Nienawiść i miłość/Część druga/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nazajutrz koło czwartej po południu transatlantycki „La Brétagna“ w powrocie z New-Yorku zatrzymał się w przystani Hawru.
Ów tegoczesny „Léviathans,“ ten kolos morza o śrubowej sile, pędzący z olbrzymią szybkością, o jakiej nie marzyli nawet starożytni Kolumbowie, pruł bałwany, podążając do przystani, gdzie oczekiwano na spełnienie formalności urzędowych, przybycia komisyi sanitarnej, sterników i innych.
Podróżni oparci o balustradę mostu, kłaniali się, oczekując z bijącem sercem wyzwolenia z tygodniowej niewoli między wodą i niebem.
Pomiędzy niemi wyróżniała się młoda kobieta, blondynka, elegancka, posągowych kształtów, błądząca wzrokiem po niewyraźnym konturze mglistych brzegów.
Trouville z przechadzającemi się na pomoście Kaszna, Houfleur jeszcze ciemniejszy, zagłębiony w swym estuarze zatrutym nieczystościami Paryża a z drugiej strony Sainte-Adresse, la Here z latarnią morską, nakoniec Hawre z szeregiem wysokich domów tworzących grupę koło basenów i grobli portowej, wyciągając, jakby na przyjęcie w swe objęcia nowoprzybyłych cudzoziemców lub powracających przyjaciół.
Młoda dama przechylona na poręczy mostu odwróciła się, poczuwszy dotknięcie ramienia dużej tłustej i szerokiej ręki.
Był to rosły i rzęźki mężczyzna, 40 może letni, a donośnym i dźwięcznym głosem, wydobywającym się z szerokiej piersi, odezwał się po angielsku:
— A więc! miss Arbaud przychodzi się nam rozstać?
— Niestety! odrzekła zaczepiona — podnosząc ręce zakryte po łokcie długiemi rękawiczkami opiętemi na wazkich rękawach popielatej sukni, obcisłej w talii, odznaczającej biodra przepysznie utoczone.
Postać rozpoczynającego rozmowę mężczyzny, chociaż pospolita, wykazywała jednak wielkiego eleganta o fizyjonomii szczerej i samowolnej; ubrany bogato lecz bez przymusu, a pugilares obficie wyładowany, rekomendował podróżującego dżentelmana.
Poruszył lewą ręką, ukazując na wskazującym palcu ogromny brylant, a gładząc z niezadowoleniem brodę okrągle obstrzyżoną dotknął delikatnie drugą ręką rękawiczki młodej kobiety.
— Pani jedzie do Paryża? zapytał.
— Tak.
— Czy mi pani pozwala odbyć tę podróż jeszcze z sobą?
— Jeżeli pan sobie życzy, panie Smith.
— Patrz pani na mnie, miss Arbaud.
— Z przyjemnością, panie Smith.
— Co pani widzi przed sobą?
— Widzę towarzysza podróży, nadzwyczaj uprzejmego, grzecznego, któremu zawdzięczam, że droga wydała mi się, tak krótką, jak gdyby to był zwyczajny spacer.
— Tylko tyle, miss Arbaud?
— Tyle, panie Smith.
Pochrząknął razy kilka, jakby akcentując.
— Hou! hou!
— A uderzywszy z całej siły o balustradę rzekł:
— Zmusza mnie pani do wypowiedzenia wszystkiego.
— Ale...
— Tem gorzej. Ma pani przed sobą, zakochanego, miss Arbaud.
— Zakochanego!
— Szalenie zakochanego.
— O panie Smith.
Młoda dama uśmiechnęła się, odpowiadając sąsiadowi, najczystszą angielszczyzną, jaką mówią od Londynu po Brighton. Lecz łatwo rozpoznać było w jej uśmiechu rodzaj przymusu, znerwowania i zmęczenia.
— Zakochanego zdolnego do wszystkiego, zrozpaczonego, odrzekł Amerykanin z energiją, kiedy mamy się rozłączyć nie otrzymawszy od pani słowa pociechy...
— Ależ się jeszcze nie rozstajemy, panie Smith!
— Pozostaje nam zaledwie godzin kilka. O północy staniemy w Paryżu i adieu. Może się już więcej nie zobaczymy.
— Bardzo być może, panie Smith.
Na tem się przerwała rozmowa.
La Brétagne wydał huk groźny i ruszył w drogę.
Yankes przestał mówić, podczas gdy młoda dziewczyna utkwiła wzrok swój w tą ziemię Francyi, witając ją z podwójnem wzruszeniem, jednem, jakiego się doznaje za przybyciem z dalekich krajów do ziemi ojczystej, a drugiem, silniejszem na razie, połączone z obawą na wspomnienia o postanowieniu i zadaniu, jakie na siebie przyjęła, choćby z narażeniem życia.
W pół godziny później siedziała już w pośpiesznym wagonie kolei żelaznej, zdążającym ku Paryżowi. Naprzeciw niej zasiadł Amerykanin, pożerający ją swemi wielkiemi wyłupiastemi oczyma pełnemi ognia, z jakim mówił na pokładzie la „Brétagne“, wyrażającemi przytem najczulsze przywiązanie i szacunek dla tej istoty, którą pragnął kochać i posiąść za cenę największej ofiary.
— Powiedziała pani dopiero co, że „może być, że się więcej nie zobaczymy“ — zaczął Amerykanin.
— I powtarzam to jeszcze, panie Smith.
— A więc myli się pani.
— Dla czego, panie Smith?
— Bo podobno właśnie, że cię będziemy często i długo widywali, miss Arbaud.
— Jakże się to stanie?
— Jak? Należę do rzędu tych, którzy gdy co uprojektują, to nie dają tak łatwo za wygrane.
— Jest pan wytrwałym, panie Smith — dodała, żartując.
— O tak, jestem nim. To znaczy, że jestem upartym jak dziesięciu mułów z Poitu, skąd pochodził mój dziad.
— A! pan jest?...
— Potomkiem jednego z towarzyszy Lafayette’a; tylko że markiz powrócił do Francyi, a mój dziad pozostał na miejscu. Nazywał się Bertrand i prawdę mówiąc, zdaje mi się, że był służącym u jednego z przyjaciół generała. Jego córka poślubiła niejakiego Smith’a i służący stał się panem. Gdybym obecnie chciał, mógłbym zakupić połowę kantonu, opuszczonego przez mego dziada.
— Wiem o tem, panie Smith.
— Powróćmy do mych projektów, miss Arbaud. Od lat dziesięciu poszukuję kobiety... lecz że jestem wybrednym...
— Nie znalazłeś jej pan.
— Owszem.
— Kiedy?
— Tej chwili, gdym wstąpił na Bretagne.
— W swej ostatniej podróży — zapytała złośliwie młoda kobieta.
— Niechaj pani nie żartuje, miss Arbaud; w ostatniej mej podróży, tej, którą odbywam w tej chwili. Dotąd nie spotkałem tego, czego pragnąłem, to jest towarzyszki wytrwalej, eleganckiej, dobrej rodziny, inteligentnej, zdolnej skrócić długie zimowe wieczory naszej wiejskiej samotności, gdyż nie jestem mieszkańcem miasta, miss Arbaud.
— I o tem wiem, panie Smith, — dodała jeszcze młoda kobieta.
— Nienawidzę tego ścisku w miastach, natłoku ludzi, prześcigających jedni drugich w zdobyciu dolarów, jak ulicznicy za bakalijami. Szukam towarzyszki zdolnej zastąpić mi świat cały, nie zmuszającej mnie do zwiedzania go. Gdym panią spostrzegł, powiedziałem sobie: Znalazłem nareszcie czegom pragnął. W czasie trwającej obecnie podróży studyjowałem panią. Poznałem panią, jak to mówią, od stóp do głów. Natura stworzyła panią piękną jak bóstwo, czegóż więcej żądać ze względów fizycznych? Co zaś do danych pani pod względem moralnym jest pani energiczną, poważną, prawą, z odcieniem smutku, wywołanym może... Czy pozwoli mi pani być szczerym, miss Arbaud?
— Proszę bardzo, panie Smith,
— Niepewnością o przyszłość.
— Nie rozumiem pana...
— To jest o mierny byt, niegodny pani.
Młoda kobieta poruszyła głową.
— Nie, panie, zaprzeczyła. — Zapewne, że nie jestem zbyt bogatą, lecz też nie mam wielkich wymagań.
— Po cóż więc pani jeździła do Ameryki?
— Chętnie panu opowiem, gdyż i ja również, panie Smith, oceniłam pana i powzięłam ka niemu wielką sympatyję.
— Oh! miss Arbaud! — zawołał Amerykanin zachwycony.
— Dlaczegóż miałabym cel mój ukrywać przed panem? Jeździłam, by zwiedzić, nauczyć się, znaleźć broń może!
— Broń, miss Arbaud! Przeciw komu?
— Przeciwko mym nieprzyjaciołom.
— Pani?
— Ja.
— Ależ jaką broń?
— Bywają rozmaitego rodzaju. Od półczwarta roku, jak opuściłam Francyje, spędziłam półtora roku w Anglii, z początku w pansyjonacie młodych panien, a potem jako kasyjerka u chemika, czyli aptekarza, jak nazywają francuzi. Później udałam się do New-Yorku, Bostonu, San-Francisco i Gujany... Tam wiele się nauczyłam...
— Powraca pani zadowolona?
— Prawie.
— Któż są ci nieprzyjaciele?
— Bardzo bogaci, potężni, obsypywani honorami.... pomimo, że nie zasługują na nie.
— I sądzi pani ujarzmić ich?
— Spodziewam się, panie Smith.
— Pani sama, miss Arbaud?
— Ja sama.
— Kobieta i tak młoda!
— Mam 26 lat, lecz zdaje mi się, że przeżyłam pięćdziesiąt, gdyż lata zmartwień liczą się podwójnie.
— Teraz ja pani powiem: Nic nie rozumiem.
— Daj pokój, panie Smith; byłoby to zbytecznem.
Historyja życia mego jest tak nadzwyczajna, że może powątpiewałbyś o mojej szczerości. Mam wytkniętą drogę. Nic mnie z niej nie zwróci... Chodzi tu o zemstę, co się zowie u nas wendetą. W żyłach matki mojej płynęła krew korsykańska. Tyle tylko mogę powiedzieć... Zostanę wolną, z chwilą, gdy celu mego dopnę. Jeżeli panu opowiadam to dlatego, że jesteś cudzoziemcem, bo spotkanie nasze zrządził wypadek i że pewno nigdy więcej nie usłyszysz nazwiska mego, bo tysiące mil będą nas rozdzielać.
— A więc! nie, tysiąc razy nie, zawołał Amerykanin.
Czekałem lat tyle na żonę o jakiej marzyłem, będą czekać jeszcze. Niechaj pani się nie stara przeszkodzić temu. Jestem bardzo stanowczym, miss Arbaud. Ile czasu żądasz pani dla swego tajemniczego przedsięwzięcia?
— Nie wiem... Zresztą nie przetrzymam tego, upadnę pod tym ciężarem.
— Jakiego czasu potrzebujesz pani powtarzał nie zatrzymując się.
— Alboż ja wiem? Lecz... pół roku czasu... roku... może dwóch lat.
— Niechaj i tak będzie. Proszę, niechaj pani posłucha: Nazywam się Adam Smith. Mam byt zapewniony i dostatni. Majątek mój wynosi najmniej dwakroć sto tysięcy dolarów. Mieszkam o trzy godziny od Bostona W rozległej własności, Smith-house. Zapamięta pani, nieprawdaż? Nie pytam pani o tajemnicę, lecz w każdej chwili, gdy mnie pani potrzebować będziesz, daj wiedzieć o sobie, a stawię się na jej rozkazy, gdyż sądzę, że nigdy nie będą od niej zbyt daleko. Nie pytam zkąd pani przybywasz? gdzie jedziesz? kim jesteś? Jakże czułbym się szczęśliwym, gdybyś się pani zgodziła na poślubienie cię jak najprędsze... Pewnym zresztą jestem, że odtąd nie mógłbym myśleć o innej. Wiem pani imię i nazwisko: Magdalena Arbaud i to mi wystarcza, Bądź pani spokojną, nie zapomnę go.
Zapanowała cisza.
— Gdybyś pani raczyła zmienić postanowienie, zaczął dalej Amerykanin, zechciej pani zatelegrafować: Adam Smith, Smith-house, przez Boston. Bądź co bądź byś pani zadecydowała, tydzień czasu, jaki spędziłem w jej towarzystwie, nigdy się nie zatrze w mej pamięci... Liczyć będę dni te, jako najszczęśliwsze w mem życiu.
Wpatrywał się w twarz młodej kobiety.
Dostrzegł łzę, spływającą z pod długich ciemnych rzęs, łagodzących blask zwilgotniały oczów.
Łzy tej miał nigdy nie zapomnieć.
Magdalena Arbaud rozumiała, że stworzoną była do miłości, a przecież poświęcono ją nienawiści; wiedziała, że czy w Anglii lub Bretanii, Ameryce, lub na okręcie, powracającym ją Francyi, wzbudzała sympatyją, podniecała namiętność, a przecież nakaz wymierzenia sprawiedliwości opanował jej umysł i zajął wszystkie jego władze.
Być może, że nie kochała tego cudzoziemca, lecz jego obejście, chociaż brutalne, ale szlachetne, wzruszało ją. To, co jej proponował, oddalało ją od przeszłości, tworząc przepaść między nią a temi, których miała pomścić; smutny wyraz zemsty zdawał się być podwójnie niecnym w ustach tej Magdaleny, tak ponętnej, na którą nie było można patrzeć bez doznania dreszczu rozkoszy i mimowolnego uwielbienia.
Lecz nic nie było w stanie oderwać jej od postanowienia dokonania kary i oddania złego za złe, od żądzy pomszczenia, zaprzątającej jej umysł od lat kilku, jako widmo przeszłości, wciąż powracającej do dworów zaklętych i opuszczonych.
Pociąg zatrzymał się, zawołano przy drzwiczkach:
— Rouen — pięć minut przystanku.
Adam Smith i jego towarzyszka wysiedli z wagonu. Przez te pięć minut przechadzali się razem po platformie. Jakiś przechodzący mężczyzna rzekł głośno do swego przyjaciela, widocznie chcąc być słyszanym od Magdaleny.
— Piękna kobieta! Angielka zdaje się.
Drugi powiedział:
— Bardzo piękna, o! na pewno, angielka, lub Amerykanka, jak jej towarzysz.
Magdalenie bardzo to pochlebiło.
— Czyż to prawda, że podobną jestem na Angielkę? zapytała pana Smitha.
— Wiem tylko, że pani będziesz panią Smith i prawdziwą Amerykanką, jeżeli zechcesz.
Nic nie odpowiedziała.
Pociąg ruszył w drogę.
Adam Smith nie pomyślał więcej o postanowieniu zemsty przez Magdalenę, myśl podobna trapiła go.
Opowiada młodej kobiecie o zyskach z Smith-hous’u, o wystawnem i swobodnem życiu, jakie się tam wiedzie.
Minuty upływały, podczas gdy pociąg dążył z wielką szybkością.
— Vernon! Moutes!
Amerykaninowi serce ściskało się na myśl, że za minut kilka przyjdzie mu się rozłączyć z tą kobietą, i na zawsze może, której przed tygodniem nie przypuszczał nawet istnienia, a obecnie nie mógłby, za nic w świecie opuścić bezpowrotnie.
— Meulan! Poissy!
Pociąg podjeżdżał z łoskotem na przedmieście, pomiędzy Colombos i Paryżem, gdy pan Smith pochwycił za rączkę swoją sąsiadkę.
— Gdzie pani zajedzie? — zapytał. To jest, w jakim hotelu staje pani.
— Nie w hotelu, lecz w swojem mieszkaniu — odrzekła.
— Pani ma swoje mieszkanie?
— O bardzo skromne.
— Gdzież to?
— Mogę panu wskazać, nie jest to żadna tajemnica; 12, ulica de Sèze. Lecz za dni kilka, jutro może wyjadę dalej.
— Pozwoli się pani odwiedzić?
— Błagam pana, zapomnij pan o mnie.
— Nigdy.
— Jak się panu podoba.
Pociąg zatrzymał się na banhofie Saint-Lazare.
Uścisnęli się jak najserdeczniej, podając sobie ręce i rozeszli się.
Na banhofie, przy świetle gazu, Adam Smith zapisał:
„Magdalena Arbaud, 12, ulica de Sèze“.
A zamykając karnecik, wyrzekł:
— Mam więc cel życia. Odtąd, czy sobie życzysz, lub nie, będę cię wszędzie śledził.