Nienawiść i miłość/Część druga/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pomimo rady siostry, Filip nie odjechał. Oberża w Truite przytrzymywała go niewidzialnemi węzłami. Nastał już i koniec sierpnia, a on tam był, jeszcze.
Prawda, że i Teresa de Blangy była także w Allevard, że codzień kierowała przechadzki jeżeli nie do Buisson, to przynajmniej w jego okolice, i czy przypadkiem czy ze zmyślności Zuzanny, spotykano się z gościem z oberży Truite.
Wtedy zwykle wszczynały się długie pogawędki; czasem dysputy i sprzeczki w różnych kwestyjach, — rozmowy, dające możność pannie de Blangy do bliższego poznania charakteru młodego człowieka i oceniania coraz więcej, jego prawości i szlachetności.
Przecież wszystko skończyć się musi. Teresa kończyła, naznaczoną kuracyję, matka wzywała ją do siebie.
W przystępie rozgorączkowania, po wewnętrznej walce przeciw sercu, nie mogąc wyjść zwycięzko, po raz pierwszy, młoda dziewczyna napisała tych słów kilka do przyjaciela.
„Wzywają mnie do Blangy. Z wielkim żalem, zmuszoną jestem wyjechać. Pragnę pana widzieć po raz ostatni. Proszę być jutro a 5-ej po południu, przy ruinach starego zamku. Będę tam
Gdy listonosz wręczył list Filipowi, ten zmieszał się, doznając wyrzutu sumienia.
Słowa siostry przyszły mu na pamięć. Uczuł, że jest przykutym, podbitym, zwyciężonym. Niewytłomaczony wdzięk przykuł go do tej młodej dziewczyny, której powinien być przeciwnikiem i nieprzyjacielem.
O co go miała prosić? Co za cel tego nowego widzenia? List odebrał o 12-ej, a widzenie się naznaczono na 5-tą.
Zaniepokojony długo nie mógł się zdecydować. Rozumiał, że poświęca życie swoje, a wrażenie spotkania pozostanie niezatartem. Może jeszcze czas zerwać wszystko?
Przemógł się, wszedł do swego pokoju i zaczął przygotowywać się do odjazdu to znów napisał słów kilka w odpowiedzi, ale podarł je, uważając, że są za okrutne.
Nakoniec za zbliżeniem się oznaczonej godziny, wziął laskę, zaszedłszy do oberży, zapytał o najkrótszą drogę do la Bastie; tak zwano ruiny, gdzie zapraszała panna de Blangy.
Z Buisson do Bastie więcej jest jak mila drogi, — ścieżki, parowy do obejścia, potoki. Dla Filipa tak lubiącego przechadzkę, była to zabawka. Zszedł z pochyłości Buisson, obojętny na otaczające go cuda natury, zajęty wyłącznie myślą o Teresie.
— Co ona mi może powiedzieć?
O kilka minut po 5-ej przybył do stóp pagórka, na którym wznoszą się szczątki starego zamku, będącego punktem zbornym dla kąpiących się z Allevard.
Młody człowiek z sercem bijącem wszedł na wzgórze. Przechodził mały kasztanowy lasek nad brzegiem parowu w głębi którego płynął strumyk, ukazujący się na skraju, gdy dostrzegł białą jak marzenia, w swej letniej sukience, oczekującą go pannę de Blangy. Nikogo więcej nie było. Młoda dziewczyna była sama. Zbliżył się.
Oboje byli wzruszeni, niezdolni wymówić słowa.
Nakoniec Terasą przerwała milczenie.
— Chciałam pana zobaczyć, jaszcze zanim wyjadę i wyznać mu, za ciężko mi bardzo, gdy wspomnę, iż wypada nam rozłączyć się na zawsze.
Głos jej drżał. Twarz pokryła się silnym rumieńcem.
— Nie skryję nawet, dodała, że żywię dla pana szczerą sympatyję. Ludzie, otaczający mnie, nie mówią – ani o mym ojcu, ani matce — nie posiadają pana wychowania i szlachetności.
Chciał ją powstrzymać.
— Wiem co mówię, odrzekła. Jestem jeszcze młodą, lecz proszę mnie nie posądzać o śmieszną dumę, często zastanawiam się, jeżeli się kiedy przywiążą do kogo, to pewno nie do tych, co mnie otaczają, pragnących widzieć we mnie raczej posażną dziedziczkę, a nie żonę, nie badając nawet mych uczuć.
Podniosła chusteczkę do ust, zakasłała się i melancholijnym uśmiechem mówiła dalej:
— Nie wiem, czemu myślę o przyszłości nie mającej istnieć dla mnie. Kuracyja przepisana nie pomogła mi, przeciwnie czują się więcej osłabioną... To co mnie pokrzepiało najwięcej, Filipie — nazwała go po imienia, nie żenując się, jako towarzysza — te nasze wspólne spacery po tej pięknej i ożywionej okolicy, nasze rozmowy inne niż te, jakie prowadzą tam, w Paryżu, gdzie tylko mówią, o teatrach, aktorach, śpiewakach, lub wyścigach i pieniądzach... zawsze o pieniądzach. Jedyny przedmiot zajmujący świat cały... Czy ich tak wiele potrzeba na przeżycie lat kilkunastu...
— Pani żyć będziesz długo.
Potrząsła głową.
— Nie wiem, powiedziała. Są, chwile w których życia pragnę, kiedyindziej znów staje mi się ono obojętnem. Tak byłam prawie szczęśliwą w Allevard, w spokoju, przerywanym tylko przez doktorów i ich śmieszne recepty.
Nie mogła powstrzymać uśmiecha złośliwej wesołości.
— Nie powinnam tego mówić przed panem, który możesz zostać doktorem, lecz to nad moje siły, zresztą pan do nich tak niepodobny... O zupełnie niepodobny.
Teraz Filip się uśmiechnął.
— Niechaj się pani nie krępuje, dorzucił, proszę się wyśmiewać; idź pani za przykładem Moliera.
— Jakżeby tu dobrze było bez nich, ciągnęła dalej Teresa, lecz ci ludzie.
ustawieni koło źródeł opukujący piersi, zmuszający do roztworzenia jak najszerzej ust dla schwytania wilgotnego pyłku, tego cudownego pyłku, mającego zdrowie poprawić i siły powrócić. Ah! jakże to zabawnie patrzeć na to wszystko! I powiedzieć dopiero, żem posłuszna tym Diatorijusom i postępuję jak inni z namaszczeniem! I nadal poddam się z tąż samą uległością, aby okupić za tę cenę prawo spędzenia kilka tygodni czasu, tak jak teraz żyłam... zdala od tego świata mi wstrętnego. Odeszła kilka kroków dalej.
Usiadła na kamieniu, stoczonym nad brzeg wązkiego parowu, mając nogi zawieszone nad potokiem czystej wody, płynącej ze szmerem po kamykach na jakie dwadzieścia stóp pod nią.
— Usiądź pan tutaj przy mnie, zapraszała.
— Proszę być ostrożną... może pani wpaść w strumyk.
— Niema niebezpieczeństwa!….. Czyż nie jestem przy mym nadwornym wybawcy? Przy panu niczego się nie obawiam.
Zmieszał się na taką poufałość miłego dziewczęcia, niemającego najmniejszej złej lub dwuznacznej myśli. Czem więcej się jej przypatrywał, tem znajdował ją ładniejszą, powabniejszą, posiadającą coś anielskiego i słodkiego, usuwającego gwałtowne pokusy.
Sam pragnął rozproszyć prawdziwe wrażenie, lecz głos wewnętrzny szeptał mu:
— Tak, kochasz ją, bo zasługuje na miłość, kochasz jak siostrę może, uczuciem bezinteresownem, jako istotę słabą i łagodną, potrzebującą twej opieki, lecz ją kochasz nakoniec miłością, która nie może być zaspokojoną. Chcesz, czy niechcesz, jesteś z nią związany na całe życie!
Piękną była z swemi popielatemi włosami, płcią bladą, z figurą wiotką jak trzcina, z kształtami młodego dziewczęcia wątłemi, lecz delikatnemi i wyższej dystynkcyi.
Wzniosła wzrok błagalny.
— Nie mogę uwierzyć, mówiła z niezmiernem wzruszeniem, abyśmy się mogli rozstać na zawsze! Czyżby to było możebnem!
— Spotkanie nasze zrządził wypadek, on też nas może rozłączyć bezpowrotnie.
— Niezmartwiłoby to pana?
Pytanie to zadane z dziecięcą szczerością, wzruszyło Filipa do głębi duszy.
— Owszem, odpowiedział żywo, lecz trzeba abym pani opowiedział co czuję i myślę. Czy mi pani pozwala?...
— Proszę cię Filipie, mów. Przekonaną jestem, że mi nie powiesz nic takiego, czegobym nie mogła słuchać. Ufam ci jak bratu.
— Odkąd panią spotkałem, pozostaję niewolnikiem jej dobroci charakteru, śmiałej swobody, pociągu z pod którego chciałem się wyłamać.
— Dlaczego?
— Chciałem... i to ze wszystkich sił moich. Po co pani wiedzieć przyczynę? Nie mogłem. Jeżeli pozostałem w Buisson, to tylko dla pani, bo z okna mego pokoju mogłem dojrzeć, park w kąpielach, gdzie pani przechadzała się, dach okrywający pani sypialnię, źródło w którem pani czerpała zdrowie, jednem słowem dla pani tylko nie opuszczałem okolicy, boś pani była w niej mą zaklętą czarodziejką. Nie cudowny krajobraz przyciągał mnie, nie wielkość horyzontu nad białemi śniegowemi szczytami. Lubiłem szmer potoku, bo pani siadała nad jego brzegiem, i moje skromne mieszkanko w oberży, bo z niego widywałem panią, przybywającą na mule dla wypicia filiżanki mleka. Lecz są to wszystko dzieciństwa, mogące trwać jakiś czas tylko. Zna pani te sny, szczęśliwe upajające nas. Żyje się w świecie czarów. Za przebudzeniem widzimy straszną i smutna rzeczywistość. Jesteśmy więc jak we śnie. Przykre to może, lecz tak się zwykle dzieje. Pani odjeżdża! Jakże się zobaczymy? Przepaść nas rozdziela, głębsza niż pani może przypuścić. Tę różnicę stanowi majątek, pozycyja rodziców pani względem wieśniaka. Wiem kim pani jesteś. Pani nie wie kto ja jestem. Nazywam się Filip Arbaud syn zamożnego winiarza, lecz dalekim od bogactwa, pani jesteś panną Teresą de Blangy, córką markiza de Blangy-Cussey, największego magnata Burgundyi, najbogatszego kapitalisty z przedmieścia Saint-Germain. Widzi więc pani, że nasze losy nie mogą mieć nic wspólnego!. Nie do widzenia więc należy nam powiedzieć, lecz żegnam!
Głos jego podnosił się, wyrażał się coraz z większą energiją, prawie porywczo. Zdawałoby się, że nienawiść siostry wkradła się i w jego duszę. W pozie jego i akcencie była gorycz i irytacyja również nagła jak i niezwyczajna.
Przytłumione łkanie wstrzymało go. Głowa młodej dziewczyny padła na pierś jogo. Dwie rzęsiste łzy stoczyły się po wychudłych policzkach. Podniosła chusteczkę do oczu, a odkaszlnąwszy spostrzegła ślady różowe, krwiste, zdradzające chorobę, jaką była dotknięta. Litość opanowała go, a w uniesieniu, bezsilny aby odepchnąć schwycił jej rękę i podniósł do ust.
Podniosła głowę, oczy były łez pełne.
— Co masz do mnie, że mi tak dokuczasz? — zapytała.
Dotknięty temi prostemi słowy, wymówił tylko:
— Wybacz!
Co mógł mieć rzeczywiście do niej? Czyż ona była przyczyną infamii swych rodziców? Czy mógł mieć urazę do tego wątłego stworzenia, potrzebującego miłości i przywiązującego się do niego, w swem opuszczenia i samotności.
— Rozkazuj więc rzekł. — Czego pani żądasz?
Wstała.
— Czego chcę? Oto, abyś był moim przyjacielem teraz i zawsze — rzekła, wspierając się na jego ramieniu.
— Niestety!
— Czy uważa pan, że to będzie tak trudno?
— Być pani przyjacielem, nie; zobaczyć się z panią, bezwątpienia.
Uśmiechnęła się wśród łez; było to jak słońce, przebijające przez chmury.
— Nie tak tradnem, jak sądzisz. Posłuchaj mnie.
— Słucham.
Szli dalej między wysokiemi jodłami. Kilku spacerowiczów zbliżało się do ruin pieszo lub na mułach.
Jej garderobiana, Zuzanna, siedziała na wzgórzu, oczekując ich powrotu.
— Oto mój plan, — rzekła młoda dziewczyna. Ma pan lat dwadzieścia cztery.
— Tyle właśnie.
— A ja wkrótce siedemnaście.
— Cóż więc z tego?
— Jest pan studentem medycyny... Mieszka pan w Paryżu... często...
— Rozumie się.
— Ja mieszkam zimą i na wiosnę w Paryżu, w domu rodziców, w pałacu de Blangy. Jestem również jak i pan uczennicą... Prowadzą mnie do Komedyi francuskiej... Opery... Pan jesteś prawie bogatym.
— Oh!
— Nie mów, nie... Bywasz przecież od czasu do czasu w teatrze. Zobaczymy się... Nieprawdaż?
— Być może.
— We wtorki w Komedyi, w środy w Operze... To nasze dni. Aby cię zobaczyć choć na minutę, a będę szczęśliwą na cały tydzień. Widzisz... Nie jestem wymagającą. Tym sposobem będziemy wiedzieć, że jest ktoś….. co o nas myśli. A potem...
— A potem?
— Jak będę ja ciebie, lub ty mnie potrzebować, potrafimy się znaleźć... Znasz Zuzannę?
— Tak.
— To bardzo dobra kobieta, przywiązana... Rzuciłaby się za mnie w ogień. Abym tylko wiedziała twój adres. Ty wiesz mój. Oto wszystko czego potrzeba.
Zatrzymała się pod rozrosłą jodłą, z zwiesistemi gałęziami, zakrywającemí ich przed ciekawych wzrokiem, a oparłszy ręce na ramionach młodego człowieka, rzekła:
Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Wierzę, żem ci może winna życie; zostań sławnym doktorem, Filipie, abym ci je zawdzięczyła po raz drugi!
Łzy wytrysnęły z jej oczu, lecz łzy szczęścia, gdyż wyczytała w spojrzeniu Filipa, że jest kochaną, tak jak pragnęła.
— Przyobiecujesz? — błagała.
Poniósł ręce Teresy do ust, okrywając je pocałunkami.
— Obiecuję — odpowiedział.
— I na zawsze?
Skłonił się w milczeniu; był bardzo wzruszony.
— Dziękuję. Gdybyś wiedział jak mnie czynisz szczęśliwą.
Zadumał się, a jasna sukienka migała się po trawie.
Panna da Blangy odwróciła się raz jeszcze, a jej usta zdawały się wymawiać ostatnie słowa:
— I na zawsze!