Nienawiść i miłość/Część druga/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Nienawiść i miłość |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1892 |
| Druk | Feliks Burzyński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Haine et amour |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
O godzinie dziewiątej tegoż samego dnia zmrok zapadł na przepyszny krajobraz odkrywający się z oberży la Truite, będącej najgłówniejszym punktem zebrania.
Wieśniak z Pontcharra, przybyły na pomoc podróżnym, nic nie przesadził, wychwalając nieporównany urok, tego gościnnego domku.
Skromna i wiejska oberża la Truite, pociąga więcej niż wiele okolicznych zamiejskich zajazdów Paryża, gdzie młodzież chętnie podąża, dla spożycia kawałka pieczeni, podlewając ją kieliszkiem wina.
La Truite przypomina domek leśniczego w kształcie szaletu, zdobnego w drewniane wyrzynane balkony, i otaczających go cieni.
Tamto schronił się ów pieszy podróżny, oddalając się pośpiesznie od panny de Blangy.
Nazwisko młodej dziewczyny wywarło na nim silne wrażenie.
Opuszczając ją nie wiedział, gdzie idzie.
Usiadł o kilka kroków od drogi na pniu obalonego drzewa, nad brzegiem parowu, pod sklepieniem z liści.
Miejscowość była samotną i dziką.
Wsparłszy głowę na ręku, nasłuchiwał turkotu małego wózka, zdążającego do Allevard, sadząc, że patrzy jeszcze na tę młodą dziewczynę. Złorzeczył chwili spotkania jej; odkrycie nazwiska wywołało tyle bolesnych i przykrych wspomnień.
Nic nie tamowało jego rozmyślań.
Wspomnienie przeszłości od pierwszych dni zawikłanego jego urodzenia, aż do chwili dziwnego i oryginalnego spotkania, zamąciło spokój zbolałej i chorej duszy.
Turkot dawno zamilkł i słychać już tylko było szum potoku, spadającego ze śnieżystych szczytów niezrównanego w piękności krajobrazu, przypominającego najpiękniejszy kanton Sabaudyi lub Szwajcaryi, — a on siedział jeszcze i dumał.
Nakoniec szybko podniósł się, otrząsnął pył z ubrania i jakby nabierając odwagi pomyślał:
Dla czegożby wypadek, zbliżający go do sympatycznej dziewczyny, mającej pozostać dla niego obcą, miał wpłynąć na jego życie?
Czyż sobie nie nakreślił i nie wytknął planu i celu jego?
Czy miałby tak łatwo zapomnieć o postanowieniu?
Krokiem śmiałym i pewnym wstąpił na pagórek, podążając do Buisson; w miarę przecież jak się zbliżał do kościółka, nieprzezwyciężona pokusa zatrzymała go, spojrzał w stronę Allevard mówiąc:
— Ona tam jest!
Allevard wyróżniał się dachami domostw i malowniczością ogrodów, otaczających zakład kąpielowy. Jakby dla przerwania napastującej go myśli, zbliżył się do księdza, wychodzącego z cmentarza, okalającego dzwonnice, pytając uprzejmie:
— Ksiądz proboszcz raczy mi wskazać, gdzie jest oberża?
— Tam, pomiędzy drzewami. Poznasz pan łatwo po szyldzie.
— Dziękuję księdzu proboszczowi.
O kilkadziesiąt kroków dalej, ukazała się oberża, ze znakiem odmalowanym prawdopodobnie przez wesołego amatora, artystę-malarza, przybyłego z nad Izery.
Szyld przedstawiał kucharkę, trzymającą patelnię, a kilkanaście pstrągów wskakiwało na nią.
Raźna dziewczyna, podobna do służącej z Pontcharra, stała na progu, a spostrzegłszy zbliżającego się turystę, postąpiła bliżej, zapytując:
— Może pan żąda pokoju?
Pomimo melancholijnego usposobienia, widok uprzejmej młodej i wesołej dziewczyny ożywił twarz jego.
— Owszem, proszę o pokój, odpowiedział młody człowiek weselej.
— Na jak długo?
— Nie wiem... Zależeć będzie... jak mi tutaj będzie dogodnie...
— O, może pan być pewnym. Dom ten ogólnie znany.
— Czy można będzie dostać i obiad?
— Natychmiast.
— O, to bardzo dobrze.
Podróżny wszedł dalej.
Czystość prawdziwie holenderska panowała w około kuchni i domu. Dwie służące, jakby naśladujące kucharką z szyldu, obtaczały pstrągi mąką, a spostrzegłszy nowo-przybyłego, pokłoniły mu się uprzejmie, podczas gdy dziewczyna wprowadzająca gościa, odczepiała klucz z tabliczki, mówiąc:
— Niechaj pan będzie łaskaw pofatygować się ze mną.
W kilka minut znalazł się w obszernym pokoju na najwyższem piętrze, z szerokiem oknem, wychodzącem na drewniany balkon.
— Jest to najwygodniejszy pokój, zapewniała służąca. Jeżeli pan życzy na niższem piętrze zmienimy natychmiast, dodała, ukazując dwa rzędy pięknych zębów.
— Pewną jestem, że panu tutaj będzie wygodnie! Będę się starała aby panu na niczem nie zbywało. Czy pan sam tylko?
— Tak, jak panienka widzi.
— W pana wieku podróżować samemu?
Służąca z natury, wielomówna odrazu, jak to mówią pobratała się.
— Pan niema krewnych?
— Tak mam siostrę.
— Czy zamężna?
— Nie... tak jak i ja.
— Młoda?
— Tak.
— Musi być ładną, jeżeli do pana podobna.
— Prawda, powiedział młody człowiek zadumany. Piękniejsza nad wszystkie.
— Dlaczego jej pan osobą nie zabrał?
— Dlaczego? Chciałem, ale ona sama podróżuje...
— Ah!... czy daleko?
— Bardzo daleko?... w Anglii... w Ameryce... Bóg wie gdzie jeszcze?
— Jak jej na imię?
— Magdalena... Czy są goście w oberży?
— Kilka osób... Lecz wiele przybywa z Allevard... rano na śniadanie.
— Nie będzie się pan tutaj nudził... Widok stąd przepyszny..
— Prawda.
— Oto woda, ręcznik, pościel, wszystko czego potrzeba.
— Dziękuję.
— Jak pan będzie czego potrzebował... niechaj mnie pan zawoła przez okno... Usłyszę zaraz.. Moje imię Maryja-Ludwika.
— Ładne imię.
— Nie bardzo... lecz trzeba było przyjąć jakie nadali, nieprawdaż? Objad o wpół do siódmej... Zostaje panie wiele czasu do przebrania się.
— Nie długo to potrwa.
Wyszła, rzucając, tak jak służąca z Pontcharra, spojrzenie wymowne ku pięknemu przybyszowi o powierzchowności skromnej a zarazem bardzo dystyngowanej. Służąca z la Truite, z imieniem cesarzowej Maryja Ludwika, miała dobry gust.
Podróżny pozostawszy sam, rozejrzał się po pokoju, mającym być jego mieszkaniem, przez godzin lub dni kilka może. Uśmiech zadowolenia okrasił jego usta. Nie było przepycha ani zbytku, lecz wszystko uśmiechało się do niego, pachniało lawendą, żywicą, zapachem pól i lasów. Mury i sufity ugajone jodłami. Łóżko zagłębione w alkowie, toaleta z takiego drzewa, krzesła i stół trzcinowe, składały umeblowanie wykończone przez wiejskiego stolarza a przecież czuł się zadowolonym jak w celi zakonnej.
Dzwonki na szyjach krów dojnych rozlegały się po pastwisku sąsiedniego zagrodzenia.
Przez roztwarte okno widać było wygony z drzewami i krzewami, zniżającemi się prostopadle, tworząc cypel, jak parów w przepaści.
Przy świetle wieczornem wszystko było ciemno zielone, liście drzew, trawa na pastwisku aż do czubków kamieni mchem porosłych, przedstawiających się jak czaszki olbrzymów, przemienionych w kamienie i pochłoniętych przez powódź.
Jakiś dobry duch owionął młodego człowieka. Było to uczucie, jakiego doznaje podróżny, spragniony kropli czystej wody, po wyjściu z piaszczystej pustyni na oazę zieloności.
— Czy tutaj znajdę wypoczynek? zapytał sam siebie. Otworzył sakwojaż podróżny.
Zawierał on tylko niezbędne przedmioty do toalety, dwie koszule flanelowe, papier pióro i fotografię, którą umieścił na stoliczku dotknąwszy jej wpierw swemi ustami.
— Biedna Magdaleno! gdzie jesteś? rzekł do niej, jak gdyby mogła go usłyszeć.
Umieścił też i resztę drobnych sprzętów na stoliczku, ubranie, służące mu na zmianę, powiesił w szafie, rozgościł się w pokoiku jak gdyby zamierzał pozostać czas jakiś Mały dzwonek zawieszony na końcu domu, wydzwaniał zaproszenia na objad. Zszedł.
Gospodyni przyjęła go z podziwem zachwytu. Inne kobiety doznały takiegoż samego wpływu, i gdyby kto z gości oberży był znał przed 20 laty Filipa Valencourt, siostrzeńca markiza de Blangy gdyby Joson Kerhoël wierny Bretończyk, mógł się tutaj znaleść, niezawodnie uderzyłoby go tak nadzwyczajne podobieństwo.
Lecz Joson Kerhoël był w Paryżu, w zamku de Blangy nie opuszczając go od czasu znanych nam wypadków.
Joson oddawna został posunięty na poufnego służącego Franciszka Valencourt, dziedziczącego tytuł wuja markiza de Blangy-Cussey. Joson zatracił ślad Magdaleny Stefani i jej dzieci. Czy oczekiwał, jej powrotu? Może.
Lecz chwilami pomimo swej silnej wiary w Opatrzność, wiary Bretończyka ślepej i niezachwianej, przecież powątpiewał i rozpaczał, to się nie mógł nic o niej wywiedzieć.
Jakkolwiek bądź było, zyskał zaufanie swego pana o tyle, o ile można było wniknąć w tę duszę, ulepioną z niedowiarstwa, podstępu i podejrzeń.
Cóżby to była za radość, gdyby mógł odnaleść swego dawnego pana pod postacią tego drugiego, w którym pierwszy odżył.
Lecz obaj nie znali się i nie wiedzieli o sobie.
A przecież był to Filip, syn Magdaleny Stefani i jej kochanka, adoptowany syn i spadkobierca Wincentego Arbaud, pupil Bouraill’a, tego zacnego serca i perły prowincyjonalnych pisarzy.
Dla czego tak młody, bogaty, niezależny, silny, pełen zdrowia, a twarz jego nosiła piętno smutku i zniechęcenia?
Zeszedł do kuchni, obszernej, czyściutkiej, z zapachem smacznych potraw, podniecających podniebienie. Oberżystka zdała się reklamować swoją renomę na szyldzie odbitą. Stos pstrągów długich jak śledzie oczekiwał gości. — Osiem czy dziesięć nakryć położonych na stole w sąsiedniej sali, ugajonej jodłami, pokostowanej jak i reszta domu, w której goście zabierali już miejsca.
— Niechaj pan zajmie to miejsca, odezwała się służąca, wskazując nakrycie, z wyboru zarezerwowane dla nowego gościa. Widocznie Maryja Ludwika zaczęła się interesować przybyłym turystą.
Około godziny dziewiątej wieczorem, po wybornym objedzie i spacerze po okolicy, wszedł do swego pokoiku, usiadł przed małym stolikiem, a wziąwszy papier i pióro, napisał list następujący:
„Od chwili naszego rozłączenia się przeszło pół czwarta roku, smutno mi i ciężko na świecie, brak mi sił i odwagi.
„Pisuję do ciebie często, nie wiedząc nawet czy Cię listy moje dochodzą; odpowiedź bowiem Twoja zaledwie to słów kilka zawiera: „Bądź spokojnym, jestem zdrową i kocham Cię“.
„Nie masz pojęcia do jakiego stopnia Twoje milczenie martwi mnie; zdaje mi się, że się więcej nie zobaczymy.
„Porzuć te czarne myśli i chęć zemsty, zatruwającej Twą duszę. Pewnym jestem, że podejmujesz zadanie nad siły.
„Posłuchaj mnie.
„Nie wątpisz przecież o mojem dla ciebie uczuciu. Jest ono niepodzielnem, całkowitem, tak głębokiem, jak tylko być może przyjaźń brata dla siostry szalenie kochanej.
„Lata naszej młodości spędziliśmy W niezakłóconym spokoju, bez mniejszej sprzeczki, zawsze razem z sobą.
„Jakimże to staraniem i troskliwością otaczałaś mnie ty moja najdroższa starsza siostro, zastępując mi matkę, której obraz tak do ciebie podobny, poważny a piękny, wiecznie tkwiący w mej wyobraźni, nachylony nad mą kołyską we śnie i podczas dnia czuwający nad mem niemowlęctwem.
Sieroty, sami we dwoje, do kogóżbyśmy się byli przywiązali, gdyby serc naszych nie łączył łańcuch niemożebny do zerwania?
„Nic w życiu nie zmieniłoby mego serdecznego uczucia dla ciebie.
„Moja kochana i najdroższa Magdaleno, jakiś fatalizm krąży nad nami, lecz czyż możemy mu się wyrwać?
— Wierzaj mi! Mam dla ś. p. matki naszej najwyższy szacunek, jaki miałbym i dla najświętszej kobiety!
„Była matką naszą, a to znaczy wszystko.
„Żadne wspomnienie nie jest mi droższem, żadna pamięć świętszą!
„Lecz jakaby nie była obelga, którą jej uczyniono, jakąby krzywdę nam wyrządzono, jaki występek popełniono przeciw naszemu ojca matce i nam, nie czuję się być zdolnym do nienawiści, tem więcej do zemsty! Staram się zapomnieć i sądzę, że dopnę celu. Pragnę być użytecznym dla wszystkich potrzebujących mej pomocy i to największa moja pociecha. W tym celu studyjuje medycynę, aby z niej mieć pole do działania, dopomagać i przynosić ulgę innym.
„Dla tego, jakiby to nie był okrzyk wydobyty ze zbolałej piersi, w chwili rozżalenia, naszej biednej matki, zadawalniam się okrywając wzgardą tych, co nas bez litości obdarli, krzywdząc nas najokrutniej, bo pozbawili nas nazwiska.
„Niechaj ich własne sumienie będzie ich sędzią, a jego wyrok ich karą.
„Bezwątpienia, gdyś mi dała tę straszna historyję do przeczytania, gdyśmy czytali razem te linije zalane łzami naszej matki, zadrżałem na myśl o cierpieniach jakie przenosiła, a o smutnym i tragicznem zakończenia nie mogę wspomnieć bez drżenia, gniewu i oburzenia!
„Lecz cóż na to za rada?
„Niemało czasu upłynęło od chwili tego nieszczęścia.
„Grób ofiar pobożnie utrzymywany, pokryty trawą i kwiatami. Widziałem go przed kilka dniami, modliłem się długo i serdecznie na tem miejsca dla nas tak drogiem i świętem prawie.
„Zapytuję się jednak, czy mamy prawo pomścić tych, co nas zgnietli i płacić występek występkiem, również ohydnym jak i ich.
„Zwalczona bezustannemi troskami, rozjątrzona, wołająca o pomstę niesprawiedliwości, w rozpaczy, że nas ogołocono i zmuszono żyć z litości innych, nasza matka zakończyła swoje opowiadanie: „Pomścijcie nas! Gdy dorośniecie, napadnijcie nielitościwie tych, co was gnębili, okradli, wypędzili! Oddajcie raz za raz, obelgę za obelgę.
„W pierwszej chwili i jam poprzysiągł nienawiść.
„Biedna nasza matka!
„Powątpiewała o wszystkiem, o przyszłości tych, których opuszczała, pozostawiając je słabemi i bez środków do życia!
„Przyszłość, była dla nas łaskawą, Dzięki szlachetności tego, który nam dał swe nazwiska, pozbawiając się życia z rozpaczy za ukochana, młodość nasza upłynęła w spokoju, zamącona dopiero smutnem odkryciem.
„Przyjaźń uczciwego człowieka, naszego opiekuna, zacnego Bouraille’a, stąpającego krok w krok za nami, podtrzymywała nas i kierowała nami.
„Zapewne, że nie jesteśmy bogaci, jeżeli porównamy nasze skromne mienie z olbrzymia fortuna de Blangich, lecz jesteśmy niezależni i nie troszczymy się o środki na utrzymanie.
„Bouraille tak świetnie rządził pozostałym majątkiem podczas naszej małoletności, że go nam powiększył W czwórnasób.
„Z tego co mamy możemy żyć bardzo wygodnie po margrabiowsku nawet, pomyśl zresztą, jak życie jest krótkie.
„Zamieszkamy razem, poprzestaniemy na dostatnim miernym bycie, czegoż więc nam zabraknie?
„Pozostawmy naszą matkę, spoczywającą w spokoju w grobie. Spełniając jej rozkaz, czyż nie poruszamy jej prochów? Uczcijmy jej drogą nam pamięć. Bądźmy bez zarzutu. Niechaj nam sumienie nic nie wyrzuca.
„Wiem, że inaczej myślisz.
„Dotychczas nie mogłem cię przekonać.
„Chcesz pozostać posłuszną rozkazowi matki. Weźmiesz mi za złe chęć tamowania twych dążności. Krew korsykańska dziadka naszego kipi w Twych żyłach.
„Lecz zastanów się.
„Co możemy zrobić przeciwko ludziom tak niezmiernie bogatym, których położenie staje się dla nas niezwyciężonem.
„Masz lat 26, jesteś inteligentną i piękna. O tak, piękną, tak, jak była nasza matka; lecz jesteś słabą jak wszystkie kobiety, jesteś samą, zginiesz w olbrzymim tłumie. Duma Cię oszołomiła i poniżyła do czynów ohydnych i występnych.
„Co zrobisz?
„Przestań ubiegać się za czczemi złudzeniami i porażkami, nie mogącemi mieć żądanych przez Ciebie następstw.
„Gdybyś chciała, a przyszłość przed Tobą tak piękna!
„Ileż w koło Ciebie miłości, przyjaźni, ile zmartwień z przyczyny Twej nieobecności, ile wspomnień niezatartych!
„Błagam Cię na klęczkach! Porzuć niedoścignione plany, przyczynę Twego i mego nieszczęścia.
„Pewien jestem, że mnie posłuchasz. Rozum powinien wziąć górę nad ideą, niestety! przeciw której sam walczę staram się opanować ją.
„Daj się przekonać i wierzaj, że jesteś mi istotą najukochańszą na świecie i że za Ciebie chętnie poświęcą się do ostatniej kropli krwi.
„Piszę do Ciebie z wiejskiej oberży, gdzie pragnąłbym, abyś i Ty była.
„Nie masz pojęcia, co za spokój i cisza tutaj panują. Zapomniałabyś o urazach, czując się jakby odrodzoną pod wpływem tak zbawiennym.
„Jest to schronienie, gdzie nie dochodzi szum świata.
„Miejscowość tutejsza nazywa się la Truite, to Cię poinformuje, że się znajduję nad brzegami rzek, w których poławiają te doskonale ryby.
„Wioska zowie się Buisson.
„Jakim przypadkiem dostałem się tutaj, śmiem ci zaledwie opisać.
„Jednakowoż czynię to.
„Po ukończeniu rocznych egzaminów pojechałem na dni kilka do naszych przyjaciół w Pougny.
„Zobaczyłem się tam ze wszystkimi naszymi znajomymi. Zacnym Bouraill’em, naszym drugim ojcem, zajmującym się naszemi interesami z bezprzykładnym zaparciem się siebie i bezinteresownością, sędzią pokoju, poborcą, proboszczem, starą Marion, bardzo podstarzałą od twojego wyjazdu, kończącą 70 lat w tym roku. Monika również stara jak i pasterz Calorgue.
„Wszyscy ci ludzie są do nas nadzwyczaj przywiązani kochana moja Magdaleno i tęsknią za tobą.
Bouraille widocznie wtajemniczony w twoje plany, stara się mnie uspokoić, mówiąc o tobie przybiera tajemniczą minę: „Powróci wkrótce“, mówił.
„Nie zniechęcaj się. Czekaj. Pozwól jej działać. Jest bardzo rozumną.
W Jonceray byłem bezustannie przy tobie. Wspomnienie o tobie zasmucało mnie. Potrzebowałem rozrywki. Wybrałem się w podróż pieszo jako turysta, z sakiem na ramionach, laską w ręku i z biletem tysiąca franków w kieszeni.
„Wiesz, że nie jestem rozrzutnym.
„Dla pieniędzy nie spodlę się nigdy.
„O wielki Boże! Nie! Nigdy!
„Ludzie w miernym dostatku są również bogaci jak i milijonerzy, jeżeli potrafią się ograniczyć i żądza bogactwa nie zaślepi ich.
„Gdzie się udać?
„Okolica była mi obojętną, gdzieby to nie było.
„Wsiadłem na kolej w Chambery, a stamtąd jak żołnierz za etapem udałem się za popędem fantazyi, zatrzymując się to tu, to tam, po dniu lub nawet godzin kilka.
„Jestem, przyznaję się, wytrwałym turystą.
„Jakby stworzony do życia żołnierskiego, przechodzę dziesięć mil bez zmęczenia.
„Najpierw zatrzymałem się w Aix-les-Bains.
„Była to pora sezonu kąpielowego.
„Turyści napływali. Nienawidzę tłumów. Pomimo jeziora Bourget i tysiącznych atrakcyi tej uroczej okolicy, zmieniłem drogę, dążąc przez góry, doliny i lasy do punktu mego wyjazdu.
„Stamtąd rannym pociągiem udałem się do Grande Chartreuse.
„Klasztory pociągają mnie.
„Zdaje mi się, że tam życie jest spokojne, oddzieleni od świata, do którego, wskutek testamentu matki naszej, czuję wstręt nieprzezwyciężony.
W Pontcharra, małem miasteczku, malowniczo położonem na dwóch brzegach rzeki, toczącej swe przejrzyste wody z wielką szybkością wysiadłam z pociągu jednocześnie z trzema damami, jadącemi pierwszą klasą, z których najmłodsza słabego i wątłego zdrowia, zwracała ogólną uwagę wielką elegancją.
W dwie godziny później byłem sam na drodze do Allevard, wiesz zapewne, Allevard, kąpiele, gdzie doktorzy wysyłają takich chorych, z któremi nie wiedzą co zrobić — gdy wkrótce dostrzegłem powóz najęty, wiozący właśnie to trzy damy z Pontcharra, z głupim, pijanym i gburowatym chłopem, pędzącym z całych sił na złamanie karku.
„Napróżno owe panie starały się go zatrzymać.
„Spostrzegłszy grożące niebezpieczeństwo i trwogę kobiet, ująłem za uzdy konie, wyprowadzając pojazd na równą drogę, zrzuciłem z kozła pijanego woźnicę, oswobodziwszy tym sposobem nieznajoma mi kobiety, od niesfornego i pijanego przewodnika.
„Wdzięczność tych pań była aż do przesady, odesłano woźnicę i pojazd. A oto wyobraź sobie, pozostałe trzy kobiety po drodze wraz z ich bagażami i walizami, a co najgłówniejsza, młodą panienkę chorą i przestraszoną dążącą na kuracyję do Allevard, obok nich znajduję się i ja.
„Dwie starsze panie ze świty młodej panienki dosiadły najętego wkrótce małego wózka, szczęśliwym trafem napotkanego na drodze, którym powoził wieśniak przejeżdżający tamtędy.
„Ja i młoda panienka poszliśmy pieszo, co mi też dało możność do porozmawianie z nią i bliższego poznania.
„Jest to sympatyczne i młode stworzenie, nadzwyczaj dobre, łagodne, i skromne. Duże blado-niebieskie oczy i jasne blond włosy, buzia z rysami regularnemi zdały się prosić o serce i opiekę nad wycieńczoną cierpieniem i zmęczoną chorobą, o której mówiła ze smutną rezygnacyją i odcieniem złośliwości.
„Nie będę ci skrywał, że postępując koło niej, nie tylko szczerze jej żałowałem ale też i zająłem się nią na seryjo.
„Opowiedziała mi całe niemal swoje życie. Ma rok siedemnasty, należy do rodziny bardzo bogatej. Rodzice jej zajęci interesami i zabawami pozostawili ją prawie samej sobie. Wysłano ją do wód dla nabrania sił i wytchnięcia w górskiem powietrzu. Gdy powróci przyjmą jej nową nauczycielkę, poprzednia bowiem jaką, miała, do której była szczerze przywiązaną, powróciła do kraju i tam umarła.
„Wszystkie te szczegóły opowiedziała mi w krótkości, a zakończając, z cudownym wdziękiem i serdecznością rzekła:
„Pan, któremu tylem winna, bo może ocalenie życia, nie chciałbyś, że wiedzieć mojego nazwiska, aby kiedyś i o mnie wspomnieć?
„I natychmiast — pomyśl o mojem ździwieniu — dodała:
— „Nazywam się Teresa da Blangy.
„Co za spotkanie... Osłupiałem!
„— A pan, zapytała, jak się pan nazywa?
„— Filip.
„— Niema pan innego nazwiska? Filip?
Odpowiedziałem ostro.
„— Po co pani o tem wiedzieć? Nasze losy nie mają nie wspólnego Przypadek nas złączył na chwilę, a później, nigdy się więcej nie zobaczemy. Żegnam panią!
„I zamiast dotrzeć do Allevard, zwróciłem się w pierwszą lepszą ścieżkę prowadzącą w las, pozostawiając ją również zdumiona i osłupiałą, jakim i ja byłem, dowiadując się z kim rozmawiam.
„Ścieżką tą doszedłem do wiejskiej oberży, skąd właśnie piszę do ciebie moja kochana Magdaleno.
„Błagam cię, porzuć nienawiść; zaniechaj zemsty: Poszukajmy razem ustronia gdzie byśmy zapomnieli o złem jakie nam wyrządzono.
„Życie jest krótkie, a najwyższy spokój z dóbr doczesnych jest czyste i nie dręczone żadnym wyrzutem sumienie.
„Pozostaw mi nadzieję, że się wkrótce zobaczymy.
„Wierzaj, że kocham ciebie całem sercem, nic, tylko ciebie. Przesyłam ci najserdeczniejsze uściśnienie, jakie pragnąłbym złożyć ci w rzeczywistości.
„Kiedyż nareszcie spełni się to?
„Kochający cię brat.