Nienawiść i miłość/Część druga/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
O uszy kamerdynera odbił się głos harmonijny, lecz z akcentem angielskim, — poznał go, bo w pałacu de Blangy’ch przyjmowano cudzoziemców różnej narodowości.
Franciszek Valencourt, jeżeli nie odziedziczył majątku i tytułu swojego wuja, to przynajmniej jego przesądy. Dawne stosunki senatora, cesarstwa, przechowywały się w jego domu jak tradycyja. Akcent brytański przestraszył wiernego Bretończyka. Czyżby jego oczekiwanie było mylnem, przeczucie fałszywem?
— Tak, powiedział, jestem Josonem Kerhoël.
— Dziękuję, za stawienie się na wezwanie. Pamięta pan jeszcze tego, którego wywołałam wspomnienie? Nie oszukano mnie!
— Najpierw, kim pani jesteś?
Nieznajoma podniosła woalkę. Joson Kerhoël osłupiał, usta na wpół rozwarł ręce załamał, stał zachwycony, zdumiony.
— Kim jestem? powtarzała młoda dziewczyna. Czy pan nie zgaduje?
— Magdalena!
— Tak, Magdalena, córka Filipa Valencourt.
— Prawdziwie... Zobaczywszy panią sądziłem, że stoję przed matką pani!...
— Mówiono mi, żem do niej podobna...
— Zadziwiające podobieństwo...
— Matka moja dawno umarła, nieszczęśliwa, zrozpaczona... Byłam młodą, bardzo młodą nie wiele rozumiejącą prócz, że srodze cierpiała.
— Miała pani brata?
— Filipa... młodszego odemnie prawie o trzy lata. Żyje, mówią, że jest tak podobnym do ojca... jak ja do matki.
— Gdzie jest?
— Daleko stąd — ale jego zamiary są odmienne od moich, pomimo, że się bardzo kochamy. Filip podróżuje.
— Po Francyi?
— Tak, po Francyi, ale zaraz... zanim dalej dojdziemy... bądź szczerym, panie Josonie... Wydobyła list ten, któren kiedyś pisał Bratończyk do Magdaleny Stefani, przyrzekając jej poświęcenie się i zupełne zaparcie siebie, byle w tajemnicy pokazała mu go.
— Czy zawsze pan żywi te same uczucia?
— Zawsze, Chciałby pan dopomódz córce, tak, jak pan przyobiecał pomódz matce?
— Jakem Bretończyk, przysięgam!
— Proszę więc iść ze mną. Zwracają na nas uwagę i mogliby nas podsłuchać.
I rzeczywiście kilku przechodniów uderzonych rażącym kontrastem między niezwykłą urodą młodej kobiety a człowiekiem z ludu, zatrzymało się, chcąc zrozumieć, jaki stosunek mógł łączyć te dwa osobniki.
Służący, mają zwykle odmienny sposób noszenia się, i wyraz twarzy wykazujący niejako ich zawód, Joson Kerhoël był też typem najwyraźniejszym jaki znaleść można było. Kilkanaście lat służby przeistoczyły go zupełnie był wygolony, wymuskany, ubrany jak etykieta domu wymaga, powierzchowność jego uderzała każdego, objawiając z pierwszego wejrzenia kim mógł być.
Magdalena znowu w mniej eleganckiej kapotce, sukni czarnej pod szyję obcisłej, w okrywce artystycznie udrapowanej z koronkową parasolką, wyglądała na wielką damą, rozmawiającą potajemnie, ze swym służącym.
Poprowadziła go w aleję mniej oświetloną, sąsiadującą z pałacem wystawy, tam też mogła otwarcie pomówić.
Bretończyk nie mógł się jej napatrzeć, ani nasłuchać. Opowiedziała mu wszystko, zamążpójście i samobójstwo matki, swoje i brata dziecięce i dalsze lata pod opieką Bouraille’a, pisarza z Pougny, swoje zamiłowanie do nauki, aby przez nią stać się silną, przyrzeczenia pomszczenia i ukarania zbrodniarza, za postępowanie, którego ona tylko miała przekazane dowody. Nie skryła nawet różnicy zdań z Filipem, i postanowienia bezwarunkowego doprowadzania do celu tego, co jej zlecono.
— Nic mnie nie przestrasza, dodała i gdybym paść miała nie cofnę się.
Joson słuchał, zamyśliwszy się.
— Więc pan pozostał w usługach Franciszka Valencourt?
— Tak, jak doniosłem o tem matce pani.
— I to aby nam się przysłużyć?
— Aby wam się przysłużyć i aby żyć. Wszystko jedno, pracować tu czy tam. Zresztą, miałem zawsze nadzieję...
— Nas zobaczyć?
— Rzeczywiście.
—Jak się stało, iż pan nie wiedział, gdzieśmy się podziali?
— Nikomu nie było wiadomem, że, matka pani miała krewnego nazwiskiem Arbaud. Dziadek wasz pułkownik z nikim się nie komunikował. Przypuszczano, to matka pani wyjechała na Korsykę, do rodziny Stefanich.
— Czy markiz, kiedy Franciszek Valencourt został markizem, wiedział co o naszem istnieniu?
— Nigdy nie wspomina ani o wdowie, ani dzieciach brata swego, lecz nie należy mu dowierzać... Może wiedzieć wszystko a nie okaże tego. Nikt nie zbada tej tajemnicy!
— Może... Zresztą jestem przezorna.
— Jakto?
Powiem panu, lecz wprzódy należy, byś pan miał do mnie bezgraniczne zaufanie.
— Mam je.
— Niedostateczne jeszcze. Pan mnie znasz dopiero od chwili.
Dochodzili do końca alei, przy skręcie Pól Elizejskich. Dorożka niezajęta stała przy trotuarze.
— Wsiądźmy, rzekła do Bretończyka.
— Gdzie mnie pani poprowadzi? zapytał, wsiadając.
— 12, ulica de Sèze, powiedziała do woźnicy. Jest to spokojna część miasta. Proszę się niczego nie obawiać.
— Nie boję się wcale.
Czegóż bowiem mógł się trwożyć. Ta piękna dziewczyna nie przestraszała go, przeciwnie, zdawało mu się, że mu odjęła z bark dwadzieścia lat życia, przypominając mu świetne czasy służby a ukochanego pana Filipa Valencourt.
Imponowała mu miną stanowczą, chęcią odwagi walczenia, sama oddana nie sile fizycznej, lecz moralnej przeciw markizowi potężnemu wzrastającą fortuną używającemu opinii człowieka uczciwego.
Przytem Joson Kerhoël był Bretończykiem i do tego z Morbihan, a ci nie boją się walki. Wojna jest ich żywiołem.
Stara krew Josona Kerhoël, podrzutka pochodzącego może od Du Guesclin’a lub Cirssona, burzyła się i buntowała. Pragnął dowiedzieć się, jak ta blondynka, Magdalena zabierze się do wypowiedzenia wojny człowiekowi również wstrętnemu jak skorpion lub płaz jaki. Rozumiał, że będzie to krwawy pojedynek, a nie potrzebujemy dodawać, że życzenia Bretończyka były po stronie młodej dziewczyny.
Magdalena milczała; dorożka posuwała się spokojnie, pośród zgiełku muzyki i głuchego odgłosu powozów przejeżdżających aleje i unoszących rozmarzone i podniecone szampanem pary.
Po 10-ej dorożka zatrzymała się przed ładnym domem.
— Jesteśmy u celu, odezwała się Magdalena, podczas gdy żona odźwiernego podała jej list mówiąc:
— List do pani. Oddał mi go pan, tęgi i wysoki. Żałował bardzo, że pani nie zastał.
— Ah! tak... już wiem... to towarzysz podróży... Jechałam z nim z Ameryki... na statku Amerykanin.
— Piękny mężczyzna! Galant!
— Tak sobie! Proszę... Czy to już wszystko?
— Wszystko.
— Nic nie mówił?
— Owszem... że mu było przykro...
— Dobrej nocy, pani Pichat.
Pani Pichat była lat statecznych, bardzo przyzwoita. Wszystko musiało być odpowiedniem w tym domu, nie hałaśliwym, czystym, utrzymanym w wielkim porządku przez właścicieli mieszczan, mających i więcej domów na bruku Paryża, lecz którym głównie o to chodziło, by dochód był dobry a uczciwy.
Pani Pichat, zarządzająca, również miała wielki żal do świata, nie mogąc korzystać z jego dobrodziejstw i rozkoszy, uroda bowiem a nie cnota stawały na przeszkodzie.
— Śliczna dziewczyna, szeptała elegancka! A co za rozumna głowa! Ah! gdybym była do niej podobną! Szanowny Adam Smith, ze Smith-house, wywarł widocznie dobre wrażenie, na poczciwej kobiecinie że rozsiadła się bowiem na progu drzwi dla nabrania świeżego powietrza, powtarzając:
— Piękny mężczyzna! Elegancki! Jej lokatorka, blondynka, wchodziła lekko na wschody, zdobne w malowidła z czasów panowania Ludwika Filipa, poprzedzając Bretończyka.
— Idę pierwsza dla wskazania drogi.
Prawdziwa radość ożywiała ich.
— Znalazłam człowieka, myślała takiego jak go mi matka przedstawiła. Nie jestem już sama.. Będzie ktoś co mnie będzie podtrzymywał.
Joson ze swej strony, podziwiał tę młodą dziewczynę stanowczą i odważną, silną pełnią zdrowia, gotową do powetowania, z zachwycającą go energiją krzywdy od tylu lat wyrządzonej.
Za każdem, piętrem, odwracała się i mówiła uśmiechając się.
— Jeszcze wyżej.
Doszli na koniec na ostatnie piętro, weszła w wązki korytarz, wyłożony zniszczonym dywanem a roztwierając małe drzwiczki, wyrzekła:
— Otóż i jesteśmy.
Bretończyk zobaczył dwa krzesła. Wzięła jedno dla siebie, drugie podała gościowi przypatrującemu się z ciekawością temu mieszkankowi tak skromnemu a tak ponętnemu pomimo, że był przyzwyczajony do przepychu i zbytku w pałacu i zamku de Blangy.
Zapaliła dwie świece, dodając:
— Teraz, mówmy seryjo, bo nie chciałabym pana przetrzymywać, może pana potrzebują nasi dobrzy krewni de Blangy.
Jej ładne usteczka, ukazujące śliczne ząbki, wykrzywiły się wymawiając to wstrętne nazwisko, a oczy jej zaiskrzyły się płomieniem goryczy, lecz natychmiast przyszła do siebie, przystępując stanowczo do interesu.
— Najpierw aby pan był tak we wszystko wtajemniczony jak i ja, proszę przeczytać uważnie to, co ten kajet zawiera, ja zaś przejrzę mój list. Dotąd prócz mnie i Filipa nikt nie wie co rękopism ten mieści, lecz pan jesteś naszym przyjacielem, nie chcę więc mieć żadnego sekretu przed nim. Jeżeli matka moja popełniła jaką niedokładność pan mi ją sprostuje.
Kerhoël nie oparł się ani na chwilę. Czuł się rządzonym przez tę dziewczynę prawą i szczerą, ze spojrzeniem śmiałem i czystem, po za którem widniała dusza i duma nieugięta.
Roztworzyła kajet a Joson czytał z wielką uwagą podczas gdy Magdalena roztwierała swój list od Amerykanina.
Gdy Bretończyk skończył, odwrócił się do młodej dziewczyny.
— Cóż więc pani postanawia czynić?
— Czy opowiadanie to, jest prawdziwem?
— W rzeczywistości jeszcze gorzej było.
— Mamy więc prawo za nami?
— W zupełności... lecz trzeba dowodów.
— Będę je mieć.
— Jak?
— Bóg nam dopomoże.
Bretończyk popatrzył z niedowierzaniem.
— Proszę przekonać się dokąd mnie prowadzi silna wola. Opowiedziałam panu, w zarysach tylko, moje życie. Nie jestem bogata, lecz mam z czego żyć dostatnio, niezależnie z renty dwunastu do piętnastu tysięcy franków, dzięki naszemu nieszczęśliwemu przybranemu ojcu i Bouraille’owi zacnemu opiekunowi, o którym panu mówiłam. Oto list, gdzie mnie proszą o rękę, ofiarowując mi milijony i świetne zamążpójście, które przyjmę pewnie lecz nie teraz jeszcze. Proszę przeczytać go także.
List Adama był krótki:
„Przyjmij pani jedno i drugie, a uczuję się najszczęśliwszym z ludzi, gdyż wierzę, iż nie znajdę kobiety godniejszej od pani którą pragnąłbym nazwać mą żoną.
„Przyjmij pani, a o nic więcej pytać się nie będę. Nie chcę nawet wiedzieć kim jesteś i skąd przybywasz.
„Pod słowem uczciwego człowieka, będziesz pani szczęśliwą.
A oto co mu odpowiadam, powiedziała młoda dziewczyna:
„Gdybym była wolną, najchętniej przyjęłabym pana propozycyję. Teraz niepodobieństwem. Mam obowiązek do spełnienia i muszę go doprowadzić do zamierzonego celu.
„Tymczasem, serdeczne dzięki załączam, Magdalena Arbaud.“
— Jakiż to obowiązek? zapytał Bretończyk.
— Ukarania.
— Czego więc pani żąda odemnie?
Joson Kerhoël oparł rękę na stole, ona jej dotknęła.
— Przede wszystkiem przysięgam panu, mówiła wolno, nikogo nie skompromitować ani pana, ani innych, pana szczególniej, któryś tak kochał ojca mego. Powiedz mi pan, wszak panna de Blangy straciła nauczycielkę?
— Tak.
— Za sześć tygodni będzie mieć inną?
— Skąd pani wie o tem?
— Wiem.
— To i cóż!
— Aby wejść do tego domu, chcę być jej nauczycielką. Czy to byłoby możebnem?
— Tak, gdyby pani była Angielką.
— Mam przyjaciółkę w Londynie, młodą dziewczynę miss Ellen-Vanbury. Da mi swoje papiery. Chociaż nie jest zbyt podobną do mnie, lecz jest blondynka jak ja i mego wzrostu. Ma doskonałe świadectwa...
Joson potrząsł głową.
— Będzie to ryzykowne, lecz może się udać...
— Cóż więc robić?
— Po kilku dniach powiem pani.