Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXI.
Skryta miłość.

Teresa de Blangy do Filipa Arbaud w Jonseray przez Pougny (Cote-d’Or). Blangy, 30 sierpnia 1878 r. Mój kochany Filipie.“ „Czy mogę bez zarzutu rozpocząć takim nagłówkiem?
„W gruncie duszy przekonaną jestem, że nie tylko mi dozwolono, lecz poniekąd staje się mym obowiązkiem.
„Zapewne rozsądniej postąpiłabym, rzucając ten papier w ogień, aby pójść odetchnąć świeżem powietrzem lub przegrać jaką nudną sonatę na 4 ręce z moją nauczycielką miss Ellen Vanbury, albo nareszcie posłuchać ckliwych komplimentów, pewnego pana de Brazey, który pomimo swoich 25 lat, wyczernionych wąsików i znacznej renty, jest najnieznośniejszem dwunożnem stworzeniem, jakie plemię ludzkie wydać mogło.
„Donoszę ci mój przyjacielu, że ten dżentelman i vice-hrabia, pochodzący ze starożytnej rodziny, podaje się za mego konkurenta i o ile uważam z wiedzą i wolą moich rodziców.
„Przystojny chłopiec, lecz do śmieszności uprzedzony o sobie, mówiący tylko o koniach, sporcie, cyrku, aktorkach, psach i wyścigach.
„Bawi u nas od tygodnia, a już z upragnieniem oczekuję tej błogosławionej chwili, gdy pomyśli o odwrocie do Paryża, miejsca szczególniejszego swego upodobania „Oryginalnym staje się przy recytowaniu tyrad starającego się, czyniąc wrażenie przedstawienia teatralnego.
„Przybiera najrozmaitsze pozy z ręką na sercu udając zakochanego, a pewną jestem, że uczyniłby to samo przed każdą pierwszą lepszą jako zblazowany awanturniczą młodością.
„Nie jest może on tak złym, za srogo tylko jest sadzony przez pannę, która stara się go wyszydzić na każdym kroku, bo nie umie się jej podobać.
„Powracam do wątku mego lista.
„Wspomniałam więc, żem powinna pisać „kochany Filipie“ a nie „panie“ bo łączy nas węzeł koleżeński, zawarty w górach Allevard, kiedy nie chcesz abym mówiła o innym.
„Nic nie zdoła wyrugować z mej pamięci wdzięczności i przyjaźni, jakie dla ciebie żywię.
„Być może, iż twoje uczucia nie odpowiadają moim, może nawet kusisz się o zapomnienie biednej dziewczyny, spotkanej przypadkiem wdzierającej się w twe serce, jak żebraczka.
„W takim razie, bądź otwartym, powiedz mi to bez ogródki, lecz tymczasem Filipie mam prawdziwą przyjemność, wielką nawet, pogawędzić z tobą choć zdala, tak jak to było niegdyś w górach Dauphiné, prześlicznych gdyby tylko było mniej doktorów.
„Od mego powrotu wielki ruch panuje o nas.
„Bezustanne wizyty przyjezdnych z Paryża lub okolicy przyjaciół, znajomych. Jedni odjeżdżają, drudzy przybywają. Polują, biesiadują, wycieczki konno lub w pojazdach, kroket, nawet bezik mają swoich zwolenników.
„Co wieczór tańce, z wyłączeniem mnie jednej skazanej przez kaszel na bezczynność w tej rozrywce... Starają się ukryć swe obawy, lecz zanadto jestem sprytną abym nie odgadła tego, czego mi nie chcą wyjawić.
„A wiesz co ci powiem?... że mimo takiego ruchu, rozrywek i bali, w Blangy nie jest mi wesoło. Dla czego? Z trudnością przyszłoby mi się wytłomaczyć, lecz jest jakaś mgła, zaciemniająca te wieczne uroczystości. Nie wyznałabym tego nikomu, lecz przed tobą dusza moja roztwiera się sama, a zaufanie wyrywa się.
Ojciec mój czegoś bardzo posępny. Nie pamiętam, lecz dawno nie widziałam go uśmiechniętego nawet. Całe dnie siedzi odosobniony w swym gabinecie, zajęty rachunkami, papieramı i listami, jakie odbiera i odpisuje.
„Matka moja mówi mi, że pracuje nad powiększeniem majątku, i to jego jedyna troska. Poruszając tak przedmiot, ściąga usta z gorzką ironią i wzgardą dla pieniędzy. O jakże ja ją rozumiem!
„I po co być bogatym, posiadając więcej, niż się wydaje? Czyż życie jest tak długiem, aby zgromadzać zapasy jak na placu wojny, na wypadek oblężenia, które nie ma się skończyć? To co mnie do ciebie najwięcej pociągało Filipie, to pogarda dla majątku, stanowiąca jeszcze silniejszy węzeł między nami.
„Miałam zamiar przesłać ci krótki bilecik, przypomnieć się twej pamięci, dowiedzieć się czy żyjesz, czyś mnie już zupełnie zapomniał, lub żywisz w głębi duszy, jak ja, balsam ostatniej naszej wycieczki łączącej nas, którą pragnęłabym przedłużyć do nieskończoności.
„A oto karty zapełniają się, i z krótkiego bilecika wychodzi list obszerny i długi.
„Nie poprzestanę jednak, nie powiadomiwszy cię o tem, co mi dolega.
„Dotąd wspomniałam ci tylko o rzeczach błahych, gdyż uwierzysz przecie, że nadskakiwanie młodego Gastona de Brazey, którego nauczycielka moja zowie żartobliwie Brasier albo Brasero, nie zajmuje mnie wcale głównie z tego powodu, że nie mam zamiaru wyjść za mąż, przynajmniej nie teraz, może za lat kilka lub kilkanaście.
„W ostatnich czasach spotkało nas wielkie nieszczęście.
„Polowy, bardzo uczciwy człowiek, dawny żołnierz, będący u nas na służbie od lat dziesięciu, odwoził na pociąg do Beaune przyjaciela naszego domu, niejakiego de Verne’sa, byłego adwokata.
„Klacz, zwykle bardzo spokojna, przestraszyła się. Skoczyła w bok, pociągając karetkę z pochyłości nad brzeg bardzo głębokiego stawu i podróżny, zaimprowizowany woźnica i koń o mało co się nie potopili.
„Źle się wyrażam, mówiąc, że się nie potopili.
„Polowy, nazwiskiem Jan Rigaud, dokazał cudu poświęcenia. Wyciągnął klacz i podróżnego, lecz na nieszczęście, szkło z okna karetki, tłukąc się, pokaleczyło straszliwie nieszczęśliwego de Vernes’a i zmarł z uduszenia czy upływu krwi — niewiadomo.
„Co za smutna przygoda! Nie możemy jeszcze przyjść do siebie. Ojciec mój czuje się bardzo dotknięty tym wypadkiem, a matka ciężko przygnębioną.
„Filipie, nie ukryją ci jednego szczegółu.
„Oto, śmierć ta dla mnie pozostała obojętna.
„Nie jestem przecież okrutną, lecz to nad moje siły. Człowiek ten niepodobał mi się, nie dla tego, abym miała powód żalić się na niego, lecz czułam do niego wstręt nieprzezwciężony, byłto nielitościwy szyderca jego żarty sprawiały mi niewymowny żal, oburzając mnie nieraz.
„Miał coś w sobie przewrotnego, chciwego, nieprawego. — Umarł, nie będę nic więcej o nim mówić.. W każdym razie, wypadek ten smutne wywarł wrażenie na cały nasz dom. Od tej pory, zdaje mi się, że matka moja więcej mną jest zajęta.
„Przedtem mało co ją widziałam zwykle tylko podczas obiadu, a później niewiele i wyjątkowo.
„Teraz wzywa mnie częste de siebie, całemi godzinami rozmawia ze mną może się mylę, lecz widzę więcej czułości względem siebie.
„Zmiana ta sprawia mi wielką radość. Wczoraj doznałam nieopisanej radości i z tego to powodu Filipie list mój przybiera rozmiary zeszytu. Nie bierz mi tego za złe.
„Rozwlekłem pismem angielskiem pomieszcza się trzydzieści słów na jednej karcie, jest ono wygodnem dla tych, co nie wiele mają sobie do powiedzenia, lecz kiedy się nie widzimy... od czterech tygodni... długich tygodni... a jest wiele do powiedzenia, staje się ono niedogodnem.
Posłuchaj więc o doznanem przezemnie wrażeniu.
„Matka moja była w swym pokoju, w którym znajduje się piękny mebel, rodzaj szyfonierki, gdzie przechowuje swoją biżuterię i inne cenniejsze przedmioty. Zameczki bardzo trudne do otworzenia. Kazała mi usiąść koło siebie, potem otworzyła środkową przegródkę.
„Wyjęła z niej kopertę, w której znajdowały się prześliczne miniatury, fotografija Nadara, bardzo dawna. Przedstawiały one jednego i tego samego młodego człowieka.
„Uderzyło mnie niezmierne podobieństwo z kimś mi znajomym, a tym jesteś ty, Filipie. Wierzaj, że nie przesadzam. Zapytałam matki, kto to być może? Odpowiedziała mi. — Brat twego ojca Filip Valencourt.“
„Portret ten przedstawia młodego mężczyznę w sile wieku i zdrowia, okazałego, w całym blasku rozkwitłej piękności, gdy mi matka powiedziała jego imię, pojąć nie możesz, co za dziwne uczucie mnie opanowało, tembardziej, że wymawiając jego imię, matka moja zdała się być bardzo wzruszona, głos jej drżał.
„Wyobraź sobie, co za dziwny zbieg okoliczności, imię tego mężczyzny takież same jak twoje, a jakże przytem podobny do ciebie. Też same rysy twarzy, oczy pełne szczerości, włosy czarne!
„— Ten Filip, dodała matka moja, był pięknym i szlachetnym Tereso! To prawdziwy dżentelman.
„Kilka minut stała nieruchoma, wpatrując się z uwagą, poczem położywszy fotografiję na tem samem miejscu, zamknęła starannie.
„Prawdziwie nie poznają jej, uważam teraz, że zeszczuplała i smutną się stała, czego od mego powrotu nie zauważyłam.
„Uściskała mnie, a pocałunek jej przyniósł ulgę stęsknionemu sercu memu.
„Nie pamiętam kiedy mnie tak serdecznie pieściła.. chyba dotąd... nigdy!
„Badała stan mego zdrowia... Ja znajduję, że nie jest ono złem. Czasami coś mi dolega i chwilami męczy mnie ten przeklęty kaszel, lecz sądzę, że jest to stan przejściowy, jak u wielu młodych dziewcząt, szybko się rozwijających.
Z czasem ustali się, życzę sobie tego, nie wiem doprawdy dlaczego, lecz niechciałabym umierać jeszcze. Pragnę życia!
„O gdybym miała zdrowie jednej panienki, którą widzę z okna flirtującą z moim bratem tym wietrznikiem, jakże byłabym szczęśliwą i umiała się podobać.
„Kiedyż nareszcie skończę list ten tomowy?
„Wyobraź sobie, mój przyjaciela, urocze stworzenie 26 letnie, w całym rozkwicie blondynki cudownie zbudowanej, piękniejsze i więcej eleganckie w swej czarnej skromnej sukni, niż wszystkie nasze panny w ich bogatych kostjumach, przyozdobionych z wdziękiem artyzmem najpierwszych modniarek! Oczy niebieskie, zęby piękne, figura kształtna, płeć przepyszna.
„I z tyloma zaletami, zajęciem niewielkiem, trzy tysiące franków pensyi, stół, mieszkanie, i opranie. Jednem słowem wszystko!
„Potrzebuje się tylko ubrać, obuć, uczesać i porozmawiać. Przytem bez żółci, żalu lub smutku, humor zawsze jednostajny, uprzejma i usłużna dla wszystkich! Nigdy żadnej skargi skromność w wysokim stopniu.
„Tą doskonałością jest moja nauczycielka miss Ellen Vanbury! Niechaj mi teraz kto dowiedzie, że dobra tej ziemi są odpowiednio rozdzielone.
„Od pierwszego dnia przywiązałam się do niej, w kilka dni zjednała sobie wszystkich w Blangy. Jest tak piękną, iż pragnę mieć jej fotografiją, lecz wyobraź sobie, że nie ma ani jednej, niepodobieństwem namówić jej do zrobienia swego portretu.
„Nie mam nic więcej interesującego donieść ci... a jednak czułam się tak szczęśliwą, mogąc z tobą porozmawiać.
„Lecz szczęście jest tak jak życie, Filipie, musi się skończyć. Cóż ci powiedzieć o sobie! I po co? Znasz mnie wiesz, że, marzę, aby żyć gdzieś zdala od świata, w ciszy i spokoju, pośród kwiatów i ogrodów, czasami nad morzem, a gdziekolwiek, czynić dobrze tym, co nas otaczają.
„A Ty Filipie co porabiasz? Wierz mi, porzuć twe smutne myśli i używaj rozrywek jakich wieś ci dostarcza. Pozostaniemy w Blangy jeszcze ze sześć tygodni najwyżej.
„Za tydzień polowanie na dziki. Potem winobranie. Nakoniec powiedzą: „Już po wszystkiem.“ I w drogę do Paryża!
„Ty powrócisz także do Paryża, prawda! Będziesz pracował z odwagą, aby zostać dobrym doktorem.
„Pośpiesz, mój kochany Filipie, abyś wyleczył twą chorą przyjaciółkę.
„Odpisz mi choć słów kilka, dla podtrzymania mnie. Czy sprawiam ci przykrość, pisząc do ciebie? Wszak nasza przyjaźń jest czystą, jak złoto bez domieszki? Przecież możemy się kochać jak brat z siostrą, bez zetknięcia się ze złą myślą!
„Do miłego widzenia!Wzywają mnie na przechadzkę.
„Zuzanna otwiera drzwi.
„Pewną jestem, że mnie ona kocha, a oprócz niej — może to bluźnierstwo — lecz zdaje mi się, że mnie kocha jeszcze ktoś drugi, a tym jest uczciwy Bretończyk nazwiskiem Joson Kerhoël.
„Uwierzyłam także w miłość mej matki, i ta wiara uzdrawia mnie!
„Kończę list. Nie gniewaj się, że jest tak długim.
„Myśl o mnie Filipie, ja myślę o tobie często... bardzo często.... zawsze. Twa przyjaciółka.

„Teresa.“

„P. S. Jeżeli mi odpowiesz na to dziełko tomowe, adresuj do panny Zuzanny Luchet w Blangy.
„Dojdzie mnie niezawodnie.
„Dlaczego przesądy światowe są tak głupie, że zmuszają nas do skrywania czynów tak prostych i niewinnych?

„T.“

Panna Zuzanna Luchet, garderobiana w zamku de Blangy (Cote-d’Or).
Koperta zaadresowana zawierała w środku drugą z napisem:

„Dla panny Teresy“.

Gdy list ten przyniesiono, adresantka czatująca na listonosza odebrała go sama.
Zuzanna, dobra z natury, usłużna i szczerze oddana swej młodej pani, zerwała pierwszą kopertę, odnosząc list panience.
Garderobiana, stając się powiernicą, winna być zręczną wywiązując się z położonego zaufania, tak, aby się państwo nie spostrzegli ani domyślili nawet, inaczej bywa niezwłocznie usuniętą, jak się często trafia w wielu okolicznościach.
— Panienko! życzę szczęścia, rzekła wchodząc do sypialni panny de Blangy, oto list!
— O gdyby się dowiedziała pani markiza! dodała znacząco.
Młoda dziewczyna leżała jeszcze w łóżku, w obszernym pokoju, obitym niebieskiem płótnem z Jouy, zarzuconem bukiecikami z róż Pompadour, umeblowanie skromne lecz powabne prostotą stylową, wykazującą wytworny gust, wielką zamożność rugując świecidła fatałaszki i ficki zbyteczne.
Teresa poprawiła się na swem posłanku pod zasłoną cudownie udrapowaną, upojona błękitem obicia mającem przedsmak świeżości wiosennej. Wyrwawszy list z rąk garderobiany nie roztworzyła go, a pozostawiając odczytanie go w wolniejszej chwili, zatrzymała Zuzannę mówiąc:
— Coby mama miała do zarzucenia postępowaniu tak naturalnemu?
— Panienka wie, jak jest surową pod względem konwenansów! A ojciec pani! Czy panienka myśli, że pan, marzy tylko o milijonach, procentach i pieniądzach, patrzałby chętnie na stosunek z młodym człowiekiem chociaż zacnym i wykształconym, lecz dalekim od takiego, któremu wolnoby było starać się o jej względy?
Wiadomo przecież — mówiła dalej garderobiana, że młoda panienka nie powinna pisywać do młodego człowieka bez wiedzy rodziców, ja także źle postępuję, dopomagając panience. Nie mamże racyi?
Panna de Blangy westchnęła.
— Kto się o tem dowie?
— Spodziewam się.. że nikt.
— W czemże więc jest to złe? Czyż nie można mieć do kogoś sympatij bez złych myśli?
— O!
— Przysięgam!...
— Przysięgnie panienka także, iż ten młody człowiek podobał się jej, że jest to proste zainteresowanie się i panienka znajduje przyjemność w odbieraniu od niego wiadomości, bo nie mając ich, czułaby się znużoną... słowem, panienka nie myśli o niczem innem... Wszystko jest prawdą bez zaprzeczenia.
— Z pewnością, Zuzanno.
— Dziś, lecz później, gdy panienka pocznie odbierać listy gorętsze... gdyż ten list musi być serdecznym zmieni panienka zdanie, a przyjaźń szczera i rozumna przejdzie w inne, żywsze uczucie.
— To później...
— Później? — zawołała Zuzanna udając zdziwienie.
— Tak, kiedy o nastąpi!
— Nie zastanawia się panienka nad tem?...
— Przeciwnie, myślę...
— O odpowiedzi pana markiza, gdyby panienka prosiła o pozwolenie poślubienia pana Filipa Arbaud...
— Wyłajałby mnie!
— I ostro nawet. A gdyby nawet biedny pan Filip odważył się sam prosić o uzyskanie tej łaski, domyślam się, co by zaszło...
— Ja także, westchnęła Teresa.
— Wie panienka, jakby się skończyło?
— Że nie pozwolonoby mi poślubić go.
— Bez najmniejszej wątpliwości.
— To nie wyszłabym za niego bez zezwolenia rodziców... lecz też nie zmusiliby mnie do wyjścia za mąż za innego, i pozostania starą panna...
— Już widzę, jak się panienka oburza... Obiecująca przyszłość.
— Oh! przyszłość, rzekła panna de Blangy, poruszając główką, jaka będzie dla mnie, nie warto się nią zajmować?
— Chyba panienka nie myśli o tem, co przeszło przez mózg szarlatana doktora!
Dziewiąta wybiła, słońce jesienne wdzierało się wysokiemi oknami.
— Niechajże panienka przeczyta mój pożądany bilecik, a ja będę na czatach, aby nikt nie schwycił na gorącym uczynku.
— Miss Vanbury?...
— Zapytywała o zdrowie panienki... Bardzo dobra dziewczyna!... Pani markiza zrobiła szczęśliwy bardzo wybór, przyjmując ją... A więc proszę czytać...
Garderobiana zamknęła drzwi na zatrzask i przeszła do gotowalni, skąd dochodził szelest poruszanych materyi, przygotowywanych dla młodej pani. Teresa otworzyła list z bijącem sercem, a z oczami mgłą zaszłemi od wzruszenia.

„Pani!

„Z niedowierzaniem, połączonem z wdzięcznością, odebrałem bilecik pani. Czyż rzeczywistością być może, abyś pani raczyła pamiętać o turyście pół-mieszczaninie, pół-wieśniaku, spotkanym na drodze do Allevard?
„Wśród zabaw i zbytku nie zapomniałaś pani naszych rozmów w Buisson i spacerów w tym uroczym kraju Izery? Dowód to wielkiej dobroci serca. Pozwól mi pani zwrócić uwagę na przesadzanie ważności małej przysługi, uczynionej jej, bez żadnego z mej strony narażenia się. Każdy inny na mem miejscu uczyniłby to samo tem bardziej, że nie było prawdopodobieństwa jakiegoś niebezpieczeństwa. Jednak niewymownie pani obowiązanym jestem za jej grzeczność.
„Co ja porabiam? Nie warto opisywania, monotonne wiodę życie i nic więcej.
„Dom, gdzie zamieszkuję, należy do rzędu wygodnych ferm, umieszczony na wyniesieniu płaszczyzny dobrze uprawnej. W koło ogrody i winnice, nie wyróżniające się a jednak zaliczane do bardzo dobrych.
„Wyżej na szczycie pagórków zarośla, spotykane często w Burgundyi, z przybłąkanemi zającami i przewłóczącemi się dzikami. Wogóle niewiele zwierzyny.
„Ziemia, posiadana przezemnie i mą biedną siostrę, która opuściła przed laty kilku kraj rodzinny, goniąc za czczem urojeniem, jest uprawianą przez służących a nie przez dzierżawców, pod zarządem zacnego człowieka, zastępującego nam ojca, i pozostającego dotąd naszym opiekunem, pomimo żeśmy już dawno doszli do pełnoletności. Widzi pani co za różnica między zbytkiem i przepychem, o jakich pani marzy, a mojem życiem.
„Zna pani mój charakter. Z fuzyją na ramienia, książką w kieszeni przebiegam płaszczyzny i lasy w towarzystwie wyżła zasługującego na lepszego towarzyszą, gdyż przy mnie talent jego marnieje.
„Często siadam w ogrodzie, pod jedyną aleją lip, obojętny na wszystko co się koło mnie dzieje, zajęty tysiącznemi bolesnemi wspomnieniami mego dzieciństwa.
„Potrzebujęż pani powiedzieć, że jesteś kwiatem tej kwatery zarosłej cierniem i cyprysami? Pod tą przestarzałą przenośnią, łatwo pani pojmiesz jakie żywię dla cię uczucia. Pochodzą one z szacunku i poważania, sympatyį i żalu.
„Żalu przedewszystkiem.
„Wmawiam w siebie, że nie możemy się nawet widywać, bo tysiączne przeszkody stają między nami, i węzeł łączący nas, jeżeli mi wolno użyć tego zaszczytnego wyrażenia, należy do rzędu tych, którego nam niewolno wyjawić publicznie.
„Niestety wie pani o tem równie debrze jak i ja.
„Czyż nie przymuszoną pani się czuje skrywać przyjaźń, jaką mnie zaszczycasz przed tymi, od których zależy jej przyszłość? Wszakże zobowiązujesz mnie pani do użycia krętej drogi do przesłania odpowiedzi i wynurzenia mych uczuć?
„Nie pragnę, abym postępowanie moje potrzebował taić, chcę abym czyny moje mógł wykazać jawnie, nie mogę być niedelikatnym względem osoby, zasługującej na wszelki szacunek, muszę pozostać bez zarzutu w tym razie.
„Zanadtoś pani bogata, za wysokie stanowisko jej dla wyrzutka, jakim jestem, nazwisko, które noszę, jak pani mówiłem, winienem litości człowieka, co przypłacił miłość życiem.
„Życie moje czyli mych rodziców zawiera tragiczną przeszłość. Lecz szczegółów cierpień naszych nie wolno mi przed panią wyjawić.
„Stałyby się przyczyną głębokiego smutku w życiu pani, gdybyś je znała. A przekląłbym się za najmniejszą sprawioną ci przykrość?
„Jeżeli pani niekiedy zwróciła uwagę na zasępioną twarz moją, smutny i dziki stan umysłu, to przeszłość zmusza mnie do usunięcia się od świata i szukania ciszy, podczas gdyś pani stworzona do blasku i ozdoby świata.
„Zapomnij pani o mnie, lub jeżeli wolisz, zadowolnij się myślą, żeśmy stworzeni nie dla siebie, uczynię ślub na cześć pani zachowując w mem sercu jej obraz niewinny i czysty z poszanowaniem, jakie się ma dla świętych w niebie, uwielbiając ich i kochając bez nadziei zbliżenia się.
Powtarzam, wszystko nas rozdziela żadna ludzka siła nie może nas połączyć!
„Jest między nami przepaść, której miłość nawet, ta potęga świata nie jest wstanie zwalczyć.
„Żegnam panią!

Filip.“

Skończywszy czytać list, panna de Blangy wydała okrzyk tak żałosny, aż nadbiegła garderobiana. Przykry obraz przedstawił się jej oczom: Teresa z włosami potarganemi, wzrokiem dzikim, oczami prawie obłąkanemi, wsparta białemi rękoma na wytłaczanym jedwabiu kołdry, w postawie szalonej jakby chwytała myśl ubiegłą.
— Boże! mój Boże! szeptała, cóżem mu uczyniła, że mnie tak traktuje?
— Co panience? zapytała zmięszana Zuzanna.
— Czytaj, odrzekła automatycznie młoda dziewczyna, wskazując na list.
Garderobiana schwyciła list z zainteresowaniem się, jakie okazuje najuczciwsza nawet kobieta w kwestyjach miłości.
— A więc? zapytała panna de Blangy, gdy Zuzanna skończyła czytanie.
— Uważam, że jest bardzo rozsądnym, odpowiedziała garderobiana, kładąc list na łóżku.
— Widocznie nie kocha mnie, kiedy tak pisze.
— Nic tego nie dowodzi. Jest tylko dumnym, a panienka rozumie... Pan de Brazey i inni mają swobodę działania... Widzą panią i mówią z nią... On!... Zupełnie co innego. Niechaj pani zastanowi się nad adresem listu... Panna Zuzanna Luchet... garderobiana... Upokarzające dla zakochanego... dla przyjaciela nawet. Młody ten człowiek ma racją.
— Tak sądzisz?
— Z pewnością.
— Ach! szeptała Teresa, jakże jestem nieszczęśliwą!
— Dla czego?
— Bo go kocham!
— Już!
— A te przeszkody o jakich mówi... Rozłączenie, któremu nic nie przeszkodzi! Zuzanno, jakaś tajemnica cięży nad jego życiem. potrzebuję się o niej dowiedzieć.
— Trzeba być cierpliwą! Niechaj pani poczeka! Ma pani list... proszę go schować... Przeczyta panienka jeszcze raz... Może wykryje pani inne dane, niż ja dostrzegłam na razie. Kto wie, czy właśnie nie prawdziwa miłość skrywa się pod tem zastrzeżeniem?
— Ach Zuzanno, gdyby tak było!
— Ktoś nadchodzi!... Zapewne pani markiza... Niech się panienka nie zdradzi!
Istotnie była to matka Teresy.
Garderobiana schwyciła szybko list i koperty leżące na łóżku, pozostawiając matkę sam na sam z córką.
Pani de Blangy niepokoiła się wątłem zdrowiem Teresy. Dopytywała z czułością macierzyńską, jak noc spędziła, czy jej co niedolega.
Bladość jej twarzy uderzyła markizę. Dom jej zdał się być pełnym zasadzek i niebezpieczeństw, jak w odwiecznych ruinach zamków, o których krążą zagrobowe wspomnienia przeszłości w postaci ukazujących się duchów.
Jednak wszystko dotąd jeszcze było wesołe i spokojne. Przez otwarte okna powiew ciepły i ożywczy przedzierał się z promieniami słońca z zapachem kwiatów i lasu. Tu i owdzie rozlegały się strzały myśliwych, oznajmiających o wesołem rozpoczęciu dnia.
Pani de Blangy, wyszedłszy na balkon, dostrzegła między zaroślami jodeł i buków swego syna Maurycego na koniu, zatrzymującego się przed oknami dużego salonu, skąd dochodziły dźwięki fortepianu kaskadą tonu z pod palcy wykonawczyni. Poczem zbliżył się dla oddania ukłonu grającej, przesyłając znaczący ruch ręką, jakby określający całus.
Przechodzący w tejże chwili Jan Rigaud dostrzegł go, a gryząc usta swe aż do krwi pomyślał:
— Dziś wieczór rozmówię się, aby się dowiedzieć!...
Markiza, nie zauważywszy znaczącego ukłonu syna, ani gniewu polowego, powróciła do łóżka córki, tuląc ją w swe objęcia z wybuchem najczulszej miłości.
Przeczucia jej były uzasadnione, zaledwie bowiem odeszła, córka jej wyskoczyła z łóżka, a zasiadłszy przed biurkiem, napisała te kilka wierszy.

„Filipie!

„List twój ciężko mnie zmartwił, pojąć nie mogę przyczyny twej srogości, wyciskającej mi tyle łez. Pragnę cię widzieć i pomówić z tobą. Nie odmów mi tej ostatniej rozmowy. Za tydzień, to jest we wtorek o dziewiątej wieczorem będę przy małych drzwiczkach parku, wychodzących na cmentarz de Blangy.
„Przybądź, proszę cię o to, błagam nawet.

Twoja przyjaciółka.
„Teresa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.