także rad jestem z powrotu, Marion. Wielka to przyjemność powrócić do swego kąta i przyjaciół. Co tam pitrasicie?
— Co pan chce. Jest potrawka z baraninki z fasolką.
— Doskonale.
— I kaczka pieczona!
— I owszem, kaczka z dobrą butelką... tylko prędko! Siarczyściem głodny, zgłodniały jak wilk. Pośpiesz się Marion.
— Moniko! — zawołała stara.
Monika, wiążąca warzywo w ogrodzie, przybiegła czemprędzej i pośpiesznie zajęła się przygotowaniem śniadania.
Monika była to dziewka do pomocy w gospodarstwie.
Pisarz tymczasem obszedł wokoło zabudowania w Joncaray. W cieniu drzewa orzechowego spoczywał jego pupil, rozłożony na trawie, z listem w ręku, przy nim wyżeł i fuzyja.
Pisarz zbliżył się znienacka, aby go przestraszyć, lecz lekkie poruszenie zwróciło uwagę młodego człowieka. Złożył list i szybko wsunął go do kieszeni.
Bouraille, zajęty swemi myślami, nie dostrzegł tego ruchu.
Uściskał z ojcowską serdecznością swego wychowańca.
— Chodźmy na śniadanie! — rzekł pisarz.
Nie wspomniał Filipowi ani o podróży, ani o tem, co zrobił. Bouraille dotrzymał słowa.
Powracał z Hiszpanii, gdzie wywiadywał się z przezornością i ostrożnością, o czem pragnął zasięgnąć wiadomości. Zwiedził miejscowość, w której Filip Valencourt brał ślub.
Niektórzy starsi ludzie przypominali sobie tę historyją, a przy tem otrzymano wiadomości o zakrystyjanie. Oprócz tego jeden z jego kolegów, pisarz z dużej wsi, dość inteligentny i uczciwy, przyobiecał mu więcej szczegółów z tej tajemniczej ceremonii. Należało więc być cierpliwym, zaczekać kilka tygodni, miesięcy może.
Bouraille kochał swych wychowańców, pragnął więc zadowolnić ich platonicznie, aby przytłumić oburzenie dzikiej duszy Magdaleny i złagodzić smutek Filipa.
Śniadanie przeszło wesoło.
Przy końcu nadeszli przyjaciele, poborca idący na polowanie, proboszcz pragnący zwiedzić winnice.
Po śniadaniu Bouraille chciał odejść, lecz Filip wziął go na stronę, mówiąc:
— Potrzebuję wyjechać. Powrócę jutro wieczorem, zapewne dość późno.
— Gdzie jedziesz? — zapytał pisarz zdumiony.
— Do przyjaciela... w okolice Citeaux, odrzekł młody człowiek, czerwieniąc się.
— Nigdyś mi nie mówił o tej znajomości.
— Poznałem się w Allevard.
— Czem pojedziesz?
— Konno, na Anetce. To podróż najwłaściwsza.
— Zapewne... dla młodego człowieka.
Anetka była to młoda klacz, chuda i nerwowa, o karku cienkim i długim, jedno z tych niezmordowanych zwierząt, zawsze dobrej miny, nie pozostawiające nigdy jeźdźca w kłopocie?
— Kiedy jedziesz? — zapytał Bouraille.
— Zaraz.
— Dobrze... Jak się nazywa twój przyjaciel?
— Prosper Gendrot, — z trudnością wybąkał Filip, brzydząc się kłamstwem.
— Rolnik?
— Nie, uczeń medycyny, jak ja. Rodzice jego mają swą własność.
— Citeaux, bogata okolica! Koń twój gotów?
— Gotów.
— Szczęśliwej podróży.
— Dziękuję.
— O dom bądź spokojnym, wszystko dobrze idzie. Jeżeli cię twój towarzysz odwiedzi, nie zawstydzisz się, znajdzie się również wygodnie jak u siebie.
Uściskali się i rozeszli każdy w swoją stronę. Bouraille powrócił do Pougny; potrzebował uporządkować papiery. Przybywszy do pierwszych domków miasteczka, usłyszał za sobą tentent konia. To jego pupil doganiał go na Anetce.
Pięknie wyglądał w swych długich butach, wolnej kurtce, krawacie niedbale zawiązanym, miękkim kapelusza na czarnych jak kruk włosach z czarnemi wąsikami i przenikliwemi, lubo łagodnemi oczami.
Poczciwy człowieczyna, dumny ze swego pupila, przestał mu ukłon.
— Piękny chłopiec wyszeptał Bouraille, prowadząc za nim wzrokiem.
Mała klacz przeszła miasteczko umiarkowanym krokiem, skręciła na lewo, ruszając żwawo najkrótszą drogą do Citeau’a.