Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVII.
Polowanie w zamku.

Połowa września, to pora największych rozrywek dla mieszkańców wsi. Zbiory pozwożone, bogactwa nagromadzone, obawy złego plonu lub zbioru usunięte, o krwawej pracy zapomniano. Zboże w stertach pokrytych jak chaty, ubarwiają pola piramidami lub napełniają gumna; siano pachnie w stogach, a właściciele folwarków wypoczywają po odbytych żniwach, oczekując winobrania.
Stada, pasąc się na koniczynie i lucernie, zbierają po ugorach przejrzałe ziarna, opadłe w bruzdy.
To wypoczynek dla panów i służących.
Zaledwie kilka pługów ciągnie na robociznę dla przygotowania ziem pod następne zasiewy.
W zamkach i dworkach przeciwnie, budzi się życie odrętwiałe nużącemi upałami lata. Wrzesień, to ulubiony miesiąc czcicieli świętego Huberta. Polowanie, najmilsza rozrywka paryżan. Ekwipują się oni od stóp do głowy: uzbrajają w różne narzędzia i siatki, zaopatrują w żywność i wyruszają z miasta na wieś.
Markiz de Blangy nie był myśliwym, lecz skąpcem, jedyna jego namiętność, to pieniądz, starał się bezustannie o powiększenie przedmiotu czci swojej, kapitału; marzył o nim, dniem i nocą, lecz nie zaniedbywał obowiązków pana domu, człowieka światowego. Stał na czele tych powinności, interesu i poszanowania, spuścizny, pokrywając tyle podłości, występków nawet, jeżeli nie przeciw prawu, to przeciw honorowi człowieka.
Nazajutrz po rozmowie markiza de Blangy z de Vernes’em i Janem Rigaud w zamku, od świtu panowało niezwykłe ożywienie.
Dzień zapowiadał się świetnio, urządzono wielkie polowanie dla przyjaciół z Paryża i sąsiedztwa.
Wielka uroczystość! rogi dojeżdżaczy rozbrzmiewały po gminie, szczekanie psów roznosiły echa po zaroślach, obijając się o szare mury. W oknach ukazywały się twarze gości zamku, badających horyzont co do możebnej pogody.
Musieli być w zupełności zadowoleni. Lekka mgła, unosząca się z trawników, opadała dużemi kroplami, ogrzana promieniami pogodnie wschodzącego słońca.
Lasy i drzewa, piętrzące się na pagórkach, rozpościerały w rannem świetle swe liście spalone skwarnem latem. Z drugiej strony, na prawo od parku, ciągnęła się nieskończona płaszczyzna, upstrzona wschodzącemi zasiewami, potrawem i ugorem, mając być popisem czynów łowieckich gości z de Blangy.
O godzinie 9 podano w wielkiej sali zamku śniadanie pożywne, zalewane szlachetnemi winami i nic, w tem swobodnem zebraniu, przeważnie bogaczy, zajętych flirtowaniem i przyjemnościami, dnia od tak dawna oczekiwanego, nie wskazywało, aby knuto w tem przepysznem mieszkaniu dramat, niby pożar w pierwszem zawiązku, którego nikt nie spostrzega.
Wokoło stola, pośród wrzawy ożywionej rozmowy, nowoprzybyli zapytywali półgłosem sąsiadów, powtarzane kilkanaście razy toż samo pytanie:
— Możesz mi pani powiedzieć, kto jest ta piękna osoba?
— Która?
— Ta oto.
— Przy panu Maurycym?
— Ta właśnie.
— To nowa nauczycielka.
— Angielka?
— Tak, jak miss Evelina, ta biedna, która zmarła...
— Mówią, że ze zmartwienia.... zawiedzionej miłości.
— Niewiadomo. Była bardzo wątłą...
— To tylko pewnem, że młody Maurycy jest bardzo rzutnym i rozpoczyna kręcić się koło nowej...
— Ani słowa! Mówiąc między nami.... jest upajającą!
— Nadzwyczajnie. Nie rozumiem markizy. Podobna dziewczyna, to zarzewie do wzniecenia pożaru.
— Zdaje się być bardzo skromną.
— Znasz przysłowie: cicha woda...
— Brzegi rwie.
— Złośliwcze!
Ogólnie zauważono, że młody Maurycy starał się całemi siłami ująć angielkę, nadskakując jej, gdziekolwiekby ją zoczył.
W ogrodzie parku, jadalni lub salonie; wyskakiwał z za krzaka, ogrodzenia, drzwi lub portyjery niespodziewanie, uganiając się za piękną blondynką.
Przy muzyce on siedział oparty, zachwycony, wsłuchując się w każdą nutkę. Gdy się przechadzała ze swą uczennicą, przybiega galopem, łącząc się w trójkę.
Zresztą miał wolne pole ku temu. Teresa, po powrocie z Allevard, i bliższem poznaniu nowej swej nauczycielki, przywiązała się do niej. Maurycy też pod pozorem wywiedzenia się o zdrowie siostry i wypadków podróży, znajdował niewyczerpany temat do rozmowy.
Przybycie Angielki wzburzyło krew w młodym człowieku, ożywiając go na nowo. Matka zauważyła w nim korzystną przemianę i winszowała jej sobie.
Kobieta jak miss Ellen Vanbury, w domu zimnym poważnym i uroczystym, jakim był zamek Blangy’ch, wywarła wrażenie jakby kaloriferu. Markiza nawet doznała szczęśliwych wpływów.
Wdzięk młodej dziewczyny pociągnął ją również jak i innych.
Pani de Blangy, podzielająca radość dzieci, pomimo obawy dręczącej ją z powodu skrytych planów spólnika de Vernes’a, ożywiała się, zapominając o wewnętrznem niepokoju, tak wpływ młodej, i sympatycznej Angielki działał na nią.
Po 20 latach niezakłóconej pomyślności, pretensyje de Vernes’a, trzymającego ją w zależności skutkiem współuczestnictwa w ograbienia wdowy po Filipie Valencourt, raniły jej dumę, paraliżując interesa jej męża. Obawiała się katastrofy, nie przypuszczając, aby ta cudzoziemka, przyjęta z prawdziwego popędu sympatii, miała stać się jej przyczyną.
Najniechętniejszy nie mógł nic zarzucić postępowaniu, ani ułożeniu Angielki.
Bez zaprzeczenia, była piękną; uroda jej pociągała wzrok; czem więcej przypatrywano się jej, tem znajdowano ja piękniejszą i poważniejszą; skromność i prostota ubrania i ruchów podwyższały jej wdzięk wrodzony.
Jakże można było nie ufać tej dziewczynie, której akcent, ułożenie i obyczaje, jednem słowem wszystko, pochodziło wprost z za Kanału Brytańskiego?
Śniadanie kończyło się; myśliwi rozproszyli się po wsi pojedyńczo lub grupami, jak kto chciał, bez naganki i obławy.
Posiadłość de Blangy zajmowała pokaźny obszar ziemi. Trzydziestu myśliwych, zaproszonych przez markiza, mogło błądzić swobodnie, każdy w swym okręgu, z wyżłem lub chartem do wyboru podług upodobania aż do obiadu. Teresa zaproponowała swej nauczycielce przejażdżkę powozem przez pola i lasy sam na sam, podczas gdy Maurycy nie odrywając oczów od angielki całował siostrę, mówiąc: „Przyjemnej przechadzki milutka siostrzyczko!“ stosując raczej swe wyrazy do jej towarzyszki.
Sprzyjała piękna pogoda!
Kuropatwy i zające z Cote-d’Or rzadko odbierały wizytę Nemroda, również przepysznie przybranego. Widocznem było, że chciał się podobać.
Kurtka z lekkiego sukna, granatowa, opięta na szczupłej figurze, kapelusz okrągły takiegoż koloru, pokrywał ciemne włosy, wąs podniesiony, jak u zagniewanego kota dzielił twarz na dwie połowy, gdzie widniały ostro zakończone rysy dawcy życia poprawione wdziękiem matki, śledzącej z ganku za dwojgiem swych dzieci, wejrzeniem czułem i troskliwem, zadziwiającem w tej nieubłaganej naturze, gdzie miłość macierzyńska zajęła miejsce innych oziębionych namiętności. Zalecała synowi nieśmiało na ucho.
— Rozumiesz Maurycy, bądź ostrożnym!...
Jan Rigaud śledził mało znaczące wypadki, nie tracąc najmniejszego szczegółu. On, także zajmował się nieustannie cudzoziemką.
Dopatrzył przez wysokie okna, wychodzące z dwóch stron zamku, z obszernej sali jadalnej, jak Maurycy de Blangy, siedząc przy nauczycielce, nachylał się co chwila dla wypowiedzenia tysiącznych grzeczności, jakie się oddaje sąsiadce, gdy się chce zyskać jej względy. W chwili rozłączenia się dostrzegł rzucone ku niej wejrzenia, nie łudzące zazdrosnych.
Oddalił się, notując w pamięci krzywdy wyrządzone jego ukochanej Róży Servai i miss Ewelinie, czyżby jego rozwiane marzenia, miały się znów odnowić.
Teresa poprowadziła nauczycielkę ku stajni.
Chora z Allevard ładną była z buzią bladą, osłoniętą szerokiem rondem bronzowego słomianego kapelusza, szczególnie dzięki interesującej swej postawie i anielskiej dobroci, nakazującej kochać ją i żałować wszystkim, którzy ją bliżej poznali. W alei stuletnich lip, miss Ellen Vanbury przyglądała się jej z wejrzeniem surowem, goryczą na ustach, brwiami zmarszczonemi.
Czy można było nienawidzieć słabą i cierpiącą tę istotkę, dobroczynną i litującą się nad biedą i nieszczęściem bliźnich. Doszedłszy do stajni, Teresa zawołała.
— Ludwiku!
Parobek, poruszający widłami podściółkę dla koni, które potrząsały łańcuchami, odwrócił się.
— Co panienka rozkaże?
— Zaprzęgnij moje kuce, proszę cię.
— Panienka pojedzie?
— Tak. Droga do Bellemare czy dobra?
— Niezła panienko.
Na wspomnienie Bellemare, nauczycielka wzdrygnęła się, lecz uczennica odwrócona od niej, niedostrzegła tego.
— Bardzo lubię ten spacer, odpowiedziała. Miss Elien Vanbury zbladła, a usunąwszy się pod wielkie drzewa, silnie westchnęła.
— Nazwa Bellemare przypomniała jej wszystkie urazy.
— Panienka wie — odezwał się parobek mówią, że Bellemare sprzedane.
— Dom pułkownika?
— Kilka dni temu, jak wieść ta rozeszła się. Pan markiz mógłby był tam wystawić ładny domek dla polowego. Od czasu, jak kupił lasy la Chaume, posiadłość dotykającą Bellemare, lecz, za pozwoleniem panienki, zwłóczył z dnia na dzień...
— Czy znasz nabywcę?
— Nie... jakiś cudzoziemiec, jak opowiadają.
Tak rozmawiając parobek zaprzęgał kuce, prześliczne małe korsykańskie zwierzątka, wysokie jak osły, z cienkiemi nogami, kształtnemi łbami, złotawej maści, koniki te mające uprząż najświeższej mody, przeznaczone wyłącznie były na spacery dla dziedziczki.
— Czy panienka nikogo z sobą nie weźmie? zapytał parobek.
— Nie, nie potrzebuję nikogo.
Młoda dziewczyna wskoczyła lekko w powozik, ujęła lekko lejce, umieściła koło siebie Angielkę i odjechała.
Powozik potoczył się w aleję parku, dalej na płaszczyźnie salutowany zdala od myśliwych, ożywionych chęcią zdobyczy zwierzyny zaniepokojonej od psów i strzałów ręcznej broni wjechał w wyrąb opustoszałych drzew, pokrywających przestrzeń pomiędzy Blangy i domem pułkownika.
Teresa zwolniła bieg koni, a odwróciwszy się do nauczycielki odezwała się pieszczotliwym głosikiem.
— Jak pani się podoba tutejsza okolica, miss Ellen?
— Bardzo jest piękną.
— Nie żal pani swoich stron?
— Któż to nie tęskni za swym krajem? — rzekła zamyślona Angielka.
— Szczęśliwa byłabym, gdybyś pani upodobała tak sobie u nas i nigdy nas nie opuściła.
Po chwili Teresa dodała:
— Pani pozostawiła rodziców?
— Nie mam ich już.
Nieśmiało lecz odważyła się jeszcze panna de Blangy na jedno pytanie.
— Przyjaciół, którzy pani są drogimi?
— Czyż biedni ich mają?
— Jakto, nawet jednego?...
Miss Vanbury poruszyła głową.
— Jednak jakże to przyjemnie pomyśleć, że się ma blisko czy zdala... kogoś co myśli o nas... rzekła młoda dziewczyna, że serce jego wtóruje naszemu.. nie będąc samą na świecie opuszczoną... mając przychylną duszę, do której można się uciec i schronić bezpiecznie, jak w ukrytem gniazdku przed wzrokiem wszystkich...
— Niestety są to marzenia tylko i dzieciństwo...
— Miss Ellen, żałuję panią — kiedy tak myślisz.
Teresa miała tajemnicę, pragnęła jednakże wyjawić ją przed kimś. Angielka spojrzała i dostrzegła, jak się zaczerwieniła po same uszy.
Kuce, doszedłszy na szczyt wzgórza, zatrzymały się.
Teresa dla niestracenia kontenansu zacięła je żywo i powozik ruszył kłusem z pochyłości dość niebezpiecznej, pomiędzy dwoma rzędami młodych wiązów, których liście tworzyły szpaler po nad drogą.
— Czy jesteśmy jeszcze w dobrach ojca pani? zapytała Angielka.
— Tak. Las ten należy do Blangy.
— Co za prześliczna posiadłość!
Teresa odpowiedziała niedbale:
— Taki majątek jeszcze szczęścia nie daje.
Nauczycielka pogrążyła się w zadumie. Tą więc drogą niegdyś ojciec jej, Filip Valencourt, często przebiegał do małego domku, który miała zobaczyć. Bolesne wzruszenie opanowało ją na wspomnienie zaszłych wypadków na początku dramatu, jaki chciała sama zakończyć tragiczniej niż się zaczął.
Kuce szły drogą, pozostawione same sobie przez młodą panią, która również zamyśliła się.
Koło godziny 1-ej, pod słońcem zakrytem lekką mgłą, u stóp spróchniałego drzewa, w którym niegdyś kochankowie składali swoje listy, młode dziewczyny dostrzegły w dolinie niezbyt zagłębionej pustkę w ruinach, w pośród ogrodzenia zarosłego roślinami pasorzytnemi, rosnącemi swobodnie, a panna de Blangy, wyciągając ręce zawołała:
— Bellemare!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.