Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.
Stroniący od ludzi.

Przed podróżą du Beaune, Jan Rigaud był ponurym i małomównym. Od tej zaś pory czy powrotu, stał się jeszcze dzikszym, unikając towarzystwa nawet swych towarzyszy. Goście z kawiarni du Comerce widywali go coraz rzadziej, wchodził na chwilkę ale wychodził też zaraz, tłomacząc się rozkazami, które miały być społnionemi, co tu nikogo nie zadziwiało.
Cassegrain mówił do innych: Ho! ho! coś mu tam znów dogryza.
Pitard potwierdził — dodając:
— Mnie się zdaje, że ta, nowoprzybyła utkwiła mu we łbie.
Wiedziano o jego nieszczęśliwem uczuciu dla Rosy Servais, później dla poprzedniej nauczycielki. Nie było więc nic dziwnego, że znów Miss Ellen stała się przedmiotem jego marzeń.
Cassegrain zaopinijował ostatecznie:
— Zobaczycie, że z podobnemi myślami dojdzie do warjacyi.
Odtąd, każde ukazanie się Jana Rigaud u wdowy Lebidois, było przyjmowane wybuchami sypiących się żartów. I prawdę było, że Rigaud’a wzburzyła dwugodzinna podróż z prześliczną blondynką, która zwróciła uwagę mieszkańców de Blangy, od pierwszej niedzieli ukazania się jej w kościele, po przyjeździe do zamku.
Wciągu kilka chwil wszystkie płomienie miłości zawarte w tej gwałtownej duszy rozgorzały. Ideał za którym tęsknił, stanął przed nim przerywając jego samotne marzenia. Uczucie egoizmu i zazdrości, potęgując się, owładnęły nim.
Młoda dziewczyna jakby powodowana proroczym duchem, rozmawiając z nim, zrozumiawszy tajoną sympatyję, pozostawiała go w miłem zładzeniu wzajemnej życzliwości.
Jan Rigaud należał do rzędu ludzi milczących i nie powierzających swych uczuć i zamiarów nikomu z lubujących się w samotności.
Zajęcie jego w zupełności było mu odpowiedniem. Dumny a nieśmiały, zapamiętały i zazdrosny, żądny majątku, nie dla wartości pieniędzy, lecz, że złoto utoruje mu drogę do względów eleganckich kobiet do których nie śmiał się zbliżyć, śledząc tylko za niemi wzrokiem pożądliwym i chciwym, miał upodobanie w przechadzkach wśród lasów, nie rozmawiając z nikim i przepędzając całe godziny, rozłożony na pochyłości stawów, zarosłych trzciną i roślinami wodnemi, których pełno było na każdym kroku w lasach Burgundyi.
Jedyna chwila dnia, w której się łączył z drugimi służącymi zamku była pora obiadu, chociaż i tak często jeszcze nie przybywał zadawalniając się kromką chleba zapomnianą w kieszeni ubrania, zalewając ją wódką ze swej flaszy z dyni.
Widząc go przechodzącego, wyprostowanego, z fuzyją przewieszoną przez ramię, przyczem wysmukła jego figura, obciśnięta była mundurem, zapiętym na srebrne guziki, w pasie skórzanym miał herby de Blangy’ch — okoliczne kobiety kłaniały mu się z pewnemi względami, witając trwożliwie jednem: Dzień dobry panie Rigaud! mówiąc w duchu: piękny to jednak chłopiec! Lecz on nie zwracał na nie większej uwagi, niż na zwierzęta rogate poruszające dzwonkami w leszczynie pod dozorem pastucha gminnego.
Żadna i wszystkie razem te wieśniaczki, nie pociągały go od dnia, w którym ujrzał Miss Ellen Vanbury, czyli raczej Magdalenę Arbaud: stała się ona jedynym przedmiotem jego myśli i zabiegów.
Cóż to za różnica pomiędzy temi wieśniaczkami rudemi i ordynarnemi, a tą białą dziewczyną o matowej twarzy jak listki róży herbacianej, zakrywającej na wiosnę front jego domku.
Zajęła jego serce, oczy, duszę, harmoniją głosu i urokiem uśmiechu.
Odtąd miał jedną tylko troskę, sobaczyć ją.
W dzień śledził ją wszędzie, gdzie szła, nie będąc widziany.
Nocą stał na straży pod drzewami, zkąd mógł dostrzedz okna jej pokoju.
Czasami odważał się zamówić kilku małoznacznemi wyrazami, widząc ją spacerującą po parku.
— Przyzwyczaiła się już pani?
Albo:
— Czy wszyscy są dla pani dobrzy?
Odpowiadała mu z pociągającym wdziękiem, bardzo łagodnie i grzecznie, jak gdyby mówiła do towarzysza lub przyjaciela.
Pewnego poranku, wstawszy wcześniej niż zwykle, przechadzała się sama podług zwyczaju, zanim panna de Blangy wyszła ze swych apartamentów: rozmawiali wtedy dłużej.
Jan Rigaud, zaczął się jej zwierzać.
Zaledwie dopiero dwa tygodnie minęło jak nauczycielka przybyła do zamku, a już pewna zażyłość panowała między nimi.
Rigaud opowiadał jej o chęci zdobycia majątku. Gdyby miał tylko pierwsze fundusze, nie troszczyłby się o niepomyślny obrót, lecz zkąd ich wziąść? Potem przesiedliłby się. Z silną wolą i energiją dla wzbogacenia przyjaciółki kobiety, do czegóż się nie dochodzi? Lecz, nic!
Młoda dziewczyna zachęcała go.
Prawdziwie, że miał słuszność. Inni podochodzili do wszystkiego, zaczynając od niewielkich rzeczy. Wymieniała mu przykłady jakie widziała w Ameryce.
Ona też wzajemnie zwierzała się ze swojem życzeniami polowemu. Ona także pragnęła bogactwa, aby być niezależną.
Pieszczotliwem spojrzeniem otaczała Jana Rigaud, wzniecając w jego ciele dreszcze namiętne.
Jest to gra, w której się łatwo traci rozum.
W środku sierpnia głowa polowego burzyła się jak lawa wulkanu przed wybuchem.
Szesnastego tegoż miesiąca, przy ukończenia śniadania, Joson Kerhoël położył mu rękę na ramieniu:
— Jak zjesz śniadanie, idź do pana markiza, który cię do siebie wzywa.
Joson i Rigaud wzajemnie się podobali.
Czuli wspólny pociąg sympatyi, pomimo że mało co z sobą rozmawiali, nie będąc z natury gadatliwymi.
Zresztą, Joson był ogólnie i dla wszystkich dobrym i grzecznym.
— Czego markiz chce odemnie? — spytał polowy.
—Nie wiem... tylko...
— Co? — powiedział Jan Rigaud, wpatrując się badawczo w Bretończyka, zachowującego się dwuznacznie.
— Tylko — rzekł Kerhoël — mój dobry Rigaud, słuchaj go uważnie i zastanów się, zanim co odpowiesz.
— Ty coś wiesz!
— Ja! Nic!
— Dajesz słowo honoru?
— Słowo honoru.
— To dobrze.
Bretończyk nie zalecał ostrożności polowemu. Nie potrzebnem mu to było.
Często spotyka się więcej finezyi i ostrożności między prostymi służącymi, niżeli panami w ambasadzie.
Z tonu Kerboël’a, Rigaud odgadł, że zachodzą jakieś niezrozumiałe rzeczy w Blangy. Był też i on o tem oddawna przekonany, nie wiedząc przecież nic stanowczego, opierał swe przypuszczenia na pogłoskach, obiegających po okolicy.
Historyja z pułkownikiem Stefanim, jego córką Magdaleną i Filipa Valencourt, miała miejsce przed kilkunastu laty, jednak nie zapomniano o niej.
Goście z kawiarni Lebidois, od czasu do czasu przypominali ją, przyczem Cassegrain i Pitard byli jak najgorzej usposobieni dla Franciszka Valencourt.
Dopiwszy kawy, polowy udał się na taras, gdzie markiz przechadzał się z gośćmi, wpośród których de Vernes zabawiał rozmową zgrupowane wkoło damy.
Rigaud zbliżył się, oczekując rozkazów.
Maurycy de Blangy spacerował w pewnej odległości sam na sam z nauczycielką. Polowy zmarszczył brwi, a markiz jednocześnie prawie dał mu znak, by szedł za nim, mówiąc po przyjacielsku do de Vernes’a.
— Chwilkę jeszcze!
Zawrócił do zamku. Wszedłszy do gabinetu, upewnił się czy drzwi zamknięte. We dwóch więc tylko się znaleźli. Najgłębsza cisza zalegała ten pokój z grubemi marami, wysokiemi sufitami i dębowa posadzką. Spuszczone story przepuszczały niewiele światła.
Przez kilka minut Franciszek Valencourt jakby zakłopotany, nic nie mówił. Bywają kwestyje trudne do wypowiedzenia. Nareszcie odezwał się:
— Rigaud, jesteś-że nam życzliwym?
— Chyba pan markiz nie wątpi.
— Zapewne, że nie; lecz przychodzi mi zażądać dowodu twego ku nam przywiązania, który może ci się wydać nadzwyczajnym.
— Pan markiz wie, że zawsze gotów jestem na jego rozkazy.
— O tyle, o ile się tyczy strzeżenia mych posiadłości, lecz dziś, wyznam ci w zaufaniu, chodzi o ocalenie czegoś innego.
— Czego?
— Honoru imienia naszego.
Słowa te wypowiedział markiz głosem przyciszonym. Oblicze jego przybrało wyraz złowrogi, a pergaminowa powłoka skóry stała się żółciejszą niż zwykle.
Jan Rigaud, zakłopotany, obracał w ręku kaszkiet. Postąpił podług rady Josona Karhoël, przygryzł język, nie wymówiwszy ni słowa.
— Zrozumiej, że interes jest poważny. Gdyby ci się przysługa ta zdała za przykrą, mój przyjacielu, pozostawię ci swobodę, nie biorąc ci za złe, gdy mi odmówisz.
Dam za wygranę, odrzucając interes. Pokładam zaufanie tylko w tobie jednym.
Po takiem pochlebstwie Jan Rigaud skłonił się, nic nie odpowiedziawszy.
Franciszek Valencourt mówił coraz ciszej:
— Pojmujesz zapewne, że nagroda za usługę będzie odpowiednią do jej ważności, i dodam nawet, że to jedyna dla ciebie może sposobność dla zdobycia odrazu fortuny.
Fortuny? Co przez to rozumie ten kusiciel? Oczy polowego zwracały się, to na markiza, to gdzieś w jakąś odległą przestrzeń, jak gdyby myśl jakaś błąkała się w koło niego.
Tak, markiz wymówił to, aby go zachęcić, wszakże rozrzutnym nigdy nie był. Znano go w okolicy i dalej jeszcze; eh, jakiś tysiąc lub dwa tysiące najwyżej.... bzdurstwo takie!
Franciszek Valencourt dostrzegł nieznaczny ruch wzgardy, podnoszący ramiona polowego i jakby przenikając myśl jego rzekł:
— Nie cofnę się, przeznaczając 30, czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt tysięcy franków — zrobił nacisk na pięćdziesiąt tysięcy — temu, który by podjął się wykonania mych planów.
Pięćdziesiąt tysięcy franków olśniło Jana Rigaud. Nie marzył nawet o podobnej gratce.
Wysłużonemu żołnierzowi, który nie odziedziczywszy ani grosza po rodzicach, miał sześć tysięcy franków pensyi rocznej u markiza, stół i ubranie, — pięćdziesiąt tysięcy franków wydało się ogromną sumą.
Franciszek Valencourt wymiarkował, jakie zrobił wrażenie taką ofiarą, kończył więc dalej:
— Z taką sumą, człowiek jak ty, może dojść do wielkiego majątku, przesiedlając się tam, gdzie widoki zysku są wszelkie, do Algeryi lub Tunisu; ziemia, nietknięta lemieszem, przedstawia świetny interes dla przybywających kolonistów. Za jakie piętnaście lat można zostać milijonerem... Wrazie potrzeby dopomogę ci i tam nawet... Można otrzymać.... koncesyje.... przynoszące wielkie zyski.... Pewne wpływy... Ja je mam!
Jan Rigaud, oszołomiony z początku, odzyskał swą zimną krew. Po raz pierwszy roztworzył usta.
— Pan markiz obsypuje mnie łaskami, nie nadmieniając czego żąda w zamian za tę sumę.
— Przedewszystkiem czy mogę liczyć na twą dyskrecyję, gdyby się co stało?
— Na pewno.
— Przysięgnij.
Głos Franciszka Valencourt był zmieniony, pomieszanie jego było widocznem.
— Przysięgam, odpowiedział polowy.
— Oto, czego żądam od ciebie...
Markiz zatrzymał się. Wyjaśnienie mogło stać się niebezpiecznem. Znalezienie się energiczne służącego imponowało panu.
— Człowiek.... jeden z tych adwokatów zepsutych, nie cofających się przed żadną infamiją, rości sobie pretensyją, iż posiada tajemnicę, mogącą zakłócić spokój i kompromitującą dom mój.
Jaki może być ten sekret, mało mnie to obchodzi. Ciągnie z nas zyski, żądając opłacenia milczenia ceną wygórowaną. Nie mogę zgodzić się na przyjęcie takich warunków. Mam ja i inne powody użalania się na niego.
— Cóż więc? — zapytał Rigaud, nachylając się do markiza.
— Postanowiłem pozbyć się go.
Jan Rigaud odskoczył.
— Pan mówi?...
— Pozbyć się go.
— Ach, do licha!
— Oh! po prostu, bez hałasu, pod pozorem wypadku, nie kompromitując ani mnie, ani ciebie.
— Czy to możebne?
— Nietylko możebne, lecz nietrudne i bezpieczne.
— A kiedy ma nastąpić wykonanie?
— Za dni kilka.
— Tak prędko!
— Cóż to znaczy chwila?
— Do kaduka! — powtórzył Rigaud, zrozumiawszy o co idzie.
— Zaręczam ci, że się nie narazisz na najmniejsze nawet niebezpieczeństwo.
— Przecież!...
— Przekonasz się.
— Nie powiedział mi pan markiz, kim jest ten człowiek.
— Prawda.
Zapukano do drzwi. Markiz podniósł cię, mówiąc po cichu.
— Zobaczysz go.
— Czyż to on?
— Ten sam właśnie.
Wskazał polowemu gabinet ukryty za małemi drzwiczkami, popychając go w tę stronę.
— Zaczekaj i milcz.
Zamknął drzwi od gabinetu za sobą, zwracając się do tych, gdzie pukano po raz drugi i roztworzył je.
— Proszę cię kochany przyjaciela, oczekiwałem cię.
Nowoprzybyły wszedł.
Był to de Vernes.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.