Nienawiść i miłość/Część druga/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Joson Kerhoël, jak wiemy, był podrzutkiem z Morbihan, wychowanie też jego było skromne.
Gdyby nie był w pułku, pewno i nie poznałby alfabetu. Trzydzieści lat pobytu w Paryżu, wydoskonaliły go. Podczas służby w zamku de Blangy, postąpił tak wiele, że czytał płynnie dzienniki swemu panu, a gdyby zaszła potrzeba, mógł bez pomyłki załatwiać jego korespondencyję.
Służba jego nie zajmowała mu wiele czasu.
Joson, ulubieniec markiza de Blangy, miał drugiego kamerdynera, pod swym zarządem, sam zaś, starał się o wyniesienie na stopień marszałka.
Nieraz nawet, Franciszek Valencourt, ta istota skryta, zamknięta jak skrzynia, tajemnicza, jak konfesyjonał, zwierzała się wiernemu Bretończykowi.
Joson Kerhoël, potrafił zręcznie przekonać go, o swem przywiązaniu i natchnąć zaufaniem.
Było to istotnie arcydzieło.
Franciszek Valencourt szanował Josona Kerhoël jako najwięcej oddanego ze służących, a markiza podzielała zdanie męża. Pokładał w nim wiarę, a raz zaufawszy, było nie możebnem do zachwiania dobrej opinii marszałka.
Jeżeli Joson Kerhoël pozostawał wiernym komu lub czemu, zawsze łączył z tem wspomnienie o swym dawnym panu.
Wrażenie Filipa Valencourt, pozostało mu zawsze tak niezatartem, jak gdyby to było, dwadzieścia lat wcześniej. Jego przejścia, jak również i Magdaleny Stefani, obchodzły go również żywo, jak i wtedy gdy był przy puszczony do sekretu dwojga kochanków.
Przy każdej sposobności, porównywał w myśli dwóch braci bez chluby dla żyjącego, lecz milczał jak grób, nie dając poznać swych wrażeń. Łagodny w obejściu, dobry względem towarzyszy, usłużny i grzeczny, miał przecież jedną tylko przyjaciółkę w domu, z którą się poufniej zadawał, a tą była Zuzanna, posunięta także na wyższy stopień, bo garderobianą panny Teresy de Blangy.
Joson Kerhoël i Zuzanna, przez zrozumienie się wzajemne, zdarzające się między służbą wielkich domów, trzymali się za ręce, lecz dyskretni, bez wrzawy, mając z czasem zamiar pobrania się, dorobiwszy się majątku.
Zuzanna od czasu do czasu nagliła Josona, uważając, że pora nadeszła.
Nie będąc bogatymi, mogliby się zadowolnić resztą, trzech tysięcy franków; w Morbihan, w miłym jakiem miasteczku gdzie służą, mieć można za trzydzieści dukatów rocznie, a utrzymanie również nie zbyt wieleby kosztowało.
Lecz Joson, tłomaczył Zuzannie ze znaczącem spojrzeniem.
— Jeszcze nie! Zaczekajmy.
Na co czekać?
Oto Joson, nabił sobie głowę myślą, że potrzebuje jeszcze pozostać u Blangych, nie przez sympatią może lecz przez ciekawość i zainteresowanie się.
Kiedy się służy, to czy tu czy owdzie, wszędzie pracować trzeba, a zamek de Blangy był również tyle wart, co i inne.
Głównie zaś Joson przewidywał ciekawe wypadki, spodziewał się jakichś niespodzianek od przyszłości. Zdawało mu się niepodobnem, aby historyja Valencourt miała się nie wyświetlić, pozostając tryumfem złoczyńcy w czarnem ubraniu, którego bezprawia biły w oczy.
Istnieją między ludem pojęcia, głęboko zakorzenione, o wymierzeniu sprawiedliwości.
Wierzą oni ze ślepą wiarą, że każdy złoczyńca, krzywdzący sieroty lub wdowy, wcześniej czy później ulegnie zasłużonej karze, jako w regułę uświęconą wiekami.
Joson pochodził z ludu, miał też same poglądy, były więc uczciwemi i sprawiedliwemi. Był on oburzony obrotem sprawy, na jaką patrzał.
Franciszek Valencourt, przedstawiał mu się jako zdrajca w melodramacie, nietylko bezkarny, lecz któremu, wszystko się wiodło, był zaszczycony honorami, otoczony bogactwem i zbytkiem.
Czyż to nie krzywda, wołająca o pomstę do nieba? Od tylu lat Joson zaciekły, lecz milczkiem, zmuszony udawać zadowolonego i skrywać żółć, wzywał w modłach kary na winnego. Oczekiwał jej z dnia na dzień, z godziny na godzinę, tymczasem... Wszystko mu szło na wspak.
Dzieci Magdaleny Stefani i Filipa Valencourt, znikły jak gdyby zaklęte. Nigdy nie słyszał o nich. Czyżby wszyscy pomarli, matka i dzieci?
Lecz Bretończyk z wiarą swego plemienia, ukrywał w głębi duszy nadzieje, że to tak nie skończy się.
Skoro też otrzymał bilecik od nieznajomej, wybuchł jak mina podpalona, około której płomyk krążył przez przeciąg lat dwudziestu.
Ani na chwilę nie zdawał się powątpiewać, aby to kto mógł być inny jak nie:
— Oni!
Oni, Valencourt’owie, dzieci Filipa, istoty oczekiwane, mściciele swej matki, sędziowie mający zmyć zniewagę, ukarać kradzież, stanąć przed tym bladym i nikczemnym łotrem, który im wykradł wszystko, majątek i imię.
Joson powiedział do siebie.
— Pójdę.
Dlatego to rozkaz markiza, zmięszał go w pierwszej chwili, lecz był człowiekiem przemyślnym, byłby również wynalazł maszynę piekielną, niżeliby się miał nie stawić na wezwanie skąd mogło wytrysnąć jakieś światło.
Nigdy godziny nie wydały ma się dłuższemi. Sto razy spoglądał na zegarek a popołudnie zdało mu nieskończonem. Setki razy odczytywał list, aby się upewnić i nie omylić się.
Nieznajoma pisała: „Punkt dziewiąta, na trotuarze Pól Elizejskich, po lewej stronie alei“. Bretończyk wyrył w pamięci znak dany.
Markizostwo nie obiadowali u siebie, wyjechali o siódmej, Joson Kerhoël był wolnym. Zresztą znalazłby mnóstwo pozorów, aby wyjść, kamerdyner w roli marszałka był znaną osobistością w pałacu de Blangy’ch.
Upojony nadzieją i radością, poprowadził jednego ze swych towarzyszy dla zabicia czasu, na przekąskę. Rozpromienienie, było tak widocznem, że nie mogło ujść baczności towarzysza, który też zasiadłszy przy stole zastawionym przekąską i butelką wina, odezwał się:
— Możnaby przypuścić, żeś otrzymał wielką sukcesyją, panie Josonie.
— Nie mam krewnych, skądże więc mogłaby na mnie spaść.
— Zdajesz się być uradowanym.
— Jestem nim. Wyjeżdżamy do Blangy, a wieś służy mi.
— Są jakie wiadomości od chorej?
— Od panny Teresy? Są.
— Jakie?
— Dobre. Zdaje się, że powraca do zdrowia.
— Świeże powietrze...
— Tak, dodał Joson podejrzliwie, świeże powietrze i zadowolenie...
Nie wyjawił z jakiego powodu, lecz Zuzanna wspomniała w końcu listu o pięknym nieznajomym.
— Za twoje zdrowie, Josonie.
— W ręce twoje, mój poczciwy Simonie!
Simon był to stary ogrodnik, doglądający małego parku w pałacu de Blangy’ch, znał obydwóch siostrzeńców starego markiza. Joson lubił go bardzo, bo mógł z nim rozmawiać o swym dawnym panu, Filipie Valencourt.
— O dobry to był pan, szczery a nie dumny względem nas, panie Simonie.
— O! tak. Czyżby to, nie lepiej było, aby ten drugi, żyjący, był kark złamał na Cours de la Reine! Starszy straszny sknera dla nas, panie Josonie.
O wpół do 9 rozeszli się.
Joson wymówił się, jakoby miał jeszcze niektóre zlecenia do spełnienia. Zapłacił rachunek, i udał się na plac Concorde. Czas był prześliczny, niebo zasłane gwiazdami i bez chmurki.
Orkiestry w kawiarniach, hejnały na wieżach sprawiały istną kocią muzykę na Polach Elizejskich. Bretończyk przeszedł na wskazany trotuar zwykle pusty, publiczność bowiem chętniej się trzyma prawej strony.
Punkt o 9 wysoka, młoda dziewczna czarno ubrana, zbliżyła się wprost do niego, zapytując półgłosem:
— Pan Kerhoël?