Przejdź do zawartości

Nienawiść i miłość/Część druga/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Nienawiść i miłość
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1892
Druk Feliks Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Haine et amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Sama.

Istotnie była to Magdalena, córka Filipa Valencourt i Magdaleny Stefani, spotkana przypadkowo na statku pocztowym z New-Yorku, przez ekscentryka i bogacza Smith’a, udającego się w drogę do Paryża, będącą tem dla krajowców Bostonu lub Chicago, jak spacer paryżan do Saint-Germain lub Bougival.
Co robiła tak daleko?
Wyjawiła w szczerości duszy swemu nowemu przyjacielowi, że szukała broni.
Przeciw komu? Przeciw nieprzyjaciołom, chcąc ich dotknąć i zwalczyć. Było to zadanie nielada.
Nieszczęśliwa ta dziewczyna pozostawiona swojemu własnemu sprytowi, żyła od lat kilku w dziwnym rozstroju umysłu.
Rozkaz matki był dotąd w zupełności spełniony. Zacny Bouraille długo się wahał, zanim zdecydował się, to tajemnicze pismo oddać w przeznaczone ręce, przeczuwał bowiem, co mogło zawierać.
Oczywiście była to historyja życia matki, przekazana dzieciom w chwili smutku i żalu, nie mogła więc wpoić w ich serca uczucia miłości dla swych prześladowców, wlewając przeciwnie uczucie nienawiści i życzenie odwetu.
Lecz przyobiecał i słowa dotrzymał, tem więcej, że charakter nieuległy zacny i poważny jego wychowanicy uspakajał go.
Magdalena, mając lat 18, ukończyła chlubnie edukacyją w klasztorze Dijon, powróciła do Jonceray.
Bouraille tak jak i inni przyjaciele domu i służba uwielbiali ją.
Uprzejma z biednymi, dobra, usłużna dla sąsiadów, mało dbająca o siebie, szlachetna jak królowa, nie miała nieprzyjaciół, nawet zazdrosnej o jej urodę lub pomyślność.
Wszystko sprzyjało sierotom z Jouncray.
Bouraille dumny ze swych wychowańców, powtarzał często w miasteczku:
Dzięki Bogu wszystko im się wiedzie. Piękni, zdrowi, mają chleba pod dostatkiem, oprócz dukatów w gotówce. Niestety po przeczytania manuskryptu matki charakter młodego dziewczęcia zmienił się do niepoznania.
Zanadto rozwinięta. by nie pojąć tajemnicy przeszłości, której się potrosze jakby domyślała, mając przed oczyma smutną twarz matki, tak głęboko utkwioną w pamięci, zrozumiała przyczynę jej rozpaczy i nieszczęść, ciążących nad nią.
Wiele wspomnień niewyjaśnionych, przychodziło teraz na myśl.
Jednym rzutem objęła całą przeszłość ojca, tak mało znanego i matki męczennicy zbrodniarzy, myśl o których burzyła krew w jej żyłach.
Dnie i noce całe, pozostawała sam na sam z manuskryptem, zajmującym jej głowę, a nie mogąc się od niego oderwać.
Córka pułkownika najdrobniejszy szczegół skreśliła w tem opowiadaniu.
Zdałoby się nawet, że sekret Valencourt’ów, kradnących testament wuja i testament Filipa, oraz akt małżeństwa w San-Julia, był jej wyjawionym cudem jakimś, czy jasnowidzeniem, przyznawanem umierającym z taką zadziwiającą dokładnością skupiła wypadki i obwinienia.
Magdalena dobrze wszystko zrozumiała zbadała i zapamiętała wszystkie przejścia swej matki od chwili upadku, aż do ostatniej minuty prawie tragicznego postanowienia zgonu.
Córka pułkownika nie usprawiedliwiała się bynajmniej. Wyznała swój błąd i fatalne jego następstwa, jak równie opisała swój ślub przyrzeczenia męża, zamiary przerwane strasznym wypadkiem niegodziwości Franciszka Valencourt i jego żony Ludwiki de Chambeyre. Nic nie opuściła.
Od chwil więc przeczytania tak smutnego manuskryptu przez tą drugą Magdalenę, pełną sił i przyszłości, gdy pierwsza spoczywała na cmentarzu miasteczka, w cieniu starego kościoła, córka jej miała już plan skreślony. Bądź co bądź postanowiła spełnić wolę matki i pomścić ją, choćby z narażeniem życia.
Postanowiła za jaką bądź cenę wejść do domu, w którym powinna była być panią znaleść środki, aby poniżyć w oczach świata tryumfujących z majątku, tak nikczemnie zdobytego.
Postanowienie to przeszło w rodzaj manji nie zwierzała się nikomu, Bouraille’owi nawet pomimo bezgranicznego zaufania i wdzięczności, dla zacnego i bezinteresownego tego wieśniaka, szlachetnego opiekuna, który, pomimo, że sądził sprawy w swym urzędzie jako pisarz lecz płacił obce długi, jako przyjaciel ludzkości.
Od chwili tego odkrycia, Bouraille widział ją smutną i ponurą, nie zdając sobie sprawy z tej metamorfozy.
Zresztą nie śpieszyła z rozpoczęciem oczekując innej chwili, potrzebującej lat czterech jeszcze, czyli czasu w którymby brat jej Filip doszedł lat oznaczonych przez matkę, dla wręczenia mu rękopismu i odkrycia życzenia umierającej matki. Dzień ten nadszedł. Magdalena przywołała go do swego pokoju i oddała smutny pamiętnik.
Młody człowiek, przeczytawaszy go, padł jak martwy na ziemię.
On także zrozumiał spisek jakim była otoczona, lecz prawy i szlachetny aż do skrupułu, oddalał od siebie myśl występku, mając go spełnić dla ukarania innych.
Ukończył właśnie szkoły.
Dziki czy dumny jak dzieci nad urodzeniem których krąży jakaś ciemność od najmłodszych lat, swoich, unikał ludzi nosząc na czole chmurę smutku trudną do rozpędzenia.
Przyszedłszy do siebie pozostał osłupiały i przybity, jak gdyby ponętna przyszłość, o której marzył, raptem zamknęła się przed nim.
— Co postanawiasz? zapytała siostra.
— Co możemy zdziałać?
— Z sercem i odwagą wszystko.
Wzruszył ramionami.
— Mrzonki, — wyszeptał.
— Chcę nazwiska, jakie nam zabrano! — zawołała Magdalena.
— Czyż niemamy go od uczciwego i prawego człowieka?
— Niewystarcza mi. Chcę nazwiska mego ojca! odrzekła stanowczo.
— Ci, co go nam zabrali są bogaci i poważni... Jesteś kobietą. Ja nie czuję dość siły do walczenia... Gdyby chodziło o starcia otwarte, z bronią w ręku, poszedłbym niechybnie do markiza de Blangy, lecz kazałby mnie wyrzucić swoim lokajom, nie chcę się więc narażać na wstyd.
— Słuchaj, Filipie, mówiła dalej Magdalena, ludzie ci rzucili nas na pastwę, to co mamy, winniśmy szlachetności człowieka, nie będącego niczem dla nas, matka nasza utopiła się w rozpaczy, pokrzywdzili nas jak tylko można było najwięcej... oddam im obelgę za obelgę, ranę za ranę, boleść za boleść...
— Urojenie!
— Nie wiem jak się do tego zabiorę i czy mi się powiedzie, lecz pokuszę się o wszystko, o ile kobieta sama z tobą lub bez ciebie przedsięwziąść może... Na ten cel poświęcę ostatni szeląg z tego co zawdzięczam litości tego biednego Wincentego Arbaud’a. Poświęcę młodość moją, życie jeżeli zajdzie tego potrzeba, a ile sił mi starczy starać się będę dopiąć celu.
Brat i siostra kochali się serdecznie.
Nigdy żadnej kłótni, najmniejszej sprzeczki między nimi nie było. Tak Bouraille jak i stara Marion nie opuszczająca ich od urodzenia, ani na je dną chwilę, wiedzieli dobrze jak byli do siebie przywiązani.
Filip ujął za ręce siostrę błagając ją o zaniechanie podobnego czynu.
Przekonywał ją w wyrazach najjaskrawszych, przysięgał jej na uczucie braterskie, którego nic nie mogło zmienić ale starał się jednocześnie ze zdrowym rozumem i rozsądkiem nad wiek jego wykazać bezużyteczność jej usiłowań, przeszkody na jakie natrafi na każdym kroku w Paryżu, gdzie zbrodniarze wyższej rangi są więcej strzeżeni przez władze publiczne, niżeli słabi zmuszeni zarabiać na życie, przebiegać kawały drogi dla dostania się do nędznych izdebek gdzie się rozmnażają i pracują spokojnie w ciemnych zakątkach, że markiz de Blangy, ponieważ Franciszek Valencourt nosił ten tytuł, był niezwyciężonym w swym pałacu lub zamku, z poczetem lokai i straży zdążających na jedno jego skinienie, że chociaż ów czyn haniebny i występny, którego oni są ofiarami, obarczał ich sumienia, lecz czyn ten był okryty tajemnicą, że kiedy mieli dosyć odwagi i siły do spełnienia go, potrafią również zręcznie ukryć go w sekrecie i uniknąć kary.
Magdalena słuchała w milczenia, z brwią zmarszczoną, wzrokiem surowym, a gdy na koniec, po wyłuszczenia wszystkich argumentów ucichł, zapytała go:
— Czy to już wszystko?
— Cóż więcej mógłbym ci powiedzieć?
— Zapewne, że nic.
— Dałaś się przekonać, zapytał kolejno, lecz ze słodyczą, zagłębiając swe czarne aksamitne oczy w niebieskich swej siostry.
Odpowiedziała niezachwianie.
— Nie.
— Więc cóż?...
— Tak postąpię, jak powiedziałam.
A zatrzymując wzrok swój pełen bezgranicznej miłości, dodała:
— Zresztą, lepiej gdy będę działać swobodniej sama i bez ciebie. Niebezpieczeństwo sama przeniosę... skutek podzielimy razem!
W dni kilka po tej rozmowie znikła, pozostawiając do brata i Bouraille’a te kilka linij...
„Zabieram z sobą dziesięć tysięcy franków. Pozostawiam wam resztę. Nie pytajcie się, gdzie się udaję, ani co postanawiam robić. Gdy przyjdzie pora, dam wiedzieć o sobie. Bądźcie spokojni. Mam dosyć sił i odwagi, lecz proszę was o milczenie.

Kochająca Was
Magdalena“.

Zniknięcie jej datowało się od pół-czwarta roku. Miała wtedy lat dwadzieścia dwa.
Gdzie się udała?
Bouraille dowiedział się, że przebywała przez kilka miesięcy w Paryżu, uczęszczając na kursa, dla dokończenia już i tak świetnej edukacyi, była bowiem wysoce muzykalną, doskonale mówiąc po angielska i niemiecku, jako jedna z najinteligentniejszych uczennic w klasztorze Dijon. Z chwilą dojścia do pełnoletności, opiekun jej, zdając rachunki, wykazał piętnaście tysięcy franków rocznej renty z Jonceray, której nie poruszała wcale.
Mogła więc zabrać z sobą daleko znaczniejszą sumę.
Po wyjeździe z Paryża, Bouraille i Filip zatracili ślad Magdaleny.
W pewnych tylko przestankach, odbierali listy bardzo krótkie, z markami Anglii, a potem Stanów Zjednoczonych.
Celem listów było tylko zaspokojenie ich o zupełnie dobrym stanie zdrowia.
Odpowiedź zaś prosiła by wysyłano pod adresem ulicy Sèze, gdzie miała skromne mieszkanko, zkąd też odbierała wszelkie korespondencyję.
Tak stały rzeczy do chwili, gdy Filip, spotkał na drodze z Pontcharra do Allevard Teresę de Blangy, podczas gdy Magdalena dojeżdżała do Paryża ze swym adoratorem, Adamem Smith, znanym dla telegrafu i telefonu, Smith-house, przez Boston —sama zaś udawała się na ulicę Sèze 12.
O północy zadzwoniła do odźwiernej, wydającej okrzyk zdziwienia.
— Panna Arbaud! Przed kilku dniami otrzymaliśmy pani zawiadomienie, wszystko więc jest w porządku. A oto list dla pani dopiero co mi go wręczono.
Był to list Filipa, pisany w Buisson, w oberży la Truite.
Magdalena poszła do siebie.
Było to wygodne mieszkanie studenckie, na piątem piętrze, składające się z dwóch pokoi, jeden służył za salę przyjęcia i pracy z pianinem, biblijoteką z białego drzewa książkami naukowemi... partycyjami i wielu przyrządami lekarskiemi.
Drugi pokój przeznaczony na sypialnią i gotowalnią.
Pomimo skromnego umeblowania, zdało się być wykwintnem i wygodnem z zapachem werweny i fijołków i ozdobą młodej, pięknej, świeżej i zdrowej dziewczyny, a co najgłówniejsze, bardzo wytrwałej.
Zmęczenie podróżą nie zdołało nawet opanować tej natury energicznej i silnej.
Zapaliła dwie świece i chciwie przeczytała list brata.
Po skończeniu go, myśl jakaś błysła na jej pięknem czole, zatrzymała się poprawiła bujne włosy, wyszeptawszy:
— Biedny Filipie!
Wydobyła potem z safijanowego woreczka kajet starannie obwinięty, fotografiją matki Filipa Valencourt, przedstawiającego go w pełni sił, 25 lat, a wpatrując się w te portrety, tak dla niej drogie, wyrzekła:
— Teraz trzeba działać!
Uśmiech goryczy i żółci osiadł na jej ustach.
— Broń! Tak jeździłam szukać jej! Biedny Smith nie mógł mnie zrozumieć! Mam ją i użyję jej!
Zamyśliła się.
— Podobałby mi się ten cudzoziemiec. Śmiały i silny!... Bah! nie myślmy o tem! Ah, panie de Blangy! zobaczymy się! I to Filip daje mi środek, nie wiedząc o tem!...
Wzięła papier i pióro.
— Czyż mam zaufać temu człowiekowi? — pomyślała. Zawsze on służy u markiza... Wiem o tem... Kochał mego ojca, lecz może się dał przekupić... może się przywiązał do swego drugiego pana! Bretończyk! Tak, Bretończyk, to musi być wiernym!... Spróbuję.
Napisała:
„Jeżeli pan Joson Kerhoël nie zapomniał o Filipie Valencourt, proszonym jest, aby jutro o dziewiątej wieczorem zechciał być na trotuarze Champs-Elysées po lewej stronie alei, o sto kroków od placu Concorde.
„Odda wielką przysługę pewnej osobie, która mu wiecznie wdzięczną pozostanie.

Nieznajoma.

„P. S. Uprzedzam, że nie chodzi o żadną przysługę pieniężną.“
Złożyła list i zaadresowała: „Pan Joson Kerhoël, kamerdyner, pałac de Blangy, ulica de Lille.“
Aby zapobiedz możebnej ciekawości, zapieczętowała go czerwoną pieczątką z jej literą.
Rozebrała się, weszła do łóżka, mówiąc:
— Przyjdzie!
W kilka minut smacznie zasnęła, a marzenia snów złotych okrążały ją.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.