Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIII.
Flirt.

Był to głos Maurycego de Blangy, nucącego wyjątek habanery z Carmen: „Miłość to cygańskie dziecię!“ Puściwszy kłęb dymu, nucił dalej udając obojętnego na to, co się wkoło działo.
Zbliżając się do nauczycielki, stojącej na środku alei, rzucił w trawę cygaro, sprawiając efekt świętojańskiego robaczka.
— Pani sama? — zapytał.
— Jak pan widzi.
— Dla czego pani nie pozostała z nami w salonie.
— Czułam się zmęczoną.
— Daj pani pokój! Wolno mi powiedzieć prawdę, miss Ellen?
— Jak się panu podoba.
— Wyszła pani, bo mnie unikasz!
— Tak pan sądzi?
— Nie zwiedziesz mnie pani swemi manewrami, które mnie martwią, słowo honoru! Uciekasz pani przedemną!
— Bah!
— Ile tylko możesz!
— Ależ...
— Pewien jestem. A pytam dla czego? Bo znajduję panią piękną mówił dalej ożywiając się nagle — i że pani to mówię, czyż to występek?
— Zapewne, że nie występek, lecz niewłaściwość, niedelikatność przynajmniej.
— Daj pani pokój! nie przyjmuję podobnych zarzutów. Niewłaściwość. Niedelikatność! Mówisz pani, jak ci się podoba! Kto nie chce usłyszeć wyznania, nie powinien być takim, jaką pani jesteś!... Nie powinno się być pociągającą, uroczą, obałamucającą najdzielniejsze głowy; nie wchodzi się w dom, jako nauczycielka siostry dla rozniecenia ognia w żyłach brata... Oto, śmiałość, niedelikatność, niewłaściwość!
— Błagam, proszę mówić ciszej, mogą pana podsłuchać.
— Podsłuchać! Kto taki? Króliki w parku? Sarny, błądzące po trawnikach jak straszydła. Nie wątpię o ich dyskrecyi. Musimy się rozmówić. Pora nadeszła. Od pierwszych dni mówię to pani, a udajesz, jakbyś mnie nie słyszała! Niepodobna mi dłużej tak żyć, miss Ellen!
Nauczycielka zmieniła drogę i zamiast zawrócić do zamku skierowała do dopiero co opuszczonej ławeczki.
Jan Rigaud, przyparty do pnia drzewa, wstrzymał oddech, aby nie stracić ani jednej sylaby, o czem mówiła młoda para.
Maurycy de Blangy mówił tonem wpół seryjo, wpół żartobliwie, jak to czynią ludzie światowi, skrywając niekiedy najgwałtowniejsze uniesienia namiętności.
— Słucham pana — odezwała się młoda dziewczyna — ale proszę zwrócić uwagę, o ile jest szlachetnem ze strony pana, odzywać się do mnie w ten sposób.
— Prawdziwie, chciałbym wiedzieć — rzekł gwałtownie uderzając w ziemię obcasem — czy jest szlachetniej ze strony kobiety, jak pani, pięknej do zawrotu głowy, a czyniącej sobie zabawkę zmiażdżenia serc swemi stopami, rozdzierającej je różowemi paznogietkami, kolącej na wszystkie możebne strony, nie raczącej zastanowić się, że się je naraża na cierpienia; czy człowieka jak ja, który pani mówi w formie najwyższego szacunku, miss Ellen, jesteś zachwycająco piękną, uroczą, kocham cię na zabój! Czyż nie postarasz się aby mnie uleczyć z tego szaleństwa?
— Eh! cóż bym mogła zaradzić!
— Jakto, cobyś pani mogła! Wszystko, miss Ellen, wszystko! Wszakże pani nie dziecko, aby nie wiedzieć. Co byś pani mogła, miły Boże! roztworzyć drzwi raju, upoić najwyższą rozkoszą, nieść w niebo miłości i szczęścia, bez których życie ze swemi zamkami, parkami, pałacami, willami i milijonami, jest nędzą i oszukaństwem...
— Wytłómacz się pan jaśniej, baz frazesów rzekła Angielka, jakby oblewając kubłem zimnej wody tę tyradę z komedyi — czego pan żądasz?
Młody człowiek, bywalec wszystkich teatrów, salonów przedmieścia i innych miejsc; posiadał pewność nie łatwą do zbicia z terminu, nie mieszając się też odpowiedział:
— Udajesz pani złośliwą, lecz kiedy chcesz, powiem bez ogródki: kocham cię, miss Ellen!
— Czego pan żądasz za tę miłość?
— Abyś mnie pani zrozumiała i innego dnia, kiedy będziesz mniej srogą, niż zdajesz się być dzisiejszego wieczoru, opanowała ogień, podług wyrażenia moich pradziadów, których portrety ozdabiają ściany starożytnych salonów de Blangy?
— Za jaką cenę? zapytała, marszcząc brwi.
— Za cenę, jaką będziesz chciała. Czyż nie jasno?
Dotąd rozmowa była prowadzoną na stopie kokieteryi, z pewną wyższością młodej dziewczyny i żartami młodego człowieka, lecz teraz nauczycielka odezwała się poważnie:
— Nie wiem, co pana upoważnia do podobnie ubliżającego traktowania uczciwej dziewczyny, potrzebującej pracować na kawałek chleba, zmuszonej słuchać pana, aby się nie narazić na wydalenie, na którem cierpiałby jej honor i interesa. Nie biorę panu za złe. Wielu innych postąpiłoby jak pan. Lecz myli się pan, jeżeli sądzisz, że wskórasz cokolwiek odemnie... Nie chcę zakłócać pana spokoju, i proszę pozostawić mi mój... Za wiele kobiet pysznić się będzie z pana hołdów, żebyś ich potrzebował szukać w swym własnym domu. Zaprzestań pan tej okrutnej i upokarzającej zabawki i wiedz, że ani jedno słowo, któreś dopiero co wymówił, nie utkwiło mi w pamięci.
Głos jej drżał i smutna powróciła do zamku.
Maurycy, bardziej wzruszony, niż chciał to okazać, podążył za nią, wołając:
— Do licha! nie rozumie mnie pani miss Ellen, czy też źle się wyraziłem. Kiedy mówię, że panią kocham, jest to święta prawda! Tak, kocham panią do szaleństwa, do wściekłości i niczego nie zaniecham, by pani tego dowieść i zdobyć ją, niczego, niczego, czy słyszy pani?
Ostatnie te słowa zawróciły do reszty głowę Janowi Rigaud, który w obawie zdradzenia się nie poruszył się, śledząc wzrokiem aleję, którą udali się młodzi ludzie.
Maurycy wyrzekł to samo, co i on.
— Niczego nie zaniecham, by panią zdobyć!
Od najniższego do najwyższego szczebla towarzyskiego, pobudki miłości są jednakowe, odróżniają się tylko formą.
Jan Rigaud, błądząc nocami po polach i lasach, udoskonalił, że tak powiemy, zmysły. Oczami ostrowidza dojrzał, jak Maurycy de Blangy nachylony, starał się przekonać wszelkiemi możebnemi sposobami mniemaną Angielkę o prawdziwości słów swoich, lecz ta krótko odpowiadając, poruszała znacząco główką, pozostając obojętną na jego pochlebstwa.
Doszedłszy do ganku, złączyli się z towarzyszami młodego de Blangy i wszyscy razem znikli w przedsionka zamku, udając się do salonu.
Polowy zacisnął pięście.
Tamto ludzie szczęśliwi, panowie, którym wszystko wolno, a młoda dziewczyna zmuszona ich słuchać, nadstawia z przyjemnością ucha na pochlebne słówka, nagabywana zapewne ofiarami szerzącemi zepsucie, jak on złotem markiza!
Miałażby być mniej wrażliwą na przyjemności, za któremi on wzdychał całą mocą swej dzikiej i egzaltowanej natury. Była tak piękną, możnaż więc jej czego odmówić? To co usłyszał, potwierdziło jego rozumowanie.
— Niczego nie zaniecham, aby panią zdobyć — powiedział Maurycy.
Czegóżby nie dokazał, on, syn milijonera, któremu niczego nie odmawiano, spadkobierca olbrzymiej fortuny miałżeby nie zdobyć í olśnić młodej dziewczyny?
A on, oczarowany i zaślepiony nadzieją przypodobania się, stał się zbrodniarzem, ofiarowując jej wolność i bogactwo!
Sto tysięcy franków! Bajeczna i ogromna suma, lecz w porównaniu z majątkiem rywala malała do nieskończoności. Czemże były wobec posiadłości de Blangy, zajmującej trzy mile gruntu, lasów, stawów, folwarków i winnic, oprócz majątku markiza w papierach wartościowych!
Zgnębiony takiem porównaniem Jan Rigaud pozostał na swem miejscu, nieruchomy z oczami krwią zabiegłemi mierząc ze spokojem zwierzęcym trudność swego położenia, zadając sobie pytania, jakim obrotem lub sposobem zrównać szanse tej nierównej walki, z której nie myślał ustąpić.
Chwilami wytryskała myśl, wywołująca fałszywy uśmiech i groźne spojrzenia.
Bezwątpienia, markiz był jego spólnikiem w zbrodni nad Stawem Neuf, lecz aby go oskarżyć musiałby się sam narazić, któżby zresztą uwierzył nielogicznej bajce, aby człowiek możny, bogaty, szanowany, mógł należeć do spisku na życie przyjaciela domu. Posądzonoby go o szaleństwo i umieszczono w domu warjatów.
Przeszła mu myśl zagrożenia zdradzenia markiza, aby dostać więcej nad obiecaną sumę, lecz honor bandyty, dotrzymującego słowa, nakazywał wziąć tylko tyle, co mu się należało.
Polowy był raczej wilkiem a nie lisem, z instynktami zdradzieckiemi i podłemi.
Upewniony, że park opustoszał i goście markiza weszli do salonu, wyszedł ze swej kryjówki, zdążając pod okna zamku, party nieprzezwyciężoną żądzą zobaczenia kobiety, pociągającej jak magnes.
Gdy doszedł do zagajenia zdobnego krzewami jesiennych kwiatów, balsamin, astrów, georginij i malw, uszu jego doleciały dźwięki lekkiego walca.
Niezamknięte okiennice i lekkie podniesione firanki dozwalały dojrzeć wnętrze wielkiego salonu, gdzie rozpoczynano tańce.
Jan Rigaud, przyparty do muru, zoczył od razu przedmiot swych marzeń, Miss Ellen, grając na fortepianie, prowadziła rozmowę z Maurycym de Blangy, wspartym na poręczy krzesła.
Światło lampy, padając na twarz młodej kobiety, ożywionej i rozweselonej, ukazywało cudowny profil jej twarzy, a oczy pełne łagodności i ognia, zdały się zagłębiać w oczach adoratora, potakując główką jakby na znak przyzwolenia na stawiane propozycyje.
Nie czyniła mu więc wyrzutów, udanych może w parku, gdzie wiedziała, że Rigaud, ukryty, mógł usłyszeć każde słowo ich rozmowy.
— W salonie walcowano. Panna de Blangy wsparta na ramienia swego konkurenta, Gastona de Brazey, uśmiechając się niewinnie, oddawała się z przyjemnością rozkoszy tańca. Myśl jej jednak błądziła w dalszych okolicach i nie Gaston de Brazey był jej przedmiotem.
Jan Rigaud, wpatrzony, pożerał wzrokiem angielkę, upojony jej pięknością, wściekły z gniewu i niemożności odparcia rywala.
Po walcu Miss Ellen Vanbury pozostała jeszcze na miejscu, prowadząc dalej rozmowę ze swym sąsiadem, przerwaną dopiero zbliżeniem się jednego z panów, który pragnąc wyręczyć nauczycielkę, rzucił znaczące spojrzenie Maurycemu de Blangy i zaczął grać preludyja do kadryla.
Młody de Blangy skłonił się nauczycielce i oboje puścili się w wir ugrupowanych par.
Przechodząc koło okna, spojrzała w stronę, gdzie stał Jan Rigaud. Dostrzeżony odrazu przez Magdalenę polowy, zanadto był rozgorączkowany, by mógł to zauważyć.
On tam był szpiegując ją, zazdrosny, groźny. Odgadła miotające nim uczucia. Starała się też podrażnić je całemi siłami.
Widział ją wspartą na ramieniu tancerza, zadowoloną i uśmiechniętą, ukazującą dwa rzędy prześlicznych zębów, pomiędzy purpurowemi ustami i o zgrozo! uśmiech ten był tryumfem jego rywala.
O g. 11, na znak dany przez gospodynią domu, goście zaczęli się rozchodzić.
Maurycy de Blangy i Jan Rigaud odeszli obaj, każdy pod wrażeniem odmiennych uczuć, lubo pochodzących z jednej przyczyny.ł
Mody de Blangy, ściskając silnie rączkę angielki w ostatniej figurze kotyljona, pomyślał:
— Jeszcze czas jakiś, a będzie moja! Jeśli się oprze, tem gorzej, poślubię ją!
Jan Rigaud z duszą zgrzybiałą z zazdrości, blady, z rysami zmienionemi, oczami zaszłemi żółcią, powrócił do siebie, zamyślony i zdecydowany na wszystko.
— Jutro! Przyjdzie! Kocham ją, pragnę jej! Zobaczymy... Biada temu, kto mi stanie na zawadzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.