Nienawiść i miłość/Część druga/XX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jan Rigaud niezbyt uczony, posiadał jednak trzy rzeczy, za pomocą których zdobywamy resztę: umiał czytać, pisać i rachować.
Rozdzielił papiery nieboszczyka, przeważnie nie mające wielkiej wagi. Listy jakiejś metresy, zuchwałe upominanie się dłużników, dowodzących, że de Vernes w ostatniej toni zmuszony jest poddać się ostateczności; nakoniec ów sławny czek na milijon, oraz koperta napisem: „Interes Valencourt’ów“.
Adwokat, pomimo danego słowa honoru nie dotrzymał obietnicy, pozostawiając jeszcze dowód na nieprzewidziany wypadek.
Nietrudnem mu było niedotrzymać przyrzeczenia, gdyż Franciszek nie wiedział ani o wartości ani ilości listów pozostawionych w rękach dawnego wspólnika.
Koperta zawierała dwa listy, które Jan Rigaud przejrzał z uwagą. Papier pożółkły, pismo rozwlekłe i zamaszyste, wskazywało rękę męzką. Listy były krótkie. Pierwszy zawierał zaledwie dziesięć wierszy.
„Po co ten niepokój? Skrywasz go przedemną, lecz wyczytuję go z twej smętnej twarzy i to mi sprawia niewysłowioną przykrość. Wszystko w porządku. Nie trwóż się ani o siebie, ani o nasze dzieci. Czyż wyglądam na człowieka mającego wkrótce pójść na tamten świat? Nie myślę o tem bynajmniej wobec ciebie, która mi dajesz tyle rozkoszy w tem życiu!
„Tysiączne uściśnienia do dziś wieczora od twego Filipa“.
Filip! Był to więc Filip Valencourt, brat markiza.
Dzieci! Żona!
Jan Rigaud słyszał o tej historyi setki razy.
A jednak Franciszek Valencourt odziedziczył cały majątek markiza de Blangy, oraz i jego tytuły.
Jeżeli były dzieci! Czyżby nie miały prawa do spadku?
Polowy, z głową wspartą na rękach starał się dojść prawdy.
Drugi list jeszcze krótszy zawierał słowa:
„Stało się, palę za sobą okręty. Jutro wszystko wyznam wujowi. Niemożebnem, by cię nie pokochał. Jesteś ma żoną przed Bogiem i ludźmi. Szczycić się będą twą urodą. Przygotuj się, pani moja, na bliskie zaprezentowanie się! Tysiączne uściśnienia dla Ciebie, Filipa i Magdaleny.
Na dole listu, de Vernes zaznaczył ołówkiem:
Filip Valencourt i wuj jego, stary markiz de Blangy, nazajutrz po dacie położonej na tym liście, zmarli.
— A więc Filip Valencourt miał żonę i dzieci, pomyślał Rigaud, gdzie one są? Czemu majątek markiza przeszedł tylko na jednego, wszakże rodzina zmarłego ma równe prawa?
Tak rozmyślając, posłyszał odgłos zbliżających się kroków, poczem niezwłocznie zapukano do drzwi.
Polowy wzdrygnął się.
Szybko wysunął szufladę od stolika, a wrzucając doń, papiery wyrwane adwokatowi, w pośpiechu upuścił jeden na podłogę.
— Rigaud! — zawołano za drzwiami.
Polowy odetchnął, dzięki Bogu głos mi znajomy.
— To ty Josonie? — zapytał.
— Tak, otwórz.
— Pan markiz cię woła — rzekł kamerdyner — zatrzymując się przed kominkiem.
— Ah!
— Posłał do stawu Neuf, lecz chce się wywiedzieć szczegółów od ciebie. Powóz się wywrócił?
— Bardzo nieszczęśliwie.
— Blanchetka zna jednak drogę.
— Zapewne, lecz zrozumiej, jedno uderzenie, lub przestrach...
— Karetka zatopiona — zapytywał Kerhoël najnaturalniejszym tonem.
— Tak, jak już mówiłem.
— Z adwokatem?
— Wszystka robiłem, by go ocalić, o małom sam nie przypłacił własną skórą.
— Biedny chłopcze.
— Drżę jeszcze... o, przypłacę podróż tę chorobą.
— Jesteś wytrzymałym przecież.
— To prawda, jednak ciężka to chwila do przejścia.
— Czy idziesz? Pan markiz oczekuje się niecierpliwie.
Bretończyk mając współczucie dla wydarzonego nieszczęścia, nie powątpiewał o szczerości opowiadania towarzysza, jednak nie uszło bacznej jego uwagi zmieszanie Rigaud’a, nie śmiejącego podnieść oczu, lampka na stoliku, gdzie nic nie leżało i suszące się ubranie przed ogniskiem.
Spostrzegłszy papier leżący na ziemi schylił się, aby go podnieść.
Jan Rigaud szybko podskoczył a odebrawszy mu, wrzucił do szuflady.
Joson udał, jakby nic nie zauważył, pytając łagodnie.
— Czy idziesz?
— Zaraz.
— Jeżeliś niezdrów, powiem, przyjdziesz jutro.
— Nie, nie — odrzekł Rigaud — idę zaraz. Idź naprzód, wychodzę natychmiast.
Bretończyk spełnił życzenie, lecz nadstawił uszu, co się za sim dziać będzie.
Przez drzwi zamknięte posłyszał szelest poruszanych papierów, potem zasuwanie szuflady, którą zamykano na klucz. O ile znał Jana Rigaud, podobna ostrożność zastanowiła go.
W kilka minut złączyli się razem.
— Pan markiz bardzo się zaniepokoił — odrzekł Kerhoël. — Wielkie nieszczęście nas spotkało. Zadowolony jednak, żeś ty się przynajmniej ocalił.
Rigaud ciężko westchnął.
Sto tysięcy franków mniej go nęciły, rad byłby, gdyby, można wszystko naprawić.
— Strasznie doprawdy patrzeć na ginącego w oczach człowieka — odpowiedział Rigaud.
Franciszek Valencourt, przechadzając się wzdłuż gabinetu, z rękoma założonemi na krzyż, oczekiwał polowego.
Joson Kerhoël chciał się oddalić.
— Nie odchodź — zawołał żywo.
— Co się stało? — zapytał Franciszek odwracając się do Rigaud’a. — Usłyszałem, jakoś powracał sam, bez powozu, przypuszczałem jakiś wypadek. Pomyślałem o stawie Neuf. Zawsze obawiałem się tego przejazdu, mówiłem o tem nieraz, jakby przewidując jakieś nieszczęście! Roboty odkładano z dnia na dzień...
— Co za błąd! Jak to więc było?
Polowy, z oznakami serdecznego żalu, opowiedział szczegóły.
Markiz słuchał w milczeniu.
— Biedny de Vernes, nie żyje? — rzekł pan de Blangy.
— Tak, panie markizie.
— Czyś tylko pewny?
— Niestety, panie markizie!
— Kazać przynieść tego nieszczęśliwego natychmiast. Nad ranem zawiadomić sąd, dać znać do Beaune. Poślesz kogo Josonie.
— Dobrze panie markizie.
— Co za katastrofa!
Pomimo skrytości charakteru i obłudnego żalu, Franciszek Valencourt zdradzał jednak radość, z pomyślnego obrotu zręcznie poprowadzonej sprawy, oswobadzając się od człowieka, mogącego mu szkodzić.
Kamerdyner i polowy oddalili się.
Markiz nic nadto nie powiedział, obaj spiskowcy jednem spojrzeniem dopowiedzieli sobie reszty. Niema ta komedyja nie uszła bacznej uwagi Bretończyka, ten wszystko jasno zrozumiał i był niemal pewien, że Jan Rigaud na rozkaz pana utopił de Vernes’a.
Bywają ludzie, na których cień podejrzenia paść nie może. Do rzędu tych zaliczał się markiz de Blangy.
Milijoner, wpływowy, otoczony zbytkiem, zaszczycany honorami, czegóż więcej mógł pragnąć, jakim sposobem mógł być wplątanym w wypadek dopiero co zaszły i do czego śmierć ta dogodną by mu być mogła?
Sprawiedliwość potrzebuje dowodu dotykalnego i pewnego, zdradzającego przestępcę. Czyn istniał, lecz bez wyznania winnych, jak go dowieść?
Markiz był silnym i dyplomatą, nie mógł się zdradzić. Jan Rigaud odpowiadał mu w zupełności. Zaślepiony miłością, zapragnął pieniędzy, nie przebierając w środkach, aby je zdobyć, chcąc tym sposobem zaimponować ukochanej by ją mógł otoczyć dobrobytem.
Franciszek de Blangy objawił najżywsze współczucie. Sławiono odwagę Rigaud’a, poświęcającego się dla ocalenia swej ofiary. Żaden więc z nich nie przedstawiał powodu do przypuszczania a tem więcej posądzenia o uczestnictwo w wydarzonym wypadku. Za duszę adwokata odprawiono egzekwie, zwłoki przewieziono do Paryża i złożone na cmentarzu Père-Lachaise, w grobie wystawionym kosztem markiza.
Zabójstwo to jednak inaczej zapełnię oddziałało na dwie osoby, a temi były pani de Blangy i Jan Rigaud.
Markiza zanadto sprytna i domyślna, zrozumiała, iż nikt inny tylko mąż jej był sprawcą i winnym nagłego zgonu adwokata.
Powodowana uczuciem niewieściem, nie miała odwagi wyjawienia myśli swych temu, którego postępowanie stawało się coraz niecniejszem.
Zemsta markizy wywołana szaloną zazdrością, osłabła przez lat 20 tryumfu. Występek zaś popełniony w interesie pieniędzy, przeszedł granice podłości, jakiej stała się spólniczką. Ponura milcząca, jakby przewidując grożące nieszczęście jej domowi, przelała całe swe uczucie dla dobra i szczęścia dzieci.
Jan Rigaud i tak już skryty i dziki, stał się bardziej milczącym, unikając ludzi... Dniem i nocą błądził po lasach i borach.
Markiz, dotrzymując obietnicy wręczył mu obiecaną sumę, nalegając aby się przesiedlił. Polowy prosił o zwłokę, podając możebność wywołania podejrzenia, gdyby tak nagle wyjechał z Blangy po zaszłym wypadku. Pan de Valencourt zapewniony o dyskrecyi służącego, zgodził się na żądanie Rigaud’a.
Dwie inne osoby, to jest Joson Kerhoel i Magdalena, fałszywa angielka miss Ellen Vanbury, podwajali czujność, pytając się z wrastającą ciekawością.
— Co się dalej dziać będzie?
Magdalena uśmiechała się złośliwie, niemal pewna, że chwila odwetu zbliża się.