Nienawiść i miłość/Część druga/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pałac de Blangy na ulicy de Lille, nic się powierzchownie nie zmienił, od owej strasznej nocy, podczas której markiz i jego siostrzeniec, Filip Valencourt oddali ostatnie tchnienie.
Podobnie obszerne mieszkania mają swoje przywileje.
Ludzie się w nich zmieniają; właściciele jeden po drugim następują.
Pałac de Blangy zmienił tylko mieszkańców. Wielki salon zachował te same obicia, te same obrazy i ozdoby starożytne meble stały na tychże miejscach.
Gdyby który z dawnych przyjaciół zmarłego markiza wszedł do jego gabinetu, zobaczyłby tę dawną biblijotekę, tenże zegar z bronzami Klodyjona, a szczególniej to samo biurko, mebel najcenniejszy, wytworna sztuka, zabytek prawdziwej wielkości i poważnego zbytku.
Nazajutrz, po przybyciu Magdaleny Arbaud na ulicę de Sèze, około dziesiątej z rana Franciszek Valencourt siedział w fotelu swego wuja, czytając dzienniki przed biurkiem, założonem papierami.
Drzwi się otworzyły i weszła kobieta.
Łatwą była do poznania.
Ludwika de Chambeyre, szczupła, żwawa jakby dwudziestoletnia, włosy zaledwie poczynające siwieć, oko żywe, kilka tylko zmarszczek koło oczu i ust, pomimo to robiła wrażenie kompletnie młodej kobiety, jak gdyby minione dwadzieścia pięć lat, od czasu jej zamążpójścia, nie przeszły jeszcze.
— Odebrałeś jakieś listy? — zapytała, spoglądając na papiery rozrzucone na biurku męża.
— Kilka... nie mających dla ciebie żadnej wartości.
— Listy w twych osobistych interesach?
— Przeważnie.
— Zawsze świetne! — powiedziała markiza ironicznie.
— Zawsze! — odrzekł mąż obojętnie.
On się też nie zmienił.
Głazy bywają niezmienne.
Franciszek Valencourt, markiz de Blangy, był istnym głazem, a przynajmniej miał z niego kawałek, nadzwyczaj twardy, zamiast serca.
Zawsze taż sama twarz pargaminowa, wąskie usta, włosy coraz rzadsze, spojrzenie ozięble, palce cienkie, zagięte, jakgdyby dążące do schwycenia zdobyczy.
— Jesteś więc zadowolonym, Franciszku? — zaczęła markiza, siadając koło biurka.
— Bezwątpienia — odpowiedział. — Po cóż to pytanie?
— Tak sobie, aby mówić.
— Ah! kiedy tak, to szkoda czasu!
— Zapewne jesteś znów dziś bogatszym, niż byłeś wczoraj?
Udał, że nie rozumie naigrawania się.
— To pewna, że każdy dzień przynosi pewne korzyści, a będąc szczerym, wyznaję ci, że jestem z tego zadowolony.
— Jakie też mogą być twoje dochody, mój przyjacielu?
— Czemu nie mówisz, nasze dochody. Wszakże wszystko jest wspólne między nami. Czyż nie jesteśmy dobrymi i prawymi wspólnikami?
— Oddaję ci sprawiedliwość!
— Nie możesz się żalić na mój zarząd?
— O! nie.
— Powiększyłem kapitał i procenta bardzo znacznie.
— Rzeczywiście spostrzegam to.
— Nasz dochód złożony...
— Już złożony — prześmiewała markiza.
— Dochodzi.. do... zgadnij?
— O, wątpię, abym była tak domyślną.
— Dziewięćkroć dwanaście tysięcy siedemset franków. — Opuszczam ułamki...
— Dziewięćkroć dwanaście tysięcy, siedemset franków! — powtarzała markiza napuszona. — I jeszcze opuszcza ułamki!
— Bez pomyłki. Wkrótce będzie milijon.
— Przepysznie.
— Nieprawdaż?
— Do najwyższego stopnia.
— Spełniłem więc czynności zarządzającego rozumnie.
— Rozumnie, to za słabe wyrażenie. Genijalnie.
— Nie przesadzajmy.
— Po cóż to udawanie, mój przyjacielu. Spełniłeś przepowiednią wuja i ziściłeś jego nadzieje.
— Nie masz mi więc żadnego zarzutu do uczynienia?
— Najmniejszego.
Franciszek Valencourt, odwrócił się w stronę żony i rzekł:
— A więc! w nagrodę mych zasług, mam cię zapytać o rzecz pewną.
— Mnie?
— Tak. Jest to prośba.
— Słucham cię.
— Czy wiesz, że zanadto mówią o twoim stosunku z...
— Z kim?
— Z człowiekiem, gotowym zniesławić każdego, aby zdobyć pożądany pieniądz.
— De Vernes?
— Ten sam. Rozumie się, że nie przypuszczam, aby miał jakie dane do oczerniania nas, lecz w naszem położeniu opinija nasza winna być nieskalaną.
Franciszek Valencourt uśmiechnął się po wypowiedzeniu, prawdopodobnie tego, czego z czystem sumieniem i spokojem nie mógł wyrzec.
— Wiesz przecie, żeśmy mieli wielkie zobowiązanie względem de Vernes’a — dodała markiza.
— To prawda.
— Że był naszym spólnikiem w pewnym interesie.
— Pocóż o tem wspominasz?
— I że ostatecznie bez niego żona i spadkobiercy po twym bracie zmusili by nas do zrzeczenia się...
— Pewny jestem, że o tem, co się stało, nie myśli już nawet.
— Lecz z tego powodu zasługuje na uznania.
— Nie przeczę temu. Ale też dobrze on nas kosztuje.
— Czyż w takim majątku podobna suma tak wiele znaczy?
— Ha! wszystko się oblicza, moja kochana, a potem...
Franciszek Valencourt dodał, ziewając, z intonacją łatwą do pochwycenia:
— Jak de Vernes zrobił nam tę przysługę, upłynęło lat dwadzieścia.
— Czy dla tego zasługuje na zapomnienie?
— Myślę, że można to uczynić bez najmniejszej trudności. Nie podzielasz mojego zdania?
— Jeżeli tak chcesz — odrzekła markiza obojętnie.
— Właśnie teraz upływa 21 lat, a lat 21 to bardzo długo!
— O tak, bardzo długo!
— Kto tam pamięta, co się wtedy działo?
— Nie wielu pewno ludzi...
— Prawdę mówiąc i ja sam mało co przypominam sobie.
— Ach!
— Nie wiem nawet, co się stało z dziećmi biednego Filipa. A ty?
Czoło markizy zachmurzyło się.
— Ja, powiedziała, możebym mogła się dowiedzieć, lecz wyznaję ci, że staram się nie myśleć nawet o tem i sądzę, że i ty dobrze zrobisz, idąc za moim przykładem. Wspomnienia te nie są zbyt przyjemne.
A z oznaką zniecierpliwienia mówiła dalej:
— Od czasu wyjazdu Magdaleny Stefani, o której przestano mówić, usiłowałam zapomnieć o tem co zaszło, a ty zmuszasz mnie do przypomnienia.
— Powróćmy do de Vernes’a.
Markiz roztworzył książkę rachunkową, zaczynając podkreślać cyfry.
— Pozostaw te swoje rachunki — rozkazała markiza. — Potrzebuję trzydziestu tysięcy franków dla niego.
— Dla de Varnes’a!?
— Żąda ich.
Franciszek Valencourt przygryzł końce palców zo złości. Markiza mówiła dalej, nie odstępując od poprzedniego życzenia.
— Widziałam się także z doktorem.
— Jakim doktorem? zapytał Franciszek roztargniony.
— Z doktorem Chambay.
— I cóż on mówi.
— Że stan jest niebezpieczny.
— Bah! każden doktór przesadza chorobę, aby wyciągnąć większe honoraryjum.
— Zdrowie Teresy jest bardzo nadwyrężone.
— Dajże pokój?
— Wymaga wielkiej troskliwości.
— Niechaj ją nią otoczą!...
— Ty nie kochasz tego dziecka, Franciszku?
— Dla czegóż miałbym jej nie kochać?
— Bo kochasz jej brata.
— Maurycy jest starszym... Będzie markizem de Blangy. Odziedziczy nazwisko... Żałuję tych czasów, gdy nie rozdzielano majątku. Z przykrością myślę, że trzeba podzielić to, co gromadziłem z taką przyjemnością i oddać połowę zięciowi, to jest obcemu.
— Rozumiem cię. Ale ja kocham obydwoje z jednakową miłością i cierpię bardzo w obawie o zdrowie Teresy.
— Matki zawsze się niepokoją.
Spojrzał na papiery, podejmując list, który oddał żonie.
— Ah! zapomniałem, powiedział. A to się zaraz upewnisz. List do ciebie.
Matka rozpoznała, pismo córki, pochwyciła list a przebiegając, szybko cztery kartki pisma, w angielskim języku, rzekła uradowana.
— Dobre wiadomości.
— Byłem tego pewny. Drogę szczęśliwie odbyła?
— Bardzo dobrze, wyjąwszy jakiejś przygody z powozem.
— Jak się Teresie tam podoba?
— Pisze, że okolica jest prześliczną, wyśmiewa się z doktorów.
— Ma racyją. To szarlatani. Jesteś więc zadowoloną?
— O! i bardzo.
Franciszek, Valencourt, rozparł się w fotelu a założywszy nogi na krzyż zaczął.
— Posłuchaj, moja kochana, jakie jest moje zdanie. Kiedy słyszę wygłaszane poglądy niektórych pedantów na pewne czyny i wymierzanie zań kary, ruszam tylko ramionami i śmieję się w duchu. Patrzaj! Wszystko nam sprzyja! Dobrobyt i pomyślność dopisują nam... Przychodzę do przekonania, że trzeba tylko silnej woli aby do zamierzonego celu podążać a otrzyma się go. Sumienie mam zupełnie spokojne, nie mając sobie nic do zarzucenia!
— Szczęśliwa natura!
Rozmowa została przerwaną wejściem do gabinetu, młodego człowieka.
Ubrany elegancko, z szpicrutą w ręku, gotowy do konnej jazdy.
Średniego wzrostu, włosy ciemne, kształt głowy podobny do ojca, wązkie ramiona, nie był to model dla rzeźbiarza ani malarza. Całość jednak nie była ani odpychającą ani niemiłą.
Przeciwnie, cechowało ją serdeczne obycie się z rodzicami, swoboda i szczerość przez które zdobywał wiele.
Zbliżył się do matki, a nachylając się szepnął do ucha.
— Niechaj mi mama dopomoże!
Zwracając się do markiza, wyciągnął z kieszeni pugilares, otworzył go, a pokazując, że jest pustym, odezwał się z miną komiczną.
— Proszę o wsparcie!
I o dziwo, taki zapleśniały skąpiec, jak Franciszek Valencourt, roztworzył szufladę od biurka, wyjął z niej sześć biletów tysiąc frankowych, oddał je marnotrawcy, mówiąc:
— Bądź tylko uważnym! Podobne są do nieboszczyków z ballady, prędko się rozchodzą!
Młody człowiek zagarnął je, wyrzekłszy wesoło:
— Dziękuję ojcu. Umiesz je powrócić!
Ucałował markiza, którego blade oblicze rozjaśniała żywa radość.
Ta dusza kamienna miała nareszcie przedmiot kojący rany. Było to jego szczere przywiązanie do tego dziecka dwudziestopięcioletniego dziedzica, więcej nad córkę ukochanego.
Mając taki zasiłek, młody człowiek zawrócił się rzucając spojrzenie wdzięczności, dawcom życia, jak ich zwał, a nucąc aryję toreadora z „Carmen“ znikł w salonie. Markiz prowadząc za nim oczyma, zapytał żony:
— Jak sądzisz, co zrobi z temi pieniędzmi?
— Alboż mogę wiedzieć? przetrwoni jak zwykle bywa, gdy ojciec skąpi syn traci.
— Dziękuję za nazwę skąpca.
Pani de Blangy podniosła się i zaczęła chodzić w koło gabinetu. Zatrzymała się przed biurkiem męża.
— Namyśliłeś się? zapytała.
— Nad czem!
— Nad mojem żądaniem.
— Nad jakiem?
— Trzydzieści tysięcy franków!
Markiz nie uniósł się bynajmniej.
— Ah! tak dodał. Dla tego okrutnego de Vernes’a.
— Wiesz przecie, że są ludzie, których milczenie należy okupić!
— Kiedy ich żądasz?
— Natychmiast.
— Więc de Vernes staje się groźnym?
— Stanowczo, tak.
— Gdy przegra w karty naprzykład?
— Czy w karty czy gdzie indziej, to nas nie obchodzi.
— Ale trzydzieści tysięcy franków, to pokaźna suma!
— Wiem o tem.
— Szczególniej, gdy się powtarza. A od kilka miesięcy żądania tego pasorzyta zwiększają się.
— Prawda.
— Musisz być czasem niespokojną?
— Przyznaję się. Lecz muszę ci powiedzieć, że de Vernes domaga się...
Franciszek Valoucourt, zachowujący dotąd zupełny spokój, zsiniał unosząc się w fotelu.
— Ah! miałżeby...
— Utrzymuje przynajmniej, i chełpi się, że nas trzyma w swem ręku, posługując się może wyrażeniem banalnem, ale znaczącem.
— Byłoby to niegodziwą grą wyrazów.
— Czegóż się możesz spodziewać po adwokacie jakim on jest, który zdradził na korzyść naszą najświętszy obowiązek, poświęcając wdowę i sieroty?
Markiz zastanowił się i usiadł mówiąc.
— Ah! on grozi!...
— I jak jeszcze.
— Masz więc racvją, trzeba wypełnić jeszcze czego żąda.
— I ja tak myślę.
Schylił się, a wyjmując trzydzieści tysięcy franków z kasy, oddał je żonie.
— Dobrześmy gospodarowali, ale ten niszczyciel ma ostre zęby... Trzeba mu je obciąć!
— Co przez to rozumiesz?
— Powiem ci to może za dni kilka. Wiesz przecie, że nie mam sekretu przed tobą.
Pozostawszy sam wstał, a przebiegając szybko w około gabinet, myślał.
— De Vernes to ostatni nędznik, lecz wdał się w grę niebezpieczną. Gdy już jest po wszystkiem, któż to myśli o przeszłości... Ukrócę to!
Zadzwonił. Wszedł kamerdyner, w rannej jeszcze liberyi.
Od pierwszego rzutu oka łatwo było poznać starego przyjaciela Josona Kerhoël.
Lecz Joson podstarzał, się Joson już nie wyglądał na nieokrzesanego żołnierza, ubrany i obyty przeszło dwudziestoletnią służbą u markiza de Blangy prezentował się również dobrze, jak i jego towarzysze z przedmieścia Saint-Germain lab Saint Honoré.
Posiwiał, pobladł, i tylko małe przenikliwe oczy przypominały dawnego i poczciwego służącego Filipa Valencourt.
— Pan dzwonił? zapytał.
— Tak. Przygotuj do wyjazdu, Josonie. Mam zamiar opuścić Paryż jak najprędzej.
Twarz służącego zachmurzyła się, miał w kieszeni bilecik dopiero co otrzymany.
Wyjazd tak nagły przeszkadzał jego planom Przeczytawszy bilecik Joson był zaniepokojonym a zarazem zaciekawionym i rad, że może się czegoś dowie o rodzinie zmarłego swego pana.
Któż to taki, co mu przypominał Filipa Valencourt.
— Jak pan markiz, rozkaże tak będzie, powiedział. A kiedy pan markiz chce wyjechać?
— A... dziś wieczorem.
— Ośmielam się zwrócić uwagę pana markiza, że to zbyt krótki czas do wybrania się.
— No, to jutro, kiedy wolisz Josonie.
— Słucham rozkazów pana markiza. Twarz Bretończyka rozjaśniła się.
— Czy do Blangy pojedziemy? — zapytał, ochłonąwszy z obawy.
— Tak, do Blangy... O czem myślisz?
— Myślę, że pan markiz tak długo pozostawał tego lata w Paryżu.
— Interesy...
— Pan markiz tak jest dobrym, że się o nie kłopocze. Pan markiz powinienby wypocząć. Pan tak jest bogatym!...
Franciszek Valencourt uśmiechnął się zadowolony.
Był bardzo bogatym. Z tej strony przynajmniej jego żądze były nasycone; mógł zasypiać kołysany złotemi marzeniami. Zrealizował ogromne oszczędności. Jeden był cień na jasnym horyzoncie pomyślności, była to trwożąca go plama, a tą był... de Vernes! To, co zarzucił żonie, było rzeczywistą prawdą. Podziwiano z markizą skandaliczną swobodę, tego osławionego adwokata. Mówiono, że była mu uległą. De Vernes odzywał się nawet o tem z wielką poufałością a trzydzieści
tysięcy franków, z któremi dopiero co rozstał się, potwierdzały ten stosunek, raniąc dotkliwie interesowność męża markizy. Z tego też powodu tak nagłe postanowienie wyjazdu. De Vernes źle bardzo postąpił. Broniąc w zgromadzeniu głośnej sprawy klijentki, pragnącej seperacyi, został od jej męża spoliczkowany, wyzwany, zmuszony do pojedynku, w którym otrzymał uderzenie pomiędzy żebra, głębokie na trzy cale. Że adwokat nie umarł, było dowodem nadzwyczajnej siły.
Od czasu tej awantury, tracił cały urok i wzięcie. De Vernes staczał się po szczeblu, coraz niżej. Bronił się jeszcze, szamocząc się z wzrastającym niedostatkiem, niewiedząc której się trzymać strony.
Franciszek Valencourt pragnął się go pozbyć, zanim nędza popchnie go do ostateczności.
Łamał głowę aby wynaleźć jaki sposób.
Nareszcie przyszła mu myśl.
— Jutro więc rano pociągiem pośpiesznym wyjeżdżamy. Liczą na ciebie Josonie.
— Czy pan markiz nie ma jeszcze czego do polecenia mi?
— Nie... Ach! tak. Zaczekaj.
Napisał na prędce kilka linji.
Wyjeżdżamy jutro do Burgundji. Postaraj się, aby twój przyjaciel, de Vernes, udał się z nami na pewien czas.
— Masz, zanieś to pani. Zawiadom także i mojego syna.
— Dobrze panie.
— Możesz odejść Josonie.
Bretończyk wyszedł.
— Jutro — pomyślał — doskonale. Dziś wieczór pójdę na wezwanie! Lecz od kogo być może ten list i kto jest ta kobieta?