Nienawiść i miłość/Część druga/XIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W piękny letni i pogodny poranek, o godzinie dziewiątej, nauczycielka, po spędzeniu bezsennej nocy, już była na nogach.
Jak gorąco tego pragnęła, przybyła nakoniec na miejsce.
Dzięki tajemniczej pomocy Bretończyka, pierwsze trudności zwalczone.Cudowny przypadek dopomagał im.
Wiara jej tak silną w opowiadanie matki została potwierdzoną wyznaniem samych zbrodniarzy.
W nierównej walce jaką przedsięwzięła, sumienie jej przynajmniej było uspokojonem.
Wszystko jej wolno, przeciw rodzinie wyrządzającej tyle złego jej i jej ukochanym.
Uporządkowawszy niektóre przywiezione drobiazgi, inne zamknęła starannie pod klucz, oparła się znowu o balkon dopatrując niewidzialnego punkciku w oddali ku wschodowi, za zarosłemi pagórkami opuszczającego się horyzontu.
Tym punkcikiem, był stary dom pułkownika, Bellemare, gdzie się spełnił pierwszy akt dramatu.
Dowiedziała się o tem od Josona Kerhoël.
Mały domek był niezamieszkany, opuszczony, rozpadał się w ruiny.
Trawy i ciernie zawaliły ogrodzenie. Trzcina i wodne rośliny zapchały wodę, skąd ta mała własność otrzymała swą nazwę. Winogrona z braku uprawy powróciły do pierwotnej swej dzikości. Nakoniec ogłoszenia tak stare że aż się rozpadały w szpargały, dowodziły, że rudera ta była do sprzedania, ale nie znalazła nabywcy.
Nikt nie odważył się wejść do tej chałupy, która stała się straszną od samobójstwa pułkownika. Pierwszy, który ją kupił i zamieszkał, po kilku miesiącach opuścił ją.
Przed nią roztaczał się park de Blangy z gazonami kwiatów, zielonymi trawnikami, kępami krzaków i cienistemi alejami, starannie utrzymywanemi, przedstawiał on obraz bogactwa i pomyślności.
Podczas tej smutnej zadumy zapukano do drzwi. Zeszła z balkonu.
Czarna suknia, bez żadnej ozdoby, otaczała jej kibić, włosy blond, otoczone koło głowy, odkrywały zarysy szyi, jak istne arcydzieło rzeźbiarza.
— Pani markiza prosi panią do siebie.
Była to garderobiana markizy.
— Dobrze, odpowiedziała skromnie młoda dziewczyna. W dwie minuty później, wchodziła do tego samego buduaru, gdzie tej nocy pani de Blangy przyjmowała adwokata.
Markiza, siedząca w fotelu, z czołem zmarszczonem, oczekiwała widocznie zniecierpliwiona. Gniotła w ręku list dopiero co otrzymany.
Na widok młodej dziewczyny, poruszyła się jakby niezadowolona.
— Pani jest... zaczęła.
— Miss Ellen Vanbury.
— Przyjeżdża pani z Londynu?
— Tak, pani markizo.
— Mistress Hampton poleca mi panią bardzo gorąco... lecz widzę, że przemilczała jeden szczegół.
— Jaki?
— Mistress Hampton nie uprzedziła mnie, że pani jesteś tak... jak mam to określić?... ładną i milutką.
Angielka nie poruszała się. Pozostała spokojna, jak gdyby nie dosłyszała.
— Pani nie wiesz o tem, zaczęła markiza, że to wielka wada młodej dziewczyny w pani położeniu być tak ponętną.
— Zaręczam pani markizie, że po raz pierwszy zdarza mi się słyszeć podobny zarzut, i nie sądzę, abym na niego zasłużyła.
— Nie robię pani zarzutu, lecz to rzecz, którą stwierdzam.
Przestrach łatwy do pojęcia ścisnął pierś młodej dziewczyny. Przezwyciężywszy tyle trudności, aby wejść do tego domu, miałażby zatonąć przy samym brzegu.
Markiza zaczęła znowu.
— Powinnam iść za przykładem innych i podziękować pani nielitościwie za jej usługi. Dziewczyna taka jak pani jest niebezpieczną w rodzinie, gdzie bywa wielu młodych panów. Zdaje mi się pani bardzo inteligentna, aby się nie zastosować. Liczę na pani takt. Wiadomości, jakich mi udziela mistress Hampton, do której mam wielkie zaufanie, po dostarczeniu mi pierwszej nauczycielki Teresy są bardzo pochlebne, abym się zastanawiała nad pozostawieniem pani u siebie pomimo niedogodności, tak ważnej.
— Bardzo pani wdzięczną jestem...
Akcent młodej dziewczyny był tak doskonały, iż nikt nie powątpiewałby o jej pochodzeniu.
Ułożenie skromne i eleganckie zwróciło uwagę pani de Blangy i lepiej ją usposobiło. Właśnie spostrzegła, że nie prosiła siedzieć przybyłą.
— Niechaj pani siada, musimy z sobą porozmawiać.
Wskazała krzesło, na którem przed kilku godzinami de Vernes dyktował swoje warunki.
— Pani się rodziła? — zapytała pani de Blangy.
— W Anglii, pani markizo.
— Wiem; lecz część nauk pobierała pani w Niemczech. Tak obecnie przyjęte w Anglii.
— Byłam przez dwa lata w Frankfurcie.
— Umie pani po niemiecku?
— Naturalnie.
— Francuzki zna pani. Skoro pani nim mówi, bardzo czysto nawet.
— Tylko akcentu nie mogę się pozbyć.
— Widocznie dużo pani podróżowała?
— Tak, pani.
— Gdzie pani była?
— W Ameryce, w Gujanie holenderskiej, wszędzie potrosze, z rodziną niezmiernie bogatą.
— Protestantami, — wiem.
— Istotnie, pani.
— Nic mi to nie szkodzi. Mistress Hampton donosi mi, że pani doskonale gra na fortepijanie?
— Mistress Hampton przesadza.
— Zobaczymy to. U nas lubią bardzo muzykę. Będziemy grywały na 4 ręce sonaty, koncerty. Syn mój śpiewa nieźle. Co się tyczy Maurycego, synowi mojemu na imię Maurycy, muszę go pani zarekomendować. Jest to młody człowiek bardzo swobodny, bardzo lekki i bardzo młody jeszcze, pomimo że ma lat 26. Pani jesteś starszą?
— Wkrótce mieć będę lat 27, pani markizo.
— Trzeba się pani trzymać ostro, nie dopuszczać żadnej poufałości.
— Może być pani markiza zupełnie spokojną.
— Zwracają tutaj bardzo uwagę na ułożenie. Pan de Blangy jest nawet ostrym, uprzedzam panią.
— Mistres Hampton opowiedziała pani szczegółowo...
— Tak pani markizo.
— Nie potrzebujemy więc rozwodzić się nad tym punktem. Przejdę do pani uczennicy.
— Panny Teresy?
— Teresa jest dzieckiem potrzebującem wielkiej pieczy. Obawiamy się, czy nie ma płuc zaatakowanych. W tej chwili jest jeszcze u wód w Allevard, dosyć daleko, w Delfinacie, a porady naszego doktora który jest, o ile mi się zdaje, wielkim pesymistą. Powraca dziś wieczorem. Zobaczysz ją pani. Pragnęłabym abyś była więcej towarzyszką niż nauczycielką. Donosiłam o tem mistress Hampton i widzę, że zrozumiała moje zlecenia. Przyjaciółka nie mogłaby być sympatyczniejszą.
Miss Vanbury skłoniła się.
— Nie będzie jej pani męczyć nauką; postaraj się pani rozerwać ją, urozmaicając jej życie. Zrozumiała mnie pani?
— Tak, pani markizo.
— Nauka powinna stać się dla niej rozrywką. Zresztą i tak już dosyć umie. Mówi biegle po angielsku dosyć dobrze po niemiecku. Co do muzyki, gra Weber’a, Mozart’a, Mendelsohn’a, Chopina, chodzi tylko o wykończenie...
— Czy rzeczywiście jest chorą?
— Nie sądzę. Zmęczenie życiem Paryża, tej zimy... dużośmy przyjmowali, teatr, opera. Mam nadzieję, że to przejdzie aby tylko być ostrożną.
Markiza była wzruszoną.
— Powierzając ją pani, nie kryję, że jej oddaję to, co mam najdroższego. Po za obrębem mych dzieci, nie mam nic coby mnie z życiem wiązało. Dzieci moje to moja najsłabsza strona. Pan Blangy zajęty jest operacjami pienięźnemi dającemi mu znaczne korzyści. W zaufania powiem pani nawet, za złośliwie może, że to jedyny punkt na jakim może być dotkniętym. Dla tego też dzieci moje są wszystkiem dla mnie. Mogę to pani wyznać.
Nauczycielka uśmiechnęła się dyskretnie.
— A teraz jesteś pani wolną, aż do wieczora. Wie pani już nasze warunki?
— Mistress Hampton mówiła mi o nich, pani markizo.
— Dwieście pięćdziesiąt franków miesięcznie i koszta podróży. Powóz na spacery. Śniadanie o 12. Obiad o wpół do ósmej. Zadowolona pani ze swych pokoi?
— Byłoby mi bardzo trudno.
— Jeśli pani czego braknie, proszę mnie zawiadomić.
— Dziękuję pani.
— Odejdź, moje dziecko. Odetchnij świeżem powietrzem koło domu. Spodziewam się, że ci tutaj będzie dobrze.
— Pewną jestem, pani markizo.
— O dwunastej, śniadanie. Proszę nie zapomnieć.
— Nie, nie zapomnę.
Miss Vanbury zeszła ze schodów z ulgą w sercu. Widocznie powierzchowność jej podobała się markizie. Z początku sztywna, niechętna nawet, ułagodziła się nakoniec.
— Jest zupełnie dobrze, ta młoda dziewczyna, — myślała, — lecz gdziem ja widziała tę twarz?
Napróżno byłaby sobie przypominała.
Dwadzieścia lat temu przedstawiło jej się takież same zjawisko podczas owego smutnego wieczoru. Mówiła do córki: Spodziewam się, że ci tutaj będzie dobrze. A matkę pognębiła obelgami i groźbami. Pokusiła się, by zniszczyć jej urodę przez ból i łzy, a ta pomszczona uroda ukazała się w córce bardziej niebezpieczna, bo dusza ożywiająca to piękne ciało, posiadała niezłomną wolę i pragnienie zemsty sprzeciwiające się zrezygnowanej słodyczy i anielskiej dobroci zmarłej Magdaleny.
Młoda dziewczyna zeszła z peronu zamku, wahając się, w którą stronę zwrócić się, w nieznanym jej parku.
Młody człowiek, z kapeluszem w ręku, zbliżył się mówiąc:
— Miss Ellen Vanbury?
— Tak, panie.
— Przyjemnie mi bardzo, spotkać panią.
Wpatrywała się w niego łagodnemi oczyma, przyćmionemi ciemnemi rzęsami...
On przypatrywał się jej butnie, jako znawca z monoklem w lewem oku, lecz z widoczną chęcią przypodobania się.
Ubrany jak dżentelmani wiejscy bogatych domów, kurtka granatowa kamasze lakierowane, okrągły kapelusz na szatynowych włosach wąsy podgarnięte jak u kota gdy się gniewa przybierał minę zarazem uprzejmą i poufałą w której przebijał wyraz wyższości i czegoś nieprzezwyciężonego.
— Życzy sobie pani, abym był jej przewodnikiem miss Ellen? — zapytał.
— Z przyjemnością.
Twarz spadkobiercy Valencourt’ów rozjaśniła się.
— Do licha! pomyślał, sto razy jest jeszcze piękniejszą, niż mi to zwierzę de Rigaud opowiedział.
O, młoda, piękna damo!...