Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.
Pocałunek Judasza.

Miłe to godziny spędzone w towarzystwie myśliwych, na polowaniu w okolicy obfitującej w zwierzynę, z wytresowanemi psami, wyżłami lub chartami. Francyja posiada ich mnóstwo, rozmaitych gatunków i maści, lecz moda, moda głupia wymaga, by je sprowadzano z zagranicy.
Zamiast naszych wiernych, dawniejszych towarzyszy, dostarczają nam foxhandów czyli psów do polowania na lisy, nasze jamniki, ponterów czyli wyżłów, bludbandów rodzaj ogarów. Podług też mody angielskiej zaprowadzono wczesne herbaty, oddzielne ogrody, obicia papierowe, dragi i inne wynalazki ożywionych nieprzyjaciół Francyi.
Drag w szczególności, jeden z najszczęśliwszych wynalazków tych pomysłowych umysłów.
Pewno nie wiecie, co to jest drag?
Wyobraźcie sobie, zamiast sarny, dzika lub jelenia, pociągających za sobą psiarnie, poczet koni, jeźdźców złożonych z czystej krwi dżentelmanów, ścigających gałgan umaczany w esen-cyi anyżowej lub nasmarowany kilkunasta wędzonemi śledziami i przyczepiony do sznurka, który ciągnie za sobą jeden z przodujących.
Psy wpadają na trop, a cała kawalkada posuwa się w pole jak huragan.
Hura za starą Angliją i Wielką Brytaniją!
Powróćmy do polowania w Blangy, rozpoczętego w najlepszem usposobieniu.
Gajowi skierowali myśliwych do okręgu obranego przez kuropatwy i zające, na czele z Janem Rigaud wyróżniającym się uczynnością i uprzejmością.
Bardzo usłużny, szczególniej dla adwokata, zawdzięczającego Janowi, że został jednym z królów polowania. De Varnes był w wysokim stopniu zadowolonym. Radość biła z całej jego postaci, lekko zmienionej dwudziestopięcioleciem szaleństw i trosk. Od trzech tygodni pobytu jego w Blangy nie poznawano go, tak świetnie wyglądał. Niespodziewane zabezpieczenie przyszłości wprawiło go nietylko w najlepszy humor, lecz zdobyty tryumf widniał w całej jego osobie.
Bezwątpienia, iż papiery sprzedane Franciszkowi Valencourt, tak skąpemu, chciwemu, nieużytemu, miały wielką wartość, ale milijon za nie! Byłby w kłopocie, gdyby mu kazano je oszacować; listy te niewyjaśniające, mogące być przedmiotem sporu, nie służyły za dowód, zresztą gdzie znajdują się spadkobiercy Filipa Valencourt i kto z nich żyje jeszcze? Nikt nie zakłopotał się po ich zniknięciu.
Zresztą cała ta przygoda już się przedawniła. Markiz ulegając żądaniu adwokata zabezpieczał prawdziwą wygranę Vernes’owi. Słowo dane i za godzin kilka miało być dotrzymanem. Milijon! Marzenie wszystkich tegoczesnych, słowo magiczne, klucz roztwierający olśnionym oczom niebo nieznanych rozkoszy i nasyconych namiętności. De Vernes marzył o nich, obiegając bruzdy.
Przed nim i za nim, na prawo i lewo ulatujące kuropatwy i zające opuszczające kotliny, wystraszone zmykały przed rażącemi je strzałami i kulami, przebijającemi im skórę.
Uroczysty ten dzień zakończył się jak i inne!
Po polowaniu podano obiad.
Nowa feta! Hulanka żołądka! Rozkosz dla wzroku i podniebienia.
Pięćdziesiąt nakryć w obszernej jadalnej sali, przy blasku płonących światłem żyrandoli; na stołach, zastawionych kwiatami, ciężkie srebra powyjmowano z pak; kobiety w balowych toaletach, z obnażonemi ramionami, kolijami z pereł na szyi, soliterami w uszach; mężczyźni we frakach, bukiet ludzi światowych, ożywionych opowiadaniami powodzeń w ciągu dnia flirtem zakochanych.
Ileż to intryg łączyło się z życiem zamku!
Nakoniec szampan przerzedził szeregi i toasty za amfitryjona.
Obiad przeszedł tak jak i polowanie.
Goście rozproszyli się każdy podług swej woli, jedni wyszli na peron dla zapalenia cygar i orzeźwienia się przepyszną atmosferą pięknego wieczoru, inni udali się do salonu, pragnąc porozmawiać swobodniej, zanucić przy fortepianie, lub potańczyć w mniejszem kółku.
Franciszek skinieniem wezwał swego przyjaciela de Vernes‘a.
— Postanowiłeś więc koniecznie nas opuścić? — zapytał z ujmującą grzecznością.
— Stanowczo.
— Mógłbyś się zatrzymać do jutra.
— Dziękuję.
— Dla czegóż?
— Mam być otwartym?
— Proszę cię o to.
— Rozumiem, że widok mój nie byłby wam zbyt przyjemnym.
— Z jakiego powodu mówisz to?
— Ani słowa! pomyśl o kimś, który ci wyrywa trzonowy ząb, milijon.
De Vernes był bardzo wesołym, lub też skrywał się sam przed sobą, lecz na tym punkcie Franciszek Valencourt nie ustępował mu.
Najmniejszego pozoru żalu.
— Dla czegóż miałbym ci być niechętnym? Dobrze odegrane Marguerito! odpowiedział z dobrodusznym uśmiechem. Tyś odebrał swój udział, to prawda, ale nasz i tak jeszcze więcej wart.
De Varnes’a, pomimo jego przebiegłości oszukała dobroduszność markiza.
— Wyznaję szczerze, pomyślał, iż ten potwór jest lepszym, niż sądziłem!
Godzina oznaczonego wyjazdu zbliżała się, należało więc zakończyć interes, potrzebujący zaledwie kilku minut na wymianę umówionych dowodów.
Franciszek Valencourt i adwokat zamknęli się w pokoju kasztelana i krótka rozmowa zakończyła się między nimi tylko:
— Masz listy?
— Oto są.
De Vernes podał markizowi niewielką paczkę kilkunastu listów, pisanych ręką Filipa, adresowanych do żony tegoż, Magdaleny Stefani.
Franciszek na widok tego pisma, budzącego w duszy smutne wspomnienia, nie okazał najmniejszego wzruszenia. Pierś jego opancerzona była potrójnym śpiżem.
Na prędce sprawdził co zawierały, odczytał bez najmniejszej zmarszczki słowa miłości, których woń przeżyła oboje kochających się, wywołując z ust markiza zdanie, które wstrząsnęły adwokatem:
— Mój kochany, czyż to warte tych pieniędzy?
De Vernes uczuł nieprzyjemny dreszcz.
Czyżby ten rabuś nie dotrzymał słowa?
Gotów był rzucić się jak tygrys dla wyrwania drogocennego łupu.
Uspokoił się wkrótce, usłyszawszy oświadczenie milijonera:
— Pozostając uczciwym, daję to, o cośmy się ułożyli. Nie masz nic więcej?
— Nic.
— Słowo...?
— Słowo honoru.
Czy była prawda na co dawał słowo honoru? Zobaczymy.
Franciszek Valencourt spojrzał podejrzliwie, mówiąc:
— A więc i ja się uiszczam.
Wyrwał z karnetu czeków arkusz, na którym napisał wyraźnie:
— Milijon!
Pod spodem widniało jego imię i nazwisko ze wszystkiemi tytułami.
— Podług formy? zapytał.
— Doskonale.
— Wszystko więc zakończone?
— Wszystko.
— I na zawsze?
— Na zawsze.
— Drogo mnie to kosztuje, lecz w tym wypadku, nie żałuję. Oddaj sprawiedliwość mej prawości.
— Bezwarunkowo.
— Liczę na twoją.
— Nie zawiedziesz się.
— Na przyszłość milczenie i zapomnienie.
— Obiecuję.
Wszystko odbyło się najspokojniej w świecie. Głosy łagodne, uwagi grzeczne, oblicza przyjacielskie i przyjazne.
Powiedzianoby, że dwóch kupców, ubijających z prawami wytwornej grzeczności, zrobiło interes bardzo honorowy.
Hultaje wyższej sfery przechwalają się wyrafinowaną uczciwością. Niegodziwość nie istnieje u nich. Ordynarne słowa nie przyjęte.
— Kochany de Vernes, rzekł markiz, pozostaje mi więc życzyć ci tylko szczęśliwej podróży. Skoro koniecznie chcesz opuścić Blangy, nie śmiem nalegać, aby cię zatrzymać.
— Dziękuję.
Markiz wyprowadził gościa na peron.
Było późno.
Salony jaśniały od światła. Słychać jeszcze było ostatnie tony ochoczej polki, lecz wieczór kończył się.
Ode wsi nadciągały pojazdy i stajenni dla odjeżdżających gości.
Karetka podwójna z zapalonemi latarniami zaprzęgnięta w białą klacz, którą przed kilku tygodniami przyjechała Angielka, zatrzymała się przed gankiem.
Człowiek wysokiego wzrostu, okryty w kapotę woźnicy, z guzikami metalowemi, odbijającemi jasność z pałacu, siedział na koźle.
To Jan Rigaud.
Adwokat usadowił się wygodnie, otrzymując przyjacielskie zalecenie swego spólnika:
— Okryj się dobrze, noce są chłodne. — Zamknięto drzwiczki karety.
De Vernes spostrzegł kilka ciekawych główek, śledzących odjazd jego zasyłających mu ukłony pożegnania.
Pomiędzy innemi zauważył poważną i smutną twarz, pogardzającą zarazem, markizy, nachylonej nad blond główką swej córki. Chusteczka młodej dziewczyny powiała w stronę odjeżdżającego, i karetka potoczyła się po piasku alei. Markiz rzucił Janowi Rigaud wymowne spojrzenie, jakby zachęcając go.
Polowy odpowiedział nieznacznem skinieniem głowy. Był na wszystko zdecydowany.
Odkąd mu markiz przedstawił zaofiarowaną sumę, przekupując go, miał czas zastanowić się.
Człowiek, nie okazujący od pierwszej chwili oburzenia, na podobną propozycyję, jest straconym.
Jak opętanie złego ducha, złoto, płynące przed nim strumieniami, opanowało jego zmysły.
Sto tysięcy franków, przyobiecane polowemu, zdawały mu się niewyczerpanem bogactwem.
Nie pociąg do skąpstwa. lecz inna pokusa rozpaliła żądzę posiadania pieniędzy dla rzucenia ich na wiatr namiętności; to kusiciel rozkoszy zmysłowych, od tylu lat nęcący go, a których nie mógł zaspokoić.
Obraz nauczycielki z jej lilijową płcią, oczami szafira, tchnącemi miłością, ustami lubieżnemi, zwieszał się nad jego łożem, wzburzając krew.
Jan Rigaud był pewien powodzenia. Czyż znajdzie siłę oprzeć się mu, gdy jej powie:
— Jestem bogaty; mam pieniądze; majątek spadł na mnie nieprzewidzianie, składam go u twych stóp!
Gdy to osiągnie, czemże jest, aby nim pogardzić?
Służącą jak i inne; zarabiała mało co więcej niż pierwsza garderobiana markizy, nie będąc tyle nawet poważaną. Przecież nie oburzyła się, gdy jej wyjawił swe uczucia, przywożąc ją z Beaune.
Od tej pory sympatyja stawała się coraz silniejszą. Głos jej przyjazny, traktowała go na równi a sobą, a gdy ją spotykał, uśmiechała się wdzięcznie, prawie serdecznie.
I przytem sto tysięcy franków!
Suma olbrzymia w oczach polowego, tem więcej, że uważał ją dopiero za początek, jako podstawę fundamentu, powiększy ją za lat kilka. Niczego się nie wyrzeknie, dążąc do wymarzonego celu, zachęcany przez tak piękną kobietę.
Jan Rigaud wyglądał jak obłąkany lub upojony opiumem, ze złotemi marzeniami miłości i bogactwa.
Czyn, jaki miał spełnić, nie mieszał go. Co go obchodził ten człowiek, którego miał zdradzić? Czyż go znał? Zresztą, z tego co o nim wiedział Jan Rigaud, był to rozbójnik nikczemny i podły, wyrosły na brudach Paryża, tak wzgardzanych przez wieśniaków.
Bez obawy ścigania, niemożebny cień podejrzenia!
Polowy uśmiechał się wewnętrznie, utrzymując, że plan markiza był doskonałym.
Wszakże niemal codzień przytrafiają się podobne wypadki.
La Blanche kłusowała wytrwale, niezmęczona w swym biegu.
De Vernes kołysany na giętkich resorach karetki, zdrzemnął się upojony szczęściem i zadowoleniem. Czek, przyciskany lubieżnie do piersi dla pewności czy nie znikł, wróżył mu przyszłość dobrobytu wygód na stare lata.
Przyszła nakoniec pora zastanowienia się. Budując zamki na lodzie, adwokat nakreślił sobie plan urządzenia się łatwego i pewnego. Jako kawaler, nie miał żadnych względem nikogo obowiązków. Potrzebował tylko myśleć o sobie samym. Niezależność więc i swobodę miał zupełną.
Milijon, dobrze ulokowany, przyniesie mu, co najmniej, czterdzieści tysięcy liwrów renty.
Nie było to nic nadzwyczajnego, lecz zamieszkując wygodną antresolę, z jednym służącym w gronie odpowiedniem swemu towarzystwa, krzesłem w operze, pozostanie jeszcze i na przyjemności, bez których kawaler obejść się nie potrafi.
De Vernes podkreślił bilans, przeznaczając tyle na mieszkanie, pewną część na życie i służbę, pozostałe na resztę.
W karty postanowił więcej nie grać, oburzając się na bezdeń, która go zgubiła, Zapragnął zaoszczędzić majątku.
Źródło nie było zbyt czyste, lecz obchodziło go to tyle, ile łupinka z orzecha. Tem gorzej dla słabszych! Wóz tryumfatora nie lituje się nad pyłem, który gniecie.
Czyż pomyśleli o wdowie i sierotach, które zdradził?
Życie to walka, potyczka, w której słabsi bywają pokrzywdzeni.
Jak kto może, tak się ratuje. On już dopiął celu.
Wpadł w błoto i szczęściem wydobył się z niego. Odważnym byłby ten, który by się ośmielił zawstydzić go!
Tak rozmyślając uczuł nagle uderzenie. O co? Co się stało? Gdzie byli?
Nie zdążył wyjrzeć okienkiem ani zorjentować się. Zdawało mu się, że się staczał w przepaść, obijał od jednej do drugiej ściany karetki w trzasku rozbijającego się pudła powozu i potłuczonego szkła, kaleczącego mu ciało.
Potem uczuł zimno wilgoci, pochłanianie bulgoczącą wodą, usiłował się wyrwać, lecz uwięziony w padle płynącego z nim razem powozu, nie mógł się wydobyć.
Co za przebudzenie się!
Jan Rigaud spełnił zlecenie z również zimną krwią jak i zręcznością.
Oto jak się wziął do tego.
Staw Neuf gładki jak zwierciadło, na 25 morgach ziemi, ciągnie się wzdłuż drogi koło pięciu metrów od wsi de Blangy-les-Oignes, łącząc się z gościńcem od Blangy do Beaune.
Miejsce znakomicie upatrzone.
Puste, pośród lasu, wsławione kilku wydarzonemi wypadkami z pojazdami nadawało, się jak tylko można najlepiej do przygody, wymyślonej przez Franciszka Valencourt, człowieka mściwego i bezkarnego za popełniono zbrodnie. Karetka dotarła do brzegu stawu w półcieniu zaczynającej się nocy jesiennej, pogodnej, obsianej światłem gwiazd na niezachmurzonem niebie.
Polowy tak spokojny, jak gdyby chodziło o odebranie zająca od psa gończego, zmierzył bystrym wzrokiem drogę przed sobą.
Latarnie karetki rzucały blask w około 15 metrów, Jan Rigaud spojrzał na wysokie drzewa z prawej strony drogi a lśniącą powierzchnię wody z lewej, na dole szosy zaledwie pokrytej jałowcem i krzewinami. Odwrócił się i spojrzał po za siebie.
Na jasnej jak wstęga drodze, zupełna cisza, nie widno nikogo pieszo, konno lub powozem. Chwila sprzyjała.
Biała klacz szła prosto, nie trzeba było jej poganiać. Jan Rigaud pożałował jej.
Była to stara znajomość i poczciwe zwierzę nie pomyślało o adwokacie mając mu dopomódz do złączenia się z przodkami.
Obliczył swe siły, dotarł do miejsca gdzie woda była najgłębsza przy stawidle, gwałtownem a energicznem szarpnięciem lejcy puścił Blanchetę na lewo, na pochyłość zwyczajnego ogrodzenia odarnionego zaledwie na część cali.
Klacz posłuszna uderzyła kopytami o darninę a zmuszona silnem uderzeniem bata, skoczyła przed siebie tracąc miarę, pociągnęła karetkę staczając ją w przepaść, której wody, wkrótce prysnęły w górę.
Polowy zeskoczył w samą porę, puścił konia wraz z karetką, zatrzymując się na ogrodzeniu. Ztąd śledził przebieg katastrofy! Sto tysięcy franków! Myślał tylko o pieniądzach! Prawdziwie była to ładna suma za chwilę usłużności na rozkaz pana, mogącego zapłacić tak drogo za nędzną przysługę. Nieszczęściem, jeszcze nie wszystko skończone. Staw Neuf w tem miejsca miał ze dwadzieścia stóp głębokości.
Jan Rigaud namyślał się.
Blanchetka szamotała się w wodzie, ciągnąc karetkę, zanurzającą się stopniowo w wodzie.
A papier, który miał oddać kasztelanowi de Blangy?
Jeżeli zostanie wraz z tym co go miał przy sobie? Polowemu żal się zrobiło tej starej przyjaciółki, broniącej się z taką odwagą.
Pobiegł na dół szosy, a przygotowawszy nóż, rzucił się na ratunek Blanchetki.
Odciął postronki łączące ją z powozem, a klacz uwolniona z krępujących ją pęt, zwróciła się na pochyłość, dosięgając jej bez trudu.
Wtedy Jan Rigaud podpłynąwszy, roztworzył drzwiczki karety, wyciągając, jak sądził, trupa adwokata.
O kilka kroków była ziemia.
Dla takiego niezwyciężonego pływaka, jak Jan Rigaud, nie przedstawiało to żadnej trudności.
De Vernes zdał się być bez życia; widok jego był przerażający.
Szkło karetki poprzecinało mu twarz i ręce.
Krew płynęła z ran, zalewała go.
Nie dawał znaku życia.
Jan Rigaud, przejęty strachem, odsunął się, lecz po chwili wzruszył ramionami:
— Miałbym okazać się tchórzem!
Ukląkł i przy topielcu, rozpiął szybko palto, pladrując po kieszeniach; dobrawszy się do pugilaresu adwokata, roztworzył go, obejrzał się na prawo i lewo, jak złoczyńca, który zabiwszy przejezdnego, ze zbójcy staje się złodziejem, obawiając się schwytania przy rabowaniu swej ofiary.
Głęboka cisza panowała wokoło.
Z poza lasu tylko, z drugiej strony stawu, półksiężyc rzucał blade światło na trupa, zrzuconego na brzeg wody.
Jan Rigaud szukał w wypchanym pugilaresie papierów mu niezbędnych, tak sowicie mających być zapłaconemi.
W ciemności rozpoznał dwa czy trzy bilety bankowe. Położył je w swojem miejscu, a nie mogąc rozróżnić w plice pozostałych papierów bonu, wziął resztę, włożył je w nieładzie do kieszeni, a wkładając pugilares do palta zmarłego, zabierał się do wrzucenia go powtórnie w staw.
Nachyliwszy się, skoczył wystraszony.
Oczy utopionego rozwarły się, patrząc na niego, straszne w tej twarzy, okrytej krwią.
Głos słaby jak oddech widma obił się o jego uszy:
— Złodzieju!
Zdawało mu się, że to zmora tłocząca nam pierś we śnie; dalej znów usłyszał:
— Ten drugi nędznik zapłacił cię za spełnienie tej zbrodni! Franciszek Valencourt! Zdrajca, złodziej testamentu, urągający kobiecie i jej dzieciom! Płaci ci pieniędzmi, skradzionemi wdowie i dzieciom brata swego.
— Filipa Valencourt! wybełkotał polowy.
— Tak, Filipa Valencourt. Temiż to samemi pieniędzmi przekupił Judasz... Odbiera mi je za twą pomocą, bandyto. On o nie tak stoi. Chytrym jest jak lis! Ile ci dał za zamordowanie mnie? Strzeż się! Ciebie rozkaże także zabić!
De Vernes mówił z trudnością, z przestankami, coraz więcej słabnąc. Krew upływała. Arteryja skroniowa była przecięta.
— Słuchaj! Chcesz zrobić majątek?
— Jak?
— Ratuj mnie... Zobaczysz?
Dotknął ręką portfela, był pustym.
— Mówię ci, zobaczysz!
Ruch ten uderzył Jana Rigaud.
— Papiery!
— Miał je. Cóż mu więc było po de Vernes’ie?
— Jeżeli żyć będę, rzekł adwokat, ach! jak się pomszczę! Dopomóż mi! Zapłacę ci więcej niż on... Wszystko dla ciebie co przy mnie, lecz ocal mi życie!
Jak Rigaud milczał.
Niezdecydowany, patrzał na tego człowieka, sądząc go już umarłym, a kto wie czy był konającym, obawa skargi przyszła mu na myśl.
De Vernes poznał, że jest straconym, zresztą głowa zwieszała się; mgła zasłoniła mu oczy, zaczął chrapać.
— Ah! umieram... bełkotał. Zabiłeś mnie rozbójniku!
Zebrał ostatek sił wołając:
— Na pomoc!
Krzyk ten przytłumiony, był tak rozdzierającym i rozpaczliwym, aż strach ogarnął polowego, co go doprowadziło do furyi.
— Milcz mi zaraz!
Adwokat konał, powtarzając machinalnie już tylko:
— Na pomoc!
Jan Rigaud skoczył, uchwycił jedną ręką za gardło drugą za nogę, a czołgając się na kolanach wepchnął swą ofiarę w wodę.
Przy bladych promieniach księżyca widział, jak ciało płynęło po czarnej wodzie, nieruchome, nie wyrywając się już, później zanurzało się w staw, po którym pływały szczątki powozu.
Poruczenie zostało spełnionem.
Jan Rigaud otrzepywał się jak pies zmoczony. Drżał, dzwonił zębami, konwulsyjne drżenie poruszało nim od stóp do głowy.
Pomimo energii, pochylił się na grobli czując, że jest osłabionym.
Dotychczas nic nie obarczało mu sumienia. Życie jego upływało jak każdego uczciwego człowieka. Dobry żołnierz, wierny sługa, niezdolny do kłamstwa, surowy w obyczajach i ostry sam dla siebie, nic nie ciążyło na jego honorze. I nagle, pod wpływem nieprzewidzianej pokusy, stanął w rzędzie najpodlejszych zbrodniarzy.
Mordował za pieniądze; kradł za pieniądze! Kędzierzawe włosy najeżyły mu się od zgrozy. Naprzeciw wody, pokrywającej jego ofiarę, pozostał na pochyłości osłupiały, jakby przykuty do ziemi, nie wiedząc co z sobą począć, drżący, by znienacka nie zjawił się żandarm, ukryty za przyległymi krzakami i nie przytrzymał na gorącym uczynku.
Jak długo stał tak osłupiały, nie był w stanie zdać sobie sprawy.
Oddech ciepły, muszczący mu szyję, wyrwał go z tej bezwładności.
Blanchetka rżąc, podeszła ku niemu. Rozumne stworzenie przywołało go do rzeczywistości.
Należało powrócić do domu. Od stawu Neuf do zamku de Blangy było około sześciu kilometrów.
Rigaud przemoczony, zziębnięty, z przykrem wrażeniem, wskoczył na klacz, bieżąc cwałem, jakby pragnął zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Po pierwszej stanął przed drzwiami domu. Usłyszawszy tentent konia, jeden z parobczaków, przecierając oczy, wyszedł na próg.
— To ty, Rigaud? — zapytał.
— Jak widzisz.
— A to co... gdzie powóz? — zapytał, biorąc konia za uzdę z przeciętym rzemieniem.
— Zatonął.
— Żartujesz chyba.
— Cóżby za żarty takie.
— Co się stało?
— Nieszczęście... tam...przy stawie Neuf — bąkał.
— Do djabła!
— Klacz się przestraszyła... pędząc z pochyłości...
— Przepowiadano to już nieraz.
— Karetka została w wodzie.
— A podróżny?
— Utopił się... Ocaliłem Blanchetkę... próbowałem wydobyć pana... Nie było sposobu. Zanurzałem się kilka razy... nie wiem na pewno... ile... Niepodobieństwo znaleźć go nawet...
Słowa te z trudnością wychodziły z gardła drżącego od zimna Jana Rigaud’a.
— Pobudzić ludzi i biegnijmy na ratunek.
— Jak chcesz... lecz napróżno, stało się...
— Trzeba zawiadomić pana.
— Cóż na to poradzi...
— Jakże źle wyglądasz, twarz masz posiniałą.
— Pójdę do siebie... rozpalę ogień... obsuszę się... Drżę jak w febrze... Okropność!
— Bah! Nie przyjmuj zbytecznie do serca. Lepiej że to spotkało tamtego, a nie którego z nas. Staw Neuf szkaradny przejazd. Miało się tak stać. Teraz pewno obarykadują go. Idź, poczciwy druhu!
Parobczak nie zdał się zbyt wzruszonym. Kiedy towarzysz i klacz ocaleli, reszta mało go obchodziła. Paryżanin wyzionął ducha, tem gorzej dla niego.
Jan Rigaud oddalał się chwiejnym krokiem.
Biedny człowiek, toż go spotkała przygoda — myślał parobczak, wiodąc oczami za Janem.
Rozbudził towarzyszy. W kilka minut później ruch niezwykły zapanował w zamku, biegano za światłem po korytarzach i zabudowaniach, rozpytywane szczegóły, byli i tacy, którzy podążyli na miejsce katastrofy.
Jan Rigaud, straciwszy z oczu parobka, przyśpieszył kroku.
Wszedłszy do siebie, rozpalił ogień na szerokim kominku, zdjął przemoczone odzienie i pokrzepiwszy się kieliszkiem wódki, usiadł około małego stoliczka przed ogniem, rozkładając papiery, wyrwane de Vernes’owi.
Jakie mógł mieć dane do żądania tak znacznej sumy? Widocznie jakaś tajemnica ciążyła nad domem de Blangy’ch.
Markiz, znany skąpiec, poświęcał miljon dla okupienia spokoju; pod wrażeniem tej obawy, on, pan i bogacz, noszący zaszczytne znane nazwisko, któremu, zdawało się, nic więcej nie pozostawało do życzenia, dopuszczał się zbrodni, pociągającej surową odpowiedzialność, wezwawszy do współki służącego? Co za tajemnica skrywała się w tym domu. Kto wie, papiery leżące przed nim odkryją mu ją może.
Lecz gdyby otrzymać i pieniądze, za cenę których tajemnica została sprzedaną, choćby zaprzedać duszę szatanowi, jak postąpili możni nędznicy, dopuściwszy się niecnej ugody.
Jan Rigaud, jak ów legendowy Faust, miał swój wymarzony ideał, a tym była piękna Angielka, z blond jak cherubin włosami, doprowadzająca go do utraty zmysłów.
Starał się zapomnieć o przedmiocie swych udręczeń i rozkoszy, lecz daremnie, wyciągnął więc drżącą rękę po sztuki złota złożone przed nim.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.