Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Na spacerze w Truite.

Markiza nie omyliła się.
Teresa była zadowoloną, wesołą, lecz nie wyjawiała powodu.
List jej pomimo, że składał się z czterech kartek, był krótkim.
Angielki zapełniają liniją dwoma słowami.
Teresa de Blangy nie była Angielką z urodzenia, lecz stała się nią przez wychowanie.
Jej ruchy, obejście się, swoboda, styl, przypominały miss ze starej Anglii.
Szanującej się arystokracyi paryskiej należało mieć nauczycielkę, pochodzącą z prostej linji zdradzieckiego Albionu.
Dom de Blangy-Cassey należał do najpierwszej arystokracyi przedmieścia, prowadzony też na wysoką skalę i wielkim przepychem. Urządzony wygodnie, elegancko, używał ogólnego szacunku.
Nic też dziwnego, że brano tylko nauczycielki Angielki.
Widocznem było, Magdalena Arbaud wiedziała o tem oddawna. Świat wygłaszał pochwały dla Blangich, zazdroszczone im, sławiono ich niezrównane szczęście.
Jednak nad domem tym, tak zaszczytnie znanym, krążył cień, codzień powiększający się, pozostawiając plamę jak od oliwy, a tym był de Vernes. Jego poufałość kompromitująca markizę pozostawała zagadkowa, naprowadzając na rozmaite wnioski.
Opuśćmy więc na razie tę osobistość, pojedynczo występującą w naszym dramacie, a przejdźmy do listu chorej z Allevard, nacechowanego radością nadzieją.
Od czasu wyjazdu z domu rodzicielskiego, gdzie pomimo takiej wystawy i zbytku, panowało odrętwienie i nudy, oddychała dowoli, nietylko świeżem, czystem powietrzem górskiem w Dauphiné, lecz miała swobodę.
Lecz najgłówniej jednak może, wpłynął wypadek, że jej serce dotąd próżne, nie mające celu przy ojcu, wyłącznie zajętym rachunkami i zyskami, matce, uniesionej wirem świata, a dręczonej wspomnieniami, pomimo silnej woli jak zmora tłoczącemi pierś podczas nocy, serce jej kochające i czyste zajęte zostało marzeniem mającem się stać niezatartem. Pieszy turysta elegancki lecz skromny, dumny, młody i silny, dystyngowany jak dżentelman pięknego rodu zajmował ją bezustannie.
Chociaż nieobecny dotrzymywał jej towarzystwa, w ładnym pokoiku hotelu de Parc, strzeżonym z jednej strony przez dozorczynię, panią Rernard, a z drugiej przez pannę służącą Zuzannę. O nim też myślała, wypijając co rano i wieczór szklankę, wody, mineralnej, idąc do sali, inhalacyjnej, dla wdychania cuchnących wyziewów mających według lekarzy, opanować objawy wkradającej się choroby. Przechodzień ten zrobił na niej silne wrażenie i myśląc o nim czuła się szczęśliwą.
Cóż jej zresztą pozostało?
Wszakże doktór wyrzekł nieśmiało dla oszczędzenia matki, niby dwójznacznie to straszne słowo będące wyrokiem śmierci:
— Suchoty!
Teresa jako inteligenta, zrozumiała odrazu co jej grozi.
Szczęściem jednak dla niej, że wesoła i śmieszna, gotowa zawsze do szydzenia, nie dowierzała podobnemu przypuszczeniu.
Młodość jej, wbrew smutnej przepowiedni, ukrywała długie nadzieje życia i ufność w przyszłość.
Ona więcej niż doktorzy badała swój stan, dochodząc do przekonania, że to nie suchoty, lecz nuda!
Z radością przyjęła przepisaną kuracyję, pozwalającą się jej wydalić, odnaleźć błękitne obłoki, fijołkowe góry, zielone lasy, opuścić te wielkie salony w których ojciec z piórem w ręku podkreślał i sumował cyfry, a matka drżąca za światem i towarzystwem, stawała się chmurną i smutną, pozostawszy samą z cisnącemi się myślami.
Z całym zapałem swych szesnastu lat, mówiła do panny służącej pakującej jej rzeczy.
— Zobaczysz Zuzanno, jak się będziemy bawić! Bo prawdziwą jej przyjaciółką była Zuzanna, która ją prawie wychowała, przyjaciółka także Josona Kerhoël, odkąd byli razem w służbie, a upłynęło przeszło lat dwadzieścia.
Należy przyznać, że pomimo swej służby bez zarzutu, pomimo pozorów przywiązania, Joson Kerhoël nie lubił swoich chlebodawców. Robił przecież pewien wyjątek, a tym była Teresa. Joson nie byłby w możności znienawidzieć dziecka, nie pragnącego życia a starającego się każdemu uczynić co dobrego.
Uczucie jakie, dla niej żywił, było raczej serdeczne współczuciem.
W pałacu de Blangy, Teresa podobna była do roślinki krajów gorących nie zamierającej lecz marznącej pod niebem północy.
Miała wyziębione serce i dopiero w podróży, z Pontcharra de Allevard, to serce cierpiące jakby cudem rozgrzało się pad aksamitnem wejrzeniem Filipa Arbaud.
Ten przynajmniej nie był podobnym do ludzi, zwykle przez nią napotykanych.
Po spotkaniu się z nim szeptała jak Margeryta z Fausta po kiermaszu:
— Pragnęłabym się dowiedzieć kto jest ten młody człowiek.
Było w nim coś tajemniczego trudnego do wytłomaczenia. Zdał się być tak szczerym, szczęśliwym z uczynionej przysługi, sympatyja widoczną była między obojgiem, tak wypadkowo zapoznanemi i nagle zmienił postępowanie.
Co za powód? i to wtedy gdy wyjawiła swe imię i nazwisko: Taresy de Blangy.
Zmieszał się zdał się zirytowanym, i bez przyczyny puścił się pierwszą lepszą ścieżką natrafioną na drodze.
Domyślała się jakiejś tajemnicy i pragnęła jej dociec. Ale jak?
Umyśliła napisać. Bywa to najpierwszą myślą młodych panien.
Cóż łatwiejszego nad przelanie: kilku zdań na papier, pięknem angielskiem pismem? Położyła adres.
„Pan Filip w oberży Buisson“ a potem postanowiła wsunąć list za kratę pocztową.
Plan swój uważała za wykonalny a nie kłopocząc się o formę nakreśliła.
„Panie. Opuściłeś nas tak niespodziewanie, wody, kiedym się najmniej tego spodziewała, że niemożebnem mi było oświadczyć pana mojej dozgonnej wdzięczności.
„Raptowne opuszczenie nas o tyle więcej mnie zaniepokoiło iż obawiałam się czym nie dała ku temu powodu.
„Rada byłabym otrzymać od pana słówko wyjaśnienia wierząc, że jeżeli przypadek poprowadzi pana do Allevard, zechcesz nas pan odwiedzić.“
Et cetera. Zwrot był dość zręcznym, lecz zastanowiła się, zadając sobie pytanie, czy aby ten Filip rzeczywiście udał się do Buisson, a jeżeli go tam nie ma, to i list nie dojdzie.
Niepewność ta stała się nieznośną.
Przez dwa dni i dwie długie noce; starała się opanować chęć zobaczenia tego, którego zwała swym wybawcą, trzeciego jednak dnia po umieszczeniu się w hotelu du Pare, odchodząc od śniadania zapytała swej guwernantki radząc się jej:
— Czy niebyłoby dobrze, abyśmy zwiedziły okolice.
Guwernantka, nie wielka zwolenniczka spacerów przytem leniwa i ospała jak świszcz ściągnęła wargi i westchnęła wykazując tym sposobem chęć trawienia w spoczynku.
— Tutaj, tak jest pięknie i dobrze! dodała.
— To sobie pozostań tutaj, moja kochana Bernard. Wezmę z sobą Zuzannę.
Guwernantka zdała swą godność z przyjemnością, by dogodzić swej gnuśności.
Zresztą spacer na mułach z przewodnikiem i garderobianą w wieku dojrzałym nie przedstawiał najmniejszego niebezpieczeństwa. Pozostawszy w pięknym parku, ścieśnionym alejami gdzie woda płynie kilkunastu strumykami wśród zielonej trawy, z urozmaiconym widokiem na obszerny horyzont doliny patrzyła na swą chorą wesołą i rzeźką, dosiadającą muła.
Zuzanna i młody góralczyk w szarej kamizeli, przepasanej pąsowym pasem, w kapeluszu słomianym z szerokiem rondem, składali małą karawanę wyruszającą z parku w wązkie uliczki miasteczka.
Panna de Blangy wzięła najpiękniejszą ze swych tualet.
Jasna suknia, przewiązana w pasie niebieskiemi wstążkami, nóżki obute w małe ciżemki, wyginające się na ostrogach, ukazywały kawałeczek pończoszki jedwabnej jasno-popielatej, w ręce prawej, przyodzianej rękawiczką, trzymała parasolkę w białe i niebieskie pasy, przysłaniając główkę z bląd włosami, okryta kapeluszem, przystrojonym kwiatami.
Po godzinie wolnej jazdy, przybyła do pierwszych domków Buisson, zarumieniona już to ze zmęczenia podróżą, a więcej pewno ze wzruszenia po zadanem sobie pytaniu.
— Jestże on tam?
Wzruszenie to niedługo trwało, zbliżając się do oberży w Truite pierwszą postacią, jaką spostrzegła była ta, której szukała.
Filip oparty o poręcz balkonu pomiędzy zastawiającą go zielonością mierzył niespokojnym wzrokiem drogę z Buisson do Allevard zadając sobie jednocześnie toż samo pytanie:
— Przyjedzie też ona?
Muł młodej dziewczyny doszedł wprost do drzwi Truite. Znał stajnię.
Góralczyk wesoło poganiał muły. Na odgłos trzasku batu, ukazała się ożywiona twarz służącej.
— A to ty, Cezarze? odezwała się.
— Jak widzisz. Przyprowadzam ci gości.
Nachylił się do ucha służącej.
— A jakie magnatki! miły Boże! Ta mała musi być niesłychanie bogatą milijonerką. Marja-Ludwika pozostała obojętną. Cóż ją mogły obchodzić te panie? Pieniądz nie stanowił dla niej wielkiej pokusy. Wiedziała, że nigdy ich nie miała za wiele, byłaby zresztą chętnie oddała całą fortunę bogatej dziedziczki, gdyby nią była, za równie pięknego chłopca jakim był przybyły podróżny z trzeciego piętra, za którym śledziła ta nędzna przybyła blondynka.
Panna służąca już zsiadła była ze swego muła, podczas gdy jej pani zeskakując z drugiego, rzucała z poza siodła spojrzenie swemu mniemanemu wybawcy jakby mówiła:
— Zejdźże więc! Chodź! Oczekuję cię.
Na razie niewiedział Filip co z sobą zrobić, lecz nie namyślając się długo zeszedł wolno na dół z pewnym jednak wyrzutem jak gdyby między nim a panna de Blangy ukazała się zasmucona twarz Magdaleny.
Wkrótce był już przy Teresie wyciągającej doń przyjaźnie rękę.
— O, gdyby pan wiedział powiedziała bez zmieszania, ze swobodą pustego dziecka nie znającego żadnego oporu jak trwożyłam się czy aby pana odnajdę!
Maryja Ludwika zapytała:
— Czem paniom mam służyć?
— A co macie? Czy jest mleko?
— O i bardzo dobre.. jeszcze cieple prosto od krów, jeżeli pani żąda.
— To dobrze proszę nam podać pod kasztany na ten mały stoliczek.
Zwróciła się do Filipa, ukazując grupę wielkich drzew z ogromnemi pniami i gałęźmi połamanemi przez zimowe wiatry.
— Będzie nam tu dogodnie dla porozmawiania. Nie dała mu i chwili do namysłu, mówiąc:
— Chodźmy... Pójdź i ty Zuzanno także. Nie mamy sekretu do powiedzenia sobie.
I jak gdyby tłomacząc swoją śmiałość szeptała:
— Co do mnie, pewną jestem, że nigdy nie będę potrzebowała ukrywać myśli moich, mogłabym mieszkać nawet w szklanym domu.
Zasiadłszy koło stoliczka, wdychała całemi siłami zapach balsamiczny drzew orzeźwiający ją.
— Ach! co za powietrze! Więcej one warte niż wszystkie szkaradne wody, które pijemy w Allevard.
Czuła się szczęśliwą w obecności tego rosłego chłopca, trochę nieśmiałego i zmieszanego patrzącego na nią ukradkiem swemi łagodnemi aksamitnemi oczyma, i nie śmiejącego przemówić słowa.
— Bardzo mi przykro, że się pan o nie dowiadywał... Podobne spotkanie, naszemu, to węzeł.
Opowiedziała mu też co się dalej stało po ich rozłączenia. Góralczyk powożący wózkiem był bardzo grzecznym, nie takim, jak ten gbur z Pontcharra. Gdy przybyli do Allevard, owym przypadkowym ekwipażem gromadzono się koło nich, tak wyglądały śmiesznie ze swemi walizami i małemi konikami. Była to istna zabawa dla kuracyjuszów, stawano w oknach aby się im przyjrzeć.
Ogólnie była tak zadowoloną z tej podróży, że obdarzyła jeszcze jednym luidorem biednego woźnicę, nie zdającego sobie sprawy z takiej gratki.
Bernard zrzędziła za taki suty napiwek, lecz Teresa śmiała się, przyobiecując powetować te stratę na doktorach do których uczuła żal serdeczny.
Wszakże zadecydowali, że jest ciężko chorą a przecież czyż podobną, była do tych nieszczęśliwych, spotykanych w Allevard skurczonych, kaszlących ledwo się powłóczących, chudych tak, że przez skórę widzieć można było gołe kości. Spodziewała się żyć jeszcze długo.
Zwróciła się do Filipa, zmuszając go aby jej spojrzał w oczy.
— Nieprawdaż panie, że jesteś mojego zdania, że życie to dobra rzecz!
Uśmiechnął się, nic nie odpowiedziawszy.
O! zapewne życie ma powab lecz dla tych, co są szczęśliwi, mają rodzinę, krewnych, ojca i matkę!
Lecz dla niego, dla jego siostry tej biednej dziewczyny, z duszą zbolałą, nieuleczalnie chorą więcej niż suchoty i katary, dla takich istot czemże jest życie!
Ogień zabłysł w jego oczach.
Czyż jednak Magdalena nie miała racyi?
Wszakże ta młoda i uśmiechnięta dziewczyna pewna siebie tą śmiałością jaką nadaje majątek, poufała i sądząca, że jej wszystko pozwolono była dzieckiem Franciszka Valencourt, tego, który ich obdarł i złupił, człowieka z podłemi i nikczemnemi popędami postępującego jak ostatni nędznik, który wyrzucił na ulicę dzieci brata swego i córką tej Ludwiki Chambeyre, która zdruzgotała serce drogiej Magdaleny ich matki!
A on, o igraszko losu, uratował ją od niechybnej śmierci!
Gdyby nie on, powóz stoczyłby się w straszny parów, na trzydzieści stóp przynajmniej na dno skaliste bystrego potoku, a wtedy któżby ich zdołał stamtąd wydobyć?
Zmarszczka na czole wyryła się głębiej, boleść i niesmak wybił się na ustach jego tak, że i garderobiana zwróciła na to uwagę.
— Pan cierpiący? zapytała łagodnie.
— Ja? — odezwał się zagadnięty niespodziewanie... Nie. Z jakiegoż powodu miałbym cierpieć?
— To, o czem pan myśli? odezwała się Teresa.
— Myślę, że w rzeczy samej jest tak przyjemnie tutaj i pragnąłbym zapomnieć o całym świecie.
— Sam?
— Z jedną jeszcze istotą bardzo mi drogą. Panna de Blangy zbladła.
Na pewno, jeszcze nie kochała go.
Lecz niech co chcą mówią, miłość wyjątkowa uderza niespodziewanie. Jeżeli jest zarodek za pierwszem spojrzeniem potrzeba, szczególniej dla serc niewinnych i czystych, dziewiczych nawet czasu do rozwinięcia się i utrwalenia.
Im korzenie są silniejsze i głębsze, tem drzewo jest trwalsze i mocniejsze.
Panna de Blangy uczuła się wzruszoną od pierwszej chwili spotkania syna Magdaleny Stefani, uderzyła ją duma i smutek w tym młodym człowieku oddającym jej przysługę z taką odwagą i skromnością, podziwiała jego zręczność i dystynkcyję do tego, nagłe jego zniknięcie, prawie ucieczka w chwili gdy mu wyjawiała swoje nazwisko pobudziło żywiej jej zaciekawienie. Nie kochała go więc jeszcze w całem znaczeniu tego słowa.
Był to pociąg, ciekawość, żądza poznania... A są to podobno pierwsze dane do miłości.
— Mówię o mej siostrze, dokończył Filip.
Westchnienie zadowolenia wydobyło się z piersi panny de Blangy.
— Ah! pan ma siostrę.
— Mam. Jest to jedyna moja krewna. Pozostaliśmy tylko we dwoje... oddawna.
— Pewną jestem, że jest piękną, rzekła młoda dziewczyna. Filip nic nie odpowiedział.
— Dla czego nie towarzyszy panu? odezwała się znów Teresa.
— Mamy odmienne gusta. Ona pragnie wiedzy wszechstronnej, wszystkiego chce się uczyć. Być może, że ma jakie tajemne cele... niemożebne do spełnienia. Ja utrzymuję, że życie jest, krótkie i najwyższe dobro to spokój, że nauka jest bezpożyteczną.
— A przecież pan się uczy?
— Tak, z obowiązku, aby być czemś, lecz w gruncie rzeczy, zazdroszczę ludziom, wylegującym na słońcu pod portykami włoskich pałaców, i pragnąłbym by życie moje było długiem marzeniem.
— Pan poeta!
— Nie, jestem próżniakiem.. obojętny na bogactwa... zwolennik samotności. Od trzech dni, jak jestem tutaj, czuję się szczęśliwym jak król... Ten spokój, ta cisza. Spędzam całe godziny na mchu skał, podziwiając szczyty gór, na których gnieżdżą się orły, i dal horyzontu, gdzie wzrok ginie... Mówił głosem nadzwyczaj dźwięcznym. Słowa wychodzące z ust jego, zdały się piękną muzyką.
— Urodzić się, cierpieć, spać i umrzeć, oto cała treść życia! powiedział.
Panna de Blangy rozmarzona, dodała.
— I kochać także!
Filipowi ścisnęło się serce i zamilkł.
Kochać czyżby to niebyło występkiem z jego strony? Czyż możebnem było, aby słowo to wyszło z ust córki, niegodziwego i zasługującego na wzgardę Franciszka Valeucourt, zabójcy jego matki?
Chciał się podnieść z ławki, lecz uczuł jakiś ciężar w nogach, jak gdyby przykuty do miejsca, bezsilny, nie mogąc się poruszyć.
Nieopisany urok zatrzymywał go.
Widział, nie śmiąc patrzeć, przezroczyste oczy panny de Blangy, szukające jego spojrzenia. Jej szczupła, pobladła łagodna twarzyczka zdała się domagać litości, i jakieś współczucie i serdeczność, owładnęły go dla tego dziecka, nie miał siły znienawidzenia jej.
Maryja Ludwika przyniosła zamówione filiżanki mleka. Odwrócono uwagę.
Oczy obojga młodych spotkały się. Było to, jakby starcie uczuć między niemi, Obiedwie głowy jednozgodnie pochyliły się, aby nie stracić kontenansu, Teresa zwróciła się do garderobiany, mówiąc.
— Zalecono mi chodzić po słońcu. Zapowiedz przewodnikowi... aby był gotów.
Wypróżniła filiżankę mleka i wstała.
— Gdybyśmy się przeszli po taj ścieżce? odezwała się do towarzysza, wskazując palcem ładną wązką dróżynę, prowadzącą do groty, zwanej w okolicy la Jeannotte. Weszli oboje w głęboki parów, zasłonięty i zaciemniony jodłami, zdążając na odkryte miejsca pęków buku i brzóz, wyrosłych w szczelinach skał, panna de Blangy odezwała się do swego towarzysza, głosem wzruszonym.
— Więc pan nie lubi świata?
— Nie znam go. Wychowałem się na wsi, potem wysłano mnie do szkół.
— Gdzie pan mieszkał?
— W Dijon.
— Ach! Dijon, to moje strony. Blangy jest koło Beaune. Jesteśmy więc rodakami. Ale pan teraz zamieszkuje w Paryżu.
— Tak, jak pani powiedziałem. Uczęszczam na medycynę, lecz lubię saotność... Mam niewielu przyjaciół.
— Zostaniesz pan doktorem?
— Za rok.
— Sądzę, że się pan nie zakopie na wsi.
— Owszem.
— Należy pozostać w Paryżu.
— Dlaczego?
— Dla ustalenia pozycyi.
— Moja, będzie mi wystarczającą.
— Niechaj pan zastanowi się. Będzie pan blisko mnie... a mój... ojciec... na mą prośbę... po przysłudze jaką mi pan wyświadczył.
— Nie mówmy więcej o tem, proszę... panią!
— ...Co za przyjemność polecić pana... zaopiekować się nim... Jakażby to była radość dla mnie prosić pana o to; dokończyła prędko. Pałac de Blangy jest na ulicy de Lille.
— Nieskończenie wdzięczny jestem pani, odrzekł Filip, ale...
— Pan się nie zgadza.
— Powiedziałem już pani... Nie pragnę wyniesienia.
— A gdybym ja go dla pana pragnęła, ja!
Zatrzymała się zmieszana. Zaczęła się zdradzać.
Zarumiepiła się silnie, a ponieważ dochodzili po groty Jeannotte, wsparła rękę na ramieniu młodego człowieka, pytając.
— Czy pan wierzy, panie Filipie w wypadki?
— Ależ.
— Ja wierzę w Opatrzność czuwająca nad nami. Do trzynastego roku życia, miałam starą nauczycielkę bardzo pobożną, która mi często opowiadała o Bogu. Wierzę, że wszystko co nas spotyka ma swój cel. Nikt mnie nie przekona, aby spotkanie nasze, tak zdala od naszego kraju, było zwykłym przypadkiem. Nic. To napisano, tam wysoko. Odrazu uczułam żywą sympatyję dla pana. Czyż mnie pan potępi, że to wyznaję? Pewno, nie... Wie pan, czegobym pragnęła? Abyśmy pozostali przyjaciółmi na zawsze. Nie mogę zapomnieć, co zaszło i pragnęłabym również, abyś i pan myślał o mnie, gdy ja o nim marzyć będę. Będzie to umowa, przymierze między nami... Będę się cieszyć, że mam gdzieś przyjaciela, w każdym wypadku, a pan wspomnisz o przyjaciółce, serdecznie ci oddanej. Jeżeli pan przystaje na moją propozycyją, panie Filipie, podaj mi pan swoją rękę!
Wyciągnęła rękę z taką gracyją, iż nie było sposobu cofnąć się, lecz potrząsł tylko głową, bąkając.
— To dzieciństwo pani, nie jesteśmy z jednego świata, nasze drogi nie idą w jedną stronę. Jakże moglibyśmy się złączyć?
— Daj pokój, dowód, że tak być może, kiedy jesteśmy razem. A teraz, szukam porady, jako u przyszłego doktora! Proszę mi się przypatrzeć:
— Widzę panią.
— Co pan sądzi o mem zdrowiu?
— Doprawdy, że nie wiem. Lecz sądzę, że masz pani przed sobą długie życie i jeżeli jesteś istotnie cierpiącą...
— To co?
—Pragnąłbym panią wyleczyć, bo jesteś aniołem! Zaczerwieniła się i spuściła głowę.
Uścisnęli się za ręce i nie wymówiwszy ani słowa, powrócili do Buisson.
Góralczyk oczekiwał z mułami przed oberżą.
Panna de Blangy dosiadła swego, a Zuzanna siadła na drugiego.
Filip stał długo, śledząc parasolkę w niebieskie, pasy, zasłaniającą ładną twarzyczkę, co odwracając się na skręcie drożyny, uśmiechała się poraz ostatni.
Miał wejść do swego pokoiku, aby, sobie zebrać myśli o zaszłej przygodzie, a może, aby zobaczyć jeszcze, w oddali niebieską parasolkę, gdy się ukazał listonosz, ubrany w bluzę z czerwonym kołnierzem, w kepi na głowie. Przeszedłszy kilka domków dotarł do oberży w Truite, zapytując o nazwiska kilku osób, między któremi Filip Arbaud usłyszał i swoje.
Zażądał listu, oddano ma, poznał pismo Magdaleny. Z gorączkowym pośpiechem podążył do siebie na górę przeskakując po cztery schodki na raz. Cóż mu odpowiadała?
Magdalena powróciła do Paryża, odebrała też i jego list, w którym ją błagał o zaniechanie zemsty!
Zamknął drzwi na zatrzask, rzucił się na krzesło zapominając o parasolce niknącej w głębi wąwozu do Allevard, z sercem ściśnionem rozerwał kopertę.
Po pierwszych wyrazach listu, widocznem było, że krew korsykańska pułkownika Stefani, płynie w żyłach wnuczki.

„Mój kochany Filipie“.

„Przeczytałam list twój, za krótki jeszcze dla mnie, gdyż czytając go zdaje mi się, że cię słyszę, a żadna muzyka nie przenika lepiej do mego serca, nad twój głos.
„Nie próbuj jednak przekonać mnie i sprowadzić z drogi przezemnie, wytkniętej. Nakreśloną już jest i dojdę nią do końca. Wiem, że natrafię na więcej trudności, niż sądzę, i że może przepaść znajdę, nim dojdę do celu. Wszystko mi jedno! Zdecydowana jestem na wszystko. O jedną rzecz cię tylko proszę, nie stawiaj mi przeszkód i nie wymów nigdy mego imienia przed tą, o której mi piszesz.
„Może być, że jest piękną, szlachetną, anielskiej dobroci, nienawidzę jej, również jak i innych, co są z nią spokrewnieni, i nic nie zniweczy mego wstrętu. Jest on w mej krwi, będącej krwią mej matki i z nią zamrę.
„Posłuchaj Filipie mój kochany, jedyny mojej rady.
„Odjeżdżaj! Opuść Allevard! Nie pozostań jednego dnia dłużej, minuty nawet. Kiedyś ocalił tę dziewczyn lub co najmniej oddałeś jej przysługę, to dobrze. Staraj się zapomnieć o tem spotkaniu, jeżeli chwilowo przecierpisz rozstanie się, pocieszysz się myślą, do jakiego stopnia byłbyś nikczemny obdarzając innem ich, niżeli obojętność uczuciem tych, od których pochodzą nasze nieszczęścia, — jeżeli natura twoja słaba i chwiejna, nie czuje dość sił do pomszczenia naszej biednej matki.
„Powracam z New Yorku. Ah! ileż to rzeczy nauczyć się można w tamtym kraju, jak sprawiedliwość jest inna od naszej. Tam przynajmniej, mieszkają ludzie, nie znoszący krzywdy bez oddania jej, jeżeli sędziowie nie mogą nic zdziałać na ich korzyść, to podstępem lub siłą zmywają krzywdę. Skorzystałam z ich nauki.
Zobaczymy się dopiero po dokonaniu mego także zobowiązania. Jakże chciała bym, aby już go raz dokonać, gdyż pragnę być razem z tobą. Może się to stanie wkrótce, a może jeszcze przejdą całe miesiące zanim dojdę do celu. Do tej pory będę żyć w samotności, zdala od przyjaciół, mogących mnie tylko nudzić. Długo myślałam nad sposobem spełnienia swych zamiarów, a otóż prawie, że je zdobywam.
„Żegnam cię, kochany mój Filipie, pomyśl czasem o twej siostrze Magdalenie, która nigdy nie zapomina o tobie. Podziękuj Bouraille’owi za pieniądze, nadsyłane po kilka razy. To prawdziwy nasz przyjaciel. Powiedz mu, że jego mała Magdalenka ściska go serdecznie. Żegnam cię jeszcze. Chciałabym ciągle rozmawiać z tobą. Niepodobieństwo! Staraj się rozerwać. Głos jakiś mówi mi, że czas naszej próby dochodzi do kresu. Podróżuj, pracuj, ucz się, zostań dobrym doktorem. Później osiądziesz w tej wsi, którąś tak upodobał, niosąc ulgę sąsiadom.
„Będą wymieniać, doktora Arbaud, jako człowieka zacnego, bezinteresownego, oddanego ubogim. Pomyśl co za radość i jakim otoczą cię szacunkiem.
„Co do mnie, to nie doktorem Arbaud, pragnę Cię nazywać, lecz Valencourt, tak jak nasz ojciec, albo połączyć razem te dwa nazwiska!
„Serdecznie cię ściskam. Uczyń to o co cię proszę, nie pozostawaj w Allevard. Czem milszy jest ci ten pobyt, tem większy masz obowiązek wyrwać się stamtąd. Donoś mi zawsze, o swojem zdrowiu. Listy twoje rozrzewniają mnie i potrzebuję całej odwagi, aby się im nie poddać. Nie próbuj się ze mną zobaczyć. Nie odszukasz mnie. Jestem tutaj tylko w przejeździe, i jeżeli jakiś czas nie dam o sobie wiadomości, to znaczy, że nic ważnego nie zaszło.
„Ostatni, ślę ci pocałunek.

Kochająca cię siostra.“
Magdalena“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.