Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
Zasadzka.

Adwokat wszedł ostrożnie, rzuciwszy wokoło obszernego pokoju wzrokiem niedowierzającym, lecz nie spostrzegł nic podejrzanego.
Franciszek Valencourt zamknął drzwi na klucz, a wracając do swego fotelu, rzekł:
— Aby nam nikt nie przeszkadzał, kochany przyjacielu. Interes, jaki mamy do omówienia, w dobrej wierze, nie potrzebuje świadków, zagaił markiz, śmiejąc się, gdyż był w wyśmienitym humorze.
Nie zwlekając, dążył do celu.
— Dałem ci czas do namysłu i sam zastanowiłem się nad tem, co mi pani de Blangy zakomunikowała o twych zamiarach. Masz racyją. Należy raz zakończyć. I abyśmy się nie irytowali na temacie dyskusyi, wyznaję ci, że się zgadzamy na zasadę. Wyświadczyłeś nam przysługę...
— Doskonale!
— Lecz uczyniona grzeczność datuje się od lat dwudziestu..., a po latach dwudziestu do niczego by nie doprowadziło wznawianie historyi, o której dziś już nikt nie myśli, którą pogrzebano w ciemnościach przeszłości?
— Tak pan sądzisz?
— Czyż lat dziesięć nie wystarcza do uniewinnienia człowieka najwystępniejszego nawet na ziemi?
Adwokat wprawił go w kłopot, odcinając się.
— Lecz do lat trzydziestu spadkobiercy Filipa Valencourt mają prawo dochodzić sukcesyi po ojcu.
— Zgadzam się. Musieliby przecież złożyć dowody, prawdopodobieństwo, dokumenty?...
— Mam je, — odrzekł stanowczo de Vernes.
— Właśnie pani de Blangy mówiła mi o tem.
Kasztelan nie uniósł się; jak zwykle zimny i pełen godności, zdawał się nawet winszować przeciwnikowi zręczności, z jaką ich podszedł.
— A! filucie — rzekł uśmiechem, znasz zasadę: należy schować co pieniędzy na nagłą potrzebę...
— Cóż robić? na mojem miejscu!...
— Ha! ha! ha!
— Pan byś też pewno nie inaczej postąpił, dokończył de Vernes.
— Może.
Trudno było o lepsze usposobienia. Markiz ciągnął dalej.
— Po co dysputować dłużej, żądasz pieniędzy, wypłacę ci je. De Vernes potarł sobie nos.
Tak niespodziewana łatwość w ugodzie zdała ma się nieprawdopodobną. Jak ślimak ukrył rogi w swej muszli. Oparty o poręcz fotelu słuchał, wpatrując się w markiza.
— Bah! mówił dalej markiz, dobrowolnie nie umrę od tego. Czegóż mi brakuje Niczego. Jakie mogę mieć jeszcze życzenie? Spokoju, wypoczynku, aby używać dowoli zadziwiającej pomyślności. Przytem — dodał z we wewnętrznem przekonaniem — znasz moją słabą stronę. Obawiam się wszystkiego tego, co może sprowadzić skandal. I twemi papierami, dokumentami listami i usiłowaniami nic nie zdziałasz, nic a nic, wiem o tem, moja pozycyja jest niezachwianą, lecz procesując znieważamy się, wyszydzamy, oczerniamy! Oto czego pragnę uniknąć! A więc ułóżmy się.
— I owszem.
— Lecz już raz na zawsze, stanowczo.
— Niech i tak będzie.
— Bez gróźb, wykrętów, upominań się!...
— Zależy to od was!
— Chodzi więc tylko o ustanowienie ceny.
—— Wiesz już jaką jest.
— Doprawdy... Żądasz?...
— Milijona.
— Ależ...
— Jest to ostatnie moje słowo.
— Ile ustąpisz.
— Ani szeląga mniej.
— Przecież... zastanów się...
— Już to uczyniłem!
— Słuchaj Zaokrąglę... Pięć kroć sto tysięcy franków...
— Sukcesyja po Filipie Valencourt, spadkobiercy wuja, wartą była co najmniej pięć milijonów... Przez dwadzieścia pięć lat potrójna się stała... Majątek twój jest olbrzymim.
— Nie takim jak sądzisz!
— Cóż to znaczy milijon dla ciebie?
— Eh! milijon znaczy jak i dla innych.
— Dajże pokój! rzekł de Vernes, zadowolony, widząc Franciszka Valencourt zgodnym dla załatwienia sporu, dla ciebie suma ta małoznacząca, dla mnie wygodna, zabezpieczająca przyszłość. Jestem w interesach, żądam części zysków... Cóż może być naturalniejszego?
— Zapewne... lecz pięćkroć sto tysięcy franków!
— Nie, nie i jeszcze raz nie! powtarzał de Vernes, podnosząc się. Milijon albo nic.
— A jak się nie zgodzę, co zrobisz?
— Przewrócę Paryż i prowincją odszukam spadkobierców Filipa Valencourt, zdradzonych przezemnie na waszą korzyść i powiem im: Zaskarżmy. Podejmuję się bronić... I zmuszę was do układów których mi odmawiacie...
Franciszek Valencourt sapał jak foka. Wąskie i zacięte usta zaledwie widziane, drżały od złości.
— Nie śmiałbyś, powiedział.
— Owszem, czemużby nie. Po tem co zaszło nie możesz mieć do mnie urazy. Potrzeba mnie zmusza... Przyparty jestem ostatecznością. Mam tylko jedną drogę do wyjścia. Używam jej.
Markiz zrobił ostatni wysiłek.
— Nie zgodzisz się gdy ci powiem.
— Zgadzam się, lecz pod warunkiem...
— Jakim?
— Że mi przysięgniesz iż nie zatrzymasz żadnego papieru, najmniejszego dowodu...
— Rozumie się.
— Pod słowem honoru! Śmiesznie posługiwać się tem wyrażeniem nieprawdaż, lecz sądzę, że i rozbójnicy kalabryjscy wołając do podróżnego: „Życie albo pieniądze“! nie wiedzą przecież co to jest honor, podług starego sposobu zapatrywania się.
— Zgoda: Pod słowem honoru.
Odeszlesz mi te papiery do Paryża?
— Niepotrzebnie.
Dlaczego?
— Nie są tak daleko.
— Masz je.
— Wszystkie.
— Oddaj mi je, a w zamian, dam ci czek na Paryż... albo pieniądze, jak wolisz.
— Czek jest dogodniejszym.
— Dobrze.
— Kiedy skończymy.
— Jak będziesz chciał.
— Jutro?
— Niech będzie i jutro.
— A potem?
— Potem — rzekł de Vernes rozpromieniony, każesz mnie odwieźć na kolej, i pojadę odebrać moje pieniądze.
— Posłuchaj mej rady. Umieść je solidnie w papierach wartościowych... Zapewnij sobie rentę dożywotnia... A szczególniej nie graj w karty. Karty cię zgubiły.
— Dziękuję.
— A więc do jutra.
— O której godzinie?
— Chcesz jechać pośpiesznym, wieczorem?
— Tak.
— W pół do pierwszej z Beaune. Tutaj, w moim gabinecie, jutro po obiedzie. Będziesz miał już i papiery.
— Wszystkie bez wyjątku.
— Czek będzie też przygotowany.
— Trochę to za drogo!
— Bah! jesteś tak bogatym.
— Wszystko jedno, przykra to pigułka!
— Będzie już ostatnią.
— Liczę na to!
Posiedzenie zostało zamknięte, Franciszek Valencourt odprowadził adwokata do połowy sąsiedniego salonu, żegnając go wyrzekł skromnie:
— Cyt, ani mru-mru! Szczęśliwy człowiek! Wyrwałeś mi pióro ze skrzydła, duże pióro...
Patrzał za nim, póki się nie złączył z przechadzającemi się gośćmi.
Powrócił do biurka, odsunął rygiel jak za pierwszym razem, a podnosząc portjerę sąsiedniego gabinetu wołał!
— Rigaud!
Polowy wyszedł.
— Słyszałeś?...
— Kilka słów niedokładnie, panie markizie.
— A zrozumiałeś?
— Bardzo niewiele... o tyle tylko, że ten mężczyzna wymagał pieniędzy.
— Wiesz ile?
— Nie, panie markizie.
— Piękną sumę, Rigaud, nie tak łatwa do zebrania.
Polowy sądził, że pan jego nie wiele zadawał sobie trudu dla powiększenia majątku. Pieniądze same mu w ręce wchodziły.
— Jest to suma, sama przez się stanowiąca majątek — odrzekł markiz.
— Biedak jak ja, nigdy nie dojdzie do takiej.
— To zależy z tem co ci ofiarowuję, reszta sama się dopełni.
— I trzeba będzie? — zapytał Rigaud.
— Czek jaki dam temu adwokatowi, odebrać.
— Do kata. A jak nie zechce?
— To mu odebrać siłą.
— Ryzyko, można się narazić! będzie się bronił. Markiz uspakajał go po przyjacielsku:
— Będzie się bronił, gdy go napadniesz. Lecz, Rigaud, mam cię za bardzo roztropnego.
— Pan markiz zaszczyca mnie.
— Pomyśl, że i ja nie chciałbym się skompromitować za jakąkolwiek cenę. Prawdziwie, ma pan Markiz zupełną racyją.
— Są inne sposoby spokojniejsze i pewniejsze.
— Jakie?
— Oh! jest ich kilka.
— Ale tak naprędce, naraz?
— Wypadek naprzykład, pozbycie się niebezpiecznego człowieka, nie przedstawia zbyt wielkiej trudności.
Polowy wytrzeszczył oczy.
— Otóż przypuśćmy, że cię wysyłam, abyś odwiózł adwokata na pociąg kolei z Beaune.
— Jutro wieczór?
— Jutro wieczorem, z zapadnięciem ciemności nocy, koło dziesiątej.
— Dobrze.
— Droga jest otoczoną wyrębami, o tej porze wyjątkowo kogo spotkać tam można.
— Słusznie.
— Przy Brosse droga prowadzi koło stawu Neuf.
— Doskonale.
— Most nie ma poręczy.
— Przepowiadano nawet, że łatwo się można tam zabić. Dwadzieścia stóp pochyłości.
— Sześć metrów woda głęboka. Umiesz pływać, Rigaud?
— Jak ryba.
— Jeśli przypadkiem pokierujesz źle koniem, powóz stoczy się z pochyłości, a człowiek, którego powieziesz, utopi się niechybnie.
— Prawdopodobnie.
— Gdyby mu jeszcze dopomódz. Dla większego dobrodziejstwa, w chwili, gdy pojazd będzie się staczał z pochyłości, możesz wyskoczyć na szosę, aby nie skręcić karku.
— I ja tak myślę, panie markizie.
— Odbierzesz topielcowi te oto papiery. Patrzaj. Wypisano dużomi literami, miljon.
— Widzę, panie markizie. To aż miljon daje pan markiz temu adwokatowi?
— Taką sumę, pomyśl tylko.
— Do licha!
— Podobny wypadek nie zwróci niczyjej uwagi. Czyż codzień nie zdarzają się nieszczęścia, a nikogo to nie zadziwia. Kombinując ułożony plan, uważam że nie jest złym.
— Ten nawet uważam za niezawodny...
— Zgadzasz się go spełnić? — zapytał Franciszek Valencourt.
— Wyznaję, panie markizie, że gdyby to mi pan zaproponował przed dwoma tygodniami, nie zgodziłbym się za żadną cenę.
— A dziś?
— Przystaję.
— A dlaczego byłbyś odmówił przed dwoma tygodniami?
— Bom nie miał celu.
— A teraz?
— Mam go i oto różnica.
Franciszek Valencourt zadał sobie pytanie, co spowodowało polowego do przyjęcia propozycyi, lecz nie odgadł.
Ostatecznie, co go to obchodziło. Najważniejsze spełnione. Jan Rigaud podjął się wykonania jego planów.
— A więc umowa zawarta?
— Tak, panie markizie.
— Powieziesz de Varnes’a do Beaune?
— Powiozę.
— I w drodze?
— Przewrócę koło stawu Neuf.
— Pasażer się utopi.
— Może pan markiz być pewnym.
— Papiery moje odniesiesz mi?
— Niezawodnie.
— W zamian wypłacę ci pięćdziesiąt tysięcy franków.
— Przepraszam!
Markiz sądził że się przesłyszał.
— Co mówisz?
— Mówię Przepraszam!
Dlaczego?
— Żądam podwójnie.
— Sto tysięcy! Ależ!
— Pozwoli pan markiz, że z tego co mu zwrócę i tak jeszcze pozostanie panu dziewięćkroć sto tysięcy franków w zysku.
— Cudownie obliczasz, Rigaud, dojdziesz do majątku.
— Dziękuję za dobrą wróżbę panu markizowi. Jaka więc ostatnia decyzyja pana markiza?
— Nie odmawiam ci mój przyjacielu, daję co żądasz.
— Zgoda.
— Jeżeli interes zręcznie poprowadzisz, dodam ci jeszcze na szpilki.
— Dziękuję panu i postaram się zarobić na nie...
— Do jutra, więc Rigaud.
— Do jutra, panie markizie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.